Gorące negocjacje - Andrea Laurence - ebook
Opis

Wade chce od Tori kupić ziemię, na której bardzo mu zależy. Sprawa wydaje się prosta. Kiedyś razem pracowali, flirtowali z sobą, Wade liczy więc na to, że transakcja zostanie zawarta szybko. Tori jednak odrzuca jego ofertę. Wade się nie poddaje, ale postanawia zmienić taktykę. Gdy wszystkie argumenty zawodzą, zaczyna od nowa uwodzić Tori...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 148

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Andrea Laurence

Gorące negocjacje

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wade nie znosił śniegu. A wydawałoby się, że człowiek, który urodził się i wychował w Nowej Anglii, powinien polubić zimę albo gdzieś wyjechać. Tymczasem on nie zrobił żadnej z tych rzeczy i co roku, w listopadzie, kiedy z nieba spadały pierwsze płatki, jego dusza więdła aż do nadejścia wiosny. Dlatego zamierzał wyskoczyć na Jamajkę jeszcze przed świętami, a na Wigilię jak zwykle wrócić do Edenów.

Zarezerwował bilet lotniczy i hotel, kiedy plany pokrzyżował mu telefon od rozhisteryzowanej Julianne, jego przyszywanej siostry.

Poprosił asystentkę, by w jego imieniu przesunęła rezerwację, bo gdyby wszystko poszło po jego myśli, powitałby nowy rok na plaży, sącząc złoty napój z pianką i delektując się myślą, że wszelkie kłopoty ma z głowy.

Jechał terenówką bmw w kierunku „Edenu”. Wolał jeździć roadsterem, ale podróżowanie samochodem sportowym po skutych lodem drogach lokalnych Connecticut było praktycznie niemożliwe, dlatego zostawił go w garażu na Manhattanie.

Samochód terenowy miał zimowe opony, w bagażniku łańcuchy i pewnie sunął po źle odśnieżonej jezdni.

Odetchnął z ulgą, widząc duży znak informujący o wjeździe na teren farmy choinek Edenów, jego przybranych rodziców. Powrót do domu zawsze wprawiał go w dobry nastrój. „Eden” był dla niego prawdziwym domem, w odróżnieniu od wielu innych domów, w których przyszło mu mieszkać u rodzin zastępczych.

Bez sentymentu wspominał lata, gdy opiekowała się nim ciotka, a także wczesne dzieciństwo spędzone z matką. Farma była rajem na ziemi. Zwłaszcza dla takiego podrzutka jak on, który równie dobrze mógł zostać notorycznym kryminalistą, a nie bogatym biznesmenem obracającym się w branży nieruchomości.

Edenowie zmienili wszystko w życiu Wade’a i innych dzieci, które z nimi mieszkały. Byli dla nich jak rodzice. Wade nie znał ojca, a matkę widział tylko raz, wiele lat po tym, jak podrzuciła go – dwuletniego brzdąca – własnej ciotce. Dlatego gdy myślał o domu, przed oczami stawała mu farma i rodzina, którą stworzyli Edenowie.

Mieli tylko jedno dziecko, córkę imieniem Julianne. Marzyli o gromadce dzieci, które pomagałyby w pracy na farmie i pewnego dnia przejęły rodzinny interes, ale ich marzenie się nie spełniło, dlatego zdecydowali się na adopcję. Wyremontowali starą stodołę i zamienili ją w przytulny barak, idealny dla rozbrykanych chłopaków.

Pierwszym dzieckiem, które adoptowali, był Wade. Kiedy się wprowadził, Julianne była jeszcze małą dziewczynką. Przebywał już w niejednej rodzinie zastępczej, ale u Edenów było inaczej. Czuł, że nie jest dla nich ciężarem ani gwarantem zapomogi społecznej. Był ich synem.

I właśnie dlatego wolałby ich odwiedzać z zupełnie innego powodu. Najbardziej bał się tego, że ich rozczaruje. To byłby dla niego najcięższy grzech. Cięższy niż ten, który popełnił piętnaście lat temu i który doprowadził do tej afery.

Wjechał na podjazd, minął parking dla klientów i tuż za starym domem w stylu angielskim skręcił w wąską drogę prowadzącą do wiaty. Było piątkowe popołudnie, ale na parkingu stało co najmniej dziesięć samochodów. W końcu był dwudziesty pierwszy grudnia i do świąt zostało zaledwie kilka dni.

Matka Wade’a, Molly, krzątała się po sklepie z upominkami i namawiała klientów do spróbowania ciasteczek maślanych, cydru i gorącej czekolady, chcąc uprzyjemnić im oczekiwanie na choinkę.

W tym czasie Ken razem z pracownikami ścinał drzewka, zawijał je w siatkę i pakował do aut.

Wade poczuł nagłą ochotę, by pomóc ojcu. Jako nastolatek robił to co roku, a także później, gdy studiował na Uniwersytecie Yale i na święta przyjeżdżał do domu. Uwielbiał tę robotę, ale teraz wzywały go obowiązki. Najpierw musiał się zająć sprawą, która przywiodła go tutaj, zamiast na słoneczne plaże Jamajki.

Zaskoczył go ten telefon od Julianne. Rzadko do siebie dzwonili, rzadko się widywali i tak samo jak reszta rodzeństwa rzadko odwiedzali rodziców. Wszyscy byli bardzo zapracowani. W pogoni za sukcesem łatwo zapominali o najbliższych.

To Julianne odkryła, co się stało. Wiedziona przeczuciem, pojawiła się na farmie w Święto Dziękczynienia. Ojciec, Ken, powoli odzyskiwał zdrowie po zawale. Ani on, ani matka nie powiadomili żadnego z dzieci. Nie chcieli ich niepokoić ani tym bardziej obciążać rachunkami za szpital.

Wade, Heath, Xander i Brody – każdy z chłopaków bez problemu wystawiłby czek i rozwiązał finansowe problemy rodziców, ale Molly i Ken upierali się, że sami pokryją swoje wydatki. Dlatego sprzedali działkę – tę jedyną parcelę, na której nie hodowali iglaków.

Nie rozumieli, dlaczego tą decyzją tak bardzo zdenerwowali dzieci. A dzieci nie mogły powiedzieć im prawdy. Nie wolno odgrzebywać starych tajemnic. Wade musiał tego dopilnować. Właśnie dlatego tu przyjechał.

Przy odrobinie szczęścia podjechałby quadem na niezalesioną działkę, odkupił ziemię od nowego właściciela i wrócił, zanim Molly zaczęłaby się zastanawiać, dlaczego w tym roku tak wcześnie przyjechał na święta. Nie zamierzał ukrywać przed rodzicami zakupu parceli, ale póki nie załatwi sprawy, nie chciał ich niepokoić.

Dom zastał pusty, tak jak się spodziewał. Na stole w kuchni zostawił wiadomość, włożył ciepłą kurtkę, traperki i poszedł do quada. Mógłby pojechać terenówką, ale nie chciał szpanować przed obcymi ekskluzywnym wozem.

Po tym, jak gruchnęła wiadomość od Julianne, Heath i Brody natychmiast zjawili się na farmie. Dowiedzieli się, że nowi właściciele już zamieszkali na działce. W przyczepie. Zdaniem Wade’a to był dobry znak.

Jeśli mieszkają w przyczepie, to znaczy, że bardziej niż ziemi potrzebują pieniędzy. A gdy zobaczą, że jakiś nadziany facet każe im odsprzedać ziemię, będą robić problemy albo od razu podniosą cenę.

Wade wsiadł na quada i pojechał drogą wiodącą przez środek farmy. Po sprzedaży osiemdziesięciu pięciu akrów „Eden” skurczył się do dwustu, na których hodowano różne odmiany jodeł. Północno-wschodnie tereny były mocno skaliste, więc uprawa w tym miejscu była praktycznie niemożliwa. Wade nie był zdziwiony, że ojciec postanowił sprzedać akurat tę połać. Wolał jednak, by tego nie robił.

Gdy dojeżdżał do granic farmy, dochodziła trzecia. Niebo było czyste i jasne. Grudniowe słońce odbijało się od śniegu i mimo że włożył ciemne okulary, raziło go w oczy. Zwolnił i wyciągnął z kieszeni najnowszą mapę, którą zostawił mu Brody.

Sprzedana działka dzieliła się na trzy części, dwie duże i jedną małą. Porównując mapę z GPS-em w telefonie, Wade doszedł do wniosku, że mniejsza część, będąca działką budowlaną o powierzchni dziesięciu akrów, znajduje się zaraz za wzgórzem. Był prawie pewien, że właśnie tego miejsca szuka.

Schował mapę i się rozejrzał. Dobrze pamiętał ten charakterystyczny zakątek. Właśnie dlatego go wybrał. Stary pokrzywiony klon i skała przypominająca gigantycznego żółwia. Teraz jednak miał wrażenie, że wszystkie drzewa dokoła są pokrzywione. Wierzchołki skał ledwie wystawały z zasp. Sam już nie wiedział, czy jest we właściwym miejscu.

Niech to! Był przekonany, że od razu je rozpozna. Ta noc sprzed piętnastu lat wryła się w jego pamięć, choć próbował o niej zapomnieć. To był moment, który zmienił całe jego życie. To była decyzja – nieważne, czy dobra, czy zła – z którą będzie żył już do końca.

Czuł, że to musi być tu. Tamtej nocy na pewno nie odjeżdżał daleko od domu. Za bardzo się spieszył, by w poszukiwaniu kryjówki zapuszczać się do dalszych parceli. Zauważył klon bardziej pokrzywiony niż inne. To musi być to miejsce.

Teraz pozostaje mu tylko kupić ziemię i mieć nadzieję, że kiedy nadejdzie wiosna, odnajdzie skałę w kształcie żółwia.

Ruszył pod górkę, przedzierając się przez zaspy, a gdy wjechał na szczyt, jego oczom ukazał się połyskujący srebrny miraż.

Gdy podjechał bliżej, zorientował się, że to wypolerowana na błysk aluminiowa przyczepa, od której odbijają się promienie popołudniowego słońca. Obok przyczepy stał stary ford pickup z podwójnymi kołami, zdolny uciągnąć sześciometrowy dom na kółkach.

Wade zgasił silnik. Wokół zapanowała cisza. Z przyczepy nie dochodziły żadne odgłosy.

Brody sprawdził na stronie internetowej krajowego obrotu nieruchomościami, że nowym właścicielem parceli jest V. A. Sullivan. Cornwall było małym miasteczkiem, a Wade nie przypominał sobie, by chodził z jakimś Sullivanem do szkoły, zatem Sullivanowie musieli przyjechać w te strony całkiem niedawno.

To dobrze wróży. Wolał nie robić interesów z kimś, kto znał jego burzliwą przeszłość.

Śnieg zaskrzypiał pod butami. Przystanął pod drzwiami przyczepy i przez chwilę nasłuchiwał. Zapukał i zajrzał do środka przez okno. Ani śladu właścicieli.

No pięknie! Tłukł się taki kawał drogi na darmo!

Już miał odejść, gdy usłyszał trzask przeładowywanej broni. Odwrócił głowę w kierunku, skąd doszedł go dźwięk. Jakieś sześć metrów od niego stała kobieta w grubym długim płaszczu i w wełnianej czapce. Na nosie miała duże ciemne okulary, które zasłaniały pół twarzy. Spod czapki wystawały kosmyki ogniście rudych włosów. Zwrócił uwagę na ten niepospolity kolor, bo kiedyś znał podobnego rudzielca.

Odruchowo podniósł ręce do góry. Nie zamierzał zarobić kulki od nadpobudliwej strażniczki stanowej.

– Dzień dobry! – zawołał najbardziej przyjaźnie, jak umiał.

Kobieta się zawahała i lekko opuściła strzelbę.

– W czym mogę pomóc?

– Pani Sullivan? – Modlił się w duchu, by akurat teraz pan Sullivan nie wracał z polowania, ściskając pod pachą giwerę.

– Panna Sullivan – poprawiła go. – O co chodzi?

Singielka. Tym lepiej. Wade miał ten wdzięk, dzięki któremu łatwo dogadywał się z kobietami.

– Nazywam się Wade Mitchell. Chciałem porozmawiać o ewentualnej…

– Arogancki i bezwzględny deweloper, Wade Mitchell? – Kobieta postąpiła kilka kroków do przodu.

Wade ściągnął brwi. Żałował, że zasłania ją czapka i płaszcz. Nawet nie wiedział, z kim ma do czynienia. Może gdyby zobaczył jej twarz, zrozumiałby, dlaczego tak się zirytowała, słysząc jego nazwisko.

– Miło mi poznać, aczkolwiek powstrzymałbym się od tych epitetów. Chciałem zapytać o ewentualną… – Urwał, kiedy podniosła strzelbę i znów miała go na muszce.

– Wiedziałam – zawołała – że to ty się ukrywasz pod tą warstwą ciuchów. Tylko po co Wade Mitchell zawitał do Cornwall? Żeby po tylu latach znów zamienić moje życie w piekło?

– Panno Sullivan, niczego nie zamierzam zamieniać w piekło – odparł zaskoczony.

– A więc zabieraj się z mojej posesji.

– Przepraszam, ale co ja ci zrobiłem? – Próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek spotykał się z jakąś Sullivan. Może pobił jej brata? Nie miał bladego pojęcia.

Podeszła do niego, nie opuszczając broni, i zdjęła okulary, by mu się lepiej przyjrzeć. Wtedy zobaczył jej jasne oczy i łagodny owal twarzy. Mleczna karnacja idealnie komponowała się z ogniście rudymi włosami. Gdy ich spojrzenia się spotkały, dostrzegł gniew, jakby miała mu za złe, że jej nie pamięta.

Na szczęście Wade miał doskonałą pamięć. Przynajmniej na tyle, by się zorientować, że jest w tarapatach. Takiego zadziornego rudzielca trudno zapomnieć. Starał się przez wiele lat, ale na próżno.

Prześladowała go w snach, przeszywając lodowato błękitnym spojrzeniem, w którym odbijał się ból. Ból, za który nie ponosił winy.

A więc V. A. Sullivan, właściciel posesji, to nikt inny jak Victoria Sullivan, zakręcona na punkcie ekologii pani architekt. Zatrudniał ją w swojej firmie, potem zwolnił. To było siedem lat temu.

Poczuł skurcz żołądka. Że też akurat ona musiała kupić tę działkę. Victoria Sullivan. Jego pierwsza ofiara w firmie. Bolało, ale nie miał wyjścia. Etykę pracy stawiał ponad wszystko.

Źle zniosła jego decyzję i do tej pory się z nią nie pogodziła, sądząc po zaciętej minie i wycelowanej w niego lufie.

– Victoria! – zawołał z udawanym uśmiechem. – Nie wiedziałem, że tu mieszkasz.

– Dla ciebie panna Sullivan – ucięła.

– Ależ oczywiście. – Pokiwał głową. – Odłóż broń, proszę.

– Poczekam na gliny – powiedziała chłodno, ale w końcu opuściła strzelbę.

Podeszła do przyczepy i otworzyła drzwi.

– Czego chcesz, Mitchell? – syknęła.

Wade uświadomił sobie, że musi zmienić taktykę, i to szybko. Zamierzał powiedzieć nowemu właścicielowi, że potrzebuje ziemi do realizacji nowych projektów swojej firmy. Jeśli jej to powie, ona z przyjemnością mu odmówi.

Musi inaczej ją podejść, o ile wcześniej nie zginie od strzału.

– Panno Sullivan, chcę odkupić tę działkę.

Wzbierał w niej gniew. Dlaczego ten człowiek się uparł, by niszczyć wszystko, co było dla niej cenne. Splamił jej dobre imię i niemal zrujnował karierę. A wcześniej śmiał z nią flirtować.

Nagle postawił jej wyssane z palca zarzuty i z dnia na dzień wyrzucił ją z pracy. Straciła przez niego swoje pierwsze mieszkanie.

A teraz, kiedy wreszcie wyszła na prostą, chce jej odebrać marzenia o własnym domu. Zacisnęła zęby ze złości. Podjęła decyzję, zanim zdążył wyjaśnić, o co mu chodzi. Nawet gdyby to była dla niego sprawa życia i śmierci, nie kiwnęłaby palcem.

– Nie jest na sprzedaż – odparła, po czym weszła do przyczepy i z hukiem zatrzasnęła drzwi.

Zdjęła płaszcz i rzuciła go na kanapę. Usłyszała, jak się otwierają drzwi. Odwróciła się i zobaczyła, jak ten drań wchodzi do jej kuchni. Ściągnął płaszcz i czapkę.

Na tle zgniłozielonej koszuli jego oczy zdawały się intensywnie zielone jeszcze bardziej, niż pamiętała.

Bez marynarki i z rozczochraną od czapki fryzurą nie przypominał wymuskanego biznesmena władającego wielką korporacją z ostatniego piętra szklanego biurowca. Mimo to biła od niego siła i zdecydowanie. Zapomniała już, że był tak wysoki i dobrze zbudowany. Miała wrażenie, że zajmował całą przestrzeń przyczepy, że zużył całe powietrze.

Zrobiło jej się dziwnie gorąco i niewygodnie w przytulnym wnętrzu ukochanej przyczepy.

Za to też go nie cierpiała.

Bez wahania znów chwyciła strzelbę i wycelowała w niego. Broń była nabita ekologicznymi pociskami z gumy. Zabierała ją z sobą do kompostownika, bo gumowy śrut skutecznie odstraszał myszkujące zwierzęta, nie czyniąc im poważnej szkody. Miała nadzieję, że tak samo podziała na Wade’a Mitchella.

– Wyjdź stąd. Wydałam sporo pieniędzy na remont mojego domu i nie mam zamiaru zabrudzić go twoją krwią.

W oczach Wade’a błysnął strach, ale szybko posłał jej uśmiech, od którego czerwieniały jej policzki i miękły kolana. Pamiętała to uczucie. Zawsze ją dopadało, kiedy mijali się w korytarzu, a on pozdrawiał ją krótkim „dzień dobry”. Była świeżo po dyplomie i z podziwem patrzyła na dwóch młodych profesjonalistów zarządzających prężną firmą deweloperską.

Alex Stanton był typowym playboyem, ale ją bardziej pociągał gniewny i poważny Wade. Przez ten uwodzicielski uśmiech i dumne arystokratyczne rysy zawsze dostawał to, czego chciał.

Obawiała się, że jeśli nie będzie się mieć na baczności, po raz kolejny padnie jego ofiarą. Takim jak on nie można ufać.

– Panno Sullivan, możemy na chwilę zapomnieć o groźbach i spokojnie porozmawiać?

– Nie mamy o czym rozmawiać. – Tori trzymała w jednej ręce broń, a drugą zdjęła czapkę i szalik. Było jej gorąco, ale na pewno nie z powodu nowego systemu grzewczego w przyczepie.

To przez jej libido, do tej pory tłamszone, a teraz rozbuchane na widok Wade’a. Nie mogła znieść myśli, że jej serce wciąż bije dla faceta, który ją zdradził i wyrzucił z roboty.

– To nieładnie wchodzić bez zaproszenia. Zasłużyłeś na kulkę.

– Przepraszam – położył płaszcz na ławie przy stole – ale mam bardzo ważną sprawę.

No jasne, nie inaczej. Na pewno kupił te czterdzieści akrów ziemi sąsiadującej z jej działką i jeszcze potrzebuje jej dziesięciu do jednego ze swoich śmiesznych projektów deweloperskich. Pewnie za wzgórzem już stoi armia koparek i buldożerów gotowych do pracy. Wystarczy tylko, że ona podpisze papierek.

Ale tak się nie stanie. Od dawna planowała zakup tej ziemi. Tu mieszkali jej przodkowie. Tu chciała wybudować dom swoich marzeń.

Miała kilka miesięcy wolnego przed kolejnym zleceniem. Oszczędziła trochę gotówki. Nie ma mowy, ten człowiek nie dostanie tej ziemi.

– Zawsze zdobywasz to, czego chcesz. Niestety, nie tym razem, Mitchell.

W elektrycznym czajniku zabulgotała woda. Tori włączyła go tuż przed wyjściem do kompostownika. Teraz buchała z niego para na znak, że czas zaparzyć herbatę i uraczyć nią nieproszonego gościa.

Wade już siedział przy stole i patrzył na nią wyczekująco.

Westchnęła i niechętnie odłożyła broń.

– Mogę zapytać, ile zapłaciłaś za parcelę?

– Nie możesz, ale to nie jest tajna informacja. Nie wątpię, że twoja ulubiona asystentka, której akurat nie wywaliłeś z pracy, do niej dotrze.

Z bambusowej szafki nad zlewem wyjęła dwie filiżanki i wlała do nich wodę z czajnika. Do dwóch drucianych koszyczków wsypała liście herbaty i zanurzyła je we wrzątku.

– Pewnie jakieś sto dwadzieścia pięć tysięcy. Ta działka jest nieuzbrojona.

Nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem. Nie zdziwiło jej, że jako ekspert od nieruchomości pomylił się zaledwie o kilka tysięcy.

– Do czego zmierzasz?

– Zapłacę podwójną cenę.

Z jej ręki wyśliznął się słoik naturalnego miodu i potoczył po podłodze. Na szczęście się nie zbił.

Schyliła się, by go podnieść, ale Wade ją ubiegł i podał jej nienaruszone naczynie. Tori patrzyła w oczy Wade’a.

Byli zaledwie kilkanaście centymetrów od siebie. Poczuła znajomy ucisk w żołądku, przed którym tak się broniła. Wyjęła słoik z ręki gościa, niechcący muskając jego palce. Przebiegł ją dreszcz.

Szybko odzyskała panowanie nad sobą, wyjęła z filiżanek druciane koszyczki, dodała po łyżeczce miodu i usiadła po drugiej stronie stołu.

– To śmieszne – mruknęła.

W duchu jednak przyznawała, że śmieszna była nie tylko cena, jaką jej proponował, ale i jej reakcja na niego. Pod żadnym pozorem nie wolno jej ulec jego intratnym propozycjom ani tym bardziej zniewalającemu spojrzeniu.

– Mówię serio.

– Ukrywasz coś – zarzuciła mu. – Zawsze skupowałeś tanie nieruchomości, na których potem zarabiałeś krocie. Na tym polega twój interes. Nie zapłaciłbyś ani centa więcej niż zysk, jaki wyciągniesz z tego, co tu wybudujesz.

Wade spojrzał jej w oczy. Kosmyk brązowych włosów opadał na jego czoło, dodając mu chłopięcego uroku. Powinna się mieć na baczności.

– Nic nie będę budować. Tu nie chodzi o pieniądze.

Tori prychnęła ze złością.

– Akurat! Kto zostaje milionerem przed trzydziestką? Tylko ten, kto urodził się na pieniądzach albo dał się im omamić. Tak czy siak, zawsze chodzi o kasę.

Wade patrzył na nią przez chwilę, potem napił się herbaty i powiedział:

– Tu chodzi o rodzinę. Dla mnie rodzina jest ważniejsza od pieniędzy. Ta działka należała do moich rodziców. Sprzedali ją bez wiedzy mojej i mojego rodzeństwa. Gdybyśmy znali ich zamiary, nigdy byśmy do tego nie dopuścili. Przez całe życie ciężko pracowali na tę ziemię. Dorastaliśmy tutaj. Spędziliśmy dzieciństwo. Gdybyśmy wiedzieli, że mają problemy finansowe, nigdy nie doszłoby do tej transakcji.

Jego argumenty zrobiły na niej wrażenie. Przekonał ją jego szczery głos i smutne spojrzenie. Ale przecież to był ten sam facet, który jednego dnia pochwalił jej profesjonalizm i poświęcenie, a następnego ją zwolnił.

Ryan też wydawał się szczery, a później okazało się, że prawie każde słowo, jakie wypowiedział w ciągu ostatnich dwóch lat, było kłamstwem.

Rodzice Tori byli hippisami. Wychowali ją w naiwnym przekonaniu, że w życiu liczą się nowe doświadczenia, sztuka i dobra zabawa. Nie zaszczepili w niej ducha bezpardonowej rywalizacji ani nie nauczyli, że ludzie bywają bezwzględni.

Życie ją tego nauczyło. Wade ją tego nauczył. Przecież mu tłumaczyła, że była niewinna, ale pozostał głuchy na jej argumenty. Nie uwierzył jej.

Dlaczego więc ona miałaby mu uwierzyć?

Ludzie, od których kupiła ziemię – Molly i Ken – byli parą uroczych staruszków. Niemożliwe, by wydali na świat syna takiego jak Mitchell. Przecież nawet mieli inne nazwiska. Wade na pewno wszystko sobie zmyślił.

Bezczelnie założył, że jest zbyt naiwna, by przejrzeć jego intencje. Pewnie sobie wyobrażał, że oszaleje ze szczęścia, kiedy ujrzy go w drzwiach przyczepy albo gdy spojrzy w jego oszałamiająco zielone oczy. Albo zobaczy gruby plik banknotów.

Nie potrzebowała jego pieniędzy. Za działkę zapłaciła gotówką. Była jednym z najbardziej rozchwytywanych architektów w kraju. Zjeździła ze swą przyczepą całe Stany, projektując przyjazne dla środowiska budynki mieszkalne i użytkowe. Zrobiła kilka prestiżowych projektów w Seattle, Santa Fe i San Francisco.

Zapracowała na swoje nazwisko i teraz mogła się śmiać z jego oferty.

– A jeśli powiem, że odsprzedam działkę za pół miliona? – Była ciekawa, jak daleko jest gotów się posunąć.

Niemożliwe, by ta ziemia była warta aż tyle, chyba że kryje ropę, diamenty albo złoto. Wade Mitchell nie interesował się surowcami. Dla niego ziemia miała wartość tylko wtedy, gdy można było na niej postawić nieruchomość.

– Wyciągnę książeczkę czekową i złożę podpis w odpowiednim miejscu. – Nawet nie drgnęła mu powieka. – Poszukasz sobie ładniejszej działki i wszyscy będą zadowoleni. Zapewniam cię, że nie ma dla mnie nic ważniejszego niż rodzina.

Zależy mu na tym skrawku ziemi. Czterokrotna przebitka! To naprawdę świetna oferta.

Oferta szaleńca. A ona okaże się jeszcze większym szaleńcem, kiedy odmówi. Pół miliona to było naprawdę dużo. Wiedziałaby, co z tym zrobić.

Kupiłaby auto hybrydowe, nową działkę, wybudowała dom marzeń bez zaciągania kredytu. W duchu przyznawała, że gdyby teraz ktoś inny siedział z nią przy stole, wzięłaby te pieniądze bez wahania.

Niestety przed nią siedział Wade Mitchell. Nie sprzeda mu tej ziemi. Za żadną cenę.

Z przyjemnością patrzyła, jak wije się teraz ze złości. To będzie jej słodka zemsta. Ma facet pecha, że potrzebuje ziemi, która należy akurat do niej.

– Niezły jesteś – odezwała się po chwili milczenia.

Zamiast w jego piękną twarz wolała patrzeć w filiżankę. Nie zwiodą jej ani jego hipnotyzujące oczy, ani wyciskająca łzy historyjka. Już raz w tym roku dała się złapać w podobną pułapkę. O jeden raz za dużo.

– Długo trenowałeś tę gadkę czy wymyśliłeś ją na poczekaniu?

– Chodzi ci o to, że wieki temu zwolniłem cię z pracy? – zapytał z pogardą.

Poczuła się urażona. Od tylu lat nosiła w sercu żal. Nawet ona widziała, że to żałosne.

– Nie odpuszczam tak łatwo, zwłaszcza kiedy w grę wchodzi moje dobre imię.

– Nie martwiłaś się o swoje dobre imię, kiedy się przespałaś z tym kontrahentem, narażając na straty firmę.

– Z nikim się nie przespałam. Nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy, o które mnie oskarżałeś. Mówiłam ci przecież. I nic się w tej sprawie nie zmieniło.

– To były poważne zarzuty i tak też musiałem je potraktować. Zrobiłem to, co było konieczne.

– Ja też robię to, co muszę. Ta ziemia należy do mnie i tak pozostanie. Moje uczucia nie mają tu nic do rzeczy. Ani moja opinia na twój temat.

– Tu nie chodzi o mnie ani o ciebie i twoją urażoną dumę, ale o Edenów i dzieło ich życia. Chcę oddać to, co im się słusznie należy.

– Co mnie się słusznie należy. – Spojrzała na niego lodowato. – Dwa miesiące temu podpisałam akt własności u notariusza. Nikomu nie przystawiałam pistoletu do głowy.

– Wcale bym się nie zdziwił, gdyby tak było. – Zerknął na strzelbę leżącą na szafce.

– Zapłaciłam tyle, ile chcieli i pokryłam wszystkie koszty związane ze sprzedażą. Nikogo nie oszukałam. Nie wiem, czy rzeczywiście jesteś ich synem, ale jeśli tak, to wyrodnym. Słyszałam o zawale Kena i rachunkach za szpital. Gdzie byłeś w tym czasie? Na Manhattanie? Liczyłeś, ile jeszcze możesz zarobić?

– Myślisz, że jestem z tego dumny? – Spojrzał na nią ze złością, którą już raz, wiele lat temu, widziała. – Naprawię to.

Tori wstała od stołu.

– Znajdź sobie inny sposób na uspokojenie sumienia. Wyślij ich w rejs statkiem czy coś w tym guście, bo mnie nie zastraszysz. Nie sprzedam działki. To moje ostatnie słowo. A teraz wyjdź, proszę.

Wade wstał. Głową niemal dotykał sufitu. Postąpił krok w jej stronę. Stali teraz bardzo blisko. Jego postawna sylwetka ją onieśmielała.

Pomyślała, że łatwiej było nim gardzić na dystans. Pochylił lekko głowę, wpatrując się w nią intensywnie i z namysłem. Kolana miała jak z waty. Jego ciepły zapach, mieszanka korzennych perfum i słonawej skóry, uparcie wbijał się w jej nozdrza.

Niemal intymna bliskość mężczyzny rozpraszała ją. Nie wytrzymała i się cofnęła, opierając o kuchenny blat.

– To jeszcze nie koniec – wycedził.

Potem chwycił płaszcz i wyszedł na mróz.

Tytuł oryginału: Undeniable Demands

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2013

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2013 by Andrea Laurence

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2015

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-1593-0

GR – 1081

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com