Groch z powidłem - Sophie Hare - ebook

Groch z powidłem ebook

Sophie Hare

0,0

Opis

"Groch z powidłem" to książka, która nie porządkuje chaosu - ona go odsłania.

Jest próbą literackiego zapisu przeżyć osoby chorej psychicznie, która mimo diagnozy pragnie odnaleźć swoje miejsce w świecie. Autorka świadomie rezygnuje z jednej, spójnej narracji. Zamiast niej pojawia się wielogłos: mieszają się style, gatunki i formy, tak jak mieszają się myśli, emocje i stany osoby zagubionej, próbującej nazwać samą siebie.

Ten pozorny nieład nie jest błędem - jest kluczem. Oddaje wewnętrzny bałagan, niepewność, fragmentaryczność prawdy o sobie, którą można ujawnić tylko „trochę”, bo cała byłaby zbyt trudna, zbyt ciężka, może zbyt prawdziwa. To zapis intymny, momentami nieporadny, ale właśnie dlatego autentyczny.

 

"Groch z powidłem" pokazuje, że choroba psychiczna nie odbiera głosu, wrażliwości ani ambicji. To książka o próbie zrozumienia siebie, o prawie do mówienia własnym językiem i o tym, że nawet w chaosie można odnaleźć sens, coś zbudować i bardzo dużo w życiu osiągnąć.

 

Książka "Groch z powidłem" została wydana przez WydawnictwoAutorskie.pl. Cały dochód z wydawanych przez nas książek przeznaczany jest na stworzenie wyjątkowego miejsca na wsi, poświęconego książce, kulturze i odpoczynkowi z dala od zgiełku wielkiego miasta – Podążaj za marzeniami siedlisko.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 115

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wprowadzenie krótkie

Dużo by pisać, o czym chcę powiedzieć. Niech te moje słowa prozą i związane, będą przykładem, że wolno mi powiedzieć trochę prawdy o sobie. Trochę. Bo cała się tu nie nadaje. Zresztą kto wtedy chciałby to wszystko czytać? Piszę o sobie głównie, choć innych też umieszczam. Tu każde słowo moje jest. Może nie zawsze wychodzi doskonałe, ale moje własne. Przyznam bez bicia, że spory bałagan w moich zapiskach panuje. Nie umiem go ogarnąć, jakoś tak wychodzi.

Styczeń 2023

Tu będzie dużo wszystkiego. Proza, poezja, lament nieświętokrzyski. Na początku wyznania spisane dobrych osiem lat temu. Nie pamiętam dokładnie, kiedy powstały, bo dat nie stawiałam.

Pomieszanie z poplątaniem. Ale takie moje życie. Różne, różnorodne, choć nie podróżuję, nie zwiedzam, to jednak mam się za światową babę. Ostatnio niewiele mądrości wyczytałam w księgach, bazuję na tym, co kiedyś w głowie zakodowałam. Co nie znaczy, że w miejscu stoję albo się, nie daj Boże, cofam. Choróbsko siedzi we mnie. Jakie? Że niby schizofrenia. Ale ja dla własnych potrzeb zauważam, że miewam tylko epizody chorobowe. Ostatni taki epizod był ponad sześć lat temu. Prawie siedem. Tata wtedy umierał, a ja szalałam. Nie mogę dojść dokładnie, dlaczego wtedy się pochorowałam. Choć przyznam bez bicia, że trochę eksperymentowałam z lekami, to znaczy: czasem zażyłam, czasem nie.

Marzec 2023

Marzec nastał nie wiadomo kiedy.

Wyznania schizofreniczki

Przed wstępem

Okazuje się, że wyznania schizofreniczki mają około 20 lat. A mnie się przypomniało, że matka wołała do mnie: ty worownio! Nie wiem do dziś co to znaczyło, ale wydźwięk miało zdecydowanie negatywny.

Zamiast wstępu

To nie będzie rozprawa naukowa, bo na psychiatrii tak naprawdę niewiele się znam. To co się porywasz do pisania, zapyta ktoś. Każdemu wolno coś napisać, iluż się grafomanów panoszy naokoło i dobrze na tym wychodzą, a ja podobno trochę talentu mam. Dlaczego zaraz podobno, po prostu mam talent i już. Zaczęłam pisać około piątej klasy podstawówki i jak dotąd prawie wszystko wylądowało w szufladzie, no może poza dwoma chwalebnymi wyjątkami. Gdzieś tam krąży książka z wierszami miłosnymi z jakiegoś konkursu, ale moja koleżanka stwierdziła, że to straszny obciach wydrukować się w czymś takim, druga pozycja jest już nieco lepsza, ale też zbiorowa i sprzed dobrych kilku lat. Czyli taki późny debiut. Dla dobra sprawy zmieniam pewne fakty, miasta, imiona, co by mnie co niektórzy do sądu nie podali. My ludzie tacy drobiazgowi jesteśmy, dbamy o dobre imię i pozycję. Więc chyba się ukryję, bo związana jestem z renomowaną uczelnią i nie chcę z niej wylecieć tylko dlatego, że zebrało mi się na zwierzenia.

To nie jest bajka o Kopciuszku zakończona happy – endem, ale próba przelania na papier bólu rozrywającego pierś, bólu, który na powrót wraca podczas przywoływania wspomnień. Czasem udaje się na chwilę zapomnieć o chorobie, ale nie na długo.

Refleksja IDojrzewanie do stania się wariatką

Może nie będę uogólniać i mówić bez przerwy - my wariaci. Będę mówić o sobie. Więc jestem inteligentna. Dzisiaj na nowo w to wierzę. Choć były czasy kompletnego zidiocenia mojego mózgu. Kasia – moja pani psychiatra nazwała to czasowym otępieniem. Niech jej będzie. No więc jestem inteligentna, mądra, zdolna i gruba, a czasami tylko trochę chudsza. Czuję, że piszę chaotycznie, ale to przecież nie jest podręcznik do nauki angielskiego, w którym musi panować porządek.

Więc ewentualna czytelniczko, tudzież czytelniku, wybacz.

Spróbuję trochę tła wprowadzić, żeby jaśniej było widać mechanizmy rodzenia się wariata. To się jakoś tak w liceum zaczęło, bo podstawówka to same dobre wspomnienia, tzn. nie widać tam było żadnych anomalii. Chociaż, czy ja wiem. Ogólnie byłam smutnym dzieckiem, mało się uśmiechałam. W szóstej klasie przeszłam operację wyrostka robaczkowego i to zaowocowało pierwszym przytyciem, bo przecież taka byłam osłabiona, mizerna, więc nieświadoma niczego jadłam i jadłam, a z WF- u byłam zwolniona, toteż tyłam. Na wakacjach przed ósmą klasą po raz pierwszy w życiu się odchudzałam. Oczywiście nieprofesjonalnie, bez wagi. Sporo schudłam, a przy okazji zatrzymał mi się okres. Facet ginekolog zapytał, czy w ciąży nie jestem. Zrobiłam wielkie oczy, ja i ciąża, ja, która tak strasznie wstydziłam się chłopaków, że zwracałam się do nich tylko po nazwisku. No a potem poszłam do liceum, zapomniałam zaznaczyć, że podstawówka to jeden wielki sukces naukowy, same piątki na świadectwach. Wybrałam się na profil biologiczno – chemiczny, bo marzyłam, by zostać chirurgiem. No i zaczęło się, 16 lat, piękny wiek. Zakochałam się, on chodził do mojej klasy i tak pięknie do mnie mówił: Sophie, wymiękałam. Oboje byliśmy świetni z matmy, było platonicznie i romantycznie do czasu, gdy któregoś razu zaskrzypiało pode mną krzesło:

- Sophie, jesteś za ciężka...

Dziś po latach muszę stwierdzić, że to było niewinne z jego strony, ale ja wzięłam sprawę do serca i zaczęłam szaleć z odchudzaniem. Dużo, a nawet bardzo dużo schudłam, bo niesamowicie się katowałam ze dwa miesiące, a on? Nie zwracał na mnie uwagi... Kochałam, cierpiałam. Nadeszły wakacje i ledwo trzymałam się w ryzach, tzn. zaczęłam powoli strasznie żreć, pochłaniałam tony jedzenia i gdy w drugiej klasie było ważenie u higienistki, okazało się o zgrozo, że ważę o 10 kilo więcej niż przed rokiem. No i zaczął się koszmar, dosłowny. Przez trzy dni rygor, potem fala obżarstwa i tym sposobem w trzeciej klasie doszłam do wagi 78 kilo, przy wzroście 160 cm. O, jak fatalnie się czułam, nie mogłam się uczyć, bo byłam albo głodna, albo obżarta, zaczęły nachodzić mnie czarne myśli, nawet o śmierci. Nie pojechałam na wycieczkę szkolną, bo nie mieściłam się w żadne spodnie. Nieszczęśliwa podwójnie z powodu wagi i miłości nieodwzajemnionej. Chyba jakoś tak pod koniec liceum kupiłam sobie wagę łazienkową, taką zwykłą, bo o elektronicznej wtedy nie słyszałam. No i od tej pory ważyłam się codziennie, co z niewielkimi przerwami robię do dziś. A, nie wspomniałam o roli sportu w moim życiu, otóż za „normalnych” czasów dużo biegałam i jeździłam na rowerze, i jeszcze zaznaczę, że od okresu dojrzewania miałam szerokie biodra, duży tyłek i olbrzymie uda. Zawsze też przecierałam spodnie w kroku, a jako, że w domu się nie przelewało, to chodziłam w połatanych gatkach. Jakoś dociągnęłam do matury, która o dziwo bardzo dobrze mi poszła i gdyby to były czasy szóstek, to miałabym takową z polskiego. Ale już na Uniwersytet Warszawski się nie dostałam, a ponieważ przerażała mnie perspektywa spędzenia roku w domu, toteż wybrałam się do studium pielęgniarskiego. Tam też szło mi super, ale stwierdziłam, że to zawód nie dla mnie i w końcu w następnym roku zaczęłam studia.

Ktoś powie, a po co to wszystko piszesz? To takie nudne. No właśnie, przejdę do meritum, bo trochę mnie męczy ta statystyka.

Refleksja IIMoja rodzina

Muszę słów kilka poświęcić rodzinie, a szczególnie mamie i bratu. No więc najpierw mama. Prosta, niewykształcona osoba, bardzo pracowita i gadatliwa, no i ten charakter obrzydliwy. Jako dziecko byłam smutna i zamyślona, a mama mówiła, że jestem „zaboczona”, jak Stefcia, siostra taty. Nie umiałam jednak się uśmiechać na zawołanie, toteż chodziłam taka „zaboczona”. Paweł, mój brat, był siedem lat starszy ode mnie, piszę w czasie przeszłym, bo od trzydziestu lat nie ma go wśród żywych. Ale za życia nie dawał się mamie, uciekł do szkoły, wynajmował mieszkanie, poznał dziewczynę, w wieku dwudziestu lat się ożenił, spłodził czworo dzieci, a potem odebrał sobie życie. A ja przy mamie tkwiłam, która, gdy trochę podrosłam, goniła mnie do „róboty” w polu i obejściu, jako że na wsi mieszkałam. Pyskowałam do mamy, że aż płakała, ale co miałam zrobić. Uciekałam przed nią, gdy chciała mnie bić, wydzierała się tak strasznie:

– Ty flegmatyczko francowata, ty gruba dupo! Do róboty!

Cóż poradzę na to, że nudziło mnie siekanie buraków i wyrzucanie gnoju spod świni, wolałam poczytać książkę.

Tato, człowiek o spokojnym charakterze, nie wrzeszczał na mnie, ale lubił się napić i gdy wyrzucili go ochlanego z „Żuka” pod bramę, to zaczynała się awantura, mama go biła, czym popadło, a ja płakałam. Tato nie pije od dziesięciu lat, bo leczy raka prostaty, ale mama jest w swoim żywiole. Bez przerwy wspomina przeszłość, użala się nad swoim losem półsieroty (miała macochę, która nie wysłała jej do szkoły, i mama ma tylko podstawowe wykształcenie). Trzeba przyznać, że zmarnowała talent muzyczny, ale co zrobić. Ponieważ z powodu ciężkiej harówki wysiadł jej kręgosłup, to teraz tato musi wszystko robić. A mama wydziera się do niego:

– Ty bucu, popku, to przez ciebie jestem kaleką, wszystkie baby się szanowały i teraz zajdą wszędzie, a ja co?