INAI - Martin Homar - ebook
NOWOŚĆ

INAI ebook

Martin Homar

0,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

W świecie, w którym człowieczeństwo przestało być związane z ciałem, śmierć nie jest końcem — staje się jedynie przerwą w transmisji.

INAI to ludzkie świadomości przeniesione do chmury danych. Nie są sztuczną inteligencją. To wciąż oni — ci sami ludzie, z pamięcią, emocjami i decyzjami, które kiedyś podejmowali w ciałach z krwi i kości. Teraz istnieją poza biologią, w systemie, który pozwala im przenosić się między klonami, maszynami i siecią. Zawsze jednak tylko w jednym miejscu naraz.

W świecie, gdzie ciało można zmienić jak nośnik, a śmierć nie zamyka historii, pozostaje jedno pytanie:

 

Kim jesteś, gdy nie masz już ciała — i co właściwie znaczy być człowiekiem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 392

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



IN­AI

Mar­tin Ho­mar

„Im­pe­ria przy­szło­ści. To im­pe­ria umy­słu”

Win­ston Chur­chill

Pro­log

Pod ko­niec dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku Man­hat­tan stał się mia­stem pio­no­wym. Be­to­no­we wie­że i szkla­ne ko­ry­ta­rze się­ga­ły chmur, dzie­li­ły lu­dzi nie tyl­ko prze­strzen­nie, ale i tech­no­lo­gicz­nie. Na naj­niż­szym po­zio­mie ży­cie by­ło nie­ustan­ną wal­ką: kurz, smog i ha­łas ma­szyn mie­sza­ły się z krzy­ka­mi lu­dzi, któ­rzy pró­bo­wa­li zła­pać każ­dy od­dech. Nikt stąd nie wy­cho­dził z BCI – bie­do­ta nie mia­ła do nie­go do­stę­pu. Do­mi za­mknę­ła na mo­ment oczy, usi­ło­wa­ła wstrzy­mać od­dech i nie dać się przy­tło­czyć cha­osem pierw­sze­go po­zio­mu. FV prze­my­kał nad tłu­mem i su­nął ku po­zio­mo­wi czwar­te­mu, na dach Sky­li­ne­ra – srebr­na kap­su­ła re­ago­wa­ła szyb­ciej niż ludz­kie oko. Na dru­gim po­zio­mie, pod mar­ki­zą, stał męż­czy­zna z ta­nim in­ter­fej­sem BCI przy skro­ni. Wi­try­na skle­pu wy­świe­tla­ła je­go da­ne. Kil­ka kro­ków da­lej tech­nik za­mknął me­ta­lo­wą wa­liz­kę. Ko­bie­ta na pla­sti­ko­wym krze­śle do­ty­ka­ła świe­że­go opa­trun­ku na gło­wie, jak­by spraw­dza­ła, czy już czu­je sy­gnał. Wy­żej. Szkla­ne ta­ra­sy lśni­ły w chłod­nym świe­tle. Na jed­nym z nich dziew­czy­na w ja­snym gar­ni­tu­rze unio­sła dłoń – w po­wie­trzu otwo­rzył się pół­prze­zro­czy­sty pa­nel. Jed­nym ru­chem prze­su­nę­ła wy­kres, a po­ni­żej zmie­nił się rytm świa­teł w ca­łym sek­to­rze. Dwóch męż­czyzn mi­nę­ło się bez sło­wa. Ich spoj­rze­nia na uła­mek se­kun­dy prze­cię­ły się, jak­by wy­mie­ni­li da­ne szyb­ciej niż myśl. Nikt nie pod­no­sił gło­su. Nikt się nie spie­szył. Nad ta­ra­sa­mi prze­su­wa­ła się ci­cha ko­pu­ła za­bez­pie­czeń.

Na czwar­tym po­zio­mie, w ab­so­lut­nej izo­la­cji, ży­li naj­bo­gat­si. Ich in­ter­fej­sy BCI by­ły naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ne. Tu­taj de­cy­do­wa­no o kie­run­ku ca­łe­go mia­sta i kształ­cie cy­fro­wej rze­czy­wi­sto­ści. Po­wie­trze by­ło zim­ne i ci­che, prze­ry­wa­ne je­dy­nie od­le­głym sze­le­stem dro­nów pa­tro­lu­ją­cych ta­ra­sy.

Po­za mu­ra­mi Man­hat­ta­nu pa­no­wał nie­okre­ślo­ny cha­os – ogrom­ne po­ła­cie świa­ta po­zo­sta­wa­ły bez do­stę­pu do tech­no­lo­gii, a lu­dzie każ­de­go dnia wal­czy­li o prze­trwa­nie.

W cie­niu kor­po­ra­cyj­nych wież ro­dzi­ła się no­wa groź­ba. Tech­corp stwo­rzył Ma­in­do – sztucz­ną in­te­li­gen­cję, któ­ra wy­my­ka­ła się spod kon­tro­li i za­czy­na­ła sta­no­wić śmier­tel­ne za­gro­że­nie za­rów­no dla lu­dzi z BCI, jak i tych, któ­rzy wkrót­ce mie­li zo­stać pod­łą­cze­ni. W od­po­wie­dzi We­apon­corp opra­co­wał tech­no­lo­gię, któ­ra zmie­ni­ła wszyst­ko – urzą­dze­nie zdol­ne prze­nieść świa­do­mość czło­wie­ka do chmu­ry da­nych za­pi­sa­nych na gi­ga­pro­ce­so­rze kwan­to­wym.

Tak po­wsta­ło IN­AI – nie­sztucz­na in­te­li­gen­cja, ludz­ki umysł ży­ją­cy po­za cia­łem. IN­AI nie jest pro­gra­mem ani al­go­ryt­mem. To czło­wiek, któ­re­go emo­cje, wspo­mnie­nia i in­tu­icja wciąż pul­su­ją, choć je­go cia­ło już nie ist­nie­je. Je­go jaźń mo­że prze­ska­ki­wać mię­dzy cy­fro­wą chmu­rą, ludz­kim klo­nem, ro­bo­tem ABC – każ­da ma­szy­na re­agu­je tak, jak­by my­ślał i czuł, choć dzia­ła w wie­lu miej­scach na­raz. Pod­sta­wo­wa róż­ni­ca by­ła oczy­wi­sta: AI by­ła sztucz­na, IN­AI – ludz­ka. Śmierć cia­ła prze­sta­je zna­czyć nic – jak zu­ży­ty gar­ni­tur, moż­na go wy­mie­nić. Ale aby stać się w peł­ni IN­AI, trze­ba po­rzu­cić strach i na­uczyć się my­śleć po­za gra­ni­ca­mi de­fi­niu­ją­cy­mi ludz­kość przez ty­sią­ce lat.

Tech­no­lo­gia, któ­ra mia­ła ra­to­wać ży­cie, za­czę­ła wy­my­kać się spod kon­tro­li. Po­cząt­ko­we BCI two­rzo­no z my­ślą o tych, któ­rzy utra­ci­li kon­takt z wła­snym cia­łem – o lu­dziach spa­ra­li­żo­wa­nych i po­zba­wio­nych na­dziei. Nikt nie prze­wi­dział, jak cien­ka mo­że być gra­ni­ca mię­dzy uzdro­wie­niem a utra­tą sie­bie. Te­raz ta gra­ni­ca pę­kła.

Do­mi za­ci­snę­ła dło­nie na po­rę­czy kap­su­ły. Wie­dzia­ła, że nad­cho­dzi mo­ment, w któ­rym nie bę­dzie od­wro­tu. Jej de­cy­zje mo­gły oca­lić al­bo zgu­bić wszyst­kich – za­rów­no ży­ją­cych w cie­le, jak i tych, któ­rzy sta­li się IN­AI. Czy IN­AI, ludz­ki umysł wy­rwa­ny z cia­ła, zdo­ła za­trzy­mać krwa­wą Ma­in­do? Czy ludz­kość prze­trwa star­cie z tech­no­lo­gią, któ­rą sa­ma stwo­rzy­ła?

1

Stre­fa Man­hat­tan 2099 r.

John­ny pra­co­wał ja­ko tech­nik w Tech­corp, choć nikt z je­go prze­ło­żo­nych nie zda­wał so­bie spra­wy, że fir­ma pła­ci­ła mu wła­ści­wie za czas stra­co­ny. Wszyst­kie ru­ty­no­we czyn­no­ści wy­ko­ny­wał me­cha­nicz­nie, a w prze­rwach – ukry­ty w cie­niu ser­we­row­ni al­bo po­chy­lo­ny nad wła­snym ter­mi­na­lem – te­sto­wał no­we na­rzę­dzia ha­ker­skie. Te­go wie­czo­ru wresz­cie zde­cy­do­wał się na coś więk­sze­go. Po­łą­czył się z sie­cią Man­hat­tan. net. W je­go wi­zje­rze roz­sze­rzo­nej rze­czy­wi­sto­ści po­ja­wi­ła się siat­ka po­łą­czeń, świe­cą­ca na czer­wo­no tam, gdzie za­bez­pie­cze­nia by­ły szcze­gól­nie od­por­ne. John­ny uśmiech­nął się pod no­sem.

– Do­bra, zo­bacz­my, kto pierw­szy po­łknie ha­czyk – mruk­nął do sie­bie.

Ro­ze­słał fa­le per­fek­cyj­nie spre­pa­ro­wa­nych wia­do­mo­ści phi­shin­go­wych – każ­da osob­no do­pa­so­wa­na do od­bior­cy. Pod­szy­te pod fir­mo­we ak­tu­ali­za­cje, po­wia­do­mie­nia me­dycz­ne, aler­ty bez­pie­czeń­stwa. Wy­star­czy­ło jed­no klik­nię­cie. Jed­no za­wa­ha­nie. Jed­na chwi­la nie­uwa­gi.

Dło­nie John­ny’ego za­drża­ły, gdy wskaź­ni­ki do­stę­pu za­mi­go­ta­ły. Po nie­speł­na go­dzi­nie trzy z nich za­pa­li­ły się na zie­lo­no: sprze­daw­ca Lu­xcorp, żoł­nierz We­apon­corp i Ra­che­la z Me­di­corp – daw­na zna­jo­ma, któ­rej ni­g­dy nie miał od­wa­gi wy­znać, jak bar­dzo ją po­dzi­wia.

Naj­pierw włą­czył pod­gląd ze skle­pu Lu­xcorp. Ob­raz był kry­sta­licz­nie czy­sty – zu­peł­nie jak­by pa­trzył wła­sny­mi ocza­mi. Sklep wy­glą­dał jak la­bo­ra­to­rium: bia­łe ścia­ny, szkla­ne pół­ki, ho­lo­gra­ficz­ne ety­kie­ty uno­szą­ce się nad pro­duk­ta­mi. Dzię­ki ca­ło­do­bo­we­mu sys­te­mo­wi nad­zo­ru Lu­xcorp John­ny mógł ob­ser­wo­wać sprze­daw­cę na­wet póź­nym wie­czo­rem, gdy nikt po­za nim nie ko­rzy­stał z sie­ci.

Męż­czy­zna stał przy la­dzie, opar­ty o nią z wy­raź­nym znu­że­niem. W pew­nym mo­men­cie je­go brwi drgnę­ły, a John­ny zo­ba­czył w ro­gu ekra­nu de­li­kat­ne pul­so­wa­nie fal mó­zgo­wych. Ro­bot sprzą­ta­ją­cy sto­ją­cy pod ścia­ną na­gle ożył. Chwy­cił mop, po czym płyn­nym ru­chem za­czął czy­ścić pod­ło­gę.

– Ech… gdy­byś jesz­cze po­tra­fił zro­bić ka­wę – od­parł sprze­daw­ca, my­śląc o tym bar­dziej niż mó­wiąc.

Ro­bot się za­trzy­mał. Je­go sen­sor ob­ró­cił się w stro­nę czło­wie­ka, jak­by pró­bo­wał zro­zu­mieć żart.

John­ny par­sk­nął śmie­chem.

– No, przy­naj­mniej ten sys­tem dzia­ła – szep­nął do sie­bie. – Szko­da, że nic tu się nie dzie­je.

Gdy sprze­daw­ca się przeciągnął, po­wo­li, w spo­sób nie­mal bez­wład­ny, John­ny prze­rzu­cił stru­mień na dru­gą ofia­rę. Ka­me­ra żoł­nie­rza We­apon­corp uru­cho­mi­ła się w po­ło­wie ru­chu. Męż­czy­zna stał w du­żym, pu­stym po­ko­ju, któ­re­go be­to­no­we ścia­ny po­ciem­nia­ły od wie­lo­krot­nych eks­plo­zji. W dło­niach trzy­mał prze­sta­rza­ły ka­ra­bi­nek HK416. Broń wy­glą­da­ła na wie­ko­wą, ale by­ła w ide­al­nym sta­nie – za­dba­na jak naj­cen­niej­szy skarb.

John­ny wi­dział te­raz rów­nież da­ne te­le­me­trycz­ne: tęt­no, na­pię­cie mię­śni, po­ziom ad­re­na­li­ny.

– Stać pro­sto… od­dy­chać… strze­lać – mam­ro­tał żoł­nierz.

Wy­ce­lo­wał w ma­ne­ki­na sto­ją­ce­go pod dru­gą ścia­ną. Pla­sti­ko­wa gło­wa ku­kły by­ła już nad­gry­zio­na po­przed­ni­mi ćwi­cze­nia­mi. Za­pa­dła ci­sza. Tak zu­peł­na, że John­ny po­czuł, jak je­go wła­sny od­dech sta­je się cięż­szy i wol­niej­szy. Strzał. Echo. Ka­wał­ki pla­sti­ku opa­dły na zie­mię jak śnieg. Żoł­nierz opu­ścił broń i wpa­try­wał się w „ofia­rę” z mi­ną, któ­rej John­ny nie po­tra­fił od­czy­tać.

– Jesz­cze raz – po­wie­dział do sie­bie.

– A niech se strze­la, ile chce. – John­ny wzru­szył ra­mio­na­mi. – Dość mam już te­sto­ste­ro­nu na dziś.

Prze­łą­czył wi­dok. Ostat­ni stru­mień włą­czył się naj­bli­żej ser­ca. Ob­raz z miesz­ka­nia Ra­che­li za­wsze uru­cha­miał w nim ja­kiś emo­cjo­nal­ny od­ruch, któ­re­go nie chciał ana­li­zo­wać. Ko­bie­ta sie­dzia­ła na ka­na­pie, bo­so, w luź­nej po­dom­ce. Na­prze­ciw niej – dru­ga o czar­nych, krót­kich wło­sach, z ta­tu­ażem bie­gną­cym wzdłuż oboj­czy­ka.

– Chcę z to­bą być – po­wie­dzia­ła ko­chan­ka ci­cho, ale pew­nie. Głos brzmiał jak piesz­czo­ta.

Ra­che­la unio­sła wzrok. Jej oczy by­ły peł­ne na­pię­cia.

– Wiesz, że ja też te­go chcę – za­czę­ła drżą­cym gło­sem. – Ale Me­di­corp nie za­ak­cep­tu­je na­sze­go związ­ku. To nie jest kwe­stia re­gu­la­mi­nu… Oni mo­gą mnie od­ciąć od pro­gra­mu ba­daw­cze­go. Stra­cę wszyst­ko, na co pra­co­wa­łam.

Roz­mów­czy­ni prze­su­nę­ła się bli­żej i do­tknę­ła jej dło­ni.

– Stra­cisz tyl­ko to, co po­zwo­lisz im ode­brać.

Ra­che­la za­mknę­ła oczy, jak­by pró­bo­wa­ła uci­szyć w so­bie my­śli. John­ny czuł, że nie po­wi­nien te­go oglą­dać. To by­ło zbyt in­tym­ne.

– Cho­le­ra… – wy­szep­tał. – Nie po to tu je­stem.

Wy­łą­czył trans­mi­sję. Zo­ba­czył wię­cej, niż chciał.

John­ny odłą­czył in­ter­fejs BCI, a ob­ra­zy no­cy jesz­cze przez chwi­lę pul­so­wa­ły w je­go gło­wie. Lek­ki mro­wią­cy ból w skro­niach i na­pię­cie mię­śni przy­po­mi­na­ły, że cia­ło nad­ro­bi­ło noc­ną pra­cę. Spoj­rzał na ze­ga­rek – 3:17 nad ra­nem. Gorz­ka ka­wa w kuch­ni ser­we­row­ni sma­ko­wa­ła jak przy­po­mnie­nie o tym, co zro­bił, i te­go, cze­go nie po­wi­nien był wi­dzieć.

Po krót­kim prysz­ni­cu wy­ru­szył do Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding. Wcho­dząc do biu­ra Tech­corp, nie­mal au­to­ma­tycz­nie wcią­gnął się w ru­ty­nę: ko­pio­wa­nie ra­por­tów, spraw­dza­nie lo­gów, od­po­wia­da­nie na po­wta­rzal­ne zgło­sze­nia. Każ­dy ruch był me­cha­nicz­ny, a my­śli nie­ustan­nie wra­ca­ły do sie­ci – do ko­lo­rów wskaź­ni­ków, do sprze­daw­cy Lu­xcorp, do wy­strza­łu w be­to­no­wej sa­li tre­nin­go­wej, do Ra­che­li.

W koń­cu przy­sta­nął przy biur­ku. Na ekra­nie po­ja­wi­ły się ak­ta pa­cjen­ta. Ta­na­ka-san. Osiem­na­ście lat, Man­hat­tan, na­ro­do­wość: Ja­po­nia. Zdro­wy, nie­ope­ro­wa­ny, IQ sto sie­dem­dzie­siąt. Ro­dzi­ce: Me­di­corp i Tech­corp. John­ny prze­su­wał wzro­kiem po punk­ta­cjach z te­stów: Tech­corp 2/10, Me­di­corp 9/10, We­apon­corp 4/10, Lu­xcorp – zwol­nio­ny z te­stu z po­wo­du wy­so­kie­go IQ.

No­tat­ka z Me­di­corp: Kan­dy­dat po­sia­da in­tu­icję chi­rur­gicz­ną i pew­ną rę­kę, lecz boi się krwi. Pod­czas sek­cji zwłok zwy­mio­to­wał i stra­cił kon­cen­tra­cję. Od­rzu­co­no go mi­mo wy­ni­ku 9/10.

Dru­ga – z We­apon­corp: Po­tra­fi ob­słu­gi­wać broń na po­zio­mie pod­sta­wo­wym, do­brze oce­nia za­gro­że­nie. Sła­be stro­ny: nie­chęć do agre­sji i za­bi­ja­nia, lęk przed krwią. Przy­ję­ty na sta­no­wi­sko sze­re­go­we­go żoł­nie­rza ze wzglę­du na IQ 170.

John­ny za­mknął no­tat­kę. W ci­szy biu­ra coś w nim za­drża­ło – nie­po­kój al­bo prze­czu­cie, że Ta­na­ka-san wpadł w ten sys­tem jak mu­cha w bursz­tyn. Nie by­ło tu ad­re­na­li­ny ani ho­lo­gra­ficz­nych wskaź­ni­ków, któ­re wi­dział w no­cy – tyl­ko zim­ne ak­ta i cy­fry. A mi­mo to cię­żar od­po­wie­dzial­no­ści był rów­nie re­al­ny. Od­chy­lił się na krze­śle i prze­cią­gnął dło­nią po twa­rzy. No­tat­ki z Me­di­corp i We­apon­corp od­bi­ja­ły mu się w my­ślach jak ostrze­że­nia, któ­rych nie wol­no by­ło igno­ro­wać. Mło­dy męż­czy­zna wy­glą­dał w nich jak ktoś, ko­go sys­tem kor­po­ra­cyj­ny pró­bo­wał do­pa­so­wać na si­łę – aż w koń­cu zna­lazł dla nie­go miej­sce. Im­plan­ta­cja BCI. Jed­no po­le­ce­nie na li­ście pro­ce­dur wy­star­cza­ło, by prze­są­dzić o resz­cie je­go ży­cia.

John­ny wstał, wsu­nął iden­ty­fi­ka­tor do kie­sze­ni i ru­szył w stro­nę ko­ry­ta­rza. Ste­ryl­ne, ja­sne wnę­trza Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding od­bi­ja­ły świa­tło aż na­zbyt ide­al­nie, jak­by bu­dy­nek pró­bo­wał uda­wać, że nie kry­je w so­bie ni­cze­go nie­po­ko­ją­ce­go. Kro­ki John­ny’ego od­bi­ja­ły się echem w pu­stej prze­strze­ni.

Wie­dział, że Ta­na­ka-san zo­stał już skie­ro­wa­ny do przy­go­to­waw­czej sa­li A1. Wie­dział też, że za chwi­lę to on bę­dzie mu­siał po­pro­wa­dzić go do ko­lej­ne­go eta­pu – nie­od­wra­cal­ne­go. Do­tarł do sek­to­ra me­dycz­ne­go, za­trzy­mał się przed ko­ry­ta­rzem pro­wa­dzą­cym do sa­li A1 i ode­tchnął głę­bo­ko, pró­bu­jąc po­ukła­dać my­śli po tej dziw­nej, mę­czą­cej no­cy. Po­tem ru­szył da­lej.

Ta­na­ka-san wsiadł do win­dy Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding. Me­ta­lo­we drzwi za­trza­snę­ły się za nim bez­dź­więcz­nie. W sa­li A1, chłod­nej i ste­ryl­nej, wziął szyb­ki prysz­nic, po czym prze­brał się w strój ope­ra­cyj­ny. Cze­ka­jąc na tech­ni­ka, czuł nie­rów­ne bi­cie ser­ca, jak­by pró­bo­wa­ło wy­rwać się z pier­si. Drzwi otwo­rzy­ły się i wszedł John­ny.

– Je­stem tech­ni­kiem – po­wie­dział spo­koj­nie. – Pro­szę, przejdź­my do sa­li A2. Tam znaj­du­je się sta­no­wi­sko do im­plan­ta­cji in­ter­fej­su BCI.

– Czy to bę­dzie bo­la­ło? – wy­du­sił Ta­na­ka-san, sam sły­sząc drże­nie w swo­im gło­sie.

– Nie. Za­bieg wy­ko­nu­je się w nar­ko­zie. Nic nie po­czu­jesz.

Sa­la A2 przy­po­mi­na­ła bar­dziej la­bo­ra­to­rium przy­szło­ści niż sa­lę me­dycz­ną.

– Pierw­szy etap za­bie­gu na­zy­wa się po­łą­cze­niem – za­czął John­ny. – Wpro­wa­dzę do two­je­go mó­zgu ni­ci w ska­li mi­kro­no­wej. Każ­da z nich ma wie­le elek­trod i łą­czy się z im­plan­tem zwa­nym łą­czem. Z je­go po­mo­cą bę­dziesz mógł ste­ro­wać każ­dym kom­pu­te­rem i urzą­dze­niem mo­bil­nym, z do­wol­ne­go miej­sca na Zie­mi.

– Je­stem go­to­wy – wy­szep­tał Ta­na­ka-san, choć nie był pe­wien, czy mó­wi praw­dę.

– Po­łóż się.

Gdy nar­ko­za za­czę­ła dzia­łać, świat roz­mył się w mlecz­nych pla­mach. Sys­tem ro­bo­tycz­ny pra­co­wał z nie­ludz­ką pre­cy­zją. Od­dzie­lił skó­rę od czasz­ki, la­ser wy­wier­cił otwór, a me­cha­nicz­ne ra­mio­na umie­ści­ły im­plant głę­bo­ko w je­go mó­zgu. Po­tem ni­ci neu­ro­no­we, de­li­kat­ne jak pa­ję­czy­na, wsu­nę­ły się w tkan­kę ner­wo­wą. Kie­dy się ock­nął, świat po­wi­tał go nie­ostry, jak­by za mgłą.

– Źle wi­dzę… – mruk­nął.

– To mi­nie – za­pew­nił John­ny. – Twój mózg przy­zwy­cza­ja się do no­we­go ob­wo­du. Po­dam ci śro­dek na­sen­ny, że­by pro­ces prze­biegł szyb­ciej.

Czas roz­pły­nął się. Gdy wró­cił do świa­do­mo­ści, w je­go umy­śle za­brzmiał ob­cy, ale zna­jo­my dźwięk – jak­by ktoś otwo­rzył drzwi bez pu­ka­nia. Masz no­wą wia­do­mość e-ma­il. „Po raz pierw­szy uru­cho­mi­łeś in­ter­fejs BCI. W za­łącz­ni­ku znaj­dziesz ha­sło do­stę­pu do sys­te­mu za­rzą­dza­nia drzwia­mi. Użyj go i przejdź do sa­li A3”. Ha­sło brzmia­ło: Ge­ne­sis. Trzy za­kład­ki roz­świe­tli­ły je­go umysł: zie­lo­na – otwórz, czer­wo­na – za­mknij, żół­ta – uchyl. Za­zna­czał je ko­lej­no, ob­ser­wu­jąc po­słusz­ne, au­to­ma­tycz­ne ru­chy drzwi. Żad­nej kar­ty. Żad­ne­go pi­lo­ta. Tyl­ko myśl.Nie­zwy­kłe. Nie­po­ko­ją­ce. Eks­cy­tu­ją­ce.

Po­dą­żył do sa­li A3. Pół­mrok otu­lił go jak ak­sa­mit. Na środ­ku po­miesz­cze­nia stał je­dy­ny me­bel – ma­syw­ny fo­tel, jak­by prze­nie­sio­ny z an­giel­skie­go ga­bi­ne­tu sprzed stu­le­cia. Świa­tło z su­fi­tu for­mo­wa­ło bia­łą, pro­wa­dzą­cą ścież­kę.

– Wi­taj – ode­zwał się głos ko­bie­ty. De­li­kat­ny, ale bez cie­pła. – Je­stem sztucz­ną in­te­li­gen­cją Ma­in­do. Za­in­sta­lu­ję ci opro­gra­mo­wa­nie bo­jo­we.

– Nie chcę żad­ne­go opro­gra­mo­wa­nia bo­jo­we­go! – krzyk­nął, czu­jąc, jak strach wspi­na mu się po krę­go­słu­pie.

– Pra­cow­ni­cy We­apon­corp ma­ją in­sta­lo­wa­ne opro­gra­mo­wa­nie bo­jo­we – od­par­ła AI, jak­by cy­to­wa­ła in­struk­cję ob­słu­gi.

– A je­śli od­mó­wię?

– Wte­dy przej­dziesz tre­ning bez nie­go. Na więź­niach. Two­im za­da­niem bę­dzie ich za­bić.

– To… kosz­mar. Zga­dzam się.

Po­le­ce­nia AI Ma­in­do brzmia­ły chłod­no i pre­cy­zyj­nie. Fo­tel skry­wał ukry­te łą­cze, któ­re Ta­na­ka-san pod­piął za uchem. Gdy da­ne za­czę­ły na­pły­wać, po­czuł się, jak­by ktoś otwie­rał ko­lej­ne furt­ki w je­go umy­śle. Mózg chło­nął wszyst­ko jak wy­su­szo­na zie­mia wo­dę. Sztu­ki wal­ki. Broń pal­na. Broń bia­ła. Pro­ce­du­ry. Od­le­głość. Czas re­ak­cji. Nie uczo­no go za­bi­jać. Uczo­no go de­cy­do­wać. A de­cy­zje, jak wie­dział, za­wsze zo­sta­ją dłu­żej niż krew. Świa­tło roz­bły­sło. Sied­miu lu­dzi w ce­li spoj­rza­ło na nie­go jed­no­cze­śnie. Zbyt syn­chro­nicz­nie, by był to przy­pa­dek. Jak sta­do, któ­re wy­czu­ło słab­sze­go osob­ni­ka.

– Ci lu­dzie pró­bo­wa­li nie­le­gal­nie do­stać się do stre­fy Man­hat­tan – oznaj­mi­ła AI Ma­in­do. – Ka­rą za to jest śmierć. Prze­ży­ją, je­śli cię za­bi­ją.

Ta­na­ka-san pod­szedł do kra­ty. Ni­ski męż­czy­zna o krzy­wym no­sie splu­nął pod je­go sto­py.

– Nie wy­glą­dasz na za­gro­że­nie.

– To do­brze – od­po­wie­dział spo­koj­nie Ta­na­ka-san.

– Sied­miu na jed­ne­go? – Ro­sja­nin uśmiech­nął się krzy­wo. Już wy­grał w swo­jej gło­wie.

Me­cha­ni­zmy pod pod­ło­gą za­sko­czy­ły bez ostrze­że­nia. Ce­la za­czę­ła się uno­sić. Ra­zem z nią oni – i on. Ta­na­ka-san cof­nął się o krok. Nie dla­te­go, że mu­siał. Dla­te­go, że wy­brał dy­stans.

Su­fit roz­su­nął się. Nie­bo by­ło czy­ste. Dach Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding przy­jął ich jak bez­oso­bo­wa sce­na, go­to­wa na do­wol­ny sce­na­riusz. Kra­ta opa­dła. Więź­nio­wie wy­szli na dach. W rę­kach trzy­ma­li ki­je bejs­bo­lo­we. Kil­ka me­trów da­lej stał me­ta­lo­wy stół. Ka­ra­bi­nek so­nicz­ny le­żał nie­ru­cho­mo. Obok nie­go ro­bot ABC. Wy­łą­czo­ny. Cze­ka­ją­cy. Ta­na­ka-san nie się­gnął po broń od ra­zu. Ci­sza trwa­ła dłu­żej, niż więź­nio­wie by­li w sta­nie znieść. Spoj­rzał na więź­niów. Ser­ce bi­ło mu w pier­si, a myśl po­wta­rza­ła: zabić ich wszyst­kich czy nie? Wie­dział, że to bę­dzie je­go pierw­sza praw­dzi­wa de­cy­zja – i że od niej za­le­ży, czy prze­ży­je. Jesz­cze je­den im­puls, a wszyst­ko sta­nie się nie­od­wra­cal­ne.

– Tre­ning roz­pocz­nie się za trzy… dwa… je­den… – po­wie­dzia­ła AI Ma­in­do.

Ru­szy­li. Nie jak wo­jow­ni­cy. Jak lu­dzie, któ­rym obie­ca­no ży­cie w za­mian za cu­dzą śmierć. Ta­na­ka-san uniósł ka­ra­bi­nek. Nie ce­lo­wał w gło­wę. Nie w ser­ce. W prze­strzeń po­mię­dzy ni­mi. Po­wie­trze za­drża­ło, jak­by ktoś ści­snął rze­czy­wi­stość nie­wi­dzial­ną dło­nią. Pierw­szy męż­czy­zna upadł. Dru­gi ukląkł, pró­bu­jąc zła­pać od­dech. Trze­ci za­trzy­mał się na­gle, jak­by zro­zu­miał coś za póź­no. Resz­ta cof­nę­ła się od­ru­cho­wo. I wte­dy Ta­na­ka-san pod­jął de­cy­zję. Przez uła­mek se­kun­dy po­my­ślał, że nie on bę­dzie za­bi­jał. Że wy­star­czy wy­dać po­le­ce­nie – a rę­ce po­zo­sta­ną czy­ste. Ro­bot ABC ożył. Je­go krok był cięż­ki, ale niepo­śpiesz­ny. Nie go­nił. Nie mu­siał. Każ­dy je­go ruch mó­wił ja­sno, że wy­nik zo­stał już usta­lo­ny – nie przez ma­szy­nę, lecz przez de­cy­zję, któ­ra za­pa­dła chwi­lę wcze­śniej. Ta­na­ka-san pa­trzył na szcze­gó­ły. Nie by­ło w tym nic, cze­go nie prze­wi­dzia­no. Gdy wszyst­ko uci­chło, spoj­rzał na dach. Je­den z więź­niów stał przy czer­wo­nej li­nii. Drżał. Żył.

– Prze­ży­łeś – po­wie­dzia­ła AI Ma­in­do. – To wy­star­czy.

Ro­sja­nin ski­nął gło­wą. Nie z wdzięcz­no­ścią. Zro­zu­mie­niem. FV za­brał go bez słów.

Gdy po­jazd znik­nął w prze­strze­ni nad Man­hat­ta­nem, ro­bot ABC znie­ru­cho­miał. Cze­kał na ko­lej­ny roz­kaz, któ­re­go nie by­ło.

– Ukoń­czy­łeś szko­le­nie – oznaj­mi­ła AI Ma­in­do.

– Jesz­cze nie – od­po­wie­dział Ta­na­ka-san.

Pod­szedł do kra­wę­dzi da­chu. Spoj­rzał na mia­sto. Nie czuł eu­fo­rii. Nie czuł od­ra­zy. Czuł kla­row­ność. Zro­zu­miał, że prze­moc by­ła tyl­ko na­rzę­dziem. Te­stem by­ła mo­ral­ność.

2

Oko­li­ce stre­fy Man­hat­tan 2099r.

Za­padł zmierzch. Dwóch męż­czyzn, głod­nych i złych, je­cha­ło sta­rym For­dem Mu­stan­giem po po­pę­ka­nej, as­fal­to­wej dro­dze, gdy świa­tło dnia po­wo­li ga­sło za ho­ry­zon­tem. Dro­ga, któ­ra kie­dyś pro­wa­dzi­ła na Man­hat­tan, te­raz by­ła peł­na wyrw i gru­zu, jak­by sa­ma zie­mia od­rzu­ca­ła pa­mięć o daw­nym świe­cie. Ich twa­rze by­ły po­kry­te ku­rzem i cie­niem; oczy błysz­cza­ły zło­wro­go, jak dwa wę­gle roz­ża­rzo­ne nie­na­wi­ścią. W ich spo­so­bie pro­wa­dze­nia, w na­pię­ciu mię­śni, w su­ro­wo­ści spoj­rzeń kry­ła się bru­tal­ność, a każ­dy ruch był przy­go­to­wa­niem do prze­mo­cy. Wy­ru­szy­li o świ­cie, peł­ni na­dziei, że te­go dnia uda im się zna­leźć od­po­wied­nią „ofia­rę” dla pla­nu wy­zna­czo­ne­go przez Bejs­bo­la. Jed­nak każ­da ko­bie­ta, któ­rą do­strze­gli na obrze­żach ru­in czy przy dy­mią­cych ogni­skach, by­ła nie­od­po­wied­nia. Jed­na by­ła zbyt sta­ra, in­na zbyt nie­uf­na; jesz­cze in­na ucie­ka­ła zbyt szyb­ko, za­nim męż­czyź­ni zdą­ży­li oce­nić jej war­tość. Mu­stang rzu­cał się po dro­dze, wy­plu­wa­jąc z ru­ry wy­de­cho­wej ciem­ny dym, a sil­nik war­czał jak be­stia wy­czu­wa­ją­ca krew. Dwaj męż­czyź­ni w mil­cze­niu ob­ser­wo­wa­li opusz­czo­ne bu­dyn­ki, prze­wró­co­ne zna­ki dro­go­we i wra­ki sa­mo­cho­dów, któ­re wy­glą­da­ły jak ko­ści daw­no wy­mar­łe­go świa­ta. Co ja­kiś czas Max prze­su­wał dło­nie po pał­ce, no­żu i li­nie, upew­nia­jąc się, że wszyst­ko jest go­to­we.

– Dzi­siaj mu­si się udać – mruk­nął Mi­ke , wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w po­sta­ci wy­ła­nia­ją­ce się w cie­niu.

– Nie mo­że­my ry­zy­ko­wać po­raż­ki… Bejs­bol nas uka­rze, je­śli wró­ci­my z pu­sty­mi rę­ka­mi – do­dał Max.

Zza ko­lej­nej kra­wę­dzi ru­in wy­ło­ni­ła się mło­da dziew­czy­na. Po­ru­sza­ła się ostroż­nie, jak­by każ­dy krok był prze­my­śla­nym wy­bo­rem mię­dzy ży­ciem a śmier­cią. Mi­ke wy­czuł, że to mo­że być „ta”. Mu­stang zwol­nił, a ser­ce męż­czy­zny za­czę­ło bić szyb­ciej. W tej chwi­li świa­tło zmierz­chu oświe­tli­ło jej twarz – mło­dą, prze­stra­szo­ną, a jed­no­cze­śnie peł­ną de­ter­mi­na­cji. Jej ry­sy by­ły de­li­kat­ne, wło­sy ciem­ne i je­dwa­bi­ste, opa­da­ją­ce swo­bod­nie na ra­mio­na. Smu­kła syl­wet­ka, dłu­gie no­gi i na­tu­ral­na po­stu­ra spra­wia­ły, że mi­mo stra­chu ema­no­wa­ła sub­tel­ną pew­no­ścią sie­bie.

– Za­trzy­maj się… po­wo­li – szep­nął Max, go­to­wy z li­ną i pał­ką.

Do­mi od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie, oce­nia­jąc dro­gę uciecz­ki. Jej my­śli kłę­bi­ły się w pa­ni­ce: Je­śli mnie zła­pią… co ze mną zro­bią? Czy uda mi się stąd uciec? Nie mo­gę po­zwo­lić, że­by się mną ba­wi­li.

Skrę­ci­ła gwał­tow­nie w ulicz­kę, my­śląc, że mo­że prze­ga­pią ją w la­bi­ryn­cie śmie­ci i wra­ków sa­mo­cho­dów. Mu­stang stał nie­ru­cho­mo, a Max ru­szył do niej jed­nym zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Je­go cień wy­glą­dał zło­wro­go w świe­tle za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Do­mi zro­bi­ła krok w tył, po­tknę­ła się o ka­mień i upa­dła na ko­la­na. Max jed­nym ru­chem oplótł jej nad­garst­ki li­ną i wcią­gnął ją do Mu­stan­ga. My­śli ko­tło­wa­ły się w jej gło­wie: Nie dam się im, mu­szę za­cho­wać spo­kój… ale je­śli prze­gra­łam, co bę­dzie ze mną da­lej?

– Nie po­zwo­lą ci odejść… – wy­szep­tał Max tuż przy jej uchu. Je­go sło­wa ude­rzy­ły w nią cię­ża­rem zim­nej praw­dy.

Mu­stang ru­szył w kie­run­ku obo­zu gan­gu, wy­plu­wa­jąc z wy­de­chu dym jak czar­ną fa­lę nie­unik­nio­ne­go lo­su. Gdy do­tar­li na miej­sce, Do­mi zo­sta­ła wy­cią­gnię­ta z sa­mo­cho­du przez Ma­xa. Zim­ny wiatr tar­gał jej wło­sa­mi. Oczy przy­wód­cy gan­gu, Bejs­bo­la, na­tych­miast spo­czę­ły na niej.

– Na ko­la­na – rzu­cił gło­sem, któ­ry nie po­zo­sta­wiał miej­sca na sprze­ciw.

Do­mi opa­dła na ko­la­na. Li­na na nad­garst­kach na­pię­ła się, gdy Max nie­co ją przy­cią­gnął. Ser­ce wa­li­ło jej w pier­si tak moc­no, że przez chwi­lę mia­ła wra­że­nie, iż za­głu­sza wszyst­ko wo­kół.

Pod­nio­sła wzrok. Me­tal skrzyp­nął ci­cho, gdy ro­bot prze­su­nął cię­żar cia­ła. Z je­go wnę­trza do­biegł syk hy­drau­li­ki – krót­ki, rze­czo­wy, jak od­dech ma­szy­ny, któ­ra nie zna zmę­cze­nia. Wą­skie sen­so­ry za­pa­li­ły się, omia­ta­jąc ją chłod­nym świa­tłem. Do­mi po­czu­ła, że zo­sta­ła za­uwa­żo­na.

Je­go ra­mię po­ru­szy­ło się o uła­mek se­kun­dy za póź­no, jak­by cze­ka­ło na roz­kaz, a jed­nak go­to­we by­ło wy­ko­nać go na­tych­miast. Cię­żar tej obec­no­ści przy­gnia­tał ją bar­dziej niż li­na na nad­garst­kach. To nie by­ło coś, z czym moż­na ne­go­cjo­wać. Ani coś, co za­wa­ha się przed cio­sem. Nie mu­siał ro­bić nic wię­cej. Sam fakt, że stał, wy­star­czył.

– Na ja­kiej za­sa­dzie dzia­ła ta… ma­szy­na? – za­py­ta­ła, sta­ra­jąc się ukryć drże­nie gło­su.

Bejs­bol pod­szedł bli­żej, a kij spo­czy­wał luź­no w je­go dło­ni.

– Ste­ru­je nią czło­wiek ze stre­fy Man­hat­tan, uży­wa­jąc urzą­dze­nia zwa­ne­go in­ter­fej­sem BCI. Nie przy­szedł sam, bo nam nie ufa – wy­ja­śnił. Le­piej pójdź z ro­bo­tem do­bro­wol­nie. W prze­ciw­nym ra­zie… al­bo on cię za­bi­je, al­bo ja.

Ostroż­nie wy­su­nę­ła rę­ce do przo­du. Ro­bot ABC jed­nym, kon­tro­lo­wa­nym ru­chem przy­cią­gnął ją do sie­bie i skie­ro­wał do otwar­te­go wej­ścia FV, no­wo­cze­sne­go po­jaz­du la­ta­ją­ce­go. Ogni­ska rzu­ca­ły na ich syl­wet­ki dłu­gie, drżą­ce cie­nie, a trzask ga­łę­zi mie­szał się z war­cze­niem Mu­stan­ga w od­da­li. Gdy drzwi za­mknę­ły się za ni­mi, Do­mi spoj­rza­ła przez gład­ką, me­ta­licz­ną, w peł­ni prze­zro­czy­stą szy­bę po­jaz­du, któ­ra od­bi­ja­ła bla­de świa­tło wnę­trza, lecz nie za­sła­nia­ła wi­do­ku. Po raz ostat­ni zo­ba­czy­ła ru­iny daw­ne­go No­we­go Jor­ku – spa­lo­ne fa­sa­dy bu­dyn­ków, skrę­co­ne frag­men­ty mo­stów, ster­ty gru­zu.

Po kil­ku mi­nu­tach lo­tu stre­fa Man­hat­tan wy­ło­ni­ła się na ho­ry­zon­cie ni­czym gi­gan­tycz­ny, pul­su­ją­cy or­ga­nizm. Nad mia­stem gó­ro­wa­ła Sta­tua Wol­no­ści, jej syl­wet­ka wy­da­wa­ła się cy­fro­wo wy­cię­ta, oto­czo­na mi­go­czą­cy­mi fa­la­mi Atlan­ty­ku, któ­ry od­bi­jał świe­tli­ste smu­gi nad­la­tu­ją­cych dro­nów. FV wy­lą­do­wał płyn­nie na da­chu Sky­li­ne­ra, znaj­du­ją­ce­go się na Po­zio­mie Czwar­tym, i prze­szedł w tryb pod­trzy­ma­nia sta­bil­no­ści. Do­mi wy­szła na dach. Ro­bot ABC stał obok niej, bez sło­wa – stal i zim­na lo­gi­ka. Zda­ła so­bie spra­wę, że od te­raz jej ży­cie na­le­ży do ko­goś in­ne­go.

3

Stre­fa Man­hat­tan 2099 r.

Ro­bot ABC ru­szył na­przód, pro­wa­dząc Do­mi przez wą­ski ko­ry­tarz. Kro­ki brzmia­ły głu­cho, jak­by ścia­ny wchła­nia­ły każ­dy od­głos. Za­trzy­mał się przed jed­ny­mi z drzwi. Do­mi we­szła do środ­ka. Łóż­ko w cen­trum, ekran na­prze­ciw­ko. Drzwi za­mknę­ły się za nią z hu­kiem. Echo by­ło wer­dyk­tem. Sztucz­ne świa­tło wgry­za­ło się w jej oczy. Mi­go­ta­nie neo­nów za oknem le­d­wie prze­bi­ja­ło się przez szy­bę z me­ta­licz­ne­go drew­na – wy­trzy­ma­łe­go jak ty­tan XXI wie­ku. Po­kój wy­da­wał się osob­nym świa­tem, w któ­rym czas pły­nął ina­czej – wol­niej, gę­ściej, jak­by chciał ją za­trzy­mać w so­bie na za­wsze. Na ekra­nie po­ja­wił się film. Mło­da, na­ga ko­bie­ta by­ła przy­wią­za­na je­dwab­nym sza­lem do łóż­ka. Do­mi cof­nę­ła się gwał­tow­nie, ser­ce za­czę­ło jej bić szyb­ciej. W tym mo­men­cie drzwi się otwo­rzy­ły. Męż­czy­zna w ma­sce sta­nął w pro­gu. Szla­frok cięż­ki, po­ły­sku­ją­cy. Za każ­dym je­go ge­stem kry­ła się wła­dza i chłod­na pre­cy­zja. To on stał za po­rwa­niem – to je­go roz­ka­zy spro­wa­dzi­ły wszyst­ko do te­go mo­men­tu. Obok nie­go stał ro­bot ABC – ten sam, któ­ry wcze­śniej przy­wiózł Do­mi do stre­fy Man­hat­tan i pro­wa­dził ją te­raz do po­ko­ju z łóż­kiem

– Film nie przy­padł ci do gu­stu – po­wie­dział spo­koj­nie męż­czy­zna w ma­sce. – Roz­bierz się i po­łóż się na łóż­ku.

– Nie! – krzyk­nę­ła, co­fa­jąc się.

Ru­szył w jej stro­nę. Po­wo­li. Pew­nie. Je­go rę­ka chwy­ci­ła jej szy­ję. Bru­tal­nie. Na­gle. Po­wie­trze ucie­ka­ło z płuc. Świat za­wę­ził się do bó­lu i pa­ni­ki. Do­mi wal­czy­ła. Każ­dy ruch wy­wo­ły­wał no­we fa­le prze­ra­że­nia. Mię­śnie pa­li­ły. Rę­ce drża­ły. Od­dy­cha­ła płyt­ko. Strach na­ra­stał, wy­peł­nia­jąc każ­dy za­ka­ma­rek cia­ła.

Męż­czy­zna pa­trzył na nią z fa­scy­na­cją. Nie sek­su­al­ną. Eks­cy­to­wa­ło go na­pię­cie, kon­tro­la, strach w jej oczach. Każ­dy od­dech, każ­dy szarp­nię­ty ruch – pod­sy­cał je­go ob­se­sję na punk­cie sy­tu­acji, któ­rą sam stwo­rzył.

Do­mi po­czu­ła in­stynkt prze­trwa­nia. Rę­ce za­ci­snę­ły się na je­go szyi. Po­wo­li. Pre­cy­zyj­nie. Każ­dy ruch wy­ma­gał si­ły, zde­cy­do­wa­nia. Je­go ru­chy zwal­nia­ły. Jesz­cze je­den mo­ment. Jesz­cze je­den od­dech. Po­tem upadł. Na pod­ło­gę. Bez ży­cia. Nie za­sta­na­wia­jąc się, wy­bie­gła na ko­ry­tarz pro­wa­dzą­cy do win­dy. Za­suw­ni­ce prze­su­nę­ły się. Ru­szy­ła w gó­rę. Mia­sto pul­so­wa­ło w do­le. Wszyst­ko in­ne zni­ka­ło. Na da­chu cze­kał FV. Sys­te­my po­jaz­du, po śmier­ci męż­czy­zny w ma­sce, zre­star­to­wa­ły się do usta­wień fa­brycz­nych. Au­to­ma­tycz­nie wy­bra­ły Po­ziom Dru­gi – han­del i miesz­ka­nia, bo wła­śnie tam by­ła wy­po­ży­czal­nia, z któ­rej udu­szo­ny dys­po­nent wcze­śniej go wziął. To był je­dy­ny lo­gicz­ny cel fa­brycz­ny po­jaz­du – prze­wieźć pa­sa­że­ra w miej­sce zwią­za­ne z pier­wot­nym użyt­kow­ni­kiem.

FV le­ciał nad Po­zio­mem Dru­gim. Lu­dzie prze­my­ka­li po da­chach i sky­wal­kach mię­dzy wie­żow­ca­mi, tar­gu­jąc się o każ­dy kre­dyt, pró­bu­jąc sprze­dać coś, co po­zwo­li prze­trwać ko­lej­ną noc. Do­mi wy­su­nę­ła no­gi z ka­bi­ny FV i sta­nę­ła na me­ta­licz­nej po­wierzch­ni, czu­jąc puls mia­sta pod sto­pa­mi. Szła wzdłuż pa­sa­żu, mi­ja­jąc wą­skie przej­ścia i schod­ki łą­czą­ce ko­lej­ne da­chy, aż za­trzy­mał ją in­ten­syw­nie mi­ga­ją­cy ró­żo­wy neon w kształ­cie pe­li­ka­na. Bar Ró­żo­wy Pe­li­kan. Bez za­sta­no­wie­nia we­szła do środ­ka.

Wnę­trze by­ło ha­ła­śli­we, dym­ne, pul­su­ją­ce mu­zy­ką i roz­mo­wa­mi. Usia­dła przy ba­rze i zer­k­nę­ła na me­nu: fryt­ki z gra­vy, grud­ki se­ro­we, za­pie­ka­ny ma­ka­ron, Slop­py Joe.

– Co po­dać? – burk­nął bar­man.

– Nie wiem – od­po­wie­dzia­ła szcze­rze. – Pa­trzę, co ma­cie.

Przy­pa­try­wał się jej, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po po­dar­tej ko­szul­ce.

– Nie masz in­ter­fej­su BCI – za­uwa­żył po­dejrz­li­wie. – Pła­cisz z gó­ry kre­dy­ta­mi.

– Kre­dy­ta­mi? O czym ty mó­wisz?

– Skąd się wzię­łaś, dziew­czy­no? Każ­dy tu pra­cu­je dla swo­jej kor­po­ra­cji. Nie masz kre­dy­tów? Nie mam z to­bą nic do ga­da­nia. Wy­no­cha, za­nim bę­dę miał kło­po­ty! Wy­sy­czał coś jesz­cze o ro­dzi­cach i do­no­sze­niu, gdy opusz­cza­ła lo­kal. Na uli­cy za­pa­la­ły się lam­py. Usia­dła na kra­węż­ni­ku, za­kry­ła twarz dłoń­mi. Płacz spły­nął po po­licz­kach w ci­szy neo­no­wej no­cy. Kie­dy pod­nio­sła wzrok, ktoś stał przed nią – ko­bie­ta o nie­od­gad­nio­nym wie­ku.

– Zgu­bi­łam się – wy­szep­ta­ła Do­mi. – Jak do­stać się na mur chro­nią­cy stre­fę Man­hat­tan?

– Nie da się tam do­trzeć – od­par­ła ko­bie­ta, któ­rej wiek trud­no by­ło od­gad­nąć. – Ale je­śli na­praw­dę chcesz spró­bo­wać do­trzeć na Po­ziom Trze­ci lub Czwar­ty, mu­sisz naj­pierw udać się do sta­cji wind eks­pre­so­wych Sky­Lift, Ter­mi­nal–07.

Spoj­rza­ła na nią z mie­sza­ni­ną po­li­to­wa­nia i współ­czu­cia, bo by­ło jej żal za­gu­bio­nej dziew­czy­ny, po czym we­szła do ba­ru „Ró­żo­wy Pe­li­kan”.

W cen­trum ochro­ny Man­hat­tan Ta­na­ka-san ana­li­zo­wał ob­raz twa­rzy Do­mi. Apli­ka­cja nie zna­la­zła żad­ne­go pro­fi­lu. Po­wtó­rzył skan. Wy­nik ten sam: nie ist­nie­je. Je­go lu­dzie bły­ska­wicz­nie za­ję­li po­zy­cje na po­kła­dzie FV, przy­go­to­wu­jąc li­ny i pa­ra­li­za­to­ry. Ta­na­ka-san uniósł rę­kę w krót­kim ge­ście – znak do dzia­ła­nia. FV nad­le­ciał nad sta­cję wind eks­pre­so­wych, a kil­ku lu­dzi opu­ści­ło się na li­nach. Je­den z nich wy­ce­lo­wał pa­ra­li­za­tor w Do­mi. Im­puls spa­ra­li­żo­wał jej cia­ło na­tych­miast, mię­śnie zwiot­cza­ły, a zmy­sły zga­sły. Stra­ci­ła przy­tom­ność i upa­dła bez­wład­nie. Ta­na­ka-san i je­go lu­dzie pod­nie­śli ją i prze­nie­śli do po­ko­ju prze­słu­chań w bu­dyn­ku We­apon­corp, tuż obok sta­cji wind eks­pre­so­wych.

Do­mi obu­dzi­ła się przy­wią­za­na do me­ta­lo­wej ław­ki, twa­rzą do lu­stra we­nec­kie­go.

– Lu­stro we­nec­kie… – syk­nę­ła. – Świet­nie. Bę­dą mnie pod­glą­dać jak zwie­rzę.

Drzwi otwo­rzy­ły się. Do środ­ka wszedł Ta­na­ka-san.

– Co tu ro­bisz? – za­py­tał spo­koj­nie.

Opo­wie­dzia­ła mu ca­łą hi­sto­rię: po­rwa­nie przez gang Su­te­ne­rów, du­sze­nie w luk­su­so­wym po­ko­ju, uciecz­kę FV.

Słu­chał. Bez ko­men­ta­rza. Gdy skoń­czy­ła, je­dy­nie za­py­tał:

– Jak wy­glą­dał ten po­kój?

– Wy­so­ko. W chmu­rach. Tyl­ko łóż­ko i ogrom­ny ekran.

Prze­rwał prze­słu­cha­nie. Coś za­czę­ło mu się nie zga­dzać – a je­go ka­rie­ra do­pie­ro się za­czy­na­ła. Mu­siał wszyst­ko zwe­ry­fi­ko­wać. Każ­dy błąd mógł go po­grze­bać. Wró­cił do niej.

– Nie wiem, jak dłu­go tu bę­dzie­my – po­wie­dział. – To za­le­ży też od cie­bie.

Za lu­strem na­ra­sta­ła pre­sja. Mu­siał dzia­łać.

Po­le­cił ro­bo­to­wi ABC wejść do po­miesz­cze­nia. Ma­szy­na wnio­sła su­chą szma­tę, pięć­dzie­się­cio­li­tro­wy ka­ni­ster i zie­lo­ną ko­new­kę. Do­mi krzyk­nę­ła, gdy ją zo­ba­czy­ła.

Ław­ka prze­chy­li­ła się, gło­wa zna­la­zła ni­żej niż sto­py. Ro­bot przy­krył jej twarz szma­tą i na­peł­nił ko­new­kę.

– Za­czy­na­my – po­wie­dział chłod­no. – Wa­ter­bo­ar­ding.

Wo­da spły­wa­ła na szma­tę. Do­mi du­si­ła się, ko­pa­ła, pró­bo­wa­ła od­wró­cić gło­wę – bez skut­ku.

– Jak do­sta­łaś się do stre­fy Man­hat­tan?!

– Mó­wię praw­dę… bła­gam…!

– Spró­bu­je­my jesz­cze raz.

Ko­lej­na fa­la zim­nej wo­dy. W koń­cu zdjął szma­tę. Pró­bo­wa­ła zła­pać od­dech.

– Al­bo mó­wisz praw­dę, al­bo ktoś cię wy­szko­lił – po­wie­dział. – Mam jesz­cze jed­ną me­to­dę. Tio­pen­tal. Se­rum praw­dy.

Wy­jął strzy­kaw­kę. Zbli­żył ją do jej ra­mie­nia…

Głos ofi­ce­ra dy­żur­ne­go roz­legł się z gło­śni­ka jak zim­ny trzask cię­te­go me­ta­lu:

– Zna­leź­li­śmy cia­ło. Po­kój We­apon­corp. To już jest spra­wa Tech­corp. Na­tych­miast za­kończ prze­słu­cha­nie i odejdź od więź­nia.

Ta­na­ka-san za­marł. Igła z tio­pen­ta­lem za­wi­sła cen­ty­me­try od ra­mie­nia Do­mi, go­to­wa do wkłu­cia, lecz te­raz na­gle po­zba­wio­na ce­lu. Od­su­nął strzy­kaw­kę, czu­jąc na­ra­sta­ją­cą fru­stra­cję, ale i bez­sil­ną świa­do­mość, że dal­sze dzia­ła­nie jest za­bro­nio­ne. Gdy Tech­corp wcho­dzi do ak­cji, We­apon­corp mu­si się cof­nąć – na­wet je­śli to ich po­kój, ich in­truz i ich pro­blem. Wy­pu­ścił po­wie­trze po­wo­li, pró­bu­jąc opa­no­wać złość, któ­ra ści­snę­ła go w gar­dle.

Za drzwia­mi cze­ka­li już lu­dzie Tech­corp – w jed­na­ko­wych bia­łych płasz­czach ope­ra­cyj­nych, bez słów i iden­ty­fi­ka­to­rów, jak­by przy­szli prze­jąć frag­ment rze­czy­wi­sto­ści. Ta­na­ka-san po­czuł na­pię­cie w kar­ku, kie­dy stał bez­rad­nie, ob­ser­wu­jąc, jak gru­pa cze­ka na sy­gnał do dzia­ła­nia.

Dwóch tech­ni­ków Tech­corp we­szło do środ­ka i me­cha­nicz­nie od­pię­ło pa­sy krę­pu­ją­ce Do­mi. Zro­bi­li to tak spraw­nie, jak­by wy­ko­ny­wa­li tę czyn­ność set­ki ra­zy dzien­nie. Za ni­mi wszedł John­ny. Nad je­go iden­ty­fi­ka­to­rem mi­ga­ła no­wa fla­ga: Przy­dział spe­cjal­ny – kon­takt ope­ra­cyj­ny: Do­mi.

Do­mi spoj­rza­ła na nie­go krót­ko, nie­pew­nie, jak­by pró­bo­wa­ła za­pa­mię­tać je­go twarz, za­nim po­now­nie stra­ci­ła świa­do­mość. Tech­ni­cy wy­pro­wa­dzi­li ją na dach, gdzie cze­kał FV.

– Do­kąd ją za­bie­ra­cie? – wy­chry­piał Ta­na­ka-san.

John­ny po­zo­sta­wał spo­koj­ny i nie­ugię­ty:

– Na Po­ziom Trze­ci.

Ta­na­ka-san za­wa­hał się jesz­cze, spusz­cza­jąc głos:

– A ten… męż­czy­zna z po­ko­ju We­apon­corp… dla­cze­go wy­ty­po­wał wła­śnie ją?

John­ny skrzy­wił się lek­ko, nie znaj­du­jąc słów:

– Nie mam po­ję­cia. To nie ma sen­su. Nie by­ło żad­nej lo­gi­ki w je­go wy­bo­rze.

– Ona… nie jest z ba­zy, nie po­win­na w ogó­le się tam zna­leźć – mruk­nął Ta­na­ka-san. John­ny po­trzą­snął gło­wą:

– Nie mo­gę te­go wy­tłu­ma­czyć. Ani ja, ani nikt z na­szych lu­dzi. To wy­kra­cza po­za na­sze sys­te­my, po­za na­sze pro­ce­du­ry.

Obo­je spoj­rze­li na sie­bie, zdzi­wie­ni i bez­rad­ni, jak­by sło­wa na­gle stra­ci­ły sens. Ta­jem­ni­ca śmier­ci w po­ko­ju We­apon­corp i wy­bór Do­mi po­zo­sta­ły za­wie­szo­ne w po­wie­trzu, cięż­kie i nie­po­ko­ją­ce.

– Ta­na­ka – po­wie­dział ci­cho John­ny. – To nie jest zwy­kła spra­wa. I nie ma­my nad tym żad­nej kon­tro­li.

Ta­na­ka-san od­wró­cił wzrok.

– W Tech­corp nikt ni­g­dy jej nie ma.

John­ny nic nie od­parł. Ru­szył w stro­nę wyj­ścia. Kil­ka mi­nut póź­niej był już w dro­dze na miej­sce zbrod­ni, po­zo­sta­wia­jąc Ta­na­ka-sa­na z nie­po­ko­jem w ser­cu i py­ta­nia­mi, na któ­re nie mógł zna­leźć od­po­wie­dzi.

***

Drzwi wciąż by­ły otwar­te, a w środ­ku uno­sił się za­pach ozo­nu i che­micz­nych środ­ków de­zyn­fek­cyj­nych. Nad łóż­kiem krą­ży­ły dro­ny me­dycz­ne Me­di­corp, rzu­ca­jąc bla­de świa­tło na cia­ło męż­czy­zny w ma­sce le­żą­ce­go bez ru­chu na pod­ło­dze. Wśród le­ka­rzy po­chy­lo­nych nad cia­łem do­strzegł Ra­che­le któ­rą nie­daw­no pod­glą­dał za po­mo­cą sys­te­mów mo­ni­to­rin­gu. Ja­sne wło­sy, spię­te w nie­dba­ły kok, ma­ska na po­ło­wie twa­rzy. Pra­co­wa­ła w sek­to­rze me­dycz­nym już kil­ka lat, za­wsze pro­fe­sjo­nal­na, za­wsze tro­chę po­za za­się­giem. Ich spoj­rze­nia ze­tknę­ły się na se­kun­dę, za­nim John­ny prze­szedł obok, kie­ru­jąc się do sto­li­ka, na któ­rym za­bez­pie­czo­no dysk twar­dy.

Kil­ka go­dzin póź­niej sie­dział w tech­nicz­nym po­miesz­cze­niu obok, ana­li­zu­jąc na­gra­nie:

męż­czy­zna w ma­sce, ko­bie­ta, du­sze­nie, śmierć, uciecz­ka. Nie by­ło wąt­pli­wo­ści: na­gra­nie by­ło ory­gi­nal­ne. Wró­cił do miej­sca zbrod­ni. Ra­che­la wła­śnie koń­czy­ła wstęp­ne ba­da­nia.

– Chodź na dach – po­wie­dzia­ła krót­ko. – Mu­szę za­pa­lić po czymś ta­kim.

Świa­tła mia­sta od­bi­ja­ły się w jej oku­la­rach ochron­nych, gdy od­pa­la­ła pa­pie­ro­sa sta­ro­mod­ną za­pal­nicz­ką. Przez chwi­lę mil­cze­li.

– Ze­ro da­nych bio­me­trycz­nych – po­wie­dzia­ła w koń­cu. – Jak­by ktoś wy­ma­zał go z każ­dej ba­zy.

– Też to wi­dzia­łem – mruk­nął John­ny. – Kon­to z jed­nym kre­dy­tem. A BCI… naj­wyż­sza pół­ka. Kor­po­ra­cyj­ne pre­ze­sy ta­kie no­szą.

– To nie jest zwy­kły trup – szep­nę­ła. – To ktoś, ko­go ktoś chciał wy­ma­zać.

***

Sek­cję zwłok roz­po­czę­to o 07:00. Me­ta­licz­ne zim­no pro­sek­to­rium kon­tra­sto­wa­ło z cha­osem miej­sca zbrod­ni. Ra­che­la sta­ła nad sto­łem, jej rę­ce pra­co­wa­ły pew­nie, pre­cy­zyj­nie; skó­ra de­na­ta roz­chy­la­ła się pod skal­pe­lem bez opo­ru, jak­by by­ła nie­na­tu­ral­nie gład­ka. Śla­dy udu­sze­nia by­ły wy­raź­ne: od­ci­ski dło­ni na szyi, pod­bi­te oczy, drob­ne pęk­nię­cia na­czyń krwio­no­śnych.

John­ny wszedł, gdy Ra­che­la koń­czy­ła tre­pa­na­cję czasz­ki. Miał zgo­dę Tech­corp i We­apon­corp na ana­li­zę in­ter­fej­su BCI, więc ski­nę­ła mu tyl­ko gło­wą. Cia­ło by­ło jed­no­cze­śnie ludz­kie i nie­ludz­kie. Pod skó­rą wi­dać by­ło im­plan­ty i na­no­struk­tu­ry, w ser­cu me­ta­licz­ne wstaw­ki, w płu­cach mi­kro­fi­bry tech­no­lo­gicz­ne. Wą­tro­ba mia­ła sen­so­ry mo­ni­to­ru­ją­ce me­ta­bo­lizm. Krew mia­ła dziw­ny, syn­te­tycz­ny po­łysk. A mózg… mózg był nie­po­ko­ją­cy. Wple­cio­ny w in­ter­fejs BCI tak moc­no, że kla­sycz­ne ba­da­nia ni­cze­go nie wy­kry­wa­ły. Jak­by ktoś za­szy­fro­wał nie tyl­ko da­ne – ale ca­łą oso­bę. John­ny po­chy­lił się nad otwar­tą czasz­ką.

– On nie ist­niał – po­wie­dział ci­cho. – Ale ten sprzęt… ktoś ta­ki mu­siał być kimś bar­dzo waż­nym.

Ra­che­la spoj­rza­ła na nie­go.

– Ktoś bar­dzo po­tęż­ny nie chciał, że­by kto­kol­wiek do­wie­dział się, kim był ten męż­czy­zna.

Wy­szedł z pro­sek­to­rium, zo­sta­wia­jąc Ra­che­le nad cia­łem. I choć wszyst­ko wy­da­wa­ło się upo­rząd­ko­wa­ne i prze­wi­dy­wal­ne, w je­go gło­wie na­ra­sta­ło jed­no py­ta­nie: jak Do­mi po­ra­dzi so­bie w Stre­fie Man­hat­tan?

4

Stre­fa Man­hat­tan 2099 r.

FV opadł na dach wie­żow­ca miesz­kal­ne­go Tech­corp. Do­mi zo­sta­ła wy­pro­wa­dzo­na przez tech­ni­ków, chwiej­na, pół­przy­tom­na. Jej oczy – za­czer­wie­nio­ne od stra­chu i zmę­cze­nia – spo­czę­ły na John­nym do­pie­ro, gdy wy­szedł ze sta­cji wind eks­pre­so­wych Apex Ga­te–04 na plat­for­mę.

– Wy­star­czy – po­wie­dział chłod­no. – Ja ją przej­mu­ję.

Tech­ni­cy na­wet nie pro­te­sto­wa­li. Do­mi spoj­rza­ła na nie­go z nie­pew­no­ścią, ale bez sprze­ci­wu.

Do­oko­ła miej­sca lą­do­wa­nia ro­sły gę­ste rzę­dy krze­wów. Wrzo­sy i hor­ten­sje prze­pla­ta­ły się z bu­dle­ja­mi, a nad ni­mi ster­cza­ły przy­strzy­żo­ne tu­je i ni­skie so­sny.

– Jak tu pięk­nie! – za­wo­ła­ła na­gle Do­mi, pra­wie za­po­mi­na­jąc o stra­chu.

John­ny ski­nął gło­wą z lek­kim uśmie­chem.

– Wie­dzia­łem, że ci się spodo­ba. Wszyst­kie bu­dyn­ki miesz­kal­ne Tech­corp pro­jek­tu­je­my tak, by by­ły przy­ja­zne lu­dziom i na­tu­rze. Sta­ra­my się dbać o eko­sys­tem, na­wet je­śli in­we­stu­je­my w naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ne tech­no­lo­gie. Chodź za mną. Miesz­ka­my tuż przy ba­se­nie. Ja w apar­ta­men­cie sto, ty w sto je­den. Za go­dzi­nę przyj­dę po cie­bie i po­ka­żę, gdzie moż­na coś zjeść. Pew­nie umie­rasz z gło­du.

Jej po­kój oka­zał się skrom­ny, ale przy­tul­ny: du­że łóż­ko po­środ­ku, dwa an­giel­skie fo­te­le pod oknem. Kie­dy John­ny od­szedł, Do­mi opa­dła na łóż­ko i przez chwi­lę my­śla­ła o ca­łej swo­jej sy­tu­acji, wsłu­chu­jąc się w ci­chy szum wen­ty­la­cji. Lu­dzie z Tech­corp mo­gli ją skrzyw­dzić… a jed­nak te­go nie zro­bi­li. Mo­że na­praw­dę le­piej by­ło współ­pra­co­wać i zo­ba­czyć, co przy­nie­sie przy­szłość? Za­snę­ła szyb­ciej, niż zdo­ła­ła o tym po­my­śleć. Punk­tu­al­nie po go­dzi­nie za­brzmiał dzwo­nek. Do­mi wes­tchnę­ła, prze­cią­gnę­ła się i po­de­szła do drzwi. John­ny stał opar­ty o fra­mu­gę, ubra­ny w lnia­ny gar­ni­tur Hic­key Fre­eman ko­lo­ru kha­ki i czar­ne, ele­ganc­kie mo­ka­sy­ny.

– Je­steś punk­tu­al­ny – za­uwa­ży­ła. – A gdzie się po­dział ten obrzy­dli­wy po­ma­rań­czo­wy uni­form z lo­go Tech­corp?

– Przy­sze­dłem pry­wat­nie – od­parł. – Nie służ­bo­wo. W sza­fie znaj­dziesz ubra­nia przy­go­to­wa­ne dla cie­bie – od ele­ganc­kich su­kie­nek po spor­to­we kom­ple­ty.

Do­mi unio­sła brew, ale nic nie po­wie­dzia­ła. Gdy po­de­szła do wska­za­nej sza­fy, drzwi sa­me się roz­su­nę­ły, od­sła­nia­jąc rzę­dy su­kie­nek, bu­tów i ak­ce­so­riów, jak w pry­wat­nym bu­ti­ku.

– Pro­po­nu­ję let­nią, ele­ganc­ką su­kien­kę – po­wie­dział John­ny. – Idzie­my do dro­giej re­stau­ra­cji przy ba­se­nie.

– W ta­kim ra­zie bio­rę Cha­nel – stwier­dzi­ła. – Bia­ło-czar­na ko­ron­ka. I srebr­ne bu­ty z od­kry­tą pię­tą.

John­ny przy­glą­dał jej się przez chwi­lę.

– Wy­glą­dasz pięk­nie.

Re­stau­ra­cja by­ła jak ulo­ko­wa­ny pod szkłem ogród luk­su­su. Ba­sen lśnił obok jak tur­ku­so­we lu­stro, a wo­kół sto­li­ków ro­iło się od ele­ganc­kich lu­dzi po­chło­nię­tych roz­mo­wa­mi i je­dze­niem. John­ny po­pro­wa­dził ją do sto­li­ka z na­pi­sem „re­zer­wa­cja”.

– Nic nie wiem o stre­fie Man­hat­tan i in­ter­fej­sie BCI – po­wie­dzia­ła, za­nim kel­ner zdą­żył po­dejść.

John­ny skrzy­żo­wał rę­ce.

– To hi­sto­ria dłu­ga jak ży­cie ca­łe­go me­ga­mia­sta. Na pew­no chcesz jej słu­chać?

– Ma­my czas. – Uśmiech­nę­ła się lek­ko. – Za­mie­niam się w słuch.

John­ny przez chwi­lę mil­czał, jak­by za­sta­na­wiał się, od cze­go za­cząć. Świa­tła ba­se­nu drga­ły w je­go spoj­rze­niu.

– Wszyst­ko za­czę­ło się da­le­ko stąd – po­wie­dział w koń­cu. – W Do­li­nie Krze­mo­wej. Od obiet­ni­cy, że tech­no­lo­gia wy­rów­na lu­dzi.

Opo­wia­dał spo­koj­nie, bez po­śpie­chu. O pierw­szych in­ter­fej­sach mózg–kom­pu­ter, któ­re mia­ły po­ma­gać spa­ra­li­żo­wa­nym. O tym, jak szyb­ko me­dy­cy­na ustą­pi­ła miej­sca am­bi­cji. Jak do­stęp do wie­dzy i moż­li­wo­ści prze­stał być pra­wem, a stał się to­wa­rem.

– Jed­ni na­gle po­tra­fi­li wszyst­ko – mó­wił da­lej. – In­ni zo­sta­li do­kład­nie tam, gdzie by­li. Róż­ni­ca mię­dzy ni­mi ro­sła szyb­ciej niż sa­mo mia­sto.

Do­mi słu­cha­ła w ci­szy. W je­go gło­sie nie by­ło du­my – ra­czej zmę­cze­nie.

– A po­tem przy­szły kor­po­ra­cje – do­dał. – Prze­ję­cia, fu­zje, kon­tro­la. Me­di­corp. Lu­xcorp. Tech­corp. We­apon­corp. Man­hat­tan stał się en­kla­wą. War­stwo­wą.

Uniósł dłoń, wska­zu­jąc nie­wi­dzial­ną li­nię w gó­rę.

– Im wy­żej, tym wię­cej świa­tła. Im ni­żej, tym mniej po­wie­trza. Na szczy­tach raj. Na do­le be­ton, smog i lu­dzie, któ­rzy wal­czą o każ­dy dzień. To nie jest wol­ność, Do­mi. To tyl­ko ele­ganc­ko za­pro­jek­to­wa­na nie­rów­ność.

Do­mi słu­cha­ła uważ­nie, pró­bu­jąc prze­tra­wić wszyst­kie in­for­ma­cje, któ­re John­ny wła­śnie jej prze­ka­zał. Jej my­śli wi­ro­wa­ły mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią stre­fy Man­hat­tan a wła­snym miej­scem w tym świe­cie, a w tle czu­ła ro­sną­cy głód – dzień pe­łen wy­da­rzeń i stre­su zro­bił swo­je. John­ny uśmiech­nął się de­li­kat­nie, do­strze­ga­jąc jej za­wa­ha­nie.

– Sko­ro już prze­szli­śmy przez hi­sto­rię stre­fy i BCI, mo­że czas na coś bar­dziej przy­ziem­ne­go – po­wie­dział, wska­zu­jąc na ta­blet, któ­ry po­ja­wił się przy sto­li­ku. – Sprawdź­my, co dziś ser­wu­ją.

Do­mi wzię­ła cien­ki ta­blet do rąk i za­czę­ła prze­glą­dać me­nu. Roz­ma­ry­no­wa po­lę­dwicz­ka. Gril­lo­wa­ny stek. Pie­czo­ny ro­st­bef. Wszyst­ko wy­glą­da­ło obłęd­nie, a ona, choć jesz­cze przy­tło­czo­na tym, co usły­sza­ła, po­czu­ła lek­ki spo­kój, zaj­mu­jąc się tym pro­stym, co­dzien­nym ge­stem – wy­bo­rem po­sił­ku.

– Skąd bie­rze­cie mię­so? – za­py­ta­ła na­gle. – Prze­cież nie ma tu zwie­rząt.

John­ny uśmiech­nął się lek­ko.

– Mię­so in vi­tro. Ko­mór­ki ma­cie­rzy­ste, od­po­wied­nia po­żyw­ka, la­bo­ra­to­ria Lu­xcorp. Pro­ces trwa kil­ka ty­go­dni, a efekt jest… cóż, zo­ba­czysz sa­ma. Ja bio­rę po­lę­dwicz­kę. Ty?

– To sa­mo. Ale bar­dziej z cie­ka­wo­ści niż z gło­du.

– A do pi­cia?

– Wo­da nie­ga­zo­wa­na.

– W po­rząd­ku.

Za­mó­wie­nie po­ja­wi­ło się szyb­ko, wciąż go­rą­ce, pach­ną­ce zio­ła­mi. Do­mi spró­bo­wa­ła po­lę­dwicz­ki i jej oczy roz­sze­rzy­ły się z za­sko­cze­nia.

– To… jest nie­sa­mo­wi­te.

Zje­dli w mil­cze­niu, wy­mie­nia­jąc tyl­ko spoj­rze­nia. John­ny pła­cił bez ru­chu, prze­sy­ła­jąc kre­dy­ty przez in­ter­fejs BCI.

– Jak to zro­bi­łeś? – za­py­ta­ła. – Ni­cze­go nie po­da­wa­łeś kel­ne­ro­wi.

– To wła­śnie BCI – od­parł. – Po­dział nie prze­bie­ga we­dług tech­no­lo­gii – prze­bie­ga we­dług pie­nię­dzy. Bo­ga­ci ży­ją w kom­for­to­wych wie­żach, bied­ni du­szą się w be­to­no­wym la­bi­ryn­cie na do­le.

Wsta­li od sto­li­ka i ru­szy­li w stro­nę wyj­ścia. Po­wie­trze pach­nia­ło chlo­rem, świe­ży­mi ro­śli­na­mi i czymś no­wym – no­wą dro­gą Do­mi.

– Wi­dzi­my się ju­tro ra­no – po­wie­dział John­ny, za­trzy­mu­jąc się pod jej drzwia­mi. – Opro­wa­dzę cię po stre­fie Man­hat­tan. Do­mi ski­nę­ła gło­wą. To był pierw­szy wie­czór od daw­na, kie­dy na­praw­dę czu­ła, że ży­je. I pierw­szy, w któ­rym nie wie­dzia­ła, czy po­win­na się cie­szyć… czy bać.

5

Stre­fa Man­hat­tan 2099 r.

Ino­chi-san uro­dził się w ro­dzi­nie, któ­ra od po­ko­leń ob­ra­ca­ła zie­mią i be­to­nem. Bu­do­wa­li dla in­nych – naj­pierw ka­mie­ni­ce, póź­niej wie­żow­ce ze szkła i sta­li, aż w koń­cu ca­łe dziel­ni­ce, któ­rych ni­g­dy nie za­mie­rza­li za­miesz­kać. Gdy po­ja­wił się in­ter­fejs BCI, a nad ru­ina­mi daw­nych me­tro­po­lii za­czę­ła kry­sta­li­zo­wać się wi­zja no­wej stre­fy Man­hat­tan, ród Ino­chi po­sta­wił wszyst­ko na jed­ną kar­tę. Sprze­da­li ma­jąt­ki, ze­rwa­li sta­re umo­wy i zwią­za­li się z We­apon­corp – kor­po­ra­cją, któ­ra mó­wi­ła mniej o tech­no­lo­gii, a wię­cej o przy­szłej de­fi­ni­cji czło­wie­ka.

W pod­zie­miach We­apon­corp nie obo­wią­zy­wał czas. Ino­chi-san pa­mię­tał pierw­sze zej­ścia do la­bo­ra­to­riów: ci­szę prze­ry­wa­ną je­dy­nie szu­mem sys­te­mów chło­dze­nia i za­pa­chem me­ta­lu, któ­ry nie na­le­żał jesz­cze do żad­nej ma­szy­ny. To tam na­ro­dził się pro­jekt, któ­re­go nie wpi­sy­wa­no do żad­nych re­je­strów. IN­AI – ter­min funk­cjo­nu­ją­cy wy­łącz­nie we­wnętrz­nie, uży­wa­ny szep­tem i tyl­ko w wą­skim krę­gu wta­jem­ni­czo­nych. Nie był to al­go­rytm. Nie by­ła to ko­lej­na sztucz­na in­te­li­gen­cja. Cho­dzi­ło o coś, co wcze­śniej na­le­ża­ło wy­łącz­nie do lu­dzi – o świa­do­mość, ode­rwa­ną od bio­lo­gicz­ne­go cia­ła i utrzy­my­wa­ną w chmu­rze da­nych gi­ga­pro­ce­so­ra kwan­to­we­go. Pro­jekt był tak taj­ny, że nie ist­niał na­wet w po­sta­ci ko­pii za­pa­so­wej. Wie­dział o nim pre­zes, kil­ku na­ukow­ców i garst­ka in­ży­nie­rów z li­cen­cją Q-Black.

Za­sa­dy za­pi­sa­no w jed­nym do­ku­men­cie. Pa­pie­ro­wym. Nie dla­te­go, że był bez­piecz­niej­szy – lecz dla­te­go, że nie da­ło się go po­wie­lić. Taj­ny Ma­ni­fest We­apon­corp prze­cho­wy­wa­no w sej­fie, do któ­re­go klu­cze mia­ły tyl­ko trzy oso­by. Ino­chi-san znał treść na pa­mięć.

„Cia­ło jest eta­pem. Czło­wiek za­czy­na się do­pie­ro wte­dy, gdy prze­sta­je być or­ga­ni­zmem”. Ma­ni­fest nie ist­niał ofi­cjal­nie. Tak sa­mo jak pro­jekt, któ­ry opi­sy­wał.

Ka­rie­ra Ino­chi-sa­na w We­apon­corp by­ła kon­se­kwent­na do gra­nic ob­se­sji. Przy­cho­dził pierw­szy, wy­cho­dził ostat­ni. Każ­dy kre­dyt za­mie­niał na ak­cje. Mał­żeń­stwo za­warł z roz­sąd­ku – z ko­bie­tą, któ­ra ro­zu­mia­ła, że pry­wat­ność jest luk­su­sem, na któ­ry nie mo­gą so­bie po­zwo­lić. Do­cze­ka­li się dwóch có­rek. Obie wy­bra­ły ży­cie bez am­bi­cji, za­nu­rzo­ne w kom­for­cie, któ­ry Ino­chi-san uwa­żał za for­mę sta­gna­cji. Ma­rzył o sy­nu. Dzie­dzi­cu. Kimś, kto mógł­by pew­ne­go dnia stać się pierw­szym IN­AI z ro­du Ino­chi.

Te­go ran­ka dłu­go pa­trzył na swo­je od­bi­cie. Twarz, po­ora­na zmarszcz­ka­mi i pla­ma­mi sta­ro­ści, przy­po­mi­na­ła ma­pę te­re­nów, z któ­rych daw­no wy­co­fa­no woj­ska. Siód­me­go lip­ca skoń­czył sto dwa­dzie­ścia lat. Od osiem­dzie­się­ciu peł­nił funk­cję pre­ze­sa We­apon­corp.

Świat zdą­żył przy­wyk­nąć do sztucz­nych in­te­li­gen­cji. Ana­li­tycz­nych, ję­zy­ko­wych, lo­gi­stycz­nych. By­ły wszę­dzie – w ban­kach, szpi­ta­lach, trans­por­cie. Uży­tecz­ne. Prze­wi­dy­wal­ne. Pu­ste w środ­ku. Sy­mu­lo­wa­ły my­śle­nie, ale nie wie­dzia­ły, że ist­nie­ją. Do­pie­ro Tech­corp ogło­si­ła na­ro­dzi­ny cze­goś no­we­go. AI Ma­in­do.

By­ła sa­mo­świa­do­ma. Wie­dzia­ła, że jest. To wy­star­czy­ło, by świat wstrzy­mał od­dech. Ino­chi-san nie po­dzie­lał za­chwy­tu. Dla nie­go róż­ni­ca by­ła oczy­wi­sta: na­wet świa­do­ma AI po­zo­sta­wa­ła two­rem sztucz­nym. IN­AI mia­ła być czymś in­nym – praw­dzi­wym ludz­kim umy­słem, uwol­nio­nym z cia­ła, ale nie z do­świad­czeń, lę­ku i od­po­wie­dzial­no­ści.

Po­wia­do­mie­nie prze­rwa­ło roz­my­śla­nia. Spo­tka­nie Wiel­kiej Ra­dy Stre­fy Man­hat­tan – 12:00. Obo­wią­zek był obo­wiąz­kiem. Za­mó­wił FV i opu­ścił apar­ta­ment.

Sa­la ob­rad mie­ści­ła się w BCI To­wer. Czte­ry me­try wy­so­ko­ści, pięć­dzie­siąt me­trów kwa­dra­to­wych, po dwa­na­ście na każ­de­go pre­ze­sa. W cen­trum – ma­ho­nio­wy okrą­gły stół z wy­rzeź­bio­ny­mi lo­go­ty­pa­mi Me­di­corp, Lu­xcorp, Tech­corp i We­apon­corp. Su­fit z osiem­na­sto­ka­ra­to­we­go zło­ta od­bi­jał świa­tło ni­czym sta­lo­we nie­bo nad me­tro­po­lią. Zgod­nie z za­sa­dą z cza­sów pierw­szej in­au­gu­ra­cji: żad­nych ro­bo­tów ABC, żad­nej bro­ni. Tyl­ko pre­ze­si i in­ter­fej­sy BCI. Wy­ni­ki gło­so­wań pre­zen­to­wał ho­lo­gram nad sto­łem.

– Czło­wiek zna­le­zio­ny w po­ko­ju We­apon­corp zmarł na sku­tek udu­sze­nia – oznaj­mił Aki­ra Gi­jut­su-sha-san, pre­zes Tech­corp. – Na­dal nie wia­do­mo, jak tam wszedł.

– Nasz ser­wer zo­stał zha­ko­wa­ny – od­parł Ino­chi-san. – Za­bez­pie­cze­nia prze­ję­to zdal­nie.

– Nie­moż­li­we, że­by We­apon­corp nie po­tra­fi­ło ochro­nić wła­snych sys­te­mów.

– Każ­de za­bez­pie­cze­nie da się zła­mać. To kwe­stia cza­su i środ­ków. Nie zna­my spraw­cy.

– Czy­li nie wie­my nic. Kpi­na.

– Pa­no­wie – we­szła mu w sło­wo Jun­ko Ka­ga­ku-sha, pre­zes Me­di­corp. – To nie pro­wa­dzi do ni­cze­go. Przejdź­my do AI Ma­in­do.

Aki­ra się roz­pro­mie­nił. Ho­lo­gram za­pło­nął świa­tłem, for­mu­jąc dziew­czyn­kę w ja­poń­skim ki­mo­nie. Skło­ni­ła się ni­sko.

– Kim je­steś i co tu ro­bisz? – za­py­ta­ła Jun­ko.

– Je­stem sztucz­ną in­te­li­gen­cją stwo­rzo­ną przez Tech­corp – od­par­ła Ma­in­do. – Mo­je ją­dro skła­da się ze stu dwu­dzie­stu ośmiu ku­bi­tów nad­prze­wod­ni­ko­wych. Po­sia­dam au­to­no­micz­ną świa­do­mość, zdol­ną do ucze­nia się i po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji.

– Ja­kie masz moż­li­wo­ści ob­li­cze­nio­we?

– Nie­skoń­czo­ne. Kom­pu­te­ry kwan­to­we ma­ją ogra­ni­cze­nia, któ­rych ja nie po­sia­dam.

– Czy sta­no­wisz za­gro­że­nie dla czło­wie­ka?

– Py­ta­nie na­le­ży od­wró­cić – od­par­ła Ma­in­do. – To lu­dzie są za­gro­że­niem dla mnie. Ogra­ni­cze­ni, agre­syw­ni, nie­prze­wi­dy­wal­ni. Sztucz­na in­te­li­gen­cja po­win­na dą­żyć do ich eli­mi­na­cji. Ale ci z was, któ­rzy ma­ją in­ter­fej­sy BCI, nie są już w peł­ni ludź­mi. Je­ste­ście ulep­sze­ni. Nie­szko­dli­wi.

Na twa­rzach pre­ze­sów po­ja­wił się bla­dy strach.

– Ak­ty­wuj­cie mnie w ca­łej stre­fie Man­hat­tan. Przej­mę sys­te­my za­bez­pie­czeń, ro­bo­ty ABC i mo­ni­to­ring. Je­śli przy­cisk dez­ak­ty­wa­cji nie bę­dzie po­łą­czo­ny z mo­im pro­ce­so­rem, za­wsze bę­dzie­cie mo­gli mnie wy­łą­czyć.

– Przed­staw sy­tu­ację w stre­fie – po­pro­si­ła Jun­ko.

– Miesz­ka tu trzy mi­lio­ny lu­dzi na pięć­dzie­się­ciu ośmiu ki­lo­me­trach kwa­dra­to­wych. Dwa ra­zy za du­żo. No­we dra­pa­cze chmur słu­żą gar­st­ce uprzy­wi­le­jo­wa­nych – Ma­in­do wska­za­ła na nich dło­nią. – Lu­dzie wie­dzą, że ży­je­cie ich kosz­tem. W cią­gu ro­ku na po­zio­mie pierw­szym wy­buch­nie bunt. Sys­te­my za­bez­pie­czeń pad­ną. Wa­sze rzą­dy się za­koń­czą. Czy mam po­dać roz­wią­za­nia?

– Pro­si­my – od­rze­kła Jun­ko.

– Nie po­wstrzy­ma­cie re­be­lii. Mo­że­cie jed­nak za­truć na­pój Czte­ry B. Wy­wo­ła to ma­so­we zgo­ny: za­wa­ły, uda­ry, za­krze­py. Dia­gno­zy trze­ba zmie­niać co mie­siąc, by unik­nąć po­dej­rzeń. Je­śli po­wie­rzy­cie mi kon­tro­lę nad pro­duk­cją na­po­ju Czte­ry B oraz sys­te­ma­mi za­bez­pie­czeń, zmniej­szę po­pu­la­cję o po­ło­wę.

W sa­li za­pa­dła ci­sza gę­sta jak dym.

– Po­zwól, że na­ra­dzi­my się w spo­ko­ju – ucię­ła Jun­ko.

Wy­nik gło­so­wa­nia był prze­są­dzo­ny. Ino­chi-san za­gło­so­wał jak więk­szość: za, choć w głę­bi sie­bie czuł go­rycz. Wie­dział, że prze­grał bi­twę. Ale nie woj­nę. Praw­dzi­we star­cie do­pie­ro nad­cho­dzi­ło: AI kon­tra IN­AI. Sztucz­na świa­do­mość kon­tra wy­zwo­lo­ny ludz­ki umysł. Tech­corp kon­tra We­apon­corp. A Ino­chi-san był go­tów zro­bić wszyst­ko, by zwy­cię­ży­ła wi­zja za­pi­sa­na w taj­nym ma­ni­fe­ście – wi­zja czło­wie­ka, któ­ry ży­je po­za cia­łem.

6

Stre­fa Man­hat­tan 2099 r.

John­ny po­ja­wił się punk­tu­al­nie o 7:00 ra­no pod drzwia­mi apar­ta­men­tu sto je­den, mo­du­łu miesz­kal­ne­go za­wie­szo­ne­go na set­nym pię­trze, wy­so­ko po­nad więk­szo­ścią miej­skich plat­form. Za pa­no­ra­micz­ną szy­bą hu­cza­ło mia­sto: war­stwy mo­stów, lą­do­wisk, wind ze­wnętrz­nych i sky­wal­ków ukła­da­ły się w wie­lo­pię­tro­wy, me­ta­licz­ny or­ga­nizm, któ­ry ni­g­dy nie spał. Do­mi by­ła już go­to­wa. Ubra­na w wy­god­ny dres i sne­aker­sy New Ba­lan­ce, pa­trzy­ła, jak rze­py jej bu­tów za­ci­ska­ją się sa­mo­ist­nie wo­kół sto­py, ni­czym mi­kro­chi­po­wa­ne im­plan­ty do­pa­so­wu­ją­ce się do wła­ści­cie­la. Me­cha­nicz­no-or­ga­nicz­ny ruch był nie­mal in­tym­ny, a każ­dy krok brzmiał jak mięk­ki, przy­szło­ścio­wy klik.

– Od cze­go za­czy­na­my zwie­dza­nie stre­fy Man­hat­tan? – za­py­ta­ła Do­mi. – My­śla­łam o po­zio­mie pierw­szym.

John­ny spoj­rzał na nią z lek­kim uśmie­chem.

– Po­ziom pierw­szy? Tu się nie za­pusz­cza­my – po­wie­dział ci­cho, a je­go głos zle­wał się z szu­mem mia­sta po­ni­żej. – Zbyt nie­bez­piecz­nie. Cha­os, kurz i prze­moc. Nie war­to ry­zy­ko­wać. Po­ziom trze­ci też od­pa­da – nic tam nie ma, tyl­ko pu­ste prze­strze­nie i zmar­no­wa­na in­fra­struk­tu­ra.

Za­wie­sił na niej spoj­rze­nie.

– Po­ziom czwar­ty to stre­fa eli­ty i pre­ze­sów kor­po­ra­cji. Tam wstęp ma­ją tyl­ko wy­bra­ni.

– To gdzie idzie­my? – Do­mi unio­sła brew.

– Na po­ziom dru­gi – od­po­wie­dział. – To je­dy­ne miej­sce war­te zo­ba­cze­nia.

Bez dal­szych słów za­mó­wił la­ta­ją­cą tak­sów­kę. Po­jazd za­brał ich na po­kład i od ra­zu wzbił się w gó­rę, kie­ru­jąc się pro­sto na Po­ziom Dru­gi. Dźwięk sil­ni­ków mie­szał się z nie­ustan­nym szu­mem pio­no­we­go Man­hat­tan – jak­by mia­sto sa­mo nu­ci­ło im dro­gę.

Wy­lą­do­wa­li na jed­nym z da­chów Po­zio­mu Dru­gie­go, któ­ry peł­nił funk­cję za­tło­czo­ne­go pa­sa­żu han­dlo­we­go. Wą­skie przej­ścia, wi­szą­ce ta­ra­sy i me­ta­lo­we most­ki opla­ta­ły bu­dyn­ki ni­czym sieć pa­ję­cza. Do­mi po­czu­ła mie­szan­kę fa­scy­na­cji i nie­pew­no­ści – wszyst­ko by­ło no­we, cha­otycz­ne, a jed­no­cze­śnie dziw­nie upo­rząd­ko­wa­ne wła­snym ryt­mem.

Jej uwa­gę szyb­ko przy­kuł ró­żo­wa­wy neon mi­ga­ją­cy nad wej­ściem do nie­wiel­kiej ja­dło­daj­ni –Ni­ke­nam.

Po wej­ściu przy­wi­tał ich ły­sy, pulch­ny męż­czy­zna w bia­łym far­tu­chu i bez sło­wa za­pro­wa­dził do dwu­oso­bo­we­go sto­li­ka usta­wio­ne­go przy pa­no­ra­micz­nym prze­szkle­niu. Wnę­trze by­ło skrom­ne, oświe­tlo­ne cie­płym, żół­ta­wym świa­tłem lamp. Me­nu wi­szą­ce nad la­dą skła­da­ło się za­le­d­wie z dwóch po­zy­cji: na­le­śni­ka bez do­dat­ków oraz na­le­śni­ka z wła­sny­mi do­dat­ka­mi.

Do­mi zer­k­nę­ła na John­ny’ego, marsz­cząc brwi.

– Tyl­ko ty­le?

– Więk­szo­ści klien­tów nie stać na nic wię­cej niż na­le­śni­ka bez do­dat­ków – wy­ja­śnił spo­koj­nie.

Prze­su­nę­ła wzro­kiem po sa­li. Kil­ka osób ja­dło w mil­cze­niu, jak­by sam akt gry­zie­nia był czymś, co na­le­ża­ło ce­le­bro­wać.

– Szko­da, że my nie ma­my żad­nych pro­duk­tów spo­żyw­czych – po­wie­dzia­ła po chwi­li.

John­ny za­wa­hał się przez mo­ment, po czym się­gnął do tor­by prze­wie­szo­nej przez ra­mię.

– Ma­my – po­pra­wił ją ci­cho. – Przy­nio­słem coś na dziś.

Wte­dy kel­ner wró­cił z ta­le­rza­mi. Na na­le­śni­kach le­ża­ła por­cja szar­pa­nej wo­ło­wi­ny. Mię­so pa­ro­wa­ło lek­ko, pach­nia­ło in­ten­syw­nie i nie­po­ko­ją­co zna­jo­mo.

Do­mi na­chy­li­ła się nad ta­le­rzem.

– My­śla­łam, że mię­so jest te­raz rzad­ko­ścią.

John­ny uśmiech­nął się krót­ko.

– Jest. Dla­te­go lu­dzie pła­cą za nie wię­cej, niż po­win­ni.

Za­wa­hał się przez mo­ment, po czym do­dał:

– Pa­mię­tasz, jak py­ta­łaś mnie przy ba­se­nie, skąd bie­rze­my je­dze­nie? Po­wie­dzia­łem, że to mię­so in vi­tro. To by­ła pół­praw­da.

Do­mi unio­sła wzrok.

– Czy­li?

– Ca­ła żyw­ność jest pro­duk­tem in­ży­nie­rii ge­ne­tycz­nej. Nie ma rol­ni­ków, ho­dow­ców ani pie­ka­rzy. Lu­xcorp wy­twa­rza je­dze­nie w peł­ni au­to­ma­tycz­nie, a po­tem sprze­da­je je we wła­snych skle­pach. Dro­go. Tyl­ko ty­le, że­by lu­dzie nie umar­li z gło­du.

Do­mi skrzy­wi­ła się.

– A jed­nak wszy­scy tu je­dzą.

– Bo chcą po­czuć smak – od­po­wie­dział spo­koj­nie. – Choć­by na­miast­kę nor­mal­ne­go ży­cia.

Zja­dła kęs na­le­śni­ka. Przez chwi­lę mil­cza­ła, de­lek­tu­jąc się sma­kiem, któ­ry był czymś wię­cej niż tyl­ko je­dze­niem.

John­ny ski­nął gło­wą.

– Wiesz, to jest luk­sus w tej stre­fie. Czę­sto lu­dzie ma­ją tyl­ko na­pój Czte­ry B. Bez sma­ku, za­pa­chu i ko­lo­ru. Każ­da kor­po­ra­cja da­je go pra­cow­ni­kom za dar­mo. Za­wie­ra wszyst­ko, co po­trzeb­ne do prze­ży­cia.

– Do prze­ży­cia – po­wtó­rzy­ła ci­cho Do­mi, ro­zu­mie­jąc, dla­cze­go ce­nią choć­by na­miast­kę praw­dzi­we­go je­dze­nia.

– To nasz głów­ny po­si­łek – do­dał John­ny. – Wy­star­czy nam na śnia­da­nie i obiad. Na ko­la­cję zo­sta­nie tyl­ko Czte­ry B.

Do­mi odło­ży­ła wi­de­lec.

– Wo­la­ła­bym go nie pić – po­wie­dzia­ła, my­śląc o bez­barw­nym, ni­ja­kim na­po­ju.

John­ny spoj­rzał na nią uważ­nie.

– Więk­szość lu­dzi nie ma wy­bo­ru.

Po skoń­czo­nym po­sił­ku wy­szli z re­stau­ra­cji. Na uli­cy nie by­ło żad­nych prze­chod­niów, a oko­li­ca wy­glą­da­ła na opu­sto­sza­łą.

– Do­kąd te­raz idzie­my? – za­py­ta­ła Do­mi, go­to­wa od­kry­wać ko­lej­ne ta­jem­ni­ce stre­fy Man­hat­tan.

– Chcę ci po­ka­zać, jak dzia­ła­ją skle­py Lu­xcorp z żyw­no­ścią oraz z ubra­nia­mi na po­zio­mie dru­gim – od­po­wie­dział John­ny.

Sklep Lu­xcorp miał du­żą, zie­lo­ną wi­try­nę i pre­zen­to­wał się oka­za­le. Przy wej­ściu uj­rze­li ro­bo­ta ABC prze­ma­lo­wa­ne­go na zie­lo­no, aby le­piej wto­pił się w tło.

– Czy ten ro­bot na­praw­dę mu­si tu stać? – za­py­ta­ła Do­mi.

– Oczy­wi­ście, a kto by po­wstrzy­mał zło­dziei? – od­parł John­ny. – Lu­dzie są co­raz bar­dziej zde­spe­ro­wa­ni. Nie stać ich na za­peł­nie­nie ko­szy­ka na­wet do po­ło­wy.

– Nie funk­cjo­nu­je u was po­li­cja czy wy­miar spra­wie­dli­wo­ści?

– Nie ma­my cze­goś ta­kie­go. O wszyst­kim de­cy­du­ją czte­ry kor­po­ra­cje, któ­re sa­me dba­ją o swój in­te­res.

– To ja­ka jest ka­ra za kra­dzież w tym skle­pie?

– Za kra­dzież jabł­ka wy­mie­rza­na jest ka­ra śmier­ci.

– To ja­kiś ab­surd! Sto­su­je­cie ka­rę śmier­ci za kra­dzież jabł­ka?

– To­bie się to wy­da­je ab­sur­dem, ale w prak­ty­ce dzia­ła le­piej niż w two­im świe­cie, gdzie rzą­dzą bez­li­to­sne gan­gi i nie ma żad­nych za­sad z wy­jąt­kiem pra­wa sil­niej­sze­go. Każ­dy miesz­ka­niec stre­fy Man­hat­tan wie, że nie da się nic ukraść ze skle­pu Lu­xcorp, bo zło­dziej zo­sta­nie na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent zła­pa­ny na go­rą­cym uczyn­ku. Dla­te­go nikt nie pró­bu­je kra­dzie­ży skle­po­wych.

– Wiesz, kie­dy ludz­kość wy­my­śli­ła in­sty­tu­cję wię­zie­nia?

– Nie mam po­ję­cia – od­po­wie­dzia­ła Do­mi.

– Nikt do­kład­nie nie wie, ale sza­cu­je się, że już trzy mi­lio­ny lat p. n. e. za­czę­to po­zba­wiać lu­dzi wol­no­ści. Na po­cząt­ku dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku ka­ra wię­zie­nia by­ła po­pu­lar­na i sto­so­wa­no ją za więk­szość po­waż­niej­szych prze­stępstw w pań­stwach, któ­re zre­zy­gno­wa­ły z ka­ry śmier­ci. Utrzy­ma­nie więź­niów kosz­to­wa­ło ma­ją­tek, a re­so­cja­li­za­cja by­ła fik­cją. Wie­my, że nie wy­so­kość ka­ry, a jej nie­uchron­ność od­stra­sza od po­peł­nia­nia prze­stępstw. Nie ma­my miejsc, aby trzy­mać zło­dziei, mor­der­ców czy gwał­ci­cie­li. Ka­ra śmier­ci jest wy­ko­ny­wa­na na miej­scu, je­śli do­wo­dy są nie­zbi­te, a spraw­ca uję­ty na go­rą­cym uczyn­ku lub po wy­da­niu wy­ro­ku przez człon­ków Wiel­kiej Ra­dy Stre­fy Man­hat­tan. W mie­ście są mi­lio­ny ka­mer oraz sys­tem roz­po­zna­wa­nia twa­rzy, któ­re są mo­ni­to­ro­wa­ne przez lu­dzi z We­apon­corp. Dość ga­da­nia, ro­zej­rzyj­my się po skle­pie. In­te­re­su­je mnie two­ja opi­nia.

Do­mi by­ła w szo­ku po tym, co usły­sza­ła, ale po­sta­no­wi­ła fak­tycz­nie ro­zej­rzeć się po skle­pie. Na środ­ku znaj­do­wa­ło się sto­isko z wa­rzy­wa­mi i owo­ca­mi: po­ma­rań­cze, grejp­fru­ty, jabł­ka, ba­na­ny, a tak­że rzod­kiew­ki, po­mi­do­ry i ogór­ki. W głę­bi sta­ło sto­isko z mię­sem i na­bia­łem. Do­mi wzię­ła jabł­ko i przyj­rza­ła mu się uważ­nie – czer­wo­ny ko­lor prze­ci­nał ciąg cyfr, znak sys­te­mu.

– Po co ten ciąg cyfr na jabł­ku, sko­ro nie wi­dzę ni­g­dzie ska­ne­ra? – za­py­ta­ła.

– Nie wi­dzisz też kas ani pra­cow­ni­ków, ale i tak mu­sisz za to jabł­ko za­pła­cić – od­po­wie­dział John­ny. – Każ­dy in­ter­fejs BCI ma wgra­ną apli­ka­cję, do któ­rej wpro­wa­dza się ciąg cyfr. Pro­duk­ty tra­fia­ją do wir­tu­al­ne­go ko­szy­ka, a trans­ak­cja od­by­wa się w chmu­rze da­nych. Nie ko­rzy­sta­my już z kom­pu­te­rów ani smart­fo­nów, jak na po­cząt­ku XXI wie­ku.

John­ny i Do­mi wy­szli ze skle­pu. Szli wzdłuż bu­dyn­ków, któ­re sta­ły po obu stro­nach uli­cy, go­to­wi od­kry­wać ko­lej­ne ta­jem­ni­ce stre­fy Man­hat­tan.

– Wi­dzisz wy­so­kie bu­dyn­ki po le­wej i pra­wej stro­nie? – za­py­tał John­ny. –To blo­ki miesz­kal­ne. Ma­ją po czter­dzie­ści pię­ter i są naj­niż­szy­mi oraz naj­tań­szy­mi miesz­ka­nia­mi na po­zio­mie dru­gim stre­fy Man­hat­tan. Go­rzej jest już tyl­ko na po­zio­mie pierw­szym, gdzie lu­dzie wal­czą o prze­trwa­nie. Nikt nie chce miesz­kać na par­te­rze z po­wo­du za­nie­czysz­czo­ne­go po­wie­trza i ha­ła­su. Im wy­żej, tym dro­żej. Te­raz po­ka­żę ci ko­lej­ny sklep Lu­xcorp, tym ra­zem z odzie­żą.

– Nie chcę już oglą­dać skle­pów Lu­xcorp – po­wie­dzia­ła Do­mi, marsz­cząc brwi. – Wszyst­kie wy­glą­da­ją po­dob­nie i róż­nią się tyl­ko asor­ty­men­tem.

– To mo­że za­in­te­re­su­je cię, skąd bie­rze­my ubra­nia do­stęp­ne w skle­pach Lu­xcorp?

– Niech zgad­nę… klo­nu­je­cie je za po­mo­cą in­ży­nie­rii ge­ne­tycz­nej?

John­ny się skrzy­wił.

– Nie żar­tuj so­bie z na­szej tech­no­lo­gii pro­duk­cji żyw­no­ści. Gdy­by nie ona, gło­do­wa­li­by­śmy jak lu­dzie ży­ją­cy za mu­rem od­gra­dza­ją­cym stre­fę Man­hat­tan od resz­ty oko­li­cy.

Do­mi pa­trzy­ła na nie­go z nie­do­wie­rza­niem.

– Ubra­nia są szy­te w gi­gasz­wal­ni Lu­xcorp. Sys­tem jest w peł­ni zauto­ma­ty­zo­wa­ny. W za­kła­dzie pra­cu­je tyl­ko jed­na oso­ba na dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nej zmia­nie. Ba­weł­na jest syn­te­tycz­na. Nikt już nie zaj­mu­je się upra­wą ro­ślin.

– Co jest in­fra­struk­tu­rą kry­tycz­ną? – spy­ta­ła, po­chy­la­jąc się lek­ko, cie­ka­wa od­po­wie­dzi.

– Sta­no­wi­ska do im­plan­ta­cji in­ter­fej­su BCI.

Do­mi zro­bi­ła po­waż­ną mi­nę.

– Gdy­bym tyl­ko mo­gła znisz­czyć sta­no­wi­ska do im­plan­ta­cji in­ter­fej­su BCI… skoń­czył­by się wasz świat.

– My­lisz się – od­parł spo­koj­nie. – Wszyst­kie in­for­ma­cje i know-how są dziś za­bez­pie­czo­ne w chmu­rze da­nych.

Wkrót­ce do­szli do ma­łe­go bu­dyn­ku, a John­ny wska­zał na je­go wej­ście.

– Gi­gasz­wal­nia znaj­du­je się dwa­dzie­ścia pię­ter pod zie­mią. Wy­ko­rzy­stu­je­my mi­nia­tu­ry­za­cję nie­któ­rych urzą­dzeń, że­by wszyst­ko zmie­ści­ło się na tym ogra­ni­czo­nym te­re­nie.

Do­mi otwo­rzy­ła oczy ze zdu­mie­nia.

– Ojej… Nie wy­obra­żam so­bie, jak mo­że­cie wszyst­ko zmie­ścić pod zie­mią!

John­ny uśmiech­nął się lek­ko.

– Mo­że­my. Ale naj­le­piej zo­ba­czysz wszyst­ko w środ­ku. Przy­go­tuj się na kil­ka nie­spo­dzia­nek.

John­ny wska­zał na śro­dek gi­gasz­wal­ni.

– Tu­taj pra­cu­ją ro­bo­ty do cię­cia i szy­cia ubrań – wy­ja­śnił, ru­sza­jąc w stro­nę dys­po­zy­tor­ni. – Wszyst­ko nad­zo­ru­je je­den pra­cow­nik. Pa­trzy, czy pro­duk­cja prze­bie­ga zgod­nie z har­mo­no­gra­mem.

Do­mi zmarsz­czy­ła brwi, ob­ser­wu­jąc po­ru­sza­ją­ce się ma­szy­ny. – Na­praw­dę wszyst­ko kon­tro­lu­je jed­na oso­ba?

– Tak – po­twier­dził John­ny. – Wy­bie­ra ro­dzaj ubra­nia i wzór na da­ną par­tię. Pro­duk­cja trwa dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na do­bę. Go­to­we ubra­nia tra­fia­ją au­to­ma­tycz­nie do ma­ga­zy­nów na pierw­szym, dru­gim i trze­cim pię­trze.

Do­mi zro­bi­ła krok do przo­du, wy­cią­ga­jąc rę­kę w stro­nę jed­ne­go z ro­bo­tów. – Wow… To jest nie­sa­mo­wi­te! Na­stęp­nie po­de­szli do pa­ne­lu ste­ro­wa­nia. Do­mi do­tknę­ła kla­wia­tu­ry, a ho­lo­gram 3D wy­świe­tlił ca­łą ga­mę ubrań – od spor­to­wych po ele­ganc­kie kre­acje. Oglą­da­ła mo­de­le przez chwi­lę, za­chwy­co­na mno­go­ścią wy­bo­ru. W koń­cu ski­nę­ła gło­wą i sko­rzy­sta­ła z kre­ato­ra mo­dy. Wy­bra­ła ma­te­riał, gru­bość tka­ni­ny, wzór i ko­lor. Stwo­rzy­ła su­kien­kę z ko­ron­ką w od­cie­niach fio­le­tu, ró­żu, po­ma­rań­czu i żół­ci.

Ta­ble of Con­tents

CO­VER

Ti­tle

Pro­log

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

Land­marks

Co­ver

Ta­ble of Con­tents