Głupie robaki i inne takie Polski - Maruszczak Marek - ebook + audiobook + książka

Głupie robaki i inne takie Polski ebook

Maruszczak Marek

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Na stronach tej książki znieważono ponad 100 stworzeń, które mają za dużo nóg, za dużo oczu i zdecydowanie zbyt wiele tupetu. To lektura dla każdego, kto kiedykolwiek zastanawiał się, co mu chrupie pod butem albo co go tak gryzie w człowieka. Przy każdym z opisanych stworzeń zamieszczono informację, czy może was użreć, czy też zadowoli się liźnięciem w piętę.

Znajdziecie tutaj odpowiedzi na pytania, które zadają sobie jedynie entomolodzy i pacjenci oddziałów zamkniętych (z góry przepraszam za pleonazmy).

●Dlaczego pszczoły twerkują?

●Jak przygotować pożywną zupę z chrabąszczy majowych?

●Który pająk oddycha tyłkiem i czyha na was pod wodą?

●Kto w świecie przyrody jest prawie niezniszczalny i dlaczego to Robert Makłowicz?

●I wreszcie: czy szczypawica naprawdę planuje zrobić wam trepanację czaszki przez ucho?

Jeżeli powyższe tematy wzbudziły waszą ciekawość, to witam w klubie ludzi z robaczywymi myślami. Moje kondolencje. To nieuleczalne. I zaraźliwe drogą książkową.

W środku czekają ilustracje i opisy całej masy cudownie wrednego drobiazgu. Są też porady. Na przykład: jak uzbroić się na wyprawę do ogrodu, żeby nie wrócić z niej jako bufet dla komarów i kleszczy, i jak zaobserwować to i owo bez zgniatania kogo popadnie.

Dowiecie się również, dlaczego śnią wam się pszczoły, i nauczycie się odróżniać robala od owada (bo naukowcy są złośliwi i to nie to samo).

Ostrzegam jednak lojalnie: po lekturze już nigdy nie spojrzycie na łąkę tak samo. Zamiast kwiatków zobaczycie pole bitwy, dewiacji i bezwzględnej walki o przetrwanie. Wchodzicie tu na własną odpowiedzialność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 271

Data ważności licencji: 5/6/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Marek Maruszczak

Projekt okładki

Katarzyna Bućko @booka.kasia.bucko

Ilustracje w książce

© Nastia Juriewicz

Redaktorka inicjująca

Eliza Kasprzak-Kozikowska

Redaktorka prowadząca

Agnieszka Narębska

Konsultacja merytoryczna

dr hab. Wojciech Maciejowski

Konsultacja merytoryczna ilustracji

Dorota Zatorska

Redakcja

Magdalena Świerczek-Gryboś

Adiustacja

Jędrzej Szulga

Korekta

Magdalena Wołoszyn-Cępa, Katarzyna Homoncik-Gajda

Opieka redakcyjna

Natalia Hipnarowicz-Kostyrka

Opieka promocyjna

Paulina Sidyk

ISBN 978-83-8427-725-6

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Książkę tę dedykuję robalom maści wszelakiej. Byłyście moimi pokemonami, zanim pokemony stały się moimi pokemonami.

No i rodzinie – gdybyście tylko wiedzieli, co ja wam do domu znosiłem w dzieciństwie.

Wstęp

Małe, ale wredne – to uniwersalny komentarz względem świata mikrych stworzeń, które mogą człowieka użreć tak, że od razu zaboli, i tym razem nie chodzi o dzieci w wieku przedszkolnym. Wiadomo, są inne stwory, które gryzą nawet gorzej, i to od wewnątrz, ale przynajmniej mają dość przyzwoitości, żeby nam się nie pokazywać na oczy. Tymczasem robaki, owady, pajęczaki i inne wielonogie, strasznookie i piskogenne dzieci matki natury nie tylko da się zobaczyć. Niektóre z nich można również poczuć, kiedy w smrodliwy sposób dają nam do zrozumienia, że może byśmy tak poszukali sobie innego miejsca do bycia człowiekiem. Inne nie bawią się w perfumiarskie podchody, tylko od razu gryzą albo żądlą, z różnym skutkiem dla siebie i dla nas. Trzeba im jednak przyznać, że rzadko robią to niesprowokowane. Nie to co ludzie z lupami, siatkami i niezdrową ciekawością podwórkowego odkrywcy. To o was, bo ja się nie przyznaję. Jestem milczącym kronikarzem otaczającego mnie świata fauny i flory. No, ja akurat sporo gadam, ale reszta się zgadza.

Dlaczego w ogóle zawracać sobie gitarę czytaniem o stworzeniach, na które większość ludzi ledwo może patrzeć? Już odpowiadam. Na przykład po to, żeby lepiej poznać wroga. Albo przyjaciela. Albo po prostu dlatego, że jeśli już macie takie niezdrowe zainteresowania, to niestety nie jesteście jak większość ludzi. Wcale nie twierdzę, że to dobrze. Ale skoro znaleźliśmy się już w zainteresowaniowej dupie, to możemy się w niej równie dobrze rozgościć.

Raczej już wiadomo, że to nie będzie książka popularnonaukowa czy z rodzaju tych, które są dla wszystkich, jak zupa pomidorowa – z ryżem, bo z makaronem to się robi rosół. Trzymacie w rękach całkowicie niepoważny poradnik obserwacji owadów oraz przyległości, z którego przy odrobinie gimnastyki i niezbyt zdrowego poczucia humoru da się wyłuskać informacje na temat otaczającego nas mikroświata.

Świadomy obserwator

Kim właściwie jest tytułowy świadomy obserwator, do ciężkiej muchówki? Oberwało mi się już w przeszłości za użycie tego terminu, bo wiadomo, że jak ktoś pisze, że obserwator jest świadomy, to ma na myśli ludzi, którzy bardzo ostrożnie, metodycznie i z naukową dokładnością umieścili sobie kij od szczotki między… innymi. Ja to widzę trochę inaczej. Częściowo dlatego, że mam wadę wzroku, ale wszyscy dźwigamy jakiś krzyż. Na przykład krzyżak na zadku, ale do tego wrócimy później. Według mnie świadomy obserwator to ktoś, kto zdaje sobie sprawę z jasnych i ciemnych stron świata przyrody i tego, że sam do niego należy. Na facebookowej stronie Zwierzęta są głupie i rośliny też nie piszę co prawda o ludziach, ale głównie dlatego, że leżącego się nie kopie. Jeżeli więc, drodzy czytelnicy, macie dystans do swoich zainteresowań, a najlepiej również do zdrowych zmysłów, ta książka prawdopodobnie powstała z myślą o was. Nie zaszkodzi też poczucie humoru jednocześnie jak z przedszkola i spod budki z piwem, co jest możliwe, chociaż źle widziane w świetle ustawy o wychowaniu w trzeźwości.

Jak korzystać z książki

Raczej nie w celu odganiania obiektów obserwacji opisanych w środku. Książka, którą trzymacie w ręku albo której słuchacie (różne są zboczenia), ma niekorzystny stosunek powierzchni do wagi i nie nadaje się do celów obronnych, przynajmniej nie przeciwko tak drobnemu przeciwnikowi.

Nie warto również zbyt poważnie podchodzić do opisanych tutaj treści. To nie poradnik naukowy. Można by się kłócić, czy jest popularno­naukowy, ale ja nie zamierzam, więc na potrzeby tego wstępu i ewentualnych roszczeń sądowych uznajmy, że nie jest. To po prostu całkiem spora porcja informacji, często obrzydliwych, czasami zabawnych, na temat jednych z najmniejszych stworzeń, które mają pecha dzielić z nami planetę, a czasami i łóżko. Chociaż w tym drugim przypadku, wierzcie lub nie, można akurat mówić o ich farcie, a naszej niedoli.

Bez zbędnego przedłużania przejdźmy do opisu treści, żeby na pewno nikt nie przegapił możliwości powołania się na klauzulę sumienia i odłożenia książki przed zbyt wnikliwą lekturą.

Wstęp

To mamy już za sobą. Teraz będzie tylko gorzej.

Jak obserwować

Znajdziecie tutaj garść porad na temat tego, jak zabrać się do obserwacji naszych braci prawie najmniejszych. Zastosowanie się do nich może, ale nie musi, zwiększyć szansę, że zobaczycie coś ciekawego. Pozwoli też zachować zdrowe zmysły oraz ciągłość skóry.

Kiedy obserwować

W sumie można zawsze, bo nawet jeżeli za oknem jest biało, to coś ciekawego i tak chowa się za którąś szafą. Jeżeli jednak chcecie zmaksymalizować swoje szanse na zobaczenie konkretnego owadziego drania, to tutaj znajdziecie parę wskazówek.

Wielka księga szpeju

Czasami człowiek jest zmuszony do obserwacji, jak go Panbuk stworzył, czyli w postaci naiwnej i z gołymi pośladkami. To nie znaczy jednak, że nie można się do tego lepiej przygotować. Po co narażać siebie na bąble i niewygodę, a obiekty obserwacji oraz sąsiadów na traumatyzujące widoki? Załóżcie gacie, buty i weźcie ze sobą parę gadżetów. W tym rozdziale dowiecie się jakich.

Habitat

W końcu dochodzimy do tego, co najlepsze, a w tym przypadku najgorsze, czyli do opisów konkretnych baśniowych stworów. Zanim jednak dowiecie się, co brzmi w trzcinie i dlaczego nie powinny tego słuchać osoby niepełnoletnie, pomarudzę trochę na temat środowiska naturalnego, w jakim występują bohaterowie tej książki.

Wyodrębniłem pięć habitatów – łąkę, ogród, dom, las i wodę – oraz jeden habitacik: człowieka. Każdy z nich jest okropny na swój unikalny sposób.

Co to za dziad?

To rozdział poświęcony temu, jak odróżnić owada od pajęczaka i czym, do diabła, są właściwie robaki.

Po co są

Wbrew pozorom robaki i inne takie nie są wyłącznie nam na złość ani nawet jerzykom na obiad. W tym rozdziale opisałem kilka ról, które odgrywają bohaterowie książki w środowisku naturalnym, ze szczególnym ukłonem w stronę zapylaczy, bez których zap*lania bylibyśmy w znacznie gorszej sytuacji, a może nie byłoby nas w ogóle.

Perpetuum robale – czyli cykle życia

Stworzenia opisane w tej książce nie chcą za bardzo rozmnażać się po niebożemu, czyli z zachowaniem całej masy zasad, sugestii i nakazów. Zamiast tego robią rzeczy dziwne sobie nawzajem i w malowniczy sposób, a zanim dorosną, przechodzą coś prawie tak złego jak bunt cztero­latka, tylko z uwzględnieniem serii zabójstw w najbliższym otoczeniu.

Co ty możesz zrobić dla…

Na usta samo ciśnie się, że najlepiej nic. Najlepiej byłoby zostawić środowisko w świętym spokoju, ale na to jest już trochę za późno. Jako gatunek, który stoi na szczycie łańcucha pokarmowego, albo raczej taśmociągu znikającego w naszych szeroko rozwartych paszczach oraz kieszeniach, możemy i powinniśmy zrobić trochę więcej. W tym rozdziale podałem kilka propozycji.

Repelenty

No dobra, pomimo nieco krytycznego (nie wiem, czy zauważyliście) podejścia do roli człowieka w środowisku naturalnym przyjmuję do wiadomości, że nie każdy lubi, jak mu mama natura robi transfuzję z człowieka do kleszcza i nie daj Boże z powrotem. W tym rozdziale wymieniam naturalne sposoby radzenia sobie z nadmierną uwagą ze strony przyrody.

Robale w kulturze

Czyli co i jak człowiek nawymyślał o robakach i innych takich w sferze – czasami bardzo – pozanaukowej. W tym rozdziale znalazło się nawet miejsce dla sennika, czyli krótkiej instrukcji obsługi marzeń sennych, w razie gdyby karaluchy spod poduchy znalazły do nich drogę.

Jak obserwować owady, robaki i inne takie?

Próby wyjaśnienia komuś, kto nie podziela tego samego robaloskrzywienia, po co obserwować owady, są jak tłumaczenie, dlaczego poniedziałek jest żółty, a liczba osiem niebieska. Dlatego od razu przejdziemy do instrukcji pod tytułem „Jak to robić, żeby nikt nie zauważył, a szczególnie same owady”.

Kształty, kolory i struktura stworzeń, które już za chwilę będziemy obserwowali, potrafią człowieka zaskoczyć. Bardzo często negatywnie, ale czasami obok strachu pojawia się również dziwna fascynacja. Na przykład tym, jak urodziwie włochaty jest skakun pod szkłem powiększającym albo jak hipnotyzujące oczy może mieć końska mucha. Żeby to wszystko zobaczyć, trzeba się jednak zbliżyć do tych małych diabląt na odpowiednią odległość, a to nie zawsze jest takie proste. Szczególnie jeżeli zależy nam na czystym zarówno obuwiu, jak i sumieniu.

Spiesz się powoli

– spokojnie, owady nam nigdzie nie uciekną. No dobra, może uciekną, ale nie daleko. Prawdopodobieństwo się zmniejsza, jeżeli nie odstawiamy im biegów przełajowych pod nosem. Owady są wrażliwe na drgania i nagłe zmiany w otoczeniu. Im spokoj­niejsi jesteśmy, tym większa szansa, że wezmą nas za wyjątkowo brzydkie drzewa.

Uważaj na wiatry

– owady są jak urząd skarbowy: potrafią wyczuć strach, podniecenie, a już szczególnie zalatywanie Old Spice’em na pół łąki. Dlatego w miarę możliwości należy nie śmierdzieć, a jeżeli naprawdę się nie da, to przynajmniej podchodzić do małych drani pod wiatr, jak myśliwy do rowerzysty.

Zwróć uwagę na to, co kombinują

– owady ciągle coś robią. Mogą na przykład odpoczywać, budować gniazdo, szukać kolegi albo go zżerać. Od tego, co robią, zależy, w jaki sposób powinno się do nich podchodzić.

Ogranicz odgłosy paszczowe i nie tylko

– cisza jest najlepszym przyjacielem entomologa, a często w ogóle jedynym. Owada można spłoszyć na tyle różnych sposobów, że nie trzeba do tego dodawać mamrotania pod nosem o tym, że kogoś coś szczypie w łydkę, łopatkę albo pomiędzy szynkami. Łazicie po chaszczach w poszukiwaniu owadów oraz robali. Jeżeli nic was nie gryzie, to prawdopodobnie robicie coś źle.

Kiedy obserwować?

Czas obserwacji owadów jest niezwykle ważny. Przede wszystkim należy się do tego zabrać, dopiero kiedy wyczerpiecie wszystkie inne możliwości spędzania wolnego czasu. Warto się również upewnić, że owad, na którego chcecie się gapić, w ogóle wychodzi na dwór o tej porze roku. Przy każdym indywiduum opisanym w tej książce znajduje się informacja, czy jest sens szukać go w danym miesiącu i miejscu. Zostawiłem też kilka zasad dotyczących pór dnia, których znajomość zmniejszy prawdopodobieństwo, że niepotrzebnie się nałazicie do­okoła przyrody.

Rano i wczesne popołudnie

– wiele owadów, takich jak pszczoły, motyle (dzienne) i ważki, przejawia największą aktywność, kiedy temperatura nie usiłuje ich zabić, a światło słoneczne sprzyja im lub ich jedzeniu, na przykład kwiatom albo innym owadom. Oczywiście istnieją też stworzenia nocne, jak ćmy albo niektóre pająki. Łażenie za robalami w nocy to jednak wyższa szkoła jazdy i nie polecam na początek, bo można sobie na przykład obić po ciemku szafkę o mały palec.

Ciepłe i słoneczne dni

– patrz punkt pierwszy. Kiedy jest zimno albo pochmurnie, wiele owadów siedzi w kryjówkach lub jest znacznie mniej ruchliwych, co stanowi rozsądne podejście do życia i ja na przykład to praktykuję.

Wieczór i noc

– no dobra. Doszło do tego, że zobaczyliście już wszystko, co się dało w dzień, i teraz szukacie nocnych wrażeń. W takim razie w teren warto się wybrać z lampą UV albo innym źródłem światła, które przyciągnie ćmy oraz chrząszcze i zmniejszy prawdopodobieństwo, że skończycie po kolana w bajorze.

Wiosna i lato

– to zdecydowanie najlepsze pory roku na obserwowanie owadów. Jesienią i zimą wiele gatunków hibernuje albo wychodzi tylko do żabki po fajki i zaraz znowu bunkruje się w norce. Ja tak właśnie robię, tylko zamiast fajek kupuję Jeżyki, bo nigdy nie byłem dostatecznie twardy, żeby popełniać samobójstwo na raty.

Wielka księga szpeju

Nie można być entomologiem bez kilku podstawowych elementów wyposażenia. To znaczy można, ale co to za przyjemność, kiedy ludzie nie widzą, jakie mamy porąbane hobby. Opiszę tutaj absolutne podstawy, pomijając takie luksusy jak ciepła bielizna albo drugie śniadanie. Cierpienie uszlachetnia, a wybierając życie obserwatora owadów, możecie liczyć co najmniej na tytuł Barona Bólu albo Lady Rozczarowanej Rodziny.

Lupa

– podstawowa sprawa, kiedy człowiek chce zobaczyć, co tam te skrzydlate, włochate albo inne ­-ate łobuzy chowają na powierzchni owada. Przy pomocy szkła powiększającego można dokładnie obejrzeć takie szczegóły budowy jak struktura skrzydeł, odnóży lub czułków. Lupa jest też stosunkowo łatwa do schowania w kieszeni, żeby mieć obie ręce wolne do odganiania się od tego, na co się przed chwilą gapiło. No i człowiek wygląda z nią jak Sherlock Holmes, który bada tajemnice krowiego placka.

Siatka lub czerpak entomologiczny

– łapanie owadów bez siatki jest jeszcze bardziej porąbane niż z siatką, bo po pierwsze, musielibyście mieć zręczność małpy na Tussipekcie, a po drugie, moglibyście zrobić krzywdę owadowi. Należy pamiętać, żeby zawsze po złapaniu i obejrzeniu uwalniać owada, i to w tym samym miejscu, z którego się go wzięło. Wyobraźcie sobie, że was ktoś by złapał w siatę, liczył wam segmenty, a na koniec odstawił na przykład w Radomiu.

Kilka słów o pracy z siatką:

wcale nie musicie widzieć tego, na co polujecie. Siatkę można wsadzić w krzaki albo w trawę i zacząć nią kręcić ósemki. Istnieje duża szansa, że kiedy skończycie, w środku będzie coś ciekawego. Wtedy trzeba ostrożnie skręcić siatkę w połowie długości, żeby zdobycz nie zwiała przedwcześnie.

Słoik z dziurkami

– trzymając owada w rękach, trudno go obserwować, bo paluchy zasłaniają. Można też w ten sposób skrzywdzić obiekt obserwacji albo przynajmniej upaćkać go czekoladą, którą przed chwilą zajadaliśmy smutki, bo nikt nie chciał z nami łazić po krzakach i szukać robali. Dlatego owada, robaka, pająka albo inne przerażające stworzenie można ostrożnie umieścić w słoiku, który, co ważne, ma dziurki w wieczku. Bez dziurek to nie pojemnik do obserwacji, tylko komora gazowa. Stworzenie, które trafi do słoika, najlepiej umieścić tam razem z elementami podłoża albo czegokolwiek, na czym siedziało, zanim padło ofiarą naszej ciekawości. To może być kawałek ziemi, gałązka, trochę mchu lub listek. Słowem wszystko, co pozwoli nam nie tycać zwierzątka gołą kończyną.

Fikuśny słoik z lupą

– w internecie można znaleźć specjalne słoiki z lupą wbudowaną w pokrywkę. Wszystko po to, żebyśmy dokładniej widzieli, jakie szkaradztwo wpadło w nasze ręce, a koszmary, które są naturalnym następstwem tych działań, były możliwie realistyczne.

Latarka UV lub czołówka

– światło UV przyciąga owady nocne nawet lepiej niż noga wystająca spod kołdry. Czołówka natomiast sprawi, że będziemy mieć wolne ręce, żeby się od nich odganiać, kiedy już zlecą się całą eskadrą, żeby postukać nam w lampkę.

Przewodnik entomologiczny

– to może być książka albo aplikacja. Ja raczej wybieram aplikację, bo istnieje ograniczona liczba latających, pełzających i wbiegających człowiekowi za kołnierz stworzeń, które da się nosić ze sobą w wersji drukowanej bez pomocy taczki. Niektóre aplikacje wykorzystują również sztuczną inteligencję do rozpoznania, na co właściwie patrzymy. Ogranicza to trochę satysfakcję z odszukiwania właściwego stwora na kartach książki, ale i zmniejsza ryzyko, że zaskoczy nas deszcz. Szukanie odpowiedniej aplikacji najłatwiej zacząć od wpisania w Google lub wyszukiwarkę sklepu Insect ID albo Insect app.

Zbroja antyowadzia

– czyli po prostu odzież ochronna. Jeżeli naprawdę musicie dotykać robali, to przydadzą wam się przede wszystkim rękawiczki, na przykład ogrodowe albo nitrylowe. Przy ich pomocy łatwiej wygrzebywać larwy z ziemi. Oczywiście robić tego nie warto, bo się człowiek spoci i zakurzy, ale coś mi mówi, że i tak nikogo nie przekonam. Dobrze pomyśleć również o kapeluszu z moskitierą, żeby nas komar nie użarł w czubek nosa, tylko normalnie w gołą kostkę, jak innych ludzi. Poza tym długie spodnie, solidne, nieprzemakalne buty i wysokie skarpetki, żeby was robale nie skolonizowały.

Habitat – co to, kurde, jest?

Habitat to fikuśne określenie na zarośniętą dziurę w ziemi albo bajoro, w którym akurat jakieś stworzenie moczy cztery litery. To miejsce, w którym zwierzęta żyją, modlą się, jedzą i przede wszystkim s*ają. Bo cały otaczający nas świat to jedna wielka toaleta dla rozmaitych dzieci mamy natury i chociaż problemem może wydawać się już samo wdepnięcie w taki habitat, to prawdziwe kłopoty zaczynają się, kiedy defekacja się kończy. Zauważyliście, jak mało kup jest na wybetonowanych placach pośrodku miasta? Niektórzy, tak jak w Krakowie, jakoś sobie z tym radzą, ściągając na starówkę konie i turystów z Anglii. W większości przypadków brak nawozu oznacza jednak, że dane miejsce nie nadaje się do życia, tylko ludzie nie zdążyli tego jeszcze zauważyć.

Habitat to też konkretny adres w wielkim katalogu natury. Tylko zamiast Wilczej 16 mamy dół pod kłodą obok krzuna numer osiem. Każdy habitat ma swoje wady oraz zalety, chociaż głównie wady. Ogród może wydawać się owadzim rajem, dopóki nie spotka się babci ze sprayem na komary, który podejrzanie przypomina rzeczy, jakie Amerykanie zrzucali na Wietnam w sześćdziesiątym dziewiątym.

Niektóre zwierzęta mają ścisły związek z jednym habitatem i są jak ten gość, który całe życie mieszka z mamą, bo boi się opuścić dom rodzinny (trochę zazdro). A inne? Hulaj dusza, Warszawy nie ma – byle było co żreć i gdzie… się nie podetrzeć, bo zwierzęta tego nie robią. Weźmy takiego kleszcza, podłego krwiopijcę, zakałę świata przyrody. Może mieszkać w lesie, na łące, w ogrodzie lub w parlamencie.

Generalnie habitat to po prostu miejsce, które dane stworzenie nazywa domem, dopóki jakiś większy skurczybyk nie zdecyduje, że to piękna lokalizacja na osiedle deweloperskie. Ale nawet wtedy jeden habitat zamienia się w inny. A teraz przejdźmy do konkretów, bo las, łąka i dom to zupełnie inne dzielnice tego wielkiego, pełnego kupy świata.

Łąka – jadłodajnia dla seryjnych morderców oraz miejsce zbrodni

Łąka to absolutnie najgorsze miejsce, w którym człowiek mógłby się znaleźć. Zacznijmy od tego, że jest jednym wielkim szwedzkim stołem dla każdego, kto ma więcej nóg niż rozumu. Rosną na niej jakieś dziwne kolorowe wiechcie na zielonych badylach, które pachną jak rozcieńczona woda kolońska. A jak się człowiek pochyli, żeby porządnie się sztachnąć, to go znienacka atakuje jakiś zapylacz. Wszędzie dookoła mrówki prowadzą działania wojenne, chyba że akurat dokonują wiwisekcji na jakiejś gąsienicy. Na naszych oczach motyle uprawiają nierząd i nie każcie mi nawet mówić, co robią szczerkliny piaskowe.

Pierdolot

bąk bydlęcy

Zawsze kiedy człowiekowi się wydaje, że nie, nie może istnieć już nic bardziej obrzydliwego, to natura mówi: „Potrzymaj mi piwo”, i robi na przykład bąka bydlęcego. Bąk wygląda jak mucha, tylko bardziej, i w dodatku może człowieka uciąć tam, gdzie boli. I to dosłownie, bo jego aparat gębowy jest typu tnąco­-liżącego. Bandzior najpierw nacina skórę, a potem zlizuje to, co spod niej wypływa. Tak przynajmniej robi samica, bo samiec jest jaroszem i żywi się sokami roślin.

Bąka można spotkać w niemal całej Europie, Azji oraz Afryce, gdzie zajmuje się głównie byciem uciążliwym dla bydła. To z jego powodu krowy mają kitki na ogonie, a konie muchy w nosie.

Bąk bydlęcy najbardziej lubi tereny otwarte, które obfitują w duże zwierzęta. Raczej nie przepada za lasami, ale jak znam swoje szczęście, to dla mnie zrobiłby wyjątek. Ma krępą budowę, jakby chodził na muszą siłownię, jest całkiem spory jak na owada, a na głowie ma jedną parę opalizujących zielonych oczu. Podejrzewam, że to o nich śpiewał Zenek.

W dzieciństwie bąk potrzebuje dużo wilgoci. Mama bąk składa jaja na roślinności wodnej. Z jaj wylęgają się larwy, które rozwijają się w mule i trwają w tym stadium nawet przez dwa lata. W tym czasie polują na inne owady, jakby samo bycie bąkiem nie było wystarczająco niesympatyczne. Pod koniec tego etapu życia larwy zagrzebują się w ziemi. To tam dochodzi do zbączenia, czyli przeobrażenia się w formę dorosłą.

Na dorosłego bąka naciąć można się pomiędzy majem a sierpniem, ale tylko w ciągu dnia, no bo bez przesady.

Komary to miękkie faje.

Bąk bydlęcy (Tabanus bovinus)

Wymiary: 20–25 mm, czyli czołg wśród muchówek.

Długość życia: dorosły – kilka tygodni, larwa – rok lub dwa lata.

Dostępność: od wiosny do jesieni.

Występowanie: łąki, pastwiska, lasy, okolice zbiorników wodnych – generalnie wszędzie, gdzie jest coś do ugryzienia.

Czy może mnie użreć: tak, i zrobi to z pełnym zaangażowaniem.

Wyzwanie: ** – tam, gdzie łąki, tam i bąki.

Ić stont

chrabąszcz majowy

Chrabąszczyk, ach, chrabąszczyk. Trzycentymetrowy owad, który na sześć tygodni w roku jednoczy ogrodników, wrotkarzy i rowerzystów we wspólnej nienawiści do dźwięku nadlatującego bombowca. Zwykle chrabąszcza majowego nienawidzą tylko ogrodnicy, którym najpierw zżera rośliny od spodu, a potem bierze się za ich partie górne. Każdej wiosny przez półtora miesiąca trwa jednak chrabąszczowa rójka, podczas której niezliczone chmary włochatych chrabąszczy przemierzają polską przestrzeń powietrzną.

Większość życia chrabąszcze spędzają w podziemiu, jak partyzanci oraz Ślązacy. Mają wtedy postać różowo­-białych mięsistych glutków z trzema parami odnóży; fachowo nazywamy je pędrakami. Pędraki po wykluciu się z jajek siedzą pod ziemią na głębokości około 30 centymetrów i przez pierwszy rok życia żywią się wyłącznie próchnicą, ale nie taką, jaką straszyli nas kiedyś dorośli, a teraz człowiek żałuje, że się nie słuchał. Chodzi o martwą materię organiczną (z roślin i zwierząt).

W drugim roku pędraki zaczynają podgryzać korzenie zdrowych roślin, w trzecim przypada apogeum ich pędraczego obżarstwa, które kończy się przepoczwarzeniem, a w czwartym wychodzą na zewnątrz narobić hałasu. Jeżeli coś wam to przypomina, to słusznie, ale pędraków przynajmniej nie wybieraliśmy sami.

Dorosły chrabąszcz ma do 3,5 centymetra chrabąszcza i czułki jak radziecka stacja nadawcza. Ma też niestety otwór gębowy i tutaj pojawia się pytanie: czy chrabąszcz majowy może mnie ugryźć w pędraka? To uzasadniona obawa, ale spokojnie, o ile nie przypominacie drzewa, to nic wam nie grozi. Tylko pamiętajcie, że nie możecie wyglądać ani jak sosna, ani jak buk, nawet młody, bo chrabąszcz objada zarówno drzewa liściaste, jak i iglaki, najchętniej właśnie w waszym ogrodzie.

Metody zwalczania dorosłych chrabąszczy:

1. Cząchanie drzewem. Polega na rozłożeniu pod drzewem folii, płachty brezentu lub koca, który dostaliście od teściowej w prezencie świątecznym, a następnie energicznym, razporazowym potrząsaniu rośliną. Wycząchane chrabąszcze spadną z korony drzewa i można je zebrać jak ulęgałki, a potem wywieźć do jakiejś bardziej chrabąszczolubnej rodziny.

2. Bieganie w kółko, machanie rękami i krzyczenie piskliwym głosem: „Ić stont, łobuzie!”. Bardzo popularna metoda. Jej skuteczność jest, co prawda, taka jak naszego systemu oświaty, ale walory audiowizualne ma zdecydowanie większe.

Metody zwalczania chrabąszczowych pędraków, czyli po prostu pędraków:

1. Przekopanie działki szpadlem albo glebo­gryzarką. Można też działkę zaorać i obsadzić gryką, bo zawiera taniny, które szkodzą pędrakom. Potem można wyjechać w Bieszczady i zastanowić się, kto doradził nam kupno działki oraz czy średnio 10 lat odsiadki to naprawdę tak dużo za okazanie mu należytej wdzięczności.

2. Broń biologiczna – i wcale nie chodzi o zatrudnienie stada kretów do pomocy. Krety w dzisiejszych czasach są drogie w utrzymaniu i słuchają głośnej muzyki w środkach komunikacji masowej. A nie, to kretyni. Miejsce występowania pędraków można natomiast spryskać specjalnymi nicieniami. Nie mam pojęcia, czy to działa, czy jest zdrowe i czy nicienie nie zawiążą potem związków zawodowych, ale do tej pory sądziłem, że w nicienie inwestowały tylko celebrytki, zanim odkryły Ozempic, więc zamieszczam to jako ciekawostkę.

No i na koniec ukoronowanie tekstu o ić stontach, czyli przepis na zupę z chrabąszczy majowych. Dobrze widzicie, naprawdę zamierzam wam to zrobić, i to jest prawdziwa zupa, a nie taka, którą sobie wymyśliłem. Była popularna głównie w Niemczech i we Francji. Może tam mają smaczniejsze chrabąszcze.

1. Najsampierw chrabąszcze pozbawiamy skrzydeł, nóżek, a siebie godności.

2. Następnie podsmażamy drani na maśle, a potem gotujemy w rosole cielęcym lub kurzym.

3. Później chwila przerwy, bierzemy z szafki największą miskę i zwracamy do niej śniadanie.

4. Teraz przecedzamy zupę i pijemy jak bulion albo zagęszczamy ją zasmażką i żółtkiem.

5. Znowu akcja z miską, tylko niech wam ktoś przytrzyma włosy.

6. Na porcję dla jednej osoby potrzeba 30 chrabąszczy. Potrawa ma przyjemny zapach i brązową barwę przypominającą kolor pokryw skrzydłowych chrabąszcza.

7. Do zupy można dodać plastry wątróbki albo pierś z gołębia, bo wiadomo, bez piersi gołębia to się nie najesz.

No daj buzi!

Chrabąszcz majowy(Melolontha melolontha)

Wymiary: 20–36 mm, czyli solidny kawałek chrząszcza.

Długość życia: dorosły – kilka tygodni, larwa – nawet 4 lata pod ziemią.

Dostępność: dorosłe chrząszcze pojawiają się w maju (niespodzianka!), larwy siedzą w podziemiu.

Występowanie: lasy, sady, łąki, pola, a czasami wasz pokój, jeżeli zostawiliście otwarte okno.

Czy może mnie użreć: nie, ale larwy mogą dziabnąć cię w korzeń ulubionej roślinki.

Wyzwanie: ** – łatwy do zauważenia, bo lata jak pijany i hałasuje w sumie też jak pijany.

Mucha nie­-nie

giez bydlęcy

Jeżeli bąk bydlęcy jest paskudnym bydlakiem, to giez zasługuje na sąd wojenny. Na charakterystyczny dźwięk, z jakim giez bzyczy, bydło ucieka jak oparzone. Ten paniczny odwrót z pastwiska nazywa się gżdżeniem.

Jeżeli ktoś wam kiedyś powie, żebyście przestali się gździć, to nie będzie miał jednak na myśli waszej płochliwości. To słowo oznacza również nadmierny kontakt fizyczny. Przynajmniej z perspektywy osób postronnych. To zresztą błędna odmiana słowa gzić (a nie gździć). Dlatego zostawmy bydłu, co bydlęce, a ludziom to, co na delegacjach służbowych.

Nie ma co się dziwić krówkom, że dają nogę, kiedy słyszą gzie brzęczenie. Też bym uciekał, gdyby groziła mi gzawica, czyli banda pasażerów na gapę. Samica gza bydlęcego ma około 1,5 centymetra długości i wygląda jak podłużna, pręgowana pszczoło­-mucha z wielkimi ślepiami. Kiedy tylko zrobi się ciepło (powyżej 18 stopni Celsjusza), mama giez znajduje krowę albo byka i składa na nich jaja. Wybiera dolne, trudniejsze do obrony partie ciała, na przykład kończyny, wymię, podbrzusze lub boki.

Z jaj wykluwają się larwy, ale wcale nie zostają w miejscu urodzin, tylko wgryzają się w skórę i zaczynają wędrować w górę gospodarza. Najpierw docierają do kanału rdzeniowego, a potem do tkanki podskórnej na grzbiecie. Cała wycieczka trwa około sześciu miesięcy.

Istnieje sporo sposobów radzenia sobie z larwami. Na przykład iniekcje podskórne z iwermektyny. Problem w tym, że jeżeli zastosuje się je w złym momencie i larwy padną w rdzeniu kręgowym, to krowa może dostać na przykład paraliżu kończyn.

Później też jest uroczo. Kiedy larwa znajdzie się pod skórą, zaczyna wywoływać stan zapalny, a na grzbietach bydła pojawiają się guzy wielkości orzecha włos­kiego. Larwa wygryza w guzie malutką dziurkę i przez nią oddycha, żywiąc się jednocześnie efektami stanu zapalnego i liniejąc, aż będzie gotowa wyjść na zewnątrz. Kiedy już się wydostanie, spada na ziemię, gdzie zakopuje się i przeobraża w dorosłego gza bydlęcego.

Jeżeli coś wam ta historia przypomina, to słusznie, ale gzów w Polsce prawie już nie ma, a kariery polityczne nadal kwitną w najlepsze. Większość przypadków gzawicy w naszym kraju pochodzi podobno od zwierząt z importu. Przyczyna jest prozaiczna: mało który rolnik wypasa obecnie bydło na pastwisku. W stodołach gzy zdarzają się rzadko, a jeżeli larwa wypadnie na podłogę, to ginie z braku ziemi, w którą można się wkopać. Uprzedzając pytania: nie wiem, jak to przenieść do sfery publicznej, no i trochę szkoda krówek, że sobie nie biegają po trawie.

Mogę wpaść na śniadanie?

Giez bydlęcy (Hypoderma bovis)

Wymiary: 12–15 mm zbrodniarza wojennego.

Długość życia: dorosły – ledwie kilka dni, larwa – dobrych kilka miesięcy pod skórą pechowego gospodarza.

Dostępność: latem, kiedy krowy, konie i inne bydło (w tym człowiek) liczą na spokojny wypas.

Występowanie: pastwiska, łąki, stajnie, twoje koszmary.

Czy może mnie użreć: nie gryzie, ale jeżeli robicie „muu” albo „ihaha”, to larwy chętnie się do was wprowadzą.

Wyzwanie: *** – módlcie się, żeby nie zaszedł wam za skórę.

Gówniak

guniak czerwczyk

Nasz kraj ma własnych jeźdźców robako­kalipsy. Pierwszy to komar, niech mu zima ciężką będzie. Drugi to kleszcz, oby trafił przed trybunał stanu. Dwóch pozostałych, przyczajonych zwykle w cieniu bardziej znanych kumpli, późną wiosną przeżywa swoje pięć minut. Mowa o chrabąszczu majowym oraz guniaku czerwczyku. Pierwszego już obgadywaliśmy, teraz zajmiemy się jego równie przystojnym kuzynem.

Guniak czerwczyk od chrabąszcza majo­wego różni się tym, że szczyt jego aktywności wypada w czerwcu. Cóż za niespodzianka. Poza tym czułki guniaka nie mają grzebieni, lecz są obrzydliwe w bardziej tradycyjny sposób. Przypominają małe brązowe nóżki i składają się z dziewięciu członów z buławkami na końcu. Sam guniak jest jeszcze bardziej brązowy i włochaty od majowego kuzyna i wygląda jak Werther’s Original od babci, która ma za dużo kotów.

Gówniaki guniaka, czyli pędraki, wyglądają natomiast bardzo podobnie do chrabąszczowych, czyli tak jakby natura nienawidziła nas z głębi zielonego serduszka. Nie żeby nie miała powodów, ale jeżeli szukacie pretekstu do zrezygnowania z krewetek, to poszukajcie w sieci, jak wygląda taka larwa.

Pędraki guniaka siedzą pod ziemią na głębokości do 30 centymetrów i podgryzają korzenie roślin, szczególnie gustują w trawach. Dorosłe guniaki zjadają liście z drzew i korę młodych pędów, żrą igły z sosen i spijają sok z nadgryzionych roślin, czyli zachowują się z grubsza tak jak wegetarianie.

Guniaki latają niezgrabnie i w grupach, jak turyści z Anglii na weekend do Wrocławia. Tak jak oni mają tendencję do uciążliwego brzęczenia i wplątywania się kobietom we włosy. Guniak jest mniejszy od dwudziesto­-, trzydziestomilimetrowego majowego kuzyna i mierzy w porywach do 18 milimetrów. Brytyjczyków natomiast lepiej nie pytać o rozmiar chrabąszcza.

Tańcz, głupia, tańcz!

Guniak czerwczyk (Amphimallon solstitiale)

Wymiary: 14–18 mm.

Długość życia: kilka tygodni w postaci dorosłej, ale larwy mogą kisić się w glebie nawet 3 lata.

Dostępność: głównie w czerwcu i lipcu.

Występowanie: łąki, lasy, ogrody, okolice latarni.

Czy może mnie użreć: nie, ale może wlecieć wam prosto we włosy.

Wyzwanie: * – łatwy do zauważenia oraz usłyszenia.

Kałbojka

jusznica

Jusznica to potwór w muszej skórze z oczami, które tysiąc krów wyprawiły w pole. Poważnie, nie patrzcie jusznicy w oczy, bo możecie nie dostrzec, kiedy jej koleżanki zaczną was pożerać żywcem. Jusznica to muchówka z rodziny bąkowatych, co zobowiązuje. Głównie do bycia wstrętnym krwiopijcą. Jest stosunkowo mała, ma 8–12 milimetrów długości, a na przykład taki giez, z którym bywa mylona, jest prawie dwa razy dłuższy.

Jusznica nie jest również bąkiem, chociaż są ze sobą spokrewnieni. Ponownie najłatwiej je odróżnić po rozmiarze. Bąk bydlęcy też jest znacznie większy. Ciało jusznicy nie jest szczególnie interesujące. Ot, lekko włochata, ciemnobrązowa mucha z całkiem długimi czułkami. Za to oczy… Gałki oczne jusznicy wyglądają jak tęcza, którą zła wiedźma zamieniła w kałużę na stacji benzynowej. Może jest w tym jakaś sprawiedliwość, że piękne oczy nie idą w parze z równie zacnym charakterem. Nie mam jednak czasu dociekać, jaka konkretnie, bo muszę wypatrywać latających żyletek.

Muchy końskie, jak również bywają nazywane jusznice, najchętniej atakują tuż przed burzą. Lubią, kiedy jest ciepło i wilgotno. Są przy tym wyjątkowo natarczywe i rzadko odpuszczają, jeżeli się ich na amen nie unieszkodliwi. Gustują na przykład w atakowaniu ludzi wychodzących z kąpieli. Poza ciepłem parujących ciał prawdopodobnie raduje je widok panikujących golasów.

Jest się czego bać, bo ugryzienie jusznicy boli, jakby człowiekowi fajkę na nodze gasili. Mucha ma aparat gębowy typu tnąco-ssącego. Oznacza to, że najpierw nacina sobie człowieka, a potem ssie go jak Tymbark jabłkowy z rurką. Nie, ona go rąbie mordą jak miniaturowy drwal z tatuażami na skrzydłach. Podobnie jak inne bąkowate nie znieczula ofiary. Miejsce ugryzienia boli i swędzi od początku do nawet kilkunastu dni po ataku. Jak was jusznica upitoli, to zatęsknicie za subtelną kłujką komara.

Z krwi ludzkiej lub innych zwierząt jusznica pozyskuje białko, które jest jej niezbędne do złożenia jajek. Robi to głównie na źdźbłach traw w jakiejś wilgotnej okolicy, ale co ciekawe, nie w bezpośrednim pobliżu zbiorników wodnych. Nie wiadomo dlaczego, może dla zmyłki. A może natura uznała, że nad stawem jest już wystarczająco dużo mikrostworzeń, które próbują nas pożreć, i trzeba coś zostawić również dla innych wilgotnych miejscówek. Larwy po wykluciu się wędrują do ziemi i żyją tam około roku. Dorosłe owady pojawiają się w maju i zostają z nami do jesieni. Lato to idealny czas, żeby w pełni doświadczyć sadyzmu matki natury.

Jak poradzić sobie z jusznicą? Można na przykład klaskać w sposób ofensywny. Można również zakrywać ciało ubraniem, ale jusznica potrafi przegryźć się nawet przez koszulę. Pomagają oczywiście różnego rodzaju repelenty. Z naturalnych podobno olejek z kocimiętki, co zostało nawet udowodnione w sposób naukowy. Mam nadzieję, że jusznice czytały ten artykuł w „Journal of Agricultural and Food Chemistry”, bo jak nie, to mamy przewalone.

Uwielbiam zapach mokrej d*py o poranku.

Jusznica deszczowa (Haematopota pluvialis)

Wymiary: 8–12 mm wredności.

Długość życia: kilka tygodni jako dorosły owad.

Dostępność: latem, bo wtedy jest największy dostęp do golasów.

Występowanie: łąki, bagna, lasy, wiejskie drogi i każde miejsce, gdzie ludzie mają krew i nie spodziewają się ataku.

Czy może mnie użreć: może. I zrobi to. Jusznica nie pyta, jusznica atakuje.

Wyzwanie: ** – łatwa do zauważenia i napojenia.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Wstęp

Świadomy obserwator

Jak korzystać z książki

Jak obserwować owady, robaki i inne takie?

Kiedy obserwować?

Wielka księga szpeju

Habitat – co to, kurde, jest?

Łąka – jadłodajnia dla seryjnych morderców oraz miejsce zbrodni

Pierdolot – bąk bydlęcy

Ić stont – chrabąszcz majowy

Mucha nie­-nie – giez bydlęcy

Gówniak – guniak czerwczyk

Kałbojka – jusznica

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji