Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Mada Walter, wykształcona w Szwajcarii polska lekarka, w sercu okupowanej Warszawy otwiera Instytut Piękności. Sprowadza z Zachodu nowoczesne sprzęty do zabiegów kosmetycznych i fryzjerskich. Mówiąca świetnie po niemiecku właścicielka salonu szybko zyskuje uznanie wśród żon okupanta. Tymczasem pod płaszczykiem pozornie niewinnej działalności Mada rozpoczyna własną grę.
W Instytucie Piękności nieoczekiwanie pojawiają się uciekinierki z warszawskiego getta, dla których Walterowa opracowuje przyspieszony kurs życia po drugiej stronie muru. Zmiana wyglądu nie wystarczy, by przetrwać. Trzeba stworzyć siebie na nowo, na przekór propagandzie Hitlera znów uwierzyć, że jest się człowiekiem.
Wznowienie przejmującej powieści inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami. Historia o przełamującym schematy bohaterstwie, odwadze graniczącej z szaleństwem i kobiecej lojalności – prawdziwym siostrzeństwie ponad podziałami. Zawsze i pomimo wszystko.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 322
Data ważności licencji: 5/30/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładkiMAGDALENA PALEJ
Fotografia na okładceLeonardo Baldini/Arcangel Images Bykfa/envato.com JulieAlexK/envato.com leungchopan/envato.com mibuch/envato.com
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA
RedakcjaKAROLINA BOROWIEC-PIENIAK
KorektaMAGDALENA MIERZEJEWSKA
Redakcja technicznaSTANISŁAW TUCHOŁKA / panbook.pl
Polish edition © Maria Paszyńska, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7118-4
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Moim Przyjaciółkom...
Dziwna to była przyjaźń, ale dziwność znajomości
często gwarantuje ich trwałość.
Ford Madox FordKoniec defilady. W przededniu zmian
Czy wolno mi osądzać stopień ważności ówczesnych wydarzeń,
z których każde decydowało o życiu jednostki
i dla niej było najważniejsze?
Mada WalterW przytułku niedoli, akta akcji Żegoty IV
– Panie i panowie, mam zaszczyt i niewysłowioną przyjemność zaprosić na mównicę osobę, której przyznano odznaczenie Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
Wyraźnie słyszę głos konferansjera. Mimo obcego akcentu rozróżniam i rozumiem każde wypowiadane przez niego słowo. Cieszę się, że udało mi się tak dobrze wyregulować aparat. Niesamowite, jak to maleństwo podnosi komfort życia. Czasem nawet się zastanawiam, czy nie popełniłam błędu przy wyborze specjalizacji. Może zamiast zajmować się chorobami układu pokarmowego, trzeba było zostać laryngologiem? Na stare lata z pewnością byłoby to praktyczniejsze. Podnoszę dłoń i lekko muskam plastikowy aparacik wypełniający wnętrze mojego ucha. Lubię czasem upewnić się, że jest na swoim miejscu. Czuję się wtedy bezpieczna. Może nawet bezpieczniejsza niż na co dzień.
– Szanowni państwo, Mada Walter!
Krzywię się lekko. Nigdy nie lubiłam, gdy mnie tak nazywano. Zawsze byłam Madą Walterową, po mężu, i nadal jestem, choć mój ukochany Edmund nie żyje od blisko trzydziestu lat. A ludzie jakoś się uparli, żeby całe życie mówić o mnie Walter: pani Walter, doktor Walter, Mada Walter.
Wiem, że prowadzący spotkanie opalony, gładko uczesany mężczyzna w doskonale skrojonym fraku mówi o mnie, a mimo to gdy jego słowa docierają do moich uszu, mam ochotę, zupełnie tak jak inni, odwrócić się i rozejrzeć po sali w poszukiwaniu osoby, którą zapowiada. Nie mam jednak dość śmiałości. Deficyt odwagi to kolejne piętno starości. Siedzę wyprostowana, wpatrując się w podwyższenie, które tego wieczoru pełni funkcję prowizorycznej sceny. Ani drgnę, choć czuję, że mięśnie, nieco już zmęczone pozostawaniem w tej samej pozycji, zaczynają delikatnie pulsować. Mimo to trwam w bezruchu, by nie przyciągać niczyjej uwagi. Zbyt wielu nieznanych ludzi kłębi się wokoło. Są wszędzie. Jedni siedzą na krzesłach, inni stoją pod ścianami, szczelnie wypełniając niewielkie wnętrze, w którym z każdą chwilą robi się coraz goręcej od rozgrzanego powietrza wpadającego przez okna, mieszającego się z ciepłem ludzkich ciał i oddechów. Kątem oka dostrzegam, jak młody mężczyzna z aparatem fotograficznym zawieszonym na szyi wspina się na parapet. Starając się nie ruszać głową, przyglądam mu się z ciekawością, w której fascynacja i sympatia mieszają się z odrobiną zgorszenia. Cóż za odważny młody człowiek – a jak nieprzystojnie się zachowuje! Kto to widział, żeby w tak kulturalnym towarzystwie w eleganckim stroju i błyszczących pantoflach wdrapywać się na parapet! Idę o zakład, że Sara z miejsca by go polubiła. Zaraz po uroczystości, nie czekając, aż ktoś ich sobie przedstawi, podeszłaby do niego i rzuciła jakiś dowcipny i zapewne dwuznaczny komentarz. Uwielbiała delikatnie zawstydzać ludzi, szczególnie tych, którzy szczycili się własną brawurą, nigdy zaś tych, których takie z pozoru lekkie słowa mogłyby zaboleć. W całym moim przydługim już życiu nie spotkałam drugiej osoby tak bezceremonialnej, by nie rzec: rubasznej, a zarazem w skrytości serca wrażliwej na ludzi jak ona.
Nie mam jednak czasu, by dłużej się nad tym zastanawiać, by obudzić tęsknotę. Młodzieniec z aparatem znika nagle z pola widzenia. W kolejnej chwili ogłusza mnie huk oklasków. Dygoczę z przerażenia. Pewnych odruchów człowiek nie jest w stanie się wyzbyć. Nadal boję się niespodziewanych hałasów. Przyspieszają bicie mojego serca i sprawiają, że mam ochotę natychmiast zerwać się do ucieczki, po drodze nerwowo wyglądając kryjówki, jakiegokolwiek bezpiecznego miejsca.
Ostatnie trzydzieści parę lat niczego w tym względzie nie zmieniło. Boję się tak samo jak kiedyś, mimo że coraz mniej osób rozumie i współodczuwa mój strach. Wciąż jednak umiem doskonale ukrywać lęki, tak by otoczenie ich nie dostrzegało. Lea też tak miała. Także podskakiwała przy każdym dźwięku, choćby najcichszym, lecz w jakikolwiek sposób odbiegającym od normy. Potem zaś truchlała, dosłownie zastygała w bezruchu, nasłuchując. Gdyby była zwierzęciem, zapewne czujnie strzygłaby uszami, próbując zgadnąć, z której strony zbliża się niebezpieczeństwo. W takich chwilach jedynie jej oczy wydawały się żywe. Powiększały się, a w źrenicach wyraźnie widać było panikę. Lea miała wszystkie emocje na wierzchu. Nie zdołałam nauczyć jej ich maskować, ale może to dobrze? Może i mnie łatwiej byłoby tak żyć?
Oddycham głęboko. Powoli się uspokajam, przypominam sobie, gdzie jestem i że jestem tu bezpieczna. Wojna się skończyła. Wdech i długi wydech. Już dobrze. Naraz przez salę przepływa kolejna fala dźwięku. Tym razem jest to szum złożony z wielu brzmień, które mieszają się ze sobą, zlewają w odgłos morza rozbijającego się z furią o skały. Odsuwane krzesła, strzelające stawy, rozprostowywane tkaniny.
Najwyraźniej słyszę szelest tafty, z której uszyta jest suknia siedzącej obok mnie kobiety. Nie mam cienia wątpliwości; wszędzie rozpoznałabym chropowaty odgłos rozprostowywania się tego materiału. Dalila kochała taftę, choć wiele dni zajęło jej wyjście ze skorupy uprzedzeń i przyznanie się do upodobań, które poczytywała niegdyś za słabość. Odkrycie tego, co przeczuwała już od dawna, a czemu przez lata zaprzeczała, wychowana w patriarchalnym świecie ortodoksyjnego judaizmu, w którym rolą żony jest służba domownikom i umożliwienie mężowi wzrastania w mądrości poprzez studiowanie Tory, było dla niej przełomem. Zrozumiała, że bycie kobietą nie oznacza wyłącznie udręki – zagłuszania własnych pragnień i ukrywania przed samą sobą swego prawdziwego oblicza. Bodźcem do pozbycia się wyuczonej pasywności, do uwierzenia, że może stanowić o swoim losie i wpływać na życie innych, nie czekając na polecenie męża, któremu należało bezwarunkowo się poddać, była właśnie tafta.
Lekko połyskująca, szykowna kreacja mojej sąsiadki tak pięknie szeleści. Odcień zgniłej zieleni ładnie komponuje się z jasną drewnianą podłogą. Hałas narasta. Ludzie klaszczą coraz mocniej, teraz już na stojąco.
Czuję na dłoni delikatny uścisk. Odwracam się i nagle tonę w oczach barwy miodu. Pełne łagodności spojrzenie otula mnie z czułością.
Ukochany! – krzyczy moje serce, wyrywając się ku niemu.
Dopiero po chwili orientuję się, że to nie jego oczy. Te są znacznie młodsze, choć i wokół nich utworzyła się już siateczka zmarszczek, a brwi przyprószyła siwizna.
– Mamo, już czas – słyszę miękki głęboki głos, który budzi mnie ze snu na jawie.
Wywołane wzruszeniem nerwy, które na krótką chwilę wyrwały mnie z rzeczywistości, odłączyły od samej siebie, jak zwykła mawiać Zoja, wracają na swoje miejsce. Zoja miała niesamowity dar dobierania właściwych słów do opisywania spraw z pozoru nieopisywalnych, wyrażania uczuć, o których zwykle można tylko milczeć, by ich nie sprofanować. Siła tej spokojnej, cichej osoby brała się właśnie ze zrozumienia, a może i odczuwania prawdziwego sensu słów.
Kiwam głową. Już jestem, znów wśród wrzawy, w zaduchu; w cieniutkiej białej koszuli i szykownym błękitnym kostiumie, wąskiej spódnicy i marynarce z broszką wpiętą w klapę tak, by spoczywała na sercu. Broszka jest prosta. Przedstawia bławatka z dziwnym żółtym środkiem. Lea zrobiła pięć takich kwiatków, po jednym dla każdej z nas. Kolory wyblakły już nieco. Nie ma się czemu dziwić, minęło przecież tyle lat. Tu i ówdzie na emalii widać pęknięcia. Jeden z płatków ukruszył się i jest teraz nieco poszarpany, ale to nic. To wszystko nie ma żadnego znaczenia. Na tę uroczystość nie mogłam założyć nic innego. Bezwiednie muskam palcami broszkę. Syn uśmiecha się do mnie. Odpowiadam mu uśmiechem, nie ruszając się z miejsca, nie odrywając opuszków palców od gładkiej powierzchni ozdoby.
– Mamo, musisz wstać. – W jego głosie czuć lekkie ponaglenie. – Wszyscy na ciebie czekają.
– Tak, tak, oczywiście. – Czuję się speszona, jakbym znów była uczennicą, która nieodpowiednio się zachowała.
Syn się podnosi i podaje mi rękę. Gdy wsuwam dłoń pod jego ramię, przykrywa ją swoją, dodając mi otuchy. Jak dobrze, że jest tak blisko! Biorę głęboki wdech. Pierwszy krok. Drugi. Tyle razy powtarzałam dziewczętom, by w trudnych chwilach nie patrzyły w przód, ale pod nogi. By – świadome celu – skupiały się jedynie na kolejnym kroku. Teraz sama usiłuję zastosować tę wskazówkę, w teorii tak prostą, w praktyce niemal niewykonalną.
Powoli przechodzimy pomiędzy rzędami miękko wyściełanych krzeseł. Oklaski grzmią po obu stronach, ale nas dwoje spowija cisza. Czuję się jak Izraelita idący suchą stopą pomiędzy ścianami wód Morza Czerwonego. Uśmiecham się do tej myśli. Przecież jestem w Izraelu, w samym jego sercu, w Jerozolimie.
Syn pomaga mi wejść na pierwszy stopień i puszcza moją dłoń. Delikatnie, jak wypuszcza się pisklę do lotu. Mdli mnie ze strachu. Odruchowo cofam się, odwracam się, szukając wzrokiem syna. Nasze spojrzenia się krzyżują. Kiwa lekko głową i uśmiecha się krzepiąco, jakby chciał powiedzieć: „Nie bój się, jestem tuż za tobą”. Odpowiadam mu słabym wymuszonym uśmiechem. Kolana mi drżą, ucisk w żołądku przybiera na sile. Posyłam synowi błagalne spojrzenie, ale on znów się uśmiecha i zostaje na dole. Wiem, że ma rację. Bez względu na wszystko dalej muszę już iść sama.
– Panie i panowie, Mada Walter! – Ryk konferansjera rozlega się tuż obok mnie, wzmagając entuzjazm na sali.
Podchodzę do mównicy. Na lśniącym ciemnym, niemal czarnym blacie dostrzegam plamę światła. Jest mała, ledwie dostrzegalna, a mimo to widzę ją wyraźnie. Gdy się jej przyglądam, moje wnętrze się wycisza. Znów jest dobrze. Strach odchodzi. Już nie tylko wiem, że nie ma się czego bać, czuję to całą sobą. Ogarnia mnie spokój. Są przy mnie, wiem to.
Podnoszę głowę. Po raz pierwszy spoglądam na zgromadzonych. Zlewają się, powoli tracą kontury. Łzy niespiesznie, jedna po drugiej spływają mi po policzkach, wytrwale pokonując bruzdy, którymi poznaczona jest moja twarz. Dlaczego płaczę? Ze zdenerwowania? Ze wzruszenia? Nie wiem. Zawsze mi się wydawało, że jestem dzielna. A może to właśnie te niewypłakane łzy, zwykle skrywane pod maską prospołecznej dzielności, wreszcie znalazły ujście? Już nie muszę być dzielna. Nikt nie potrzebuje mojej siły, nie muszę być niczyim oparciem. Zrozumiałam to i zaakceptowałam: tak lżej się żyje i pogodniej wypatruje śmierci. A teraz one wróciły, by dodać mi sił. Nie, one są, zawsze były moją siłą.
Najlepszym przyjacielem starości jest zapomnienie. Dzięki niemu nie tęsknisz za tymi, którzy odeszli, i za czasem, który nigdy już nie powróci. Teraz wyraźnie jak nigdy przedtem czuję ich obecność.
– Kto ratuje jedno życie, ocala cały świat. – Słowa prowadzącego przebijają się przez moje myśli. Z początku prowadzący mówi pewnie, z dozą właściwej młodym mężczyznom buty. Jego głos zaczyna jednak lekko drżeć, gdy coraz bardziej zagłębia się w opowieść o moim życiu.
Słucham z zainteresowaniem i pewnym zdziwieniem. Nie tak to wszystko widziałam, nie tak zapamiętałam. Wszystko niby znajome, a jednak obce. Imiona, nazwiska, zdarzenia – na swoim miejscu, a jakby pomieszane.
Mam nieodpartą chęć wyjaśnienia konferansjerowi i zgromadzonym gościom, że zaszła jakaś pomyłka, że ja tak naprawdę nie dokonałam niczego wielkiego.
„Nie spostrzegałam jednostki szukającej pomocy, ochrony, oparcia moralnego i niezawodnej życzliwości. Widziałam: cierpiącą całość. Cierpienie posiadało magiczną władzę nade mną, władzę niwelowania różnic między przyjaciółmi a obcymi, pomiędzy ludźmi o głębokiej kulturze ducha a szarym tłumem egoistów zdobywających prawo bytowania za najwyższą cenę... ludzkiej niedoli. Rozumiałam, że nie mogą być innymi, więc współczułam jednakowo – wszystkim. Bo cierpienie zrównywało wszystkich. I tych, którzy w niebezpieczeństwie życia myśleli tylko o sobie, i szczytnych bohaterów, którzy dla Sprawy poświęcili największy skarb... życie własne”.
Nie mam dość odwagi, by wejść mu w słowo. Urodziłam się w czasach, gdy kobiety pozbawione były głosu, a wchodzenie w słowo przemawiającemu publicznie mężczyźnie uważano za coś wielce niestosownego, niemal skandalicznego. Te czasy już dawno minęły – i dobrze, mimo to teraz nie potrafię się wtrącić. Mężczyzna mówi więc dalej:
– Instytut Piękności, mieszczący się przy ulicy Marszałkowskiej w okupowanej stolicy Polski, stał się prawdziwym...
Ta nazwa. Instytut Piękności. Naraz wszystko wraca. Pojedyncze obrazy towarzyszące mi każdego dnia układają się w ciąg przyczyn i skutków, w logiczną całość, w najważniejszą historię mojego życia.
Institut de Beauté. Tak, wyraźnie widzę wszystkie twarze. Charakterystyczne semickie rysy rozmyte pod różnokolorowymi maseczkami, czarne włosy ukryte pod czepkami, ciemne oczy osłonięte grubymi plastrami ogórków. Dziesiątki, setki dziewcząt i kobiet, które przez lata uczyłam udawać bycia kimś innym, by zdołały oszukać przeznaczenie, ocalić życie przed zagładą, na którą skazano miliony.
Wśród nich cztery najważniejsze. Oblicza kobiet, które odmieniły moje życie. Choć mieszkałyśmy w jednym mieście i mówiłyśmy jednym językiem, najprawdopodobniej nigdy byśmy się nie spotkały, gdyby na ziemi nie rozpętało się piekło. Nasze drogi skrzyżowały się wśród niszczących płomieni i odbierającego zmysły cierpienia. Straciłyśmy niewypowiedzianie wiele, zyskałyśmy tylko siebie.
Sara, Zoja, Lea. Każdego dnia zapewniały mnie o swojej wdzięczności, bezustannie dziękowały za to, co dla nich zrobiłam, i nigdy nie udało mi się przekonać ich, że nie powinny tego robić. Nawet Dalila darzyła mnie szacunkiem, choć z jej ust słowo „dziękuję” nigdy nie padło.
Nie, nie ocaliłam ich. Przeciwnie – sama zostałam ocalona.
Żyję dzięki nim.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
