Idealna para - Marcel Moss - ebook + audiobook + książka

Idealna para ebook i audiobook

Marcel Moss

4,1

Opis

OCH, BĘDZIECIE IDEALNĄ PARĄ. WSZYSCY WAM UWIERZĄ. JUŻ WIDZĘ TE OKŁADKI GAZET I KOLEJNE OFERTY…

Cierpiąca po rozstaniu Aneta Herbik otrzymuje propozycję zostania twarzą aplikacji randkowej Mytholovic. W ramach promocji miałaby udawać przed całą Polską związek z zatrudnionym przez producenta aktorem.

Aneta przyjmuje ofertę i poznaje przystojnego Eryka. Kobieta stopniowo przywiązuje się do mężczyzny, a ich relacja wykracza poza kamery. Wkrótce jednak dochodzi do serii nieprzewidzianych zdarzeń, po których bezpieczeństwo i kariera Anety stają pod znakiem zapytania.

Jakie tajemnice skrywa Eryk? Kim jest kobieta, która codziennie śledzi Anetę? I kto przysyła jej bukiet białych róż?

Zdesperowana Aneta stopniowo odkrywa szokującą prawdę. Ta zmusza ją do konfrontacji z bolesną przeszłością i człowiekiem, o którym wolałaby zapomnieć. A wszystko zaczęło się w słonecznym Dubaju…

ON WRÓCIŁ I ZROBI WSZYSTKO, BY WYRÓWNAĆ ZE MNĄ RACHUNKI…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 12 min

Lektor: Marcel Moss

Oceny
4,1 (337 ocen)
160
92
64
10
11
Sortuj według:
Inesita21

Dobrze spędzony czas

Może być ale inne książki Mossa były dużo lepsze.
10
VESSANYI

Dobrze spędzony czas

Fajnie się czyta
10
kuczynskisebastian

Nie polecam

Wg mnie mało prawdziwa. Wybory bohaterów nielogiczne. Miejscami rozwleczona, miejscami akcja zbyt powolna. Wg mnie słaby warsztat, lub pisana zbyt szybko.
10
unlucky00

Nie polecam

Pozostałe książki Mossa naprawdę przypadly mi do gustu. tutaj mam wrażenie,ze autorowi zabrakło pomysłu i wcisnal wszystkie strzępki pomysłów w jedna historię.
10
AniaKicia

Nie polecam

Masakra
10

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kobiety ciągle są dyskryminowane, stosuje się wobec nich mobbing,

są molestowane. (…) Kobieta cały czas musi udowadniać,

że jest w pracy więcej warta niż mężczyzna. (…)

Mężczyźni błędnie uważają, że kobiety nie potrafią

obronić ani siebie, ani partnera. Dyskryminację kobiet widać

zresztą w wielu zawodach.

 

Karin Slaughter

 

 

 

 

 

PROLOG

 

ANETA

 

 

Kiedyś byłam szczęśliwa. A potem się zakochałam.

To zabawne. Miłość miała być dla mnie wybawieniem, a stała się początkiem koszmaru. Obecnie moje życie przypomina jedno wielkie bagno. Powinnam była od początku słuchać ciotki Aliny, osiemdziesięcioletniej starej panny, która zawsze powtarzała, że klucz do szczęśliwego życia i doskonałego zdrowia to unikanie dłuższych relacji z mężczyznami. Ciotka twierdziła, że dla kobiety najlepsze są przelotne romanse, które trzeba ucinać najpóźniej po roku.

– Jeśli będziesz zwlekać, zaryzykujesz, że się zakochasz. A wtedy możesz być pewna, że spadnie na ciebie ogromne cierpienie. Kobiety kochają długo i intensywnie. Mężczyźni szybko tracą zainteresowanie i szukają nowych przygód. Naprawdę chcesz marnować sobie życie?

W naszej rodzinie mało kto traktował słowa ciotki poważnie. Wszyscy żyli bowiem w udanych wieloletnich związkach. W zeszłym roku wujkowie świętowali czterdziestolecie ślubu. Z tej okazji wyprawili huczne przyjęcie w domu na wsi. Ciotka Alina odmówiła, tłumacząc się wyjazdem do uzdrowiska w Nałęczowie. Nikt nie spodziewał się innej odpowiedzi. Ciotka unikała ślubów, chrzcin czy przyjęć rocznicowych, jakby nie mogła znieść widoku szczęśliwych rodzin. Podejrzewaliśmy, że w młodości musiała przeżyć zawód miłosny, który rzucił cień na całe jej późniejsze życie. Sama długo uważałam, że ciotka przesadzała. Wychowałam się na komediach romantycznych z Julią Roberts, Meg Ryan czy Cameron Diaz. Jako dziesięciolatka wyobrażałam sobie, że pewnego dnia poznam mężczyznę, który okaże się tym jedynym. Wyobrażałam sobie domek nad jeziorem, prywatne molo i pikniki na plaży z czwórką dzieci. Nie wiem dlaczego, ale koniecznie chciałam mieć dwie córki i dwóch synów. Inne konfiguracje nie wchodziły w grę.

Tak… Miałam plan na całe życie. Mogłoby się wydawać, że nic nie miało prawa mnie zaskoczyć. A później los okrutnie ze mnie zadrwił i uzmysłowił mi, że plan to jedno, a wprowadzenie go w życie to drugie.

Klęczę na podłodze w łazience i wymiotuję do pozłacanego sedesu. Jestem pewna, że dosypano mi czegoś do wody w trakcie przyjęcia, które od kilku godzin trwa na ostatnim piętrze wieżowca. Tego wieczora nie wypiłam ani kropli alkoholu. Bardzo się pilnowałam, bo zależało mi zachowaniu trzeźwości umysłu. Najwyraźniej te potwory znalazły inny sposób, by mnie załatwić. Jak mogłam znowu dać się przechytrzyć? Myślałam, że mam wszystko pod kontrolą. Ściskałam przecież szklankę tak mocno, że omal nie pękła mi w dłoni.

Gdy nie mam już czym wymiotować, odczekuję chwilę, a potem powoli się podnoszę, walcząc z zawrotami głowy. Idę do sypialni i staję przed wielkim, królewskim łożem. Wydaje mi się większe niż kawalerka, którą jeszcze kilka lat temu wynajmowałam w Warszawie. Czuję się wyczerpana i najchętniej wskoczyłabym pod kołdrę. Wiem jednak, że nie mogę zasnąć. Nie chcę się jutro obudzić przywiązana do krzesła w jakimś ciemnym, zimnym bunkrze. Ten skurwiel zrobiłby wszystko, by przejąć nade mną kontrolę. Dobrze wie, że nie zamierzam mu się podporządkować, dlatego posuwa się do nieczystych zagrywek. Dłużej tego nie zniosę.

Przykładam czoło do zimnego, sięgającego od podłogi aż po sam sufit okna. Dubaj jest niezwykły… Spędziłam tu już prawie dwa miesiące i wciąż zadziwia mnie majestatyczność wysokich na kilkaset metrów drapaczy chmur. Góruje nad nimi najwyższy budynek świata – Burdż Chalifa. Gdy na niego patrzę, jeszcze bardziej kręci mi się w głowie. Te wysokości mnie przerażają! Sama znajduję się na trzydziestym piętrze wieżowca. Mimo to gdybym miała pod ręką spadochron, bez namysłu wyskoczyłabym przez okno. Nie powstrzymałby mnie nawet największy lęk. Zrobię wszystko, byle uwolnić się od tego szaleńca.

Przychodzi godzinę później. Próbuje otworzyć drzwi do pokoju, a gdy orientuje się, że zamknęłam je od środka, zaczyna uderzać w nie pięścią.

– Aneta! Open the fucking door! – mówi z dziwnym akcentem, do którego wciąż nie mogę się przyzwyczaić. Wiem, że jest pijany i naćpany. To najgorsze połączenie.

Przykrywam się kołdrą i zamykam oczy. Tłumaczę sobie, że to się nie dzieje, a Hassan ibn Muhammad al-Nahajjan to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni. Od dawna nie jestem sobą. Przed wylotem do Dubaju zdarzało mi się nadużywać alkoholu, a nawet mieszać go ze środkami nasennymi. Wiem, że postępowałam niewłaściwie, ale tylko tak udawało mi się zasnąć. Na trzeźwo potrafiłam do piątej nad ranem wiercić się w łóżku, płakać i rozmyślać. Robię to nawet tutaj. Wmawiam sobie codziennie przed snem, że w równoległej rzeczywistości nigdy nie doszło do mojego spotkania z Hassanem. Mój poprzedni związek miał się wciąż dobrze i nigdy nie poleciałam do Dubaju. A później otwieram oczy, zapalam lampkę nocną i przyglądam się pustej stronie łóżka. Leżę w nim zupełnie sama, daleko od Polski, i czuję się z tym fatalnie.

– Aneta! I know you’re in there!

Zaczyna kopać w drzwi. Chce mnie nastraszyć. Mógłby przecież wezwać obsługę hotelową, która otworzyłaby pokój. Dziwię się, że Hassan nie ma przy sobie swojej srebrnej karty. A może zgubił ją w trakcie przyjęcia? Wcale by mnie to nie zdziwiło. Myślałam, że muzułmanom nie wolno pić alkoholu, tymczasem ten człowiek potrafi w siebie wlać tyle najróżniejszych trunków, że w krótkim czasie zapomina, jak ma na imię. Gdy go o to spytałam jakiś czas temu, odpowiedział, że szejkom wolno więcej. Dotarło do mnie, że nawet religia nie może się oprzeć sile pieniądza.

Hassan co chwilę wykrzykuje moje imię. Zaczynam panikować. Znalazłam się w pułapce. Mdłości momentalnie wracają. Biegnę do łazienki, ale nie zdążam na czas. Upadam na podłogę i wymiotuję. Wtedy on warczy i rzuca się na drzwi. Próbuje je wyważyć, choć dobrze wie, że łatwiej byłoby otworzyć kasę pancerną, nie znając kodu. W tym budynku zastosowano najlepsze zabezpieczenia. Bez pomocy pracowników obsługi nie wejdzie do środka.

Słyszę, że do kogoś mówi. Pewnie rozmawia przez telefon z recepcjonistą. Szczupły mężczyzna z dużymi oczami, gęstymi brwiami i lekko skrzywionym nosem ma na imię Abdullah i bez przerwy zwraca się do mnie per madam. Polubiłam go za szeroki uśmiech i okazywanie mi szacunku. Jako jeden z nielicznych mężczyzn, których poznałam w Dubaju, nie rozpoczyna ze mną rozmowy od zatopienia wzroku w mój biust. Nie robię sobie jednak złudzeń: w razie konieczności Abdullah stanie po stronie Hassana. Nie zaryzykuje pracy i własnego bezpieczeństwa, by mi pomóc. Być może błędnie odczytałam jego zachowanie? Może uprzejmość Abdullaha to tylko element jego pracy i w rzeczywistości jestem dla niego jedną z wielu dziewczyn z zagranicy, które mają za pieniądze zabawiać nadzianych szejków?

Kilka minut później słyszę charakterystyczny odgłos, który wybrzmiewa po przyłożeniu karty do zamka. Przerażona biegnę do łazienki i zamykam za sobą drzwi.

– Madam? – dociera do mnie głos Abdullaha. – Is everything fine?

Wiem, że stoi po drugiej stronie.

– Yes. Thank you – odpowiadam, a wtedy mężczyzna naciska klamkę.

– Can you open the door, please?

Odmawiam, by ugrać kilka dodatkowych minut pozornej wolności. Nie mam żadnego planu ucieczki. Zresztą jak miałabym się wydostać z budynku strzeżonego przez dziesiątki posłusznych Hassanowi ludzi? Moja sytuacja jest tragiczna.

– Odejdź! – mówię do niego po polsku. – Zostaw mnie!

Abdullah prosi mnie po angielsku, bym nie stwarzała problemów. Dowiaduję się, że jeśli dobrowolnie otworzę drzwi, Hassan będzie mniej zdenerwowany. Nie wierzę. Pewnie tylko czeka, by wymierzyć mi karę. To jedna z niewielu rzeczy, które sprawiają mu przyjemność. Właśnie tacy są bogacze… Nic ich nie cieszy i wiecznie im mało. Wydawać by się mogło, że Hassan jako syn wpływowego szejka, jednej z najbogatszych osób w kraju, powinien leżeć na plecach, popijać drinka i niczym się nie przejmować. Tymczasem nie znam drugiej tak problematycznej i pogrążonej w mroku osoby. Może się uśmiechać i wmawiać całemu światu, że prowadzi bajkowe, wolne od zmartwień życie, ale mnie nie oszuka. Widzę, jak bardzo jest nieszczęśliwy. Znajduje ukojenie tylko w poczuciu sprawowania nad kimś władzy. Pech chciał, że to właśnie mnie obrał sobie za cel.

Siadam obok sedesu i opieram się o ścianę, przysuwając kolana do klatki piersiowej. Abdullah coraz energiczniej naciska klamkę. Nagle słyszę znajomy głos. Hassan dołącza do swojego podwładnego i mówi coś do niego po arabsku. Zaciskam zęby i spinam wszystkie mięśnie. Wtedy on kopie w drzwi, które otwierają się i omal nie wypadają z zawiasów.

Hassan ma na sobie tradycyjny strój: kandurę, czyli białą szatę do ziemi, biało-czarną chustę zwaną kefiją i sandały.

– Aneta… – Przeszywa mnie pełnym furii spojrzeniem, po czym podchodzi do mnie i szarpie mnie za rękę.

– AUUU! PUSZCZAJ!

Abdullah przepuszcza nas w drzwiach, po czym kładzie na szklanym stoliku srebrną kartę i zmierza w stronę przedpokoju. Proszę go o pomoc, powtarzając trzy razy słowo „help”. On jednak wychodzi w pośpiechu, unikając mojego spojrzenia.

– Bad girl. – Hassan uderza mnie w twarz tak mocno, że tracę równowagę i upadam na podłogę. Wtedy on siada na mnie i rozpina mi koszulę. Próbuję go odepchnąć, ale jest dużo silniejszy.

– Błagam! Nie rób tego! – mówię drżącym głosem. Nie rozumie mnie, ale na pewno wyczuwa, jak bardzo jestem przerażona. Hassan oddycha cudzym strachem jak powietrzem. Powinnam zachować spokój, ale wiem, że wtedy posunąłby się do jeszcze większej agresji, byle tylko dostrzec w moich oczach przerażenie. Lepiej go nie prowokować.

– Beautiful – mówi, pochylając się nade mną. Z ust cuchnie mu alkoholem. Próbuje mnie pocałować, ale odwracam głowę. Zostaję za to ukarana uderzeniem w policzek.

– Proszę… – jęczę, a do oczu napływają mi łzy. Wtedy Hassan wstaje i każe mi zrobić to samo. Wskazuje wyciągniętą ręką łóżko. Wzdrygam się, bo już to przechodziłam. W rzeczywistości od kilku tygodni jestem przez niego gwałcona przynajmniej raz dziennie. Gdy powiedziałam o tym jednej z dziewczyn, które przyleciały razem ze mną, usłyszałam, że przecież wiedziałam, na co się piszę.

– Taka kasa wymaga poświęceń. Poza tym nie wierzę, że jest ci z nim źle. Słyszałam, że Hassan ma dużego i wie, jak nim operować. To prawda?

– Skoro tak cię to interesuje, to wskocz mu do łóżka i się przekonaj.

– Wierz mi, że bardzo bym chciała. Niestety on stracił dla ciebie głowę. Wszyscy to widzą. – Poklepała mnie po ramieniu. – Nawet nie wiesz, jakie masz szczęście. Doceń to. Jak tak dalej pójdzie, to może ci się oświadczy…

– Tylko tego brakuje.

Od dawna czuję się kompletnie sama. Nie mam się do kogo zwrócić o pomoc. Mój promotor Fabian Serniczak, którego wszyscy nazywają Sernikiem, zupełnie ignoruje moje prośby o uwolnienie z rąk Hassana. Po pierwszym gwałcie wybuchnął śmiechem i spytał, czy dostałam chociaż pokaźny napiwek.

– Niestety zrobiłaś mnie w chuja. Ty i twój Romeo.

Sernika interesują tylko pieniądze, które dostaje od klientów w zamian za udostępnianie im dziewczyn. Ze mnie nie ma żadnego pożytku, bo Hassan od początku nie chciał mu płacić. Zawłaszczył mnie sobie. Żałuję, że dałam się w to wciągnąć. Nie mogłam jednak przewidzieć, że tak się to wszystko potoczy.

Siedzę na łóżku i patrzę, jak Hassan rozbiera się do naga. Ma umięśnione, mocno owłosione ciało. Dlaczego mężczyzna, który tak bardzo podoba mi się fizycznie, musi mieć tak podły charakter?

– I want you – szepcze, po czym siada obok mnie i zdejmuje mi koszulę. Potem przenosi wzrok na moje uda i czeka, aż ściągnę czarne materiałowe spodnie i bieliznę. Hassan nie pozwolił, bym ubrała się na przyjęcie wyzywająco. Nie chce, bym odsłaniała ciało przed innymi mężczyznami. Mogę to robić tylko przed nim.

Zostaję w samej bieliźnie. Hassan masuje mi udo, powoli przesuwając dłoń w stronę krocza. Nagle wsuwa we mnie dwa palce. Jęczę, a wtedy on uśmiecha się i całuje mnie w brzuch. Zawsze to robi. Usypia moją czujność, dając nadzieję, że tym razem obędzie się bez przemocy.

– Nie chcę… Proszę, nie rób mi tego…

Maltretuje mnie przez długi czas. Jestem bita, gwałcona i przymuszana do łykania białych tabletek, po których dostaję tak silnych zawrotów głowy, że omal nie tracę przytomności. W pewnym momencie słyszę pukanie do drzwi. Boże, tylko nie on…

Hassan schodzi ze mnie, a po chwili wraca w towarzystwie swojego znajomego, którego nazywa Dżamalem. Mężczyzna zawsze trzyma w dłoni czarną walizkę, a na głowie ma czarną skórzaną maskę z małymi otworami na oczy i wysadzaną diamentami tarczą w miejscu ust. Z policzków wychodzą rurki, które biegną aż za głowę. Nie mam pojęcia, czemu one służą. Chyba jedynie ozdobie.

– Nie… nie – jęczę słabo. Tymczasem dużo niższy od Hassana Dżamal zrzuca z siebie kandurę i odsłania ciasny lateksowy kostium podkreślający masywne ciało. Z okrągłej dziury na wysokości krocza wystają gruby, nabrzmiały penis i duże jądra. Dżamal zaczyna się masturbować. Nigdy nic nie mówi. Wydaje z siebie jedynie ciche pomruki, które przerażają mnie jeszcze bardziej niż najokrutniejsze słowa.

– She’s yours, my friend – mówi Hassan, po czym rozsiada się w fotelu przy oknie i patrzy, jak Dżamal wyciąga z walizki różne przedmioty, a potem zadaje mi nimi ból. Odpływam, gdy kładzie mnie na brzuchu i gwałci analnie, podduszając grubym sznurem. Odzyskuję przytomność w momencie, gdy Dżamal leży pode mną i gwałci mnie wspólnie z Hassanem. Po wszystkim chowa narzędzia do walizki, ubiera się i wychodzi, odprowadzony do drzwi przez Hassana. Mężczyzna wraca i kładzie się obok mnie. Gdy po jakimś czasie zaczyna chrapać, ostrożnie schodzę z łóżka. Narkotyki wciąż działają i nie jestem w stanie ustać na nogach. Muszę więc się czołgać. W pośpiechu zgarniam z podłogi ubranie i roztrzęsiona z trudem wkładam spodnie. Docieram do szklanego stolika i zabieram leżącą na blacie kartę. Może się do czegoś przyda. Hassan chwalił mi się jakiś czas temu, że za jej pomocą może otworzyć wszystkie drzwi w budynku.

– Aneta? – Słyszę jego głos, gdy znajduję się jedną nogą na zewnątrz. – Aneta, fuck…

Zatrzaskuję drzwi i biegnę korytarzem, nieustannie obijając się o ścianę. Nieopodal windy plączą mi się nogi i upadam na podłogę. Kątem oka dostrzegam Hassana stojącego przy drzwiach w samych bokserkach. Mój oprawca przeciera dłonią twarz.

– Fuck!

Zaciskam zęby i zmuszam się do wstania. Wreszcie udaje mi się dotrzeć do windy. Niestety znajduje się aż dwadzieścia pięter wyżej. Zanim zjedzie, Hassan zdąży mnie dopaść. Nie mogę tu zostać.

Wiem, że kolejne windy znajdują się po przeciwnej stronie piętra. Muszę pokonać dwa zakręty. Nie widzę w tej chwili innego wyjścia. Mogłabym się schować w którymś pokoju, ale zaryzykowałabym, że znów znajdę się w potrzasku. Muszę spróbować opuścić budynek. Opieram się więc o ścianę i sunę wzdłuż korytarza. Gdy jestem już blisko zakrętu, słyszę krzyk Hassana:

– You fucking bitch!

Widzę, że też ma problem z utrzymaniem równowagi. Mimo to szybko się do mnie zbliża. Nagle dostrzegam wychodzącego z pokoju mężczyznę, który nie jest Arabem. Ma jasną karnację i nosi elegancki garnitur. Być może to jeden z partnerów biznesowych Hassana, który przyleciał do Dubaju, by poruchać młode dziewczyny.

– Pomocy! – mówię zdyszana, a wtedy mężczyzna unosi brwi.

– Polka – odpowiada z charakterystycznym akcentem. Zgaduję, że jest Czechem. – No jasne… Taka piękność musi pochodzić z Polski.

– Niech mi pan pomoże. Tamten człowiek chce mnie skrzywdzić!

– Skrzywdzić? Jaki drań mógłby skrzywdzić taką ładną… – Milknie, gdy dostrzega zmierzającego w naszą stronę półnagiego Hassana. – Muszę iść.

– Błagam pana!

– Nie mieszaj mnie w to.

Odnoszę wrażenie, że z każdym krokiem moje nogi stają się coraz cięższe. W końcu Hassan dopada mnie i obejmuje mocno w biodrach.

– Aneta… – warczy, przyciągając mnie do siebie. – You bitch…

Wszystko dzieje się bardzo szybko. W wyniku szarpaniny Hassan traci równowagę i upada na podłogę, pociągając mnie za sobą. Mam dwa wyjścia: mogę odpuścić i wrócić do pokoju, z którego Hassan prawdopodobnie prędko mnie nie wypuści, albo wykorzystać moment i zawalczyć o wolność. Gdybym tylko sama nie była pod wpływem narkotyków…

– Puszczaj, skurwielu! – Uderzam go łokciem w twarz i słyszę gruchnięcie szczęki. Wykorzystuję jego chwilowe zamroczenie i podrywam się z podłogi. Naciskam wszystkie możliwe guziki przy windzie i czekam, aż wjedzie z piątego piętra. Tymczasem Hassan powoli odzyskuje kontakt z rzeczywistością. Przykłada dłoń do twarzy i mówi coś po arabsku. Jeszcze nigdy nie widziałam go w tak opłakanym stanie. Bardziej jednak martwi mnie jego determinacja, by nie pozwolić mi uciec. Choć Hassan gaśnie z każdą sekundą, nie poddaje się i próbuje wstać. Na szczęście winda jest już blisko. Cała drżę i próbuję się nie rozpłakać. Chcę tylko, by ten koszmar się skończył.

Chcę być jak najdalej Hassana.

– Aneta… please – jęczy, wyciągając ku mnie rękę. Już wie, że mnie nie dopadnie. Cała nadzieja w jego ludziach.

Po raz ostatni spoglądam na jego smutną zapijaczoną gębę. Pytam go po angielsku, dlaczego mi to robi. Hassan przełyka ślinę i odpowiada:

– Because I love you.

Drzwi windy się rozsuwają. Ostatni raz spoglądam na Hassana, który wykończony upada na podłogę. Wchodzę do środka, wciskam przycisk z cyfrą „0”. Abdullah na pewno nie pozwoli mi wyjść z budynku. Muszę coś wymyślić. Tylko co?

Opuszczam windę i rozglądam się po holu, w którym w oczy najbardziej rzucają się wysokie pozłacane kolumny. Podłoga przyozdobiona jest z kolei kwiecistą mozaiką. Kieruję wzrok w stronę recepcji. Abdullah rozmawia z szejkiem i energicznie gestykuluje. Mogłabym spróbować wykorzystać jego nieuwagę, ale czuję, że to zbyt ryzykowne. W holu przebywa może z dziesięć osób. Wszyscy goście bawią się teraz na przyjęciu. Na pewno jest jakiś inny sposób na ucieczkę.

Nagle sąsiednia winda się otwiera i wychodzi z niej moja koleżanka Patrycja Kociuk. Towarzyszy jej otyły szejk z siwiejącą brodą oraz dużymi worami pod oczami.

– Aneta? Cześć…

– Patrycja, możemy porozmawiać? – pytam głosem drżącym z nerwów.

– Teraz? Trochę się z Khalidem spieszymy…

– Proszę. Musisz mi pomóc.

Patrycja mruży oczy.

– Daj mi chwilę.

Dziewczyna ściska dłoń niższego o pół głowy sponsora i prowadzi go na bok. Przez chwilę o czymś rozmawiają. W pewnym momencie całuje mężczyznę w policzek i mówi do niego po arabsku.

– Okej. Niedźwiadek dał mi pięć minut. Jedziemy do jego nowej rezydencji, a jutro wypływamy w trzydniowy rejs po zatoce – mówi zadowolona.

– Niedźwiadek? – Marszczę czoło.

– No co? Pasuje mu taka ksywka… Mniejsza z tym, o czym chciałaś porozmawiać?

Proszę Patrycję, żebyśmy się schowały za jedną z kolumn. Tam wyjawiam, że potrzebuję pomocy w ucieczce z budynku.

– Hassan to potwór. Nie mogę z nim już wytrzymać – wyjaśniam i głos mi się łamie.

– Aneta… Co ty mówisz? – Patrycja głaszcze mnie po ramieniu. – Zgłaszałaś to Sernikowi?

– Tak, ale twierdził, że przesadzam. Pati, jesteś moją ostatnią nadzieją… Hassan może się tu pojawić w każdej chwili.

– Co mogę dla ciebie zrobić? – pyta koleżanka. Chyba mi wierzy.

– Na początek pożycz mi swój telefon. Hassan zabrał mi wszystkie moje rzeczy.

– Dokumenty też?

– Tak – wyznaję roztrzęsiona.

– Aneta… Przecież to nie jest normalne.

– Myślisz, że nie wiem? Ten szaleniec ma na moim punkcie obsesję. Jeśli czegoś nie zrobię, nie pozwoli mi wrócić do Polski.

Patrycja wkłada dłoń do torebki i wyjmuje smartfon.

– Masz. Do kogo chcesz zadzwonić? Do ambasady?

– To potrwa zbyt długo. Mam inny pomysł.

– A może chcesz się zabrać z nami? Wysadzimy cię gdzieś po drodze.

Zerkam na drzwi prowadzące do podziemnego parkingu. To mogłoby się udać.

– Gdzie parkuje Niedźwiadek?

– Jego szofer czeka zawsze przed budynkiem – wyjaśnia Patrycja. – To chyba niedobrze, co?

– Raczej nie. Dobra, dzwonię.

Chwilę później słyszę po drugiej stronie znajomy głos.

– Patrycja? – pyta Jędrzej, asystent Sernika.

– To ja, Aneta.

– Aneta? Dlaczego dzwonisz z telefonu Patrycji?

– Hassan zabrał mi iPhone’a i wszystkie dokumenty.

Zapada krótka cisza, po której Jędrzej pyta:

– Jak to, kurwa, ci zabrał?

– Mam mało czasu. Gdzie jesteś?

Dopiero teraz słyszę w tle kobiecy głos.

– W pokoju hotelowym. A czemu pytasz?

Wiem, że zajmuje apartament na czwartym piętrze.

– Zjedź do holu. Czekam na ciebie nieopodal wind.

– Aneta… Nie za bardzo mogę.

– Proszę. Jeśli nie przyjdziesz, Hassan mnie zabije.

Słyszę westchnienie, a potem Jędrzej prosi, bym dała mu trzy minuty.

– Dzięki, Pati. – Oddaję koleżance smartfon.

– A może jednak zaryzykujesz? W razie czego powiem, że jesteś ze mną.

– Abdullah nie pozwoli mi wyjść. Jestem pewna, że dostał polecenie od Hassana, by mnie zatrzymać, gdybym próbowała opuścić hotel bez niego.

– Walić tego zjeba. Przecież siłą cię nie zatrzyma. No chodź…

W tym samym momencie dołącza do nas Jędrzej. Widzę, że ma nierówno zapięte guziki w ciasno przylegającej do umięśnionego ciała koszuli.

– Obyś mnie nie wkręcała z Hassanem… – mówi lekko poirytowany. – Rozmawiałaś z Fabianem?

– Gdybym mogła na niego liczyć, nie zawracałabym ci głowy. Błagam, pomóż mi stąd wyjść.

– I co potem? Co chcesz zrobić?

– Nie wiem… Może dostanę się jakoś do ambasady w Abu Zabi?

– Aneta, to szaleństwo.

– Szaleństwem jest to, co tu się dzieje! Ten psychol znów mnie zgwałcił!

Jędrzej wytrzeszcza oczy.

– Dobrze. Wyjdźmy na zewnątrz.

Idziemy we trójkę w stronę szerokich obrotowych drzwi. Staram się zachować spokój, ale serce bije mi tak szybko, że czuję, jakby lada moment miało wyskoczyć z piersi. Abdullah przerywa rozmowę z szejkiem i do nas podchodzi.

– Madam?

– Ja to załatwię – mówi do mnie Jędrzej, po czym pyta Abdullaha, czy może mu w czymś pomóc. Recepcjonista pokrętnie wyjaśnia, że nie spodziewał się mojego wyjścia. Jędrzej stwierdza, że będę pod jego opieką.

– Can you please wait for a moment? I need to make a call.

Nogi omal się pode mną nie uginają. Musimy wyjść teraz albo stracę jedyną szansę.

– Jędrzej – jęczę cicho. – Pomóż mi.

Widzę, że asystent Fabiana bije się z myślami. Jeśli mi pomoże, będzie miał problemy. Ci ludzie mogą wszystko. Mają władzę i pieniądze. Nikt nie chce im podpaść.

– Denerwuję się – szepcze Patrycja. – Chcę wyjść.

Jędrzej ściska mocno moją spoconą dłoń.

– Idziemy.

– Madam! – Abdullah biegnie po telefon. – Madam!

– Powodzenia – mówi Pati, gdy jesteśmy już przed wieżowcem.

– Dzięki. – Żegnam się z nią zdawkowym uśmiechem. – I co teraz? – pytam Jędrzeja.

– Bierzemy taksówkę i jedziemy do ambasady.

Podbiegamy do stojącego nieopodal kremowego samochodu. Jędrzej otwiera mi tylne drzwi i czeka, aż wsiądę, a potem zajmuje miejsce obok mnie i wyjaśnia taksówkarzowi, że musimy jak najszybciej dostać się do Abu Zabi.

– Za jakieś dwie godziny będziemy bezpieczni – próbuje mnie uspokoić.

– Dziękuję, Jędrzej. I przepraszam, że cię w to wplątałam.

– Nie przepraszaj. To ja powinienem. Wiedziałem, że Hassan pozwalał sobie na zbyt wiele, a mimo to milczałem.

– Co teraz z tobą będzie?

– Jak to co? Jestem spalony. Fabian na pewno mnie wywali…

– Oby na tym się skończyło.

Po raz ostatni zerkam w stronę wejścia do wieżowca. Wtedy go dostrzegam. Ubrany w kandurę Hassan stoi zgarbiony przed budynkiem w towarzystwie Abdullaha, który nie pozwala mu osunąć się na chodnik. Wydaje mi się, że przez moment nasze spojrzenia się spotykają. Hassan nagle się prostuje, a ponury grymas na jego twarzy ustępuje miejsca szerokiemu uśmiechowi. Tak, mój oprawca na mnie patrzy. Wie, że wypuścił mnie z rąk. Zanim znikniemy za zakrętem, Hassan wyciąga przed siebie ręce i w obu dłoniach złącza kciuki z palcami wskazującymi, tworząc symbol nieskończoności. To jego ulubiony gest, którym zawsze się ze mną żegnał.

Przez następny kwadrans czuję taki ścisk w gardle, że nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Gdy wreszcie udaje mi się odrobinę uspokoić, dzielę się z Jędrzejem swoimi obawami:

– On nie odpuści. Wie, że mu nie ucieknę. Widziałam to w jego oczach…

– Spokojnie, Aneta. Jesteś już bezpieczna.

– A jeśli za chwilę taksówkarz dostanie polecenie, by zawrócić? Przecież wiesz, że tacy jak Hassan mogą wszystko.

– Bądźmy dobrej myśli. – Głaszcze mnie po dłoni. – Wszystko będzie dobrze.

Przez resztę podróży nie potrafię wyrzucić z głowy widoku uśmiechającego się Hassana. Nie wierzę, że przytrafiło mi się coś tak popierdolonego. To miał być przyjemny wyjazd, po którym wrócę do Polski bogatsza o pokaźną sumę. Tymczasem pieniądze to ostatnie, o czym teraz myślę.

Pragnę jedynie znów poczuć się wolna. Tylko czy będzie mi to jeszcze kiedykolwiek dane?

 

Blisko 90% Polek doświadczyło przemocy seksualnej

w różnych formach. Spośród nich tylko 1 na 10 decyduje się

zgłosić to policji.

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ 1

 

DWA LATA PÓŹNIEJ

 

 

 

 

 

ANETA

 

TERAZ

 

MIESIĄC DO POZNANIA ERYKA

 

 

1

 

Nie mam wątpliwości, że to będzie stracony dzień. Za każdym razem obiecuję sobie, że nie będę paliła papierosów do wina, a i tak to robię. W efekcie od godziny leżę w łóżku z potwornym kacem i marzę o tym, by ponownie zasnąć. Dawniej starałam się sięgać po alkohol tylko w weekendy i koniecznie w towarzystwie. Wierzyłam, że w ten sposób nigdy nie przekroczę cienkiej linii oddzielającej okazjonalne picie od alkoholizmu. Dziś sama już nie wiem, po której stronie się znajduję. A może wiem, tylko wstydzę się do tego przyznać?

Znam swoje trzydziestoletnie ciało i spodziewam sie, że objawy kaca ustąpią dopiero późnym wieczorem. Przede mną wiele godzin przewracania się w łóżku z boku na bok i walki z nudnościami. Sama sobie zgotowałam taki los.

Sięgam po leżący na łóżku smartfon. Moja agentka Luiza Opalińska dzwoniła do mnie już pięć razy. Najchętniej włączyłabym tryb samolotowy i odcięła się od świata na resztę dnia. Jeśli to jednak zrobię, Luiza tu przyjedzie i będzie waliła w drzwi tak długo, aż jej otworzę. Nie znam drugiej tak zawziętej osoby. Luiza nie odpuszcza. Muszę do niej oddzwonić.

– Znowu piłaś. – Słyszę chwilę później po drugiej stronie.

– To pytanie czy stwierdzenie?

– Aneta, proszę… Współpracujemy już dwa lata. Wiem o tobie wszystko. W tym tygodniu zacznie ci się okres.

– Przerażasz mnie – mówię, po czym przechodzę do sedna: – Coś się stało, że nękasz mnie telefonami? Zresztą po co pytam… Przecież robisz to codziennie.

– Ciesz się, że nie przyjechałam z samego rana i nie wyciągnęłam cię naprutej z łóżka. Mamy dziś dużo pracy!

– Nic mi o tym nie wiadomo – odpowiadam, przecierając dłonią zmęczoną twarz. – Mówiłaś, że następny bankiet odbędzie się dopiero w piątek. Mam trzy dni spokoju.

– Spokoju? Kochana, w tym biznesie takie słowo nie istnieje. Powinnaś już coś o tym wiedzieć.

Luiza ma rację. Przeciętnemu Kowalskiemu zawód influencerki i celebrytki wydaje się wprost wymarzonym zajęciem. Ciągłe podróże, wizyty u kosmetyczki i brylowanie na imprezach – kto by nie chciał tak żyć? Nic dziwnego, że współczesne nastolatki nie myślą o wykonywaniu tradycyjnych zawodów. Czytałam ostatnio raport, według którego czterdzieści osiem procent dziewcząt w wieku od dziesięciu do piętnastu lat chciałoby w przyszłości pracować jako instagramerka, youtuberka lub tiktokerka. Nie zdają sobie sprawy, że celebrycka rzeczywistość wcale nie jest tak kolorowa, jak to pokazują social media. Wszystko, co widać w sieci, to tylko pozory. Aneta Herbik z blisko połową miliona obserwatorów nie ma nic wspólnego ze skacowaną, nieszczęśliwą brudaską, która od dwóch dni nie wzięła prysznica. Jestem niczym aktorka zarabiająca od kilku lat na wcielaniu się w fikcyjną postać. Odgrywanie roli bywa męczące. Nie dość, że nieustannie muszę się mierzyć z atakami hejterów, to jeszcze czuję presję ze strony ludzi, którzy na mnie zarabiają. Coraz trudniej mi zakładać maskę i udawać przed wszystkimi, że nie mam żadnych zmartwień. Czasem myślę sobie, że byłoby najlepiej, gdybym to wszystko rzuciła i wyjechała jak najdalej. Marzą mi się półroczne wczasy na Malediwach bez dostępu do internetu. Byłam tam już dwa razy, ale pochłonięta Instagramem i relacjonowaniem każdej sekundy życia nie mogłam się nacieszyć piękną pogodą i rajskimi plażami. Wróciłam do Polski zmęczona i sfrustrowana.

Zawsze wracam w takim stanie z zagranicznych wyjazdów.

– Pojawiły się trzy nowe zlecenia postów sponsorowanych – mówi Luiza. – Oczekuj dziś kuriera. Mamy perfumy od BodyMiracle, lokówkę od New York Hairstyle i robota kuchennego od PolRTV. Dostałam SMS-a, że robot powinien zostać dostarczony koło południa.

– PolRTV? – Przykładam dłoń do czoła. – Naprawdę chcesz, bym promowała ten szajs?

– Chcę, byś promowała tych, którzy płacą. A tak się składa, że PolRTV zgodziło się na najwyższą stawkę.

– Przecież ja nawet nie wiem, jak używać tego robota…

– A kogo to obchodzi? Nie oczekują, że wrzucisz na insta stories filmik instruktażowy. Masz jedynie dodać zdjęcie, na którym wdzięczysz się do tej kupy złomu. Przygotowali dla ciebie nawet treść posta.

– Mam pokazać się ludziom w takim stanie?

– Nie dramatyzuj. Umyj włosy, pomaluj się ładnie, uśmiechnij szeroko i zrób selfie. Wyślij je do drugiej, to zdążę jeszcze wygładzić ci zmarszczki w Photoshopie.

Kurier przychodzi pięć minut przed dwunastą. Otwieram mu ubrana w szlafrok i z ręcznikiem na głowie. Zrobienie jakkolwiek przyzwoitego zdjęcia zajmuje mi prawie pół godziny. Wreszcie wysyłam Luizie mailem kilka propozycji. Odpisuje chwilę później:

 

Wyglądasz jak siedem nieszczęść, ale może da się z tym coś zrobić. Daj mi trochę czasu.

 

Przerobienie mojej twarzy trwa nieco ponad kwadrans. W pośpiechu dodaję zdjęcie i kopiuję opis, który Luiza przesłała mi wcześniej mailem. Wracam do sypialni i opadam na łóżko. Jestem już bliska zaśnięcia, gdy wzdrygam się na dźwięk wibrującego telefonu. To Luiza.

– Aneta, co ty, do cholery, odwalasz?!

– O co ci chodzi?

– O co mi chodzi?! Widziałaś, jaki opis dałaś do zdjęcia z robotem? Gdzie ty masz mózg, dziewczyno?!

Włączam tryb głośnomówiący i otwieram Instagram. Wchodzę na swój profil i widzę, że pod najnowszym zdjęciem znajduje się prawie siedemset komentarzy – to bardzo dużo jak na tak krótki czas.

– Kurczę…

Faktycznie popełniłam gafę. Kopiując treść maila, przypadkiem zaznaczyłam też wstęp od Luizy. Pisała: „Załączam poniżej treść opisu do zdjęcia. Nic nie zmieniaj – prośba od PolRTV”. Internauci w komentarzach drwią ze mnie i zarzucają mi hipokryzję. Ktoś pisze, że liczą się dla mnie tylko pieniądze, a naiwni fani łykają jak pelikany wszystko, co im polecę.

– Pudelek zdążył już o tym napisać. Gratulacje. Aha, ludzie z marketingu w PolRTV są wściekli i nie chcą nam zapłacić. Spróbuję ich ubłagać, by w ramach rekompensaty zgodzili się na drugi post sponsorowany za darmo.

W pośpiechu edytuję treść posta. Luiza sugeruje, żebym go usunęła, opublikowała od nowa i zablokowała możliwość dodawania komentarzy.

– Wszystko byłoby dobrze, gdybyś sama go dodała – mówię poirytowana, na co Luiza parska śmiechem.

– Może jeszcze powinnam ci podcierać tyłek? Aneta, dorośnij i zacznij wreszcie traktować swoją pracę poważnie.

– Przecież, kurwa, traktuję!

Rozłączam się i chowam głowę pod kołdrę. Wiem, co myśli o mnie Luiza. Ma mnie za niedojrzałą, roszczeniową gwiazdeczkę, która ma popularność za coś danego na zawsze. Wielokrotnie powtarzała mi, że jeśli przestanę się starać, wszystko stracę.

– Nie wierzę, że chcesz zrezygnować z takiego życia. Uwielbiasz podróże i prezenty. Kochasz być w centrum zainteresowania. Nie zniosłabyś upadku z piedestału. Zbyt długo wdrapywałaś się na szczyt. Pomyśl o wszystkich poświęceniach, by zostać gwiazdą. Pomyśl o tym oblechu Grześku Koniuszce…

Wzdrygam się na samą myśl o tamtych czasach. Najchętniej wymazałabym je z pamięci. Wstydzę się tego, kim byłam, i niepokoję się za każdym razem, gdy jakiś hejter wypomina mi przeszłość w komentarzu na moim profilu lub pod którymś z artykułów na mój temat. To cud, że udało mi się zyskać szacunek reklamodawców i uniknąć skandali. Po raz pierwszy w życiu nie jestem tylko „panną nikt” z ładną buźką i długimi nogami. Jak to mówi Luiza, uchodzę w branży za „gwiazdę premium”. Powinnam jej całować ręce za to, że tak ciężko pracowała nad poprawą mojego wizerunku. I może bym to robiła, gdyby nie była taką suką…

Ze stresu zasypiam na trzy godziny. Po przebudzeniu nie czuję się już aż tak skacowana, choć wciąż pobolewa mnie głowa. Rozpuszczam więc w szklance wody aspirynę i piję duszkiem. Następnie odbieram telefon od Bolka – faceta, z którym spotykam się od około sześciu miesięcy.

– Cześć… Jesteś wolna dziś wieczorem? Może obejrzymy jakiś film?

Bolek Karpowski ma trzydzieści trzy lata i zarządza myjnią samochodową. Lubię go, nawet bardzo. Co prawda, w naszej relacji nie ma motyli w brzuchu i romantycznych gestów, ale Bolek sprawia, że czuję się chciana i potrzebna. Od razu zaakceptował mnie taką, jaka jestem. Nie krytykował mnie za brak wykształcenia. Sam ukończył z wyróżnieniem mechanikę i budowę maszyn na Politechnice Warszawskiej.

– Dziś nie dam rady. Kiepsko się czuję.

– Potrzebujesz czegoś? – Cały Bolek. Choć mieszka po drugiej stronie miasta, w razie potrzeby rzuciłby wszystko i przyjechał do mnie z zakupami.

– Jedynie snu. Zbyt późno wyszłam wczoraj z bankietu – kłamię.

– Jakiego bankietu? Nic nie mówiłaś…

– Bo to kolejny pokaz mody, który by cię nie zainteresował.

Bolek zupełnie nie śledzi show-biznesu i z początku nie miał pojęcia, że jestem gwiazdą portali plotkarskich. Odkrył to po trzecim spotkaniu, gdy wyjawiłam mu swoje nazwisko. Z ciekawości sprawdził mnie wtedy w Google’u. Podczas następnego spotkania nieustannie wypytywał mnie, czy dobrze się czuję. Nie docierało do niego, że celebrytka i gwiazda Instagrama mogła się zainteresować tak „zwyczajnym i nudnym kolesiem” jak on. Rzecz w tym, że właśnie ta normalność Bolka najbardziej mnie w nim urzekła. Do tego stopnia, że pozwoliłam mu się do siebie zbliżyć.

– Aneta… Tęsknię – mówi po chwili.

– Przecież widzieliśmy się przedwczoraj.

– Niby tak, ale mnie to nie wystarcza. Chciałbym cię widywać codziennie.

Trzymam Bolka na dystans, by nikt nie dowiedział się o naszej relacji. Zatajam ją nawet przed Luizą. Im dłużej uda mi się utrzymać tę znajomość w tajemnicy, tym lepiej. Nie potrzebuję świadków i fałszywych doradców.

Wiem, że zachowałam się egoistycznie, kiedy dopuściłam do siebie Bolka. Potrzebowałam mężczyzny, który pomógłby mi się szybciej wyleczyć z poprzedniego związku. Bolek myśli, że to zamknięty temat, i snuje wizje naszej wspólnej przyszłości.

Popełniłam błąd. Powinnam od początku być z nim szczera i wyznać mu, że wciąż kocham innego.

Po zakończonej rozmowie włączam laptop i sprawdzam skrzynkę mailową. Cholera, zapomniałam, że jestem na dziś umówiona z Agatą! Obiecałam jej, że wypromuję na Instagramie organizowaną przez nią konferencję zachęcającą kobiety do większej aktywności biznesowej. Byłam pewna, że to dopiero za tydzień. Tymczasem Agata przesłała mi listę poruszanych tematów i harmonogram przemówień gości. Konferencja zaczyna się o czwartej. Powinnam dotrzeć na czas. Wiem, że Agata na mnie liczy.

– Konferencja? Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?

– Zamierzałam to zrobić. Coś mi się pomieszało i myślałam, że ma się odbyć w przyszłym tygodniu.

– Ostatnio wszystko ci się miesza. Co się z tobą dzieje? Potrzebujesz profesjonalnej pomocy? Jedno słowo, a umówię cię do psychologa. Choć jeśli mam być szczera, wydaje mi się, że bardziej przydałyby ci się spotkania AA.

– Spierdalaj, Luiza. Nie jestem pijaczką.

– Nie? W takim razie udowodnij mi, że dasz radę pójść dziś na galę i obudzić się jutro rano bez kaca.

– Nie będę ci niczego udowadniać.

– Będziesz, złotko. To ja cię stworzyłam i masz mnie słuchać. Jeśli nawalisz, stracę do ciebie resztki sympatii i litości.

– Czy ty mi grozisz?

Zapada krótka cisza, po której rozlega się chichot Luizy.

– Ależ skąd – odpowiada agentka. – Znasz mnie i powinnaś wiedzieć, że nigdy nie posunęłabym się do czegoś takiego. Mam jednak wiele cennych informacji na twój temat. Część z nich, czyli prywatne maile, dokumenty, screeny SMS-ów i nagrania rozmów telefonicznych, przechowuję na laptopie. Media dałyby wiele, by poznać twoje największe sekrety. Chyba nie chcemy, by te informacje przypadkiem wyciekły do internetu?

Przewracam oczami.

– Skończyłaś? Nie mam ochoty tego słuchać. Zawsze tak się zachowujesz, gdy…

– Gdy co?

– Gdy brakuje ci bolca. Znajdź sobie wreszcie jakiegoś, najeździj się na nim i przestań mnie zadręczać. Na razie.

 

 

2

 

Agatę Grzesiak poznałam w zeszłym roku podczas bankietu wieńczącego galę rozdania nagród Kobiety Biznesu organizowaną przez magazyn „Praca i Pasje”. Agata odebrała wtedy wyróżnienie za zaangażowanie w promocję inicjatyw biznesowych wśród kobiet. Byłam zaskoczona, gdy w pewnym momencie odłączyła się od grupy elegancko ubranych mężczyzn i podeszła do mnie. Akurat stałam sama przy wysokim stoliku i popijałam prosecco.

– Mogę się przyłączyć? Mam już dość tłumaczenia tym starym pierdzielom, dlaczego mężczyźni w Polsce wciąż są uprzywilejowani biznesowo. Choćbym przez resztę dnia zasypywała ich najnowszymi danymi statystycznymi, oni i tak szliby w zaparte i przekonywali mnie, że wcale nie jest tak źle.

Agata wiedziała, kim jestem. Sprawiała wrażenie zorientowanej w show-biznesie i social mediach. Pogratulowała mi nominacji w kategorii Influencerka roku i stwierdziła, że powinnam była wygrać.

– Jestem szczerze zdumioną drogą, którą przeszłaś. Pamiętam cię sprzed kilku lat. Nikt, absolutnie nikt nie traktował cię poważnie. Ta sztuczna opalenizna, długie tipsy, kozaki i krzykliwy makijaż… Widziałabym cię prędzej zarzyganą w programie Warsaw Shore niż wśród pierwszoligowych gwiazd. – Przyłożyła dłoń do ust. – Wybacz… Chyba się upiłam i zaczynam gadać głupoty. Nie chciałam cię urazić!

– Nie uraziłaś – odparłam z wymuszonym uśmiechem. – Przynajmniej jesteś szczera.

Zawsze lubiłam ludzi, którzy nie owijają w bawełnę. Być może dlatego wciąż znoszę Luizę i jej wahania nastrojów. Wierzę, że nawet najbardziej brutalna szczerość jest lepsza od małego kłamstwa. Nic dziwnego, że od razu znalazłam z Agatą wspólny język.

Spędziłyśmy ze sobą resztę przyjęcia. Rozmawiałyśmy przez kilka godzin i upijałyśmy się prosecco. Nie pamiętałam powrotu do domu. Czujni fotoreporterzy zdołali jednak uwiecznić mnie zataczającą się przed budynkiem w towarzystwie Agaty. Luiza przez kilka dni się do mnie nie odzywała. Gdy wreszcie ochłonęła, uznała, że przynajmniej znów znalazłam się na językach, a poza tym, jak stwierdziła, „lepsze kompromitowanie się wśród ludzi sukcesu niż z jakimiś patałachami”.

– Dobrze, że jesteś! – Agata idzie w moją stronę z otwartymi rękami. – Wszystko w porządku? Masz dziwną minę…

– Pokłóciłam się z Luizą – wyznaję.

– I to cię tak martwi? Przecież kłócicie się przynajmniej raz w tygodniu.

– Szkoda gadać. To co, może zrobimy selfie na tle sceny?

– Z przyjemnością.

Sala w krótkim czasie wypełnia się gośćmi. Agata zarezerwowała dla mnie miejsce z boku, tuż przy ścianie, bym mogła wygodnie nagrywać i fotografować zarówno scenę, jak i widownię. Przez następne dwie godziny słucham zaproszonych przez Agatę ekspertów. W pewnym momencie dopada mnie znużenie. Najchętniej wróciłabym do domu i poszła spać. Powinnam jednak wywiązać się z obietnicy. Potrzebuję znajomości w pierwszej lidze, a Agata – przedsiębiorczyni, coach i koordynatorka wielu innowacyjnych projektów biznesowych – bez wątpienia do niej należy. Choć zdarzają mi się chwile zwątpienia, to po pewnym czasie zawsze nasuwa mi się refleksja, że Luiza ma co do mnie rację… Przeszłam zbyt długą drogę, by teraz wszystko spieprzyć. Nareszcie znajduję się tam, gdzie zawsze chciałam być, dlatego takie dni jak ten nie mogą się już powtórzyć. Najwyższy czas rozważyć odstawienie alkoholu. Chcę odzyskać kontrolę nad swoim życiem.

Tylko jak to zrobić, gdy na samo wspomnienie ukochanego mężczyzny krwawi mi serce i tracę chęć do życia?

Konferencja dobiega końca po pięciu niemiłosiernie dłużących mi się godzinach. Jestem z siebie dumna, bo wytrwałam i przeprowadziłam na swoim profilu obszerną relację. Nie dostanę za to od Agaty ani grosza. Co prawda, od razu zaproponowała mi wynagrodzenie, ale odmówiłam, bo myślę o niej przyszłościowo i to, że będzie miała u mnie dług wdzięczności, bardzo mi odpowiada. To właśnie dlatego nie wspomniałam o niczym Luizie. Nigdy by mi nie pozwoliła na darmową współpracę. Dla mojej agentki liczą się tylko pieniądze, a ludzi postrzega jako narzędzia pomnażania majątku.

– Pięknie… – Agata się uśmiecha, przeglądając zdjęcia i filmiki, które dodałam do insta stories. – Umieściłaś nawet link do mojej strony internetowej… Dziękuję, Aneta. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.

Proponuje mi kolację na mieście. Jedziemy do jednej z najdroższych i najbardziej popularnych wśród znanych osób restauracji w centrum. W środku przy stoliku siedzi prezenterka telewizji publicznej, która wita się ze mną na odległość skinieniem głowy.

– Czego się napijesz? – pyta Agata, gdy zajmujemy wskazany przez kelnera stolik. – Może zimnej wody, co?

– Nie rozumiem… – Mrużę oczy.

– Daj spokój, Aneta. Trochę się już znamy i umiem ocenić, kiedy masz kaca.

– Bez przesady…

– Spójrz prawdzie w oczy: alkohol ci nie służy. Przyznaj, znowu piłaś przez niego? – Jak zwykle wali prosto z mostu.

Wzdycham głośno, po czym mówię jej całą prawdę:

– Miałam wczoraj wypić tylko kieliszek wina do kolacji. Ostatnie dni były dla mnie zaskakująco spokojne. Myślałam nawet, że powoli zaczynam wychodzić z dołka…

Przerywam, gdy kelner kładzie przed nami karty dań.

– Kochana – Agata wyciąga ku mnie rękę – kiedy się rozstaliście? Trzy lata temu? Nie sądzisz, że żałoba po tamtym związku trwa już za długo?

– Nie potrafię przestać myśleć o Pawle… Nie masz pojęcia, jak to boli… Każdego dnia rozsadza mnie poczucie niesprawiedliwości. Oddałam mu całą siebie i uwierzyłam, że będziemy rodziną. A wtedy on pozbył się mnie jak zepsutej zabawki.

– Mówisz mi to już któryś raz. Zaakceptuj wreszcie fakt, że nie byliście sobie pisani. – Agata wzrusza ramionami, po czym zmienia temat: – Na co masz ochotę? Jestem strasznie głodna.

Zamawiam pierwszą sałatkę od góry i karafkę zimnej wody z cytryną. Potem zamykam oczy i na moment cofam się w czasie o trzy lata. Spotykałam się z żużlowcem Pawłem Malinką już ponad pół roku. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Wiem, że to naiwne, ale już po trzech miesiącach byłam gotowa wyznać mu miłość. Wydawało mi się, że Paweł jest dla mnie stworzony. Przystojny, wysportowany, szarmancki, a do tego tak inny niż większość mężczyzn, których znałam. Na zawodach zawsze otaczał się wianuszkiem pięknych dziewczyn. Mógł mieć każdą, a mimo to wolał wrócić do domu sam, by w spokoju posprzątać, pobawić się z psem i przygotować kolację. Sprawiał wrażenie normalnego i przewidywalnego. Właśnie takiego partnera potrzebowałam. Mimo to po swoich wcześniejszych doświadczeniach wolałam podejść do naszej znajomości inaczej. Nie naciskałam i widywałam się z nim tylko wtedy, gdy sam proponował spotkanie. Nie poruszałam też przy nim tematu związku. Po prostu cieszyłam się z tego, że mam przy sobie tak świetnego faceta. Czułam, że wkrótce Paweł sam zapragnie większego zaangażowania. Nie mogło być inaczej. Przecież układało nam się fantastycznie. Zero kłótni, genialny seks i mnóstwo tematów do rozmów… To musiało się udać.

A jednak runęło z takim hukiem, że do dziś nie mogę się pozbierać do kupy.

– Halo, Ziemia. – Agata macha mi dłonią przed oczami. – Kompletnie się wyłączyłaś.

– Przepraszam. – Prostuję się na krześle. – Myślałam…

– O czym?

– Zastanawiałam się, jak by się to ułożyło, gdybym od początku była z Pawłem szczera w kwestii uczuć… Może gdybym przejęła inicjatywę i wcześniej wyznała mu miłość, wszystko potoczyłoby się inaczej?

Tamtego dnia Paweł stwierdził, że mamy inne potrzeby. Ja pragnęłam związku, on lubił niezależność i przyzwyczaił się do tego, że byłam jedynie dodatkiem do jego poukładanego życia. Przyznał, że od początku źle podeszliśmy do naszej relacji i pewne sprawy powinny być omówione od razu. Innymi słowy: myślałam, że dając mu przestrzeń i unikając rozmów na poważne tematy, działam na swoją korzyść. Myliłam się.

– Usłyszałam kiedyś od jednego z moich klientów, że z życiem jest jak z giełdą. Nasze przeszłe doświadczenia mogą nakreślać pewien trend, ale wcale nie muszą.

– Nie rozumiem.

– Chodzi mi o to, że pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Wydaje ci się, że odpowiednio wczesna rozmowa mogłaby zagwarantować szczęście naszego związku, ale wcale nie musiałoby tak być.

– Być może, ale przynajmniej bym spróbowała. Poza tym Paweł sam powiedział, że gdybyśmy wcześniej…

– Paweł cię rzucił – mówi Agata wprost, a mnie oczy zachodzą łzami. – Miał inne oczekiwania. To się zdarza.

To prawda, mieliśmy inne potrzeby, uważam jednak, że nawet największe różnice da się pogodzić. Gorzej, gdy ktoś nie potrafi zaakceptować przeszłości drugiej osoby…

– Sałatka dla pani. – Kelner stawia przede mną miskę pełną sałaty, szparagów i kawałków pieczonej szynki.

– Dziękuję – mówię łamiącym się głosem.

– Polędwiczki dla pani.

Agata czeka, aż kelner odejdzie, po czym kontynuuje:

– Nie zmienisz tego, co się stało. Paweł podjął decyzję. Wiem, że to przykre, ale dał ci wyraźnie do zrozumienia, że nie chce z tobą być.

– To tak strasznie boli – mówię, przeżuwając sałatę. – Mówiłam ci, że pięć miesięcy po naszym rozstaniu związał się z inną kobietą?

– Jakieś piętnaście razy. – Agata kręci głową.

– Nigdy nie zrozumiem, dlaczego jedni tak łatwo przechodzą ze związku do związku, a inni, tacy jak ja, latami nie mogą dojść do siebie. To niesprawiedliwe.

– Zawsze dzieje się tak w sytuacji, gdy jedna osoba kocha bardziej niż druga. – Agata wzrusza ramionami, po czym nabija polędwiczkę na widelec.

– Zainwestowałam w związek z Pawłem tyle uczuć, a on nawet nie spróbował o nas zawalczyć. Odstawił mnie na bok bez żadnych skrupułów. Wiesz, tak sobie myślę, że właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze…

– Dysproporcja w emocjonalnych krzywdach?

Wzdycham.

– Tak… To mnie dobija.

– Poczekaj. Skup się na sobie i nie myśl o kolejnych związkach. Nie jesteś na nie jeszcze gotowa. Odczekaj rok, dwa lata, a potem umów się na parę randek i sprawdź, jak się z tym czujesz.

Słowa Agaty sprawiają, że kulę się jak pięciolatka, która wie, że nabroiła. Grzesiak nie wie o Bolku i będzie lepiej, jeśli się nie dowie. Boże, jak mogę postępować tak egoistycznie?

– Ja tylko chcę się uwolnić się od tego potwornego żalu. Przez niego nie mogę normalnie funkcjonować… Myślisz, że kiedyś będzie normalnie? Nie daję już rady… Zresztą dlaczego cię o to pytam? Od lat jesteś szczęśliwą mężatką. Czy ty i Michał kiedykolwiek się kłócicie?

Poznałam męża Agaty kilka miesięcy temu. Grzesiakowie zaprosili mnie do siebie na elegancką kolację. Od razu polubiłam Michała, który sprawiał wrażenie zrelaksowanego i autentycznego. Podobało mi się to, jak na każdym kroku okazywał żonie szacunek i czułość. Życzę im jak najlepiej, jednak odrzuciłam wszystkie zaproszenia na następną kolację. Za każdym razem znajdowałam wymówkę: zmęczenie, ból głowy czy imprezę, na którą musiałam pójść. Od kilku tygodni Agata już nie pyta, kiedy znów ich odwiedzę. Chyba zrozumiała, że przyglądanie się czyjemuś szczęściu jest ponad moje siły.

– Czy się kłócimy? – Agata chichocze. – Mało powiedziane. Jesteśmy z Michałem kompletnymi przeciwieństwami i wciąż się ścieramy.

– Jak sobie radzicie z nieporozumieniami?

– Normalnie… Raz ja mu dam w pysk, innym razem on mnie.

Robię wielkie oczy i otwieram usta.

– Że co?

– Nie patrz tak na mnie. – Agata rozkłada ręce. – No dobra, żartowałam.

– Mam nadzieję.

Chcę już wrócić do domu. Opadam z sił, a im dłużej rozmawiam z Agatą o facetach, tym bardziej chce mi się płakać.

– Aneta… Właściwie to sama już nie wiem, czy powinnam ci o tym teraz mówić… – Moja koleżanka sprawia wrażenie zakłopotanej.

– O czym? No mów! Nie lubię, gdy ktoś trzyma mnie w niepewności.

Agata drapie się za uchem, po czym przysuwa się do stołu i kładzie ręce na blacie.

– Jestem w ciąży – oznajmia, a kąciki jej ust od razu się unoszą. – To trzeci miesiąc. Jesteśmy z Michałem tacy szczęśliwi…

Zastygam w bezruchu i wyobrażam sobie domek nad jeziorem, w którym mieszkam z Pawłem i czwórką naszych dzieci. Miałam to na wyciągnięcie ręki…

– Gratulacje. – Próbuję się uśmiechnąć, ale wychodzi mi to niezręcznie. – To wspaniała wiadomość. Naprawdę bardzo się cieszę…

– Dzięki. Pewnie będę musiała sobie zrobić dłuższą przerwę od pracy.

– Praca poczeka. Rodzina jest najważniejsza.

Agata się uśmiecha.

– Masz rację.

Po kolacji koleżanka żegna się ze mną szybkim pocałunkiem w policzek.

– Dzięki za wszystko. Gdybyś czegoś potrzebowała, wiesz, gdzie mnie szukać. – Bingo!

– Cała przyjemność po mojej stronie.

– Aneta… Nie zadręczaj się przeszłością. To nie ma sensu. Musisz zostawić pewne sprawy za sobą i iść naprzód. Jesteś młoda. Zobaczysz, poznasz jeszcze faceta, który da ci to, czego pragniesz.

– Mam nadzieję.

Wracam do domu przybita szczęściem Grzesiaków. Próbuję im nie zazdrościć, ale czuję ukłucie w sercu na myśl o tym, że mogłam wieść identyczne życie, a jednak los okazał się dla mnie mniej łaskawy. Dwadzieścia minut później leżę na kanapie w salonie i przeglądam powiadomienia na smartfonie. Luiza wypytuje o konferencję:

 

Superrelacja, ale wypadało od razu dać mi znać. Tak w ogóle to dlaczego nie załatwiła tego przeze mnie? Ile Ci zapłaciła? Chyba nie zatajasz przede mną przychodów?

 

Odpisuję jej, że pomogłam Agacie za darmo. Po minucie agentka zaczyna do mnie wydzwaniać. Nie jestem tym specjalnie zaskoczona. Zawsze reaguje impulsywnie. Nie mam siły się z nią dziś wykłócać, dlatego odrzucam połączenie.

Oczy powoli mi się zamykają. To dobry znak. Może uda mi się dziś wreszcie spokojnie zasnąć. Wcześniej jednak dzwonię do Bolka i opowiadam mu o swoim dniu.

– Brakuje mi twojego zapachu – mówi. Wiem, że czeka na zaproszenie. Tym razem musi się jednak obejść smakiem.

Przed wejściem pod prysznic przeglądam dzisiejsze artykuły na portalach plotkarskich. Oczywiście wszyscy donoszą o mojej wpadce. Przynajmniej przyćmiła mnie aktorka, która wsiadła po pijaku za kierownicę i uderzyła w znak. Na wszelki wypadek sprawdzam komentarze. Jestem ciekawa, co na mój temat mają do powiedzenia hejterzy i malkontenci. Tak jak się spodziewałam – jedni wyzywają mnie od hipokrytek i grzmią, że więcej nie kupią niczego z mojego polecenia, a inni koncentrują się na moich niekorzystnych zdjęciach, które dołączono do artykułów. Już mam odłożyć smartfon, gdy dostrzegam komentarz, który przyprawia mnie o dreszcze:

 

Olololololo o godz. 16.24

Wrocławskie Koryto – pamiętamy.

 

Dlaczego ktoś się na mnie tak uwziął?

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Copyright © by Marcel Moss, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: © Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Renata Apanaviciene/Shutterstock

 

 

Redakcja: Ewelina Pawlak/Słowne Babki

Korekta: Maciej Sznurkowski/Słowne Babki

Skład i łamanie: Teresa Ojdana, pagegraph.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-783-0

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe