Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Znakomity amerykański pisarz John Jakes, autor głośnych powieści "Północ-Południe" czy "Kronika rodziny Kentów", książką "Gdzie jest mój dom?" rozpoczął kolejny cykl opowieści o amerykańskim społeczeństwie.
Nowych bohaterów poznajemy w 1891 roku. Są to głównie niemieccy imigranci, przybywający do Ameryki na potężnej fali nadziei. Ameryka przez długi czas pozostawała symbolem nieograniczonych możliwości. Światem, w którym mogą spełnić się najbardziej ekstrawaganckie marzenia, magnesem przyciągającym wielu ludzi. Liczni osiągali sukces i zostawali obywatelami Ameryki. Niektórzy, rozczarowani, wracali do domu.
Główny bohater powieści, młody Niemiec Paul Kramer, przybywa do Ameryki na zaproszenie stryja, dociera do Chicago i tam rozpoczyna poszukiwanie swego miejsca na ziemi.
"Gdzie jest mój dom?" to wielowątkowa epopeja o wartkiej akcji, pełna emocjonujących scen i postaci, opowiadająca o wielkich namiętnościach i codziennym zwyczajnym życiu wielu imigrantów.
Cykl: Saga rodziny Crown, t. 1
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 752
Rok wydania: 1996
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
WYPOŻYCZALNIA DLA DOROSŁYCH
JOHN JAKES GDZIE JEST MÓJ DOM?
Przełożyli: Maria i Cezary Frąc
Wydawnictwo EM Warszawa 1996
Tytuł oryginału: Homeland
copyright © 1993 by Jo^takes^ £$. copyright © for the Polish edition b^BM s.c.
ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Andrzej Wroński
REDAKCJA: Katarzyna Lasowaka
KOREKTA: Anna Sidorek, Ewa Kwiatkowska
SKŁAD: EM — Warszawa, tel. 635-25-20
DYSTRYBUCJA: EM — Warszawa, ul. Kolejowa 19/21 tel.* 632-32-95 w 9
WYDAWNICTWO
E1& ^
fö 11^
00-170 Warszawa
Al. Jana Pawła II 68
ISBN 83-86396-26-1
Druk i oprawa: Prasowe Zakłady Graficzne
Bydgoszcz, ul. Wojska Polskiego 1
Dedykowane mojemu dziadkowi Williamowi Carlowi Retzowi ur. Neuenstadt-am-Kocher, 1849 zm. Terre Haute, Indiana, 1936
Na fotografii pan w starszym wieku, nadal przystojny, z białą bródką, siedzi w cętkowanym świetle z chłopczykiem na kolanie.
Pamiętam ten dzień, albo podobny; słoneczne światło i leżący w pobliżu egzemplarz „Argosy” w jasnożółtych okładkach.
Mój dziadek uwielbiał dobre opowieści.
Wspominam go z miłością
OD AUTORA
Niniejsza powieść jest pierwszą z zamierzonego cyklu o członkach amerykańskiej rodziny, żyjących w czasie najdonioślejszych wydarzeń dwudziestego wieku i biorących w nich udział.
Nie jest możliwe zrozumienie tego stulecia bez pewnej wiedzy na temat poprzedniego, dlatego opowieść ta próbuje przedstawić zarys amerykańskiego życia i historii w latach 1890-1900, czyli w dziesięcioleciu, w którym naiwny młody olbrzym napina muskuły i zaczyna pojmować oraz wykorzystywać swą przeogromną siłę.
Crownowie mieszkają w Chicago, ponieważ miasto to jest i było kwintesencją Ameryki i co prawdopodobnie jest równie ważne, ponieważ zawsze chciałem napisać o tym awanturniczym preriowym tyglu, w którym się urodziłem i wychowałem.
Drugim tematem opowieści, który także chciałem przybliżyć, są przeżycia imigrantów. Mój dziadek ze strony matki, któremu dedykowałem tę książkę, był jednym z nich; przybył do Green Castle około roku 1870. Poślubiona przez niego w Cincinnati młoda kobieta również była imigrantką. Korzenie rodziny mojej matki sięgają do Niemiec, gdzie w Aalen, miasteczku, z którego wyruszył do Ameryki mój dziadek, nadal żyją moi krewni. Niemcy, kraj będący źródłem totalitaryzmu dwudziestego stulecia, był także ojczyzną największej grupy imigrantów, która dotarła do tych wybrzeży w dziewiętnastym wieku. Byli to silni ludzie; dobrzy Amerykanie, mimo czasami kontrowersyjnej lojalności.
Mojemu dziadkowi i jego rodzinie powiodło sie w Ohio i Indianie. Nie Wszystkie imigranckie historie kończyły się w ten sposób. Piekarz z Wuppertal, pomniejsza, ale znacząca postać w tej książce, nie był w owym czasie wyjątkiem.
J.J.
CZĘŚĆ PIERWSZA
1891-1892
Tutaj, przy naszych zmywanych morzem zachodnich wrotach, Stanie potężna kobieta z pochodnią, której płomień Jest uwięzioną błyskawicą, a jej imię
Matka wygnańców
1883
„Nowy Kolos” Emmy Lazarus, napisany w celu zebrania funduszy na ukończenie budowy Statui Wolności.
Gdzie jest mój dom? — pomyślał. — Na pewno nie tutaj.
Z kruchej półki nad łóżkiem ściągnął pomięty kawałek papieru.
Była to mapa świata, wydarta z książki, którą kupił w antykwariacie za pieniądze zaoszczędzone z trudem. Kupił całą książkę tylko po to, by mieć tę mapę.
Drobiazgowo zastanawiał się nad lokalizacją różnorodnych miast, jak gdyby był jakąś podobną Bogu istotą, zdolną do wybrania i osiedlenia się w dowolnym miejscu na ziemi. Ale, niestety, był w Berlinie. Czasami kochał to miasto, ale kiedy indziej, tak jak teraz, dusił się w nim.
Wrócił do domu o północy, wyczerpany po pracy. Wsunął się pod starą kołdrę i leżał, nie mogąc zasnąć i studiując mapę. Była prawie druga nad ranem, a ciotka Lotte jeszcze nie wróciła. Przypuszczał, że wyszła z jednym ze swoich Herren. Martwił się o nią. Kiedyś była najmilszą z kobiet, teraz zaś stała się oschła, jakby przestała go lubić, jakby niechętnie widziała go obok siebie. I piła więcej niż zwykle. Rano przed wyjściem do pracy widział, jak dwa razy zatoczyła się.
Pokój był maleńki i ciasny niczym cela. Z ledwością mieściło się w nim jedno wąskie łóżko, stara szafa, która zamiast jednej nogi miała drewniany klocek, i rozklekotany taboret z naftową lampą. W kącie, obok drewnianego pudła zawierającego jakieś dziecinne zabawki, stał nocnik. Izdebka mieściły się w suterenie; nie miała nawet jednego okna.
Często było w niej zimno, a prawie zawsze wilgotno. Ciotka Lotte skarżyła się, że jego pokój jest niechlujny; bardzo niemiecki. To można było powiedzieć również o nim. Jego ubrania były prawie zawsze źle pozapinane, koszula często wyłaziła mu zza paska, a kieszenie miał stale
wypchane starymi ołówkami, strzępkami papieru do zapisywania myśli lub spraw, jakie powinien załatwić, kamieniami, nie dojedzonymi sucharami lub słodyczami, które kruszyły się i roztapiały.
Nie chodził już do szkoły; nigdy jej nie lubił i opuścił ją przed rokiem. Chociaż porzucenie nauki było niezgodne z prawem, nikt się tym nie zainteresował.
Melancholijnie pogładził mapę i przyłożył palec do miasta w Ameryce, w którym mieszkał jego stryj.
Jak to często zdarzało się w środku nocy, teraz też powróciły nurtujące go bolesne pytania. Pytania, których nigdy w obecności innych nie wypowiadał. Prawdopodobnie dlatego, że bał się, iż nie ma na nie odpowiedzi. Tej nocy również ich nie znalazł. Powoli wyciągnął rękę i odłożył wygniecioną mapę na półkę.
Nazywał się Pauli Kroner.
Miał trzynaście lat.
Wiosenny deszcz tłukł w wielką szybę. Błyskawice migały oślepiająco. Pauli gapił się w okno wystawowe sklepu Wertheima na Leipzigerstrasse; między wyeksponowanymi przez dekoratorów różnorodnymi męskimi i damskimi ubiorami stał cudowny globus, wielobarwny i starannie wykonany. Miał mosiężne ozdoby na osiach i spoczywał w ciężkim, fantazyjnie rzeźbionym drewnianym stojaku.
Malowane morza i kontynenty zdawały się pełne tajemnic, możliwości, cudownych widoków, które Pauli tak bardzo pragnął zobaczyć. Gdyby tylko miał dość pieniędzy, by kupić taki globus...
- Ja tylko patrzyłem. włńC7vłv się tu śmiecie takie
— Patrz gdzieś indziej. Nie chcemy, by w W
jak ty, to odstrasza klientów. łał PaulL Był0 to
— Es wird uhcrall nur mit Wesser gekoch ., wodzie’»
stare przysłowie, dosłownie znaczące: „Wszędzie go uj Pauli chciał powiedzieć, że jest lak samo dobry j
— Tak? — warknął portier. — Ty jesteś dobrym klientem? Wielkim kupcem? Wynoś się stąd, bo zagwiżdżę po policję!
Pauli obrzucił portiera wściekłym wzrokiem, ale to wyzwanie jedynie maskowało jego prawdziwe uczucia. Portier dobrze wiedział, kim on jest. Zerem.
Z rękoma w kieszeniach, z opuszczoną głową, odszedł zmywanym strugami deszczu bulwarem.
Niedługo później, w niedzielny poranek, Pauli poszedł do Tiergarten z blokiem taniego papieru pod pachą. Poprzedniej nocy po powrocie z pracy zastał ciotkę Lotte plączącą nad tym, że w sobotni wieczór musiała obyć się bez męskiego towarzystwa. Kobieta mówiła powoli i niewyraźnie. Piła silnie sfermentowany Apfelwein z kielicha. Spała jeszcze, gdy wychodził rano; słyszał, jak pochrapuje za zamkniętymi drzwiami.
Pauli przemierzał Tiergarten szybkim, zdecydowanym krokiem. Było jasne,- że nigdy nie będzie przystojny, ale miał miłe, żywe niebieskie oczy i szerokie ramiona oraz silną, zdecydowanie męską budowę ciała. Płynęła w nim krew południowych Niemców, a w swej rodzinie musiał mieć rudego przodka, czasami bowiem w jego włosach migotały rdzawe błyski. Ilekroć czuł się dobrze i pewnie, emanowała z niego zauważalna przez innych siła» i pewność siebie.
Tego ranka wielki zielony park spowijała mgła. Pauli pospieszył w kierunku wybranego przez siebie modela. Na trawiastym pagórku, ze słomkowym kapeluszem i fajką przy boku, z brzuchem sterczącym pod kamizelką niczym góra, spał starszy jegomość. Pauli w dyskretnej odległości rzucił się na kolana, wygładził pierwszą kartkę w bloku i przetrząsnął kieszenie w poszukiwaniu węgla do rysowania. Zlizał czekoladę, która rozmazała się na końcu laseczki węgla, i znieruchomiał z ręką uniesioną nad arkuszem.
Był wewnętrznie spięty z oczekiwania i niepokoju. Chciał sporządzić dobry szkic śpiącego jegomościa, ale bał się, że znów mu się nie uda.
Zaczął od nakreślenia konturu śpiącego. Po czterech pociągnięciach Wytarł to, co narysował; proporcje były złe. Jego ręka jakby nie potrafiła Wykonać sygnałów płynących z oka i umysłu. Wydarł kartkę i zmiął ją. klnąc pod nosem. Starszy jegomość drgnął, usiadł i spojrzał na niego Z zaciekawieniem. Pauli poczerwieniał. Zerwał się na nogi i uciekl Z blokiem i węglem, zapominając o podniesieniu z trawy wydartego arkusza.
Dlaczego nie dawał za wygraną? Chciał rysować cudowne widoki, których pełno było dookoła, ale najwidoczniej jego talent był mierny. Wciąż próbował, lecz za każdym razem nic mu nie wychodziło. Czasami wydawało się, że nie ma zdolności do niczego.
Raz jeszcze Pauli stał na chodniku przed wielkim magazynem Wertheima na Leipzigerstrasse. Portiera nie było w polu widzenia. Lipiec dobiegał końca; długi letni zmierzch był złocisty i ciepły.
W pewnym momencie Pauli zwrócił uwagę na wychodzącą ze sklepu starszą panią w czarnym stroju, z siatkową torbą w ręku. Nagle z tłumu wyskoczył brodaty mężczyzna i brutalnie powalił kobietę na ziemię.
Starsza pani krzyknęła, mężczyzna zaś wyrwał jej torbę, wyciągnął z niej dwie puszki herbaty i zaklął wściekle. Odwrócił się w stronę Pauliego, próbując zgubić się w tłumie.
Pauli bez chwili wahania rzucił się na chodnik. Złodziej nie zdążył zatrzymać się na czas. Potknął się o chłopca, który złapał wystrzępiony rąbek jego długiego płaszcza i szarpnął w dół. Mężczyzna przewrócił się, paskudnie uderzając się w głowę.
Pojawił się przerażony portier. Nie zwrócił uwagi na Pauliego, lecz szybko podbiegł do starszej pani. Biadoląc i miotając groźby pod adresem przestępcy, pomógł jej wstać i wprowadził ją do magazynu.
Potłuczony mężczyzna również próbował się podnieść. Pauli szybko przysiadł mu na plecach. Wkrótce złodziejem zajęli się dwaj sklepowi detektywi. Pauli wstał i otrzepał ubranie. Wokół zebrało się parę osób, pokazujących złodzieja palcami.
Przybyli policjanci. Uparli się, by zabrać Pauliego na posterunek.
— Ale ja tu czekam na przyjaciela. — Przyjacielem był Tonio Henkel, syn właściciela dobrze prosperującej cukierni na Unter den Linden. ’
— Nie sprzeciwiaj się, idziesz z nami. — Jeden z policjantów ścisnął go za ramię, kładąc kres dyskusji.
Zabrali go do pokoju o obdrapanych żółtych ścianach z nieodłączną wielką litografią przedstawiającą cesarza Wilhelma II w heroicznej pozie.
Dwaj surowi detektywi zasypali g° gradem pytań.
— Nazwisko?
—- Pauli Kroner.
— Wiek?
— Czternaście, urodzony piętnastego czerwca.
— Adres.
Niechętnie podał numer domu na Mullerstrasse. Detektywi wymienili szybkie spojrzenia. Rozpoznali podłą ulicę w jednej z robotniczych dzielnic. Prawie slums.
Pauli przez pół godziny zdawał sprawozdanie z przebiegu wydarzeń. Nagle gdzieś rozległ się dzwonek. Zawołano jednego z detektywów. Kiedy wrócił po trzech minutach, jego dotychczas dość surowe zachowanie uległo radykalnej zmianie.
— Rozmawiałem przez telefon — powiedział do Pauliego. — Pomogłeś pewnej bardzo ważnej damie. Frau Fliisser. Teściowa zastępcy dyrektora sklepu. Chce zobaczyć się z tobą w swoim domu jutro rano. Punktualnie o dziewiątej. Myślę, że chce cię wynagrodzić. Zapiszę ci adres.
Drugi detektyw poklepał go po ramieniu.
— Ein scharfsinniger Junge. Bystry młodzieniec.
Pauli, któremu z radości zakręciło się w głowie, wybiegł z budynku, po czym pomknął w kierunku Unter den Linden.
— I ten policjant naprawdę tak powiedział, że jesteś bystry? — zapytał Tonio Henkel. Chłopcy siedzieli przy stoliku w cukierni Henkla.
— Tak — zapewnił go Pauli z fałszywą skromnością. Wepchnął do ust kolejne ciastko, pochłaniając je w błyskawicznym tempie.
Tonio uśmiechnął się. Jego ogromne, wypukłe czoło podskakiwało nad blatem stołu. Głowa była zbyt wielka w porównaniu z kruchym, drobnym ciałem. Pauli i Anton Henkel zaprzyjaźnili się w Grundschule, którą Pauli porzucił pod koniec siódmej klasy, na Wielkanoc przed rokiem. W piątej — w przeciwieństwie do wielu innych uczniów — nie został przeniesiony do Oberschule. Pozostając w szkole niższego stopnia, stawał się jednym z tych, którzy nigdy nie zdobędą wyższego wykształcenia w Gymnasium. Ciotka Lotte nie sprzeciwiała się zbytnio, gdy poinformował ją o zrezygnowaniu z nauki; potrzebowali dodatkowych pieniędzy, które mógł zarobić.
Odejście Pauliego ze szkoły nie miało wpływu na przyjaźń z Toniem. ^auli lubił Tonia ze względu na jego łagodny, dobry charakter.
— Przestraszyłem się, gdy przyszedłem pod Wertheima, a ciebie nie było — powiedział Tonio.
— Nie mogłem nic na to poradzić — odparł Pauli, z kolejnym ciastkiem w ustach.
Zerknął na pozłacany ścienny zegar. Prawie dziesiąta. Musiał iść do domu, więc chciał się upewnić, czy zdąży na czas.
— Kiedy masz się spotkać z tą starszą panią, która chce cię wynagrodzić? — spytał Tonio.
— Jutro rano, punktualnie o dziewiątej.
— Jak myślisz, co ci da? Coś, o co sam poprosisz?
— Och, wątpię.
Tonio wyszczerzył zęby.
— Może da ci bilet do Ameryki.
— O tak, bardzo bym tego chciał — mruknął ironicznie Pauli. Po chwili dodał: — Lepiej już pójdę. Cotka Lotte wie, o której kończę zmianę. Będzie się zastanawiała, dlaczego się spóźniam.
Tonio ruszył z nim do drzwi; jego wielka głowa chyliła się do przodu niczym ciężkie brzemię.
— Jak szkoła? — zapytał Pauli.
— Szkoła... — Tonio jakby wzdragał się przed udzieleniem odpowiedzi. — Tak... no cóż... Mam złe nowiny.
Pauli zatrzymał się przy wyjściu na Unter den Linden. Rosnące wzdłuż krawężnika lipy szumiały na wietrze. Eleganckie powozy przejeżdżały z turkotem. Powietrze było rześkie, wieczór wietrzny; zimno nadciągało znad Morza Północnego. Pauli zobaczył strach w oczach przyjaciela.
— Wiesz, że doktorzy badają nas co tydzień, szukając oznak kalectwa czy spowolnienia? — Pauli przytaknął skinieniem. — Dzisiaj zostałem zbadany i... uch... odrzucony. Teraz mam chodzić do szkoły specjalnej. Prawdę mówiąc, to nie tyle szkoła, ile obóz. Pójdę tam jesienią. Doktor powiedział, że mu przykro, ale to konieczne.
— Tonio, to straszne.
Kiedy podejmowano decyzję, że uczeń ma zostać wydalony ze szkoły ze względu na fizyczne czy umysłowe upośledzenie, nie można był0 liczyć na zmianę wyroku. Jak zauważył szkolny doktor w trakcie badania uczniów: „Istnieje tylko jeden sposób utrzymania poziomu. Nowy niemiecki sposób”.
Jeżeli tak, Pauliemu bardzo się to nie podobało. Może dlatego tak interesował się krajem, do którego przed laty wyemigrow JeS° stryj-
— Tonio, naprawdę mi przykro.
— 'lak, mnie również. Ale nie przejmuj się, dam sobie radę.
Pauli ścisnął rękę przyjaciela i odszedł.
Jego obcasy stukały głośno po chodniku. Ciemne liście szeleściły na wietrze. Na ulicach rozbrzmiewał śmiech i ożywione rozmowy przechodniów, chrapliwe głosy i dudnienie kufli mężczyzn świętujących w piwiarniach, melodie wygrywane przez ulicznego minstrela na Leierkasten, katarynce na małym dwukołowym wózku. Pauli myślał ° jutrzejszym spotkaniu; dla niego ta noc była pełna oczekiwania i magii. Znów kochał Berlin.
Cóż, dlaczego nie? Było to jedno z największych miast świata. Półtora miliona ludzi tłoczyło się na jego starych ulicach, powodując nie tylko stały hałas i zamieszanie, ale dając zarazem poczucie energii, siły, znaczenia. Turkot powozów i furgonów miał trwać do wczesnego ranka.
„Ateny nad Sprewą”, tak nazywali miasto starzy mieszkańcy. Z powodu dymu, brudu, niepohamowanego rozwoju przemysłu, zakładów zbrojeniowych Rathenau, giganta energetycznego, zwano je również „Chicago nad Sprewą”. Ciotka Lotte miała inne, mniej pochlebne określenie: „ta nędzna kloaka”.
Na ulicach można było zobaczyć osoby wszelkiego autoramentu: eleganckie kobiety i Cyganki w łachmanach, podróżników, oficerów, ludzi interesu, Żydów z brodami, pejsami i w długich czarnych chałatach; Pauli nigdy nie rozmawiał z Żydem, z wyjątkiem sklepikarzy. Widywało się junkrów przybyłych ze swych rodowych włości, pełnych pogardy i chudych jak ich drogie cygara. Ojciec Tonia mawiał, że junkrzy rządzą krajem, nowymi imperialnymi Niemcami. Mówił, że Żelazny Kanclerz, Bismarck, wskrzesił coś zwanego starą stalą i żytem — klikę oficerów i właścicieli ziemskich. Twierdził, że ich wpływ jest dobry dla Niemiec, podobnie jak bismarckowska polityka rozwoju państwa opartego na siłach zbrojnych.
Tak, Berlin był widowiskowy, w porządku. Ale Pauli nie miał pewności, czy chce, by Berlin został jego domem na zawsze. Coraz częściej myślał o Ameryce. O pewnym szczególnym mieście, Chicago, 1 stryju, którego nigdy nie poznał. O stryju, który był piwowarem bogatym właścicielem browaru.
Poza tym nie lubił swojej pracy w kuchniach słynnego i eleganckiego hotelu Kaiserhof. Zmywał wykładane kafelkami posadzki, opróżniał tace brudnych naczyń i cuchnące kubły z odpadkami, przez cały czas umykając Przed kuksańcami i kopniakami nerwowych mistrzów kucharskich. Czasami Pracował we dnie, a czasami przez połowę nocy, ale harówka bez względu Pa porę zawsze była jednakowa. Jedyną rozrywkę stanowiły rozmowy
^7, Herr Trautweinem, portierem, krzepkim kawalerem, który ilekroć było to możliwe, wślizgiwał się do łóżek zatrzymujących się w hotelu kobiet. Portier był również entuzjastą nowoczesnych wynalazków wszelkiego rodzaju i potrafił bez końca, ale interesująco opowiadać o nadchodzącym nowym świetlanym wieku mechanizacji.
Na Mullerstrasse pracownice sanitarne trzaskały pokrywami zbiorników na odpadki. Ktoś wychylił się przez okno, by poskarżyć się na hałas. Smród przepełniał ponurą ulicę. Z leżącego kilka przecznic dalej browaru Norddeutsche Brauerei napływały jedyne ciepłe, apetyczne wonie, łagodzące nieco wszechobecny smród nieczystości i brudu.
Dzwon katolickiego kościoła na sąsiedniej ulicy wydzwonił kwadrans. Pauli spiesznie zbiegł po schodach prowadzących do drzwi mieszkania w suterenie, które dzielił z ciotką Lotte i jej niezliczonymi Herren. Przez długi czas, nim ciotka zaczęła przyjmować Herren, część jadalni zajęta była przez jednego czy dwóch Schlafburschen, podnajemców, którzy dnie spędzali poza domem, a w nocy spali za prowizorycznym parawanem. Obecnie wszyscy goście lądowali w pokoju ciotki Lotte.
Pauli wszedł do mieszkania. Było niewielkie, miało malowane, gipsowe,, okropnie przytłaczające sufity. Małe okna przysłaniały firany z pożółkłej koronki. Pauli znalazł ciotkę w zagraconej ciemnymi meblami bawialni. Siedziała w swym najlepszym kwiecistym szlafroku w towarzystwie Amerykanina, który odwiedzał ją co sześć miesięcy.
— Spóźniłeś się, gdzie byłeś? — zapytała. — Wyglądasz jeszcze bardziej niechlujnie niż zwykle.
Lotte miała czterdzieści trzy lata. Była przystojną, dobrze zbudowaną kobietą o bladoniebieskich oczach i kasztanowych włosach, okalających jej głowę niczym obcisła czapka loków. Jej lewa stopa była zdeformowana; but miał podeszwę grubą na kilka cali* i gdy chodziła, musiała dokładać wszelkich starań, by nie kołysać się z boku na bok. Pauli zawsze myślał, że to ta ułomność uniemożliwiała jej porządne życie. Lotte miała silny charakter; była uparta, niezależna i bardzo pewna siebie co zdaniem • Pauliego, jak na kogoś żyjącego w takich warunkach, było dość dziwne.
Onieśmielony jej pytaniem, Pauli nie wiedział, od czego zacząc. Lotte . nagląco pomachała szklanką.
—■ No, dalej, co masz na swoje usprawiedliwienie?
— Zostałem zatrzymany na posterunku policji...
— Na policji! — krzyknęła. — Mój Boże, coś ty zrobił?
— Hej, pozwól dzieciakowi wyjaśnić — wtrącił gość. Wstał, by nalać sobie kolejną szklankę szampana; zawsze go przynosił. Phil Teynard Jeździł po Europie, sprzedając maszyny do szycia firmy Globus. Miał Znaczny brzuch i przylizane włosy, lśniące i brązowe dzięki farbowaniu, doskonale mówił po niemiecku.
■— Wobec tego mów, i to szybko — przynagliła ciotka Lotte.
Pauli opowiedział, co się wydarzyło.
■— Nieźle, nieźle. Wyszedłeś z tego z nagrodą — zachichotał Reynard. Ciotka Lotte nalała sobie szampana.
— W porządku; chyba postąpiłeś właściwie. Jednakże to nie zmienia faktu, że mogłeś zostać ranny. Nie przyzwyczajaj się do zadawania z kryminalistami, Pauli. I jeszcze jedno. Jutro, jeżeli będziesz mógł sam wybrać nagrodę, poproś o pieniądze. A teraz idź do łóżka i zostaw nas samych.
Pauli ruszył długim ciemnym korytarzem do swego pokoju. Zapalił lampę — w piwnicy nie było jeszcze elektryczności. Dokładnie zamknął drzwi.
Zdejmując marynarkę, zastanawiał się melancholijnie, co się dzieje z ciotką. Zaledwie rok wcześniej panowały między nimi stosunki pełne uczucia i'tolerancji. Potem coś zaczęło się w niej zmieniać. Nie potrafił odgadnąć, co, ale zmiany widział nawet na jej twarzy, niegdyś tak rumianej, a teraz upiornie szarej.
Rozejrzał się po swojej małej izdebce i zatrzymał wzrok na kolekcji suwenirów. Były przypięte pinezkami do tapety w kwiaty.
Pauli nigdy nie miał dość oglądania fotografii. Największą część kolekcji stanowiły widokówki przedstawiające głównie egzotyczne, Zagraniczne sceny. Sfinks. Rykszarz na Wielkim Murze Chińskim. Cebulaste kopuły Moskwy. Amerykański kowboj na koniu. Malownicza formacja skalna El Capitan w jakimś odległym miejscu w Ameryce, zwanym Doliną Yosemite. Kiedy informacje na odwrocie wydrukowane były po angielsku, ciotka Lotte tłumaczyła mu je. Ze względu na międzynarodową naturę sWej profesji znała pobieżnie kilka języków.
Dwie pinezki przytrzymywały małą czarno-czerwono-złotą flagę Nieudanej rewolucji 1848 roku. Poniżej wisiały proporczyki w barwach cZerwonych, jńałych i niebieskich, wyniesione w dyplomatycznego przyjęcia ^ W^' ^J^j^lizowały one i przypominały mu stryja w Ameryce.
Próbował nie myśleć zbyt często o swym pragnieniu podążenia w ślady stryja, ponieważ marzenie to było tak nieprawdopodobne, że wydawało się wręcz absurdalne. Symbolizowała je, przypięta do salonowego stereoskopu z dala od pocztówek i suwenirów, prostokątna fotografia,, pożółkła i paskudnie zagięta na rogach. Sprezentował mu ją jeden z Herren ciotki, tłusty Amerykanin próbujący sprzedawać olbrzymie elektrodynama, konkurujące z wyrobami Siemens-Halske. W tle rozciągało się potężne miasto. Na pierwszym planie ze skalistej wyspy wyrastał wspaniały pomnik — kobieta trzymająca w wyciągniętej w górę dłoni pochodnię wolności. W zgięciu jej lewej ręki spoczywała olbrzymia tablica. Twarz widniejąca poniżej promieni korony była silna i piękna. To ją pierwszą widzą imigranci, powiedział tłusty Amerykanin. Nazywa się „Wolność oświecająca świat”. Przywitała miliony innych; czy powitałaby i jego, gdyby tam popłynął?
Roześmiał się. Zabawna myśl! W jaki sposób mógłby zdobyć pieniądze na oceaniczną przeprawę? Z ledwością wiązał koniec z końcem; dźwigał łamiące grzbiet ładunki Ochsenfleisch — wołowiny :— w Kaiserhof, by tylko utrzymać się przy życiu.
Szybko przygotował się do spania, zgasił lampę i wsunął pod kusą kołdrę. Letnia noc zrobiła się przenikliwie zimna. Nie mógł zasnąć, myśląc o poranku. Kurz z poduszki sprawił, ze kichnął i usiadł. Kiedy znów się położył, przeszkadzały mu hałasy dobiegające z sąsiedniej sypialni. Najpierw pokasływanie ciotki Lotte, potem znajome poskrzypywanie i trzeszczenie łóżka, a później głośne jęki sprzedawcy maszyn do szycia. Pauli żył na ulicach dość długo, by wiedzieć, co robią mężczyzna i kobieta, chociaż sam nie miał jeszcze doświadczeń. Słyszał, że kobietom sprawia to przyjemność, ale nie wolno im się do tego przyznawać. Na pewno ciotki to nie cieszyło. Ciotka już nigdy nie miała okazać, że coś ją cieszy.
Lotte Kroner patrzyła na fotografię stojącą na stoliku obok łóżka. Sprzedawca maszyn do szycia pochrapywał cicho, z ręką ozdobioną krzykliwym szafirowym pierścieniem przerzuconą przez jej ciężkie biodro.
Przykręcona lampa mrugała, rzucając ruchliwe błyski na spłowiałą metalową płytkę w złoconych ramkach. Przedstawiona na zdjęciu dorastająca dziewczyna miała piękne regularne rysy i gęste połyskujące włosy, które, jak Lotte wiedziała, były rude. Dziewczyna była jej nieślubną córką, nigdy nie rozmawiała o niej z Paulim, bez względu na to, jak bardzo chłopak nalegał.
Podciągnęła kołdrę pocerowaną i połataną w wielu miejscach; dostała ją w posagu, razem z resztą używanej dotychczas pościeli. Lotte oparła się wygodniej na trójkątnym zagłówku. Reynard poruszył się i wymruczał coś na znak protestu. Nie obchodziło jej to. Miała inne, poważniejsze zmartwienia, spośród których największym była przyszłość jej bratanka. Zostało jej niewiele czasu, by przestawić jego życie na lepszy tor. Bardzo mało czasu.
Ostry ból, jakby na znak przypomnienia, przeszył jej piersi. Podniosła Pięść do ust, by stłumić kaszel, i po chwili atak minął.
Cały czas widziała twarz Pauliego, a zwłaszcza jego zranione oczy, ådy tak niedelikatnie potraktowała go w bawialni. Naprawdę nie chciała być nieprzyjemna, nigdy. Kochała go. Ostre słowa i pełne złości spojrzenia były częścią jej świadomej taktyki, by doprowadzić do powstania między bimi dystansu, a tym samym ułatwić wyprawienie go z Berlina. On tego bie rozumiał. Bo i skąd?
Przywołała w pamięci kolejny znajomy obraz. Skorupy błękitnoszarych glinianych garnków z południowych Niemiec, które przyjaciółki rozbijały ba progu domu w noc przed jej zamążpójściem. Tłuczenie garnków ^ Polterabcnd miało uniemożliwić złemu Poltcrgcistowi zniszczenie
małżeństwa. Dużo to jej dało! Nawet po wielu latach te tłuczone garnki były dla Lotte symbolem jej zniszczonego życia.
Handlowe miasteczko Aalen leży jakieś czterdzieści kilometrów na wschód od Stuttgartu, w Wirtembergii, wśród przyjemnie zielonych wzgórz podnóża Jury Szwabskiej. W połowie dziewiętnastego stulecia niewiele różniło się od osady z czasów, kiedy stacjonował tu oddział rzymskiej kawalerii, strzegący granicy imperium.
Korzenie rodziny Kronerów głęboko wrosły w ziemię tego małego skrawka Niemiec. Szwabowie zawsze byli niezależnym, indywidualistycznym ludem. Pracowali ciężko i zawsze pilnie strzegli każdej zarobionej marki.
Wirtembergia i pobliska Bawaria stały się niemieckim zarzewiem rewolucyjnego pożaru, który rozgorzał w Paryżu w roku 1848 i przedarł się przez granicę. Całe Niemcy stanęły w ogniu.
Ojciec Lotte, Thomas Kroner, był właścicielem małego hotelu i browaru na Radgasse — ulicy Koło — w mieście Aalen. W swym okręgu stał się przywódcą rewolucjonistów. W chwili wybuchu Wiosny Ludów natychmiast wyruszył do Baden, by przyłączyć się do zgromadzonych tam demonstrantów.
Tymczasem we Frankfurcie zwołano Zgromadzenie Narodowe. Po uchwaleniu kilku reform i walce o zjednoczenie licznych małych państewek delegaci zawiedli. Nie mogli porozumieć się ani co do granic nowego narodu, ani też znaleźć dla niego władcy. Kiedy zaproponowano koronę konstytucyjnych Niemiec królowi pruskiemu, ten oznajmił, że nie tknie diademu „zbrukanego brudem i mętami niewierności i zdrady • Ośmielona w ten sposób klasa właścicieli ziemskich, junkrów, usztywniła się w swoim oporze i Zgromadzenie zostało rozwiązane.
Następnej wiosny w Wirtembergii znów wybuchło powstanie. Wielki książę poprosił Prusy o pomoc i dwa korpusy pod wodzą księcia krwi Williama podeszły do Baden. Dwudziestego trzeciego lipca 1849 roku rewolucjoniści ostatecznie skapitulowali; był to koniec wielkich nadziei na nowy, demokratycznie zjednoczony naród symbolizowany przezkj, o orowy sztandar. Arystokraci wygrali. Setki rozgoryczonych „ludzi uciekły do Ameryki, bojąc się o swoje życie.
Thomas Kroner został zatrzymany jako jeden z przywódców powstania. Miał czworo dzieci i żonę, Gertrudę Retz, a poza tym musia my; 6(< o swoich interesach, dlatego mimo grożącego mu niebezpieczens wa nie
uciekł ani nawet nie ukrył się. Władze aresztowały go, osądziły i powiesiły tfzy dni przed Bożym Narodzeniem.
Charlotte Kroner była trzecim dzieckiem Thomasa i Gertrudy. W czasie uwięzienia ojca jej najstarszy brat, Alfred, również został pojmany i osadzony w celi. Przebywał w niej czterdzieści osiem godzin. Miał dziewięć lat.
Bestialscy więzienni strażnicy pobili chłopca pałkami, łamiąc mu Prawą nogę. Alfred został okaleczony na zawsze. Z powodu kalectwa mógł zarobić jedynie na minimalne utrzymanie. Być może ze strachu Przez resztę życia entuzjastycznie popierał władzę stopniowo rodzącego S1? monolitycznego państwa niemieckiego.
Lotte urodziła się ze zdeformowaną stopą. Gdy podrosła, czasami dochodziła do gorzkiego wniosku, że przeznaczenie, historia czy jakaś inna zła siła niebieska — okaleczyły prawie wszystkich w rodzinie Kronerów. Później Postanowiła, że dopilnuje, by życie nie okulawiło umysłu i serca jej bratanka.
Matka Lotte zmarła w roku 1853. W 1861 jej chromy brat Alfred poślubił Karolinę Wissen, młodą kobietę z Aalen, która nie dała mu dzieci.
W 1871 roku w Lustrzanej Sali w Wersalu proklamowano powstanie nowego Cesarstwa Niemieckiego w wyniku klęski Francji w wojnie francusko-pruskiej. Nastał wiek Bismarcka, Żelaznego Kanclerza, który wrzucił baronie, państwa-miasta i feudalne włości do tygla nacjonalizmu, stopił je w żarze francusko-pruskiego zwycięstwa i na kowadle własnej woli wykuł na podobieństwo swojej wizji — Pierwszej Rzeszy.
Żona Alfreda zmarła w roku 1873, gdy powstawały nowe Niemcy. Alfred wkrótce ożenił się po raz drugi z Pauline Marie Schönau, która urodziła syna, bratanka Lotte — Pauliego.
Lotte miała jeszcze dwóch braci. Starszy z nich, Josef, stał się dumą jej życia. Z własnej inicjatywy w 1857 roku opuścił Aalen. Miał wówczas ■piętnaście lat. Pokonał ocean i dotarł do amerykańskiej metropolii Cincinnati W stanie Ohio, gdzie mieszkało już wielu innych Niemców. Josef wykazał się niezwykłym talentem w dziedzinie warzenia piwa, czego nauczył się jeszcze jako chłopiec. Brał udział w krwawej amerykańskiej wojnie domowej, dążącej do zniesienia niewolnictwa. Po wojnie poślubił porządną kobietę i przeniósł się do jeszcze większego miasta, Chicago. Stamtąd Przysyłał Lotte gwiazdkowe prezenty wraz z pozdrowieniami i nowinami dotyczącymi rodziny, wypisanymi piórem na kosztownym papierze < wytłoczoną koroną. Zmienił pisownę swego nazwiska, podobnie jak jego
żona, z pochodzenia Niemka; przyjął obywatelstwo i stał się Amerykaninem pod każdym względem. Wychowywał trójkę dzieci o nazwisku Crown.
Młodszy brat Lotte, Gerhard, był z zawodu piekarzem. Po tym, jak rodzinny hotel i browar zostały sprzedane za długi, postanowił pozostać w Aalen. Pobożny, pozbawiony wszelkich ambicji, wypiekał swoje Broi i Kuchen w drobnomieszczańskiej prowincjonalnej izolacji. Lotta wiedziała, że Gerhard uważa ją za niemoralną, a Josefa za martwego, bo ten wyrzekł się Niemiec. Nie widziała Gerharda od ponad dwudziestu lat i nie chciała mieć z nim nic wspólnego. W Aalen nie miała już rodziny.
Małżeństwo Lotte ze stolarzem z wioski leżącej w pobliżu Aalen rozpadło się prawie tak szybko jak skorupy z błękitnoszarych garnków tłuczonych w Polterabend. Zmieniła wyznanie, by zadowolić męża katolika, krzepkiego gbura, który żywił niezachwianą wiarę, że kobieta winna całe życie poświęcić trzem K — Kinder, Kirche, Kuchę; Dzieciom, kościołowi i kuchni. Kiedy Lotte zaczęła okazywać, że myśli inaczej, mąż próbował pięścią wtłoczyć jej do głowy własny punkt widzenia. Pewnej nocy po jedenastu miesiącach małżeństwa Lotte po prostu spakowała swoje rzeczy, opatrzyła siniaki, wsiadła do osobowego pociągu do Stuttgartu i nigdy nie obejrzała się za siebie.
Miejscem jej przeznaczenia stał się Berlin. Pragnąc poznać lepszy, miejski styl życia, przebywała w towarzystwie zamożnych dżentelmenów, którzy zabierali ją do opery czy pięknych restauracji w zamian za starannie racjonowane względy. Jeden z nich został nieślubnym ojcem Christine.
Niestety, Lotte nie miała ani doskonałej urody, ani dostatecznego sprytu, by zostać pierwszorzędną kurtyzaną. By zarobić na utrzymanie maleńkiej córeczki, musiała dodatkowo pracować w różnych fabrykach, czego nienawidziła — i nie bez powodów. Mężczyzna zmuszony do niewolniczej harówki przez sześć dni w tygodniu, jeżeli miał szczęście, zarabiał osiemnaście bądź dwadzieścia marek — kobiety zazwyczaj otrzymywały czterdzieści-pięćdziesiąt procent mniej.
Z biegiem lat Lotte doszła do wniosku, że nie potrafi odpowiednio wychować córki. Christine była wyjątkowo ładnym dzieckiem. Była również uparta. Kiedy miała dziesięć lat, Lotte oddała ją na służbę do szacownej i zamożnej rodziny w Ulm, na południe od Aalen. Modliła się, żeby Christine nie okazała się zbyt piękna i zbyt samowolna, by pozostać przy tym zajęciu. Nie dowiadywała się o jej losy, a wcześniej tak ja^ obecnie postępowała z Paulim — zachowywała się tak* ^ zJe^o wierzyło, że jest nie chciane. Miała nadzieję, że dzięki temu - ristine
będzie bardziej zadowolona ze swego nowego domu. Po jej odejściu zaczęła coraz więcej pić.
Było jej coraz trudniej. Zdecydowanie nie chciała zwrócić się do Stift, instytucji charytatywnej dla kobiet, którym nie udało się osiągnąć stojących Przed nimi celów — małżeństwa, dzieci, utrzymywania porządnego domu. Powtórnego zamążpójścia w ogóle nie brała pod uwagę, bowiem niemieccy Mężczyźni nie chcieli niczego innego poza służącą, którą nobilitowali nazywając żoną. Brat Gerhard kilka miesięcy przed ostatecznym wyklęciem listownie przedstawił jej propozycję: Lotte mogłaby wrócić do Aalen 1 zamieszkać z nim, jego żoną i gromadą dorastających dzieci. Nie, dziękuję bardzo. Lotte widziała takie układy w innych rodzinach; biedna krewna, stara panna, stawała się niewolnicą i oddawała swoją niezależność w zamian za maleńką izdebkę, codzienną harówkę i rolę obiektu pożałowania Przez resztę swego życia.
Tak więc, między okresami przykrej pracy w fabrykach, Lotte nawiązywała liczne, acz niezadowalające i krótkie romanse. Od nich wiódł już tylko mały krok do jej obecnego — ktoś mógłby powiedzieć: zawodowego — podejścia.
Nie była ulicznicą. O nie, nic tak poniżającego. Za pomocą łapówek i napiwków rozdawanych w porządnyćh hotelach nawiązywała kontakty z cudzoziemcami pewnej klasy. Chodziła w ich towarzystwie do kawiarń i teatrów, a później przyjmowała ich w swoim mieszkaniu w suterenie. I z tego żyła.
Sklepikarzom i innym znajomym z sąsiedztwa Miillerstrasse przedstawiała się jako Frau Kroner, szwabska wdowa żyjąca z własnych środków. Żaden z sąsiadów nie zarzucił jej oczywistego kłamstwa. Sprzedawca ze sklepu warzywnego na całego brał udział w tej grze, zadając pełne troski pytania o bezpieczeństwo jej ulokowanej gotówki. W odpowiedzi Lotte wymyślała coraz inne kunsztowne kłamstwa.
Ojciec Pauliego, Alfred, zmarł w 1881 roku, cztery lata po narodzinach chłopca, a jego żona, Pauline, w 1885. Gerhard, być może rozwścieczony licznymi niepowodzeniami i brakami członków rodziny, powiedział, że jego dom jest zbyt zatłoczony, by mógł jeszcze wziąć do siebie Pauliego. 1 tak na Nowy Rok 1886 ośmioletni Pauli Kroner przybył na berliński ^ahnhof z paroma ubraniami w taniej walizce.
Miał ze sobą list od Gerharda. Brat w szorstkich słowach pisał, że nic •ha zamiaru zawracać sobie głowy kontaktowaniem się z Josefem w Ameryce
i przekazuje Pauliego pod opiekę Lotte. Lotte między liniami listu Gerharda wyczytała pewną złośliwość.
Nieważne; z radością wzięła na siebie odpowiedzialność za Pauliego. Była zadowolona z jego towarzystwa, z jego energii i dobrego humoru. Oczywiście wkrótce zdała sobie sprawę, że dla chłopca nie jest to przyjemna egzystencja. W Grundschule był traktowany jak jeden z najbiedniejszych. Dawano mu podręczniki do niemieckiego i łaciny, nie wymagając za nie zapłaty. Dostawał też śniadania złożone z chleba i mleka w zimie i co tydzień darmowy bilet do publicznej łaźni. Widziała, jak chłopca bolą te piętna ubóstwa. Pragnęła dla niego czegoś lepszego.
Kłopot polegał na tym, że nie miała już dużo czasu. Zrobiła się szara i mizerniała w oczach, co miesiąc w jej małej księdze rachunkowej znajdowało się coraz mniej nazwisk Herren. Wiedziała, że w końcu będzie musiała zapukać do bramy szpitala dla ubogich.
Zdusiła kolejny atak kaszlu, potem przechyliła się na bok i po omacku szukała pod łóżkiem ciśniętej tam serwetki z nocnego stolika. Jej palce zamknęły się na sztywnej starej koronce. Wyciągnęła ją do światła i bez strachu popatrzyła na zaschnięte brązowe plamy.
Tak, pozostało niewiele czasu.
Starsza pani mieszkała w jednorodzinnej ceglanej willi na spokojnej ulicy w der altc Westen, starej dzielnicy zachodniej, w pobliżu Tiergarten. Tutaj można było znaleźć najświetniejsze i najbogatsze rodziny, który^ nie zależało na eksponowaniu ani siebie, ani swych bogactw przez mieszkanie w jakimś ostentacyjnym, przesadnie zdobionym domu w Nowy^ Zachodzie, dzielnicy rozbudowującej się wzdłuż Ku’damm.
Pauli zatrzymał się przed frontowymi drzwiami trzy minuty przed dziewiątą. Był niesamowicie zdenerwowany. Włożył swoją najlepszą marynarkę i spodnie za kolana, i raz jeszcze spróbował oczyścić kieszenie z ołówków i innych przedmiotów. Ale i tak na lewej klapie pozostała wielka smuga od Węgla rysunkowego, której nie dało się usunąć żadnym pocieraniem.
Na jego dzwonek pojawił się lokaj o surowej twarzy. Poprowadził chłopca przez szereg ogromnych, zastawionych ciężkimi meblami pokoi. Pauli pomyślał, że musi być ich tyle, ile w pałacu jakiegoś szlachcica.
Starsza pani czekała na niego w wiklinowym fotelu w słonecznym saloniku °d frontu. Na kolanach trzymała połyskującą czarną laskę z olbrzymią srebrną gałką. Jej suknia wydawała się piekielnie gorąca; całe metry czarnego jedwabiu. Kobieta miała żywe brązowe oczy osadzone wśród głębokich zmarszczek.
— Młody dżentelmen — oznajmił lokaj i wyszedł.
— Dzień dobry — rzekła starsza pani. — Zajmij miejsce obok mnie. Posilimy się trochę.
Natychmiast, jak wyczarowana, pojawiła się służąca ze srebrną tacą, na której stał talerzyk Lebkuchen, ciemnych ciasteczek na miodzie w kształcie gwiazdek, lwów, serc, słoni, a nawet żołnierzyków. Był tam również mały cynowy kufel ciemnego piwa dla Pauliego i herbata dla starszej pani. Służąca dolała do herbaty rumu z karafki, przyrządzając Teepunsch.
— No cóż — zaczęła starsza pani, gdy służąca zniknęła — ja jestem Frau Flusser, a ty jesteś moim dobroczyńcą. Policja powiedziała mi, że masz na imię Pauli.
— Tak, Pauli Kroner — wydukał, chrząkając w środku zdania. Trzymał cynowy kufel w lewej ręce, talerzyk na prawym kolanie i miał Wrażenie, że w każdej chwili może upuścić jedno albo drugie.
— Zareagowałeś szybko i dzielnie, kiedy ten nikczemnik próbował mnie obrabować, myślę zatem, że zasłużyłeś na nagrodę. Wiesz, że mój zięć, Otto, jest zastępcą dyrektora w magazynie Wertheima? — Pauli skinął głową. — Rozmawiałam z nim. W nagrodę możesz wybrać sobie ze sklepu, cokolwiek zechcesz, oczywiście w granicach rozsądku. Masz jakieś pomysły? Jakieś pragnienia?
Zastanawiał się przez chwilę.
— Czy macie globusy?
— Słucham? Powtórz, proszę. Słabo słyszę.
— Globusy. Chciałbym mieć mały globus. Lubię patrzeć na inne kraje 1 wyobrażać sobie, jak lam jest.
— Globus — powtórzyła. — To niezwykła prośba, ale mam wrażenie, że może zostać spełniona. Jeszcze dziś zatelefonuję do Otta. Dokąd mamy go przesłać?
— Na Miillerstrasse — powiedział niechętnie i podał numer domu.
— Tam jest twój dom?
— Na razie tak. Mieszkam tam z ciotką Charlotte.
— Myślisz, że pewnego dnia zamieszkasz gdzieś indziej?
— Tak, mam taką nadzieją.
— A gdzie?
— Nie wiem.
— Masz jakieś pomysły?
— Mój stryj mieszka w Chicago, więc może tam. Dlatego chciałbym mieć globus. Żeby obejrzeć wszelkie możliwe miejsca.
Frau Fliisser rozpromieniła się.
— Ameryka to dobre miejsce; ja poważnie bym się nad tym zastanawiała. Mój brat Felix mieszka w St. Louis. Moja bratanica Waltraud również. Wielu Niemców mieszka w St. Louis. Gdybym nie była taka stara i gdybym nie wiedziała, że tu jest moje miejsce, sama bym tam pojechała.
Zerknęła na złoty zegarek wiszący na złotym łańcuszku u pasa.
— Zadbam, byś jak najszybciej otrzymał globus, będziesz więc mógł kontynuować poszukiwania. — Życzliwość złagodziła jej pomarszczoną twarz. — Jestem bardzo wdzięczna za twoją odwagę i pomoc. Możesz mnie pocałować, jeśli chcesz.
Wstał i pocałował ją w policzek, żałując, że kobieta nie jest jego babką.
— Do widzenia, Pauli Kroner.
— Do widzenia, Frau Fluśser.
— Jeżeli twoim prawdziwym domem nie jest Berlin, mam nadzieję, że znajdziesz swoje miejsce, gdziekolwiek ono będzie.
— Dziękuję, ja również.
— Zapamiętaj moje słowa: kiedy znajdziesz swój prawdziwy dorn, będziesz o tym wiedział. Powie ci o tym coś niespodziewanego. Kiedy miałam dziewięć lat, mój ojciec, dyrygent chóru w miasteczku Luchow, został wybrany na stanowisko asystenta w tutejszym kościele. W dni^ w którym przybyliśmy do Berlina, na niebie widniały piękne chmury. Zobaczyłam obłok w kształcie harfy. Mój ojciec wspaniale grywał na harfie. Uwielbiałam jej dźwięki. Kiedy zobaczyłam tę chmurę, wiedziała^
że Berlin jest miejscem, do którego będę należała do końca życia. To był mój znak. Pewnego dnia ty też zobaczysz swój znak.
Przesłała mu pocałunek.
Uśmiechnął się i wyprostował ramiona. Opuścił ten dom i już nigdy jej nie zobaczył.
Tej nocy, po pracy, wprost nie mógł się doczekać, kiedy opowie ciotce 0 swej nagrodzie.
■— Globus? — spojrzała na niego ze zdziwieniem przez dym mocnego francuskiego papierosa. — Co za głupia, bardzo głupia prośba! Kazałam ci prosić o pieniądze. Masz już tyle map i widokówek, że można by nimi wytapetować pałac. Co zamierzasz robić, zostać wielkim Herr Doctor Professor geografii? Mało prawdopodobne. — Przechyliła się i sięgnęła do szafki, w której trzymała butelkę wódki.
Frau Flusser dotrzymała słowa. Wertheim wysłał globus wozem dostawczym w jednym z firmowych pudeł, przewiązanym srebrną wstążką. Był to wspaniały mały drewniany globus, pomalowany jasnymi emaliowymi farbami, osadzony w czteronożnym stojaku z lakierowanego drewna.
Pauli wyrzucił papierową mapę i przygotował specjalne miejsce na półce. W nocy wyjął globus ze stojaka i trzymając przed sobą szczegółowo oglądał. Obracał go i dotykał różnych miejsc, zastanawiając się nad każdym. Jednakże jego oczy coraz częściej wędrowały ku zielonym równinom, błękitnym jeziorom i brązowym górom Ameryki. Palec coraz częściej dotykał podstawy dolnego skraju jednego wąskiego błękitnego jeziora, nad którym leżało Chicago — dom jego stryja.
W całym mieście, na ścianach i kioskach, pojawiły się afisze.
Beginn der 1. Vorstellung am 24. August — Dem Original un Einzigen — DZIKI ZACHÓD Buffalo Billa
— Idziesz? — zapytał Tonio.
Była to mile widziana zmiana tematu. 'Fonio paplał cały czas o szkole
specjalnej, do której miał zacząć uczęszczać za kilka tygodni. Jego biedna głowa wydawała się jeszcze większa, bardziej obrzmiała, niż Pauli pamiętał.
— Nie, nie mam pieniędzy — odparł Pauli. Znowu siedzieli przy stoliku na tyłach cukierni Henkla.
— Tata powiedział, że mnie zabierze. Może za ciebie też by zapłacił.
— Nie, to byłaby jałmużna, nie przyjmę jałmużny. Nie martw się o mnie. Możesz być pewien, że w taki czy inny sposób i tak zobaczę kowbojów i Indian.
W dzień przybycia trupy Dzikiego Zachodu przebudził się o piątej. Pięć minut później był już ubrany. Wepchnął do kieszeni kraciastą czapkę, zabrał przybory do rysowania i na palcach przemknął obok zamkniętych drzwi ciotki. Reynard znów był w mieście. Do pierwszej w nocy z sąsiedniego pokoju dochodziły niepokojące hałasy.
Skoczył po schodach na Miillerstrasse. Zimna mgła zacierała kontury dachów trzy- i czteropiętrowych kamienic stojących po obu stronach ulicy.
Ruszył na Wöhlerstrasse i popędził prosto do Rangier und Guterbahnhof — stacji rozrządowej i zaplecza kolejowego, które rozpościerało się tuż na wschód od Pflugstrasse. Słyszał szczęk wagonów i wycie silników parowych już w odległości kilku przecznic.
Przedarł się przez pas chwastów na teren stacji. Na pierwszym torze ruszał właśnie diabelsko długi pociąg towarowy, skutecznie blokując mu drogę. Pauli wyśledził otwarty wagon, zatknął blok rysunkowy za pasek i pobiegł równolegle do torów. W odpowiedniej chwili podskoczył i zarzucił jedną nogę na próg otwartych drzwi.
Złapał się drzwi obiema rękoma. W ciągu sekundy był w wagonie. Przetoczył się po podłodze i wyskoczył drugimi drzwiami, upadając na żwir. Zarobił parę siniaków i rozdarł spodnie na kolanie, ale znajdował się po drugiej stronie pociągu. Zawsze istnieje sposób na pokonanie przeszkody, jeżeli tylko się go poszuka.
Przebiegł przez dwa następne tory. Z konsternacją zobaczył, że pociąg specjalny już przybył — ale najwidoczniej przed chwilą, rozładunek bowiem jeszcze się nie zaczął.
Pociąg był długi — osiemnaście wagonów plus lokomotywa. Kilka wagonów ozdobiono ogromnymi jaskrawymi malowidłami, przedstawiającymi strzelających z pistoletów ludzi pogranicza, wyjących i wywijających tomahawkami Indian, dyliżanse uciekające przed czerwonoskórymi
— i oczywiście był tam portret gwiazdora. Pułkownik dosiadał wspaniałego, dumnie stąpającego ogiera i wznosił białe sombrero w salucie. Obrazowi nadano heroiczny charakter; koń, kapelusz, kozia bródka i wąsy Cody’ego w promieniach słonecznego światła były oślepiająco białe.
Pauli zaczekał, aż przejechała mała lokomotywa manewrowa firmy Borsig, i przeciął tory. Ostatecznie nie spóźnił się. Robotnicy w kraciastych koszulach właśnie zaczynali kłaść metalowe platformy między wagonami pociągu specjalnego, a inni z końca ostatniego wagonu zrzucili na ziemię ^lazną rampę. Pauli zapomniał o Mullerstrasse, o ciotce Lotte, biednym Toniu — o wszystkim.
Przy pociągu trwała gorączkowa, lecz celowa krzątanina. Robotnicy otwierali drzwi wagonów ze zwierzętami i ściągali płócienne okrycia z pojazdów umocowanych na lorach. Wagony ustawione były w precyzyjnym porządku. W ostatnim przyjechały konie pociągowe, które pierwsze zostały sprowadzone po żelaznej rampie.
Następne były platformy z dyliżansami i wozami, potem pozostałe wagony ze zwierzętami, które Pauli zarówno widział, jak i wyczuwał. Konie pod siodło; trzy kudłate bizony; mlecznobiały rumak pułkownika Cody’ego, Isham. Z przodu pociągu znajdowały się wagony osobowe z drzwiami na końcach, nie pośrodku, i nie znanym słowem PULLMAN na każdym.
Robotnicy pokrzykiwali i klęli po angielsku — Pauli, mający kontakty z ludźmi takimi jak Reynard, co nieco rozumiał. Dbał, by schodzić im z drogi, gdy sunął wzdłuż pociągu. Prawie zderzył się z brązowoskórym mężczyzną z długimi czarnymi warkoczami. Indianin! W garniturze, sztywnym kołnierzyku i wysokim jedwabnym kapeluszu.
Pauli śmiało skinął głową na powitanie. Indianin spojrzał nań groźnie 1 podniósł prawą rękę, wnętrzem dłoni na zewnątrz. Pauli wyszczerzył zęby i powtórzył gest. Indianin roześmiał się i poklepał go po ramieniu.
Chłopiec zatrzymał się na chwilę przy pasażerskim wagonie, na którym wypisano: DZIKI ZACHÓD BUFFALO BILLA & POKAZY Ujeżdżania koni—wielkie europejskie tournee, z wagonu Wytoczył się wysoki dżentelmen o rozczochranych białych włosach. Pułkownik Cody! Był znany na całym świecie; Pauli rozpoznał go Natychmiast.
Pauli cofnął się, ale pułkownik nie zwrócił na niego najmniejszej Nwagi. Miał na sobie stare buty, poplamione spodnie i podkoszulek. U jego
bioder kołysały się szelki. Pomaszerował w kierunku końca pociągu, wymachując butelką whisky, przeklinając i wywrzaskując jakieś polecenia. Pauli był rozczarowany niechlujną powierzchownością i zachowaniem pułkownika.
Chwilę później pojawiła się nieco bardziej dystyngowana postać: drobna zaspana kobietka z pudlem na smyczy. Była to Fräulein Annie Oakley, słynna kobieta strzelec. Rozpoznał ją ze zdjęć na afiszach.
Robotnicy odczepili ostatni wagon, już pusty, inni przesunęli rampę do następnego. Mała lokomotywa cofnęła się i odciągnęła pusty wagon. Pauliemu wszystko wydawało się cudownie zorganizowane, z wyjątkiem pułkownika, który wymachiwał butelką whisky i wrzeszczał: „Zaprzęgać te cholerne konie, jesteśmy spóźnieni!” Może nie zrozumiał dokładnie wszystkich słów, ale chyba uchwycił ich sens.
Zaprzężono konie do wozu stojącego na platformie. Robotnicy pomogli sprowadzić go po rampie na ziemię, a następnie odprowadzili konie i wóz z drogi, żeby drugi zespół mógł wyładować następny pojazd, połyskujący lakierem dyliżans Deadwood. Pauli ze znalezionej przy hotelu reklamowej ulotki dowiedział się, jakie sceny złożą się na widowisko — najsłynniejszą było uratowanie dyliżansu pocztowego Deadwood. Nie mógł pozwolić sobie na zakup biletu na specjalny występ, który miał odbyć się na niedawno ogrodzonym placu przy rogu Augsburgerstrasse i Ku’damm, ale tę scenę — atak groźnych Indian, potem odsiecz kawalerii — wyobrażał sobie wiele razy.
W trakcie rozładunku Pauli podszedł do pustych wagonów towarowych stojących na sąsiednim torze. Otworzył drzwi jednego i usiadł, chciał coś naszkicować. Zwrócił uwagę na krzykliwe malowidło przedstawiające Buffalo Bilk.. Spróbuje. Zaczął szkicować-ciemnoniebieskim ołówkiem.
Nagle spomiędzy wagonów wyłoniła się jakaś postać. Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał nań groźnie. Zdawało się *- że w jego ciemnych oczach płonie wewnętrzny ogień. Przez jedną okropną chwilę Pauli miał wrażenie, że patrzy w oczy samej śmierci.
Mężczyzna był wysoki i wyglądał na nie dożywionego. Miał długą, wąską twarz i ogromne białe zęby, a skórę koloru owsianki, może chował się przed słońcem? Był przynajmniej dziesięć lat starszy od aulieg0. mógł liczyć jakieś dwadzieścia pięć lat.
Nosił okulary w tandetnych pozłacanych drucianych oprawkach, z okrągłymi soczewkami nie większymi od fenigów. Ubranie miał ciemne
i wyświechtane — brudny kołnierz i krawat z tłustym połyskiem, prochowiec sięgający za kolana i melonik, pamiętający lepsze dni. Na prawym bucie miał szarą sztylpę, na lewym białą. W poplamionych nikotyną palcach trzymał niedopałek papierosa.
Był biedny, ale emanowała z niego zarozumiałość i pewność siebie, gdy zaciągając się papierosem szedł w kierunku Pauliego. Patrzył w sposób oskarżycielski, jakby Pauli był jakąś niższą formą życia.
Z arogancką niedbałością oparł się o wagon obok chłopca. Zerknął na szkic Cody’ego.
— Okropne — rzekł z szyderczym uśmiechem.
Pauli wojowniczo wysunął szczękę.
— Och, jest pan krytykiem sztuki?
— Nie, dziennikarzem. Ale potrafię poznać złą sztukę tak samo, jak poznaję kwaśne mleko, kiedy je powącham. — Mężczyzna mówił po niemiecku z wyraźnym, ale nie znanym Pauliemu obcym akcentem.
Pauli pomyślał, że nieznajomy kłamie.
— Dla jakiej gazety pan pracuje?
— Dla każdej, która tylko chce drukować moje felietony. Jestem niezależny. W zeszłym tygodniu w Zurychu słyszałem interesujące określenie: Wolny strzelec. Podróżuję, piszę, obserwuję, przepowiadam... — Młody człowiek wzruszył ramionami. — Czasami moje proroctwa nie znajdują czytelników, zwłaszcza gdy są ponure. Często jestem zmuszony do natychmiastowego opuszczenia danego miasta. Pomyślałem, że może tutaj będę miał okazję napisać cykl artykułów.
— Jest pan cudzoziemcem...
— Według ciebie — odparł mężczyzna z kolejnym szyderczym uśmiechem. — Nazywam się Michaił Riukow. Przynajmniej w Rosji. W tym kraju, jak sądzę, mówicie Michael. ,
Wyjął nowego papierosa, którego odpalił od niedopałka poprzedniego.
— Zdumiewający ludzie ci Amerykanie. Według mnie opanują całą ziemię. Żałuję, że nie Wyeksportowali trochę swojej demokracji do mojego kraju. Żyjemy w zdumiewających czasach, nie sądzisz? Stare rządy, stare sposoby, stary porządek rozpadają się w krwi i ogniu. Rodzi się anarchia. Czerwone sztandary socjalizmu powiewają wysoko. Carowie i królowie ^żą, proletariat maszeruje -— ekscytujące!
— Nic o tym nie wiem — powiedział Pauli. Miał nadzieję, że w jego ()hie zabrzmiała wrogość.
Riukow zmierzył go płonącymi oczyma.
— Słuchaj, ja tylko próbuję być przyjacielski.
— Aha, to tak pan to nazywa?
Riukow roześmiał się.
— Bezczelny gówniarz. Podobasz mi się.
— Fajnie, no to niech pan da mi spokój — rzekł Pauli. Nie był już przestraszony, a tylko zaniepokojony. Wyglądało na to, że znalazł nowego przyjaciela, czy przynajmniej nowego towarzysza, bez względu na to, czy chciał, czy nie.
Riukow wyciągnął z kieszeni prochowca tani notes i ołówkiem nabazgrał kilka linijek.
Pauli zeskoczył z wagonu i ruszył w kierunku pociągu. Rosjanin podążył za nim. Pauli żałował, że ten nieznośny facet nie przyczepił się do kogoś innego.
Usłyszał prowadzoną po niemiecku rozmowę i przestraszony skręcił w prawo. Zaskoczył go widok grupy sześciu oficerów, którzy stali w pobliżu żelaznej rampy. Czterej byli starsi, z szerokimi czerwonymi lampasami sztabu generalnego na spodniach feldgrau, standardowej polowej szarości. Dopasowane bluzy ozdobione były czerwonymi epoletami i lamówkami.
Dwaj młodsi mieli szare spodnie i ciemnoniebieskie bluzy, co oznaczało, że należą do szczególnego regimentu. Pauli z początku nie mógł zidentyfikować dystynkcji na ich kołnierzach. Przysunął się nieco bliżej, z rękoma w kieszeniach, starając się wyglądać niedbale. Oficerowie — prócz jednego — zajęci byli pisaniem w małych, oprawionych w skórę notesach i sprawdzaniem czasu na kieszonkowych zegarkach.
Z bliska Pauli rozpoznał metalowe dystynkcje poruczników. Należeli do najnowszej i najnowocześniejszej jednostki w armii, Eisenbahn-regirnent 1, regimentu kolejowego. Obaj mieli Pickelhaube, szpiczaste hełmy.
— Słyszałem o nich — zauważył Riukow. — Włóczą się za pułkownikiem Codym po całym kraju i uczą się jego metod. Spryciarze, co?
Pauli pomyślał, że Rosjanie mają niezwykłą zdolność do wytykania cudzej arogancji. Poza tym, oficerowie niemieccy, a szczególnie pruscy są zawsze hardzi z powodu czci, jaką darzy ich ojczyzna, i lęku, który budzi ich nieugięty profesjonalizm w Europie.
Starszy oficer, krępy Brigadegeneral, oglądał pociąg przez monokl trzymany przed prawym okiem.
— Czytałem raporty na temat tej procedury, ale wcześniej nie miałem okazji tego oglądać. Szybko im idzie.
— Jak pan zauważył, panie generale, wszystko opuszcza pociąg w takiej kolejności, w jakiej ma odbywać się parada — powiedział przygarbiony major. — Mają rozpisany plan załadunku i rozładunku. Sprawdzałem go. Obejmuje najdrobniejsze pozycje, do osobistych bagaży artystów włącznie, 1 Podaje, gdzie wszystko wisi czy leży. Cudownie efektywne.
— Jestem zaskoczony, że Amerykanie są zdolni do takiej skrupulatności. Wielce imponujące.
— Może Buffel Bill jest Niemcem — zażartował major. Oficerowie roześmieli się, ale dopiero wtedy, gdy brygadier raczył się uśmiechnąć.
Jeden z młodych poruczników z regimentu kolejowego popukał w swój notes.
— Mają dwadzieścia osiem minut opóźnienia.
Pauli, opierając się o słup semafora, przyjrzał się temu mężczyźnie. Był średniego wzrostu, schludny i wyprostowany, wyglądał na wysportowanego. Bez wątpienia codziennie wykonywał ćwiczenia gimnastyczne. Pauliego najbardziej uderzył pewien kontrast. Rysy porucznika nie były specjalnie ostre; twarz tworzyła łagodny owal, policzki znaczyły jasne piegi. Ale jego oczy były rozkazujące. Wydawało się, że na ustach młodego oficera w każdej chwili pojawi się uśmiech, ale wzrok pozostawał chłodny i przenikliwy.
Młody oficer zatknął notes za pas, wyciągnął złotą papierośnicę 1 podsunął ją swoim zwierzchnikom. Brygadier i major poczęstowali się. Kiedy porucznik odwrócił się, by podać ogień starszemu, Pauli zobaczył na jego lewym policzku bliznę w kształcie haka. Prawdopodobnie po ranie otrzymanej w Heidelbergu, w jednym z Burschenschaten, elitarnych bractw studenckich, które wymagały od swoich członków regularnego pojedynkowa-nia się na szable. Blizna była dowodem dzielności, oznaką honoru.
— Dwadzieścia osiem minut, hmmm... — mruknął bygadier, wydmuchując dym — To mało imponujące.
— Nie widzieliśmy ich przybycia, może pociąg się spóźnił—powiedział major.
— Przyjazd z Braunschweig był opóźniony tylko o sześć i pół minuty ‘ podkreślił porucznik. —Rozmawiałem z kilkoma zwrotniczymi, którzy to potwierdzili.
— Coś takiego nigdy nie mogłoby zdarzyć się artylerii przybywającej ^ pole walki — powiedział brygadier. — Poruczniku von Rike, uprzejmie broszę zadać jeszcze parę pytań. Upewnijcie się, jeśli można, z jakiego Obwodu stracili prawie dwadzieścia dwie minuty.
Porucznik poderwał rękę do hełmu, potem zrobił zwrot. Pauli odsunął się na bok, ale nie na czas. Oficer patrzył na pociąg i nie zauwżył chłopca, dopóki się z nim nie zderzył.
— Przepraszam pana — zaczął Pauli.
Rumieńce wypełzły na policzki porucznika. Jego ręce i mundur pachniały tytoniem, jak dłonie i ubranie Riukowa. Oficer złapał Pauliego za kołnierz i rzucił go na żwir. Ostry kamień skaleczył chłopca w policzek, po którym spłynęła strużka kiwi.
— Na drugi raz lepiej uważaj, mały durniu.
Pauli ze złością zaczął podnosić się na nogi. Do akcji wkroczył Riukow.
— Zachował się pan karygodnie; nic pana nie usprawiedliwia. Ten młody człowiek zderzył się z panem przypadkowo.
Porucznik zmierzył Riukowa od stóp do głów.
— Nie potrzebujemy rad od cudzoziemców.
Mimo cudacznej powierzchowności, Riukow był odważnym człowiekiem. Nie poruszył się.
— Obawiam się, że potrzebuje pan lekcji dobrego wychowania. Przeprosiny byłyby jak najbardziej na miejscu..
— Pierdolę twoje przeprosiny. Nadejdzie dzień, w którym rozprawimy się z hołotą twego rodzaju. Teraz na bok. — Oficer odepchnął Riukowa i odszedł.
Dziennikarz wyciągnął rękę, by pomóc Pauliemu wstać. Pozostali oficerowie spojrzeli na nich groźnie. Riukow uśmiechnął się szyderczo i odwrócił do nich plecami.
— Dziękuję — powiedział Pauli, próbując przygładzić rozczochrane włosy.
— Nie ma za co.
— Wie pan, o co mu chodziło, gdy powiedział „dzień”? Zabrzmiało to znacząco.
— Dzień? Tak, to ma swoje znaczenie. Widziałem to słowo wypisywane z wielkiej litery. Jest to dzień, o jakim przez cały czas śnią twoi rodacy. Ten Dzień ma być dniem odwetu. Dniem, w którym ukarzą wrogów. Zagarną terytoria, których pragną i na które, jak im się wydaje, zasługują. Chodź, odsuńmy się.
Riukow odprowadził chłopca na bezpieczną odległość od oficerów, nie przestając mówić.
— Co za banda wyniosłych lalusiów! Wyobraź sobie, jakie marzenia chodzą im po głowach. Niepokonani teutońscy rycerze w pruskich
zamkach hodują czarne sokoły, by polować i zabijać. Cesarz Barbarossa śpi pod swoją górą, gotów przebudzić się i stanąć na czele armii w chwili, gdy Niemcy będą potrzebowały wybawiciela. Takie gówno. Problem w tym, że według mnie oni naprawdę w to wierzą. Obawiam się, że kajzer 1 °ała armia w to wierzy. Wy, Niemcy, żyjecie mitami. Mitami o wyższości. Mitami wspaniałości wojny, nobilitacji śmierci. Nie wspominając już o wodnych nimfach Herr Wagnera, jego magicznym złocic i majestatycznych bohaterach, którzy pieprzą się z własnymi siostrami. Przepraszam, mam nadzieję, że nie jesteś za młody na takie wyrażenia.
—- Nie pierwszy raz je słyszę. — Pauli doszedł do wniosku, że ten facet, niezależnie do swej powierzchowności, ma w sobie coś. Z pewnością wiedział dużo o Niemcach i ich kraju — albo przynajmniej zachowywał się tak, jakby wiedział. Lubił też słuchać własnego głosu.
Riukow zapalił następnego papierosa.
•— Zapamiętaj moje słowa, niemieckie mity pewnego dnia zniszczą Niemcy — o ile najpierw nie zniszczą reszty świata. Oczywiście my możemy liczyć na pewne odroczenie, ponieważ zaczną od zemsty na Francji. Mówię o wysokim dowództwie niemieckim, rozumiesz. O generałach 1 ich najsilniejszych sprzymierzeńcach, szlachcie. Ty jesteś poza tym. Możesz sobie *być kiepskim artystą, ale skądinąd wydajesz się przyzwoity.
— Wielkie dzięki.
Sarkazm Pauliego rozbawił Riukowa. Zaśmiał się.
— Twardy z ciebie orzeszek. Gdzie jest twój dom?
— Nie wiem — warknął Pauli. — Nie chcę o tym mówić. — Po raz pierwszy Riukow został potraktowany ostro. Pauli ucieszył się z tego.
Porucznik von Rike wrócił. Przemaszerował sztywno obok, mierząc ich wściekłym wzrokiem.
— Opóźnienie nie jest ich winą — zameldował zwierzchnikom. — Zostało spowodowane przez zawiadowcę stacji, który źle zinteipretował instrukcje i nie podstawił na czas lokomotowy przetokowej.
Riukow schował notes.
— Widziałem dość. Mogę napisać stronę czy dwie. Do widzenia, przyjacielu. — Wyciągnął rękę; uścisnęli sobie dłonie, — Jeszcze się spotkamy — dodał.
Odszedł w kierunku początku pociągu środkiem szerokiego żwirowego pasa między torami. Mijając Fraulein Oakley, dotknął ronda melonika. Dziwny facet. Niektóre z jego zdań dotyczących przyszłości brzmiały zatrważająco.
Przez kilka sekund Pauli ze wzmożoną uwagą obserwował ludzi krzątających się przy wagonach. Kiedy znów spojrzał w stronę końca pociągu, Riukow zniknął, rozpłynął się niczym dym na wietrze. Niesamowite.
Co za dziwny człowiek. Zaledwie chwilę temu, gdy się spotkali, Pauli był przerażony. Teraz zaś było mu przykro, że Riukow odszedł. Miał dziwne wrażenie, że kiedyś znów się spotkają.
Pauli wrócił na swoje miejsce w otwartych drzwiach wagonu, ale zrezygnował ze szkicowania. Brigadegeneral i jego ludzie znów zajęli się obserwowaniem pociągu. Wszystkie wozy mające brać udział w widowisku zostały rozładowane i ustawione w szeregu, a teraz z innych wagonów, które miały drzwi na obu końcach, wyprowadzono konie, osły, bizony, jelenia i łosia.
Był już późny ranek. Bladożółte światło słońca przedzierało się przez dym wyrzucany przez liczne kominy pobliskich brzydkich betonowych baraków mieszkalnych. Pułkownik Cody zniknął, ale Fraulein Oakley nadal ćwiczyła swego pudla. Teraz towarzyszył jej mężczyzna w kurtce z frędzlami. Pauli poznał go. Był to mąż Fraulein Oakley, strzelec wyborowy Butler. W pobliżu stało kilku rozgadanych Indian. Wszyscy nosili zwyczajne dżinsowe spodnie. Dwóch miało kamizelki.
Nagle pojawiło sie czworo turystów, dwaj mężczyźni i dwie kobiety. Pokazywali palcami różne rzeczy i szczebiotali hałaśliwie. Jeden z mężczyzn niósł małą czarną skrzynkę. Pauli zeskoczył z wagonu, by podejść bliżej nich.
— Englander — powiedział brygadier.
— Nein, mein General. Mit respekt — Amerikaner. —■ Major dodał coś jeszcze, a oficerowie odpowiedzieli uśmiechami i chichotem.
Goście byli elegancko ubrani. Dżentelmen z czarną skrzynką miał wysoki kapelusz i płaszcz chesterfield z .'aksamitnym kołnierzem, drugi sportową marynarkę typu Norfolk i pumpy w brązową kratę na ciemniejszym tle oraz białe płócienne getry. Jedna z pań była ubrana na szaro, ale druga wzbudziła podziw Pauliego suknią w kolorze weneckiej czerwieni i dopasowanym toczkiem ozdobionym wypchanym szarym ptakiem. Rąbek sukni był powalany żwirowym kurzem, więc mężczyzna w sportowym stroju przyklęknął i otrzepał go. Drugi tymczasem pochylił się nad czarną skrzynką, którą wycelował w Indianina w jedwabnym kapeluszu. Indianin niczym Napoleon wsunął lewą rękę za pazuchę, a prawą wzniósł w powitalnym geście.
Do fotografującego zbliżył się towarzysz Fraulein Oakley. Zapyta o coś; Pauli domyślił się, że Butler wypowiedział słowo American.
Turysta energicznie pokiwał głową i przedstawił się. Nazywał się Jasper bądź Jaster. Pauli zdecydował, że chyba Jaster. Usłyszał, że padła nazwa miejsca zwanego Syracuse, Nowy Jork.
Butler i turyści wymienili uściski dłoni. Strzelec okazał zainteresowanie czarną skrzynką. Pauli usłyszał słowa: George Eastman Kamera.
Jaster skinął do Butlera.
■— Kodak. — Było to dziwne słowo, ale Pauli słyszał je wcześniej, od Herr Trautwein w hotelu. Herr Trautwein przechwalał się swoim kodakiem z Ameryki. To nowe słowo, twarde jak ostrze noża, było łatwe do zapamiętania.
Zona Jastera nalegała, by mąż pokazał aparat Butlerowi. Jaster uczynił to z pewną niechęcią. Butler obejrzał aparat, po czym zagwizdał i podrzucił go na dłoni, by udowodnić, jak mało waży.
Jaster pospiesznie odebrał mu aparat pod pretekstem pokazania, jak łatwo za jego pomocą robi się zdjęcia. Ponieważ wyjaśnieniom towarzyszyła gestykulacja, Pauli pomyślał, że rozumie, o co chodzi. Aby zrobić zdjęcie, wystarczy po prostu nacisnąć guzik. To było ekscytujące.
Jaster pokazał, że chciałby sfotografować Butlera i jego żonę. Strzelec, któremu najwyraźniej schlebiła ta propozycja, skinął na Fraulein Oakley. Kobieta zbliżyła się, ciągnąc na smyczy pudla. Żona Jastera stanęła obok artystów, Jaster zrobił zdjęcie, potem Butler przeprosił i odszedł. Turyści krążyli wzdłuż przygotowującej się do wyjazdu kawalkady. Ziewający kowboje zakładali sombrera i kolorowe apaszki, ludzie w błękitnych mundurach Armii Stanów Zjednoczonych dosiadali koni, czterej Kozacy — bądź ich bardzo dobrzy naśladowcy — w wysokich butach i futrzanych czapach zajmowali miejsca w szeregu. Znów pojawili się Indianie, tym razem w koszulach i spodniach ze skóry, z kolorowymi pasami na twarzach. Ich olbrzymie wojenne pióropusze trzepotały na lekkim wietrze.
Pauli podążył za turystami. Był prawie nieprzytomny z radości, że widział zarówno trupę Buffalo Billa, jak i prawdziwą kamerę Kodaka. Nie wiedział, na jakiej zasadzie działa aparat, ale rozumiał, co robi. Utrwala zapierające dech w piersiach widoki miejsc, takich jak te, które zdobiły ścianę w jego sypialni, sprowadza szeroki świat do domów zwyczajnych ludzi, takich jak ciotka Lotte i on sam.
Herr i Frau Jaster oraz ich przyjaciele przeszli między Paulini U połyskującym dyliżansem Deadwood, teraz zaprzężonym w sześć parskających koni. Pauli przypomniał sobie, że o wpół do ósmej powinien
być w Kaiserhof. Czy mógł się łudzić, że po obejrzeniu tylu interesujących rzeczy zdoła skoncentrować się na kubłach i myciu podłóg?
Żona Jastera dała do zrozumienia, że chce mieć zdjęcie niemieckich oficerów. Jaster zatrzymał się jakieś trzy metry od wojskowych, którzy nagle zwrócili na niego uwagę. Brygadier ostro machnął ręką.
— Ty tam — zawołał po niemiecku. — Przestań. Nie wolno fotografować oficerów na służbie.
Mężczyzna w sportowym stroju przybrał zdumiony wyraz twarzy, Jaster zaś opuścił aparat, ale żona dźgnęła go palcem. Nie chciała, by poddał się tak łatwo.
Oficerowie wyglądali na zdenerwowanych. Pauli nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak sprzeciwiają się sfotografowaniu, chyba że chcieli okazać arogancję. Groźne i ponure spojrzenia nie przeszkodziły Herr Jasterowi, który przygotowywał się do zrobienia zdjęcia.
— Niech ktoś go powstrzyma — rozkazał brygadier. Porucznik von Rike wepchnął notes do kieszeni. — Dajcie im dobrą lekcję, poruczniku.
Porucznik skoczył do Jastera i gwałtownie wydarł mu kodaka z rąk. Frau Jaster zaczęła krzyczeć.
Jej mąż rzucił się na porucznika, by odebrać mu aparat. Von Rike zrobił unik w lewo, na co Jaster nie był przygotowany, po czym odskoczył do tyłu, jednocześnie próbując otworzyć aparat. Pauli w napięciu przyglądał się, jak porucznik wyciągnął długi, czarny po jednej stronie papier. Von Rike rzucił aparat i przydeptał go. Frau Jaster wybuchnęła płaczem.
Jaster wpadł w furię. Chociaż był dwadzieścia lat starszy od porucznika, wzniósł pięści i bez wahania zamachnął się prawą. Von Rike po prostu usunął się, co wywołało okrzyki aprobaty jego kolegów. Kiedy Jaster zamachnął się po raz drugi, von Rike zrzucił mu wysoki kapelusz i uderzył go w czoło otwartą dłonią. Turysta zatoczył się w tył, stracił równowagę i osunął się na prawe kolano.
Porucznik, wykonawszy swój obowiązek, podszedł do pozostałych oficerów. Brygadier nie poświęcił mu specjalnej uwagi ani nie pochwalił jego zachowania, ale major powściągliwie oznajmił:
— Dobra robota.
— Dziękuję, panie majorze. Najlepszym lekarstwem na upór jest to, jakie zaleca Jego Wysokość. Uzbrojona pięść.
Brygadier zachichotał z aprobatą, potem wskazał na Amerykanów, gestem rozkazując im odejść. Herr Jaster klął i protestował, gdy żona
Pomagała mu wstać. Chciał podjąć walkę, ale pozostali powstrzymali go. Minutę później turyści skręcili za róg szopy zwrotniczego.
Pauli raz jeszcze przysiadł w drzwiach wagonu. Oficerowie zamknęli notesy i zniknęli z pola widzenia za pociągiem; młodsi oficerowie szli za zwierzchnikami w pełnej szacunku stosownej odległości. Pauli podziękował niebiosom, że nie musi być żołnierzem. Nie chciałby dostawać rozkazów od jakiegoś narwańca, który niszczy cudzą własność i bez powodu turbuje ludzi.
Ze swego wagonu wysiadł pułkownik Cody. Teraz był elegancko ubrany w wysokie do kolan buty, grube wełniane spodnie, płaszcz z koźlej skóry, ozdobiony indiańskimi paciorkami i farbowanymi kolcami jeżozwierza, sutą apaszkę i sombrero. Dosiadł Ishama i ruszył stępa wzdłuż gotowej do wyruszenia kolumny, wykrzykując instrukcje. Wydawał się rozgniewany.
Fascynacja Pauliego Dzikim Zachodem zmalała — zastąpiła ją tntensywna koncentracja na przedmiocie, na który bał się patrzeć, bowiem ktoś inny też mógłby go zauważyć. Aparat. Rozbity; zniszczony. Ale Prawdziwy. Porzucony na żwirze...
Kawalkada, wśród strzelania z batów i skrzypienia osi, ruszyła na Paradę na Unter den Linden. Pauli miał usta suche jak popiół. Strzelając oczyma na wszystkie strony, zeskoczył z wagonu, podbiegł do miejsca, w którym leżał aparat, porwał go i uciekł. Wiedział, że aparat nie da się naprawić, a jednak był to dla niego skarb.
Czuł, że spóźni się do pracy. Na przemian biegł i szedł pospiesznie do Przystanku tramwajowego, pragnąc jak najszybciej dotrzeć do Kaiserhof 1 Pokazać swoją zdobycz Herr Trautweinowi.
Była czwarta, nim zdołał wyśliznąć się z kuchni do klitki za biurkiem Portiera. Herr Trautwein wygłosił nad aparatem cały pean.
— Tak, to prawdziwy aparat fotograficzny Eastmana, kodak numer jeden, jak mój. Czy zdajesz sobie sprawę, co to za cudo? Waży mniej niż kilogram, na jednej rolce papieru, który firma pakuje do środka, można zrobić sto zdjęć. Po skończeniu kliszy wysyła się aparat do fabryki w Ameryce 7" robiłem tak, dwa razy! — tam wywołują zdjęcia, pakują następną rolkę i odsyłają wszystko razem. Eastman ma swój slogan: „Wciśnij guzik, a my zrobimy resztę”. To całkowita prawda. Fotografia jest nową sztuką nowego Wieku. Szkoda, że nie znalazłeś kodaka, który działa.
— Pewnego dnia będę taki miał — powiedział Pauli. Był zafascynowany sloganem, który zacytował mu Trautwein. Jego myśli z nagłą i oszałamiającą
prędkością od „Wciśnij guzik” przeskoczyły do wszystkich fotografii na pocztówkach w jego pokoju, a potem do ciągłych i pełnych niepowodzeń prób rysowania. Idealnym rozwiązaniem mogłoby być właśnie fotografowanie. Sposobem na utrwalenie świata, gdy nie ma się talentu, tylko aparat i silny palec.
Opuścił hotel o wpół do dziewiątej wieczorem. W tej chwili dziwne nastroje i zachowanie ciotki, poczucie, że już go nie chce czy o niego nie dba, nie miały znaczenia. Zawładnął nim wykluczający wszystko inne entuzjazm.
Zastał ciotkę w szlafroku, siedzącą jak zagubione dziecko we frontowym pokoju. W ręku trzymała pustą szklankę po piwie, a jej oczy były zaczerwienione od płaczu.
— Ciociu Lotte, o co chodzi?
— Nic, Liebchen. Wszystko dobrze. — Odwróciła się od niego.
— Widzę, że wcale nie jest dobrze. — Przysunął stary podnóżek i usiadł obok niej. — Musisz mi powiedzieć. Co się stało?
Zasłoniła oczy.
— Herr Reynard...
— Skrzywdził cię?
— Nie, nie dotknął mnie, on tylko... och, Pauli. — Szlochając, pełnym miłości gestem zburzyła mu włosy.—Jak mam to wyjaśnić? To takie wstrętne.
Oparł ręce na jej kolanach i poczuł, że ciotka drży.
— To... w porządku.
Ciotka wzięła się w garść.
— Pauli, znasz znaczenie słowa „gruźlica”?
— Czytałem w gazetach. To choroba.
— Tak, straszna choroba, która atakuje płuca. I niszczy człowieka. I ja ją mam. Wiem to od ponad roku. Przez wiele nocy zastanawiałam się, czy ci powiedzieć, ale teraz muszę, ponieważ pie chcę, byś i ty zachorował. Nie wolno ci zostać w tym mieszkaniu, mógłbyś się zarazić. Poza tym, z powodu mojej choroby, inne rzeczy też źle idą.
Podeszła do biedermeierowskiej szafy połyskującej kunsztownym fornirem z owocowego drewna. Był to jej najlepszy mebel, kupiony na rynku meblarskim pod gołym niebem. Znalazła paczkę francuskich papierosów i zapaliła.
— Tego wieczoru, po kolacji, Herr Reynard znów chciał mnie objąć — tak to się dzisiaj mówi? Miałam kolejny atak, jeszcze gorszy. Poplamiłam zagłówek. Jest kompletnie zniszczony. Herr Reynard był wstrząśnięty. Sklął mnie i wyszedł, nie zostawiając nawet jednej marki.
Przysunęła się do niego.
— Powiedział, że już nigdy nie wróci. Powiedział, że powinnam być w szpitalu. Powiedział, że opowie o mnie w hotelach i kawiarniach, gdzie zbierają się handlowcy. Wkrótce żaden dżentelmen nie zechce mnie odwiedzić. Rozumiesz...
Zaciągnęła się dymem.
— Musimy coś wmyślić.
W pokoju, w całej suterenie, panowała absolutna cisza. Pauli czuł, że zaraz wydarzy się coś doniosłego.
— Twój powrót do Aalen, do stryja Gerharda, nie wchodzi w rachubę. To ograniczony, głupi człowiek. Niebawem znalazłbyś się na bruku. Myślę, Pauli — oto, co myślę. ' •
Dotknęła jego policzka.
— Musisz jechać do Ameryki.
— Do Ameryki!
— Tak, dlaczego nie? To cudowny kraj, setki tysięcy naszych tam Pojechało i co tydzień wyjeżdżają inni. Nie zapominaj, że mamy krewniaka w mieście Chicago, mojego brata Josefa, piwowara. Jest bogaty i ważny. Napiszę do niego jeszcze dziś w nocy i będę się modliła, by nie zlekceważyły mego listu. Wiesz, nie utrzymywałam dobrych stosunków z rodziną. — Rozumiał przyczynę. Może członkowie rodziny byli z tego zadowoleni. Może wiedzieli o jej interesach z Herren.,..
Był podniecony. Dom stryja mógł być domem, za którym tęsknił. Z drugiej strony, choroba ciotki nie była czymś, nad czym mógłby przejść do porządku dziennego.
— Nie mogę odjechać, kiedy ty czujesz się tak...
— Oczywiście, że możesz. Jesteś prawie dorosły, jesteś bystry i silny, a co więcej, możesz samodzielnie odbyć tę podróż. Twój stryj tak zrobił. Czy Ameryka wydaje ci się taka straszna?
— Och, nie, bardzo bym chciał ją zobaczyć.
— Ja mówię o zamieszkaniu tam na stałe. Mógłbyś to zrobić?
— Chyba tak. Ze wszystkich sił spróbowałbym być szczęśliwy. Starałbym się, żeby stryj był ze mnie zadowolony...
— Musisz jechać. Naprawdę nie ma wyboru. Napiszę do Josefa i natychmiast zaczniemy oszczędzać każdy fenig, by kupić ci bilet. Już dowiadywałam się o cenę z Hamburga, W przybliżeniu sto pięć marek za najtańsze pomieszczenie dla pasażerów na przyzwoitym statku. To mniej Więcej... hmm... dwadzieścia cztery dolary amerykańskie.
— Sto pięć marek! To fortuna, ciociu.
— Tak, dla biedaków takich jak my. Jej zebranie potrwa pewien czas. Kilka miesięcy, może rok.
— Będę pracował ciężko, by zarobić na bilet — obiecał Pauli. — Będę brał dodatkowe zajęcia, gdy tylko będzie to możliwe.
— Wobec tego może zbierzemy pieniądze wcześniej, niż myślimy. Bez względu na to, jak długo to, potrwa, czas ten wykorzystamy. Nauczę cię angielskiego, na ile sama znam ten język.
— A co z amerykańskim, też mnie nauczysz?
Lotte roześmiała się serdecznie.
— Och, Pauli. Amerykanie mówią po angielsku. No cóż, nie całkiem, ich język jest bardziej szorstki. Jest w nim więcej żartów. Więcej slangu. Jest jak angielski doprawiony pieprzem.
— Zatem postanowione?
— Tak, Pauli, postanowione. W Ameryce będzie świetnie, przekonasz się. Będzie po prostu wspaniale.
Zamknął oczy, drżąc, gdyż nagle zobaczył pewien obraz. Port Nowy Jork; pani Wolność ze wzniesionym światłem. Wydawało się, że daje mu znaki, przyzywa go.
Odpowiedź na list nadeszła jesienią. Była napisana starannym pismem, wprawną ręką, w bezbłędnym niemieckim, na grubym kremowym papierze z eleganckim, wypisanym kursywą adresem u góry arkusza. JOS. CROWN, MICHIGAN AVENUE, CHICAGO U.SA. Wyżej była wytłoczona złota korona.
Najdroższa siostro,
Jak wspaniale raz jeszcze otrzymać od Ciebie wieści. Mam nadzieję, iż zdrowie Ci dopisuje. U nas wszystka jak najlepiej, nasza firma rozwija się pomyślnie. W odpowiedzi na Twoje pytanie: tak, z radością popieram pomysł przyjazdu Pauliego, skoro nie jest możliwe, by nadal mieszkał z Tobą. Proszę, przyślij go, gdy tylko zechcesz. Piszesz, że masz nadzieję, iż będzie to możliwe wiosną bądź jesienią przyszłego roku, podzielamy tę nadzieję. Kiedy tylko przybędzie, lisa, ja i nasze dzieci powitamy go w Ameryce i zadbamy o jego potrzeby, edukację i zadomowienie się w nowym kraju. Jestem pewien, że nie będzie zawiedziony tym, co znajdzie w Ameryce, i ufam również, że nie rozczaruje go nowy dom.
Twój z miłością Joseph
Pewnego wiosennego dnia następnego roku, 1892, Pauli pojechał konnym tramwajem przez zachodnią dzielnicę Charlottenburg do końca linii. Stamtąd ruszył pieszo wzdłuż Sprewy prawie do samego Spandau.
