Ostatni list - Rebecca Yarros - ebook + audiobook + książka

Ostatni list ebook i audiobook

Rebecca Yarros

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

93 osoby interesują się tą książką

Opis

Beckett,

jeśli to czytasz, cóż… wiesz, jak to jest z listami pożegnalnymi. Przeżyłeś. Ja nie. Jednak daj sobie spokój z wyrzutami sumienia, bo wiem, że gdyby istniała jakakolwiek szansa na to, abyś mnie uratował, na pewno byś to zrobił.

Chcę jednak, żebyś wyświadczył mi pewną przysługę – porzuć wojsko i jedź do Telluride.

Moja młodsza siostra samotnie wychowuje bliźnięta. Jest bardzo niezależna, niechętnie pozwala sobie pomagać, jednak najpierw zmarli rodzice, potem nasza babcia, a teraz Ella utraciła również mnie. Zbyt wiele nieszczęść, jak na jedną osobę. To po prostu niesprawiedliwe.

I jeszcze jedno – nie wiesz o poważnym problemie, który wyniszcza jej rodzinę. Ella będzie potrzebowała pomocy.

Jeżeli zginąłem, nie zdołam już jej wesprzeć. Nie podam jej pomocnej dłoni, jednak Ty nadal możesz być przy niej i jej dzieciach. Zatem błagam Cię, przyjacielu, zaopiekuj się moją siostrą, moją rodziną.

Proszę, nie pozwól, aby samotnie musiała zmagać się ze wszystkimi kłopotami.

Ryan

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 503

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 6 min

Lektor: Agata Skórska

Oceny
4,7 (694 oceny)
543
99
37
12
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ftstrtmoh
(edytowany)

Całkiem niezła

Zaczęła się świetnie, ale końcówka to już było dla mnie za dużo. Rozumiem, że autorka chciała zapewnić prawdziwy, emocjonalny rollercoaster, ale w mojej ocenie poszła troszkę za daleko i wyszedł z tego zbyt naciągany dramat. Kilka ostatnich rozdziałów kompletnie niepotrzebnych, do tego opisanych w bardzo błahy sposób, tak jakby autorka stwierdziła „no, dodam jeszcze na koniec kolejną tragedię, ale zostały mi tylko dwa rozdziały, więc jakoś muszę się w nich zmieścić”. Sam pomysł na książkę dobry, świetnie opisana walka z chorobą, bohaterowie poza irytującą Ellą całkiem przyjemni, natomiast zakończenie zdecydowanie psuje całokształt pozycji.
melchoria

Dobrze spędzony czas

Za dużo łez, za dużo smutku, za dużo tragedii - trudno to wszystko przełknąć.
60
anastasiiapalii
(edytowany)

Z braku laku…

Dziwne ze ktoś z bohaterów dożył do końca książki. Nie rozumiem sensu tego ostatniego wątku , żeby dodać dramatu ? Jak na mnie zbyt dużo zbędnego dramatu . Na początku niezłe , wątek z listami fajny ale jednak nie wciągnęło mnie . Poruszone ważne tematy chociaż końcówka pozostawia nie zbyt miłe wrażenie .
95
WeronikaTrz

Nie oderwiesz się od lektury

Obiecał, że spełni ostatnią prośbę jej brata. Że w przypadku jego śmierci na froncie, zaopiekuje się nią i jej bliźniakami. Że porzuci służbę i wyruszy do malowniczego Telluride. Tyle że nie przewidział, jak bardzo odmieni to jego dotychczasowe życie... No dobra, dzisiaj miała wpaść opinia ma temat innej książki, ale stwierdziłam, że po prostu muszę opowiedzieć Wam o "Ostatnim liście". Także, wciąż z gulą w gardle i śladami po rozmazanym tuszu, zaczynam pisać... O Yarros zrobiło się głośno za sprawą "Rzeczy, których nie dokończyliśmy" - pozycji, która podbiła serca wielu czytelników. Jeśli sądziliście jednak, że ta historia była wzruszająca, to uwierzcie mi, jeszcze nie wiecie, na co tak naprawdę stać Rebbecę. Nowa powieść spod jej pióra niemal od pierwszych stron zalewa nas burzliwą falą emocji. Przez większość lektury mierzymy się z poczuciem niesprawiedliwości, bezsilnością i rozżaleniem. Tak naprawdę chwilę wytchnienia zapewniają jedynie fragmenty pięknej w swojej naturalności ...
74
Kartesik1984

Nie oderwiesz się od lektury

super książka, dawno nie płakałam w czasie czytania książki . Chaos to super postać
41

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzieciom, które walczą z rakiem:

Davidowi Hughesowi, który dzięki swojemu sercu

pokonał chorobę, choć dawano mu tylko dziesięć procent szans na wyzdrowienie.

Oraz dla tych jak Beydn Swink, których dusze okazały się

nieporównywalnie silniejsze niż ich ciała.

Nigdy o Was nie zapomnimy.

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

BECKETT

 

 

 

 

List #1

 

Drogi Chaosie,

a przynajmniej mój brat twierdzi, że właśnie tak Cię nazywają. Zapytałam, czy któryś z jego kompanów potrzebuje wsparcia i dostałam namiar na Ciebie.

Cześć, mam na imię Ella. Znam zasadę, by w korespondencji nie posługiwać się Waszymi prawdziwymi imionami. Piszę listy tak długo, jak długo on robi to, co robi. Co chyba robisz i Ty.

Zanim odłożysz list, mamrocząc: „Nie, dzięki”, jak to zazwyczaj robicie, musisz wiedzieć, że piszę również dla siebie. Dzięki temu będę miała sposobność wyrażenia opinii z dala od ciekawskich, wścibskich oczu mieszkańców tego małego miasta, więc to prawie tak, jakbym Cię wykorzystywała.

Byłabym zatem ogromnie wdzięczna, gdybyś mógł mnie wysłuchać, a w zamian ja wysłuchałabym Ciebie. Piekę też niesamowite ciasteczka z masłem orzechowym. Jeśli nie dostałeś ich z tym listem, zlej mojego brata, bo Ci je ukradł.

Od czego powinnam zacząć? Jak się przedstawić, by nie zabrzmiało to, jakbym była reklamującą się singielką? Zapewniam, nie szukam nikogo ponad kumpla, z którym mogłabym pisać, a który byłby bardzo daleko ode mnie. Nie przepadam za żołnierzami. Właściwie za żadnymi facetami. Nie, żeby mi się nie podobali, ale po prostu nie mam na nich czasu. A wiesz, co mam? Złość, że piszę to odręcznie, zamiast na komputerze, na którym mogłabym dowolnie kasować słowa.

Jestem młodszą siostrą, ale mój brat na pewno już Ci o tym powiedział. Dużo gada, więc zapewne wiesz już, że mam dwoje dzieci. Tak, jestem samotną matką i nie, nie żałuję swoich decyzji. Rety, dosyć mam tych pytań, czy nawet sugerujących je spojrzeń.

Niemal skreśliłam ostatnie zdanie, jednak to prawda. W dodatku jestem zbyt leniwa, by przepisać cały list.

Mam dwadzieścia cztery lata i byłam żoną dawcy spermy bliźniąt przez jakieś trzy sekundy. Wystarczyło, żeby na teście pojawiły się różowe kreski, a  lekarz oznajmił, że słyszy bicie dwóch serc, by mąż spakował się po cichu i uciekł nocą. Nigdy nie przepadał za dziećmi, prawdopodobnie lepiej nam bez niego.

Nie obrażę się, jeśli też pogardzisz szkrabami korespondencyjnej koleżanki, ale w takim wypadku nie będę wysyłać Ci ciastek. Te są jedynie dla przyjaciół.

Jeśli poradzisz sobie z piszącą do Ciebie samotną matką, możesz czytać dalej.

Moje dzieci mają po pięć lat, więc jeśli zdążyłeś policzyć, urodziłam je, gdy byłam dziewiętnastolatką. Zszokowałam wszystkich w naszej mieścinie, decydując się na samodzielne wychowywanie bliźniąt, niemal dostałam zawału, gdy po śmierci babci musiałam przejąć Samotnię. Miałam jedynie dwadzieścia lat, maleńkie dzieci i pensjonat, w którym nas wychowywała, więc wydawało się, że to dobre miejsce, bym zajęła się w nim maluchami. Nadal takie jest.

Tak więc… Maisie i Colt są całym moim życiem. Oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Zdaję sobie sprawę, że jestem wobec nich niedorzecznie nadopiekuńcza. Zdarza mi się przesadnie reagować, otaczać je murem, przez co mogą wydawać się odizolowane, ale hej, można mieć gorsze wady, prawda? Maisie jest spokojna, zazwyczaj zastaję ją z książką. Colt… cóż, najczęściej jest tam, gdzie nie powinno go być i robi coś, czego nie powinien robić. Bliźnięta potrafią szaleć, ale powiedzą Ci, że tak naprawdę są dwa razy bardziej niesamowite.

A ja? Zawsze robię to, co muszę, a nigdy to, co powinnam lub co chcę. Jednak wydaje mi się, że taka jest właśnie natura bycia matką i właścicielką pensjonatu. A skoro o tym mowa, moi goście już się budzą, więc lepiej zapakuję list do koperty i go wyślę.

Odpiszesz, jeżeli zechcesz. Zrozumiem jednak, jeśli tego nie zrobisz. Chciałabym, byś wiedział, że w Kolorado jest ktoś, kto o Tobie myśli.

 

Ella

 

–––––––––––––––––

 

Dziś byłby idealny dzień na moje drugie przekleństwo.

Zazwyczaj, kiedy jedziemy na misję, przeżywamy Dzień Świstaka. Codziennie to samo. Jednak w tej monotonii łatwo można dostrzec pewien ujmujący wzór.

Nie będę kłamał, jestem wielkim fanem monotonii.

Rutyna jest przewidywalna. Bezpieczna lub tak bezpieczna, jak tylko może być w tych warunkach. Od miesiąca przebywaliśmy w tajnej lokalizacji w kraju, w którym nie powinniśmy się znajdować, a rutyna pozostawała naszą jedyną pociechą.

Dziś jednak jej zabrakło.

Jak zwykle ukończyliśmy misję, ale za to jakim kosztem. Zawsze jakiś jest, jednak ostatnio bywa coraz bardziej wygórowany.

Spojrzałem na swoją rękę i zacisnąłem palce tylko dlatego, że mogłem to zrobić. Ramirez? On stracił dziś tę możliwość. Gość będzie trzymał niemowlaka za pomocą protezy.

Zamachnąłem się, po czym wypuściłem z palców konga, a psia zabawka poleciała do nieba, stanowiąc czerwoną kropkę na nieskazitelnie błękitnym niebie, które było tu jedyną czystą rzeczą. A może to ja dziś czułem się brudny.

Demolka stawiała długie, szybkie kroki, skupiona na celu, aż…

– Cholera, dobra jest – powiedział Mac, gdy stanął za mną.

– Najlepsza. – Zerknąłem na niego przez ramię, nim wróciłem wzrokiem do Demolki, która do mnie podbiegła. Musiała być najlepsza, by dostać się do specjalnego zespołu operacyjnego, który działał, choć – ściśle rzecz biorąc – nie istniał. To wyszkolony, wojskowy pies przewyższający milion razy zwykłe, operacyjne burki.

Należała do mnie, co automatycznie czyniło ją najlepszą.

Moja suczka to ponad trzydziestokilowa labradorka. Jej czarna sierść wyróżniała się na tle piasku, gdy zatrzymała się tuż przed moimi nogami. Usiadła, z radością w oczach podając mi konga.

– Ostatni raz – powiedziałem łagodnie, wyjmując zabawkę z jej zębów.

Puściła się pędem, nim zdołałem wziąć zamach.

– Jakieś wieści o Ramirezie? – zapytałem, patrząc na odbiegającą Demolkę.

– Stracił rękę. Od łokcia.

– Ku… – Rzuciłem zabawkę tak daleko, jak tylko mogłem.

– Możesz kląć. Dziś wydaje się to odpowiednie. Mac podrapał się po hodowanej przez miesiąc brodzie i poprawił okulary przeciwsłoneczne.

– Co z rodziną?

– Christine dołączy do niego w bazie Landstuhl. Wysyłają nam też rekrutów. Czterdzieści osiem godzin do odlotu.

– Tak szybko? – Naprawdę byliśmy aż tak niezbędni.

– Musimy ruszać. Odprawa za pięć minut.

– Jasne. – Wyglądało na to, że zostaniemy przeniesieni do kolejnej, tajnej lokalizacji.

Mac spojrzał na moją rękę.

– Ktoś to widział?

– Doktorek pozszywał. To tylko draśnięcie, nie musisz trząść portkami. – Kolejna blizna dodana do tych, które już znaczyły moją skórę.

– Może potrzeba, żeby jakaś potrząsnęła twoimi.

Posłałem przyjacielowi wymowne spojrzenie.

– No co? – zapytał, wzruszając ramionami, nim ruchem głowy wskazał na Demolkę, która zatrzymała się równie podekscytowana, co za pierwszym lub trzydziestym szóstym razem, gdy rzuciłem konga. – Ona nie może być jedyną kobietą w twoim życiu, Gentry.

– Jest lojalna, piękna, potrafi odnaleźć materiały wybuchowe i załatwić kogoś, kto spróbuje mnie zabić. Czego jej brakuje? – Wziąłem zabawkę i podrapałem psinę za uszami.

– Muszę stwierdzić, że tobie już nie da się pomóc.

Wróciliśmy do niewielkiej bazy, na którą tak naprawdę składało się kilka budynków oraz dziedziniec znajdujący się między nimi. Wszystko było brązowe. Mury, pojazdy, ziemia, nawet niebo zdawało się przybierać odcień tego koloru.

Świetnie. Burza piaskowa.

– Nie musisz się o mnie martwić. Nic mi nie dolega, gdy jesteśmy w garnizonie – powiedziałem.

– Och, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ty wyglądający jak Chris Pratt dupku. Ale człowieku – położył rękę na moim ramieniu, zatrzymując mnie, nim weszliśmy na dziedziniec, gdzie zebrała się reszta – nie jesteś z nikim związany.

– Ty też nie.

– Nie, obecnie nie jestem w związku, ale to nie oznacza, że nie jestem związany z osobami, na których mi zależy i którym zależy także na mnie.

Wiedziałem, do czego zmierza, ale nie były ku temu odpowiednie ani czas, ani miejsce. Zanim zaczął wnikać dalej, klepnąłem go w plecy.

– Słuchaj, możemy albo zadzwonić do Doktora Phila, albo wynieść się stąd, by uczestniczyć w kolejnej misji. – Przemieszczanie się od zawsze przychodziło mi z łatwością. Nie przywiązywałem się do niczego, bo nie chciałem. Po prostu nie byłem do tego zdolny. Przywiązanie do ludzi, miejsc czy rzeczy było niewygodne – przeszkadzało – ponieważ istniała tylko jedna pewna rzecz, a była nią zmiana.

– Mówię poważnie. – Zmrużył oczy, co widziałem u niego zbyt wiele razy w ciągu naszej dziesięcioletniej przyjaźni.

– Tak, cóż, ja też. Nic mi nie jest. Poza tym jestem związany z tobą i Demolką. Wszyscy inni to tylko dodatek.

– Mac! Gentry! – zawołał Williams, stojąc w wejściu do północnego budynku. – Zbierajcie dupy!

– Idziemy! – odkrzyknąłem.

– Słuchaj, zanim tam wejdziemy, chcę, żebyś wiedział, że zostawiłem ci coś na łóżku. – Mac pogłaskał się po brodzie, co oznaczało, że się denerwował.

– Cokolwiek to jest, po tej rozmowie nie jestem zainteresowany.

Ruszyliśmy z Demolką w stronę miejsca odprawy. Nie mogłem się doczekać przemieszczenia, aby zostawić za sobą tę dziurę i zobaczyć, co czeka nas dalej.

– To list.

– Od kogo? Wszyscy, których znam, znajdują się w tamtej sali. – Przechodząc przez pusty dziedziniec, wskazałem na drzwi. Tak właśnie się działo, gdy państwo za młodu przerzucało cię z jednej rodziny zastępczej do drugiej, a kiedy dorosłeś, wstąpiłeś do wojska. Grupa ludzi, których uważałeś za godnych poznania mieściła się w blackhawku, a od dziś miało brakować nam Ramireza.

Jak mówiłem, przywiązanie stanowiło niepotrzebną komplikację.

– Od mojej siostry.

– Słucham? – Zamarłem z ręką na zardzewiałej klamce.

– Słyszałeś. Od mojej młodszej siostry Elli.

Pogrzebałem w zakamarkach pamięci. Ella – blondynka o zabójczym uśmiechu i łagodnych, dobrych oczach bardziej niebieskich niż jakiekolwiek niebo, które widziałem. Od dekady wymachiwał mi przed nosem jej fotkami.

– No weź, Gentry. Potrzebujesz jej zdjęcia?

– Wiem, kim jest Ella, ale dlaczego na moim łóżku miałby znajdować się list od niej?

– Pomyślałem, że mógłbyś z nią pisać. – Zwiesił głowę i spojrzał na swoje brudne buty.

– Pisać? Jakbym był jakimś projektem z piątej klasy twojej siostrzyczki?

Demolka się do mnie przysunęła i oparła o moją nogę. Dostrajała się do każdego mojego ruchu, nawet najmniejszych zmian w moim nastroju. To właśnie dzięki temu nasz zespół był tak dobry.

– Nie, to nie… – Pokręcił głową. – Chciałem tylko pomóc. Zapytała, czy znam kogoś, komu przydałyby się listy, a skoro ty nie masz rodziny…

Krzywiąc się, otworzyłem drzwi i zostawiłem go na zewnątrz. Może nieco piachu wpadnie mu do tej jego rozdziawionej gęby. Nienawidziłem słowa na „R”. Ludzie nieustannie narzekali na swoje rodziny, właściwie to cały czas, jednak w chwili, kiedy orientowali się, że ja nie miałem żadnej, traktowali mnie jak jakąś aberrację, jak problem, który należy rozwiązać, lub co gorsza, zaczynali się nade mną litować.

Tak bardzo nie życzyłem sobie tej ludzkiej litości, że to, aż niemal zabawne.

– Dobra, panowie – powiedział kapitan Donahue, gdy nasz dziesięcioosobowy oddział – cóż, teraz bez jednej osoby – zgromadził się przy stole. Przykro mi, ale nie wracamy do domu. Dostaliśmy nowe zadanie.

Wszyscy jęknęli – bez wątpienia tęskniąc za żonami i dziećmi – potwierdzając tym jedynie moje zdanie na temat przywiązania.

 

* * *

 

– Poważnie, Nowy? – warknąłem, gdy świeży członek naszego oddziału starał się posprzątać rzeczy, które strącił z szafki robiącej za mój stolik nocny.

– Przepraszam, Gentry – wymamrotał, składając papiery. Typowy amerykański chłopak zaraz po przeszkoleniu, który nie powinien jeszcze do nas trafić. Musiałby mieć kilka lat doświadczenia i pewniejsze ręce, co oznaczało, że znalazł się tutaj, bo był spokrewniony z kimś, kto zapewne pociągał za sznurki.

Demolka przechyliła łeb w jego stronę, po czym spojrzała na mnie.

– Jest nowy – powiedziałem łagodnie, drapiąc ją za uszami.

– Proszę – wybełkotał dzieciak, podając mi moje rzeczy, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami, jakbym miał wykopać go z oddziału za tę jego niezdarność.

Boże, miałem nadzieję, że lepiej obchodził się z bronią niż z moim stolikiem nocnym.

Położyłem papiery na materacu, na wolnej przestrzeni, której nie zajmowała Demolka. Przejrzałem je, a były to artykuły z czasopism, które mnie zainteresowały i…

– Szlag.

List od Elli. Miałem go już niemal od dwóch tygodni i jeszcze go nie otworzyłem.

Jednak nie potrafiłem go wyrzucić.

– Otworzysz? – zapytał Mac z gównianym wyczuciem czasu.

– Dlaczego nigdy nie przeklinasz? – zapytał w tej samej chwili Nowy.

Spiorunowałem Maca wzrokiem, wsunąłem list na sam spód stosu, nakryłem artykułem o nowatorskich technikach poszukiwawczych i ratunkowych.

– Dobra. Odpowiedz Nowemu. – Mac przewrócił oczami i położył się na swojej pryczy, zakładając ręce za głowę.

– Tak właściwie to nazywam się Johnson…

– Nie, Nowy. Jeszcze nie zasłużyłeś na nic innego – poprawił go Mac.

Dzieciak wyglądał, jakbyśmy skopali mu szczeniaka, więc odpuściłem.

– Ktoś mi kiedyś powiedział, że przeklinanie oznacza posiadanie ubogiego zasobu słownictwa. Wyrażając się wulgarnie, wychodzimy na niewykształconych ludzi z niższej klasy społecznej. Zatem przestałem to robić. – Bóg jeden wiedział, że miałem za sobą sporo walki związanej z samym sobą, nie musiałem dodatkowo brzmieć jak środowisko, z którego się wywodziłem.

– Nigdy? – zapytał Nowy, pochylając się, jakbyśmy znajdowali się na piżama party.

– Robię to tylko w duchu – wyznałem, biorąc się za nowy artykuł.

– To naprawdę pies wojskowy? Wygląda tak… słodko – stwierdził Nowy, wyciągając rękę do Demolki.

Suczka uniosła głowę i obnażyła zęby.

– Tak, naprawdę, i tak, zabija na rozkaz, zatem wyświadcz nam obu przysługę i nigdy więcej jej nie dotykaj. To nie jest kanapowa pupilka. – Pozwoliłem, aby powarczała chwilę dłużej, co miało służyć podkreśleniu moich racji.

– Spokojnie – powiedziałem jej w końcu i pogłaskałem ją po szyi. Napięcie natychmiast ją opuściło, ułożyła się na mojej nodze i patrzyła na mnie łagodnie, jakby nic się przed chwilą nie stało.

– Kurde – szepnął.

– Nie bierz tego do siebie, Nowy – rzucił Mac. – Demolka to fanka monogamii, a ty nie jesteś jej człowiekiem.

– Lojalna i zabójcza – powiedziałem z uśmiechem, nadal ją głaszcząc.

– Któregoś dnia – nakazał Mac, wskazując na list, który wysunął się ze stosu i leżał przy moim udzie na materacu.

– Nie dziś.

– Kiedy go otworzysz, będziesz mieć do siebie żal, że nie zrobiłeś tego wcześniej. – Sięgnął na drugą stronę pryczy, wziął pudełko z ciastkami z masłem orzechowym, po czym zjadł jedno z efektami dźwiękowymi godnymi filmów porno.

– Serio?

– Serio – mruknął. – Pychota.

Parsknąłem śmiechem i ponownie wsunąłem list do stosu innych papierów.

Dzieciak pokiwał głową.

– To wszystko czego od zawsze chciałem.

Wymieniliśmy z Makiem porozumiewawcze spojrzenia.

– Powtórz to jutrzejszego wieczoru. A teraz kładź się i przestań strącać moje rzeczy, inaczej twoja ksywka będzie brzmiała Masełko.

Wybałuszył oczy i grzecznie opadł na pryczę.

 

* * *

 

Trzy dni później Nowy już nie żył.

Johnson. Zasłużył, by zwracać się do niego po nazwisku, bo poświęcił się, ratując tyłek Doktorka.

Wszyscy spali, a ja leżałem, gapiąc się na jego pustą pryczę. Nie pasował do nas, wszyscy o tym wiedzieliśmy, nawet wyrażaliśmy swoje obawy. Nie był gotowy na misję, szybkie akcje naszego oddziału specjalnego i śmierć.

Nie żeby kostucha się tym przejmowała.

Klepsydra została odwrócona, miałem dwadzieścia osiem lat.

Wszystkiego najlepszego dla mnie.

Śmierć na misji zawsze dotykała mnie jakoś inaczej. Zwykle myślałem o niej na dwa sposoby – albo ją ignorowałem, bo musieliśmy działać, albo postrzegałem własną śmiertelność jako coś nagłego i namacalnego. Może to przez moje urodziny albo fakt, że Nowy był jeszcze dzieckiem, ale w tej chwili dopadły mnie rozterki.

Cześć, śmiertelność, to ja, Beckett Gentry.

Rozsądek podpowiadał, że po zakończeniu tej misji wrócimy do domu lub trafimy do kolejnej zapomnianej przez Boga dziury, ale w tej chwili dopadło mnie mocne poczucie samotności i chwyciło boleśnie za serce.

To nie jest przywiązanie – wmawiałem sobie, bo przywiązanie oznaczało kłopoty.

Jednak brakowało mi zażyłości z innym człowiekiem, takiej, która nie była zarezerwowana dla braci z oddziału ani nawet dla przyjaciela, jakim był Mac, osoby, która była dla mnie jak członek rodziny.

Pod wpływem czystego impulsu wziąłem latarkę, po czym wyjąłem list, który wcześniej wcisnąłem w górski przewodnik.

Przytrzymując latarkę ramieniem, rozerwałem kopertę i rozłożyłem kartkę ze schludnym kobiecym pismem.

Przeczytałem list raz, dwa razy… a nawet kilkanaście, dopasowując słowa do twarzy kobiety, którą od lat widywałem na zdjęciach. Wyobraziłem sobie, jak wczesnym rankiem poświęca chwilę, aby do mnie napisać i zacząłem się zastanawiać, jak wyglądał dla niej tamten dzień. Jaki facet może zostawić ciężarną żonę? Dupek.

Jaka kobieta oddaje się wychowaniu bliźniąt i prowadzeniu interesu, choć sama jest jeszcze małolatą? Zapewne tacholernie silna.

Niezłomna, sprytna kobieta, którą musiałem poznać. Ogarnęła mnie niezaprzeczalna i cholernie uciążliwa tęsknota.

Zachowując jak największą ciszę, wziąłem notatnik i długopis.

Pół godziny później zakleiłem kopertę i postukałem nią Maca w ramię.

– Co jest? – warknął, obracając się do mnie.

– Chcę ciastka – wypowiedziałem z powagą, którą rezerwowałem zazwyczaj dla wydawanych Demolce komend.

Parsknął śmiechem.

– Mówię poważnie, Ryan. – Zwrócenie się do niego po imieniu oznaczało poważną sprawę.

– Cóż, tracisz czujność, tracisz też ciastka. – Uśmiechnął się, po czym obrócił do mnie plecami, chwilę później słyszałem, że jego oddech się pogłębił.

– Dziękuję – szepnąłem, wiedząc, że już mnie nie słyszy. – Dziękuję ci za nią.

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

ELLA

 

 

 

 

List #1

 

Ello,

miałaś rację, Twój brat od razu spałaszował wszystkie ciastka, ale na jego obronę muszę powiedzieć, że zbyt długo zwlekałem z otwarciem listu od Ciebie. Pomyślałem jednak, że jeśli mamy to robić, jak należy, powinniśmy być szczerzy.

Zatem po pierwsze musisz wiedzieć, że niezbyt dobrze radzę sobie z ludźmi. Mógłbym podać kopę wymówek, ale poważnie, naprawdę sobie z nimi nie radzę. Z doświadczenia wiem, że często mówię coś nieodpowiedniego, rzucam prawdę w oczy albo nie potrafię nawiązać błahej rozmowy o niczym. Nie muszę chyba dodawać, że nigdy nie pisałem listów.

Po drugie, podoba mi się, że napisałaś do mnie odręcznie. Oznacza to, że nie zamierzasz cenzurować samej siebie. Nie dobierasz odpowiednich słów, a piszesz tak, jak myślisz. Założę się, że na żywo jesteś taka sama – mówisz to, co przyniesie Ci ślina na język.

Nie wiem, co mógłbym Ci o sobie napisać, by wojskowa cenzura tego nie zamazała, więc może tak: od jakichś pięciu minut mam dwadzieścia osiem lat i prócz kumpli, z którymi tu jestem, nie kontaktuję się z nikim. Przeważnie mi to nie przeszkadza, ale dziś zacząłem się zastanawiać, jak to jest w Twoim przypadku. Być obciążonym tak wielką odpowiedzialnością, bo polega na Tobie tak dużo osób. Gdybym mógł zadać Ci jedno pytanie, byłoby to: ,,Jak to jest być centrum czyjegoś wszechświata?”.

 

Z wyrazami szacunku,

Chaos

 

–––––––––––––––––

 

Już po raz trzeci czytałam list, który przyszedł tego ranka, przesuwając palcami po krzywo zapisanych dużymi literami wyrazach. Kiedy Ryan stwierdził, że w jego oddziale jest ktoś, komu przydałoby się z kimś popisać, pomyślałam, że chyba oszalał.

Faceci, z którymi służy, bywają zwykle tak otwarci jak ich szafy na broń. Ojciec zachowywał się dokładnie w ten sam sposób. Szczerze mówiąc, po tygodniach bez odpowiedzi pomyślałam, że gość mnie olał. Częściowo mi ulżyło, bo przecież miałam na głowie już wystarczająco dużo. Jednak pusta kartka stwarzała tak wiele możliwości. Myśl o przelaniu emocji na papier, aby przeczytał je ktoś nieznajomy była dla mnie dziwnie wyzwalająca.

Czytając jego list, zastanawiałam się, czy czuł się podobnie.

Jak ktoś w wieku dwudziestu ośmiu lat mógł nie mieć… żadnej bliskiej osoby? Ryan twierdził, że facet był małomówny, a serce otoczone miał grubym murem, ale dla mnie Chaos wydawał się po prostu… samotny.

– Nudzę się, mamo – powiedziała siedząca obok mnie Maisie, machając nogami.

– Wiesz co? – zapytałam śpiewnie i wrzuciłam list do torebki.

– Tylko nudni się nudzą? – zagadnęła, patrząc na mnie tymi swoimi najbardziej niebieskimi na świecie oczami. Przechyliła głowę na bok i zmarszczyła nos. – Może nie byliby tacy nudni, gdyby mieli coś do roboty.

Pokręciłam głową, po czym z uśmiechem podałam jej iPada.

– Uważaj na niego, dobrze? – Nie stać nas było na nowe urządzenie, nie przy remoncie dachów w trzech domkach dla gości. Sprzedałam już dziesięć hektarów na tyłach całej naszej posiadłości, aby móc sfinansować najbliższe remonty i zaciągnęłam najwyższy kredyt hipoteczny, jaki tylko mogłam, aby rozbudować naszą infrastrukturę.

Maisie pokiwała głową, zakołysał się jej blond kucyk, gdy przesunęła palcem po ekranie iPada, aby znaleźć ulubione aplikacje. Nadal pozostawało to dla mnie zagadką, jak, do licha, pięciolatka obsługiwała tę rzecz wprawniej niż ja. Colt też nieźle sobie radził, ale nie był ekspertem jak jego siostra. Pewnie dlatego, że przeważnie właził wszędzie tam, gdzie nie powinien.

Spojrzałam na zegar. Szesnasta. Lekarz spóźniał się już pół godziny na wizytę, którą nam wyznaczył. Wiedziałam, że Ada nie ma nic przeciwko pilnowaniu Colta, ale nie znosiłam ją o to prosić. Była żwawą sześćdziesięciolatką, jednak za moim synem nie tak łatwo nadążyć. Określała go mianem pioruna i nie mijała się przy tym z prawdą.

Maisie potarła biodro, na które ostatnio się skarżyła, że je boli. Najpierw wspominała, że coś ją tam kłuje, potem, że pobolewa od czasu do czasu, aż ból się nasilił i nie przestawał ustępować.

Zaczynałam tracić cierpliwość, więc postanowiłam iść do recepcji, lecz w tej samej chwili doktor wszedł do gabinetu.

– Dzień dobry, Ello. Jak się czujesz, Margaret? – zapytał doktor Franklin z dobrodusznym uśmiechem, trzymając w dłoniach podkładkę z doczepionymi dokumentami.

– Maisie – poprawiła go z powagą na twarzy.

– Oczywiście. – Potaknął i posłał mi łagodny uśmiech. Bez wątpienia w jego oczach nadal miałam pięć lat, bo przecież był i moim pediatrą. Włosy mu posiwiały i lekko urósł brzuch, niemniej był tym samym lekarzem, do którego dawniej przyprowadzała mnie babcia. W naszym małym mieście Telluride niewiele się zmieniało. Jasne, kiedy przychodził sezon narciarski, ulice wypełniały się land roverami turystów, ale fala w końcu ustępowała i miejscowi wracali do swojego normalnego życia.

– Jak bardzo cię dziś boli? – zapytał, pochylając się do niej.

Wzruszyła ramionami i skupiła się na iPadzie.

Wyjęłam go z jej małych rąk i uniosłam brwi, dostrzegając na jej twarzy dezaprobatę.

Westchnęła zbyt ciężko jak na pięciolatkę, ale w końcu popatrzyła na doktora Franklina.

– Zawsze boli. Od dłuższego czasu nie przestało ani na moment.

Spojrzał na mnie, bym to wyjaśniła.

– Taki stan trwa przynajmniej od sześciu tygodni.

Pokiwał głową, po czym wyprostował się, marszcząc brwi, przerzucając kartki na podkładce.

– Co to jest? – Odczuwałam frustrację, ale ugryzłam się w język. Nie pomogę córeczce, tracąc nad sobą panowanie.

– Scyntygrafia kości wyszła prawidłowo. – Oparł się o stół i podrapał po karku.

Zgarbiłam się. To już trzecie poważne badanie Maisie i nadal nic.

– Ale to dobrze, prawda? – zapytała mała.

Posłałam jej wymuszony uśmiech i oddałam iPada.

– Skarbie, może pograsz przez chwilę, a ja zamienię z doktorem dwa słówka na korytarzu, co?

Pokiwała ochoczo głową i wróciła do przerwanej gry.

Wyszłam z lekarzem na korytarz, zostawiając uchylone drzwi, by mieć Maisie na oku.

– Ello, nie wiem, co mam ci powiedzieć. – Skrzyżował ręce na piersi. – Zrobiliśmy już prześwietlenie i scyntygrafię, a gdybym miał przekonanie, że mała wytrzyma dostatecznie długo nieruchomo, zleciłbym rezonans magnetyczny. Jednak nie znaleźliśmy do tej pory nic niepokojącego pod względem fizycznym, szczerze mówiąc.

Posłał mi pełne współczucia spojrzenie, które jedynie mnie zirytowało.

– Ona tego nie udaje. Jej ból jest prawdziwy, a coś go wywołuje.

– Nie mówię, że nie jest prawdziwy. Widywałem ją wystarczająco często, by wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Czy w domu coś się zmieniło? Jakieś nowe sytuacje stresowe? Musi być ci ciężko samodzielnie prowadzić interes, do tego wychowując dwoje małych dzieci, szczególnie że jesteś taka młoda.

Uniosłam głowę, jak robiłam za każdym razem, gdy w tym samym zdaniu poruszał kwestię mojego wieku oraz dzieci.

– Mózg to bardzo potężny…

– Sugeruje pan, że ból ma podłoże psychosomatyczne? – warknęłam. – Bo Maisie ma problemy z chodzeniem. W domu nic się nie zmieniło. Jest tak samo, jak wtedy, gdy przywiozłam je tam z tego samego szpitala, w którym się znajdujemy i mogę pana zapewnić, że w przedszkolu nie doświadcza żadnego stresu. Problem nie tyczy się jej głowy, a biodra.

– Ello, nic w nim nie ma – powtórzył łagodnie. – Szukaliśmy potencjalnych złamań w kości, naderwań więzadeł, wszystkiego. Może to być naprawdę trudny przypadek bólu wzrostowego.

– To żaden ból wzrostowy! Coś przegapiliście. Czytałam w internecie…

– I to był twój pierwszy błąd. – Westchnął. – W sieci dowiesz się, że przeziębienie to z pewnością zapalenie opon mózgowych, a ból w nodze to z kolei skrzep, który zaraz cię zabije.

Wybałuszyłam oczy.

– To nie jest skrzep, Ello. Zrobiliśmy też USG. Tam nic nie ma. Nie rozwiążemy nieistniejącego problemu.

Maisie nie zmyślała. To nie siedziało w jej głowie. Nie chodziło o problem posiadania młodej mamy czy braku ojca. Cierpiała, a ja nie byłam w stanie jej pomóc.

Poczułam się całkowicie bezradna.

– W takim razie jedziemy do domu.

 

* * *

 

Rozkoszowałam się spacerem boczną drogą. Odbieranie poczty dawało mi o tej porze roku wymówkę, aby wymknąć się na moment, w tej chwili odczuwałam jeszcze większą satysfakcję, bo czekałam na listy, które wysyłał mi Chaos. Zaraz mógł przyjść szósty. Mieliśmy koniec października, więc w powietrzu panował już chłód, jednak od otwarcia stoków narciarskich dzielił nas dobry miesiąc. Wtedy cały ten spokój uleci, zastąpiony potokiem rezerwacji.

Dzięki za to Bogu, bo naprawę potrzebowaliśmy, by zajęto wszystkie miejsca. Nie, żebym nie cieszyła się jesiennym spokojem, gdy wrócili do domów ci, którzy w lecie włóczyli się po górach, jednak zimą to narciarze utrzymują Samotnię przy życiu. A przy nowej racie kredytu hipotecznego, dochód z pensjonatu był wręcz niezbędny.

Na razie jednak było idealnie. Liście na osikach zmieniły kolor na złoty i zaczęły spadać, przez co obecnie pokrywały cały podjazd. Nie był długi, ciągnął się na jakieś sto metrów, ale wystarczył, by dać naszym gościom upragnione poczucie odosobnienia.

W głównym budynku również mieściło się kilka pokoi do wynajęcia, profesjonalna kuchnia, jadalnia, salon, a także oddzielone, małe skrzydło, które zajmowałam z dziećmi. Pensjonat wydawał się tętnić życiem, jednak Samotnia wzięła nazwę oraz reputację od piętnastu odseparowanych od siebie domków, które rozsiane zostały na ponad osiemdziesięciu hektarach. Jeśli ktoś pragnął wygodnego, luksusowego noclegu nieopodal cywilizacji, a jednocześnie ucieczki w dzicz, nasz pensjonat stanowił dla niego odpowiednie miejsce.

Gdyby tylko stać mnie było na reklamę, aby zaczęły spływać rezerwacje. Całymi dniami mogłabym zajmować się marketingiem, bo ludzie przyjeżdżali jedynie wtedy, gdy wiedzieli o istnieniu danego ośrodka.

– Jesteś zajęta? – zapytał z ganku Larry. Oceniał mnie oczami pod krzaczastymi, siwymi brwiami, które sterczały mu na wszystkie strony.

– Nie. Co tam? – Bawiłam się trzymanymi w palcach kopertami, gdy weszłam po schodkach i zatrzymałam się przed tablicą, którą być może należało wymienić. Przemiana w luksusowy kurort polegała na tym, by zadowolić tych, którzy wymagali perfekcji.

– Coś czeka na ciebie na stole.

– Czeka? – Zignorowałam jego uśmieszek, facet nie był typem pokerzysty i weszłam do środka.

Zdjęłam buty, wsunęłam je pod siedzisko w holu. Pod stopami miałam niedawno odnowioną, drewnianą podłogę przy recepcji.

– Spacer się udał? – Hailey uniosła głowę znad komórki i się uśmiechnęła.

– Poszłam po pocztę, to nic specjalnego. – Ściskałam listy, przedłużając swoją torturę. Poza tym na samym wierzchu miałam rachunek od doktora Franklina, którego jakoś nie spieszyło mi się otwierać.

Minął niemal miesiąc od naszej ostatniej wizyty u niego, a wciąż nie doczekałam się diagnozy wzmagającego się bólu u córki. To kolejny rachunek, który przypominał mi, że zdecydowałam się na jak najniższe ubezpieczenie zdrowotne, byśmy jakoś przeżyli ten rok.

– Aha. Nie czekasz na żaden list, co? – Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, udając niewiniątko.

– Nie powinnam była ci o nim mówić. – Nigdy nie da mi spokoju, ale, szczerze mówiąc, wcale mi to nie przeszkadzało. Te listy były jedynym, co pozostawało tylko dla mnie. Stanowiły coś, dzięki czemu mogłam się otworzyć i wszystko z siebie wyrzucić, nie narażając się na żaden osąd czy oczekiwania.

– Ej, lepsze to niż gdybyś miała żyć moim życiem miłosnym.

– Twoje życie przyprawia mnie o zawroty głowy. Poza tym tylko do siebie piszemy, nie ma w tym nic romantycznego. Ryan poprosił mnie o przysługę. To wszystko.

– Ryan. Kiedy wróci do domu? – Westchnęła rozmarzona, jak większość mieszkających w tym mieście dziewczyn, na wspomnienie o moim bracie.

– Chyba chwilę po Bożym Narodzeniu. A poważnie mówiąc, miałaś chyba ze dwanaście lat, gdy zaciągnął się do wojska.

Hailey była ode mnie młodsza jedynie o dwa lata, chociaż czułam się od niej dużo starsza. Może postarzałam się o dekadę przez każde z moich dzieci albo prowadzenie Samotni wepchnęło mnie od razu w wiek średni, ale bez względu na powód, dzieliło nas chyba całe pokolenie.

– Przestań marudzić! – nalegał Larry, niemal podskakując z ekscytacji.

– O co ci chodzi?

– Ella, chodź tu natychmiast! – zawołała Ada z jadalni.

– Teraz oboje chcecie mnie wykończyć? – Pokręciłam głową na Larry’ego, ale poszłam za nim do jadalni.

– Tadam! – rzuciła Ada, machając rękami w kierunku stołu w rustykalnym stylu.

Spojrzałam we wskazane miejsce i dostrzegłam magazyn, na który czekałam. Jasnoniebieska okładka odcinała się na tle ciemnego drewna.

– Kiedy przyszedł? – zapytałam cicho.

– Rano – odparła Ada.

– Ale… – Pomachałam pocztą wyjętą ze skrzynki.

– Och, resztę zostawiłam. Nie zamierzałam pozbawiać cię ulubionego zajęcia.

Minęła chwila ciszy, gdy gapiłam się na czasopismo „Wakacje w górach – oferta najlepszych noclegów w 2019 roku. Wydanie zimowe”.

– Nie pogryzie cię – dodała Ada, przesuwając magazyn w moją stronę.

– Nie, ale to dla nas być albo nie być.

– Czytaj, Ella. Dobry Bóg wie, że ja już to zrobiłam – wyznała, poprawiając okulary na nosie.

Rzuciłam pocztę na stół i porwałam z niego gazetę, po czym zaczęłam ją kartkować.

– Osiemdziesiąta dziewiąta – niecierpliwiła się Ada.

Serce waliło mi w piersi jak młotem, palce zdawały się lepić do każdej kartki, ale udało mi się w końcu dotrzeć do właściwej strony.

– Numer osiem, Samotnia w Telluride w stanie Kolorado! – Ręce mi się trzęsły, gdy przyglądałam się błyszczącym fotografiom naszego pensjonatu. Wiedziałam, że wysłali kogoś, kto miał zrecenzować mój interes, ale nie wiedziałam, kiedy dokładnie pojawiła się tu ta osoba.

– Wcześniej plasowaliśmy się w pierwszej dwudziestce, a właśnie znalazłaś się w pierwszej dziesiątce! – Ada mnie przytuliła, przytłaczając swoją sporą sylwetką. – Babcia byłaby z ciebie taka dumna. Ze wszystkich remontów, które przeprowadziłaś, wszystkiego, co poświęciłaś dla tego miejsca. Do diabła, ja jestem z ciebie dumna, Ella. – Odsunęła się, a mnie łzy napłynęły do oczu. – Nie stój jak kołek i nie becz. Czytaj!

– Nie tylko ona beczy, kobieto – wtrącił Larry, podchodząc, by przytulić żonę. Ta para była zżyta z Samotnią tak bardzo jak ja. Pomagali babci od samego początku, obiecali, że zostaną ze mną tak długo, jak tylko będą mogli.

– Samotnia to ukryty klejnot. Położony w górach San Juan wyjątkowy ośrodek wypoczynkowy oferuje rodzinną atmosferę nie tylko w głównym budynku, ale również w kilku nowo wyremontowanych, luksusowych domkach dla tych, którzy nie chcą rezygnować z prywatności na rzecz blisko położonych stoków. Tylko dziesięć minut jazdy samochodem dzieli to miejsce od najlepszych ośrodków narciarskich w Kolorado. Samotnia może stać się dla was bezpieczną przystanią nieopodal górskiego kurortu. Pensjonat bardziej przypomina elegancki ośrodek wypoczynkowy i jest idealny dla osób poszukujących tego, co najlepsze z obu światów: nienagannej obsługi oraz poczucia izolacji. To prawdziwa perełka w Kolorado!

Spodobało im się u nas! Znaleźliśmy się w pierwszej dziesiątce polecanych pensjonatów! Przycisnęłam magazyn do piersi, rozkoszując się tym, co napisali. Takie chwile nie zdarzały się każdego dnia, a nawet każdej dekady, więc ta była tylko moja.

– Prawdziwa radość jest wtedy, gdy wszyscy turyści wracają do domów – mruknął Larry, ale nie przestawał się uśmiechać.

Zadzwonił telefon, w tle usłyszałam, że Hailey odebrała.

– Założę się, że zaraz zaczną spływać rezerwacje! – cieszyła się Ada, gdy Larry tańczył z nią po obwodzie stołu.

Przy takiej recenzji to pewne. Niebawem mieliśmy mieć wypełniony kalendarz. Zdołam spłacić hipotekę oraz pożyczkę, które zaciągnęłam na budowę chatek położonych w południowej części działki.

– Ella, dzwonią ze szkoły – zawołała Hailey.

Rzuciłam magazyn na stół i poszłam odebrać.

– Ella MacKenzie – przedstawiłam się, gotowa wysłuchać czym też Colt tym razem zdenerwował nauczycieli.

– Dzień dobry, pani MacKenzie. Z tej strony pielęgniarka ze szkoły podstawowej, przy której mieści się przedszkole – powiedziała ze martwieniem, więc nie zawracałam sobie głowy poprawianiem na „panno”.

– Wszystko w porządku?

– Niestety mam tu Maisie. Zemdlała na placu zabaw, ma blisko czterdzieści stopni gorączki.

Omdlenie, wysoka temperatura. Mdłości podeszły mi do gardła, gdy z powodu złego przeczucia mocno skurczył mi się żołądek. Doktor Franklin coś przeoczył.

– Zaraz tam będę.

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

 

BECKETT

 

 

 

 

List #6

 

Drogi Chaosie,

przesyłam kolejną porcję ciastek. Schowaj je, proszę, przed moim bratem. Nie, nie żartuję. W przypadku tych wypieków bezwstydny z niego złodziejaszek. Przygotowałam je według przepisu mamy, a właściwie babci, a on jest od nich uzależniony. Po śmierci naszych rodziców – jestem pewna, że opowiedział o tym, jak tatę zabito w Iraku, a mama miesiąc później zginęła w wypadku samochodowym – zawsze były w kuchni, czekały, aż wrócimy ze szkoły, aby uleczyć złamane serca, uczcić wygrane mecze, pocieszyć po przegranych. Dla niego oznaczają one dom.

A teraz i Ty masz jego fragment.

W liście sprzed miesiąca zapytałeś mnie, jak to jest być centrum czyjegoś wszechświata. Tak to było? Cóż, wtedy nie wiedziałam, jak Ci na to odpowiedzieć, ale przemyślałam sprawę.

Szczerze mówiąc, nie jestem centrum czyjegokolwiek wszechświata. Nawet dzieci. Colt jest bardzo niezależny, jestem pewna, że pragnie osobiście zadbać o bezpieczeństwo Maisie, a nawet moje. Córka jest pewna siebie, jej spokój można pomylić z nieśmiałością. Zabawne jest jednak to, że się nie wstydzi. Absolutnie perfekcyjnie potrafi oceniać i od razu wyczuwa kłamstwo. Chciałabym mieć tę zdolność, ponieważ najbardziej na świecie nie znoszę ściemniania. Maisie ma niesamowitą intuicję w stosunku do ludzi, której na pewno nie odziedziczyła po mnie. Jeśli z kimś nie rozmawia, to nie dlatego, że jest mrukiem, a ponieważ uznała, że woli nie marnować na tego kogoś czasu. Ma tak, odkąd była malutka. Albo kogoś lubi, albo nie. Colt… on daje szansę każdemu, po czym daje mu drugą i trzecią, i… Chyba już rozumiesz.

Najprawdopodobniej ma to po wujku, bo potrafię się przyznać do tego, że nigdy nie zdołałam dać drugiej szansy tym, którzy zranili moich bliskich. Chociaż się wstydzę, wciąż nie wybaczyłam ojcu tego, że nas opuścił, a przyczyniła się do tego mina brata, gdy tata z łatwością rzucił kłamstwem, że to tylko krótka, kilkutygodniowa misja… ale nigdy z niej nie wrócił. Wybrał rozwód z matką zamiast z wojskiem. Do diabła, minęło czternaście lat, a ja nadal nie wybaczyłam oficerowi, który wydał rozkaz, przez który ojciec zginął, po raz drugi łamiąc serce mojej matce. Naprawdę nienawidzę w sobie tej cechy i tak, Colt zdecydowanie odziedziczył miękkie serce po moim bracie, a ja mam nadzieję, że go nie straci.

W wieku pięciu lat moje dzieci są lepszymi ludźmi, niż ja kiedykolwiek będę, z czego jestem niesamowicie dumna.

Jednak nie stanowię centrum ich wszechświata. Bardziej przypominam ich grawitację. W tej chwili trzymam je mocno, więc kroczą z pewnością swoją oczywistą ścieżką. Cały czas pracuję, by zatrzymać je blisko tego, co zapewnia im bezpieczeństwo. Jednak kiedy podrosną, muszę nieco popuścić, przestać tak mocno na nie oddziaływać. W końcu je uwolnię, by mogły wzlecieć i będę ściągać ku sobie jedynie wtedy, gdy o to poproszą lub gdy zajdzie taka konieczność. Do diabła, mam dwadzieścia cztery lata, a mnie wciąż czasami należałoby ściągnąć. Szczerze mówiąc, nie chciałabym być niczyim centrum wszechświata, bo co się stanie, gdy owo centrum przestanie istnieć?

Wszystko się rozpadnie.

Przynajmniej tak się stało w moim przypadku.

Zatem wolę być grawitacją. Mimo wszystko kontrolować pływy oraz zachowanie wszystkiego, a nawet umożliwiać życie. A kiedy dzieciaki będą gotowe do lotu, może znajdą kogoś, kto sprawi, że zapragną twardo stąpać po ziemi. A może polecą razem z nim.

Mam nadzieję, że po trosze jedno i drugie.

Dowiem się, dlaczego mówią na Ciebie Chaos? A może to również tajne, jak Twoje zdjęcie?

 

Ella

 

–––––––––––––––––

 

-Chaos, chcesz się tym z nami podzielić? – zapytał Williams, ruchem głowy wskazując na trzymaną przeze mnie kartkę.

– Nie. – Złożyłem list numer sześć i wsunąłem go do kieszeni na piersi, gdy lecieliśmy śmigłowcem na miejsce operacji. Demolka wciąż siedziała pomiędzy moimi kolanami. Nie przepadała za helikopterami ani za zjeżdżaniem na linie, ale nie uciekała.

– Na pewno? – droczył się Williams, uśmiech jaśniał na tle jego skóry, pomalowanej w barwy kamuflujące.

– Na pewno. – Nie dostanie ani listu, ani ciastka. Nie zamierzałem dzielić się Ellą. Stała się jedyną osobą, która była wyłącznie moja, nawet jeśli tylko poprzez korespondencję. To uczucie, z którym nie chciałem się rozstawać.

– Zostaw go – rzucił siedzący obok mnie Mac. Spojrzał na moją kieszeń. – Znaleźliście wspólny język.

Niemal pokazałem mu palec, ale przecież nie tylko dał mi Ellę, ale również połączenie z kimś więcej niż tylko z chłopakami z oddziału. Dał mi przebłysk normalnego życia poza pudełkiem, w którym zamknąłem się na ostatnią dekadę. Zatem odpowiedziałem zgodnie z prawdą:

– Tak. – Pokiwałem głową. Tylko tyle byłem w stanie z siebie wydobyć.

Z uśmiechem poklepał mnie po ramieniu, jednak nie dodał: „A nie mówiłem?”.

– Dziesięć minut. – W słuchawkach rozbrzmiał głos Donahue.

– Jak jest w Telluride? – zapytałem Maca.

Na jego twarzy odmalowała się tęsknota, na widok której przeważnie przewracałem oczami. Teraz stałem się dziwnie zdesperowany, aby móc wyobrazić sobie mieścinę, w której została Ella.

– Pięknie. W lecie zielono, a w oddali roztaczają się góry, które wyglądają, jakby próbowały cię zabrać do nieba. Jesienią wyglądają na zanurzone w złocie, gdy osikom schną liście… jak teraz. Zimą jest tam trochę tłoczno, bo rozpoczyna się sezon narciarski, ale kiedy Samotnię przykryje śnieg, masz wrażenie, że na każdym rogu czekają cię nowe możliwości. Potem przychodzi wiosna, drogi są zabłocone, turyści wyjeżdżają i wszystko znów rodzi się do życia niemal tak samo piękne jak rok wcześniej. – Oparł się o siedzenie UH-60.

– Tęsknisz.

– Codziennie.

– To dlaczego wciąż tu jesteś? Dlaczego nie wyjedziesz? – Obrócił ku mnie głowę i uśmiechnął się ze smutkiem.

– Czasami musisz wyjechać, by docenić to, co za sobą zostawiłeś. Nie docenisz czegoś prawdziwie, dopóki tego nie stracisz.

– A gdybyś nigdy tego nie miał? – To raczej pytanie czysto teoretyczne. Nigdy nie przywiązałem się do żadnego miejsca, nigdzie nie czułem się jak w domu. Nie zostawałem w jednym miejscu na tyle długo, by zapuścić korzenie. A może nie byłem do tego zdolny. Może tak często mi je odcinano, że teraz po prostu nie chciały rosnąć.

– Powiem ci coś, Gentry. Po zakończeniu tej misji zrobimy sobie przerwę, a ja oprowadzę cię po Telluride. Wiem, że jeździsz na nartach, więc najpierw poszusujemy, a potem powłóczymy się po barach. Może nawet przedstawię ci Ellę, ale najpierw będziesz musiał uporać się z Coltem.

Ella. Czekało nas jeszcze kilka miesięcy kontraktu w Siłach Szybkiego Reagowania, po czym się pożegnamy i przywitamy z wolnym czasem, którym gardziłem, ale teraz zaczęła narastać we mnie ciekawość. Ella? Zainteresowanie nie było małe. Chciałem się z nią spotkać, pogadać, dowiedzieć się więcej o kobiecie, która pisała listy. Doświadczyć interakcji z nią w prawdziwym świecie, który nie był papierowy, wyidealizowany.

– Chciałbym – odparłem po chwili. Proponował mi to już niezliczoną ilość razy, ale nigdy nie brałem tego na poważnie.

Uniósł brwi, a jego szeroki uśmiech prezentował się niemal komicznie.

– Chcesz zobaczyć Telluride czy Ellę?

– I miasto, i ją – odparłem zgodnie z prawdą.

Przytaknął, gdy w słuchawkach usłyszeliśmy komunikat o pięciu minutach. Pochylił się, abym tylko ja mógł go słyszeć, chociaż innym jego głos i tak zagłuszały łopaty wirnika.

– Moglibyście uszczęśliwić się nawzajem, gdybyś tylko zatrzymał stopy w jednym miejscu na tyle długo, by wyhodować korzenie.

„Jesteś nic niewart. Wszystko niszczysz”.

Wyrzuciłem słowa matki z głowy i skupiłem się na chwili obecnej. Tylko czekały, aby wywołać katastrofę, więc zatrzasnąłem za nimi drzwi.

– Nie uszczęśliwię nikogo – powiedziałem Makowi, następnie, nim miał szansę, by na mnie naciskać, zająłem się sprawdzaniem uprzęży Demolki, aby mieć pewność, że jest ciasno spięta i nie wyślizgnie się w drodze na dół.

Grawitacja to zdzira.

Przypomniałem sobie uwagę Elli na jej temat. Jakby to było mieć kogoś, kto byłby dla mnie jak grawitacja? Czy takie poczucie bezpieczeństwa byłoby uspokajające? A może dusiłoby? Czy to siła, na której można było polegać, czy raczej się od niej uciekało?

Czy naprawdę istnieli ludzie, którzy pozostawali przy tobie wystarczająco długo, aby uznać ich za godnych zaufania? Jeśli tak, nigdy żadnego nie poznałem. To, dlatego nie zawracałem sobie głowy relacjami. Po co inwestować czas i energię w kogoś, kto i tak w końcu powie ci, że jesteś zbyt skomplikowany i wadliwy, aby z tobą być?

Nawet mój najlepszy przyjaciel Mac został zobowiązany kontraktem do służenia w tym samym oddziale co ja, więc jego przyjaźń miała granice, a ja pilnowałem, by ich nie naruszyć. W głębi duszy wiedziałem, że zniszczy każdego, kto skrzywdzi Ellę.

Dziesięć minut później znaleźliśmy się na ziemi i mogłem myśleć jedynie o grawitacji.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Tytuł oryginału: The Last Letter

 

Copyright © 2019 by Rebecca Yarros

All rights reserved

 

Translation copyright © 2023 by Grupa Wydawnicza FILIA

This edition is published by arrangement with Alliance Rights Agency

c/o Entangled Publishing, LLC

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2023

 

Projekt okładki: LJ Anderson and Bree Archer

Grafika: Elizabeth Turner Stokes

Zdjęcia:

© Elizabeth Turner Stokes

© primeimages/GettyImages

© hydromet/Depositphotos

 

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8357-049-5

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

SERIA: HYPE