Historie z ojczyzny - Ayfer Tunç - ebook

Historie z ojczyzny ebook

Ayfer Tunç

4,2

Opis

Ayfer Tunç w swojej książce poszukuje odpowiedzi na pytania: Czym jest ojczyzna? Co jest istotą narodu? Czy wspólne pochodzenie łączy, czy raczej dzieli – i czym właściwie jest owo wspólne pochodzenie? Autorka stara się stworzyć portret socjologiczny społeczeństwa tureckiego w całej jego różnorodności. Poprzez historie zwykłych ludzi ukazuje jego mentalność, zalety i wady, nie waha się przy tym poruszać tematów wstydliwych czy niewygodnych. Nie ukrywa niechlubnych wydarzeń. Nie ocenia, nie krytykuje i nie chwali, pozostawiając czytelnikowi miejsce na własne przemyślenia.

Pod względem formalnym Historie z ojczyzny stanowią nawiązanie do opowiadań znanego tureckiego pisarza Refika Halita Karaya, wydanych w 1919 roku pod tym samym tytułem. Wyważony – ale nigdy chłodny – styl autorki, pełen wymownych niedomówień i zaskakujących obrazów, sprawia jednak, że książkę tę możemy czytać nie tylko jako dialog z dawniejszymi czasami, ale też jako przejmujące świadectwo teraźniejszości.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Ayfer Tunç (ur. 1964 w Adapazarı)

Turecka pisarka, dziennikarka, scenarzystka. Studiowała nauki polityczne na Uniwersytecie Stambulskim, następnie pracowała w kilku tureckich gazetach i czasopismach kulturalnych. W latach 1999 – 2004 pełniła funkcję redaktor naczelnej w wydawnictwie Yapı Kredi. Jest autorką powieści, opowiadań, esejów, scenariuszy filmowych i telewizyjnych. Za swoją powieść Bir Mâniniz Yoksa Annemler Size Gelecek (Jeśli nie macie nic przeciwko, moi rodzice was odwiedzą) otrzymała w 2003 roku Nagrodę Balkanika. W tym samym roku do jej scenariusza opartego na opowiadaniach Saita Faika powstał miniserial Havada Bulut (Chmura na niebie, reż. Tarık Alpagut), emitowany przez turecką telewizję TRT. Twórczość Ayfer Tunç była tłumaczona m.in. na angielski, włoski, francuski, arabski, węgierski, szwedzki, macedoński, słoweński, chiński i polski.

Fot. Jerzy Słomka

Agnieszka Erdoğan

Tłumaczka, lektorka języka tureckiego na Uniwersytecie Warszawskim, pasjonatka Turcji i kultury tureckiej. Ukończyła turkologię na Uniwersytecie Warszawskim oraz turystykę i rekreację na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Przez wiele lat współpracowała z Instytutem Yunus Emre – Centrum Kultury Tureckiej. W roku 2019 była członkinią jury w konkursie na najlepszy przekład w ramach 15. Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. Przetłumaczyła m.in. cykl Wspaniałe stulecie D. Altınyeleklioğlu (na którego podstawie powstał serial telewizyjny pod tym samym tytułem), powieści Matka sułtanów R. E. Koçu (razem z D. Haftką-Işık i P. Bezą) i Sny N. Yıldırım, a także eseje C. İlhan i opowiadanie A. Tunç Przez historie z kobietami

Eseje o ojczyźnie

Wielkie czarne plamy

Przeszłość jest wymysłem zmieniającym swój kształt, ilekroć o niej opowiadamy. Przypomina grę w głuchy telefon. Czas, który minął, który już się przeżyło, w każdym przekazie coś traci, coś się w nim zmienia, aż w końcu przekształca się on w historię, której sedna nikt dokładnie nie pamięta. Dlatego prawda ubrana w słowa zawsze jest nieprecyzyjna.

Nawet jeśli jesteśmy szczerze przekonani, że to, co mówimy, jest prawdą, splątane ze sobą synapsy naszej pamięci wprowadzają nas w błąd w kwestii tego, co istotne i nieistotne w zakresie czasu, tematu, szczegółów. Nawet jeśli należymy do tych nieszczęśników, którzy nigdy nie zapominają, nie możemy, nie powinniśmy całkowicie wierzyć temu, co utrwaliło się w naszej pamięci.

Choćby prawda nie została całkowicie zachowana, zapis przynajmniej podstawowych elementów obiektywnej prawdy, utrwalenie czasu i faktów ułatwia nam dotarcie do wyobrażenia najbliższego prawdzie.

Nie jesteśmy społeczeństwem dbającym o to, żeby zachowywać i chronić osobiste czy ogólne rejestry.

Niewiele mamy – tyle co nic – drzew genealogicznych, a te, które istnieją, należą do rodzin mniej lub bardziej „obeznanych z Zachodem” lub ciekawych swojego rodu.

Drzewa te składają się ze zdawkowych zdań, mówiących o tym, że nasze praprababki urodziły się zimą, kiedy zamarzło źródło, podczas wojny rosyjsko-tureckiej czy w czasie zbiorów czereśni. Najtrwalszy zapis to imię i data, zanotowane przez mołłę na tylnej stronie Koranu powieszonego na ścianie w domu ojca.

Zastanawiam się, co się stało z tymi księgami, w których utrwalono, lub nie, imiona narodzonych dzieci. Pewnie te przechowywane od pokoleń Korany, należące do przodków religijnego społeczeństwa, które bez ablucji nie wyciągnie ręki po świętą księgę, wypełniają Bibliotekę Aleksandryjską.

My lubimy przekaz ustny, fałszywą, zmieniającą oblicze prawdę. Ilekroć ją odtwarzamy, wymazujemy szczegóły mogące zakłócić ostateczny obraz, w którego prawdziwość chcemy wierzyć.

Podchodzimy z dystansem do tekstu, szczególnie tekstu powielanego.

Jeśli trzeba od nowa napisać historię, zmienimy alfabet, by zapomnieć o jakimś wydarzeniu z przeszłości, które swojego czasu zostało utrwalone na papierze.

To, co pozostało nam po Imperium Osmańskim, w którym rejestrowano nawet kilogram czarnego pieprzu dostarczanego do pałacu, w czasach republiki zostało zamknięte – z obietnicą przeczytania – w przepastnych archiwach i zmieniło się w dużej mierze w zniekształconą, bezładną mieszaninę informacji.

Nawet powielanym tekstom nadaliśmy nową formę, dodając do nich tendencyjne przypisy, wstępy, epilogi. Kiedy mowa o dokumencie, w pierwszej kolejności przychodzi nam do głowy dokument urzędowy, a jego urzędowy charakter wystarczy, żeby był on uznany za nudny i nie nadający się do czytania.

To nasze rozczarowania lub pragnienia związane z przeszłością kształtują nasze uczucia wobec niej. Pragnienia przekształcają się w wyobrażenia, wyobrażenia w fakty, aż w końcu sami zaczynamy wierzyć w historię, którą napisaliśmy.

Wielu starszych ludzi ma za sobą jakiś – według nich bez wątpienia prawdziwy – szczęśliwy okres, ale niekiedy również dramat, któremu w swoich opowieściach nadają możliwie największy ciężar, choć przecież przetrwali go, aż tak bardzo nie cierpiąc.

W każdej rodzinie istnieje postać dziadka, który „roztrwonił” ogromną fortunę albo przez swoją „uczciwość” przegapił okazje, które zapewniłyby wnukom dostatnie życie.

Nasze relacje z czasem budujemy patrząc w przeszłość, a nie w przyszłość.

Jesteśmy tym, czym jest nasz kraj.

Nie rozwinęła się w nas umiejętność odczytywania fotografii. Listom czy zdjęciom nadajemy raczej wartość sentymentalną, romantyczną, a nie dokumentalną. Narzeczeni po rozstaniu wycinają z fotografii swoje twarze, palą listy.

Dla nas to, co stare, jest zakurzone, brudne, zużyte. Gdyby stare było pożądane, pchle targi oświetlałby boski blask. Nie czujemy potrzeby szanowania wspomnień kryjących się w przedmiotach, przechowujemy je w pamięci i to nam wystarcza. Dlatego lubimy nowe domy, nowe rzeczy, nowe dzielnice, nowe miasta.

Niemal w każdym naszym mieście znajduje się dzielnica o nazwie Yenimahalle, osiedle Yenişehir[1].

Zniszczenie napawa nas ekscytacją. Hucznie je świętujemy. Nie wahamy się niszczyć tego, co jest pełne historii, w imię nieprzemyślanej, niezaplanowanej przyszłości.

Sądzimy, że niszcząc przedmioty i dokumenty należące do przeszłości, zniszczymy prawdę.

Żyjemy, jakby historia i spuścizna świata nie były naszym udziałem. Na przykład gdy w wyniku trzęsienia ziemi spod obsypanych stiuków zabytkowych meczetów wyłonią się bezcenne ikony, które mogłyby napisać historię od nowa, nie mamy nic przeciwko pokryciu ich tanim tynkiem.

To, w czym jesteśmy najlepsi, to zachowywanie się tak, jakby prócz nas nie było na świecie innych państw, jakby prawdy, których nie widzieliśmy, nie istniały. Godna podziwu jest łatwość, z jaką potrafimy oszukiwać samych siebie. Szkoda, że naszym oficjalnym symbolem narodowym nie jest struś.

W tym kraju nikt nie odwiedza przed śmiercią domu, w którym się urodził; szczęściarzem jest ten, który potrafi znaleźć dzielnicę.

Groby naszych przodków z czwartego pokolenia wstecz albo nie istnieją, albo zostały przeniesione w inne miejsce, albo uległy zniszczeniu z różnych przyczyn, takich jak katastrofy naturalne czy powstawanie nowych osiedli. Zresztą większość naszych przodków z czwartego pokolenia wstecz urodziła się poza granicami ustanowionymi przez Pakt Narodowy[2].

Ziemię, w której pogrzebaliśmy nasze grzechy, z której kamieni skuliśmy nawet wyryte na nich nasze prawdziwe imiona, czcimy jako ziemię, na której polegli nasi bohaterowie.

W encyklopediach historia kultury miast tego kraju składa się ze stereotypów zawartych w kilku wersach, a opisy historii politycznej każdego z ośrodków miejskich niewiele się między sobą różnią. Przypominają opisy wojen w podręcznikach – wystarczy zapamiętać jeden z nich.

Nawet w tych spośród naszych miast, które nie znajdowały się pod okupacją, obchodzi się dzień wyzwolenia spod sił wroga.

To, co rozumiemy z historii danego miasta, to proces turkizacji.

Gdy w ogólnych źródłach wymienia się, do jakich cywilizacji należało miasto, poświęca się krótki akapit oficjalnej historii, której nie byliśmy w stanie się wyprzeć, o tym zaś, czego się wyparliśmy, nie ma najmniejszej wzmianki.

Pochodzenie nazwy miasta wyjaśnia się najbardziej chwiejnymi i panturkijskimi teoriami, w których nie sposób trafić na ślad informacji o jej zmianach.

Opisując historię miasta, nie poświęca się miejsca datom buntów i rebelii.

Tym, którzy chcą dowiedzieć się czegoś o niechlubnych okresach oczyszczania miast z mniejszości etnicznych lub „elementów niemuzułmańskich”, o cierpieniach i mordowaniu urodzonych na tych ziemiach, pozostaje jedyna, wyboista i niepewna droga – zostać historykiem.

Chcemy uciszyć nawet niemy głos kamieni i gór.

Na wzgórzach ojczyzny o sfałszowanej historii układamy z pomalowanych na biało kamieni napisy: „Wszystko dla ojczyzny”.

Gdy w życiu politycznym słyszymy zdanie: „Niech zostaną otwarte archiwa”, naszą pierwszą instynktowną reakcją jest uświadomienie sobie, że w jakichś chronionych miejscach znajdują się zbiory dokumentów, o których istnieniu nie przekonamy się, jeżeli nie zostaną ujawnione. Traktowanie politycznych kartotek jak puszki Pandory, wielokrotne powtarzanie próśb o ich otwarcie oraz tłumaczenie, że jeśli nasi przodkowie dokonywali krwawych mordów i mają na sumieniu wiele innych grzechów, na pewno kierowali się słusznymi pobudkami, są wyryte głęboko w naszej podświadomości, wraz z przeświadczeniem, że „archiwa z natury rzeczy są zamknięte”.

„Wewnętrzni i zewnętrzni wrogowie”, których istnienie przez wieki było nam wpajane, sprawiają, że tajemnica państwowa jest dla nas czymś zupełnie zwyczajnym.

Kiedy mówimy o przezroczystości, myślimy o szkle, kiedy mówimy o demokracji, myślimy, że „udział w wyborach to obywatelski obowiązek”.

Po każdej transformacji społecznej piszemy od nowa historię polityczną, po każdym osobistym ataku – naszą przeszłość.

U nas niemal każde pokolenie wymyśla chwalebną historię, przeszłość pełną sukcesów lub tragicznych wydarzeń, w zależności od indywidualnych upodobań – a robi to po to, żeby pozostawić ją następnemu pokoleniu.

Najbardziej bolesnym aspektem naszego kryzysu szczerości jest sfalsyfikowana przeszłość.

Nasz społeczny charakter cechują brak pamięci i obłuda.

Nasza młodość stała się zakazana, nasza młodzież stracona, nasza przyszłość zaprzepaszczona.

Chociaż przeszłość nie jest głównym tematem tej książki, istnieje powód, dla którego wymieniłam te nasze skłonności, w różny sposób formułowane w rozmaitych tekstach. Najwyraźniej, podobnie jak wszyscy urodzeni na tych ziemiach, ja też noszę w sobie mniejszą lub większą liczbę naszych wadliwych genów, ponieważ nie mam pojęcia, które z opowiedzianych przeze mnie historii gdzieś usłyszałam, które sama przeżyłam, a które – nawet nieświadomie – wymyśliłam.

Może przywłaszczyłam sobie cudze wspomnienia.

Może pozszywałam fragmenty prawd pozostałe w mojej pamięci i dorobiłam do nich ciąg dalszy. Albo przeżycia, o których sądziłam, że są moimi własnymi, tak naprawdę wzięłam z książek wypełniających moje dzieciństwo: po prostu tak głęboko przyswoiłam sobie te piękne opowieści, że uznałam je za zdarzenia ze swojej przeszłości.

Dlatego moje wspomnienia przypominają układankę, która nigdy nie zostanie ukończona – brakuje w niej wielu elementów. Gdy próbuję je odtworzyć, puste miejsca przypominają czarne plamy, ukazujące się przed oczami, kiedy długo patrzy się w światło, i pochłaniające barwy otoczenia.

Ale te wielkie czarne plamy są ważne. Świata narracji nie buduje się na kolorowych obrazach, ledwo dostrzegalnych pośród plam. Znaczenie dopełnia się dzięki wielkim czarnym plamom. Znaczenie i prawda mogły zostać pochłonięte przez te czarne plamy. Żeby zrozumieć, muszę dotknąć pustych miejsc, poczuć je, opowiedzieć prawdę, której nie mogę być pewna. Nawet jeśli wolę, żeby to, co opowiadam, czytano jak historie, nie wymyślam tego w całości. Po prostu wypełniam fabułą czarne plamy i w ten sposób – nawet jeśli nieudolnie – tworzę narrację, w zamierzeniu spójną.

Z drugiej strony, wciąż nie wierzę w jednorodność czasu. Dlatego niekiedy pożyczam wyimaginowanemu narratorowi „czas teraźniejszy”.

[1]yeni (tur.) – nowy; Yenimahalle – Nowa Dzielnica; Yenişehir – Nowe Miasto (przyp. tłum.).

[2] Pakt Narodowy (tur. Misak-ı Millî) – dokument sporządzony na zorganizowanym przez Mustafę Kemala Atatürka kongresie w Sivas w 1919 roku, zawierający plany przyszłego kształtu Turcji (przyp. tłum.).

Taşra[3]: z języka Odetty na turecki

Na to, że niektóre słowa wnikają w znajdującą się w naszej świadomości strukturę nazywaną językiem, mają wpływ historie, które te słowa ze sobą niosą. Słodycz lub gorycz historii, czasem jej osobliwość, niedorzeczność, a nawet niepojętość składają się na ogólnie przyjęte znaczenie danego wyrazu. Dopóki słowo nie znajdzie właściwego miejsca w używanym przez nas języku, wprowadza nas w mniejszą lub większą konfuzję, sprawia, że analizujemy historie, które ze sobą niesie, i na nowo je poznajemy, coraz lepiej rozumiejąc.

Lubię słowa, które przychodzą do mnie ze swoimi historiami.

Z drugiej strony lubię też korzystać z pojęć z zakresu świadomości i nieświadomości, niezależnie od tego, że nowocześni psychologowie uważają je czasem za niemodne i nazbyt literackie. Przypuszczam, że dlatego, iż jestem pisarką, a nie psycholożką, lubię także figle, które – jak sądzę – płata nam pamięć i umysł w pewnym nasyconym mrokiem obszarze, nie tak jasnym jak świadomość i nie tak mrocznym jak nieświadomość. Sądzę, że obszar ten jest tajemniczym łożem, w którym rodzi się literatura. Spada tutaj jakaś część życia, jakiś czas lub zdarzenie, osoba, pojęcie, krótko mówiąc – to „coś”. W miejscu, gdzie spadło, rozdziela się na części i, łącząc się z fragmentami innych rzeczy, otwiera drogę do powstania fabuły. Później zaś, zmieniając się w literaturę, przenosi się do świadomości lub przepada. Czasami też twardnieje tam i usycha jako nasienie niemożliwej do napisania historii.

Słowo taşra przyszło do mnie ze swoją historią.

Chociaż taşra to słowo tureckie, mam wrażenie, jakby przyszło z jakiegoś języka obcego; przyniosło ze sobą wstręt do niższej warstwy i poczucie wyższości stambulczyka, którego język jest bardzo francuski i któremu cień kapelusza pada na oczy. To słowo, które kryje też w sobie pewną dozę głupoty. Przez całe dzieciństwo starałam się zaakceptować, że taşra to rdzennie turecki wyraz i że jego znaczenie nie jest tak kanciaste i ostre jak w mojej świadomości, że to jedno z pojęć, które pomaga nam zrozumieć znacznie szerszy obszar.

Jako dziecko zobaczyłam pewną książkę. Była to sztuka teatralna Dziewczyna z prowincji. Nie wiem, czy widziałam tę książkę w księgarni, czy w czyjejś biblioteczce; nie wiem nawet, czy ją czytałam, czy tylko przekartkowałam. Na okładce znajdował się ręcznie malowany wizerunek szczupłej i eleganckiej młodej kobiety, podobnej do kobiet z tych wspaniałych plakatów İhapa Hulusiego, przywodzący na myśl jego grafiki. Imię autorki zapisało się w mojej pamięci jako „Odette”.

Tym sposobem Dziewczyna z prowincji – w tym mrocznym obszarze, o którym wspominałam – była dla mnie tekstem sztuki napisanej przez Francuzkę imieniem Odette i wystawionej na scenie przez Teatr Kenter, sztuki o dziewczynie z prowincji, przybyłej do wielkiego miasta i uważanej za głupią; dziewczyna ta stała się przedmiotem drwin, ale wkrótce dokonała słodkiej zemsty, dzięki czemu udało jej się osiągnąć status miastowej – albo coś podobnego. Znaczenie słowa „prowincjonalna” zlało się z tą historią.

Ale muszę przyznać jedno: nawet to, co powiedziałam, jest grą mojego umysłu, który lubi tę historię. Zapewne bardzo dużo rzeczy źle zapamiętałam, niekompletne fragmenty chwil przeniosłam w inny czas lub w inne miejsce, pozmieniałam osoby, wspomnienia ozdobiłam odpowiednimi, bardziej wzruszającymi szczegółami, żeby nabrały więcej dramatyzmu.

Poszukując w sobie źródeł historii tego słowa, zauważyłam, że tak naprawdę mój umysł napisał całkiem inną historię.

Po pierwsze autorką Dziewczyny z prowincji nie była żadna Odette, ale Clifford Odets. Mężczyzna, a nie kobieta. Amerykanin, a nie Francuzka. Sztukę wystawił nie Teatr Kenter, ale założony przez Cahide Sonku i Cahita Irgata Teatr Cahitler, na Małej Scenie w sezonie 1961 – 1962, jeszcze przed moim urodzeniem.

Nie wiem, dlaczego Teatr Kenter pojawił się w tej historii, ale w tym samym sezonie wystawili sztukę pod tytułem Głupia dziewczyna; musiałam chyba o tym usłyszeć, dowiedzieć się, pewnie to sprawiło, że w znaczeniu słów „prowincja” i „prowincjonalna” znalazł się też jakiś element głupoty.

Dziewczyna z prowincji to także amerykański film z Grace Kelly, turecki film, w którym główną rolę zagrała Hülya Koçyiğit, oraz powieść napisana przez Alberta Moravię. Ale historia Dziewczyny z prowincji w mojej świadomości nie ma z nimi nawet najmniejszego związku. Najwyraźniej, kiedy mój umysł tworzył historię tego wyrazu, nie wiedział ani o tych filmach, ani o powieści Moravii. Mogłam też obejrzeć filmy, ale mi się nie spodobały, a uważając historię, którą opowiedziałam, za ładniejszą, wymazałam oryginał.

Później dorosłam. Zaczęłam czytać książki, oglądać filmy. Pasjonująca mnie turecka literatura i kino tureckie, którego byłam beznamiętnym widzem, wpłynęły na zapisane w moim umyśle znaczenie słowa „prowincja”, dla mnie należącego do języka Odetty i zawierającego w sobie wyniosłość. Wraz z kolejnymi książkami słowa „prowincja” i „wieś” zaczęły się ze sobą łączyć. Ten wyraz przestał należeć do języka Odetty, stał się swojski.

U miejskich pisarzy tureckich okresu republiki, takich jak Reşat Nuri, Refik Halit, Yakup Kadri, prowincja nie była krainą szczęśliwości. Ale pod żadnym pozorem nie była też miejscem zasługującym na to, żeby je lekceważyć czy deprecjonować. W swoich powieściach pisarze ci akcentowali wzbudzające sympatię, romantyczne cechy wsi. W konflikcie mieszkańca wsi z miastowym historia zwykle rozgrywała się na korzyść tego pierwszego, w rezultacie mieszkaniec wsi godził się z miastem i jego przedstawicielem.

Twórcy ci, zapewniając kulturowe źródła dla projektu republiki, pisali książki wysławiające miasto i współczesną cywilizację, kładące nacisk na zachodni styl życia, ale jednocześnie pozostawali wierni pewnej tureckiej postawie moralnej. Moim zdaniem podejmowali szczere starania, żeby wyjaśnić kwestię, którą mogłabym nazwać konfliktem między miastem a wsią. Ale banalne, wyświechtane formuły, którymi się posługiwali, prezentując ten odwieczny problem, sprawiły, że ich dzieła nie zyskały dostatecznej głębi. Żeby przekonać społeczeństwo – od zawsze konserwatywne, nawet jeśli próbuje się je wyglansować zachodnim stylem życia i obietnicą rozwoju – oparli się na stereotypie ukutym jeszcze w czasach tanzymatu, nawołującym, by „czerpać z Zachodu nie upadłą moralność, ale naukę i technologię”. Uważam jednak, że nasi literaci nie głowili się zbytnio nad tym, jak ta formuła ma zadziałać i jak można wziąć z Zachodu tylko wiedzę i technologię, po czym odejść[4].

Oczywiście wyjątki się zdarzały. Na przykład Sabahattin Ali, pisząc o wsi, skupiał się na czymś zupełnie innym. W swoich nowelach opowiadał raczej o kwestii klasowości niż o konflikcie miasto – prowincja, o piekle prowincji zawierającym się w pojęciu „wieś” i o tym, co tureckie społeczeństwo wie o „słodkiej moralności”.

Yakup Kadri w powieści Obcy podjął pionierską próbę gruntownego opisania tego problemu. W ostatniej części swojego późniejszego utworu Ankara, który mogłabym określić mianem fantastyczno-futurystycznego, dosłownie zaprzeczył istnieniu prowincji. Wraz z wieśniakiem, który po grze w tenisa przyszedł do kawiarni posłuchać płynących z radia doniesień z giełdy pszenicy, prowincja zniknęła nie tylko w Anatolii, ale we wszystkich miejscach na świecie. (Nie należy lekceważyć słowa „obcy”).

Po raz pierwszy poczułam głębię znaczenia słowa „prowincja” jako środka do zrozumienia społeczeństwa dzięki noweli Rezygnacja Ahmeta Hamdiego Tanpınara. W tekstach Tanpınara Anatolia jest prowincją Stambułu, Stambuł zaś – prowincją Europy. Tanpınar, dla mnie będący nie tylko literatem, ale także teoretykiem cywilizacji i opowiadaczem miast, oprócz wielu innych kwestii rozważał również to, czy stworzymy własną prowincję, stanowiącą część cywilizacji, oraz czy jesteśmy w stanie dokonać tego z poszanowaniem naszych rodzimych źródeł kulturowych. Szukał w literaturze możliwości połączenia naszego kulturowego istnienia z punktami wspólnymi relacji centrum – prowincja, istniejącej między nami a światem (por. Pięć miast).

Dzięki Rezygnacji, której tytuł jest już wystarczająco sugestywny, prowincja będąca raczej przytłaczającym stanem ducha niż terenem, prowincja sprawiająca, że człowiek zamyka się w sobie, staje się uległy, potulny i stopniowo znika – a więc ta prowincja zmieniła się w pojęcie nie tylko znane z książek, ale takie, które czułam gdzieś w sobie. Ta nowela Tanpınara ustawiła znaczenie prowincji na właściwym miejscu w moim umyśle.

Z drugiej strony, w Turcji było też kino. Przez kino tureckie i takie filmy jak Kezban w Rzymie i Kezban w Paryżu to, co literatura subtelnym, przychylnym dotykiem starała się pogłębić, zmieniało się w coś grubiańskiego, pospolitego. Prowincjonalizm stał się wyzwaniem, miarą, serią śmiesznych historii. Przez takie i podobne filmy na krajowej scenie spopularyzowało się pojęcie „bycia z prowincji”, skonkretyzowane w żeńskim imieniu „Kezban”[5].

Seria o Kezban składa się z tytułów, pod którymi sformułowane zostało marzenie podbicia aroganckiego Stambułu, a nawet znalezienia sobie miejsca w kulturalnych centrach Europy, a dosłowne i kognitywne podróże bohaterki nie tylko potwierdzały powszechne, deprecjonujące znaczenie prowincji, ale odcisnęły je głęboko w świadomości społeczeństwa.

Tymczasem kiedy przyjechałam do Stambułu do liceum, nie myśląc o tym, żeby nazywać się dziewczyną z prowincji, lub nawet nie zdając sobie sprawy, że nią jestem, zauważyłam, że wszyscy uważają pochodzących z terenów położonych bardziej na wschód od tych, z których sami przybyli, za przedstawicieli Orientu, a każdy przybysz z prowincji uważa za przedstawiciela prowincji każdego, kto przybył z terenów położonych jeszcze dalej. Odwrotnie niż sądziłam, w internacie liceum, w którym się uczyłam, stambulczyków wcale nie było mało i prawie wszyscy należeli do „małej burżuazji”. Według nich, im dalej od Stambułu znajduje się miejsce twojego pochodzenia, tym bardziej jesteś prowincjonalny. Fakt, że między Adapazarı a Stambułem jest sto pięćdziesiąt kilometrów, wystarczył, żeby mnie uratować.

Chociaż w temacie prowincjonalizmu najbardziej dyskusyjna była Ankara, została ona wyłączona z tej kwestii. Było nie było, dzieci wychowane przez pokolenie republiki miały pełen szacunek do stolicy. Żeby debatować nad tym, czy Ankara jest prowincją, należało ukończyć liceum, wejść w środowisko intelektualistów i przysłuchiwać się dyskusjom. Dzięki temu, że była stolicą i posiadała liczną warstwę wybitnych intelektualistów, była miastem, które w tamtych latach najbardziej wstrząsnęło ogólnie przyjętym znaczeniem pojęcia „prowincja”.

İzmirczycy też się wywinęli. Zarówno ich styl życia, przez który miasto zyskało miano „İzmiru giaurów”, jak i kultura miasta, na tyle silna, że mogła stawić czoła Stambułowi, oraz osobowości, które nie bały się takiej kategoryzacji, sprawiły, że oni też nie podlegali określeniu „prowincja” albo w ogóle ich to nie obchodziło.

Chociaż między ludźmi, którzy liznęli trochę edukacji, prowincjonalizm nie był kwestią mogącą mieć swój wkład w „portret artysty z czasów młodości”. Łatwo to było przeskoczyć. Jeśli umiałeś poprawnie mówić po turecku, wiedziałeś mniej więcej, jak się zachować, szybko znikały małe przewinienia mogące zdradzić, że pochodzisz z prowincji – stawałeś się rodzonym dzieckiem Stambułu. Poza tym dobrze sytuowane rodziny w dużych, znaczących miastach miały własną kulturę miejską, poglądy i przekonania niedające się zdławić przez centrum.

Zresztą wyrafinowana kultura stambulska od zawsze cechowała tylko niewielką część tureckiego społeczeństwa. W naszym liceum i w Stambule już dawno minęły czasy jadania srebrnymi sztućcami przy stołach nakrytych białymi obrusami, ponieważ od lat siedemdziesiątych nieliczne jednostki, określające się mianem stambulczyków, nie były w stanie przekonać otoczenia do kultywowania podobnych zachowań; jeśli zaś się upierały, w najlepszym wypadku napotykały pobłażliwe spojrzenia i stawały się przedmiotem drwin. W czasach, w których doszło do tego, że w Izbie Deputowanych co trzecia osoba była niemuzułmaninem, znalezienie w Stambule prawdziwego stambulczyka stało się rzadkością. Dorosło drugie albo nawet trzecie pokolenie rodzin, które w latach pięćdziesiątych zaczęły migrować do Stambułu. Pokolenie to całkowicie wniknęło w życie miasta i tym sposobem Stambuł stał się olbrzymią prowincją, a jego poszczególne dzielnice były dokładnym odzwierciedleniem wszystkich prowincji Anatolii. Dlatego pejoratywny odcień znaczenia słowa „prowincja” znikł samoczynnie.

Właściwie kwestia „bycia stambulczykiem” nadal nie uległa w Stambule zmianie. „Skąd jesteś?”, pyta taksówkarz. Jeśli odpowiesz, że ze Stambułu, zapyta, skąd są twoi rodzice. Nie uwierzy, że jesteś stambulczykiem; na pewno masz jakieś korzenie, prawdziwe miejsce pochodzenia. Dla mnie Stambuł, oprócz tego, że jest magicznym miastem, nosi w sobie wszystkie negatywne cechy metropolii. Nie jest „ojczyzną” nawet dla tych, którzy urodzili się i dorastali w Stambule – jest czymś innym.

Ale istnieje jeszcze jeden powód, dla którego prowincja wydaje mi się tak odległa i dla którego przez całe dzieciństwo pojęcie to brzmiało dla mnie tak, jakby pochodziło z jakiegoś obcego języka: na prowincji nikt nie nazywa siebie prowincjuszem. Mieszkańcy prowincji nie myślą o sobie, że są z prowincji, a znaczenie, jakie nadano słowu „prowincjusz” w centrum kraju, zawierało w sobie pojęcie „wieśniak” (co też się zmieniło).

Obecnie słowem szybko rozprzestrzeniającym się między ludźmi uważającymi się za mieszkańców miast jest varoş – wyraz określający zarówno zjawisko, jak i pewien typ osób. Wskazuje ono na styl życia daleki od wyrafinowania i estetyki – styl charakteryzujący się brakiem manier i prostactwem. Kiedy zestawić słowa varoş i taşra, to drugie wydaje mi się niewinne. Dziś użycie wobec kogoś słowa varoş jest subtelnym, eleganckim sposobem, żeby go obrazić.

[3]taşra (tur.) – prowincja (przyp. tłum.).

[4] Przy okazji chciałabym dać radosny przykład na to, że ten stereotyp istnieje do dziś. Pochodzi on ze strony internetowej o nazwie Zaytung, gdzie znajdują się, jak sądzę, najzmyślniejsze, mistrzowskie próbki tureckiej satyry. Na stronie Zaytung w formie wiadomości przedstawiono następujący tekst: „Młodzież, która przyswoiła nieprzyzwoitość z Zachodu, wróciła do ojczyzny. […] Wczoraj w godzinach wieczornych wróciła do ojczyzny młodzież wysłana przez YÖK [Radę Szkolnictwa Wyższego – przyp. tłum.] do różnych miast Europy i Ameryki, żeby przyswoić tam sobie nieprzyzwoitość Zachodu. […] Młodzi akademicy wysłani na Zachód w ramach programu Kulturowej Wymiany Studentów w krótkim czasie po wyjeździe, nie mogąc znieść moralnego zepsucia i degeneracji panujących w tych państwach, schronili się w konsulatach tureckich w miastach, w których się znaleźli. […] Pełne nieprzyzwoitości walizki przywiezione przez młodych ludzi, którzy po wylądowaniu na lotnisku przez jakiś czas przebywali na kwarantannie, zostały przez specjalne oddziały edukacyjne umieszczone w zbiornikach z ciekłym azotem i przewiezione do oddziału TÜBİTAK [Rada Badań Naukowych i Technologicznych – przyp. tłum.] w Gebze. […] Przedstawiciele TÜBİTAK zapewniali, że do leczenia naszej młodzieży zostały zmobilizowane wszystkie jednostki państwowe, poinformowali też, że akademicy zostaną umieszczeni w dysponującej najnowszymi technologiami nowoczesnej klinice, gdzie w pierwszej kolejności zostaną poddani miesięcznemu intensywnemu kursowi tureckiej moralności” (przyp. aut.).

[5] Możemy powiedzieć, że zaczęto o tym zapominać, ale we współczesnym języku tureckim „Kezban” wciąż oznacza kobietę z prowincji, która nie potrafi dostosować się do życia w mieście i która może być przedmiotem drwin z powodu braku dobrych manier i subtelności. Definicja w słowniku Ekşi Sözlük, który w pewnym sensie możemy uznać za jedno z narzędzi obrony przed bezpamięciowością młodego pokolenia, brzmi następująco: „Imię, które dzięki Yeşilçam (!) [tak nazywane jest tureckie kino narodowe – przyp. tłum.] kojarzy się bezpośrednio z motywem wieśniaczki. Tymczasem nie odstaje wdziękiem od Zehry, Mine, Buse czy Aslı (to znaczy jest ładne)” (przyp. aut.).

Ojczyzna: gdzie jesteś?

„Słowo «ojczyzna» kojarzy się z ciepłem, swobodą, skromnością; słowo, które nie przysłużyło się zbytnio fanatyzmowi i demagogii nacjonalizmu, obrzydzającym ludziom ich kraj”, napisano we wstępie książki Patrzeć na prowincję[6].

Po przeczytaniu dalszego ciągu tego akapitu, traktującego o tym, że słowo „ojczyzna” lokuje się między skrajnym natywizmem a nacjonalizmem oraz akcentuje zawartą w sobie uczuciowość, zgadzam się z tym osądem. Słowo „ojczyzna” mnie też wydaje się niewinne i sympatyczne.

Mimo wszystko słowo to nie jest głęboko zakorzenione w moim sercu. Jednak przebywając za granicą, to znaczy na Zachodzie (!), człowiek się uwrażliwia. Na twarzach nawet najbardziej powściągliwych wśród budowniczych cywilizacji, działających po stronie, w którą patrzyliśmy podczas naszej przygody z republiką, niedostrzegalnie napina się jakiś mięsień, przez chwilę drga rzęsa, kiedy ktoś ze Wschodu nawiązuje z nami kontakt; właśnie w takiej chwili odzywa się moja wrażliwość, mam ochotę z czułością wypowiadać zdania zaczynające się od słów: „W naszej ojczyźnie…”.

Najwyraźniej prawdziwym odzwierciedleniem ojczyzny jest dla mnie cały kraj. Kocham – choć nie do przesady – ojczyznę w znaczeniu kraju, państwa.

Jednocześnie z upływem lat staram się kochać swoją małą ojczyznę, ale nie miłością płynącą z serca, lecz miłością wyuczoną, oznaczającą przywiązanie do konkretnego miasta. Budzi się we mnie wiara – choć nie w pełni ukształtowana – że jesteśmy to winni miastom, w których się urodziliśmy. Ale wiem, że w moim wypadku to sztuczny patriotyzm. Na przykład chwalę się, że pochodzę z tej samej ojczyzny co Sait Faik, chociaż uważam, że to całkowicie niedorzeczne. Jakie znaczenie może mieć fakt, że urodziliśmy się w jednym mieście? Co więcej, jeśli spojrzeć na jego teksty, Sait Faik nigdy nie czuł się związany z żadnym miastem, żadną ojczyzną, chociaż jego rodzina zapisała się w historii miasta i jest obecna w jego teraźniejszości. Nie obchodziło go, pod jakim adresem mieszkał. Jego ojczyzną były serca zwykłych ludzi. Z pewnością ogromnie by się zdziwił, gdyby zobaczył, jak bardzo przywłaszczyło go sobie Adapazarı, zupełnie jak Kastamonu przywłaszczyło sobie Oğuza Ataya. Ale miasta-ojczyzny powinny to robić, powinny przytulić do piersi swoich drogich synów – i tak już za długo czekały.

– Aaa, jesteście z Adapazarı? Skąd dokładnie?

– Stamtąd. A wy?

Zupełnie jakby nazwa miejsca, którą wymieni, mogła mi cokolwiek powiedzieć. Tak dawno nie byłam w mieście, w którym się urodziłam, że stało się ono dla mnie „pewnym miastem gdzieś daleko”. Czasem zadaję sobie pytanie, dlaczego ojczysty akcent, typowy dla miast, w których się urodziliśmy, nie robi na mnie większego wrażenia.

Być może z jakiegoś powodu pałam do Stambułu gorącą miłością. Czasami wydaje mi się, że mogłabym żyć bez Turcji, ale nie przeżyłabym bez Stambułu. Uwielbiam jego wielką energię pochodzącą z wzajemnego przenikania się duchowych i materialnych wpływów, począwszy od Bizancjum, przez Imperium Osmańskie, aż do czasów współczesnych, jego okrutną brzydotę, nie licząc wyjątkowych miejsc i sylwetki, którą niektórzy chcieli zniszczyć za wszelką cenę, a z drugiej strony jego malowniczość. Jestem pod wrażeniem tego, że Stambuł nie uważa się za własność republiki, że – nawet jeśli nieświadomie – czuje się jak odrębne państwo. Stambuł jest nieprzewidywalną metropolią. Nosi w sobie ogromny potencjał. W każdej chwili może zmienić kurs, wykrzesać z siebie nową tendencję, cud, coś niespodziewanego.

Mieszkańcy małych miast – prowincji – mówią o nich: „nasze”. Nasze Adapazarı, nasz İzmit, nasza Bursa, nasza Konya, nasze Kayseri… To przywłaszczanie nie jest tam niczym śmiesznym, wręcz przeciwnie – to wyraz szczerego przywiązania do miasta. Ale jeśli w Stambule ktoś powie „nasz Stambuł”, wywoła tym śmiech. Stambuł należy do wszystkich, a wśród tych „wszystkich” są też Rosjanie, Rumuni, Afrykańczycy, Ormianie, Ukraińcy, Irańczycy, Irakijczycy i Syryjczycy; nawet nowi orientaliści nowych czasów, włoskie, niemieckie, francuskie, amerykańskie niespokojne duchy, odnajdują swoje miejsce w Stambule.

O ile Stambuł nie jest związany z człowiekiem, o tyle człowiek jest w osobliwy sposób związany ze Stambułem.

Jeśli dołączam do chórów narzekających na stambulskie korki, hałas, brzydotę i dzikość, to dlatego, żeby nie wyróżniać się ze społeczności, w której znajduję się w danej chwili. Ale mimo wszystko nie czuję, że Stambuł jest moją ojczyzną. Ponieważ Stambuł nie jawi się jako ojczyzna. Nie okazuje swoim mieszkańcom czułości, jaką okazują inne miasta.

Przebywający w Stambule przyjezdni, gdy powracają pamięcią do rodzinnych stron, odnajdują w pojęciu „ojczyzna” czułość, której próżno szukać w Stambule. Prawdziwa siła obywatelstwa pochodzi z bycia obcym. Od czasu do czasu prasa publikuje mapy zasiedlenia Stambułu. Mówią one na przykład, że w Balat mieszkają ludzie wywodzący się z Kastamonu, a w Emirgan – z Rize. Robi się też zestawienia pod względem grup zawodowych. W Stambule tragarstwo to profesja osób pochodzących z Bitlis, dozorstwo zaś – przybyłych z Sivas. Jednak – według mnie – w mniemaniu mieszkańców Stambułu ten obrazek ukazuje społeczności związane silnymi więzami, nieprzyjazne wobec innych, a takie przekonanie rozluźnia ludzkie więzi zawierające się w słowie „ojczyzna” na rzecz okrutnej natury człowieka. W tym mieście o złotych piaskach i kamieniach nie robi się niczego wielkiego w pojedynkę: pomóż swojakowi, wyciągnij rękę, zarób, podziel się, a obcemu podstaw nogę, przeszkodź, on nie jest twoim rodakiem.

Innym powodem, dla którego nie odczuwam przynależności do ojczyzny, może być okropne zeszpecenie miasta, w którym się urodziłam, podobnie jak wszystkich miast Turcji. Nowe budownictwo, brzydkie tak, że od lat nie mogę na nie patrzeć, łapczywe, chciwe i dzikie, zmieniło się w epidemię szybko zabijającą sporadyczne ocalałe przejawy piękna we wszystkich miastach tego kraju. Brzydota pochłania miasta jak dżuma. Te zaś, brzydnąc, coraz bardziej się do siebie upodabniają, ujednolicają się, stają się bezduszne i bezuczuciowe. Moje miasto wiedzie wśród nich prym.

Kiedy na kilka dni przed trzęsieniem ziemi w 1999 roku pojechałam do Adapazarı, wezbrała we mnie fala gniewu wobec brzydoty i szorstkości miasta, w którym się urodziłam. W myślach burzyłam jedną po drugiej te nowe budowle, niemające w sobie nawet najmniejszego śladu piękna, jakie zapamiętałam z czasów dzieciństwa. Następnie przyszło trzęsienie ziemi i brzydkie konstrukcje rzeczywiście runęły. Miałam ogromne poczucie winy. Później zapomniałam o tym uczuciu. Potem, w 2009 roku, pojechałam do Van. Brzydota tego miasta, które odwiedziłam po raz pierwszy, wywołała we mnie taki sam gniew. Chciałam natychmiast stamtąd wyjechać. Van także zostało zrównane z ziemią. Oczywiście przyczyną zniszczenia tego szkaradztwa, które unicestwiałam w myślach, nie było moje przekleństwo, ale zła konstrukcja. Nie mam takich paranormalnych sił, jednak mimo to dałam sobie słowo, że nie będę wpadać w gniew na widok szpetoty miast, do których się udaję – zupełnie jakbym mogła dotrzymać przysięgi.

Nie mogę uwierzyć, że to społeczeństwo, które niegdyś osiągnęło szczyty estetyki dzięki dziełom diablo inteligentnych umysłów zarządzających miastami, zyskało takie oblicze wraz z kolejnymi pokoleniami. „Jak to możliwe?”, pytam. Co się stało z tym społeczeństwem, które niegdyś wybudowało Çifte Minare, lecznicę Divriği, pałac İshaka Paszy, meczet Selimiye, domy w Safranbolu, łuki, mosty, akwedukty, meczety, kościoły, synagogi, łaźnie, co się stało ze społeczeństwem, które zakładało metropolie, które – sądząc po tym, co się zachowało z jego spuścizny – powinno mieć głęboką wiedzę na temat miasta? Nie daje mi to spokoju, chociaż wiem, że odpowiedź znajduje się w społecznej, politycznej i ekonomicznej historii tego kraju. Brzydota miast, a co za tym idzie – stylu życia, przypomina mi przekleństwo, od którego nigdy się nie uwolnimy. Miasta, tak brzydkie i własnymi rękami niszczące swoją tożsamość, nie budzą we mnie poczucia przynależności do ojczyzny, lecz tylko gniew, a kiedy gniew się wyczerpie – litość i żal.

Uczucie przywiązania do ojczyzny powinno być w jakiś sposób skorelowane z relacjami rodzinnymi. Gdybym utożsamiła się z moim krajem jako całością, i tak nie poczuwałabym się do swoich korzeni. Ponieważ nie mam pojęcia, gdzie sięgają moje korzenie. Jak człowiek, który nie słyszy wołania swoich przodków, może szukać w sobie miłości do ojczyzny?

[6]Taşraya Bakmak, red. T. Bora, wyd. 3, Stambuł 2006 (przyp. aut.).

Naród: on mnie rozumie!

„Naród” – millet – to dziwne słowo.

W Adapazarı, dawnym rejonie zasiedleńczym na drodze uchodźców z regionu Morza Czarnego, słowo „naród” oznacza coś więcej niż tylko większość turecką, a przynależność do niego to więcej niż gotowość do poświęcenia życia, żeby tę prawdę udowodnić. Co dziwne, jest to dokładna definicja słownikowa wyrazu „naród”.

W słowniku języka tureckiego pod hasłem millet czytamy: „Zbiorowość ludzi w większości zamieszkujących te same ziemie, mających wspólny język, historię, uczucia, ideały, zwyczaje i tradycje; nacja”.

W wielu miastach prowincji pod pojęciem narodu rozumie się coś innego niż naród turecki. Można powiedzieć, że to dobrze, ale sytuacja wygląda inaczej, niż się wydaje. „Naród turecki”, mimo krańcowego zróżnicowania pochodzenia etnicznego, w większości używa słowa „naród” w kontekście nacjonalizmu i tym samym nadaje mu znaczenie polityczne, a robi to, żeby podsycać zbrodnie nienawiści, karmić wrogość. Słowo „naród” jest mi dalekie, nie przyswoiłam go sobie, dlatego że miasto, w którym się  urodziłam, jest bardzo zróżnicowane etnicznie, a także ze względu na rolę, jaką odegrało w zbrodniach nienawiści. Warto też podkreślić, że istnieją różne zbiorowości, zależnie od płci czy rodzaju – kobiety, mężczyźni, koty, dzieci. Z drugiej strony, lubię używać tureckiego słowa millet w angielskim znaczeniu everybody – Selam millet! – „Cześć wszystkim!”. Moje pokolenie, szczególnie w pewnym okresie, używało go bardzo często, zwracając się do swoich przyjaciół: „Hej, narodzie, co tak siedzicie? Wstawać, idziemy do kina”.

Kilka godzin spędzonych w małej społeczności, do której dołączyłam, kiedy przez jakiś czas przebywałam w Londynie – zwyczajnych, bardzo wzruszających i zakończonych łzami pewnej kobiety – otworzyło mi drogę do przemyślenia na nowo słowa „naród”, mającego swój udział w zbrodni krzewienia nienawiści.

Dowiedziałam się o istnieniu półamatorskiej grupy pisarzy o nazwie Queenswood Writers, spotykającej się w kawiarni w lasku Queen’s Wood w londyńskiej dzielnicy Highgate. Chciałam do nich dołączyć. Leonie, która z iście angielską uprzejmością i otwartością odpowiedziała na mój e-mail, serdecznie zaprosiła mnie na spotkanie.

Był wilgotny, zimny wieczór. Poszłam do lasu, w dzień tętniącego życiem, a teraz całkiem opustoszałego. Ponieważ padał deszcz, ziemista droga pokryła się błotem. Szłam w stronę światła, zgodnie z instrukcjami Leonie. Znalazłam kawiarnię, weszłam do środka. Leonie, którą – czytając jej list – wyobrażałam sobie jako trzydziestolatkę, a która ze swoimi śnieżnobiałymi włosami wyglądała na sześćdziesiąt lat, bardzo ciepło mnie przywitała i przedstawiła pozostałym członkom.

Właściwie grupa liczyła dwanaście osób, ale każdego tygodnia kilkoro z nich było nieobecnych, spotykało się najwyżej ośmioro. Chociaż chcieli, żebym jako cudzoziemka była przez sezon ich gościem, nalegałam na zapłacenie wpisowego w wysokości pięciu funtów, a oni z radością się zgodzili. Tym sposobem przez blisko cztery miesiące w prawie każdy poniedziałkowy wieczór udawałam się do lasku Queen’s Wood.

Członkowie grupy byli koło pięćdziesiątki. Pisali wiersze, opowiadania albo sztuki. Murray, którego sztuka radiowa została nagrana w BBC, był bardziej doświadczony od pozostałych. Kilka wierszy lub opowiadań niektórych z nich doczekało się publikacji. Mieli nadzieję na powstanie niezależnego wydawnictwa. Wydali wybór opowiadań będących rezultatem ich wspólnej pracy, zatytułowany Out of the Woods, i sprzedawali go słuchaczom organizowanych przez grupę publicznych rozmów ze znanymi pisarzami.

(W tamtym okresie raz zaprosili pisarza. Wieczór, w którym uczestniczyła prawnuczka Zygmunta Freuda, bratanica znanego malarza Luciana Freuda, Emma Freud, niczym nie różnił się od pozostałych).

Na środku kawiarni łączono kilka stołów, dzięki czemu powstawało miejsce pracy. Każdy coś przynosił: wino, wodę, oranżadę, ciasteczka, chipsy albo marchewkę, humus – w którym maczało się krakersy – orzeszki, czekoladę i tak dalej. W każdy poniedziałek grupie przewodniczyła inna osoba. Najpierw rozmawiało się o przeczytanych w danym tygodniu książkach, obejrzanych filmach lub wystawach, później ci, którzy mieli ochotę, czytali opowiadania czy wiersze napisane w ciągu tygodnia, a potem inni je recenzowali. Zwracało uwagę, jak zrównoważeni byli w swoich pochwałach i krytykach. Następnie przez pół godziny pisano teksty na tematy zaproponowane przez innych. Po upływie tego czasu każdy po kolei czytał to, co napisał; tymczasem kończyło się wino, Murray, właściciel kawiarni, robił chętnym kawę – i tak mijały godziny, aż w końcu robiła się dziesiąta wieczorem. Później wszyscy wyruszali do swoich domów z zamiarem spotkania się w następnym tygodniu.

Kiedy poszłam tam pierwszy raz, ich zainteresowanie moją osobą wynikało z uprzejmości. Najwyraźniej mieli nadzieję, że przyjdę też w następnym tygodniu. Za trzecim razem zauważyłam, iż prawie wszyscy zajrzeli na moją stronę internetową i mieli pewną wiedzę na mój temat. Zaczęli zadawać pytania o moje książki i literaturę turecką.

Z czasem moje relacje z grupą przestały się ograniczać do poniedziałkowych spotkań, stały się bardziej zażyłe. Na przykład osiemdziesięcioletni architekt Geoffrey – który ze swoim szelmowskim uśmiechem, złotymi spinkami do mankietów, jedwabnymi szalikami, wspaniale kolorowymi swetrami z czystej wełny i wystającymi spod nich kołnierzykami koszul wyglądał, jakby wyskoczył wprost z powieści Agathy Christie – obrał sobie za zadanie nauczenie mnie w każdy poniedziałek jednego „slangowego” słówka. Podchodził radosny, zapisywał w moim zeszycie słówko na ten dzień, a później je wyjaśniał.

Razem z sympatyczną Leonie, typową nowojorczanką Liz, wysoką jak tyczka Cheryl i emerytowaną aktorką teatralną Cathy zaczęłyśmy się spotykać w weekendy w coraz to piękniejszych kawiarniach Highgate.

Była jeszcze Andrea, uczestnicząca w poniedziałkowych spotkaniach od czasu do czasu. Kobieta młodsza od pozostałych i nie wyglądająca tak angielsko jak oni, niedbale ubrana, o impulsywnych ruchach, niezgrabnych dłoniach i głębokim spojrzeniu niebieskich oczu. Andrea była inna. Nie miała w sobie tej niemal sztucznej uprzejmości cechującej pozostałych. Zachowywała się tak, jak czuła, nie zwracając uwagi na to, co myślą inni. Była odważna i szczera, zarówno gdy chwaliła, jak i gdy krytykowała. Krótko mówiąc, różniła się od reszty.

Pewnego dnia członkowie grupy zapytali, czy któreś z moich opowiadań zostało przetłumaczone na angielski. Kiedy powiedziałam, że tak, chcieli je przeczytać. Następny poniedziałek przeznaczyli dla mnie.

Przeczytali na głos angielską wersję mojego utworu. Kiedy skończyli, Andrea spojrzała na mnie załzawionymi oczami.

– Wiesz, co to jest rebetiko? – zapytała.

– Oczywiście – odpowiedziałam.

Nie była zaskoczona. Uśmiechnęła się i spojrzała na innych. Na żadnej twarzy nie znalazła śladu świadczącego o tym, że dana osoba zna słowo „rebetiko”. Nie wiem, czy chciała się upewnić, że wiem, co to znaczy, czy wzruszyła się i wolała, żebym to ja wyjaśniła ten wyraz pozostałym. Dała mi znak, żebym mówiła.

– Rodzaj muzyki greckiej – powiedziałam innym, ciekawym znaczenia tego słowa, które stworzyło między nami dwiema nić porozumienia. – Właściwie to nie tylko muzyka, to pewien styl. Trudno to wyjaśnić.

Andrea pokiwała głową, a później nagle zaczęła płakać. Anglicy, których mięśnie twarzy były zesztywniałe, ponieważ od niemowlęctwa byli uczeni ukrywania swoich uczuć i ciągłego trwania w półuśmiechu, patrzyli na Andreę zaskoczeni.

– Twoje opowiadanie przypomniało mi rebetiko. Słuchając, nuciłam je w myślach.

Patrzyła w górę, jakby w uszach wciąż grało jej rebetiko, a jej uniesione ręce tańczyły. Wyznała pozostałym, że bardzo stęskniła się za Grecją, opowiedziała o swoim kraju. Miała dziewięć lat, kiedy jej rodzina wyemigrowała do Londynu. Później, wskazując na mnie, stwierdziła:

– Wy nie możecie tego zrozumieć. Ona rozumie!

Chwila, kiedy Andrea, którą poznałam w Londynie, powiedziała „Ona rozumie!”, była jedną z najszczęśliwszych w moim życiu.

Nie wiem, co w moim opowiadaniu przypominało jej rebetiko. Ale musiało to być coś, co spowodowało, że Andrea pojęła, że będę w stanie ją zrozumieć. Lubię narodowość uczuć sprawiających, że przedstawiciele dwóch narodów, nauczonych bycia swoimi odwiecznymi wrogami, rozumieją się wzajemnie przy angielskim stole. Który z dwóch narodów, mieszkających po obu brzegach tego samego morza i śpiewających po turecku i po grecku piosenkę Topole z Ödemiş oraz płaczących z powodu tych samych uczuć, jest mniej turecki, a który mniej grecki?

Oda do Stambułu

Stambuł, Stambuł w oddali

Nie strzelajcie do Stambułu

Cemal Süreya

Miasta nie czyni kawałek ziemi zaznaczony na mapie, kawałek gruntu rozplanowany przez kilku skwaszonych, nerwowych ekspertów, rejon zasiedleńczy o lepszej lub gorszej infrastrukturze czy po prostu definicja w encyklopedii.

Miasto jest czymś więcej niż tym, co zawierają oficjalne dokumenty, mapy, plany generalne, monografie i encyklopedie, jest czymś więcej niż ogółem ludzi w nim mieszkających. Miasto jest prawie jak żywy organizm.

Miasto to coś zajmującego dużo miejsca w bagażu wspomnień wszystkich ludzi, dla których jest ojczyzną, to coś przenikającego wprost do naszej duszy. Okresy, w których historia miast zakorzeniona w naszej własnej, osobistej historii przecina się z naszą własną historią, są ważniejsze od pozostałych.

Przykładowo ktoś miał ślub w dniu, gdy w Stambule zaczął padać śnieg, który zalegał na ulicach przez dziesięć dni, wiele rzeczy poszło nie tak, samochód nie odpalił, spóźnili się do urzędu. Ktoś inny urodził się w dniu otwarcia mostu Bosforskiego. Albo jakiś młodzieniec, wracając z ważnego spotkania w sprawie pracy, dowiedział się, że na ulicy Halaskârgazi zabito Hranta Dinka, i jego radość z rozpoczęcia pracy została stłumiona przez tę czarną plamę w historii Stambułu. Ktoś inny zdawał egzamin na Uniwersytecie Stambulskim, po wyjściu usiadł pod wieżą Bajazyda i marzył, później dostał się na tę uczelnię i przez lata o tym opowiada.

Nie możemy oddzielić naszych wspomnień od naszych miast, ponieważ miejsca, w których historia naszego miasta przecina się z naszą własną historią, stanowią dużą część naszego życiorysu.

Myślę, że miasto jest – oprócz tego wszystkiego – miłością.

Niektórzy ludzie są związani ze swoimi miastami niczym beznadziejnie zakochani, a niektórzy przekraczają nawet granice szaleństwa, jak sadystyczni kochankowie czerpiący przyjemność z patrzenia na cierpienie. Każdy rozmiłowany w mieście wierzy, że jest ono jedyne, niepowtarzalne i najukochańsze. Ale miłość do miast to uczucie nieodwzajemnione. Podczas gdy my umieramy z miłości do nich, one nie zwracają na nas uwagi, nie wiedzą nawet o naszym istnieniu, żyją własną historią.

Stambuł jest właśnie takim kochankiem, nie obiecuje spokojnej miłości. Wręcz przeciwnie, przeżywa się z nim burzliwy związek pełen przepychanek. Jedni przysięgają, że porzucają to miasto na zawsze, inni przenoszą się na wschód, ale później wszyscy wracają skruszeni i ponownie przyciskają je do piersi. Nawet zakochani chcą opuścić Stambuł, ponieważ Stambuł gardzi tymi, którzy go miłują. Według Ahmeta Hamdiego Tanpınara Stambułu albo się nienawidzi, albo kocha się go do szaleństwa jak kobietę, tak mocno, że jest się gotowym umrzeć za to miasto.

Ja również należę do tych, którzy wierzą, że ich miłość jest jedyna w swoim rodzaju. „Jeśli Bóg obdarzył mnie łaską”, to jest nią Stambuł. Czy mnie uśmierci, czy pozbawi sił, Stambuł jest dla mnie zawsze różanymi wargami.

Stambuł ma wiele wcieleń, a czasami jest wszystkim.

Wygląda, jakby miał pozostać niewzruszony, nawet gdyby spłonął cały świat, ale w rzeczywistości wykańcza się od środka. Jest nieodgadniony, jest dumny. Jest wiarołomnym wnukiem Bizancjum, odziedziczył gen matactwa po swoich przodkach – to stan niepewności, przerażający tych, którzy żyją w spokoju na prowincji.

Inne miasta mogą określać się jako „my”, ale Stambuł to „ja” – jest zapatrzony w siebie, Stambuł jest całością. Jest niemal pięć wieków starszy od Ankary, której oddał tytuł stolicy ze skrywaną próżnością, odczytywaną jako podległość. Stolicę – i jeszcze wiele innych miast – zdobi architektura narodowa, ale Stambuł jest Stambułem dzięki Sinanowi[7]. Nawet zgiełk ciągłych korków przypomina tam show wystawiany na stadionie.

Turcja odmierza godziny, Stambuł minuty. Życie w Stambule pędzi sześćdziesiąt razy szybciej. Niemal wszyscy uwijają się, jakby pracowali dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Ale jednocześnie parki i ulice są tak pełne, jakby wszyscy byli bezrobotni i próżnowali.

Pewnego dnia na wystawie w Muzeum Salzburskim natknęłam się na wypisane na ścianie wielkimi literami słowa Alexandra von Humboldta, urodzonego w Berlinie słynnego przyrodnika i podróżnika: „Die Gegenden von Konstantinopel, Neapel und Salzburg halte ich für die schönsten der Erde”. Nie znam niemieckiego, ale myślę, że Humboldt twierdzi, iż Stambuł, Neapol i Salzburg są najpiękniejszymi miastami na świecie. Będąc w liceum, w którejś książce – chyba Dürrenmatta – przeczytałam zdanie: „Stambuł to po Paryżu najpiękniejsze miasto świata” i bardzo mnie to ucieszyło.

Kocham Stambuł, ale kochać jest łatwo. Chcę kochać Stambuł aż do śmierci, a to jest trudne.

[7] Sinan (1489 – 1588) – jeden z najbardziej uzdolnionych architektów osmańskich, nadworny architekt trzech kolejnych sułtanów: Sulejmana Wspaniałego, Selima II i Murada III; twórca blisko 400 budowli, z których znaczna część – z meczetem Sulejmana na czele – znajduje się w Stambule i stanowi swoistą wizytówkę miasta (przyp. tłum.).

Lament na cześć Stambułu

Jakże nieszczęsnym miastem jest Stambuł, starzeje się nie z mądrością, lecz z chciwością.

Lata temu wsiadaliśmy na prom w Karaköy z pewnym poetą. Trapy szurały po ziemi, deski pokładu skrzypiały, cumownicy krzyczeli: „Nogi! Nogi!”, zwaliste cielsko promu uderzało o przymocowane wzdłuż nabrzeża opony traktorów, wył wiatr, szalały niewielkie fale, nad nami skrzeczała niezliczona ilość mew.

Tuż za nabrzeżem roztaczało się ogromne miasto. W mieście skrzypiały autobusy, trąbiły taksówki, wyły syreny statków, hamowały minibusy, buchały spaliny, wrzeszczeli obwoźni handlarze, błagali żebracy, krzyczeli rybacy, zmęczeni, biedni, nieszczęśliwi stambulczycy szamotali się, przepychali i kłócili.

Odgłosy miasta były tak intensywne, że mój przyjaciel-poeta wyjął swój mały notatnik i napisał pewien wers.

To miasto, które starzeje się, krzycząc…

Pomijając wers sam w sobie, śmieszne wydało mi się zapisywanie poetyckich konceptów w notatniku trzymanym w kieszeni koszuli. To zbyt ostentacyjny, przesłodzony, przesadnie romantyczny gest, wskazujący na to, że większą wagę przykłada się do bycia poetą niż do samej poezji. Pomyślałam, że prawdziwy poeta tak nie robi, znalezione wersy przechowuje w pamięci, przyswaja je. Ale zgiełk miasta tak huczał mi w uszach, że choć od tamtej pory minęło trzydzieści lat, nie zapomniałam tego wersu.

Tamtego dnia – podobnie jak przez wszystkie lata swojej historii – Stambuł się sypał, starzał się, krzycząc, jak napisał mój przyjaciel. Karaköy było zaniedbane i smutne. Tarlabaşı jeszcze nie zburzone, bulwar nie otwarty. Kiedy przejeżdżało się autobusem wąskimi ulicami Tarlabaşı, można było napotkać spojrzenia zmęczonych dziewczyn do towarzystwa, robiących sobie włosy u fryzjerek na drugich piętrach starych domów. Budynek Ayyıldız Apartmanı w Taksim i kawiarnia „Tunç” w Osmanbey miały się dobrze. Üsküdar nie zostało przewrócone do góry nogami. Aleje Bahariye i İstiklal miały swój charakter. Budynek Serkldoryan nie stał się jeszcze centrum handlowym „Demirören”. W kinie „Emek” filmy nagrodzone Oscarami oglądało się z przynajmniej pięcioletnim opóźnieniem, nikt nie obawiał się, że kino zostanie zburzone.

Stambuł był jeszcze ubogi, centra handlowe nie zdążyły nim zawładnąć.