Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
24 osoby interesują się tą książką
Straciłeś nagle władzę? Czas na skok życia!
W miasteczku Swojskie odbywają się kolejne wybory samorządowe. Gdy dotychczasowi włodarze tracą władzę, postanawiają ukraść pół miasta metodą „na hrabiego”. Mają wprawdzie genialny plan, ale wprowadzają go w życie równie skutecznie jak słynny gang Olsena. Na ich drodze stają polityczni przeciwnicy, którym niespodziewanie pomaga tajemniczy komisarz z Warszawy.
„Hrabia, czyli jak ukraść pół miasta” to komedia kryminalna z mnóstwem zaskakujących zwrotów akcji i niezwykle barwnymi postaciami. Tytułowe pół miasta przechodzi wciąż z rąk do rąk. A w tle pojawia się sprawa ogromnego skarbu ukrytego przez prawdziwego hrabiego. Nad tym, żeby nie trafił w niewłaściwe ręce, czuwa ostatni służący – Henryk.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 268
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68577-99-0
Każdy, kto znalazłby się na miejscu hrabiego Tarnawskiego, miałby prawo stać jak on z otwartymi ustami i zastanawiać się, czy to, co widzi, jest rzeczywiste, czy to jedynie złudzenie. Mimo że mdłe światło pochodzące z archaicznej lampy naftowej ledwo co oświetlało bibliotekę, to lśniła ona cała niewiarygodnym blaskiem pochodzącym ze skrytki pod podłogą. Stały tam dwie wielkie, otwarte skrzynie, przypominające ogromne reflektory zasilane złotem, srebrem i mnóstwem szlachetnych kamieni. Tarnawski na początku próbował jakoś oszacować wartość tego skarbu, ale po jakimś czasie zrozumiał, że jest ona po prostu ogromna i tylko kilku bardzo doświadczonych jubilerów potrafiłoby tego dokonać. I z pewnością zajęłoby im to bardzo dużo czasu, tak ogromna była ilość zgromadzonych tu drogocennych precjozów.
— Panie hrabio, przyszli stolarze. Czekają w dawnym gabinecie burmistrza — usłyszał zza pleców.
Tarnawski się odwrócił. Za nim stał Henryk, ubrany jak zwykle w klasyczny, pasiasty strój majordomusa, bardziej pasujący do odległego świata, z którego pochodził, niż do czasów współczesnych. Jego sylwetka — mimo osiemdziesięciu kilku lat na karku — była wyprostowana. Twarz zaś, choć wyrażała wciąż niezmienny dystans do otaczającej go rzeczywistości, była przyjazna, ciepła i pełna wyrozumiałości.
— Powiedz im, że mogą zacząć swoją pracę, Henryku. — Hrabia westchnął ciężko i spojrzał tęsknym okiem na skarb, który był dziedzictwem pracy wielu pokoleń zamieszkujących okolicę.
— Myślę, że najpierw jakoś powinniśmy przykryć to wszystko — zaproponował służący. — Ci stolarze to wprawdzie dobrzy i uczciwi ludzie, ale takie skarby potrafią zepsuć charakter niemal każdemu.
— Masz rację. — Hrabia ponownie ciężko westchnął i każdy, kto lepiej go znał, nie mógł mieć cienia wątpliwości, że i on chętnie dałby się zepsuć owym skarbom.
Nic więcej jednak już nie mówił, tylko pomógł służącemu zakryć wieka skrzyń, przykryć je włazem i zamaskować stalowymi belkami.
Kiedy już tylko wprawne oko mogło dostrzec, że podłoga skrywa jakąś tajemnicę, Henryk ruszył w stronę drzwi. Nim jednak zdążył zrobić drugi krok, poczuł na ramieniu ciężką rękę hrabiego.
— Jesteś pewien, Henryku, że dobrze robię?
— Ojciec naszego znakomitego poety, Antoniego Słonimskiego, dał mu kiedyś taką radę: jeśli nie wiesz, jak się zachować w danej sytuacji, zachowaj się po prostu przyzwoicie.
— Łatwo powiedzieć: przyzwoicie. Tylko co to znaczy? — Hrabia wzruszył ramionami. — Jeszcze kilka miesięcy temu…
— Kilka miesięcy temu był pan w zupełnie innym miejscu, panie hrabio. Teraz przyzwoitość nakazuje zrobić właśnie to — stwierdził zdecydowanie służący.
— Wiesz, Henryku, najbardziej chyba zazdroszczę ci tej pewności.
— No cóż, dorastałem w czasach, w których relatywizm moralny jeszcze nie istniał. Owszem, ludzie kradli, mordowali się nawzajem, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie próbował tłumaczyć, że to wszystko dla dobra okradanych i mordowanych. Ci, którzy to robili, byli po prostu mordercami i złodziejami, panie hrabio.
— Tak, masz rację — przytaknął Tarnawski i desperackim głosem skazańca wydał polecenie: — Zawołaj stolarzy, niech czynią swoją powinność.
Kilka miesięcy przed tym, zanim stolarze czekali na wezwanie do biblioteki, w listopadzie roku dwa tysiące drugiego, w gabinecie burmistrza Kowalewskiego w ratuszu, w którym odbywały się posiedzenia zarządu miasta Swojskie, panował nastrój stypy. Pięciu zebranych osób nie cieszył nawet cudowny widok rozciągający się za oknem. Było przez nie widać najwyższe wzniesienie w okolicy, teraz całe jesienno złoto-czerwone. Ta pora roku najlepiej pokazywała, że w pełni zasługuje na swoją nazwę: Piękna Górka.
Pomiędzy zebranymi krążył Henryk, który przyniósł im na tacy gorące napoje mające ukoić ich smutek. Z wprawą doświadczonego służącego stawiał bezszelestnie filiżanki z kawą, gorącą czekoladą i szklankę z esencjonalną herbatą. Nikt mu za to nie podziękował ani nawet chyba go nie zauważył, a on sam zniknął po chwili niczym duch i gdyby zapytać obecnych, skąd wzięły się przed nimi napoje, pewnie nie potrafiliby odpowiedzieć. Tkwili wciąż nieruchomo na swoich miejscach. Podobnie jak postacie z portretów wiszących na ścianach, przedstawiających rodzinę hrabiów Tarnawskich, którzy swoimi niewesołymi minami dopasowali się do nastroju zebranych. Niewiasty na nich uwiecznione patrzyły z melancholijnym smutkiem. Mężczyźni zaś — od średniowiecznego rycerza poczynając, a na powstańcu styczniowym kończąc — wrócili najwyraźniej z jakiejś bitwy, gdzie, sądząc po obliczach i opatrunkach, dostali ciężkie baty.
Nie inaczej było również z zebranymi, którzy w tym miejscu właśnie rozpamiętywali przegraną walkę. Tylko jeden z nich, siedzący z boku sekretarz zarządu, pan Leszek Biały, oparł głowę na rękach i najwyraźniej spał. Ponieważ nie chrapał, a pozostali na niego nie patrzyli, nikt tego nie zauważył i przedstawiciel miejscowej chrześcijańskiej demokracji mógł się oddawać bez problemu swojemu ulubionemu zajęciu.
W końcu jednak ktoś musiał przerwać ciszę…
— Ale przegraliśmy — zagaił burmistrz Kowalewski.
Był to człowiek już w sile wieku, liberał, który niejedno w życiu widział i niewiele dziwiło go na tym świecie. Teraz jednak w jego głosie słychać było pewne zdumienie.
— Że przegramy, to było wiadomo od początku — odezwał się nerwowo wiceburmistrz Sielberkranz. — Ale żeby od razu w pierwszej turze?
W odróżnieniu od swojego szefa był zapalczywym młodzieńcem, szefem tutejszej Partii Narodowo-Demokratycznej. Jako człowiek czynu chciał od razu znać przyczyny wszystkiego i niezwłocznie przystąpić do ich usuwania.
— Trzeba było nie pchać się w pięciu na mój stołek i kłócić przy każdej okazji — wyjaśnił mu swój punkt widzenia Kowalewski.
— Pan burmistrz też raczej nie kwapił się do rezygnacji z kandydowania — odparował Sielberkranz.
— Bo miałem najlepsze notowania — zaperzył się burmistrz.
— Chyba tylko pośród swoich znajomych, bo w wyborach był pan wprawdzie pierwszy, ale od końca. — Narodowiec uśmiechnął się ironicznie.
— Po prostu nie używałem populistycznych argumentów! A pan też, jak my wszyscy, nawet mandatu radnego nie dostał!
Przez chwilę wydawało się, że skoczą sobie do oczu, ale do akcji wkroczyła pani Sosnkowska, skarbnik zarządu i jedyna przedstawicielka płci pięknej wśród zebranych. Swoje nazwisko odziedziczyła po trzecim mężu, który, tak jak jego dwóch poprzedników, spoczywał obecnie na miejscowym cmentarzu. Potrafiła dobrze liczyć pieniądze i choć jej dotychczasowe inwestycje — mimo niezbyt zaawansowanego wieku — niespodziewanie wygasały, to odziedziczyła po nich pokaźne kwoty. Jako kobieta mocno doświadczona przez los wiedziała więc, że każdą stypę trzeba jak najszybciej zakończyć i wrócić do normalnego życia.
— Panowie, wybory były dopiero wczoraj, a wy już się kłócicie. Lepiej zastanówmy się, co teraz zrobić.
— No właśnie. I co teraz zrobimy? — przyszedł jej w sukurs pan Zenon Wysmyk, który wprawdzie nie pełnił w zarządzie żadnych oficjalnych funkcji, ale jako sponsor przegranych partii i miejscowy przedsiębiorca budowlany był żywotnie zainteresowany dalszym rozwojem sytuacji.
Nim jednak zdołał uzyskać odpowiedź, głowa śpiącego z boku opadła, a jego usta wydały potężne chrapnięcie, które zwróciło uwagę obecnych. Wywołało przy tym lekką konsternację, ale jednocześnie nieco rozładowało atmosferę. Siedzący obok sekretarza Białego wiceburmistrz trącił sąsiada łokciem, co spowodowało rozbudzenie śpiącego.
— Niech pan nie śpi, panie Biały — odezwał się Sielberkranz do przedstawiciela Chrześcijańskiej Demokracji.
— A co się stało? — spytał półprzytomnie obudzony.
— Przegraliśmy wybory.
— To niczego nie przespałem. — Machnął lekceważąco ręką, jakby wcale go to nie przerażało. Zaraz jednak zapytał rzeczowo: — I co dalej?
— Dalej zastanawiamy się, co robić — odparł burmistrz.
— Jak to co? — obruszyła się pani skarbnik. — Trzeba chronić pieniądze.
— Oczywiście… — przytaknął jej błyskawicznie sekretarz i po chwili dodał: — W zgodzie z wartościami, uchowaj Boże. — To zastrzeżenie było jego ulubionym powiedzonkiem, o czym jeszcze nie raz będziemy mogli się przekonać.
— Ile mamy na to czasu? — Sosnkowska ponownie udowodniła, że jest nadzwyczaj rzeczową kobietą.
— Jakieś cztery tygodnie, góra miesiąc — sprecyzował Sielberkranz, który był prawnikiem. — Chociaż znając sprawność czerwonych w przejmowaniu władzy, mogą to być tylko trzy tygodnie.
— Nie wolno więc tracić ani chwili — zadecydowała pani skarbnik. — Od czego zaczynamy?
***
Wydawać by się mogło, że w obozie wygranych powinien w tej chwili panować nastrój niemal euforyczny. Przyszłość zapowiadała się bowiem świetliście. Już wkrótce marne, opozycyjne ochłapy miały się przecież zamienić w związane z władzą profity. Jednak wśród zwycięzców przeważali praktycy rządzenia. Wprawdzie ich władza nie docierała do tej pory aż do samego ratusza, ale to nie było konieczne. Kierowanie na każdym szczeblu rządzi się tymi samymi prawami, dlatego obecni doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że przeciwnik nie zasypia gruszek w popiele.
— Musimy jak najszybciej iść do ratusza — zażądał stanowczo Materna, wieloletni pierwszy sekretarz podstawowej organizacji partyjnej w zakładach odlewniczych, doświadczony aktywista, człowiek czynu, w tej chwili wiceprzewodniczący miejscowych struktur lewicy, a już wkrótce pierwszy wiceburmistrz.
— Spokojnie, spokojnie, kolego — ostudził go przewodniczący Dłużniak, obecnie burmistrz elekt. — Na razie wyniki wyborów są nieoficjalne, tak że nie mamy w zasadzie mandatu…
— Ale mamy obowiązek bronić majątku publicznego, który właśnie jest rozkradany. Przecież pan wie, co oni tam kombinują.
— Wiem, ale jestem spokojny, że za wiele już nie mogą zrobić. W razie czego wyprocesujemy to od nich.
— Tylko że prawnicy kosztują — zauważył sceptycznie Materna. — Chyba że pan przewodniczący ma jakąś zaprzyjaźnioną kancelarię, której chce powierzyć prowadzenie tych spraw — zauważył uszczypliwie, a burmistrz elekt w jednej chwili zrozumiał, o co mu chodzi.
— Co pan tu sugeruje? Że chcę wyprowadzać pieniądze miasta do zaprzyjaźnionych kancelarii?! — obruszył się Dłużniak.
— Gdzieżbym śmiał. Tylko po co mamy wydawać pieniądze później, jak możemy zapobiec ich wyprowadzeniu z miejskiej kasy. Dzięki temu szybciej będziemy mogli je przeznaczyć na cele ważne dla społeczeństwa naszego miasta. Nieprawdaż?
Dłużniak przygryzł wargi. Najchętniej zignorowałby swojego obecnego i przyszłego zastępcę, ale rząd siedzących przy stole wygłodniałych działaczy nie pozwalał mu na to. Ponadto sam był w Swojskich raczej ciałem obcym, za to Materna wrośnięty był w okolicę z dziada pradziada i miał szerokie poparcie w miejscowym aktywie. I gdyby nie to, że jego twarz naznaczona była jakimś dziwnym brakiem uczciwości, który nie pozwalał mu zdobyć zaufania wyborców, sam by zapewne startował w ostatniej elekcji na włodarza miasta. Dlatego zadowolił się jednak funkcją radnego, do uzyskania której wystarczyły głosy znajomych i rodziny, i teraz był ważnym rozgrywającym.
— Co pan proponuje, panie Materna? — zapytał Dłużniak.
— To oczywiste, panie burmistrzu. Zwołałem już manifestację głęboko oburzonych obywateli, zaniepokojonych rozkradaniem majątku miasta. Dla wzmocnienia efektu zaprosiłem głównie młodzież, dzieci starych, wypróbowanych towarzyszy… to znaczy działaczy naszego komitetu wyborczego „Swojskie na lewo”. Na ich czele ruszymy przed ratusz i zablokujemy wszelkie próby bezprawnych działań.
— Chce pan zrobić jakąś manifestację? — Dłużniak się skrzywił.
— Chcę po prostu wyrazić słuszny gniew obywateli. — Materna zerknął na aktyw, który kiwaniem głów potwierdził, jak bardzo jest gniewny.
— No dobrze. Jeśli pan uważa, że to koniecznie — zgodził się niechętnie burmistrz. — Uważam, że to absolutnie niezbędne. Za dobrze znam tych złodziei. Jak się szybko nie zorganizujemy, to ukradną pół miasta!
***
Atmosfera w ratuszu tymczasem nieco się poprawiła. Zabezpieczanie bytu na przyszłość szło obecnym nadzwyczaj sprawnie i wydawało się, że lata, które im przyjdzie spędzić w opozycji, nie będą aż takie straszne. Zwłaszcza że spędzą je w nowych domach wybudowanych na Pięknej Górze na działkach, które dopiero co zostały przepisane na Zenona Wysmyka.
Gorące napoje zostały już wypite, dlatego burmistrz Kowalewski sięgnął do podręcznego chłodzonego barku, dzięki któremu trunki tam się znajdujące miały odpowiednią temperaturę. Rozlał wódkę do kieliszków i chciał nawet wznieść już toast za nienajgorzej rysującą się przyszłość, kiedy usłyszał okrzyki dobiegające z zewnątrz. Po chwili na moment wprawdzie ucichły, jednak tylko po to, by ponownie rozbrzmieć, ze zdwojoną siłą.
— Co to za hałas? — spytał zaniepokojony Sielberkranz.
Sekretarz Biały, siedzący najbliżej okna, wstał, aby sprawdzić powód zamieszania. Zanim jednak zdążył to zrobić, do gabinetu burmistrza wszedł Henryk.
— Przepraszam bardzo, ale jacyś ludzie dobijają się do drzwi — odezwał się jak zwykle z pewnym dystansem do wszystkich i wszystkiego, tak typowym dla służących starej daty.
— Czego chcą? — warknął Sielberkranz.
— Wydaje mi się, że władzy.
— Czerwoni — stwierdził Biały, wyglądając przez okno na podwórzec. Mrużył przy tym oczy i przykładał rękę do czoła, bo jesienne słońce, choć słabe, świeciło prosto w okna gabinetu burmistrza. — Ale ludzi. Ze trzydziestu chłopa.
— Czy mam ich prosić na pokoje? — spytał z niezmąconym spokojem służący.
— Każ im się wynosić — polecił wiceburmistrz.
— Nie, nie możemy tak zrobić. — Kowalewski powstrzymał chcącego spełnić polecenie Henryka. — Niech Jan im każe wystosować trzyosobową delegację, którą przyjmiemy.
Służący kiwnął lekko głową na znak, że przyjmuje polecenie, ale wychodząc, stanowczo zaznaczył:
— Na imię mam Henryk.
— Co on tu jeszcze robi? — spytał Wysmyk, gdy za służącym zamknęły się drzwi.
Choć bywał częstym gościem w ratuszu, to Henryka widywał raczej rzadko i do tej pory nie interesował się jego losem. To pytanie też raczej zadał dla zabicia czasu.
— Służy — odparł z rozbrajającą szczerością burmistrz.
— Ale do czego?
— Jest trochę portierem, trochę sekretarką.
— Sekretarką?
— Nikt nie parzy takiej dobrej kawy jak on — wtrąciła się do rozmowy Sosnkowska.
— Ale skąd on się tu wziął?
— Służył jeszcze u starego hrabiego Tarnawskiego — zaczął tłumaczenie Biały, który był miłośnikiem dziejów miasteczka Swojskie. — Był nawet jego ordynansem w wojsku. Potem obaj zostali na Zachodzie, a jak pan hrabia umarł, świeć panie nad jego duszą — przeżegnał się — to się okazało, że zapisał mu pokój w swoim pałacu… znaczy obecnym ratuszu. Jak żeśmy pierwszym razem wygrali wybory w dziewięćdziesiątym, tośmy mu ten pokój przyznali. Nawet jak potem wrócili czerwoni, to mu go nie zabrali, uchowaj Boże.
— To ile on ma lat?
— Jakieś osiemdziesiąt kilka.
— Świetnie się trzyma. Dałbym mu najwyżej sześćdziesiąt.
— Dużo się rusza, mało pije, nie pali.
— I w ogóle jest trochę jak duch — zażartował Kowalewski. — Czasem mam wrażenie, że przenika przez ściany, bo zjawia się obok ni stąd, ni zowąd.
— Á propos duchów — ożywił się Wysmyk. — Podobno w tutejszym kościele kiedyś straszyło?
— Tak — przytaknął sekretarz Biały. — Kilka razy po wojnie słyszano tam jakieś głosy. Ale ostatni raz ze czterdzieści lat temu.
— Co oni się tak grzebią? — Wiceburmistrz zaczął się niecierpliwić.
Ledwo wypowiedział te słowa, a do pokoju wszedł Henryk z burmistrzem elektem, przewodniczącym Dłużniakiem, jego zastępcą Materną i szefową miejscowej młodzieżowej lewicowej przybudówki, Sylwią Chuchałą, szykowaną na drugiego wiceburmistrza. Na ich twarzach widać było wyraźne wzburzenie i poczucie misji ochrony majątku publicznego.
— A tu była stajnia pana Hrabiego. — Służący pokazał ręką na gabinet. — A tam, gdzie stoi biurko pana burmistrza, był żłób. — Wskazał gustowny mebel stojący w pobliżu półki z książkami.
— Co pan robi? — oburzył się Sielberkranz.
— Oprowadzam nowych właścicieli, gdyż nie mieli oni szczęścia należeć do ekipy, która cztery lata temu opuściła te mury — wyjaśnił ze stoickim spokojem Henryk. Jednak zobaczywszy zdumienie słuchaczy, dodał: — Pozwolę sobie pożegnać państwa. — I wyszedł z gabinetu.
Burmistrz usiadł za swoim biurkiem i przybrawszy urzędową minę, zapytał nowo przybyłych:
— Czego sobie państwo życzą?
— Żądamy zaprzestania wszelkich prac byłego zarządu naszego powiatu — odezwał się Dłużniak.
— O przepraszam, obecnego zarządu — poprawił go burmistrz. — Pan obejmie swoją funkcję dopiero za kilka tygodni, kiedy wyniki wyborów zostaną formalnie zatwierdzone na szczeblu ogólnopolskim.
— Chodzi więc nam o to — Materna pokręcił głową ze zniecierpliwieniem — byście się, panowie, powstrzymali do tego czasu z wszelkimi działaniami.
— Niestety — burmistrz rozłożył bezradnie ręce — nie możemy zostawić powiatu bez sprawnej władzy.
— Ale możecie się ograniczyć do czynności zwykłego zarządu i nie wykonywać żadnych czynności rozporządzających. — Dłużniak, tak jak Sielberkranz, był prawnikiem i potrafił precyzyjnie się wyrażać.
— Pan wybaczy — Kowalewski dumnie podniósł czoło i spojrzał swojemu następcy prosto w oczy — ale dopóki ja tu jeszcze rządzę, sam będę ustalał, co należy do zakresu moich obowiązków.
— Jeśli pan się do tego nie zastosuje, podniesiemy raban w mediach — ostrzegł go przewodniczący.
— I co z tego? Spadną mi notowania?
Dowcip Kowalewskiego rozśmieszył wszystkich poza gośćmi. Notowania były ostatnią rzeczą, jaką się będą przejmować przez co najmniej trzy lata. Chwilowo mogłyby im spaść nawet do zera, byleby tylko udało się zatrzymać to, co sobie właśnie przyznali.
Dłużniak tylko przygryzł górną wargę i czekał, aż przestaną się śmiać. Gdy wesołość umilkła, powiedział cicho, ale bardzo dobitnie:
— Dobrze panu radzę.
Kiwnął na swoją świtę i wyszedł. Odprowadzały ich już bynajmniej nie rozbawione spojrzenia. Wiedzieli, że burmistrz elekt to groźny przeciwnik. W końcu pokonał ich w wyborach, i to z wynikiem znacznie lepszym od średniej krajowej uzyskanej przez lewicę. Muszą dobrze przygotować się do kolejnego starcia. Tym razem bowiem chodziło o coś znacznie ważniejszego niż władza. Chodziło o pieniądze.
Ciszę przerwał Sielberkranz:
— Ktoś zdradził.
— Pan tu, jak zwykle, te swoje teorie spisku. — Burmistrz machnął ręką, jakby opędzał się od natrętnej muchy.
— A skąd niby wiedzą, o czym tutaj rozmawiamy? — Sielberkranz nie dawał za wygraną.
— Jak to skąd? — Biały uśmiechnął się pod nosem. — Przecież ich znajomi cztery lata temu siedzieli tu tak samo i główkowali w podobny sposób. Tylko kary umowne dali mniejsze, bo mieli do utrzymania jedynie dwie partie, uchowaj Boże. To Dłużniak z Materną się mogli spokojnie domyślić.
— A skąd pan o tym wie? Pewnie pan z nimi trzyma i o wszystkim im powiedział. — Wiceburmistrz przystąpił do ataku, mając nadzieję, że wykrył wreszcie wrogi spisek, który niespodziewanie pozbawił go władzy, spychając na opozycyjne pozycje.
— Jak pan Leszek mógł cokolwiek powiedzieć — Kowalewski stanął w obronie sekretarza — jeśli jest cały czas tutaj, podczas tej rozmowy?
— No to skąd wiedzą, o czym tu rozmawiamy? — Sielberkranza nie przekonało poprzednie tłumaczenie Białego, więc zaatakował go ponownie: — Widziałem jak pan stał przy tym oknie i dawał im jakieś znaki. — Usiłował naśladować mrużenie oczu i przykładanie ręki do czoła.
— Pan to cierpi na jakąś manię prześladowczą — Zenon Wysmyk skrzywił się z niesmakiem.
— Ja mam manię?! Dobre sobie! — obruszył się narodowiec i wydął z pogardą wargi. Nagle coś przyszło mu do głowy. — Ale, ale, a może to pan doniósł swojemu bratu bliźniakowi?
— No wie pan? Jak pan może. — Przedsiębiorca był do głębi poruszony oskarżeniem. — Przecież pan wie, że już od bardzo dawna nie utrzymuję kontaktu z tym czerwonym zaprzańcem, który jest jak wrzód na mojej dupie. Od małego mnie prześladował. Kiedy dwadzieścia lat temu ja zacząłem udzielać się w opozycji, on na złość wstąpił do SB i wykorzystując nasze podobieństwo, rozpracował struktury podziemne, przez co musiałem uciekać z moich rodzinnych stron. Ale ta kreatura paręnaście lat temu przyjechała tutaj za mną i oczywiście założyła konkurencyjny biznes.
— I naprawdę nic pan o nim nie wie?
— Przecież panu mówię, że z nim nie rozmawiam.
— No to nadal nie wiemy, skąd oni wiedzą — irytował się Sielberkranz.
— Za dużo pan czasu poświęca na te swoje metody śledcze. — Pani skarbnik pokręciła głową z dezaprobatą. — Już ustaliliśmy, że wiedzą przez analogię. Przecież sam nas pan cztery lata temu reprezentował w sądzie.
— I wywalczyłem wygraną, z wyjątkiem tych kar umownych — powiedział z wyraźną dumą narodowiec. — Ale z tego, co pamiętam, to pan Wysmyk dostarczył mi wtedy wielu pożytecznych informacji. — Sielberkranz przeszył spojrzeniem przedsiębiorcę, ale ten był przekonany o swojej niewinności, więc tylko wzruszył ramionami i zapytał:
— I co z tego?
— Może dostał je pan wtedy od brata? — Sielberkranz nadal nie dawał za wygraną. — A teraz w ramach wdzięczności sypnie mu pan na nas.
— Ja chyba zwariuję. Teraz muszę się jeszcze tłumaczyć z tego, że pomagałem panu w wygraniu procesu kilka lat temu. — Kłótnia zaczynała nabierać temperatury.
— No właśnie, jak my wygraliśmy z nimi, to oni mogą wygrać z nami — zauważył Leszek Biały, siadając na krześle. — A jak przegramy jeszcze kary umowne, to zdechniemy z głodu, uchowaj Boże. Wtedy nawet pan Wysmyk nas u siebie nie zatrudni, bo nie będzie miał żadnych dochodów. Bo bez diet to i na diecie nie przeżyjemy…
Uwaga Białego przecięła rodzącą się kłótnię, ale przywróciła nastrój przygnębienia. Zapadła chwila grobowej ciszy, podczas której każdy przemyśliwał własną, niewesołą przyszłość. Jedynym, który wykorzystał przerwę w obradach w inny sposób, był sam sekretarz. W pół minuty po tym, jak usiadł na krześle, z powrotem zasnął. Milczenie przerwała dopiero skarbnik Sosnkowska:
— Trzeba wymyślić coś takiego, żeby nie mogli nam nic zrobić.
— Najlepiej byłoby udać, że wyborów nie było. — Przedsiębiorca pozwolił sobie na żart.
— Niestety, demokracja. — Wiceburmistrz najwyraźniej nie należał do fanów najlepszego z najgorszych ustrojów.
— Demokracja się panu nie podoba? — Kowalewski jako liberał poczuł się w obowiązku bronić demokracji.
— A co tu jest do podobania? — Sielberkranz pogardliwie wydął wargi. — Dać władzę motłochowi, to wybierze byle kogo.
— Gdyby nie ten motłoch, to nie rządziłby pan przez ostatnie cztery lata — zauważył zgryźliwie burmistrz.
— Gdyby nie ten motłoch, nie musiałbym się martwić, za co mam żyć przez następne cztery lata, bo nie gniłbym na tym zadupiu — odciął się jego zastępca, który w odróżnieniu od Białego nie był lokalnym patriotą — tylko miałbym pięć kamienic w samym centrum Warszawy.
— Może jeszcze kiedyś to panu oddadzą. — Sosnkowska próbowała załagodzić sytuację.
— Akurat. Próbuję już paręnaście lat. Mówią złodzieje, że łożyli na ich utrzymanie przez pół wieku i teraz mam zwrócić miastu wydatki. A kto ich prosił, żeby łożyli? Pewnie w końcu dostanę jakieś nędzne, czerwone grosze i tyle z tego będę miał. A ta hołota ma na własność siedmiopokojowe apartamenty w moich kamienicach w centrum miasta, każdy wart dobre pół miliona złotych. I za co? Za wierność władzy ludowej i utrwalanie jedynie słusznego systemu. Pół Warszawy ukradli prawowitym właścicielom i nie chcą oddawać. Pewnie tylko Żydzi dostaną co swoje, bo mają dobrych adwokatów i USA za sobą. — Jako narodowiec nie mógł sobie odmówić tej uwagi.
— My tu, dzięki Bogu, nie mamy takich problemów — stwierdziła Sosnkowska, chociaż szkoda jej było Sielberkranza. — Wszystko, co było zabrane, należało do pana hrabiego. A on, na szczęście, umarł bezdzietnie.
— A dalsza rodzina? — zainteresował się Wysmyk.
— Jakieś strasznie dalekie pociotki, gdzieś na emigracji.
— A dużo do niego należało?
— Chyba z pół miasta.
— A dokładniej? — Przedsiębiorca dociekliwie drążył temat, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk.
— Tego nie wiem — odparła Sosnkowska. — Pan Leszek Biały może powiedzieć na ten temat więcej, bo on się interesuje historią naszego miasteczka.
— A ten znowu zasnął. — Wiceburmistrz nie krył swojego oburzenia. — Ja wam mówię, on na pewno trzyma z nimi. Cały czas sabotuje tym swoim spaniem nasze obrady.
— Przecież on tak zawsze — próbował bronić sekretarza burmistrz.
— No i co z tego, że zawsze? To nie jest żadne wytłumaczenie.
— Że niby pan Biały jest czerwony? — Skarbnik Sosnkowska uśmiechnęła się pod nosem. — To niemożliwe.
Jakby dla potwierdzenia jej słów dało się słyszeć chrapnięcie sekretarza.
— Boże, co za śpioch.
Choć wcześniejsza dyskusja nie zakłócała w żaden sposób snu Leszka Białego, to uwaga wiceburmistrza spowodowała jego rozbudzenie. Rozejrzał się wkoło niezbyt przytomnym wzrokiem, próbując rozpoznać miejsce, ale kategorycznie stwierdził:
— Tylko nie śpioch. Nie jestem żadnym śpiochem.
— To niech pan się wreszcie obudzi na dobre. Pan Wysmyk się pyta, jak dużo należało do pana hrabiego.
— Oj, dużo. Ten pałac z parkiem — zakręcił koło nad głową — ziemia na stoku górki — pokazał ręką za okno — tam, gdzie mamy budować nasze domy. Większość kamienic w rynku i połowa na bocznych ulicach. No i jeszcze nasze upadłe zakłady odlewnicze, dla których nie znaleźliśmy inwestora.
— Miał kamienice w mieście i fabrykę? — Przedsiębiorca nie krył swojego ogromnego zdumienia.
— Pan hrabia był z porządnej kupieckiej rodziny — Biały zaczął mówić głosem wykładowcy, który opowiada o swoim ulubionym temacie — która dopiero w połowie dziewiętnastego wieku nabyła tytuł.
— A te obrazy? — Zdziwiony Wysmyk pokazał na malowidła znajdujące się na ścianach gabinetu.
— To zamówił dziadek pana hrabiego. — Senność zaczynała jednak zwyciężać sekretarza i ziewnął. — Sam zresztą pozował do męskiej części z nich. — Uznawszy wykład za skończony, zasnął.
Za to Wysmyk jakby dostał zastrzyk świeżej energii. Błysk w jego oczach zalśnił mocniej. Wstał i zaczął chodzić po sali, układając jakiś misterny plan. Pozostali patrzyli na niego uważnie, lecz z nadzieją zmieszaną z niepokojem. Chwila ciszy przedłużała się coraz bardziej. Pierwszy nie wytrzymał Sielberkranz:
— Co pan tak chodzi?
— Znalazłem sposób na ocalenie naszych pieniędzy. A chyba nawet znacznie więcej.
— Jaki sposób?
— Musimy oddać wszystko spadkobiercy pana hrabiego.
— Jakiemu spadkobiercy? — Sielberkranz nie pojął intencji Wysmyka. — Chce go pan szukać za granicą?
— Po co za granicą, wystarczy znaleźć go w tym pokoju.
— Czy pan się źle czuje?
— Czuję się znakomicie. — Przedsiębiorca uśmiechnął się tajemniczo.
— Może pan wreszcie powiedzieć, co pan ma na myśli? — Sosnkowska jako pierwsza zaczęła się domyślać, o co chodzi Wysmykowi, ale wolała to usłyszeć dokładnie od niego.
— Chodzi o to, że oddamy je dziecku hrabiego z nieprawego łoża.
— A kto nim jest? — spytał nadal niczego nierozumiejący Sielberkranz.
— Na przykład pan.
— Wypraszam sobie! — krzyknął z oburzeniem, oskarżony o bycie bękartem, wiceburmistrz. — Sielberkranzowie od dwudziestu pięciu pokoleń pochodzili z legalnych związków.
— Po co się od razu unosić honorem. Zresztą i tak pan jest za młody. Może pani skarbnik?
— Ja niestety jestem, tak jak pan, przyjezdna. Sprowadziłam się tu dopiero na początku lat sześćdziesiątych, za moim pierwszym mężem, świętej pamięci panem Gęsiorkiem, który został kierownikiem w miejscowej odlewni.
— A pan burmistrz? Pan tu przecież mieszka od urodzenia.
— Ja jestem rocznik czterdziesty siódmy.
— No to zostaje nam jeszcze…
Wysmyk spojrzał nieco zrezygnowany na śpiącego sekretarza. Wszyscy podążyli za jego wzrokiem i przyglądali się Białemu. Widać jednak było wyraźnie, że ta kandydatura nie wzbudziła ich zachwytu.
— Nie, on jest za głupi — stwierdził w końcu wiceburmistrz.
— Dlatego na pewno nas nie wyroluje — zauważył przedsiębiorca. — A jak będzie próbował, to się mu wyciągnie, że wcale nie jest potomkiem hrabiego, i straci wszystko. Czy jego rodzice jeszcze żyją?
— Matka umarła jakieś dwadzieścia lat temu, a ojciec podobno zginął na wojnie — odpowiedział mu Kowalewski.
— To jeszcze lepiej.
— Myśli pan, że to dobry pomysł? — Sielberkranz wciąż był pełen wątpliwości.
— W tej chwili najlepszy. — Wysmyk przyglądał się uważnie śpiącemu Białemu. — Tylko ile on ma lat?
— Jakoś tak ponad sześćdziesiąt… Ale tak dokładnie to nie wiem. — Burmistrz podrapał się w głowę. — Za wczesnego Gomułki wyjechał na studia, potem na krótko wrócił, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Na dobre przyjechał dopiero w osiemdziesiątym ósmym albo dziewiątym…
— Czyli kiedy się urodził? — zapytał zniecierpliwiony Wysmyk.
— Jakoś tak na początku lat czterdziestych…
— A kiedy hrabia na dobre opuścił miasteczko? — spytała z nadzieją skarbnik Sosnkowska.
— No we wrześniu trzydziestego dziewiątego. Ale zmobilizowali go na pewno pod koniec sierpnia.
— Teraz mamy jesień dwa tysiące drugiego roku… Czyli pan Biały musiałby mieć co najmniej sześćdziesiąt dwa i pół roku… czyli urodzić się nie później niż w maju czterdziestego — obliczył Wysmyk.
— Pan ma łeb, panie Wymyk. — Sosnkowska pokiwała z uznaniem głową.
Wstała i podeszła do śpiącego Białego, a następnie nim potrząsnęła.
— Panie sekretarzu, niech się pan obudzi.
— Nie śpię, nie śpię, uchowaj Boże. — Tym razem Biały nie otworzył nawet oczu, tylko podniósł głowę.
— W którym roku się pan urodził?
— W czterdziestym. — Pytanie sprawiło, że prawe oko sekretarza uchyliło się na moment. Po chwili było jednak z powrotem zamknięte.
— A w jakim miesiącu?
— W kwietniu. — Ta odpowiedź wymagała jedynie otworzenia ust.
Wszyscy odetchnęli z ulgą i popatrzyli na siebie zadowoleni. Najwyraźniej jednak szczęście im sprzyja. Nieuchronna, wydawać by się mogło, klęska, może przemienić się w ich wielki sukces. Na dodatek niepodlegający już stałej kontroli wyborców.
— No to jest pan nieślubnym dzieckiem pana hrabiego — zakomunikował z zadowoleniem przedsiębiorca.
Słowa te spowodowały nie tylko podniesienie powiek Białego, ale też zdecydowane rozszerzenie jego źrenic. Spojrzał uważnie na uśmiechnięte twarze zebranych i ich potakująco kiwające głowy. Uszczypnął się w policzek, ale ponieważ obraz nie znikał, stwierdził jedynie:
— Chyba jednak śpię.
Mimo intensywnego szczypania się w policzki sekretarz Biały nie obudził się ze snu, który początkowo wydał mu się jakimś koszmarem. Z czasem jednak sen piękniał i piękniał, a gdy sekretarz się dowiedział, że wkrótce zamieszka w pałacu, czyli obecnym ratuszu, sen stał się jak spełnienie najskrytszych marzeń. Takich, w których potrafimy na przykład latać albo jesteśmy strasznie bogaci i niczym się nie martwimy. W takich snach najbardziej się boimy, że ktoś nas zbyt szybko obudzi i wszystko się skończy. Nie odwracamy nawet głowy od stosu pieniędzy leżącego przed nami, bo gdy z powrotem spojrzymy w jego stronę, może się on okazać jedynie płonącym ogniskiem lub kupką gnoju.
Jedną z pierwszych osób, która mogła spowodować niepożądane rozbudzenie śniących — bo przecież w tym śnie uczestniczyło również kilka innych postaci — był Henryk. Jako towarzysz życia ostatniego hrabiego mógł stać się koronnym świadkiem w sprawie o pochodzenie. Dlatego należało z nim jak najszybciej porozmawiać, aby nie sprawił przykrej niespodzianki. Zadania przekonania go do właściwej wersji wydarzeń podjął się Sielberkranz.
— Drogi Janie, niech Jan spocznie — powiedział do służącego, gdy ten znalazł się w jego gabinecie.
Był on sporo mniejszy od gabinetu jego przełożonego. Na półkach królowały w nim książki Dmowskiego, Cata-Mackiewicza i kilku pomniejszych ideologów ruchu narodowego. Panował w nim również wielki porządek — wszystko było równo, symetrycznie poukładane, a na biurku nie znajdowało się nic poza karafką z wodą.
— Na imię mam Henryk. — Służący nawet kiedyś się zastanawiał, czy jest sens poprawiać tych wszystkich, którzy się mylą.
Działo się tak od samego początku, gdy wrócił. Nikt z lokatorów ratusza nie mógł zapamiętać jego imienia. A przecież nie było ono szczególnie wyszukane. Zwykły „Henryk”, a nie jakiś Hilary czy Teodor. Imię „Jan” było zaś dla nich po prostu substytutem służącego. Niczym więcej. I może właśnie dlatego Henryk uparcie ich poprawiał. Bo choć czasem spełniał wobec nich drobne posługi, to nigdy nie chciałby naprawdę być ich służącym.
— A tak, zupełnie zapomniałem. — Gdyby ktoś kazał Sielberkranzowi powtórzyć w tej chwili imię Henryka, miałby z tym poważne kłopoty. Dlatego postanowił zwracać się do niego bezosobowo. — Nie wiem, czy dotarło do ciebie, że udało nam się odnaleźć potomka świętej pamięci hrabiego?
— Owszem, słyszałem, jak panowie zwracacie się do pana Leszka Białego per „panie hrabio”.
— No właśnie, gdyż to on jest owym potomkiem.
— Rozumiem. — Służący kiwnął potakująco głową.
— I nie dziwi cię to? — Sielberkranz był bardzo zdziwiony.
— Nie. Tylko on jeden spośród państwa, z uwagi na wiek i pochodzenie, mógłby być jego potomkiem. Poza tym świętej pamięci pan hrabia znał rzeczywiście matkę pana Białego, panią Helenę Białą.
— Naprawdę? — Sielberkranz wyraźnie się ucieszył. Coś go jednak zastanowiło. — To ona się już wtedy tak nazywała?
— Owszem. Skoro zaś nie zmieniła nazwiska, widocznie nigdy później nie wyszła za mąż.
— Czyli naprawdę jest możliwe, że pan Biały jest nieślubnym dzieckiem hrabiego Tarnawskiego? — dociekał wiceburmistrz.
— Nie da się tego kategorycznie zanegować. Pan hrabia rzeczywiście lubił płeć piękną. Jednak nie można wykluczyć, że pan sekretarz jest dzieckiem innego z kilkuset żołnierzy, którzy wyruszyli z naszego miasteczka na wojnę i nigdy nie powrócili. Bo z tego, co wiem, taki los spotkał ojca pana Leszka Białego.
— Ale wolałbym, żebyś w razie pytań mówił raczej o tej pierwszej ewentualności. Rozumiemy się? — Jako zwolennik rozwiązań siłowych Sielberkranz nie mógł się powstrzymać od małej groźby.
— Oczywiście. Ale jeśliby sobie panowie życzyli, mógłbym nawiązać kontakt z którymś z żyjących krewnych pana hrabiego o ustalonym ojcostwie.
— To oni żyją?! — spytał nieco przestraszony wiceburmistrz.
— Tak, choć to dalecy krewni. Ale niektórzy z nich noszą nawet nazwisko Tarnawski…
— Nie potrzeba nam tu więcej Tarnawskich. Ten jeden nam wystarczy! — stwierdził obcesowo endek i dodał z naciskiem: — Dlatego lepiej, żebyś się nie kontaktował z żadnym z nich. Nikt inny nie ma szansy odzyskać tego pałacu, a i ty możesz tu stracić swój pokój. Jasne?
— Będę to miał na uwadze. — Henryk skłonił się lekko. I choć nie dał po sobie nic poznać, to i tak pomyślał: „A nie wydaje ci się, gówniarzu, że gdybym powiedział co innego, to losy mojego pokoju zależałyby już nie od ciebie?”.
Ale takie słowa nigdy nie przeszłyby przez usta dystyngowanego służącego.
***
Przebieg wypadków w następnych dniach wywołał poważne zaniepokojenie wśród miejscowej lewicy. Dobry humor członków przegranego zarządu, którzy już zupełnie nie przejmowali się pełnionymi funkcjami, ale ciągle się bawili, głośno się śmiejąc, wydawał się zupełnie niezrozumiały. Przecież pić, owszem, mogli, ale jak na stypie, a nie jak na weselu. A tymczasem zachowywali się, jakby rozum stracili.
