Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czasem tylko wewnętrzny ogień może dać ci siłę, by przeć naprzód
Kiedy umysł postanawia podążyć całkiem nieprzewidywalną ścieżką, a diagnoza choroby psychicznej spada na człowieka z dnia na dzień, nie jest łatwo się pozbierać. Alex von Fire wie o tym doskonale. Na szczęście w odpowiednim momencie znalazła sposób, by podsycić swój wewnętrzny ogień i przeć naprzód. Tymi doświadczeniami dzieli się z czytelnikami.
Ta książka może poparzyć dłonie tych, którzy nie są na nią gotowi – innym pomoże jednak rozpalić nadzieję. „Idea ognia – by dźwigać życie” to intymny portret i zapis przeżyć ognistej kobiety, która zrobiła to, na co wielu nie ma odwagi. Przemierzyła piekło i zmierzyła się ze swoimi słabościami.
Jej opowieść, stawiająca w centrum trudną codzienność osób z zaburzeniami psychicznymi, udowadnia, że przy odpowiednim wsparciu i wierze w lepsze jutro, można wygrać walkę o jakościowe życie. Wystarczy tylko dbać o wewnętrzny ogień.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 179
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Alex von Fire
Idea Ognia – by dźwigać życie
Książkę dedykuję mojej mamie Bożenie,która zawsze była moim aniołem stróżem,oraz mojej siostrze z wyboru – Miss Vee.
Wiele imion osób w tej książce zostało zmienionych lub zostały one przedstawione pod pseudonimami.
Od lat słyszałam od moich powierników zwierzeń, czy to od przyjaciół, czy od mamy, że powinnam napisać książkę. Opowiadałam im o moich losach, o czymś, co mi się akurat przytrafiło, o upadkach i tragediach życiowych, o ponownym zawodzie miłosnym bądź niepowodzeniach, kiedy los mi nie sprzyjał. Czasem miałam łzy w oczach, gdy było bardzo źle, a czasem opowieści te obracałam w żart, w komedię. Może to był mój system obronny, by nie popaść w marazm? Czy łzy, czy śmiech, oni mówili: „Boże, Ola, to dobry materiał na książkę”.
Pewnie nikt nie sądził, że ja te słowa kiedyś wezmę na poważnie… I oto właśnie, Czytelniku, trzymasz ją w swoich rękach. Te strony, jedna po drugiej, to moje serce na papierze. Powierzam Ci je. Wylewam wszystko, nie owijam w bawełnę ani nie przebieram w słowach. To moja spowiedź. To moje życie.
Temat ognia, który przewodzi tej książce, zostanie Ci wyjaśniony, kiedy będzie na to odpowiedni czas. A może sam wyczujesz, co on dla mnie znaczy.
Stabilność. To słowo może nie jest mi obce, ale jego znaczenie owszem. Rzadko ją miewałam w życiu. Nigdy nie mogłam nasycić się nią w całości, tylko porcjami. Momentami byłam jej wygłodniała jak wilk, który przemierza las w poszukiwaniu zdobyczy. Kiedy cała wataha na moich oczach wręcz ją pożerała, ja, z podkulonym ogonem i wstydem, odsuwałam się w kąt, modląc się, żeby zostały dla mnie choćby najmniejsze ochłapy. A gdy już zadowolone i nasycone wilki odchodziły, mogłam zbliżyć się i zobaczyć, czy coś z tej już rozszarpanej stabilności dla mnie zostało.
Cieszył mnie nawet mały kęs, najmniejsza porcja mięsa, która łechtała moje podniebienie, dając mi choćby chwilową sytość.
Życie, które prowadzę, nie należy do najłatwiejszych, nieczęsto mi się udaje zaznać spokoju. Jest polem bitwy, którą toczę ciałem oraz umysłem w obliczu zastawionych przez życie pułapek, wzlotów i upadków, ludzi milszych lub mniej, miłosnych zawodów i noży w serce, ale także chorób, które często grają w moim życiu pierwsze skrzypce.
Przez lata wiele prawd o moim życiu, a głównie o swoich demonach, dusiłam i chowałam do najciemniejszych szaf wewnątrz siebie i, trzymając je pod najtrwalszymi kłódkami ze stali mocniejszej od tytanu, strzegłam. Oj, jak strzegłam. Nosiłam maskę niczym Upiór z opery, robiąc czasem dobrą minę do złej gry, by nie wypuszczać wiedzy o moich demonach z szafy.
Ale ponad wszystko… ludzie. To oni od samego początku stanowią sens i istotę mojego życia. Moja empatia, zdolności interpersonalne, a nawet wybijający się z mojej ambiwersji ekstrawertyzm mają główne zastosowanie na polu relacji z drugim człowiekiem. Czułam od zawsze, że potrzebuję towarzystwa ludzi bardziej, niż potrzebuję nawadniać własny organizm. A skoro mowa o wodzie, to posunę się do stwierdzenia, że bez nich byłabym jak ryba poza swoim królestwem głębin morskich.
Przedkładam jakość nad ilość w swoim kręgu bliskich. Wolę zatopić się w ich głębi niż pływać na powierzchni. Nie toleruję wampirów energetycznych ani sztucznych więzi, w których moja energia byłaby marnowana. Jestem ostrożna, gdzie i do jakiego stopnia uwalniam swoją energię, bo wiem, jak bardzo jest ona cenna. Nauczyło mnie tego życie, którego lekcje nie były zawsze łatwe i przyjemne, a raczej srogie i niemiłosierne.
Po każdym upadku rosłam w siłę, choć zawsze wymagało to ode mnie wiele wysiłku. Budowałam siebie, cegła po cegle, aż doszłam do momentu, kiedy mogę stanąć z boku i spojrzeć na pałac, który stworzyłam własnymi rękoma oraz siłą wewnętrzną, gdzie teraz dumnie mieszkam.
Będąc astrologicznym Strzelcem, zdałam się na gwiazdy, by to one wyposażyły mnie w odpowiednie cechy charakteru oraz wręcz ognisty temperament. Największy żar od zawsze wylatywał z moich ust. Gardło aż pali mnie czasem z rozpędu słów, które niczym lawa napływają gorące i nieustępliwe do uszu moich rozmówców. Konwersowanie z bliskimi mi ludźmi napędza mnie i rozpala moje serce. Zdarza się też, że wybieram samotność. I tak jak sycylijska Etna czasem zamieram i zaszywam się w swoich czterech ścianach – a czasem przychodzą te momenty, kiedy moja natura bierze górę i lgnę do ludzi bliskich mojemu sercu, by poczuć ich ogień, który wtedy równoważy się z moim.
Zapraszam Cię, drogi Czytelniku, w podróż po kraterach, wzniesieniach, a również wielu dolinach mojego życia. Życia kobiety ognia.
Już jako berbeć, od momentu narodzin, miałam wiotkie ciało. Ważyłam jedynie 3300 gramów i mój ojciec humorystycznie przyrównał mój rozmiar do narzędzia kuchennego, nazywając mnie „Pani łyżeczka”. Z biegiem lat ciało rozwijało się, ale niestety nie całkiem proporcjonalnie. Gdy miałam cztery lata, po prześwietleniu moich nerek okazało się, że lewa jest mniejsza od prawej. Na szczęście prawa była na tyle dzielna, by przejąć wzmożoną pracę za swoją niedołężną siostrę.
Niestety choroba nerek pogłębiała się, zaczęłam gorączkować, a z czasem wymagałam procesu cewnikowania. Moja mama dzielnie urzeczywistniła swój potencjał opiekuńczej pielęgniarki, którą jest z zawodu, i szybko stanęła na wysokości zadania, gdy jako zaledwie dwudziestosześcioletnia kobieta musiała zmierzyć się z troską i strachem o własne dziecko. Punkt kulminacyjny mojego niedowładu nerek nastąpił, gdy w Poznaniu w roku 1991 przeszłam operację na moczowody, by zwalczyć refluks, który był odpowiedzialny za całą tę dramatyczną sytuację, zagrażającą nawet mojemu życiu.
Pobyt w poznańskim szpitalu i jego potęga stresogenna dla małej, kruchej istotki zapoczątkowały proces formowania się mojej pamięci, która zostawiła pierwsze świadectwo swojej obecności, gdy leżałam w owym szpitalnym łóżku.
Kompanem umilającym mi czas był mój pluszowy piesek o wszystkich barwach tęczy. Niestety czteroletnia ja musiała zderzyć się z pierwszym przyprawiającym o łzy rozstaniem i złamanym sercem. Piesek, niczym spuszczony ze smyczy, zawieruszył się, zapewne gdzieś na długich korytarzach, które przemierzałam często, ciągnąc za sobą toporny woreczek z moczem, do którego spływały te jakże nieszczęsne złote krople.
Z pamięci nie jestem w stanie również pozbyć się obrazu tej rozświetlonej blaskiem korytarza szczeliny w drzwiach, o którą nocami walczyłam niczym lew, gdy mnie zamykano. Wtedy wstawałam z mojego malutkiego łóżka i, nie dając za wygraną, drzwi zawsze otwierałam, a czując ciepło korytarzowego światła na moim licu, miałam oczy szeroko otwarte i gotowe na ujrzenie we framudze pięknej postaci mojej mamy, za którą tęsknota była większa niż caluteńki budynek szpitala.
Niestety, walkę przegrałam. Kobiety z personelu medycznego, które były cieleśnie o wiele większe ode mnie, małej, zatrwożonej dziewczyneczki, zaczęły podnosić wysokość ram mojego łóżka, by mi jeszcze bardziej uświadomić moją maleńkość. Zderzyłam się po raz pierwszy z powszechnie znaną znieczulicą świata medycznego, który nie jest w stanie empatycznie dosięgnąć do potrzeb pacjenta, by choćby zrozumieć, przytulić i ukoić małe dziecko, którym wtedy byłam.
Życie rodzinne było dość stabilne, choć czasem burzliwe. Nie byliśmy bogaci, ale też nie ubodzy na tyle, byśmy głodowali lub chodzili obdarci. Na stole codziennie czekał obiad ugotowany przez mamę, ja i brat zawsze mieliśmy ładne ubrania, które czasem nam szyła. A choć skromna pensja pielęgniarki w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych na niewiele pozwalała, to i tak mama godziła się na moje zachcianki, na przykład kiedy to zapragnęłam dostać spodnie marki Westman, bo te rynkowe mi się nie podobały. Tata też dokładał się do domowego budżetu swoją pracą. Rodzice starali się jak mogli, by zapewnić mi i bratu godny byt.
Pierwsze lata życia na wsi dały mi dużo radości. Byłam żywiołowym dzieckiem, którego wszędzie było pełno. Zostałam obwieszczona królową osiedlowego trzepaka, skakałam z huśtawek, a nawet niczym pająk wchodziłam bosymi nogami w górę po futrynach w domu. Lubiłam bawić się z koleżankami lalkami, grałyśmy w gumę, w klasy lub większą grupą dzieci w tradycyjnego chowanego.
W przedszkolu męczyłam się nad szlaczkami, bo je krzywo rysowałam. Mamie mówiłam: „mamo, ale ja się ta sztalam”. Początkowe klasy w szkole wspominam miło, podobało mi się stawianie pierwszych kroków w czytaniu, pisaniu czy liczeniu. Ławki w szkole niestety były niewygodne i zawsze musiałam siedzieć z przodu, bo byłam jedną z niższych osób w klasie.
Z czasem rodzice zrozumieli, że życie na wsi nie przyniesie szerszych perspektyw dla naszej rodziny. Mama postarała się o zamianę mieszkania z rodziną ze Złotowa. My mieliśmy przenieść się tam, gdzie żyli oni, a oni mieli zamieszkać na wsi, i tak się stało.
Wtedy poszłam do piątej klasy szkoły podstawowej i przeżyłam istny dramat, kiedy pierwszą oceną, jaką dostałam, była dwójka z dyktanda. Dla świeżo przybyłej jedenastoletniej uczennicy to zapowiadało niezbyt świetlaną przyszłość w nowym mieście. Jednak nauka w kolejnych latach przychodziła mi łatwiej i zaczęłam już zbierać czwórki i piątki, a nawet czasem wpadła szóstka. Świadectwa również dumnie prezentowałam rodzicom, bo widniał na nich ten jakże dystyngowany czerwony pasek.
Był to też czas nawiązywania pierwszych przyjaźni. Niektóre, te „z ławki”, trwają do dzisiaj.
Miałam pewną grupę przyjaciół, z którymi przechodziłam zarówno okres dorastania, jak i okres buntu. W wieku piętnastu lat przekłułam sobie brew, w wieku szesnastu zrobiłam pierwszy tatuaż za zgodą rodziców, a jak miałam siedemnaście lat, wróciłam z wycieczki szkolnej do Anglii z przekłutym językiem. Przekonywałam jednak rodziców, że te ozdoby mnie nie degenerują, a jedynie podkreślają mój indywidualizm, tym bardziej że wybrano mnie również jako reprezentantkę w szkolnym sztandarze. Dumnie nosiłam biało-czerwoną szarfę na różnych okolicznościach szkolnych.
Jednak od zawsze czułam się inna niż moi rówieśnicy. Czułam, że nie przynależę do tego świata na takich samym zasadach co oni. Czułam się outsiderem. Inaczej odbierałam realia i w głębi duszy wiedziałam, że będę miała odrębne życie od reszty.
Napisałam również o tym wiersz, gdzie odmawiam biegu w życiowym wyścigu szczurów. Oto on. Wtedy nie sądziłam, że stanie się samospełniającą się przepowiednią.
Wyścig
Życie pędzi jak wiatr poprzez pustynię
Rozmiata wszystko na swej drodze
Nie patrzy się za siebie
Tylko dalej
Dalej
Prędzej i szybciej
Szybciej i prędzej
A ja jak ten szczur na pustyni
Lekka niczym piórko
Biegnę, biegnę
Biegnę
Biegnę w tym nieszczęsnym
Wyścigu szczurów
Ah… co to za życie?
Materializm, konformizm
Schematy, bezsens dnia, pustka
Nie chcę biec!
Nie chcę być szczurem!
To takie nieszlachetne
To takie pospolite
Jestem człowiekiem
Ciało i duch
Chcę żyć
Chcę iść prostym
Ludzkim kroczkiem
Chcę kroczyć do celów
Chcę czuć… chcę kochać
Szczury tego nie potrafią
One tylko biegną
Nie mają na
To
Czasu
Jedną z moich pierwszych miłości był Pan P.
Ta relacja szybko pokazała mi jednak, że miłość jest jak róża – piękny kwiat, ale również ma kolce.
Pojechałam kiedyś z Panem P. do wsi Debrzno, bo miał tam pomóc w sprawach budowlanych. Po zakończonej pracy nastała część ucztowania przy butelce wódki. Chciałam iść w tempie jego i jego znajomych, więc piłam kieliszek po kieliszku. Do totalnego „zgonu”. Nie miałam wprawy w piciu alkoholu. Nawet nie byłam pełnoletnia… Może chciałam się taka poczuć?
Najgorsze było to, że na tej imprezie wydarzyło się coś, co nie powinno było się wydarzyć. Pan P. zrobił coś, czego nie należało, a ja nie miałam trzeźwego umysłu, by to zatrzymać. Stało się „to”.
Nie tak to miało wyglądać, nie tak miałam poczuć pierwszy raz mężczyznę. Czy czuję, że pogwałcono moją niewinność? Tak. Byłam odurzona i nieświadoma, nie dałam na to zgody.
Powrót z tej wsi był dramatyczny. Płakałam nad utraconą cnotą oraz z powodu zapalenia pęcherza. Awaryjna wizyta u ginekologa post factum po potrzebny medykament, „by nie było problemu”, minęła w nastroju wstydu, rozpaczy oraz paniki.
Wstyd jednak stał się stałym towarzyszem, bo kiedy moja niewinność została zdeptana, poczułam, że już nigdy nie zaufam mężczyźnie. Pan P. żałował, lecz zakończenie tego związku było jedyną racjonalną dla mnie puentą.
Czy mam teraz zamknąć serce na kłódkę? Czy ktoś mnie, skażoną, jeszcze pokocha? Czy ja pokocham kogoś?
W trzeciej klasie liceum stało się coś przełomowego, co wyciągnęło mnie z marazmu po incydencie z Panem P. Nauczyciel języka angielskiego zaproponował mi uczestnictwo w konkursie przemówień publicznych na temat Mapping the global future. Na tamten moment nie czułam się pewnie w umiejętnościach językowych, ale wspólnie z profesorem pracowaliśmy nad moją mową i wyszło z tego coś całkiem wyjątkowego i przystępnego do wygłoszenia.
Tytuł mowy brzmiał Don’t save it all for special days („Nie zostawiaj wszystkiego na wyjątkowe dni”). Dotyczyła ona kochania drugiego człowieka, by tej miłości nie zachowywać na specjalne dni, a okazywać ją codziennie.
Konkurs odbywał się w Bydgoszczy. Otaczało mnie wielu uczniów biegle posługujących się językiem angielskim, co mnie bardzo onieśmielało, i zaczęłam się bać, że nie podołam. Jednak się udało. Dostałam wyróżnienie i nagrodę. Ależ byłam z siebie dumna. Jurorzy powiedzieli mi, że są pod wrażeniem inspirującego tonu, który wybrzmiał w mojej mowie. I od tego się zaczęło… Moja miłość do języka angielskiego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Idea Ognia – by dźwigać życie
ISBN: 978-83-8423-514-0
© Alex von Fire i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Julia Ryczyńska
KOREKTA: MAQ PROJECTS
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
FOTO: Dariusz Biczyński
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
