Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Znakomity amerykański pisarz John Jakes, autor głośnych powieści "Północ-Południe" czy "Kronika rodziny Kentów", książką "Gdzie jest mój dom?" rozpoczął kolejny cykl opowieści o amerykańskim społeczeństwie.
Nowych bohaterów poznajemy w 1891 roku. Są to głównie niemieccy imigranci, przybywający do Ameryki na potężnej fali nadziei. Ameryka przez długi czas pozostawała symbolem nieograniczonych możliwości. Światem, w którym mogą spełnić się najbardziej ekstrawaganckie marzenia, magnesem przyciągającym wielu ludzi. Liczni osiągali sukces i zostawali obywatelami Ameryki. Niektórzy, rozczarowani, wracali do domu.
Główny bohater powieści, młody Niemiec Paul Kramer, przybywa do Ameryki na zaproszenie stryja, dociera do Chicago i tam rozpoczyna poszukiwanie swego miejsca na ziemi.
"Gdzie jest mój dom?" to wielowątkowa epopeja o wartkiej akcji, pełna emocjonujących scen i postaci, opowiadająca o wielkich namiętnościach i codziennym zwyczajnym życiu wielu imigrantów.
Cykl: Saga rodziny Crown, t. 2
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 907
Rok wydania: 1996
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
WYPOŻYCZALNIA DLA DOROSŁYCH
JOHN JAKES GDZIE JEST MÓJ DOM?
Tytuł oryginału: Homeland
copyright © 1993 by John Jakes
copyright © for the Polish edition by EM s.c.
ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Andrzej Wroński
REDAKCJA: Katarzyna Lasowska
KOREKTA: Anna Sidorek, Ewa Kwiatkowska,
SKŁAD: EM — Warszawa, tel. 635-25-20
DYSTRYBUCJA: EM — Warszawa, ul. Kolejowa 19/21 tel. 632-32-95 w 9
WYDAWNICTWO EM 00-170 Warszawa Al. Jana Pawła II 68
ISBN 83-86396-26-1
Druk i oprawa: Prasowe Zakłady Graficzne
Bydgoszcz, ul. Wojska Polskiego 1
CZĘŚĆ SZÓSTA
1895-1896
Fotografia jest cudownym odkryciem, nauką, która może przyciągnąć największych intelektualistów, sztuką, która może poruszyć najbardziej wnikliwe umysły — a jednocześnie może być praktykowana przez imbecyla.
...Tym, czego nie można się nauczyć, jest uczucie.
1856
Francuski fotograf Gaspard Félix Toumachon („Nadar”)
Nie wiem nic o waszych burmistrzach, ale Bóg opuścił tę część Chicago.
1897
Ewangelista Dwight L. Moody, w First Ward
— Będę cię uczył — powiedział tego pierwszego wieczora Wex Rooney. — Możesz tu spać. Podzielę się z tobą jedzeniem, ale będziesz musiał znaleźć pracę. Ja nie mogę zaproponować ci pracy za pieniądze. Ledwo starcza mi na życie.
— Zgoda — odparł Paul.
— I jeszcze jedno. Nie obchodzi mnie, jak cię nazywają; tutaj będziesz Frycem.
Leżał na wypchanym słomą materacu, pod starym kocem z niebieskiej wełny z nadrukiem: US Army. Podciągnął koc pod brodę. Na strychu było wilgotno i zimno. Nad świetlikiem za pędzącymi chmurami koloru dymu świecił księżyc w pełni. Wcześniej padało. Krople na szkle świetlika skrzyły się jak diamenty.
Fryc. Nienawidził tego przezwiska. Nie miało znaczenia wyjaśnienie, dlaczego nazywano Niemców frycami; Amerykanom łatwiej było wymówić słowo „fryc” niż „Niemiec”. Ale wybrał sobie „amerykańskie” imię, Paul, i nie chciał, by ktoś nadawał mu inne, nawet pan Wex Rooney. Jak go powstrzymać?
Pomyślał, że ze względu na dobroć Rooneya nie powinien naciskać zbyt mocno. Zaczynał tworzyć sobie nowe życie,’ może więc ścierpieć przez pewien czas to przezwisko. Poczeka, aż Wex zmęczy się nim albo zapomni.
Ostatecznie nowe życie było najważniejsze, a u Wexa Rooneya miał doskonałą okazję poznania tajników nowego, nowoczesnego zawodu, który mógł się sprawdzić w nadchodzącym nowym, nowoczesnym wieku.
Chciał nauczyć się wszystkiego, co tylko mógł przekazać mu Wex Rooney. Udowodni, że pełne goryczy poglądy Joego Juniora na temat Ameryki były fałszywe; przepowiednie piekarza z Wuppertal także. A kiedy Julie wróci z podróży, jakoś ją zdobędzie — nawet mimo sprzeciwu jej rodziców.
Żałował, że utracił rodzinę, w której było mu tak dobrze, ale musiał się z tym pogodzić. To prawda, Ameryka odebrała mu rodzinę, lecz musi pamiętać, że dała mu Julię.
Rano poprosił Wexa Rooneya o pinezkę i pozwolenie na przypięcie czegoś na ścianie na strychu. W pobliżu leżącego na podłodze siennika, w miejscu, które mógł widzieć od razu po przebudzeniu czy przed zaśnięciem, przypiął kartkę z widokiem portu Nowy Jork i Panią Wolnością, nadal kiwającą na niego.
Świątynia Fotografii Rooneya mieściła się w okręgu First Ward. Rooney powiedział, że okręg został powiększony w roku 1890 i obecnie sięgał od jeziora Michigan po południową odnogę rzeki Chicago i na południe od rzeki do ulicy Dwudziestej Dziewiątej; Trzydziesta Pierwsza Ulica ograniczała jej najbardziej wysuniętą na południe część.
W tej olbrzymiej dzielnicy mieściła się większość miejskich biur, najświetniejszych hoteli i wielkich domów towarowych, z drugiej zaś strony First Ward było siedzibą niebezpiecznych z^°^ei z^bójców, zdeprawowanych prostytutek i sutenerów, tu działało k naJwiększych w Ameryce polityków oszustów.
Na południe od Van Buren Street znajdowały się najgorsze c cagowskie dzielnice rozpusty, łącznie z Little Cheyenne, gdzie mi c się zakład Rooneya, i przewyższającym wszystkie inne Levee. . W1nęło się jako miejsce przeznaczenia poszukiwaczy mocnych wrażeń, e y burmistrz Harrison postanowił wyjść naprzeciw w826!^^^^™61110111 8°ści zwiedzających wystawę. Mimo że „nasz Carter ^?® qzamordowany, jego otwarte miasto pozostało nadal otwarte 1szuk|w .
Paul przemierzał Levee i inne dzielnice wm . pracy. Chodził ulicami w śniegu i plusze, w ^^^o szpiku kość’ ^OliCa i w szczypiącym wietrze, przeszywającym g° do obsku^ Czytał ogłoszenia i wspinał się po ciemnych scho zajęte ^iur oferujących nudną pracę, gdzie miejsca i tak __ powi*
— Mamy kryzys,Jeszcze nie doszliśmy lunek w L =« Wex. — 1 jest zima, a to zła pora. Nie widział® Mają
pozamykane okiennice, prawda? Nadejdzie wiosna, wtedy zostaną otwarte. Panowie zaczną spacerować wieczorami, szukając odpowiedniego towaru. Gdy więcej dziwek weźmie się do roboty, łatwiej będzie o posadę. Nie zniechęcaj się.
Ceny u Rooneya były niskie, ponieważ jego klientela składała się w większości z biedaków. Przychodzili nowożeńcy, którzy chcieli mieć ślubny portret, a brakowało im pieniędzy na zrobienie zdjęcia w lepszym zakładzie; rodzice, którzy chcieli mieć tanie fotografie dzieci, aby wysłać je krewnym w starym kraju. Wex kiepsko radził sobie z małymi dziećmi; wyzwalał w nich najgorsze instynkty. Dzieciaki absolutnie nie słuchały jego poleceń, wierciły się i brudziły kanapę palcami lepkimi od cukierków. W czasie jednej takiej ponurej sesji jakiś berbeć nagle zwymiotował na kanapę, podłogę i spodnie Wexa. Paul szybko zrozumiał, że talent starego fotografa, nawet po latach doświadczeń, nie zapewni mu życia na przyzwoitym poziomie. Rooney zawsze musiał wyskrobywać pieniądze na czynsz; zawsze naciskał swego podnąjemcę z pierwszego piętra, by płacił mu nieco wcześniej; zawsze był wplątany w jakieś komercyjne zamówienia.
Jednym z nich było powielanie wielkich fotografii atrakcyjnych młodych kobiet, które stawiano potem przed saloonami muzycznymi w dzielnicach rozpusty.
— Te spelunki mają raczej niewiele wspólnego z muzyką — wyjaśnił niechętnie Wex, gdy Paul zapytał o te zdjęcia. — Czasami znajdziesz tam pijanego profesora walącego w klawisze, ale na pewno zobaczysz kupę bab uszlachconych mianem kelnerek. Kelnerek, które obsługują frajerów pijących coś, co składa się głównie z zabarwionej wody. Dziewczyny — to określenie stosuje się do każdej kelnerki mającej mniej niż osiemdziesiąt pięć lat — pracują na procent. Twarze niektórych z nich przypominają zatrzymane zegary, jak to się mówi, i dlatego właściciele zwabiają klientów bardziej ponętnymi obliczami. Takimi jak te ze zdjęć. W tej partii dwie z pań są aktorkami z szacownych trup objazdowych. O pozostałych nic nie wiem; fotografowie wymieniają zdjęcia między sobą za przysługi, sprzęt i tak dalej.
— Mówi pan, że te kobiety nie pracują w saloonach, które wystawiają ich zdjęcia?
— Na nieszczęście to prawda.
— Panie Rooney, z całym szacunkiem, powiedział pan, że fotografia nie powinna kłamać.
— To nie zdjęcia kłamią, a właściciele! Ja jestem pośrodku. I nie lubię głodować. Teraz idź, muszę dostarczyć te odbitki do Hannegana przed szóstą.
Wex i Paul nie głodowali, ale przynoszone przez Wexa jedzenie było marne i skąpe. Zupy na kościach dobre ledwo dla psa; rzepa, pęczki łykowatej, twardej zieleniny. Chleb pochodził ze sklepów, przed którymi ustawiali się biedni, by za niższą cenę kupić pieczywo sprzed kilku dni.
W małym pokoju na tyłach, służącym jako jadalnia, Wex regularnie odkurzał zdjęcie swego syna. Paul spekulował na temat śmierci chłopczyka. Wex wspominał o godnym ubolewania wypadku; wypadku, za który ponosił winę. Nie mówił nic więcej, a Paul czuł, że nie powinien się dopytywać.
W styczniu, pod koniec drugiego tygodnia poszukiwań, znalazł pracę jako „człowiek kanapka”, noszący tablice reklamujące podrzędną kawiarnię. Stryj Joe nazywał takich ludzi mętami. Paul nie mógł być wybredny.
Właściciel kawiarni powiedział, że Paul musi krążyć po ulicach dziesięć godzin dziennie. Miał za to otrzymywać trzy centy, czyli mniej niż ćwierć dniówki u Crowna. Pierwszego dnia padał deszcz ze śniegiem. Paul miał tylko czapkę i szalik do ochrony przed niepogodą; gołe ręce grabiały mu z zimna. Ludzie siedzący w kawiarniach i przejeżdżających powozach nie zwracali na niego żadnej uwagi. Wieczorem, po powrocie do Świątyni, kichał i dygotał na całym ciele.
Wex zdenerwował się.
— Nie możesz tam pracować, wykończysz się.
— Mogę — upierał się Paul.
I pracował. Pod koniec każdego dnia musiał wracać dp kawiarni i oddawać tablice. Czwartego wieczora zastał właściciela rozmawiającego ze starszym mężczyzną, korpulentnym i biednie odzianym.
— To mój szwagier Solly, dzisiaj został wylany z roboty. Muszę mu pomóc. Masz, co ci jestem winien, i trochę ekstra.
Wstrząśnięty i rozgoryczony Paul zaniósł do domu swoje wspaniałe zarobki. Dziesięć centów.
Sędzia William Woods skazał Eugene’ea Debsa na sześć miesięcy za obrazę trybunału. W styczniu 1895 roku Debs zaczął odsiadywać wyrok w więzieniu okręgowym McHenry w Woodstock. Gazety donosiły, że z powodu przeludnienia więzienia Cook.
Paulowi było smutno, pan Debs . wywarł na nim bowiem wrażenie człowieka uczciwego. Żałował wszystkich, którzy odważnie stanęli na
barykadach przeciwko Pullmanowi.i stracili swoje domy, pracę, nawet życie. Dzięki pomocy waszyngtońskiego rządu koleje wygrały długi pojedynek.
Myśli o strajku przypomniały mu kuzyna Joego. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek się spotkają. Czasami miewał ponure przeczucie, że kuzyn nie żyje.
Znalazł drugą pracę — czyszczenie ubikacji i opróżnianie spluwaczek w gwarnej restauracji „Mosiężny Byk” na Van Buren. Kelnerzy, starsi ludzie w zatłuszczonych czarnych frakach, do każdego nowego czy słabego odnosili się z wrogością. Paul miał tu tylko jednego przyjaciela, baryłkowatego pomywacza w średnim wieku nazwiskiem Murmelstein. Kelnerzy nazywali go Błyszczącym Samem.
Pewnej nocy po zamknięciu restauracji kelner, który stale skarżył się na marne napiwki, rzucił się bez powodu na Sama i zaczął go bić. Przyłączyli się dwaj inni. Wepchnęli głowę Murmelsteina do wielkiej cynkowanej wanny z wodą do zmywania.
Właściciel i pozostali kelnerzy stanęli kołem, śmiejąc się i żartując. Murmelstein rozpaczliwie wymachiwał rękoma. Paul zrozumiał, że rzucenie się na tak wielu oprawców byłoby głupie, wbiegł do zaciemnionej sali, złapał mały, stolik i cisnął nim w wielką szklaną taflę okna.
Kelnerzy puścili Murmelsteina i pobiegli do jadalni. Właściciel zagnał Paula do kąta.
— Do diabła, czemuś to zrobił?
— Żebyście nie utopili Sama.
— Ty mały sukinsynu, nie anasz się na żartach? Spierdalaj stąd. Twoją wypłatę zatrzymam na pokrycie szkód.
Wex zaczął go uczyć. Lekcje odbywały się wieczorami, po powrocie Paula z wędrówek w poszukiwaniu praćy albo, gdy szczęście mu dopisało, z pracy. Nawet gdy padał ze zmęczenia, upierał się, że jest czujny, gotowy, pełen entuzjazmu.
— W latach pięćdziesiątych, w najwcześniejszych dniach istnienia fotografii — opowiadał Wex — francuski geniusz, który podpisywał swoje prace nazwiskiem Nadar, powiedział, że teorii fotografowania można nauczyć się w cią^u godziny, a podstawowych technik w jeden dzień. Tym, cz i. można się nauczyć, jest sztuka. Wnikliwa obserwacja
tematu i warunków. Kompozycja. Wyobraźnia. Mogę szybko przekazać ci to, co musisz wiedzieć od strony technicznej. Co do reszty, albo sam rozwiniesz potrzebne umiejętności, albo nie. Na ten temat mam już wyrobione zdanie.
— Jakie?
— W fotografii istnieje pewien termin, z którym będziesz się często spotykał. „Obraz utajony”, tworzony na powierzchni pokrytej światłoczułym materiałem, emulsją, kiedy jest ona wystawiona na działanie światła. Na tym etapie nie można go zobaczyć, ale on tam jest, gotów do ukazania się w procesie wywoływania. Znajduję — wyczuwam — taki utajony obraz w tobie. Masz bystre oko. Jesteś szybki. I co najważniejsze, już w czasie naszego pierwszego spotkania na wystawie zauważyłem twoje pragnienie nauczenia się wszystkiego o tej cudownej sztuce nowoczesnego wieku. W fotografii do rysowania nie jest potrzebna ręka. Rysuje się światłem, które posiada własną tajemniczą moc tworzenia obrazów, i swoim duchem twórczym. Oto obraz utajony. Talent. Moim zadaniem, wyzwaniem i radością będzie wywołanie tego obrazu, powołanie go do życia, by inni mogli go zobaczyć.
Odwrócił się powoli, by spojrzeć na pożółkłą fotografię ładnego dziecka z kręconymi włosami.
— Zrobię to dla ciebie, tak jak zrobiłbym dla niego.
Paul siedział cicho jak myszka. Po raz pierwszy w pełni zrozumiał dobroć i hojność Wexa. Uświadomił sobie rolę, jaką odgrywał w jego życiu. Od wielu dni odgrywał ją nieświadomie.
No cóż, będzie robił to nadal, z przyjemnością.
Noc po nocy Paul poznawał coraz więcej faktów, nazwisk, przypadków. Dowiedział się o Louisie Daguerre z Paryża, który udoskonalił najwcześniejszą technikę fotografowania i wywoływania zdjęć; od tej pory nosiła ona jego imię. O sir Johnie Herschelu, Angliku, który wymyślił terminy „fotografia”, „pozytyw” i „negatyw”. O Freiericku Skotcie, wynalazcy procesu zawieszania światłoczułych kryształów w mokrym kolodium na szklanych płytkach.
Wex wyjaśnił, że wszyscy terenowi operatorzy Brady’ego w czasie wojny secesyjnej posługiwali się techniką mokrej kliszy. Z tego powodu potrzebowali światłoszczelnego furgonu.
— Trzeba było pokrywać klisżę w furgonie, naświetlać ją, potem szybko wracać i poddawać ją natychmiastowej obróbce chemicznej.
Pierwsze suche klisze, jakie widziałem, sprowadzono z Liverpoolu około roku 1865, kryształy bromku srebra w suchej żelatynie. Do 1880, w znacznej mierze dzięki Eastmanowi, proces udoskonalono i mokre klisze wyszły z użycia.
Sprzęt również się zmieniał, mówił Wex, ilustrując słowa pokazem aparatu carte de visile z lat pięćdziesiątych.
— Można nim robić liczne zdjęcia na pojedynczej płycie. Wystarczy za pomocą tego uchwytu, o tak, zmieniać położenie kliszy. Ten aparat uprościł technikę — mógł go obsługiwać największy tępak. Wkrótce wszystkie osobistości chciały posiadać portret na carte — papierową odbitkę przyklejoną na tekturce przyciętej do standardowych wymiarów. Ludzie zbierali je milionami. Kartkomania, tak to nazywano.
Wex miał tysiące starych fotografii wszystkich typów. Na niektórych upozowani modele przedstawiali jakąś alegoryczną historię, jak w przypadku zdjęcia zatytułowanego „Dwa sposoby życia”. Po lewej stronie widnieli grzesznicy, po prawej nawróceni. Paul pomyślał, że grzesznicy figlujący z pulchnymi kobietami o obnażonych piersiach prezentują się zdecydowanie lepiej.
Niektóre tematy były sentymentalne. „Przemijanie” — według Wexa to zdjęcie w latach pięćdziesiątych cieszyło się dużą popularnością — przedstawiało eteryczną młodą kobietę umierającą w łożu, wokół którego skupiali się zasmuceni członkowie rodziny.
Wex przechowywał też niezliczone zakurzone kartony dagerotypów, spoczywających w wysłanych aksamitem i obitych skórą kasetkach; niektóre oprawione były w szybki z ręcznie malowanego szkła. Paula oszołomił widok tak wielu twarzy.
— Zna pan tych ludzi?
— Nikogo. Większość z nich, jak sądzę, nie żyje. Ale są tutaj, i to najważniejsze, nie rozumiesz? Dawno odeszli, lecz nadal są, ich wygląd, ich istota, ich chwila przetrwały. — Potrząsnął pudłem. — Tylko głupiec chciałby oglądać te zdjęcia i nazywać je ekscytującymi czy godnymi uwagi. Przedstawiają zwyczajnych ludzi, zapomnianych, jak ty i ja zostaniemy zapomniani pewnego dnia. Ale jest w nich idea, Frycu — uchwycona historia, zatrzymany czas, pokonana śmierć — i to jest ekscytujące. To jest znaczące. To jest cudem.
Pokazał Paulowi pudła pożółkłych widokówek.
— Nadal niektórzy mają fioła na ich punkcie.
— Tak, też je zbieram.
— Wraz z pewnym człowiekiem stworzyliśmy firmę zajmującą się ich produkcją. — Postukał w linię drobnego druku pod fotografią ślicznej orientalnej dziewczyny, stojącej z parasolką na tle kwitnącej wiśni. EXCELSIOR ART-PHOTO CO., CHICAGO. — Wynajmowaliśmy fotografów. Rozsyłaliśmy ich po całym świecie. Akropolis, Petersburg, Alpy, Australia. Ziemia Święta. Przez sześć lat interes kwitł.
— I co się stało?
Wex westchnął.
— Jestem zbyt ufny. Pilnowałem artystycznej strony interesu, a nie zwracałem uwagi na partnera i jego praktyki. Pewnego dnia wspólnik uciekł ze wszystkimi pieniędzmi, jakie mieliśmy w banku. Jestem przekonany, że mieszka z jakąś babką w Ameryce Południowej, ale nigdy nie stać mnie było na wynajęcie detektywów, którzy mogliby to sprawdzić.
Mimo takiej porażki Wex pozostał entuzjastą fotografii.
— Nowe soczewki, nowe przesłony, nowe emulsje, nowe papiery — ta dziedzina zmienia się z każdą minutą. Pan Eastman, producent suchych klisz z Rochester, zrewolucjonizował fotografię, gdy odkrył sposób nakładania emulsji na papier. Łebski gość ten Eastman. Myślisz, że zaprojektował kodaka, by sprzedawać więcej aparatów? Nie, proszę pana, do diabła z aparatami, praktycznie rozdaje je za darmo. Chce, by aparaty były używane. Zależy mu na sprzedawaniu klisz.
Lekcje i pokazy były ekscytujące i pomocne, ale niczego więcej nie mogły już nauczyć. Pewnej niedzieli w czasie lutowej odwilży Wex odkurzył czarny aparat i powiedział:
— Dość teorii, przechodzimy do praktyki. Przerwij na dzień czy dwa poszukiwanie pracy. Pogoda jest dobra, chcę więc, żebyś wyszedł na ulicę i trochę popstrykał.
Paul powiedział, że nie zna i nie rozumie tego słowa.
— Wywodzi się od polowania. Myśliwy szybko składa się do strzału i naciska spust, często nie będąc pewnym, czy trafrixv cek Tak samo jest z tym typem aparatu: nie ma sposobu, by widjj^48^ćp^widzi obiektyw. Celujesz, masz nadzieję — i pstryKäsz......"^
Zademonstrował,-sufijc w żartobliwym tańcu po podłodze^
— Pstryk, pstryk, pstryk! — Przestał tańczyć i wyciągnął kodaka. — Ten model ma dwa lata, ale robi doskonałe zdjęcia. Nikt nie dobija się do drzwi, by go kupić. Jest twój.
Paul wziął aparat w obie ręce. Uśmiech na jego twarzy, jasny jak sam poranek, sprawił, że Wex roześmiał się i z uczuciem zwichrzył mu włosy.
— Mój ty obiecujący uczniu.
Paul pstrykał po całym mieście. Przyniósł do domu zdjęcia tramwajów konnych (niewyraźne); pokryw włazów kanalizacji (prawie nie do poznania); wózków ulicznych sprzedawców (rozpoznawalne, ale zepsute przez pechową kompozycję). Zrobił sześć zdjęć siedziby Crownów z różnych pozycji po drugiej stronie Michigan Avenue.
Wex zniknął w ciemni, gdzie wywołał klisze i zrobił odbitki.
— Niewiele wyobraźni, ale technika w porządku — zawyrokował. Rozcinał wilgotne odbitki i rozwieszał na drucie, mocując drewnianymi klamerkami do bielizny. — Trudno zrobić dobre zdjęcie pojazdu znajdującego się w ruchu. To niemożliwe, gdy ma się tani obiektyw i przesłonę. Dlaczego zrobiłeś tyle zdjęć tego domu?
— Tam mieszkałem.
— Aha. — Wex podniósł następną odbitkę. — Te to prawdziwe nieszczęścia. Popatrz na tych dwóch ulicznych sprzedawców. Z powodu pozycji aparatu wydaje się, że słupy telefoniczne wyrastają im z głów. Gdzie ty miałeś oko? I koncentrację?
— Poprawię się — obiecał Paul, straszliwie przygnębiony.
— W porządku, ale jest jeszcze coś. Wybrane przez ciebie tematy —- mój Boże, jakie nudne! Ci sprzedawcy wyglądają jak zombi. Nie mógłbyś ożywić ich jakąś pogawędką? Spróbuj jeszcze raz. Przynieś mi coś, nad czym nie będę ziewał.
Paul wyszedł następnego dnia rano. Słońce wisiało wysoko na czystym niebie, hałdy brudnego śniegu topniały, woda pędziła rynsztokami z szumem, zapowiadając nadchodzącą wiosnę. Pogoda była iście majowa. Ruszył ku Clark Street, ale nagle zatrzymał się na widok trzech krzykliwie wymalowanych kobiet, które wygrzewały się w słońcu na schodach hotelu Wamplera. Rozpoznał najstarszą, klocowatą, 2 ustami w kształcie motyla. Miała na sobie kapcie i podniszczony satynowy szlafrok, odsłaniający głęboki kanion między piersiami. Paul Zbierał się na odwagę jedynie przez sekundę. Z uśmiechem ruszył w ich stronę.
— Halo, panienki, jak się macie?
Najmłodsza z dziwek była chuda, miała długi nos i pełne goryczy oczy. Dmuchnęła mu w twarz papierosowym dymem.
— Spadaj, gnojku. Nie biorę dzieci.
— Auu, Floss, miewałam klientów młodszych od niego — powiedziała druga dziewczyna o niewiarygodnie pospolitej urodzie, jednak obdarzona ślicznymi zielonymi oczyma. — Przynajmniej tak myślę. He masz lat?
— Osiemnaście. To znaczy, prawie.
— Dobra, przyjdź później, nie zaczynamy pracy przed czwartą czy piątą. Na miłość boską, przecież przez całą noc harujemy.
— Przepraszam — rzucił szybko Paul. — Nie jestem tu po... ach... w zwyczajnym celu. Chciałbym zrobić wam zdjęcie.
— Och, to jeden z tych aparatów do zdjęć, widziałam je w magazynie — powiedziała z zainteresowaniem pospolita.
Po raz pierwszy odezwała się ta z motylkiem.
— Widziałam cię gdzieś wcześniej, młody. Dla kogo pracujesz, dla glin?
— Nie, uczę się w zakładzie fotograficznym niedaleko stąd.
— Aaa, u Rooneya Puste Kieszenie — stwierdziła zgorzkniała.
— Tak, u pana Rooneya. Jestem jego uczniem.
— Au, daj mu spokój, Floss, on jest okay — powiedziała pospolita.
— Nie bądź taka pewna — upomniała ją Motylek. — Dlaczego ktoś ze szczyptą zdrowego rozsądku miałby chcieć nas fotografować?
Paulowi okazja wymykała się z rąk. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Zwrócił się do Motylka:
— Ja też panią poznałem, przyglądała się pani, jak na chodniku napadło na mnie czterech uliczników.
— Tak, teraz sobie przypominam. — Stała się mniej podejrzliwa.
Paul przywołał na twarz swój najcieplejszy uśmiech.
— Tamtego dnia miała pani dzięki mnie niezłe widowisko. Myślę, że jest mi pani winna zdjęcie.
Nawet ta rozgoryczona była rozbawiona.
— Czyż to nie śzczwany szczeniak?
— W porządku, czemu nie? — powiedziała Motylek, wzruszając ramionami i podnosząc masywne ciało ze stopnia. — Ustawcie się, moje panie, odstawimy młodemu naprawdę artystyczny numer.
Paul zaczął robić zdjęcia. Prostytutki wczuły się w rolę, przyjmowały przesadne pozy, podrywały głowy i kołysały się w biodrach, to skromnie
ściągając sukienki, to odsłaniając na mgnienie oka kolana i uda. Uliczny sprzedawca noży zatrzymał swój wózek i przyglądał się z zaciekawieniem, potem przystanął woźnica z browaru, konkurującego z Crownem. Kiedy Paul zrobił dwanaście zdjęć i podziękował kobietom, ta nieładna zawołała:
— Nie możesz teraz przestać, musimy przyprowadzić szefa.
I już po chwili Paul fotografował prostytutki w towarzystwie czerwononosego właściciela hotelu, potem z bladym, zgarbionym recepcjonistą, a później nawet z kucharzem, bezzębnym, steranym życiem Murzynem, który wyglądał co najmniej na dziewięćdziesiątkę. Paul zrobił kolejne piętnaście zdjęć, po czym powiedział, że już naprawdę musi iść.
— W porządku, młody, ale przynieś nam po zdjęciu — powiedziała Motylek.
— Przyniosę, obiecuję.
— Floss ma rację, jak na takiego szczyla jesteś okay. Zajrzyj kiedyś wieczorem, zabawimy się twoim siusiakiem. —Dała mu całusa, zostawiając na jego policzku szkarłatną plamę. Pozostałe dwie też go pocałowały. Rozgoryczona ścisnęła mu kroczę i wyszeptała: —Założę się, że dziewczyny lecą na ciebie, frycu.
Paul szybko ruszył w kierunku Świątyni, szczęśliwy, choć trochę przytłoczony tym wszystkim.
Wex przedstawił swój werdykt:
— Świetne, te są świetne. Za dużo światła; widzisz, jakie mają wybielone twarze? Ale z pewnością udało ci się wydobyć ekspresję z tych upadłych gołębic.
Po chwili namysłu ciągnął dalej:
— Myślę, że chyba masz dryg. Ale musisz być kimś więcej niż tylko mechanikiem. Nie trać czasu na czytanie tych wszystkich magazynów fotograficznych, które piętrzą się wokoło. Są dobre na papier toaletowy. Ucząc się obsługi aparatu, czytaj dzieła pewnych pisarzy. Tych z okiem do szczegółów. Balzaca. Zolę. 4
Wex pogrzebał w stosie książek i znalazł trzy powieści Zoli w żółtych Papierowych okładkach.
— Ci filistyni mówią, że jest nieprzyzwoity, ale Filistynom nigdy nie Podoba się nic śmiałego czy głębokiego.
W ciągu tygodnia Paul przeczytał „Bestię ludzką”, następnie „Nanę”. Przynaglany przez Wexa, po kilka razy czytał fragmenty opisujące
paryskie tłumy, teatry i hotele, czarne lokomotywy pędzące przez wsie Francji. Rozumiał, do czego dąży Wex. Zola był niczym aparat fotograficzny, sortujący i chwytający aspekty prawdy, i nigdy tej prawdy nie łagodzący ani nie ukrywający.
Kiedy Paul dostarczył zdjęcia do hotelu, prostytutki zaczęły wzdychać i wykrzykiwać z radości. Floss, ta młodsza, wyciągnęła skądś prawie pełną butelkę starego szampana i wszyscy wypili zdrowie Paula — wielkiego fotografa. Motylek znów zaproponowała, że mogliby razem pofiglować. Paul wymówił się, dziękując jej wylewnie. Wytoczył się z hotelu z szumem w głowie. Stary szampan sprawił, że pobiegł do toalety i zwymiotował. Nic jednak nie mogło zaćmić przekonania, że odniósł sukces.
Wex, mimo że sam głównie fotografował sceny statyczne i portrety, nie miał klapek na oczach. Był podekscytowany nowym rodzajem fotografii, zaprezentowanym na wystawie. Fotografią, która przenosiła ruch.
Opowiedział Paulowi o Edwardzie Muybridge’u, Angliku zatrudnionym przez Lelanda Stanforda, gubernatora Kalifornii, do wykonania dziesiątków zdjęć galopującego konia.
— Gubernator chciał udowodnić, że koń w galopie odrywa od ziemi wszystkie cztery kopyta naraz. Postawił na to dużo pieniędzy. Dzięki zdjęciom Muybridge’a wygrał zakład.
Wex miał wszystkie jedenaście tomów pracy Muybridge’a pod tytułem „Ruch zwierząt”. Zawierały one setki zdjęć zwierząt i ludzi w różnych stadiach chodu, biegu, skoków, nachylania się, wspinania. Według Paula fotografie te były zdumiewające.
Wex sięgną! do innej szafy i wyjął osadzony na trzpieniu dziwny bęben ze szczelinami na bokach. Wewnątrz przyklejono serię zdjęć konia Muybridge’a. Kiedy bęben został wprawiony w szybki ruch obrotowy, Paul, zerkając przez szczeliny, zobaczył zdumiewający efekt. Oddzielne nieruchome zdjęcia zlały się w jeden ruchomy obraz. Wydawało się, że koń galopuje.
— To tak zwany zoetrop. Dziecinna zabawka. Nie miałeś takiej?
— Nie, proszę pana, nie w Berlinie.
— No to się nią naciesz. I lepiej zdmuchnij z niej kurz.
Paul zabrał urządzenie na dach. Tam, w zimnym słońcu, położył się na boku z głową obok wirującego bębna. Szczeliny przesuwały się tak szybko, że bęben jakby zniknął. . . -
Pozostał tylko galopujący koń...
Wraz z upływem czasu dowiadywał się coraz więcej o swoim mentorze. Wyglądało na to, że Wex rzeczywiście nie ma talentu ani do zarabiania pieniędzy, ani do zatrzymywania ich w kieszeni. Paul zadecydował, że pieniądze nie są powodem, dla którego powinno się kochać fotografię czy robienie zdjęć uczynić swoim, zawodem.
Wex lubił sobie wypić, zwłaszcza — choć nie zawsze — wieczorem. Jeżeli nie miał klientów czy specjalnych zamówień, pił również w dzień. Paul domyślał się, że kupuje whisky za pieniądze, które powinien przeznaczyć na ubranie czy lepsze jedzenie.
Whisky rozwiązywała mu język. Zacinając się i nieco bełkocąc, często nawiązywał do swych „licznych przywar”. Albo mówił o „nadrzędnej pasji, która całkowicie wymyka się spod mojej kontroli i która jest odpowiedzialna za zniszczenie mego szczęśliwego domu w Karolinie”. Po tych słowach przez długi czas wpatrywał się w zbrązowiałą fotografię swego synka.
Paul, próbując go pocieszyć, pewnego wieczora powiedział, że nie widzi dowodów tych wielu złych nawyków. Wex zerknął na niego koso znad okularów.
— Zobaczysz. Jak zacznie się lepsza pogoda. Sportowa pogoda. To dla mnie niebezpieczna pora, Frycu.
Mówiąc to, nalał sobie kolejnego drinka.
W środku lutego Paul znalazł nową pracę. Został pomocnikiem do Wszystkiego w knajpie zwanej Saloon i Ogródek Palmowy „Samotna Gwiazda”. Mieściła się ona na Whiskey Row, po zachodniej stronie State Street w pobliżu Harrison, i świadczyła usługi białym i czarnym młodym ulicznikom, którzy, jak Paul podejrzewał, byli zawodowymi kieszonkowcami.
Właściciel „Samotnej Gwiazdy”, Mickey Finn, był małym, chamowatym człowiekiem. Powiedział, że jest Irlandczykiem z Peorii. Za pasem nosił nieodłączny pobijak do szpuntów. Już pierwszego dnia pracy Paul dowiedział się, po co: właściciel zagroził, że potraktuje nim trzech kłótliwych klientów.
— Wykluwałem nim ludziom oczy — powiedział jednemu. — Zrobię to samo tobie, jak nie zamkniesz jadaczki.
Finn był dumny z wielkiej brązowej butli schowanej pod barem. Zawierała ona mleczny płyn, którym zaprawiał drinki pewnych niczego nieświadomych klientów. O północy, pod koniec drugiego dnia, Paul czekał nery^/ó-na zapleczu, podczas gdy jego pracodawca przetrząsał kieszenie5 czten^\mężczyzn leżących na brudnej podłodze. Finn bez ..a\KV\
skrupułów przewracał ich z boku na bok, jak worki ze zbożem. Paul, zatrwożony, zapytał:
— Nie obudzą się?
— Nie po takiej bombie, jaką im zaaplikowałem. Koktajl Numer Dwa Finna. Jedyny w swoim rodzaju. Jak tylko skończę, odholujesz tych frajerów daleko stąd. Kwartał czy dwa. To będzie twoim codziennym zajęciem na zakończenie roboty. — Zauważył wyraz twarzy Paula. — Co jest, do diabła, mały? Nie rozumiesz po angielsku? Chcę, żebyś...
— Słyszałem, panie Finn. Nie podoba mi się taka praca. Odchodzę.
— Chodź tu, ty szwabski bękarcie! —wrzasnął Mickey Finn, wyrywając pobijak zza pasa.
Paul wyskoczył na ulicę i zniknął. Tej nocy długo nie mógł zasnąć. Kuzyn Joe miał rację; wiele wyidealizowanych wizji Ameryki było tylko głupią fantazją.
Pewnego lutowego poranka wyruszył na swą rutynową rundkę, odwiedzanie miejsc oferujących pracę. Ogłoszenia znajdował w gazetach z poprzedniego dnia, które wolno mu było zabierać z holu hotelu Wamplera. Dzisiaj miał numer „Inter-Ocean”. Nie znalazł żadnej odpowiedniej oferty, więc przekartkował gazetę, czytając wiadomości i kronikę towarzyską. Jeden z nagłówków sprawił, że serce mu zamarło.
VANDERHOFFOWIE WRACAJĄ Z WIELKIEJ PODRÓŻY
Przeczytał notatkę:
Wdzięczna i czarująca panna Juliette Fishburne Vanderhoff pozostanie za granicą przez czas nieokreślony.
Zmiął gazetę, rzucił ją, kopnął. Jeżeli go kocha, jak wyznała, czyż nie powinna wrócić jak najszybciej?
Nie, to nieuczciwe. Nie znał przecież okoliczności. Widocznie jakiś nagły wypadek zatrzymał ją w Europie. Może znów zachorowała. Na razie nie mógł być niczego pewien. Mógł tylko czekać.
I będzie czekał, bez dwóch zdań. Czekanie będzie bolesne, ale warte zachodu. Julie wróci do niego. Był tego pewien.
Wcześniej tej samej zimy, w styczniowy poranek, Joe Crown wyruszył z Chimneys, swego wielkiego domu w Karolinie Południowej, na przejażdżkę. Postanowił pojechać na brzeg rozciągającego się parę mil dalej Atlantyku. Dosiadał pełnego werwy siwka. Wierzchowce tej maści nie cieszyły się uznaniem w kawalerii Unii. Ten, Old Stonewall, był piękny.
Joe wstał o czwartej nad ranem. Spał niespokojnie, budził się często. Od tygodni źle sypiał. Miał zbyt wiele rzeczy do przemyślenia, zbyt wiele problemów. Czuł się stary. Odnosił wrażenie, że padł ofiarą własnych gorzkich i pesymistycznych myśli na tematy prywatne i publiczne.
Zszedł cicho na dół, zapalił lampę i po raz drugi przeczytał broszurę opisującą Habsburg School, prywatną akademię dla chłopców niemieckiego pochodzenia. Szkoła miała liczne plusy: kładziono w niej silny nacisk na wychowanie i obycie towarzyskie, oferowano bogaty program, w którym ważną część stanowiły nauki przyrodnicze i sport. Mieściła się w hrabstwie Westchester w stanie Nowy Jork, na- granicy z Connecticut.
Według Joego ta lokalizacja była największą wadą szkoły. Sam całe życie spędził na Środkowym Zachodzie, podzielał nastawienie jego mieszkańców i ich mity: Środkowy Zachód był otwarty, przyjazny, demokratyczny, Wschód Zaś zamknięty i wyniosły. To właśnie na Wschodzie manipulanci knuli plany pognębienia społeczeństwa, a aroganckie kliki wynosiły się ponad pospólstwo z powodu „starej krwi”. Kilka lat wcześniej pewien elegancik, niejaki Ward McAllister — udający, że stoi na czele złożonej z czterystu osób nowojorskiej śmietanki towarzyskiej, i mówiący jakoby w jej imieniu otwarcie drwił ze stwierdzenia, iż Chicago może posiadać równie wysokie wyższe sfery.
Jednakże Wschód miał i niezaprzeczalne zalety. Tam były najświetniejsze Uniwersytety oraz prywatne akademie, takie jak ta, o której myślał
w związku z Carlem. Habsburg School obiecywała utrzymywanie konsekwentnej dyscypliny w stosunku do wychowanków, co było dużym plusem. Joe Junior, a potem Paul, nie potrafili poradzić sobie w chicagowskich szkołach. Joe nie chciał, by jego zarozumiały młodszy syn poszedł w ich ślady.
O świcie, nie podjąwszy ostatecznej decyzji, odłożył broszurę na biurko. Ubrał się na górze; Usajuż wstała, by zająć się przygotowywaniem śniadania. W Karolinie Południowej na razie zima była dość ciepła, włożył więc luźną białą bawełnianą koszulę z ciasno zebranymi przy nadgarstkach szerokimi rękawami i spodnie z diagonalu, które wpuścił w buty do jazdy konnej.
W jadalni napił się kawy i przegryzł ciepłego biskwita, wyłożonego na kredensie przez Delphine. Delphine i jej mąż, Murzyni pochodzący z tego stanu, zajmowali się domem przez cały rok. Byli przyzwoitymi, religijnymi ludźmi, potrafiącymi czytać i pisać tak dobrze jak biali.
Przez otwarte okna jadalni wpadało światło słońca i poranne dźwięki. Trele ptaków. Podzwanianie żelaza w dali. Joe wspomniał trafione piorunem drzewo przy drodze. Orpheus LaMotte, dzierżawca, zwalił je jesienią i teraz codziennie rąbał na polana.
Joe stwierdził, że nie ma apetytu ani na biskwita, ani na kawę. Myślał o Joem Juniorze, co jak zawsze wywoływało w nim mieszane uczucia — beznadziejną mieszaninę straszliwego bólu i straszliwego gniewu. Często, gdy budził się w środku nocy, w mroku widniały lśniące niebieskie oczy syna. Takie gniewne, takie oskarżycielskie...
Ale kto ponosił winę za to, co się stało? Joe Junior! I Paul, który pomógł mu w ucieczce. Bez dwóch zdań.
W stajni osiodłał Old Stonewalla i pokłusował przed front Chimneys, na kolisty podjazd wyłożony pokruszonymi skorupami ostryg. Wielkie dwupiętrowe domostwo otynkowane było na biało. Za kolumnami ciągnęła się szeroka weranda. Joe pomachał Usie na pożegnanie, właśnie wyszła ze stojącej oddzielnie kuchni. Pomyślał, że żona wygląda na zmęczoną i przygnębioną. Dsa pokiwała mu ręką w odpowiedzi.
Joe ruszył szeroką aleją. Wzdłuż niej po obu stronach rosły olbrzymie dęby. Czas i pogoda sprawiły, że ich gałęzie tworzyły nad drogą sklepienie. Kierował siwkiem za pomocą obcasów; od zdjęcia munduru nie używał ostróg.
Podzwanianie metalu stawało się cöråz głośniejsze. Przy końcu szpaleru Orpheus LaMotte za pomocą młota i żelaznego klina rozszczepiał pień na
polana. Był ubrany w codzienny roboczy strój: ciężkie buty, drelichowe spodnie i połataną dżinsową koszulę, już przepoconą pod pachami. Orpheus urodził się w Karolinie w 1855 roku, dziesięć lat przed tym, jsik armia Unii położyła kres niewolnictwu. Po Appomatox przybrał nazwisko swego pana z plantacji nad Ashley River; pan zginął w czasie wojny. Orpheus wraz z żoną Lydie i trzema ładnymi córkami mieszkali na skraju posiadłości w domu, który budował pokój po pokoju przy pomocy innych czarnych z sąsiedztwa.
— Dzień dobry, panie Crown — zawołał na powitanie dzierżawca, gdy Joe ściągnął wodze. Orpheus miał wielki, brzydki nos i dziobate policzki, ale nieskazitelnie równe zęby i uśmiech jasny jak słońce. — Panicz Carl już baraszkuje w moim domu z Prissy. Czy nie ma pan nic przeciwko temu?
— Oczywiście, że nie, o ile Carl nie przesadza w zabawie.
Priscilla LaMotte, istne chłopaczysko w spódnicy, była w wieku Carla. Lżejszej budowy, biła go na głowę w wyścigach, ale nie mogła mierzyć się z nim w zapasach. Carl uwielbiał bawić się z Prissy, a dzisiaj nie miał lekcji z guwernerem. Pan Ungar przyjeżdżał z Charleston w poniedziałki, środki i piątki.
Joe pomachał ręką i pokłusował dalej. Droga przemieniła się w piaszczysty szlak wijący się wśród zarośli palmetto i sosen. Podążał zå słonym wiatrem na wschód, w kierunku moczarów i wschodzącego słońca.
Chciał być sam, by przemyśleć pewne rzeczy w spokoju. W Chimneys zostawił dokładnie ten sam nieznośny bałagan, który wypędził go z Chicago. Joe Junior odszedł, jego bratanek również, co było właściwą karą za krnąbrność i niewdzięczność. Joe chwilami żałował, że kazał Paulowi odejść. Żal ranił, nigdy więc nie pozwalał, by trwał zbyt długo. Kiedy mężczyzna podejmuje decyzję, musi być konsekwentny.
Ale pozostało wiele innych problemów. Fritzi nadal marudziła, że marzy o scenie. Carl rósł szybko, dojrzewał fizycznie i psychicznie. Jesienią skończy trzynaście lat. Czy daleko jeszcze do młodzieńczego buntu? . lisa uśmiechała się mniej niż kiedykolwiek. Twierdziła, że był zbyt surowy dla chłopców, którzy odeszli, i zbyt surowy dla wszystkich, którzy pozostali. Fritzi i Carl zostali wyrwani z normalnej szkoły i zawleczeni zimą do Południowej Karoliny. Uczyli się pod kuratelą pana Ungara, młodego dżentelmena z Charleston. Pan Ungar był Niemcem; jego rodzice pochodzili z jakiejś wioski w pobliżu Monachium. Ungarowi brakowało jednak luzu i swobody bycia, typowej dla większości Bawarczyków. Był obrotny, ale Uważał się za lepszego od innych i miał ostry język. Carl i Fritzi nie cierpieli go.
Old Stonewall kłusował żwawo wzdłuż wyżłobionych na wydmach kolein. Joe słyszał szum oceanu. Ciepłe powietrze pachniało solą.
Skierował siwka na białą plażę, twardą, szeroką i delikatnie zmywaną • przez szumiące fale. Jak okiem sięgnąć, plaża była pusta. Niedaleko brzegu kołysała się łódź do połowu krewetek z wyrzuconymi sieciami. Człowiek i koń mieli całą plażę dla siebie.
Nad wodą przeleciał pelikan, niesiony lekkim prądem powietrznym. Drugi zanurkował w morze, potem płynął statecznie, przełykając rybę. W wyżłobionych przez małże dziurach w piasku syczała woda. Maleńkie kraby umykały spiesznie spod kopyt kłusującego konia.
Joe Crown uwielbiał tę część Karoliny. Uważał ją za najpiękniejsze miejsce na świecie. W ogóle lubił Południe i nienawidził służby w armii, w imię której musiał zabijać jego synów. Przed rokiem otworzył w Atlancie ajencję, do której dostarczał beczki z piwem z Chicago własnymi wagonami chłodniami. Lagćr Crown w spalonym przez Shermana mieście cieszył się dużą popularnością. Joe zastanawiał się nad dalszą ekspansją Charleston i założeniem w tym mieście jednego czy dwóch barów specjalnych; w Atlancie miał takie trzy. W lokalach tego typu serwowano piwo wyłącznie jednego browaru.
Robiąc interesy w Charleston czy w innym mieście Karoliny, doświadczał pewnego drażliwego uczucia — mimo zdecydowanie pozytywnego nastawienia do mieszkańców, którzy według niego zasługiwali na miano najbardziej uprzejmych i obdarzonych wdziękiem ludzi pod słońcem. Wielu, jak Ungar, było z pochodzenia Niemcami. Port Charleston stanowił bramę, przez którą przybywali liczni osadnicy z niemieckich państewek i księstw. Mieszkańcy Karoliny, serdeczni i uprzejmi, byli jednak zarazem małomiasteczkowi i w najwyższym stopniu prowincjonalni. Czcili swych przodków, nieledwie stawiając ich na ołtarzu. Joe podejrzewał, że ich snobizm przewyższa nawet tę samą przywarę, tak typową dla starych rodzin z Północnego Wschodu. Nie miało znaczenia, czy jakaś karolińska dynastia była zamożna; prawdę mówiąc, w trzydzieści lat po wojnie Południe w większości nadal cechowało ubóstwo. Liczyły się jedynie — odpowiednio długie drzewo genealogiczne i szacowne nazwisko.
Joe zsunął się z siodła, by koń nieco odpoczął. Przywiązał wodze do wyrzuconej przez morze kłody, ściągnął buty i skarpetki i boso wszedł do zimnej wody. Musiał zastanowić się nad powrotem do Chicago. Mógł pozwolić sobie na zostawienie browaru bez nadzoru na miesiąc lub dwa — wystarczał kontakt telegraficzny — ale nigdy nie wytrzymywał dłużej. Natura pchała go
do powrotu; musiał osobiście sprawdzić, czy wszystko idzie zgodnie z planem. Tym razem powrót go nie cieszył. Był coraz bardziej rozczarowany Chicago, tym politycznym rynsztokiem kontrolowanym przez bandę łapówkarzy — radnych, którzy otwarcie się sprzedawali. Finansowani przez cichych wspólników, zakładali marionetkowe firmy, którym przekazywali miejskie przedsiębiorstwa użyteczności publicznej w jednym celu — by sprzedać je za wygórowaną cenę, gdy działająca zgodnie z prawem grupa zechce założyć filię w tej samej części miasta. Nikt nawet nie mrugnął. Nikogo to nie obchodziło.
Okręg wyborczy Joego, First Ward, był siedzibą najgorszych kanciarzy — radnego Coughlina, Irlandczyka, i Kenny, właściciela saloonu. Ostatnio z kontrolowaną przez nich organizacją demokratyczną sprzymierzył się ten przeklęty gubernator, Altgeld. Mówiono, że jego celem jest konspirowanie przeciwko wschodniemu skrzydłu Partii Demokratycznej, której przewodził prezydent Cleveland. Wszyscy wiedzieli, dlaczego Altgeld związał się z tymi politykierami; Grover Cleveland zlekceważył jego zdanie i wysłał wojsko do zduszenia strajku u Pullmana. Altgeld dyszał zemstą.
Gubernator i chicagowscy kanciarze popierali radykałów opowiadających się za wolnym obiegiem srebra. Nieograniczony system monetarny był kwestią sporną prowadzącą do nieuniknionego rozłamu w Partii Demokratycznej. Po raz pierwszy Joę myślał o zrobieniu czegoś, na co nie zdecydowałby się nigdy wcześniej. O głosowaniu na republikanów.
Czuł niechęć do samego siebie, że musiał zająć tak skrajne stanowisko. Niestety, to wszystko było po prostu kolejnym dowodem, że Chicago i Ameryka staczają się w przepaść. Ach, ale czyż nie zachowywał się jak głupiec, gryząc się chaosem i brakiem porządku w Chicago i w kraju, podczas gdy to samo panowało w jego własnym domu?
Dwie godziny później wrócił do Chimneys,. W chwilę po tym, jak Wprowadził Old Stonewalla do boksu, drzwi stajni otworzyły się z hukiem. Stanęła w nich bezgranicznie zdenerwowana lisa.
— Joe, chodź do domku, szybko. Prissy jest ranna.
— Co się stało?
— Mocowali się z Carlem na werandzie. Carl pchnął ją zbyt mocno i dziewczynka przewróciła się na.okno. Pokaleczyła ją stłuczona szyba.
Joe przytulił żonę, po czym wybiegł i podążył boczną drogą do leżącego ćwierć mili dalej bielonego wapnem domu Orpheusa i Lydie LaMotte.
Orpheus zobaczył go i wybiegł na spotkanie. Na werandzie Lydie pochylała się nad bezwładnym ciałem. Jeden z rękawów sukienki Prissy był rozerwany. Krew spływała po ramieniu i wsiąkała w koc, na którym leżała dziewczynka. Carl stał w piasku przy werandzie, patrząc z przerażeniem na ojca.
— Paskudnie się pocięła, panie Crown, ale to nie była wina Carla — powiedziała Lydie, gdy Joe wspinał się po schodach.
— Do diabła — burknął Joe, klękając obok małej. Prissy miała zamglone oczy, ale była przytomna, najwyraźniej cierpiała. Na jej ręce widniała głęboka i długa na sześć cali rana. Kiedy Joe badał ją delikatnie, dziewczynka krzyknęła. — Trzeba zaszyć. Najbliższy lekarz to Calhoun Manigault w Green Pond. Nigdy nie miałem z nim do czynienia, lecz jestem pewien, że da sobie radę. Lydie, otul małą kocem i dopilnuj, żeby rana nie została zabrudzona, a my z Orpheusem przygotujemy bryczkę.
Na spoconej twarzy LaMotte’a malował się niepokój.
— Proszę pana, doktor Calhoun nie leczy kolorowych.
— To już moje zmartwienie.
Doktor Calhoun Manigault przyjmował pacjentów w pokoju dobudowanym do wielkiego domu z drewna cyprysowego. Stado cykad rozbiegło się w popłochu, gdy Joe wbiegł spiesznie po schodach i zapukał do drzwi.
Manigault był przystojnym, otyłym mężczyzną w średnim wieku, z grzywą białych włosów, które podkreślały jeszcze jego pełną dostojeństwa postawę.
— Proszę wejść, czym mogę służyć?
Joe wskazał na bryczkę. Prissy siedziała wyprostowana, podpierając się zdrową ręką.
— Ta dziewczynka miała wypadek, trzeba zaszyć ranę.
Manigault wytarł ręce w mały ręcznik, z którym podszedł do drzwi. Szeptem, jakby czynił jakieś wyznanie, oznajmił:
— Przykro mi, ale ja nie przyjmuję czarnych pacjentów. Siedem mil na północ stąd znajdzie pan...
— Nie mam zamiaru jechać siedem mil, doktorze. Ona paskudnie krwawi. Manigault zerknął koso zza kwadratowych szkieł w drucianych oprawkach. — Jest pan Jankesem.
— Tak, właścicielem Chimneys.
— Aha, Crown. Słyszałem o panu. Cóż, przykro mi, panie Crown. Nie leczę kolorowych.
Joe podszedł bliżej i wsparł lewą rękę na odrapanej szarej futrynie. Był prawie o głowę niższy od doktora.
— Proszę posłuchać — rzekł twardo. — Albo przyjmie pan tę dziewczynkę, albo sam zostanie przyjęty do szpitala w Charleston. Być może będzie pan leżał tygodniami. Jak się panu podoba takie rozwiązanie?
Manigault umknął spojrzeniem w bok. Machnął ręcznikiem i powiedział: — Niech pan ją wniesie.
W drodze powrotnej do Chimneys Prissy siedziała obok Joego na koźle, z głową wspartą na jego ramieniu. Nie spała, chociaż Manigault dał jej łyżeczkę jakiegoś środka uspokajającego. Wykonał porządną robotę, czyszcząc i zszywając ranę. I kazał sobie zapłacić piętnaście dolarów, co było istnym rozbojem. Joe dał mu pieniądze bez słowa.
Doktor Calhoun Manigault jest przykładem tego, co najgorsze na Południu, myślał, gdy bryczka sunęła polną drogą; to jeden z niewolników przeszłości. Tacy jak on unieśmiertelniali fikcję, by bronić swoich poczynań i rozgrzeszać się z nich. Na zebraniach rady tkalni, w której Joe miał udziały, czy na bankietach i w klubach w Charleston, ciągle słyszał peany, na cześć błogosławionych przedwojennych czasów. Czasów, w których „nasi czarni” byli dużo szczęśliwsi od Murzynów ze slumsów na Północy •— nieważne, że ci w slumsach byli wolni. Źle opłacani i źle traktowani, ale wolni. Joe zbyt często patrzył w pełne bólu oczy kolorowych mieszkańców Karoliny, łącznie ze swymi dzierżawcami Orpheusem i Lydią, by wiedzieć, że słowa białych są kłamstwem.
Nawet teraz, trzydzieści lat po wojnie, zadane przez nią rany nadal jątrzyły. W całym Dixielandzie rozgoryczeni biali w imię prawa pozbawiali czarnych, takich jak Orpheus, ich z trudem zdobytych przywilejów. Wymagali sprawdzianów na umiejętność czytania i pisania, wprowadzali pogłówne, ustanawiali dolną granicę zasobów finansowych, uprawniającą do Wzięcia udziału w głosowaniu. Znów istniały czarne szkoły, czarne parafie i czarne ławki w kościołach. Na stacjach były oddzielne toalety dla czarnych, z surowymi ostrzeżeniami nawołującymi do respektowania zasad segregacji.
Jak wielu innych mieszkańców Północy, Joe nigdy nie pozwoliłby czarnemu młodzieńcowi ubiegać się o rękę swojej córki ani nie Zaakceptowałby sąsiada Murzyna na Michigan Avenue. Ale chętnie Widziałby najlepszych z nich — prawnika, muzyka, obiecującego młodego nauczyciela Bookera T. Washingtona — w swoim domu, na pogawędce
czy kolacji. Uważał takie nastawienie za równie liberalne, co moralnie stosowne.
Głowa Prissy podskakiwała delikatnie na jego ramieniu. Chociaż miała zamknięte oczy, brązowa dłoń o białym wnętrzu odszukała jego rękę. Joe mógł powozić jedną ręką. Trzymał Prissy i myślał o Carlu — już podjął decyzję.
Gdy Prissy została odstawiona do domu rodziców, a lisa zapewniła ich, że wszystko będzie dobrze, Joe mógł w końcu udać się do gabinetu. Wczoraj konny posłaniec przywiózł do Chimneys grubą kopertę memorandów i listów od Zwicka.
W chwili gdy zajął się otwieraniem koperty, zza okna dobiegł go szatański chichot i wycie. Odsunął muślinową firankę i wystawił głowę na zewnątrz. Na werandzie pląsała Fritzi. Darła włosy z głowy i wrzeszczała jak oszalały chochlik.
— Zdejmijcie linę z mej szyi! Zabierzcie ją!
— Na miłość boską, przestań! — Przełożył nogę przez parapet i wyskoczył na werandę. Córka porwała z białego wiklinowego stolika małą książkę w papierowych okładkach. Zobaczył, że jest to jakiś rodzaj skryptu.
— Tato, ćwiczę. Jestem Henrym Irvingiem w „Dzwonach”.
W ubiegłym roku Joe i lisa zabrali Fritzi na występ głośnego aktora w jego najsłynniejszej roli. Irving grał burmistrza Mathiasa, zabójcę podstarzałego polskiego Żyda, który saniami przejeżdżał przez jego wieś. W trzecim akcie Mathiasa, nękanego poczuciem winy i prześladowanego dźwiękiem dzwoneczków sań, na oczach poruszonej widowni ogarnia szaleństwo.
— Tak, ale nie mogę znieść tego hałasu. Próbuję skoncentrować się na pracy. Podaj mi tę książkę, proszę.
— Tato, zapłaciłam za nią w Chicago całe pięćdziesiąt centów! Proszę, nie...
— Powiedziałem, daj mi ją. —Złapał broszurkę, ominął Fritzi i wpadł do domu głównymi drzwiami.
Z jadalni wybiegła Usa.
— Joe?
Nie odpowiadając, skręcił do gabinetu i kopniakiem zatrzasnął drzwi.
Jeden kryzys po drugim; czy kiedykolwiek się skończą? Był wściekły. Nienawidził tego uczucia, słabości, jaką reprezentował, ale nie potrafił się
opanować. Spojrzał na książeczkę. Zamierzał przetrzymać ją przez godzinę, a potem oddać córce. Nagle broszurka stała się nienawistnym symbolem. Rzucił ją do kominka i spalił.
Później, przed wieczorem, gdy zimowe słońce traciło blask, lisa po cichu weszła do gabinetu. Joe siedział bez ruchu przy biurku nad stosem korespondencji z browaru. Wpatrywał się w przestrzeń. Po chwili podniósł głowę. Zauważył, że Usa zarzuciła szal na ramiona.
— Pójdziesz ze mną na spacer? — zapytała.
— Tak, to dobry pomysł. Muszę ci coś powiedzieć.
— Fritzi chciałaby, żebyś oddał jej skrypt, jeśli...
— Już go nie ma. — Wskazał na popiół w kominku.
— Och, Joe. — Usa potrząsnęła głową. Prostota jej potępienia znów wprawiła go w złość.
Razem ruszyli ścieżką wysłaną pokruszonymi skorupkami ostryg. Ścieżka wiodła za domem obok wysokiego żywopłotu z mirtu, nagiego i mocno przyciętego na zimę, potem skręcała na skraj urwiska. Poniżej ciągnął się szeroki na ponad sto jardów pas trzcin. Za nimi leżały moczary, ich powierzchnia lśniła w słońcu niczym dno miedzianego rondla.
lisa ujęła jego rękę i przycisnęła ją do boku.
— Masz coś do powiedzenia, ale ja będę pierwsza. Joe, chcę powiedzieć ci coś, co już wiesz. W tej rodzinie było już zbyt wiele kłopotów.
Próbował oswobodzić rękę. Obdarzyła go przelotnym, kwaśnym uśmiechem, jak gdyby mówiąc, że spodziewała się takiej reakcji. Nie puściła go.
— Obwiniasz mnie.
— Stwierdzam fakt. Chodź, nie bądź taki uparty.
Spacerowali wolno ścieżką, prowadzącą do cypla wychodzącego w stronę .Wody. W najszerszym miejscu ostrogi, dwadzieścia jardów od jej końca, grube na stopę konary potężnego dębu ocieniały ląd i bagno. Usa wsparła się o pień.
—- Syn nas opuścił, kto wie, na jak długo? Wierzę, że pewnego dnia znów go zobaczymy, ale to mi nie pomaga. Mały Pauli, który przybył do Ameryki z wielkimi nadziejami, również odszedł; mam nadzieję, że niedaleko. Nie Wolno nam doprowadzić do tego, żeby Fritzi także odeszła. Albo Carl.
— Fritzi jest opętana tym przeklętym szaleństwem gry na scenie...
__Myślę, że to faza przejściowa. Wszystkie dziewczynki przez to Przechodzą.
— Skąd możesz być tego pewna?
Usa poklepała go po policzku, delikatnie, bez wyrzutu.
— Jestem jej matką. Ty potrafisz wiele rzeczy, ale matką nigdy nie będziesz, ukochany.
Pieszczota zaskoczyła go i rozbroiła. Złość ulotniła się w jednej chwili. Z kieszeni starego surduta wyjął jedno z drogich hawariskich cygar, palenie których ostatnio przypadłe mu do gustu. Odgryzł koniuszek i wypluł, potem potarł zapałką o podeszwę buta.
— W porządku, biorę na siebie winę za wszystko, co ostatnio się wydarzyło. Nawet więcej.
— Nie, nie musisz...
— Daj mi skończyć, proszę, moja kolej. Próbuję działać w dobrej wierze, zgodnie z tym, czego zostałem nauczony i w co wierzę. I podejmuję decyzje. Carl będzie uczęszczał do szkoły na Wschodzie. Potrzebuje dyscypliny. Wyjaśnię mu to dziś wieczorem.
— Tak — mruknęła ozięble lisa. — Decyzja należy wyłącznie do męża, prawda?
— Co się z tobą dzieje? Zawsze tak było w kraju, z którego pochodzimy, i tutaj także. Tak było w naszym małżeństwie.
— Rzeczywiście, ale świat się zmienia. Kobiety też się zmieniają.
— Jestem za stary — powiedział, potrząsając głową. — Zostałem wychowany w określony sposób i to jest jedyny sposób, jaki znam.
— Tak, tak. Ordnung. Cóż, mój drogi Joe, czas, byś obrał inną ścieżkę, ta bowiem wiedzie cię na manowce. Musisz... och, jak powiedzieć po angielsku enpassentl
— Dostosować się.
— Tak. Kiedy, zrywa się gwałtowana burza — powiedzmy, że jeden z tych huraganów, które czasami nawiedzają to wybrzeże — drzewa gną się. Uginają się nawet najsilniejsze, żeby przeżyć. Ponieważ Bóg zawsze zsyła burze, Joe. Zawsze.
— Prosisz o zbyt wiele człowieka w moim wieku.
— A co, u licha, ma z tym wspólnego wiek?
— Jeżeli sama tego nie rozumiesz, nie potrafię ci wyjaśnić. Decyzja odnośnie do Carla została już podjęta.
— Bez konsultacji ze mną.
— Możesz to nazywać, jak chcesz.. To-postanowione.
Rzucił cygaro i odwracając się do niej plecami, zawrócił do Chimneys.
Usa przez męża Delphine, Forda, przekazała, że jest zmęczona i zamiast jeść kolację, woli odpocząć. Fritzi i Carl odzywali się niewiele w czasie posiłku. Joe zażyczył sobie sznapsa w gabinecie. Przyniósł go Ford.
— Jeszcze coś, panie Crown?
— Tak, poproś, proszę, Carla.
Wkrótce w holu rozległy się kroki syna. Joe podkręcił knot w lampie na biurku. Prawdopodobnie miną dziesiątki lat, nim elektryczność czy gaz zawitają do tego odległego zakątka Low Country.
Carl wszedł do gabinetu i zatrzymał się z ręką na klamce. Wzrost i krępa, mocna budowa wskazywały, że chłopiec szybko dojrzewa.
— Carl — zaczął Joe spokojnie.
— Ojcze.
— Widziałeś wieczorem Prissy?
— Tak, sir. Powiedziałem jej, że przykro mi z powodu wypadku.
— I powinno ci być przykro. Nie zachowałeś umiaru w zabawie. Prissy to dziewczynka, jest słabsza od ciebie. Nie potrafisz kontrolować własnej siły, Carl. Wiem, że nie jest to zamierzone, ale należy temu zaradzić. Jesienią rozpoczniesz naukę w nowej szkole, w stanie Nowy Jork. Kładą tam nacisk na wykształcenie, ale również na dżentelmeńskie zachowanie.
Pokazał chłopcu broszurę i objaśnił niektóre z punktów. Carl przez cały czas stał w milczeniu, wyprostowany niczym mały pruski żołnierz. Kiedy Joe skończył, Carl odpowiedział w jedyny pożądany i spodziewany sposób:
— Tak, sir.
Joe przytulił syna i pocałował na dobranoc. Carl wyszedł po cichu. Przez chwilę Joe był zadowolony. W końcu przywrócił nieco porządku.
Podniósł podręczny dzwonek i potrząsnął nim. Kiedy pojawił się Ford, Joe kazał mu przynieść drugiego sznapsa. Murzyn był zaskoczony. Pan nigdy nie pił tyle wieczorem.
— Fordzie, widziałeś panią Crown?
— Sir, pani kazała Delphine przenieść poduszki i pościel do drugiej sypialni. Powiedziała, że źle się czuje i tam lepiej się wyśpi.
— Rozumiem. Dziękuję, Fordzie. To wszystko.
Po jego odejściu Joe zgarbił się w fotelu. Żałował, że posprzeczał się z Dsą, ale nadal był na nią zły. Usa zmieniła się. Dostrzegał ten proces wcześniej, lecz tego wieczora odczuł efekty z miażdżącą siłą. Kochał ją, oczy wiście. Cenił jej inteligencję i siłę charakteru. Jednakże te zalety prowadziły ją tam, gdzie nie
było miejsca dla kobiet. Eksperymentowała z nowymi ideami zbyt swobodnie. Na szczęście był pewien, że jakoś zdołają załagodzić spór. lisa umiała przebaczać. Ale nadal istniały kwestie sporne.
Przypomniał sobie, jak zareagowała na jego wzmiankę o wieku. Uznał, że jej protest był nie na miejscu. Niestety, starzał się, umysłowo i fizycznie. Ostatniego marca skończy pięćdziesiąt trzy lata. Nienawidził sztywności, jaką już odczuwał w kościach i stawach. Co więcej, nie rozumiał niektórych z tych szerzących się po świecie nowych trendów i doktryn. Nadal nie miał nic przeciwko wprowadzaniu wynalazków i nowej technologii, ale nie lubił intelektualnej i moralnej atmosfery, jaką nowa nauka tworzyła w tempie, któremu i tak nie zdołałby dorównać.
Dopił sznapsa. W głowie mu szumiało. Przeczuwał, że czeka go głęboki kryzys, często przytrafiający się mężczyznom w jego wieku. Słyszał o ludziach wychodzących wieczorem z domu i znikających na zawsze. Zostawiali żony, z którymi żyli przez trzydzieści czy czterdzieści lat, poślubiali kobiety o połowę młodsze i za wszelką cenę próbowali powtórzyć młodość, co szło w parze z farbowaniem włosów, krzykliwymi strojami i ojcostwem w wieku lat sześćdziesięciu. Taka perspektywa jeżyła mu włos na głowie.
Wyobraził sobie, że żelazny klin, używany przez Orpheusa do rozszczepiania kłód, wnika coraz głębiej w drewno, tak głęboko, że nie można go wyciągnąć, a drewno rozpada się na odrębne części. Czy on wbijał żelazny klin w ich małżeństwo?
A może Usa?
Siedział długi czas, zamartwiając się. Przed północą gdzieś na Atlantyku zaczął dudnić sztorm. Joe zamknął okna na dole.
Gdy wchodził na górę, niewiarygodnie zmęczony, usłyszał szum deszczu i dalsze grzmoty. Przebrał się w nocną koszulę, pościelił łóżko, zawahał się i zawrócił do drzwi. Chyłkiem przemknął po lakierowanej sosnowej podłodze korytarza, ukradkiem przekręcił gałkę i bezszelestnie wsunął się do pokoju i do łóżka, w którym spała Usa.
Po dłuższej chwili lisa powiedziała:
— Nie śpię.
Przysunął się do niej. Wyciągnęli do siebie ręce i przytulili się. Szparę w oknie na chwilę rozjaśnił blask błyskawicy. Objęli się mocniej.
— Przepraszam — wyszeptał, — Przepraszam.
— W porządku — odrzekła cicho Usa, a Joe zastanowił się, czy sama w to wierzy. — Rozmawiałeś z Carlem?
— Tak.
— Jak to przyjął?
— Lepiej, niż się spodziewałem. Może już nie lubi naszego domu. — Naszła go nagle gorzka myśl.
Usa milczała dłuższą chwilę.
— Widziałam, że przyszła paczka od Stefana. Jest coś od detektywów?
— Tygodniowy raport. Nic nowego. Jak zwykle. Nie mają żadnego tropu, jedynie rysopis pasujący do dziesięciu tysięcy młodych ludzi. To wielki kraj, Hso. Jeżeli będzie przestrzegał prawa, a mam nadzieję, że tak, kto zwróci na niego uwagę? Z pewnością nie lokalny wydział policji.
— Zatem myślisz, że odszedł na dobre?
— Hso, nie...
— Odpowiedz mi, Joe.
— Tak, myślę, że odszedł na dobre. Przykro mi. Moja wina.
Wex nauczył go, jak naświetlać suchą kliszę Eastmana w wielkim aparacie na trójnogu, jak ją obrabiać i tworzyć z negatywu odbitkę stykową przez zamknięcie go w ramce z arkuszem papieru i naświetlenie w zimowym słońcu na dachu. Pierwszym zdjęciem Paula łbył po prostu portret jego mentora; Wex zdjął okulary i zdobył się na szeroki uśmiech. Po nerwowych chwilach na dachu — za długo? za krótko? — Paul zniósł odbitkę na dół, umył ją, utrwalił i powiesił na drucie.
Stał przed nią, przechylając głowę to w jedną, to w drugą stronę. 2 ociekającego zdjęcia szczerzył się do niego wąsaty stary chochlik. Paul Wprost pęczniał z dumy. On zrobił to zdjęcie. Zrobił je, wykończył
— wszystko. Nagle klasnął w ręce, uśmiechnął się i szurając nogami wykonał taniec radości, jak czarny chłopak popisujący się za drobniaki na rogu ulicy. W tej chwili wszystkie zmartwienia i rozczarowania jakby straciły znaczenie. To prawda, błogosławieństwem było żyć w wieku cudów.
Wexowi zlecono zrobienie zdjęć trzem działaczom z Klubu Demokratycznego z First Ward. Demokraci rządzili w okręgu — i nie tylko — a Wex utrzymywał z nimi dobre stosunki. Cechowała go szczególna lojalność wobec dwóch bossów, radnego Coughlina i właściciela saloonu — Kenny’ego.
Ci trzej, którzy przyszli do zakładu, stali niżej w hierarchii. Brakowało im kultury i nosili pseudoeleganckie tandetne ubrania. Nie spodobali się Paulowi, ale potrafił wysnuć wnioski: tacy ludzie rządzili miastem.
Wex uprzejmie podał swoją cenę — pięć dolarów za zdjęcie. Klienci zaczęli krzykliwie protestować i kląć, a w końcu zebrali się do wyjścia. Wex wybuchnął śmiechem.
— Goście tacy nerwowi, chłopcy? Przecież wiecie, że klub stać na coś takiego. Większa część waszej gotówki pochodzi od tej koterii z magistratu, a jak słyszałem, nie macie na co narzekać.
Ten, który występował w imieniu pozostałych, powiedział, że zgadza się na pięć baksów za sztukę. Baks, dolar. Paul uzupełniał swój leksykon slangu.
Upozowanie i sfotografowanie działaczy zajęło Wexowi ponad pół godziny; w swym fachu był perfekcjonistą. Pod koniec sesji przywódca powiedział:
— Przyślij nam te zdjęcia jak najszybciej. Radny Coughlin też chciałby mieć nowe fotografie. Jeżeli te okażą się dobre, szepniemy słówko, komu trzeba.
Niespodziewane piętnaście dolarów, połowa z góry, wprawiło Wexa w doskonały humor.
— Frycu, dziś wieczorem wypuścimy się na miasto. Jest coś, co od miesięcy pragnę zobaczyć. Teraz możemy sobie na to pozwolić bez poczucia winy.
— Co to takiego?
— Salon ruchomych obrazów pana Edisona. Ale najpierw pójdziemy na ostrygi do Palmer House.
W wąskiej kamienicy pod numerem 148 na State Street za pięć centów można było oglądać najnowszy wynalazek Czarodzieja z Menlo Park.
Sypał gęsty śnieg, gdy Paul i Wex weszli do środka z błotnistej ulicy. Okulary Wexa były pocętkowane topniejącymi płatkami, a z jego starych, spękanych butów ściekała breja.
Mimo brzydkiej pogody w salonie znajdowało się czterech klientów, z szacowną i przystojnie odzianą matroną włącznie. Wex wymachiwał rękoma niczym uszczęśliwione dziecko.
— Czyż to nie jest wspaniałe? Mówi się, że Edison ma w planach założenie takich salonów w całej Ameryce.
Podeszli do kasy biletowej. Obok, na piedestale, stało popiersie wielkiego wynalazcy, a za nim dziesięć szafek, tyłem do siebie w dwóch rzędach. Każda szafka miała około trzech stóp wysokości i dwie głębokości. Żółte ściany salonu kinetoskopowego wyglądały odstręczające, lecz kierownictwo zadbało o dobre oświetlenie, jak również o poręcz przed rzędami maszyn — dla wygody klientów pochylających się nad okularem.
Mężczyzna sprzedający bilety był dobrze ubrany; miał garnitur, sztywny kołnierzyk i krawat. Wex zapytał:
— Jest pan kierownikiem?
— Właścicielem. Ten salon posiada koncesję Edison Kinetoscope Company.
— Jak długie są pańskie filmy?
.— W przybliżeniu po dwadzieścia sekund. Za ćwiartkę można obejrzeć pięć.
— Co, całe pięć centów za jeden?
— Nie można oczekiwać, żeby geniusz pracował za darmo. Kinetoskop to słynny wynalazek.
Wex kupił dwa bilety po dwadzieścia pięć centów i podał jeden Paulowi. Odsuwając się od kasy, popukał paznokciem w metalicznie połyskujące popiersie Edisona.
— Fałszywe — wyszeptał. — Malowany gips.
Paulowi serce zaczęło tłuc się w piersiach, gdy podeszli do szafek.
— To są te maszyny, których pan Edison nie zdążył dostarczyć na wystawę?
— Te same.
Wex oglądał filmy w jednym rzędzie kinetoskopów, Paul w drugim. Tematy wybrane przez Edisona były mało ciekawe, by nie rzec nudne. Paul obejrzał „Kataryniarza”, „W zakładzie fryzjerskim” — według
niego strzyżenie włosów to nic frapującego, „Kucie koni”, „Tresowane niedźwiedzie” i „Sandowa Wielkiego”. Ostatni obraz był najbardziej interesujący. Słynny niemiecki siłacz odziany w strój, który przypominał olbrzymią serwetę, prezentował imponujące barki i drżące z wysiłku bicepsy.
Kiedy Wex skończył oglądać, odwrócił się do kasy.
— Proszę pana, sam robię w biznesie fotograficznym. Chciałbym obejrzeć wnętrze jednej z tych maszyn.
Właściciel sprzeciwił się. Wex nalegał, w końcu wcisnął mu w rękę pół dolara.
— No, w porządku, przypuszczam, że pan Edison nie może szpiegować mnie z New Jersey.
Gdy tylko wyszli inni klienci, zdumieni tym, co widzieli, mężczyzna przesunął jedną z szafek, odkręcił płytę z tyłu i zdjął ją. Oczarowany Wex przyklęknął. Paul zerknął mu przez ramię na szpulę filmu przesuwanego na zębatych wałkach.
Po kilku minutach Wex podniósł się.
— Dziękuję, proszę pana, to wielce pouczające. — Nałożył czapkę i wyszli. Śnieg przestał sypać. — Mimo niewiarygodnie nudnych tematów to pudło jest cudem stulecia. Chwilowym.
— Dlaczego pan tak uważa?
— Bo obraz jest za mały i tylko jedna osoba naraz może go oglądać. Potrzebna jest maszyna do projekcji obrazu. Do rzucania go na ścianę lub na specjalny ekran, dla całej widowni. Wielkiej, płacącej widowni. Dziennikarze przychodzący do mego zakładu mówią, że wynalazcy bez chwili wytchnienia pracują nad takim projektorem —łącznie z Edisonem, chociaż on nie kryje swoich wątpliwości. Nie liczy na powodzenie tego rodzaju przedsięwzięcia. Ja uważam, że wystarczy zaczekać parę lat, a wszystko się zmieni. Znikną takie obskurne salony, a pojawią się specjalne teatry. I zapełniać je będą tłumy. Niemożliwe, by coś tak cudownego nie chwyciło. — Okulary błysnęły w świetle ulicznej lampy; Wex nieomal tańczył w topniejącym śniegu. —Jednakże pan Edison jest nie tylko geniuszem w sprawach mechaniki, ale również prawdziwym człowiekiem interesu. Chwyta okazję w lot i sprzedaje prawa do korzystania z kinetoskopów we wszystkich stanach. Właściciele koncesji mogą wydzierżawiać aparaty innym albo otwierać własne salony. Słyszałem, że przynosi to niezły zysk.
— Kiedy otwarto ten salon?
— W maju ubiegłego roku. Cholernie kiepska pora. Właściciel w wyniku
zamieszania spowodowanego przez strajk u Pullmana musiał ponieść wielkie straty. Przez wiele miesięcy mało kto wiedział o tym salonie.
— Ciekaw jestem, czy obecnie zarabia na swej inwestycji.
— Nie wątpię. Słuchaj, jakie to świetne angielskie słowo, „inwestycja”. Uczysz się nimi posługiwać, prawda?
— Staram się. W każdej wolnej chwili studiuję gramatykę i wertuję słownik. I chyba już nie myślę po niemiecku. No, prawie.
— Tym lepiej dla ciebie, skoro masz się stać obywatelem tego kraju.
Tej nocy Paul śnił o widzianych w kinetoskopie obrazach. W wolnych, sennych sekwencjach siłacz Sandow, wysoki jak dom, napinał ramiona grube niczym dęby, by pokazać bicepsy większe od głazów. U jego stóp tysiące maleńkich widzów zawzięcie biło brawo. Paul przebudził się pełen podniecenia i entuzjazmu.
Takie zdjęcia chcę robić. Jeżeli Wex ma rację, pewnego dnia staną się popularne wśród milionów. Będąc operatorem aparatu, który robi takie obrazy, mógłbym pozwolić sobie na założenie rodziny, a poza tym miałbym świetną pracę. Ha, mógłbym jeździć po całym świecie.
Niewesoła myśl stłumiła podniecenie. Aby zrealizować te marzenia, będzie musiał opuścić człowieka, który udzielił mu schronienia i nauczył wszystkiego. Nie będzie to łatwe, jeśli w ogóle się zdecyduje. Nie chciał teraz o tym myśleć.
Wreszcie pewnego zimnego i wietrznego dnia pod koniec marca znalazł dobrą pracę. Został woźnicą furgonu Illinois Steam Laundry Company.
Właścicielem i kierownikiem parowej pralni był niejaki Albert Grace. Pan Grace miał okrągłą jowialną twarz, nosił porządne ubrania i w ogóle wyglądał szacownie — na przykład jak ktoś, kto sprzedaje dewocjonalia. W czasie rozmowy wstępnej Paul zadał tylko kilka krótkich pytań. Przez resztę czasu mówił Albert Grace. .
— Kieruję niezwykle potrzebną fiimą. Świadczę niezbędne usługi. Ta Pralnia jest ulubionym zakładem tuzinów klientów. Jeżeli przyjmiesz tę pracę, znajdziesz się na linii frontu Illinois Steam Laundry Company. Dostarczając i odbierając pranie, będziesz reprezentował mnie, staniesz się niejako wcieleniem Alberta Grace’a. A to wielce odpowiedzialna rola.
Na koniec dwudziestominutowego monologu pan Grace potrząsnął ręką nowego pracownika i powiedział, że jego angielski wywarł na nim
duże wrażenie. Paul, będący z kolei pod wrażeniem górnolotnej wypowiedzi właściciela, zdumiał się, gdy poznał prawdę. Wprawdzie do zakładu przyjmowano serwety i pościel z kilku pomniejszych hoteli w centrum, lecz głównie obsługiwano klientelę z First Ward. W Illinois Steam Laundry Company prano pościel z burdeli.
Najważniejszy teren działalności pralni, Levee, rozciągał się od ulicy Osiemnastej do Dwudziestej Drugiej, między Wabash Avenue na wschodzie a Clark Street na zachodzie. Początkowo Levee ograniczało się do kilku kwartałów na State Street i obejmowało fragment Satan’s Mile — Van Buren do Dwudziestej Drugiej, lecz ostatnio rozrosło się i teraz zaćmiewało wszystkie inne dzielnice rozpusty: Little Cheyenne, Little Hell, Bad Lands, Coon Hollow i niegdyś przewyższający wszystkie inne Custom House Place. Pralnia Alberta Grace’a zajmowała dwupiętrowy budynek na Wabash w pobliżu ulicy Dwudziestej Czwartej. Była to dogodna lokalizacja, gdyż niedaleko, na Dwudziestej Drugiej, mieściła się Sala Taneczna Freiberga, uważana za towarzyskie centrum Levee.
