Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 130 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Inni ludzie - Dorota Masłowska

Miasto zatrute smogiem i pogardą, drogie auta, tanie relacje, wysokie aspiracje i najniższe pobudki. Z dzikich potoków hiphopowej nawijki wyłania się wizja współczesnej Warszawy najwyższej literackiej próby, zarazem poetycka i wulgarna, zabawna i mroczna. Tak potrafi tylko Dorota Masłowska.

"Inni ludzie" to gatunkowa hybryda, polifoniczny utwór-potwór, którego komiksowo uproszczone postacie, jak to u Masłowskiej, zdają się bohaterami posiłkowymi. Bo prawdziwym, najważniejszym bohaterem jest tu język, którym mówią (albo który mówi nimi): buzujący energią i dowcipem, a jednocześnie brutalny, kaleki, pełen niechęci i uprzedzeń. To w nim rozgrywa się erozja więzi, resztek wyższych uczuć i ludzkiej solidarności. To on, śmieszny i potworny jednocześnie, zadaje bolesne pytania o moment, w którym znaleźliśmy się jako wspólnota. Czy Inni ludzie to nie przypadkiem my?

Opinie o ebooku Inni ludzie - Dorota Masłowska

Fragment ebooka Inni ludzie - Dorota Masłowska

Opieka redakcyjna, redakcja: ANITA KASPEREK
Adiustacja i korekta: HENRYKA SALAWA, KAMIL BOGUSIEWICZ, JACEK BŁACH
Opracowanie graficzne wersji papierowej, projekt okładki: MACIEJ CHORĄŻY
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Nordic Style
Copyright © by Dorota Masłowska, 2018 By arrangement with Agencja Literacka Syndykat Autorów Ilustracje © by Maciej Chorąży (w wersji papierowej) © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018
Ze względu na specyfikę wydań elektronicznych, e-book różni się pod względem typograficznym od papierowej wersji książki i nie zawiera ilustracji.
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-06669-0
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

ANETA: „Czy posiada pani aplikację naszego klubu?”.

IWONA: „Nie”. ANETA: „Nie chce sobie pani ją założyć?”.

IWONA: „Nie”. ANETA: „Zachęcam do zakupu dzisiejszych produktów w promocji”.

IWONA: „Dziękuję”. ANETA: „Dołanczać siatkę za dziesięć groszy? Tylko będą te kondony?”.

IWONA: „Tak”. ANETA: „Siedem złoty siedemdziesiąt groszy.

Zbliżeniowo? Życzę miłego dnia i zapraszamy ponownie”.

1.

To był

PONIEDZIAŁEK. Za oknem niebo ołowiane, na dywanie igły

opadłe z choinki jak złudzenia; dźwięk jeżdżenia windy

zbudził go i uczucie otwartego okna, choć kołdra mokra

od potu, sucha morda, napoi wyskokowych posmak, to znak,

że trochę wczoraj pogrzał. Miał powód. Dochodzi dziesiąta.

Widząc to, wstał. Wątpił, że zdąży, na szybkości się wykąpał;

wyglądał jak z gardła psu, ale chuj, się ogolił, ubrał spodnie,

kurtkę, co mu kumpel niedawno obstawił, chociaż może

z powodu, że kradziona, się zbrylała wata w środku, dobra

marka, ale karma trochę zła, bo śmierdziała też jak zmokła,

jakąś psem czy owcą, teraz także wyczuł jakąś nutę słodką,

dezodorant młodszej siostry, po brutalnym śledztwie odkrył,

że se w niej chodziła palić fajki na balkonie, serio? sory,

na papciu wbił do pokoju, cały kubek jej na biurko wypierdolił,

ta od skurwli go wyzywa, bo jej zeszyt zalał, może – bywa;

matka z wersalki coś tam męczy, nieszczęśliwa, że się znowu obudziła żywa.

Przez szacunek do niej tego nie powie, ale też niech lepiej zamknie ryja;

ogólnie był dość drażliwy, wczoraj za kołnierz jednak nie wylał.

Telefon mu wyłączyli, bo nie płacił, dzień pojebany od rana, się plany

mu krzyżowały jak Marszałkowska z Alejami, jak z choinki igły na dywanie.

Jak z choinki igły obeszłe na dywanie.

Dzień zjebany, myślał Kamil, na ołowiane niebo przez firany

patrząc; tyle czekał, a wszystko się od rana jebie.

SANDRA: „Jak dostanę złą ocenę za prezentację, to przez ciebie!”.

To pojebany dzień. MATKA: „Znowu się po mieście włóczysz.

To nie hotel, w nocy wracasz, nie pracujesz, się nie uczysz.

Tu wezwanie z Playa, półtorej tysiąca do zapłacenia”.

„Mama, jest coś do żarcia?” „Jest”. „Ale oprócz dżemu?” „To nie ma”.

Lufkę opalił na schodach.

Widział chmury, gdy wyszedł z klatki. Się ściągały złowrogo

nad blokami jak brwi Boga. Czy tam kogoś. Smogu odór. Za rogiem

była galeria, pod nią przeciąć się miał z ziomkiem. Krokiem

szedł gwałtownym, wszędzie te bilbordy, hordy

tych playowców pojebanych, złodziejskie roześmiane mordy.

Ten pojeb, co gra w Ich Dwoje, i ta z Na Wspólnej, chuj z nią,

nie szczerz się tym ryjem, bo odcięłaś mu telefon, kurwo.

Na mordach banany po równo, jakby mieli jeszcze nogi,

toby tańczyli zorbę, że przez nich jest bez telefonu, ja pierdole.

Weszedł do Kebab Kinga, zamówił na cienkim z łagodnym, stoi,

patrzy, czy mu Arab coś nie kombinuje, krzywo mu nie kroi;

za oknem Warszawa dwoi się i troi; idzie Tobi, no i

TOBI: „Siema, mordeczko, sie nie można do ciebie dodzwonić

– mówi, zbijając z nim piątkę. – Co jest? Jakieś perfumy nowe,

kochanie” – dodaje, wąchając mu kołnierz. Co za pojeb. „Powiedz

lepiej, co tam masz, bo nie mam nastroju na Biesiadę w Kopydłowie” –

ucina go oschle. (Tobi podaje mu damską kosmetyczkę).

„Co to za pedałówka?” „Nie wiem, może Gogu starej zapierdolił”. Wziął ją i pobiegł

na tramwaj, by zdążyć, jeszcze w gębie mając niepogryz... (odgłos przełykania)

niepogryziony kebab. W sumie falafla by wolał bardziej, był z niego raczej wegan,

głupio to może tak wprost powiedzieć, ale jebać: się bał,

że będzie mu się chciało po tym pierdzieć, a tam gdzie jechał,

sytuacja nie sprzyjała sprawom takim jak metan.

Przejebany dzień. BEZDOMNY W TRAMWAJU: „Od rana bez łączności,

bez netu, w skrzynce wezwanie za półtorej koła z Playu, mdłości”.

DWIE BUKI W CZARNYCH PŁASZCZACH: „Może jakoś się odkujesz, jak opchniesz te dropsy”.

Przejebany dzień, na kurtce smród siostry.

ZJEBANY DZIEŃ, dzień przejebany. PASAŻER 1: „A jeszcze, stary,

jedziesz złym tramwajem (szóstka jedzie na Bielany!).

Możesz nie zdążyć, bo to dzień jest przejebany”.

PASAŻER 2: „Niech zadzwoni, że się spóźni”. PASAŻER 3: „Ma zablokowany!”. DZIADEK: „Skórkowany!”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki