Idę ścieżką pomiędzy światami - Sol Aris Vivano - ebook
Opis

Niektórzy z nas widzą więcej niż inni. Niezwykła intuicja, umiejętność nawiązania kontaktu ze zmarłymi, opuszczania swojego ciała - tymi niezwykłymi cechami obdarzona została autorka książki Idę ścieżką pomiędzy światami. Jej opowiadania przenoszą nas w świat, którego większość z nas nie potrafi przeniknąć, i stanowią próbę odpowiedzi na pytanie: dar to, czy przekleństwo?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 79

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


(c) ‌Copyright ‌by Sol Aris Vivano ‌2008

Projekt ‌okładki: ‌Krzysztof Mierzejewski

Fotografia na ‌okładce: ‌Krzysztof Mierzejewski

ISBN ‌978-83-7564-143-1

Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl

Publikacja ‌chroniona ‌prawem ‌autorskim.

Zabrania się ‌jej ‌kopiowania, ‌publicznego udostępniania w Internecie ‌oraz odsprzedaży ‌bez zgody Wydawcy.

Konwersja ‌do formatu ‌EPUB: Virtualo Sp. ‌z o.o.virtualo.eu

WSTĘP

Życie jest… ‌Panie Boże, cudem ‌Twojego i mojego tworzenia.

Życie jest ‌wielkim cudem ‌tworzenia… ‌(a słowo ciałem się ‌stało)… i nic ‌więcej się nie ‌liczy. Słowo ‌liczy, zapewne ‌kojarzy ‌się z liczbami – np… ‌lata to czas. ‌Czas jednak tutaj nie ‌odgrywa przypisanej przez człowieka ‌roli. Czas… to naszePrzeznaczenie.

Naładowani ‌Energią ‌jak jakaś ‌kosmiczna bateria, przychodzimy na ‌ten świat w określonym ‌miejscu ‌i czasie. Na subtelnym poziomie ‌naszej ‌duszy ‌dokonaliśmy pierwszego wyboru, że ‌to już ‌i teraz znaleźliśmy gotowość naszego ‌przyjścia w naszych ‌rodzicach ‌i… Zaistnieliśmy!

Od teraz samowolnie ‌dysponujemy naszą potencjalną energią i rozdysponowujemy nasze liczne talenty. Ktoś może sobie pomyśli, że szykuje się czysty gotowiec, recepta z dyspozycjami na życie. Nic bardziej mylnego! Zbiornik potencjałów energetycznych w nas to wyłącznie nasza indywidualna kwestia.

Na początku naszej ziemskiej wędrówki zapominamy całkowicie, dlaczego podjęliśmy decyzję o przyjściu tutaj, jakie mieliśmy z tym związane plany będąc jeszcze „tam na górze”. Jeśli nawet ktoś z nas ma tę zdolność Pamięci Duszy, to i tak nasi ziemscy opiekunowie szybko znajdą sposób wyjaśnienia: uznają to za dziecięce fantazje, a wszystko nabierze charakteru bajek.

Krocząc po ziemi różnymi ścieżkami narażamy siebie na potknięcia, a nawet upadki, zwłaszcza kiedy nie jesteśmy zbyt uważnymi obserwatorami. Kaleczymy i ranimy siebie. Zmęczeni i zagubieni w labiryntach dróg i dróżek, pytamy o prostsze drogi tych, którzy już niejeden szlak przeszli. Bierzemy od nich gotową receptę i… zazwyczaj potykamy się jeszcze boleśniej. Gotowa recepta staje się kolejną bajką, mitem dla nas. Zapisany na niej medykament nam nie służy, my go nie tolerujemy.

Więc odpuśćmy sobie „recepty” nie dla nas, bo lekkomyślnie rozpraszamy nasze zasoby energii na bajki nie o nas. Darujmy sobie i innym. Oni nie chcieli źle, nie mieli złej woli, podsuwając nam swoje gotowce. Dziękujmy im za to, że dali nam możliwość spróbować gorzkiej soli. Darujmy sobie lekcje pomyłek i prób.

Patrząc na ogień po raz pierwszy w życiu, czyż wiemy, że może nas sparzyć? To jasne, że nie. Więc o co chodzi? Lubimy sobie ponarzekać? Poużalać się nad sobą? Coraz bardziej stawać się ofiarą losu? A los przecież „leży w naszych rękach”. Koniecznie chcemy wypełnić nasze Przeznaczenie – Czas i dojść do krytycznego punktu „0”, aby resztką naszej energii woli podjąć ostateczną decyzję? A może by tak inaczej?

Ostrożnie traktujmy Ogień, bo może nas sparzyć, Wodę, bo możemy w niej utonąć, niewinne Powietrze może stać się trąbą powietrzną i w okamgnieniu zmieść nas z tej ziemi i każdej dróżki, a nadmiar Ziemi po prostu nas zasypie, przydusi. Uszanujmy tę Potężną Siłę i Nas Samych jako Istnienie w Nich z Nimi; w ciszy, skupieniu i pokorze. Najstraszniejsze burze mijają, pozostaje tylko wspomnienie, nawet często dość mgliste. Więc jak? Zapominamy o potyczkach i cięgach? Bólach i cierpieniach? Odkrywamy Radość Istnienia? Szanujemy Wspomnienia?

Po burzy zawsze świeci słońce. Odkryjmy się na Światło, Słońce, Ciepło i Jasność.

Bo to jest Cud Narodzin Nowego. Cud Tworzenia.

Opowiadania

Magiczny wieczór wigilijny

(opowieść tę dedykuję swoim dzieciom)

Był taki rok, że wcale nie było mi sympatycznie ani na duszy, ani na ciele i miałam powody do zmartwień. Rozpadła się moja rodzina, a moje wnętrze przepełniała troska o dwoje nieletnich dzieci, którym nagle zabrakło dwojga rodziców i pozostałam tylko ja, a druga część „rodziców” odeszła w nieznaną dal, zakładając nową rodzinę.

Ważny był to zaiste czas wielkiej próby dla mnie i bardzo chciałam sprostać wszystkim postawionym przez życie wyzwaniom, a na dokładkę musiałam pokazać się osobą silną, która nie złamie się pod naporem ciężaru rodzinnego, bo i tak wszyscy patrzyli na mnie z wielkim politowaniem. Unikali mnie również jak najgorszych rzeczy, bo a nuż nie dam sobie rady i poproszę kogoś o pomoc.

Żeby podołać wyzwaniom zgotowanym przez los, wzięłam się ostro do pracy i łapałam wszystkie prace dodatkowe, jakie były możliwe (a były, już Opatrzność nade mną czuwała). Właśnie tego roku wypadło mi pracować w Wigilię i Święta Bożego Narodzenia. Aby moje dzieci po raz pierwszy w swoim krótkim życiu miały spokojne i radosne święta, umówiłam się z moją matką, że wspólnie z dzieciakami przyrządzi kolację wigilijną i spożyją ją bez czekania na mnie, a raczej niech to będzie radość oczekiwania na pierwszą gwiazdkę, pierwsze świąteczne, w myślach tylko wypowiadane życzenia, no i radość z gwiazdkowych prezentów, na które tak bardzo czekają.

Było mi trochę smutno, że nie uczestniczę w tym tak długo wyczekiwanym na „normalność” obrządku świąt, ale trudno. Moim zadowoleniem miało być słuchanie o tym, jak się udały pierogi, a jak biegały na podwórko, żeby zobaczyć tę pierwszą gwiazdkę, a ona nie chciała się zaświecić, a cóż to będzie za Mikołaj i kiedy w końcu przyjdzie itd. Emocji cały wielki wór.

Około dwudziestej pierwszej zakończyłam swoją pracę, przekazałam obiekt dozorowi i udałam się do domu mojej matki na mocno spóźnioną kolację. Poszłam pieszo, bo nie jechał już o tej porze żaden miejski autobus, a i taksówek też nie było; wszyscy uroczyście obchodzili święta. Szłam przez opustoszałe miasteczko środkiem uliczek, w ciszy i śniegu. Słyszałam jedynie odgłos swoich kroków, nie przejechał jeden choćby samochód, nie przeszedł ani jeden przechodzień. Byłam tylko ja, bezszelestny, biały, świąteczny śnieg i świecące w oknach choinkowe lampki. W połowie drogi uświadomiłam sobie, że tak sobie idę i idę, a ta cisza i padający śnieg jest czymś niesamowitym. Niebo granatowe, na jego tle wielkie, białe płatki cicho sunącego śniegu, wokół jasno, lampy oświetlają wirujące, srebrzyste śniegowe parasolki i poczułam się, jakbym uczestniczyła w jakimś niesamowitym misterium świątecznej ciszy. Zwolniłam krok i chciałam, aby to, czego doznawałam, trwało i trwało.

Szłam teraz wolno, za chwilę skręciłam w swoją docelową uliczkę i w tym samym czasie pojawił się na niej pomarańczowego koloru samochód. Wolno przejechał obok jedynego przechodnia, jakim byłam, i kilka metrów dalej zatrzymał się, prawie na wprost bramy, w którą miałam wejść. Zgasły światła samochodu, otworzyły drzwi i… wysiadł z niego „prawdziwy” Święty Mikołaj w czerwonym ubranku, z białą przyklejoną brodą. Pochylił się do wnętrza wozu, wyjął z niego pokaźnych rozmiarów wór wypełniony prezentami, pomachał do mnie ręką i pomaszerował dziarskim krokiem pod zapewne znany mu adres.

Oczarowana urokiem tego magicznego czasu, wśród nocnej ciszy udałam się do domu, w którym czekały najbliższe mi istoty. Niosłam im czystą, nowo narodzoną opowieść wigilijną.

Wycieczka na Księżyc

Sen jest wąziutką ścieżynką rozgraniczającą dwa światy: ten fizyczny, w którym zazwyczaj zaspokajamy swoje ziemskie potrzeby, i świat innego wymiaru, w którym spełniają się nasze nieuświadomione marzenia, pragnienia, uwalniamy z naszej psychiki nagromadzone przez życie różne dla nas wredne sprawy, bądź też jest naszą ucieczką od świata realnego. Ciało nadal pozostaje w świecie fizycznym, jedynie czasami nasza dusza dostaje skrzydeł i fruwa sobie, gdzie się jej tylko podoba.

Fizyczne ciało pozostaje wówczas w uśpieniu, procesy życiowe przebiegają nadal, aczkolwiek są mocno zwolnione. Temperatura obniża się, bardzo zwalnia się rytm oddechu, serce – motor napędowy krążącej w ciele krwi – zwalnia swoje obroty i zazwyczaj też organizm uwalnia się z nagromadzonych toksyn poprzez nadmierne wydzielanie potu przez skórę.

Kiedy obserwujemy takie rozdzielone ciało, wydaje się nam, że organizm wchodzi w stadium śmierci i tylko umiejętny obserwator wie, że nic niewłaściwego się nie dzieje. Dusza takiej osoby przebywa poza fizycznym jej ciałem, ale zazwyczaj do niego powraca. No… chyba, że wyrazi swoją wolę odejścia w inny wymiar, wówczas następuje nieodwracalny proces śmierci.

Kiedy jest się świadomym swoich duchowych wędrówek, nabiera to innego wyrazu i smaku. Można wówczas procesem wychodzenia z ciała fizycznego sterować, zachowywać pamięć z duchowych wędrówek i jeszcze mieć satysfakcję, że było się w miejscach, do których dotrzeć w świecie fizycznym nie mamy żadnych szans, z prozaicznych powodów wszelkich ograniczeń, jakie tylko może stworzyć realne, fizyczne życie.

Układam swoje ciało wygodnie, okrywam się ciepłym kocem, rozluźniam wszystkie mięśnie i zaczynam proces pogłębiania oddechu i wyrównuję czas wdechu z wydechem. Powoli zapadam w sen. Jeszcze na tym poziomie nie uświadamiam sobie, dokąd moja oderwana z ziemi dusza pofrunie, ale chodzi mi o to, aby wyjść z ciała fizycznego i pobyć w innej przestrzeni.

Wyszłam i jestem w przestrzeni kosmicznej, czarnej, aksamitnej i spowitej absolutną ciszą. Moja świadomość doskonale wie, gdzie się znajduję. Wyraża wolę przemieszczenia się w prawo i natychmiast niemalże jednocześnie przemieszczam się w prawo, chcę w lewo, w górę, w dół; wszystko jedno, w jakim kierunku wyrażam życzenie, w tym się przemieszczam. Uczucie jest piękne, niesamowite.