Historie florenckie - Ewa Bieńkowska - ebook

Historie florenckie ebook

Ewa Bieńkowska

4,4

Opis

Historie florenckie są wyjątkowym, pogłębionym przewodnikiem po stolicy Toskanii, po jej miejscach najpiękniejszych, które na zawsze zawładnęły naszą wyobraźnią. Są zapisem historii Florencji, portretem jej twórców i najważniejszych obywateli, zarówno tych sprawujących rządy, jak i otaczających ich filozofów, artystów, pisarzy czy kaznodziejów.

Czytając książkę Bieńkowskiej, odbywamy spacer po mieście, po jego pałacach, muzeach i kościołach, przyglądamy się dziełom sztuki i twarzom dawnych i współczesnych florentyńczyków. Wędrujemy zarówno po mieście prawdziwym, jak i wyobrażonym, wpisanym w wielkie dzieła literatury, przyciągającym twórców tej miary, co Henry James, E. M. Forster czy Bernard Berenson. Ramą tej niezwykłej historii jest opowieść o wielkiej powodzi w 1966 roku, kiedy dziedzictwo Florencji, gromadzone przez wieki, zostało zagrożone na niespotykaną wcześniej skalę. Florencja, pisze Bieńkowska, nie jest nam dana raz na zawsze, wymaga naszej stałej opieki, czułej pamięci, a każda nasza wizyta w tym mieście przedłuża jej istnienie.

 

Nagroda Magellana 2015

 

Ewa Bieńkowska autorka książek o Nietzschem, Michale Aniele, Tomaszu Mannie, Miłoszu, wspomnieniowej książki o swojej rodzinie oraz powieści Dane odebrane. Nakładem Zeszytów Literackich ogłosiła tomy Pisarz i los. O twórczości Gustawa Herlinga‑Grudzińskiego; Spacery po Rzymie oraz Historie florenckie, za które otrzymała Nagrodę Magellana i Nagrodę im. Leopolda Staffa.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (8 ocen)
5
1
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
alicjadunowska

Dobrze spędzony czas

Ok, co to była za podróż! Jakaż uczta duchowa i estetyczna! Magia czasu Medyceuszy Złotego Wieku wczesnego renesansu florenckiego...Najwyższa pora na realną wizytę w tym niesamowitym miejscu, by doświadczyć, doznać i poczuć.Jedyny minusik książki to miejscami zbyt długie i rozwleczone rozważania filozoficzne na temat danego dzieła lub myśliciela.
00

Popularność



Podobne


Copyright © by Ewa Bieńkowska

Copyright © by Fundacja Zeszytów Literackich

Warszawa 2015

ISBN 978-83-64648-48-9

SERIA PODRÓŻE

Redaktor serii

Marek Zagańczyk

Ewa Bieńkowska

Historie florenckie

Sztuka i polityka

ZESZYTY LITERACKIE

SPIS RZECZY

Pod znakiem katastrofy

Uczta ziemska, uczta niebiańska

O Medyceuszach można bez końca

Poezja i prawda

Niebo nad miastem

Wyobraźnia i obrazy

Strona redakcyjna

POD ZNAKIEM KATASTROFY

NIEZROZUMIANA WIADOMOŚĆ

Zaczęło się w nocy z 3 na 4 listopada 1966 roku, z piątku na sobotę. Do prasy międzynarodowej informacja dotarła w sobotę rano. Ja z kolei dowiedziałam się w poniedziałek z gazet czytywanych przez rodziców, albo wieczorem z radia. Pamiętam swoją reakcję, dość obojętną, kontrastującą ze zmartwieniem ojca. Florencja została zalana przez Arno. Rzeka wystąpiła z brzegów i przykryła wodą obszar wielu kilometrów kwadratowych. Ojciec, który nigdy do Włoch nie podróżował, miał poczucie, że ta katastrofa dotyka go bezpośrednio, że jest nieszczęściem w skali powszechnej. Florencja była najwidoczniej częścią dziedzictwa, które uważał za własne. Pamiętam jego poważną twarz, gdy mówił o tym, co się stało.

A dlaczego ja nieszczególnie się przejęłam? Odegrało tu rolę utrwalone i dramatyczne wtedy przekonanie, że daleki świat pozostanie dla mnie niedostępny, będzie bolesną abstrakcją. Ponadto — o wstydzie! — dowiedziawszy się, że ucierpiały przede wszystkim zabytki czasów średniowiecza, miałam poczucie, że powódź mnie nie obchodzi. Ale nie był to jedyny powód. Umiłowanie sztuki rozwijało się u mnie powoli i dość schematycznie. W tamtych latach scenę mojej wyobraźni zajął władczo francuski impresjonizm znany z reprodukcji w trudno dostępnych albumach, rozwieszany u nas na ścianach pokoi. W następnej kolejności szło malarstwo flamandzkie cenione za uroczą naiwność. Później zrozumiałam, że sztuka włoska jest trudniejsza do docenienia, wyrafinowana i uczona, odsyła bardziej do kultury niż do malowniczości świata. Ale średniowieczne ikony, malowane krucyfiksy... — nie domyślałam się, że kiedyś zajmą należne sobie miejsce wielkich doświadczeń formy i ekspresji. I że później ten świat będzie się powoli otwierał.

Zapewne dochodziły do nas echa skutków katastrofy, mówiono o kolejnych etapach walki z żywiołem, ale nie mogły one obchodzić ludzi w połowie lat sześćdziesiątych zajętych innymi sprawami. Być może nad zniszczeniami uronili kilka łez wrażliwi historycy sztuki, którym przytrafiła się szansa zawodowego wyjazdu do Włoch na dwa czy trzy tygodnie i którzy mogli z tą informacją związać żywe wspomnienie. Gdybym poznała wcześniej rozciągającą się na dziesięciolecia historię podnoszenia się Florencji z nieszczęścia, może mój los potoczyłby się inaczej? W każdym razie artykuły i książki na ten temat powstawały stopniowo i trzeba było szczególnie się o nie starać. Na kilka lat Florencja przeszła dla mnie w stan uśpienia, czekała na przebudzenie.

I budziła się parokrotnie: z niezrównaną radością pierwszego spotkania późnym latem 1971 roku, gdy kilka nocy przespałam w schronisku młodzieżowym w podmiejskiej willi z parkiem; z niezbyt udanym wypadem na święta Bożego Narodzenia w 1987, kiedy cały zapas uczuć pochłonęła Siena, dachy widoczne z okna hotelu, pocukrowane cienkim śniegiem. Wreszcie w ostatnich latach, kiedy Włochy stały się dla mnie powietrzem niezbędnym do oddychania i kiedy po wielu podróżach próbuję się zadomowić nad Arnem oglądanym wczesną jesienią jako niezbyt pokaźna wstęga wody ujęta wysokim nabrzeżem. Nie sposób odgadnąć, że potrafi się przemienić w niszczący, rozwścieczony żywioł.

Turyści lubią spoglądać na rzekę, rzucić okiem na Ponte Vecchio, na przeciwległe wzgórze zwieńczone białym trójkątem kościoła San Miniato al Monte. Ale tutejsi z pewnością pamiętają, rodzice przekazują dzieciom wiadomość o powodzi z 1966 roku, jakby była wczoraj, ponieważ nie tylko ucierpiały zabytki, lecz także całe dzielnice mieszkalne, przepadł dobytek ludzi nierzadko zbierany od pokoleń. Powodzie są częste, ale nie wszystkie o takich rozmiarach, w mieście na wielu ścianach widzi się kreskę z wypisaną datą, ślad wybryków Arna, powrotu oswojonego zwierzęcia do dzikiego stanu. Mieszkać w jednym z najpiękniejszych miast Italii, wiedząc, że każdej jesieni może się dokonać olbrzymie zniszczenie! A Wenecja, Akwileja, Neapol, Messyna, nawet Asyż? Nie ma w Europie równie ważnych dla kultury miejsc, zarazem tak bezbronnych, zmuszonych do pogodzenia się z losem. Historycznego miasta nie przeniesiesz gdzie indziej. Myśląc o ciągle zawieszonym nad głową niebezpieczeństwie, stajemy się być może mądrzejsi, rozpoczynamy prawdziwy wyścig z naturą. Najczęściej po szkodzie. Trzeba nie dziesięcioleci, ale stuleci, żeby zdobyć doświadczenie, by móc temu zaradzić, często w sposób zaawansowany naukowo i technicznie.

Chodząc po Piazza del Duomo wokół kamiennych cudów, jakimi są bazylika, kampanila i baptysterium, zaglądając do Santa Croce albo do Santa Maria Novella zaraz po opuszczeniu stacji kolejowej, tłumy nie zadają sobie pytania, jak to było w dniach i miesiącach powodzi. Turystyka, w bardziej i mniej szlachetnym sensie, jest domeną tego, co teraz. Mimo wiadomości historycznych wydobytych z przewodnika panuje nad nami czysta teraźniejszość, najczęściej szczęśliwa. Wyobraźnia jest dostatecznie pochłonięta wychwytywaniem i odczytywaniem dziwnych wytworów będących dziełami sztuki. To ocembrowanie rzeki, to wzgórze z białą czapką, ten plac, wnętrze z kaplicami wypełnionymi kształtem i kolorem istnieją w jakiejś sennej wieczności, do której również należy data ich powstania. Rok 1444 — moment konsekracji Santa Maria del Fiore — dzieje się teraz, okrywa nas jego świeży cień, czujemy nawet zapach zaprawy. Zniszczenia, zatarcia nie są dowodem pracy czasu, ale jakąś ostateczną formą, którą przybierają rzeczy. Niejasne plamy, które oglądamy w pustelni Galluzzo, to nie tyle nieodwracalne zniszczenia na freskach Pontorma, ile ciekawy sam w sobie, może nawet genialny kształt. Turysta jest gotów przyjąć wszystko. Żal za utraconym był składnikiem romantycznej koncepcji podróżowania, dziś nie ukrywamy zadowolenia płynącego ze świadomości, że świat daje nam wiele, i to w najlepszej możliwej postaci.

Jeśli już mowa o przyjemności, radości zwiedzania, stosuje się tu uwaga zapisana przez historyków sztuki. Wybitne dzieło daje przyjemność ludziom wrażliwym, niezależnie od ich wiedzy o autorze, temacie, epoce. Układ kolorów na powierzchni wystarcza jako źródło zachwytu. Ale wiedza o okolicznościach powstania, o znaczeniu przedstawionych rzeczy pomnaża radość i ofiarowuje poczucie wtajemniczenia. Radość oświecona może się zamienić w doświadczenie o ważnych konsekwencjach. Moje niezrozumienie znaczenia wiadomości z 4 listopada 1966 roku było poważnym błędem życiowym. Ale nie ma co ubolewać, ile na tym straciłam. Ważniejsza jest świadomość, że gdy ta informacja wreszcie naprawdę do mnie dotarła, trafiła na podatny grunt. Określała uwewnętrzniony obszar wyobraźni, który Miłosz, za innymi wiedzącymi, nazywał Arkadią, Halikarnasem albo Laudą.

Moja opowieść będzie miała bohaterów, którzy niekoniecznie tworzyli dzieła sztuki. Będą to ludzie, z którymi można się zaprzyjaźnić na kartach książek, w interpretacjach obrazów i rzeźb. Niektórzy są oddaleni o całe stulecia; inni — nieco starsi bądź młodsi ode mnie. Bez wahania określam ich jako ludzi wspaniałych, w rozmaitych rolach, jakie przyjmują w historii dawnej i współczesnej.

FINIMONDO

Występowanie Arna z brzegów nie jest wydarzeniem niespodziewanym. Inne rzeki przepływające przez miasta zadowalają się rzadkimi, choć czasem obfitującymi w skutki powodziami, a po katastrofie mamy uczucie, że coś takiego nie powinno się powtórzyć. Inaczej florentyńczycy. Wylewy Arna należą do tradycji — były, są i będą. Różnią się tylko rozmiarami. Istnieje teoria, że duże powodzie — co mówię, ogromne! — przychodzą co sto pięćdziesiąt lat i wtedy są rzeczywiście rujnujące. Gdy patrzę na ich listę, wydaje mi się, że w rzeczywistości zdarzają się częściej. Jedna z nich, zapisana w czarnych kronikach, wydarzyła się w 1270 roku i była niemal mitycznym potopem, do którego będą nawiązywać współcześni, aby wywołać zrozumiały dla wszystkich dreszcz grozy. W roku 1333 powódź wsławiła się trzema tysiącami ofiar. Następne przypadają na 1334 oraz 1345 rok — czarna seria — i naruszają dopiero co zbudowany Ponte Vecchio. Kolejne zdarzają się w latach 1500, 1547, 1557, 1589... W XIX wieku wspominane są wylewy z 1844. W XX — z 1944, trzy miesiące po uwolnieniu Florencji z rąk Niemców. Kilka lat później zostaje nareszcie podjęta decyzja o budowie tamy w górnym biegu rzeki, lecz nie będzie to miało wpływu na skuteczne ujarzmienie Arna, jak dotąd daremne.

Zwykle wylewy występują na początku listopada, zaraz po Święcie Zmarłych, ale zdarzają się także w sierpniu. Kataklizm z roku 1966 nie tylko był ogromny, ale także informacja o nim miała ogromny zasięg — świat od razu się o nim dowiedział, bo 1966 przypadał już na epokę mediów. Paradoksalnie Włochy dowiedziały się o wszystkim później niż kraje anglosaskie, ponieważ komunikat BBC był pierwszy. Powódź zaczyna się długotrwałymi deszczami w październiku, ulewami i uporczywym siąpieniem, które mogą, choć niekoniecznie, zwiastować nieszczęście. Dla turystów to zwykłe rozczarowanie pogodą, tutejsi milczą, patrzą na poziom rzeki z mostów lub nabrzeżnych barier. W piątek 3 listopada nastrój niepokoju utonął w podnieceniu rozpoczynającego się weekendu i w gigantycznych korkach na ulicach. Podobno wieczór był ciemniejszy niż zwykle z powodu grubej warstwy chmur. Rzeka znacznie przybrała, poziom wód rósł z minuty na minutę.

Dziennikarka amerykańska Kathrine Kressmann Taylor, która prowadziła dziennik pobytu we Florencji, mieszkała w Pensione Consigli, przy wybrzeżu, na wprost mostu Amerigo Vespucci. Złość z powodu deszczu rosła zarówno wśród rzadkich o tej porze roku gości, jak i wśród tubylców. Właścicielka pensjonatu przez cały piątkowy wieczór wychodziła nad rzekę i pomrukiwała: „Quest’Arno, quest’Arno...”. Hotelik znajdował się w strategicznym dla zwiedzających punkcie: w pobliżu kościoła Ognissanti, gdzie patrzą na siebie z przeciwległych ścian Hieronim Ghirlandaia i Augustyn Botticellego, dwa niemal współczesne, a tak różne wizerunki doświadczenia duchowego — a refektarz ojców kapucynów słynie z fresku z Ostatnią Wieczerzą tegoż Ghirlandaia; w pobliżu znajduje się kościół Santa Trinità, znowu galeria arcydzieł. Most Amerigo Vespucci leży u stóp pensjonatu i można stąd patrzeć dalej, na dzielnicę San Frediano. Dziennikarka w końcu poszła spać, ale przed świtem obudził ją rosnący hałas. W wielu świadectwach ludzie podkreślali, że najbardziej niepokojący był szum przetaczającej się wody, huk, jakby do miasta zbliżał się gigantyczny motor. Ci, co mieszkali nad rzeką po drugiej stronie, na Oltrarno, w dzielnicach skromniejszych, rzemieślniczych, opowiadali o dygocie, który ogarnął ulice i domy — nadciągała jakaś nadludzka siła. Dziennikarka podbiegła do okna i zobaczyła wodę występującą z brzegów oraz drzewo z liśćmi i korzeniami pędzące środkiem. Mieszkała na drugim piętrze, zbiegła na parter, gdzie zastała gospodarzy i stałych bywalców domu po kolana w wodzie. Kamienne nabrzeża zostały przerwane, potoki rwały teraz na zachód, w kierunku centrum. Poziom wody ciągle się podnosił i na razie ludzie byli unieruchomieni, wyjście na ulicę groziło upadkiem i porwaniem przez prąd. Dzień przeszedł w poczuciu bezsilności i zgrozy. Ci, co mieszkali wzdłuż koryta rzeki, przy jednym z pięknych florenckich Lungarno, mogli tylko obserwować unoszony wodą świat ludzkiego gospodarowania: stoły, fotele, lodówki, kłęby pościeli, samochody, martwe zwierzęta. Przetaczające się zwały ziemi, gliny i piasku szorowały o filary mostu. To nie było Arno, które znali. Poziom wody przestał rosnąć dopiero następnego dnia wieczorem, niektórzy zanotowali godzinę szóstą, inni ósmą. Nastąpił powolny odwrót rzeki odsłaniający zdewastowane miasto.

Powstawały potem, jeszcze na gorąco lub już po latach, relacje z tych i następnych dni. W istocie mają w sobie coś heroicznego, pokazują wspaniałą umiejętność mobilizacji sił w powszechnej biedzie, rolę odegraną przez wielkich i małych, przez osoby odpowiedzialne za miasto, dzielnicę, przez braci zakonnych i mieszkańców najuboższych zaułków. Przez miejscowych i przybyszy z bliska i z daleka. Mogłabym ułożyć z nich historię powodzi i wychodzenia z jej skutków dzielnica po dzielnicy. Są przypadki, gdy to wydobywanie się z katastrofy zajęło dwadzieścia–trzydzieści lat. Bilans powodzi był przytłaczający, ale nierówny. Najbardziej ucierpiały miejsca w bliskości wybrzeża — pomyślmy: Ognissanti, Trinità zalane już w pierwszych godzinach. Gdy rozłożymy mapę, należałoby zakreślić połacie „czarnej wody”, dzielnice, które leżały poniżej poziomu bulwarów nadrzecznych po obu stronach rzeki. Przede wszystkim quartiere Santa Croce, jedna z dzielnic najbiedniejszych, i jej kościół, bazylika św. Krzyża, z grobowcami wielkich florentyńczyków i bezcennymi freskami z XIII i XIV wieku. Ale i w sercu miasta stały się rzeczy straszne: woda wlała się do Duomo i baptysterium, gdzie w słynnych Bramach Raju wyrwała pięć brązowych płyt z płaskorzeźbami Ghibertiego; dwóch nigdy nie odnaleziono, trzeba było przy konserwacji uzupełnić je kopiami. Drzwi Kaplicy Medycejskiej zostały wyważone jak przez jakiegoś wielkoluda. Woda płynęła dalej — spójrzmy na plan miasta. Do kościoła i klasztoru San Marco, do Santissima Annunziata i Ospedale degli Innocenti na tym samym placu, do Santa Maria Novella, która — podobnie jak większość tutejszych kościołów — stanowi muzeum malarstwa florenckiego. Zatrzymała się przed dworcem kolejowym o tej samej nazwie, ale szybko się okazało, że pociągi nie mogą ruszać ze stacji, ponieważ obszerna dolina otaczająca stolicę Toskanii również jest zalana. Florencja została odcięta od świata. Nad ranem zerwane zostały linie wysokiego napięcia, a ponieważ nie dość było świec, miasto wracało do jakiejś prymitywnej sytuacji sprzed wieków. A może zmierzało w przyszłość po globalnej wojnie?

W nocy z 3 na 4 listopada i przez następny dzień na zalanych połaciach nikt nie wychodził z domu, miasto było wydane na łup żywiołu jak niegdyś wrogim wojskom. Stopniowo, od soboty i niedzieli piątego mieszkańcy zapoznawali się ze stanem miasta. Kressmann Taylor pożyczyła kalosze, jak się okazało, towar wówczas bezcenny, i ruszyła na oględziny okolicy. Na ulicach stała woda, od kilkunastu do kilkudziesięciu centymetrów, zmieszana z błotem o podejrzanym jadowitym połysku. Tego Florencja jeszcze nie znała: wody powodzi zmieszane z ropą naftową! Te dwa słowa tłumaczą całą nowość i powagę sytuacji — dopiero przy okazji tej katastrofy wychodzą na jaw skutki uprzemysłowienia, których Włochom w porównaniu z krajami zachodnimi długo udało się unikać. Ten wylew rzeki był innego rodzaju, inaczej działał na rzeczy, które zagarniał. Odczekanie, aż wody opadną, nie załatwiało jak niegdyś sprawy. Po ulicach brnęło się w gęstej mazi niosącej gruz i nieczystości, a ta czepiała się wszystkich powierzchni i śmierdziała naftą.

Pierwsze, co dziennikarce rzuciło się w oczy, to ulice nadrzeczne, stan budynków. Parter i pierwsze piętro były zalane, właściciele sklepów, barów i hoteli stali przerażeni. W tej okolicy jest sporo antykwariatów, co oznaczało stratę dobytku całego życia, często kilku pokoleń. Woda stała przed bramami kościołów Ognissanti i Santa Trinità — przeczucie podpowiadało, co dzieje się w środku. Do tej dzielnicy nieco później trafi wiadomość, co stało się w Santa Croce i na Piazza del Duomo — Florencja została podzielona na oddzielne fragmenty. Bliżej rzeki samochody były zatopione, często porwane z nurtem. Kobiety chodziły w poszukiwaniu pieczywa i mleka, w sklepach zostały tylko puszki z konserwami, po które trzeba było nurkować, a potem długo je wycierać. Jak w dawnych czasach głodu Florencji brakowało chleba; przez pierwsze dni, zanim uruchomiono piekarnie, przywożono pieczywo z ocalonych z powodzi toskańskich i umbryjskich miast. Dochodziły najgorsze nowiny: na placu przed dworcem, gdzie poziom sięgnął dwóch metrów, w tunelu zginęły dwadzieścia cztery osoby. I narastał gniew — co robią władze miejskie?! — który popchnie mieszkańców najuboższej dzielnicy Santa Croce, wspieranych przez miejscowych komunistów, do marszu na merostwo.

Odkryciom nie było końca — ucierpiało to, co dla wszystkich florentyńczyków ważne, może nawet najważniejsze: zabytki, cuda sztuki, dzięki którym Florencja od średniowiecza była jednym z najpiękniejszych miast Italii. Cudzoziemcy są zgodni, że stosunek do własnego miasta był i pozostał tutaj wyjątkowy. Niezależnie od pozycji majątkowej i społecznej, mieszkańcy są niebywale dumni ze swej stolicy, a zwłaszcza mają świadomość jej piękna, wyjątkowości poszczególnych dzieł, do których są przywiązani. Jak gdyby ludowa pobożność, przeciwnie niż w utrwalonym schemacie, wybierała obrazy i figury najcenniejsze dla swoich suplik i modłów. Obrazy na ołtarzach i w kaplicach traktowano jak honorowych obywateli, dawano im czułe nazwy. Nieszczęście, jakie może się przydarzyć jednemu z nich, traktowane jest jak żałoba w rodzinie, straty w sztuce utrwalają się tu w pamięci jako wspólne klęski. Zaczarowane słowo „bellezza!” — z wykrzyknikiem, owszem, nadużywanym we Włoszech — bierze się równocześnie z urzeczenia i poczucia zwyczajności. Piękno chodzi po ziemi, istnieje w postaci kobiety, architektury, malowidła; wydaje się, że mieszkańcy rzadziej stosują je do określania natury. To wynik długiej tradycji powiązany z republikańskim nastrojem Florencji, w końcu najbardziej owocny czas w dziejach miasta, to rządy jego oddelegowanych przedstawicieli. Najskromniejsi obywatele czują się współwłaścicielami dzieł, które zdobią place, kościoły, gmachy. Wyobrażam sobie dzisiaj niemą grozę na wieść o zniszczeniach i szczególną wartość, jaką przywiązano do rzeczy zagrożonych i z trudem uratowanych. Jak wiemy, często uratowanych niecałkowicie, w pewnych wypadkach jakby symbolicznie — i na nowo pokochanych w stanie nieodwracalnego okaleczenia. Burmistrz mówi przez telefon dziennikarzom: „To tragedia, której nie opiszą żadne słowa”.

Istnieje wiele zapisów pierwszych dni, od wywiadów w lokalnych gazetach po rozprawy o metodologii, ciągle doskonalonej, elastycznej, restaurowania florenckich skarbów, które ucierpiały w kataklizmie roku 1966. Amerykańska dziennikarka szczególną uwagę zwróciła na walkę o przywrócenie warunków do życia, najpierw w sąsiedztwie, a potem przy odkrywaniu dalszych kręgów zniszczenia. Najpierw uratować miejsce pracy i zamieszkania, hotel, sklepik, zalany parter i suterenę. Kressmann Taylor prowadzi notatki o ludziach stających z łopatką i wiaderkiem wobec zwałów pozostawionego błota, wywróconych, a często wyniesionych przez nurt sprzętów, zatrutych czarną wilgocią ścian. Rzeka się cofnęła, ale wcześniej omiotła jęzorem wszystko, co stanęło na jej drodze, i ten znak, granica, gdzie sięgnęła, pozostanie na długo.

Obcy zachwycali się dzielnością kobiet, mężczyzn, dzieci, podziwiali, jak słabe środki mieli do rozporządzenia. Zbierane do wiader mazidło — przypominam, wymieszane z ropą — wyrzucano najbliżej, na jezdnie. Rosły góry błota, których nie mogły pokonać ocalone z oddalonych dzielnic samochody. Liczono straty, lecz także rzeczy uratowane, przeznaczone do długiego czyszczenia i suszenia. Większość zalanych przedmiotów była i tak do wyrzucenia, została skalana. Największe szkody poniósł jak zwykle pierwszy do zagarnięcia obszar Santa Croce. Przy tym w sobotę nastąpił drugi — słabszy — akt katastrofy. Gdy woda już zaczęła spływać z nieco wyżej położonych terenów, napotkała falę jeszcze napierającą na niższe dzielnice. Mówiono o kilkudziesięciu koniach utopionych w stajniach wyścigowych i o więźniach zbiegłych z fortecy służącej za zakład karny, którzy korzystając ze sposobności, zaraz zabrali się do łupienia sklepu rusznikarskiego. A w niedzielę adwentyści rozdawali ludziom skopiowane egzemplarze Apokalipsy św. Jana. Stara kobieta pytała przechodniów: „A może to naprawdę koniec świata?”.

Przykładem dzielności były zawieszane przez florentyńczyków tu i ówdzie kartki z informacją: „Aperto,si ricomincia!” (otwarte na nowo) albo z żarcikami: „Cierpisz na reumatyzm? Najlepsze błoto z ulicy Anguillara. Przystępne ceny”. Ale była też rozpacz podsycana gniewem, który jak zawsze szukał i chciał ukarać winnego. Mnożyły się hipotezy i plotki. Okazało się, że w nocy z piątku na sobotę w związku z wyjątkowym poziomem wody otwarto śluzy w tamie położonej w górnym biegu Arna, bo obawiano się, że elektrownia zostanie zgnieciona. W mieście uznano to za skandal i zbrodnię. Dlaczego nie było alarmu, który obudziłby ludność i pozwolił na ucieczkę, przewiezienie cennych przedmiotów? Zbyteczne byłoby tłumaczenie, że nie uratowałoby to miasta ani osób unieruchomionych w miejscach, które w kilka minut stały się pułapką. Strażacy w zasadzie byli gotowi od paru tygodni, zważywszy na warunki klimatyczne, i nawet ćwiczyli akcje ratownicze... Podejrzane wydawało się to, że nocny strażnik pilnujący sklepów jubilerskich na Ponte Vecchio tuż po północy zawiadomił właścicieli o zbliżającym się nieszczęściu — huku wody i dygocie mostu — co pozwoliło na wyniesienie kosztowności w ostatniej chwili. Byli tacy, co wiedzieli wcześniej. I powiadomili tylko wybranych! Te podejrzenia wywołały wieloletnie śledztwo, którego wynik był nijaki, po włosku: ani oskarżenie, ani uniewinnienie.

Długo i z niedowierzaniem powtarzano liczby podane jako rezultat kataklizmu: Arno wtargnęło do miasta z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, powódź, w zależności od położenia, osiągnęła poziom od dwóch do sześciu metrów; na Piazza del Duomo podobno można było zobaczyć, na niewiarygodnej wysokości, samochód zaklinowany między katedrą a dzwonnicą. W mieście zebrano pięćset ton błota do wywiezienia. W Toskanii doliczono się dwustu dziesięciu ofiar, w jej stolicy trzydziestu trzech, z czego większość zginęła w tunelu prowadzącym na stację. Bilans strat dóbr kultury przychodził stopniowo, wynosił jedenaście tysięcy dzieł — ruchomych — uszkodzonych, co nie obejmuje fresków ani płaskorzeźb na murach, filarach, odrzwiach. Oraz milion trzysta tysięcy tomów i osiem milionów kart katalogowych Biblioteki Narodowej, z siedzibą tuż przy klasztorze Santa Croce.

Inne cyfry dotyczą pomocy dla Florencji, w lirach i w dolarach. Te będą podawane ostrożnie, wiele obietnic władz rzymskich nie zostanie spełnionych, choć fundusze na konserwację zabytków będą płynęły, z przerwami, przez kilkadziesiąt lat. Szczególnie hojni okazali się Amerykanie. Dzięki międzynarodowym kontaktom historyków sztuki błyskawicznie powstał Committee to Rescue Italian Art pod przewodnictwem Davida Rockefellera, który zmobilizował ogromne sumy. Fundacje amerykańskie zajęły się też ludnością, wysyłając swoich przedstawicieli na rekonesans do miasta i okolicznych gospodarstw wiejskich. Rozdzielano pieniądze, pewną w tym zasługę miała także Kressmann Taylor.

Na genialną myśl wpadł przebywający wówczas w stolicy Włoch Franco Zeffirelli. Gdy tylko dowiedział się o katastrofie, uzyskał wojskowy helikopter i poleciał do Florencji. Dokument zatytułowany PerFirenze zaczął kręcić z lotu ptaka, potem w poszczególnych dzielnicach pokazywał zagrożone zabytki. Narratorem uczynił Richarda Burtona, aby sprawie nadać większy rozgłos. Miał to być wstrząs dla światowej opinii, przemówienie do sumień i wywołanie poczucia odpowiedzialności — inaczej mówiąc: film kasowy. Dochód przekazano, jak mówił tytuł, „Florencji”. Premiera odbyła się w Londynie, PerFirenze pokazywano też w innych krajach. Nie słyszałam, aby film trafił do Polski, bo i po co — zwracał się do indywidualnej ofiarności, do bogatych instytucji; nasz kraj był z tego podwójnie, potrójnie, bo i politycznie, wyłączony.

W mieście świadkowie, zwłaszcza cudzoziemcy, podkreślali zapał poszkodowanych, fatalizm zabarwiony często humorem. Z wyjątkiem jednego wątku: pretensji do Rzymu. Prezydenta Saragata, gdy przybył 7 listopada, aby oszacować zniszczenia, przyjęto lodowato. W pierwszych dniach lepiej spisały się prowincje — przygnębieni swym osamotnieniem florentyńczycy z radością witali pochody ciężarówek i koparek do usuwania gruzu, odpadów, błota „od sąsiadów” z Perugii, Rimini, Forlì. Szybko też zostaną wysłane polowe placówki Czerwonego Krzyża z pierwszą pomocą dla rannych, chlebem, wodą do picia, ubraniami.

Za patetyczny symbol nieszczęścia uznano widzianego przy Ponte Vecchio łabędzia umazanego smarem i skazanego na rychłą śmierć. Ludzie chodzili go oglądać zdjęci współczuciem, aż wreszcie kilka osób zajęło się jego wyłowieniem i oczyszczeniem piór.

Dzień po dniu rozgrywały się dziesiątki wydarzeń. Ten osobliwy teatr wypełniony pracą ratowniczą składał się z wielu małych, ale jakże istotnych scen. Zostały one opisane przez obcych i przez swoich. Wzruszają do dzisiaj, bo wiele potrafimy dzięki nim odtworzyć. Możemy przeżyć na nowo zagrożenie i ocalenie, groźbę zniszczenia, którego uniknęliśmy dzięki potędze uporu i dobrej woli, ofiarności z dnia na dzień, dzięki instynktowi przeżycia i dzięki bezinteresowności.

Media codziennie przynoszą informacje o tragediach w różnych punktach globu. Mają one na ogół cechę ślepego okrucieństwa, są beznadziejne, nie do odwołania straszne. Ludzie jakoś się z nich podnoszą, ale rany wywołane tym, co zaszło, nie dają się łatwo zaleczyć. Powiększają czarny rejestr naszej obecności na ziemi.

Gdy, spóźniona o przeszło cztery dziesięciolecia, czytam o powodzi z 1966 roku, znam dobre zakończenie tej przerażającej historii. Trzeba było czekać na nie latami. Znam opowieści o tamtych zdarzeniach, o postawie mieszkańców, o zasługach poszczególnych osób. Najważniejsze, że wspólną myślą wszystkich było ratowanie tego, co się da, od dobytku najbiedniejszych po renesansowe pałace i arcydzieła, których świetność stanowiła zbiorową dumę. Nie wystarczy powiedzieć, że żyła z nich cała Florencja, bogata i uboga. Były jej wyrazistym i trwałym składnikiem skłaniającym do afirmacji własnego sposobu życia, mniej czy bardziej jasnej świadomości, czym ono jest. Dzięki nim można było mieć udział w świecie bellezza, niczym w domowym festynie.

ANIOŁOWIE OD BŁOTA

Czterdzieści dwa lata po tych wydarzeniach Amerykanin Robert Clark, pomieszkujący często we Florencji, wydał książkę o powodzi i jej następstwach. Wspomina, że kiedy jako dziecko oglądał magazyn „Life” ze zdjęciami z Włoch, wizja zalanego miasta splatała się w jego głowie z portretami papieża Jana XXIII, Felliniego i Sophii Loren — wszystko to należało do bajkowej rzeczywistości nazywanej Europą, w której znajdował się wewnętrzny krąg niezwykłości: Italia. Pamięć obudziła się, kiedy przebywając nad Arnem, pewnego dnia wybierał listy ze skrzynki na parterze domu, w którym mieszkał, i zauważył kreskę oraz napis: „4 listopada 1966 wody Arna doszły do tej wysokości”. Linia widniała wysoko ponad jego głową. Mieszkał po drugiej stronie rzeki przy placu del Carmine, zwanym tak od kościoła, gdzie w kaplicy znajduje się jeden z najważniejszych fresków wczesnego odrodzenia — sceny Masaccia z Nowego Testamentu. Chwila zamętu w głowie: więc i te freski...? Dodam od razu: nie, freski nie zostały zalane, ale wilgoć murów była dla nich mordercza i konserwacja okazała się konieczna, chociaż zabrano się do niej znacznie później.

Amerykanin chodzi odtąd po mieście inaczej, szuka wyżłobień oznaczających ślad powodzi. Rozmawia z tubylcami, szpera w starych gazetach. Wreszcie odkłada inne projekty i zabiera się do książki o tamtych wypadkach.

Praca rozrasta się nie tylko za sprawą gromadzonych ciągle szczegółów, lecz także dzięki pomysłowi, aby wzbogacić ją o dzieje dwóch miast — Firenze i Florencji, jednej wywodzącej się od Etrusków i przeżywającej rozkwit pod koniec średniowiecza, drugiej odkrytej przez angielskich podróżników w XIX stuleciu i odtąd odwiedzanej przez międzynarodowe tłumy jakby dla sprawdzenia siły mitu. O Firenze, miasto zapracowane, zajęte prozą życia, która utrzymuje jego istnienie, nikt z przybyszów nie dba, mało kto je w ogóle dostrzega. Florencja puchnie co roku od powiększającej się liczby osób żądnych wrażeń — a Firenze wie, że musi sprostać oczekiwaniom pod groźbą utraty środków do życia. Wie, że ludzie przyjadą, pod warunkiem że problemy rzeczywistego miasta nie będą ich udziałem; odjadą potem do własnych miast, mniej godnych podziwu, ale za to znacznie bardziej prawdziwych.

Największą zaletą Roberta Clarka jest skupienie się na poszczególnych osobach walczących o uratowanie skarbów miasta, zalanych przez Arno dzieł, umiejętność przywołania sylwetek i ich losów związanych z Florencją niekwestionowanym paktem zażyłości. Większość z nich zmarła, zanim autor rozpoczął poszukiwania. Jeden z głównych bohaterów walki o florencką sztukę zgasł krótko przed telefonem mającym potwierdzić datę spotkania. Niektóre świadectwa trzeba było zdobywać z drugiej ręki, ale wszystkie mają walor autentyczności, są odblaskami wypadków, które dla wielu stały się największą przygodą życia.

Zamiarem pisarza było odtworzenie pierwszych dni godzina po godzinie. Dowiadujemy się o początkowym wstrząsie, zdumieniu i odruchu, by działać natychmiast; o ludziach zbierających się o poranku w niedzielę, aby wspólnie ratować, co się da, pracujących trzydzieści sześć godzin bez odpoczynku; o wynoszeniu i oględzinach zalanych dzieł sztuki i szacowaniu zniszczeń nie do naprawienia; o kalekiej kobiecie czekającej przed zakratowanym oknem na parterze, do chwili gdy pochłonie ją woda, i której miasto wystawi pamiątkową tablicę. Na różnych scenach miasta, w różnych miejscach, przez które przetoczył się kataklizm, rozgrywają się małe akty wielkiej odwagi, uporu i wiary w przyszłość.

Dla miasta, dla jego historii i przyszłości, miejsca newralgiczne to oczywiście Duomo, muzeum Uffizi, kościoły Santa Maria Novella i Santa Croce. Zbiory biblioteczne, archiwa. Zebrane przez autora relacje dotyczą kilku akcji ratunkowych, których skutki mógł prześledzić.

Przez całą sobotę 4 listopada trudno było wyjść z domu i poruszać się w oblężonym przez Arno mieście, czasami na ulicach spotykało się łódki. Nocą z soboty na niedzielę woda zaczęła się cofać, ulicami płynęły strumienie wracające do rzeki. Prawdziwa opowieść zaczyna się, gdy zbudzony przed świtem zakonnik z Santa Croce odkrywa, jak wielkie są zniszczenia. Dormitoria znajdowały się na wysokim piętrze. Ojciec Cocci zawiadomił współbraci, wpłynęli do kościoła pontonem. W zamkniętych nawach i w refektarzu stało przesycone wonią zgnilizny i nafty bajoro, ginęły w nim grobowce wielkich florentyńczyków. Kaplice z freskami położone nieco wyżej odsłaniały się szybciej. Ale zgrozą przejął ich stan Krucyfiksu Cimabuego z refektarza. Tkwił w wodzie i na oczach mnichów odpadały od niego płaty farby. Jeden z braci w rozpaczliwym odruchu zaczął je zbierać do wiadra. Kruszyło się Święte Oblicze, odpadały strzępy Ciała aż do płótna na biodrach, trzy czwarte malowidła przepadało. Tak powstała legenda o pływaniu krzyża, choć nie mogło być o tym mowy, tkwił przymocowany do muru stalowym łączem. Ale stopień jego zniszczenia odpowiadał prawdzie.

Krzyż, dzieło Cimabuego, nie był uważany za arcydzieło, raczej za przedmiot kultu. Sięgał epoki tych, co pamiętali Giovanniego Bernardone, św. Franciszka z Asyżu — tak mówiła szacowna tradycja. Cimabue, wedle rozpowszechnionej opinii twórca włoskiego malarstwa oswobodzonego z zależności od Bizancjum, urodził się kilkanaście lat po śmierci Poverella, ale spotykał tych, co go widzieli na własne oczy, i sam namalował jego portret. Crocifisso z Florencji spowijała aura żywej pamięci — dotknięcia. Lecz mimo jego historycznej wagi nie był szczególnie hołubiony przez specjalistów. Gdy udostępniano najważniejsze dzieła, pozostawiono go w niedostępnych salach klasztoru. Dopiero po powodzi Krucyfiks wzniesie się do poziomu jednego z najcenniejszych klejnotów miasta. Stanie się symbolem kataklizmu anno 1966, poniesionych strat i walki o ocalenie. Te określenia — walka i ocalenie — należy traktować z należytą powagą.

Tutaj na scenę wkraczają Ugo Procacci i Umberto Baldini, protagoniści książki Clarka, których nie zdążył już poznać, a których dobroczynne ślady nosi dzisiejsza Florencja. Pierwszy był założycielem i kierownikiem Gabinetto dei Restauri, wówczas najnowocześniejszego we Włoszech. W momencie powodzi sprawował funkcję superintendenta — zawsze mnie bawi ten staroświecki i pedantyczny tytuł — od zabytków, co oznacza, że w wyższym porządku był osobą najważniejszą, ulokowaną w samym sercu miasta, tam gdzie się rozstrzyga jego trwałość i wyjątkowość: wielki mag Florencji. Drugi był historykiem sztuki i teoretykiem konserwacji broniącym nowatorskich metod, zbyt odważnych zdaniem niektórych, i następcą Procacciego w Gabinetto dei Restauri. Procacci zapisał się w pamięci florentyńczyków — i nie tylko w ich pamięci — inną brawurową akcją ratowniczą. Warto ją przypomnieć.

Latem 1944 roku wojska niemieckie wycofywały się na północ przed depczącą im po piętach armią sprzymierzonych. Nie wiadomo, jak to się stało, że hitlerowcy, zająwszy Florencję, tutaj zdecydowali się stawić opór. Cztery lata wcześniej miasto odwiedził Hitler, honory domu czynił Mussolini. Gość był bardzo zainteresowany, spędził kilka godzin w Uffiziach i ku dużemu zniecierpliwieniu gospodarza kazał komentować dzieła dyrektorowi niemieckiego instytutu historii sztuki, który przed wojną stanowił ważny ośrodek międzynarodowych debat. W ostatnich dniach lipca żołnierze niemieccy wkroczyli do Florencji i zajęli pozycje obronne. Miasto było wyludnione, mieszkańcy zbiegli. Dużo wcześniej zniknęły też dzieła sztuki, te, które dawały się przenieść, przede wszystkim obrazy z Uffiziów, również z pałaców i kościołów — przygotowywano się na bombardowania. Inicjatorem i organizatorem tego exodusu był Ugo Procacci. Zmobilizował prywatne samochody, czuwał nad pakowaniem i przenoszeniem obrazów i rzeźb. Rozmieszczono je w okolicznych willach, sporą część w willi Bernarda Berensona, który wojnę przeżył we Florencji w surowych warunkach, już wówczas siedemdziesięciodziewięcioletni. Wydaje się, że był uszczęśliwiony odwiedzinami dzieł sztuki, którym poświęcił życie.

Do miasta zbliżały się oddziały alianckie i Niemcy byli na z góry straconych pozycjach. Wprawdzie spadło kilka bomb, ale Florencja została oszczędzona. Przed wycofaniem się dowódca otrzymał z Berlina rozkaz wysadzenia w powietrze mostów, by opóźnić pościg. Zabierano się do zakładania ładunków wybuchowych, gdy przyszło uzupełnienie: wysadzone mają być wszystkie przeprawy z wyjątkiem Ponte Vecchio. Florentyńczycy, którzy pozostali, aby czuwać nad losami miasta, komentowali: „Przypływ germańskiego sentymentalizmu? Czar zdjęć i obrazków przywożonych z podróży przez przykładnych turystów? Ale jakie szczęście...”.

Ze strony wojsk amerykańskich jako jeden z pierwszych wszedł do miasta Frederick Hartt, absolwent historii sztuki Uniwersytetu Columbia, podczas kampanii włoskiej przydzielony do komisji zajmującej się zabytkami i archiwami na uwolnionych terenach; będzie brał udział także w akcji ratowania zabytków zalanych w 1966. Już przed wojną był w kontakcie z Procaccim, teraz mieli wspólny cel: zabezpieczyć arcydzieła florenckie. Procacci odnalazł go w Palazzo Pitti, gdzie zainstalowała się kwatera pracowników muzeów. Sprawdzili razem stan ewakuowanych dzieł, złożyli wizytę Berensonowi w jego słynnym domu ponad Florencją i zastali go nadzwyczaj przejętego przyszłością, jaka się otwierała dla miasta — obietnicą odbudowy zbombardowanych miejsc i restauracji dzieł. Porucznika Hartta szczególnie zmartwił zniszczony most Santa Trinità, wzniesiony w XVI wieku przez Ammanatiego, o uroczo płynnej linii, i zdmuchnięte przez wybuch posągi czterech pór roku, które zdobiły go z obu stron. Znaleziono je wkrótce w rzece, z wyjątkiem głowy Wiosny, która na odszukanie w szlamie Arna czekała kilkadziesiąt lat.

Procacci był więc oswojony z katastrofami, odznaczał się umiejętnością podejmowania szybkich decyzji i niezłomną ofiarnością. Był z gatunku tych, dla których wybór zawodu oznacza miłosną przysięgę i jest utożsamiany z życiem. W Baldinim znalazł znakomitego współpracownika, który do entuzjazmu i zmysłu praktycznego zwierzchnika wniósł myślenie teoretyczne. Można powiedzieć, że ta para uratowała Florencję — dla mnie, dla tych, co ją dzisiaj odwiedzają.

Przenieśmy się znów do roku 1966, w pierwsze dni czarnego listopada.

Piątego o świcie franciszkanie konstatują rozpaczliwy stan Santa Croce, zwłaszcza Krucyfiksu Cimabuego. I tegoż dnia oglądają go Procacci i Baldini. Wody opadają. Przyjeżdża Saragat pokrzepić duchowo florentyńczyków, spotyka się nie tylko z chłodem, lecz i ze zniecierpliwieniem. Gdy chciał rozmawiać z konserwatorami, Baldini odpowiedział: „Panie prezydencie, proszę nam pozwolić działać!”. Ale największa batalia rozgrywa się w Uffiziach, zalany jest cały parter. Skarby muzeum znajdują się na drugim i trzecim piętrze, wokół oszklonej galerii. Ale na dole przechowuje się obrazy czekające na odrestaurowanie, w tym prace Giotta, Botticellego, Mantegni. Trzeba je wyławiać z płynnego błota.

Na zewnątrz dzieją się groźne rzeczy: Ponte Vecchio wibruje pod naporem wezbranego prądu, nie wiadomo, czy nie runie. Potem się okaże, że most został ocalony przez przypadek, bo wieczorem 3 listopada zaparkował na nim samochód dostawczy, z tych najpotężniejszych, z przyczepą. Ten dodatkowy ciężar najprawdopodobniej zaważył na równowadze sił i most — ocalony kaprysem barbarzyńców w 1944 roku — utrzymał się i tym razem. Ale będzie o tym wiadomo dopiero, gdy woda się wycofa. Na razie trwa stan zawieszenia i trwogi. Dla miasta Ponte Vecchio to element trwałości świata, dla turystów — znak rozpoznawczy. Dla ludzi odpowiedzialnych za sztukę florencką to jeszcze coś więcej. Ponad obudową mostu biegnie przejście od gmachu Uffiziów, niegdyś siedziby administracji miejskiej, na drugą stronę Arna, do pałacu Pittich. Dyskretnie i suchą stopą można było w każdej chwili przenieść się do spokojniejszej dzielnicy. To sekretne przejście z oknami pozwala objąć wzrokiem oba brzegi. Zbudowane w XVI wieku przez wszechstronnego mistrza i patriotę toskańskiego Giorgia Vasariego dostało nazwę Corridoio Vasariano. Wzdłuż ścian zostały zawieszone obrazy, głównie portrety rodziny książęcej i dostojników, dla których nie starczyło miejsca w muzeum. Dla Procacciego taka strata byłaby nie do zniesienia. Zanim nadciągną posiłki pracowników muzealnych, wbiega do korytarza i zdejmuje obrazy. Następnie, już z pomocą innych, przenosi je na piętro do Uffiziów. Most ocalał, ale przenosiny i tak były niezbędne, bo woda wsiąkła w mury.

Zrozpaczona dyrektorka muzeum nauki przybiega, trzymając w rękach teleskop Galileusza — jej budynek stoi w wodzie, uratowała to, co było niekwestionowaną relikwią. Równocześnie docierają informacje o innych zniszczeniach. Choćby w kościele Santa Maria Novella: błoto stoi w nawach na wysokość metra, dotarło do dolnego skraju fresku Masaccia, jednego z największych arcydzieł miasta. Absyda jest ozdobiona cyklem dzieł Ghirlandaia na tematy religijne, właściwie są to sceny życia codziennego XV-wiecznej Florencji o nie tylko artystycznym znaczeniu. Kościół słynął też z krużganków, gdzie w podcieniach znajdują się freski Uccella, jego historie biblijne. Dzisiaj oglądamy blade cienie malowideł zżartych przez wodę. Nie zapominajmy, że z wirydarza wchodzi się

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.