Nova. Renegaci Tom 2 - Rebecca Rebecca - ebook

Nova. Renegaci Tom 2 ebook

Rebecca Rebecca

4,2

69 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwa złamane serca. Jedno postanowienie: już nigdy nie dać się skrzywdzić.

Landon Rhodes jest irytująco przystojnym, trochę zamkniętym w sobie zawodowym snowboardzistą. Jak wszyscy Renegaci uwielbia ryzyko, a kiedy na coś się uprze, zwykle nic nie może go powstrzymać.

Dotyczy to też kobiet, z którymi się umawia. Angażuje się teraz wyłącznie w niezliczone, niebezpieczne i krótkotrwałe związki. Dlaczego? Mówią, że pewna dziewczyna zostawiła po sobie w jego sercu ranę, której nie da się uleczyć…

Ta dziewczyna to ja. I to ja najlepiej wiem, kto z nas dwojga naprawdę został skrzywdzony. Dlatego postanowiłam, że już nigdy nie pozwolę, by ten chłopak ponownie mnie zranił. Nawet gdy los znów nas połączy, i to nie do końca przypadkiem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 523

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (134 oceny)
61
48
18
6
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Patrycja____
(edytowany)

Nie polecam

Nigdy nie byłam fanką motywu second chance (skoro ktoś raz się rozstał to tak powinno zostać), jednak „Nova” to przykład tego, jak bardzo ten motyw można spieprzyć. Przy „Wilderze” bawiłam się całkiem nieźle, więc tego samego oczekiwałam od drugiego tomu, i uwaga, grubo się pomyliłam. Z trudem skończyłam tę książkę, a ostanie 30% było tak fatalne, że zmuszałam się, żeby nie rzucić tabletem, ale zacznijmy od początku. Budowanie związku opartego na zdradzie nie może wypalić, a tłumaczenia, że zdradzający się kochają to kiepska wymówka, zwłaszcza jeśli zdradzony jest twoim najlepszym przyjacielem. Zresztą cały pomysł zdrady od samego początku był dla mnie red flagiem, potem było tylko gorzej, ponieważ stworzył się dziwny czworokąt miłosny. Główna bohaterka to tępa dzida. Najpierw zdradziła swojego chłopka z Landonem, jego przyjacielem, a potem odstawiłam histerię, bo Landon ją zostawił, więc to ona jest największą ofiarą sytuacji XD Przez całą książkę zgrywała ofiarę, a gdy ktoś chciał...
50
Paralyze

Nie oderwiesz się od lektury

super
00
Ryszarda94

Dobrze spędzony czas

00
ewemys7411

Całkiem niezła

Pierwsza część lepsza
00
Olapie

Nie oderwiesz się od lektury

Druga część równie fascynująca co pierwsza. Natomiast niezmiennie zastanawiam się nad wiekiem bohaterów.. Zachowują się jak 28 - 32 katkowie a nie jak 20- 22 latkowie.
00

Popularność



Podobne


Rozdział pierwszy

Landon

Dubaj

Znaj­do­wa­łem się w kom­plet­nie sur­re­ali­stycz­nym miej­scu, przy­po­mi­na­ją­cym małą zimową kra­inę w środku wiecz­nego lata. Sztuczny śnieg w ośrodku Ski Dubai migo­tał w świe­tle rzu­ca­nym przez lampy, co wywo­ły­wało we mnie tęsk­notę za bez­chmur­nym nie­bem nad Górami Ska­li­stymi. Kurort nar­ciar­ski w Aspen miał się nie­długo otwo­rzyć, my jed­nak wciąż prze­by­wa­li­śmy na Bli­skim Wscho­dzie, pół świata dalej, i do kraju mie­li­śmy wró­cić dopiero przed Bożym Naro­dze­niem.

Kątem oka dostrze­głem jed­nego z ope­ra­to­rów kamer, suną­cego po stoku tuż za mną, więc przy­spie­szy­łem. Zwy­kle nie mia­łem nic prze­ciwko byciu nagry­wa­nym dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, sie­dem dni w tygo­dniu, jed­nak dzi­siaj po pro­stu dzia­łało mi to na nerwy. Może dla­tego, że minęło zale­d­wie kilka dni od naszego pokazu na żywo, a może cho­dziło o to, co się ostat­nio wyda­rzyło, a dokład­niej o sytu­ację, w któ­rej jedna z moich przy­ja­ció­łek nie­mal stra­ciła życie, a druga wylą­do­wała w aresz­cie. Cho­lera, a może po pro­stu była to kwe­stia tego, że nie mogłem się nawet w spo­koju odlać bez towa­rzy­stwa kame­rzy­stów dep­czą­cych mi po pię­tach. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie potrze­bo­wa­łem teraz kilku minut dla sie­bie.

Prze­nio­słem cię­żar ciała nieco na bok i poko­na­łem jeden z zakrę­tów na tra­sie, dba­jąc przy tym, aby świa­do­mie kon­tro­lo­wać poło­że­nie deski snow­bo­ar­do­wej na oblo­dzo­nej czę­ści stoku tuż za wycią­giem. Cały zjazd zajął mi nie­wiele ponad kilka sekund i za cho­lerę nie można było go uznać za tre­ning przed wyprawą do Nepalu, ale lep­sze to niż nic, zwa­żyw­szy na to, że tem­pe­ra­tura na zewnątrz prze­kra­czała 32 stop­nie Cel­sju­sza.

– Już pra­wie zapo­mnia­łem, jaki potra­fisz być szybki – stwier­dził Paxton, śli­zgiem zatrzy­mu­jąc się obok mnie.

– Poświę­ci­łem w tym tygo­dniu tro­chę czasu na tre­ning. O dziwo, nie zasta­łem się tak, jak mi się wyda­wało – odpar­łem, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Od pię­ciu dni znaj­do­wa­li­śmy się w Dubaju, zgod­nie z har­mo­no­gra­mem pro­gramu uni­wer­sy­tec­kiego Stu­dia na Rej­sie, i pra­wie każdy z nich spę­dzi­łem w Ski Dubai. Odkąd trzy mie­siące temu opu­ści­li­śmy Miami, tylko tutaj mia­łem oka­zję użyć deski snow­bo­ar­do­wej i nie było nawet mowy, żebym z niej nie sko­rzy­stał.

– To co, powtórka? – Pax kiw­nął w stronę wyciągu, dokład­nie w chwili, gdy kame­rzy­sta w końcu dotarł na kra­niec stoku. Całe szczę­ście, że więk­szość ujęć w Nepalu będziemy nagry­wać z heli­kop­tera i kame­rek GoPro, bo ten typ w życiu nie byłby w sta­nie dotrzy­mać mi kroku.

– Ile mamy jesz­cze czasu?

Pod­wi­nął rękaw kurtki i zer­k­nął na zega­rek.

– Jakąś godzinę, wystar­czy na kolejny zjazd. Leah zacznie świ­ro­wać, jeśli nie dotrzemy na pokład na dwie godziny przed wypły­nię­ciem, więc to będzie mój ostatni.

– Taaa, cóż, tak to jest, jak wolisz barasz­ko­wać z dziew­czyną w Stam­bule, a póź­niej sta­tek odpływa wam sprzed nosa.

Na twa­rzy przy­ja­ciela poja­wił się leniwy uśmiech.

– Może tak, ale było bar­dziej niż warto. To jak, zjeż­dżamy jesz­cze raz?

Zer­k­ną­łem na szczyt wzgó­rza i na osobne trasy, jakie ofe­ro­wało Ski Dubai, po czym ski­ną­łem głową.

– Ano, możemy. Przez następ­nych kilka tygo­dni nie będziemy mieć oka­zji.

Skie­ro­wa­li­śmy się w stronę krót­kiego wyciągu i przez chwilę cze­ka­li­śmy na swoją kolej. Wśród osób ubra­nych w wypo­ży­czone ciem­no­gra­na­towe oraz czer­wone kom­bi­ne­zony dość mocno wyróż­nia­li­śmy się w swo­ich, uszy­tych na zamó­wie­nie.

Byłem bar­dziej niż świa­domy tego, że kamera śle­dzi każdy nasz ruch, ale z całych sił sta­ra­łem się to zigno­ro­wać. W końcu doku­ment o wdzięcz­nym tytule „Na mię­dzy­na­ro­do­wych wodach” krę­ci­li­śmy z myślą o Nicku i te dzie­więć mie­sięcy w świe­tle reflek­to­rów było niczym w porów­na­niu z tym, że on musiał spę­dzić resztę swo­jego życia na wózku. Wyna­gro­dze­nie za udział w fil­mie zosta­nie wypła­cone w rów­nych czę­ściach zarówno jemu, jak i Pierw­szym, czyli naszej czwórce, która stwo­rzyła ekipę, a sam film pokaże światu feno­me­nalne pro­jekty ramp oraz pomy­sły na akro­ba­cje Nicka. Więc tak, kamery nie odstę­po­wały nas na krok.

– Hej, Nova – rzu­ciła w naszą stronę jakaś dziew­czyna, wzdy­cha­jąc przy tym lekko.

– Hej, księż­niczko – odpar­łem, mru­ga­jąc do niej. – Dobrze się bawisz?

Prze­su­ną­łem spoj­rze­niem po jej twa­rzy, sta­ra­jąc się odszu­kać ją na swo­jej czar­nej liście – cie­kawe, czy już się z nią kie­dyś prze­spa­łem?

Poczu­łem na sobie cię­żar spoj­rze­nia Paxtona i zauwa­ży­łem, jak prze­wraca oczami. Nie zno­sił tego mojego nawyku i nie miał opo­rów przed infor­mo­wa­niem mnie o tym od czasu do czasu.

– Jasne! Miło w końcu poczuć tro­chę chłodu. Wszę­dzie, gdzie ostat­nio się zatrzy­my­wa­li­śmy, było okrut­nie gorąco, co? – Nie­bie­sko­oka zatrze­po­tała poma­lo­wa­nymi mocno powie­kami.

– Prawda. – Czyli jest z nami na statku.

– Ide­alna pogoda na przy­tu­lanki – dodała jesz­cze, przy­gry­za­jąc wargę, po czym poma­chała nam na poże­gna­nie, kiedy nad­je­chało jej krze­sełko.

– Ani słowa – rzu­ci­łem ostrze­gaw­czo w stronę przy­ja­ciela, kiedy tylko dostrze­głem, że otwiera usta.

Potrzą­snął głową, po czym prze­su­nę­li­śmy się o krok w ocze­ki­wa­niu na naszą kolej.

– Potwier­dzi­łem już wyjazd do Nepalu – oznaj­mił, gdy już roz­sie­dli­śmy się na krze­seł­kach.

– Serio? Rze­czy­wi­ście damy radę ją pogo­dzić ze stu­diami?

Od jakie­goś czasu pró­bo­wa­li­śmy ogar­nąć wyjazd na narty w miej­sce z praw­dzi­wym śnie­giem, by tro­chę potre­no­wać, ale nie mie­li­śmy za bar­dzo jak tego zro­bić, zwa­żyw­szy na to, że od ostat­nich trzech mie­sięcy pozo­sta­wa­li­śmy w oko­li­cach Morza Śród­ziem­nego i Afryki.

To na wyprawę do Nepalu posta­no­wi­łem posta­wić wszystko pod­czas krę­ce­nia doku­mentu. Była ona cał­ko­wi­cie zależna od naszego roz­kładu zajęć. Podob­nie zresztą jak wszystko inne w tym roku.

Sie­dzi­skiem szarp­nęło i ruszy­li­śmy w drogę na szczyt sztucz­nego stoku.

– Uda nam się to zro­bić w tygo­dniu prze­zna­czo­nym na opcjo­nalne wycieczki na lądzie. Będzie nas to kosz­to­wało tydzień w Indiach, ale jakoś wszystko ogar­niemy. Potrze­bu­jemy łącz­nie dzie­się­ciu dni, więc będziemy musieli tylko napi­sać prace zali­cze­niowe, żeby nad­ro­bić jakoś te stra­cone wycieczki z zajęć kul­tu­ro­wych.

Posła­łem mu scep­tyczne spoj­rze­nie.

– I co, Leah nie miała nic prze­ciwko? Twoja panna jest znana z tego, że odwala jej na punk­cie wszyst­kiego, co się wiąże z nauką.

Na twa­rzy przy­ja­ciela znowu poja­wił się uśmiech czło­wieka, który wpadł po uszy, a ja zigno­ro­wa­łem irra­cjo­nalny prze­błysk zazdro­ści, roz­pa­la­jący się w moim żołądku. Paxton zasłu­gi­wał na radość, miłość i całą tę cho­lerną bajkę – po pro­stu kisi­łem w sobie tro­chę żalu, bo w moim przy­padku nie wcho­dziło to w grę.

W końcu dawno temu po kró­lew­sku spier­do­li­łem swoją szansę na miłość.

– Miała, ale zmie­niła zda­nie, gdy obie­ca­łem jej, że spę­dzimy dzień w Tadź Mahal. Zare­zer­wo­wa­łem nam też prze­lot heli­kop­te­rem do obo­zo­wi­ska na Mount Eve­ret.

– Roman­tiko.

– Hej, Leah nie pro­te­sto­wała. – Na moment zapa­trzył się przed sie­bie, po czym prze­chy­lił głowę. – W każ­dym razie, jeśli masz jakiś pomysł na roz­rywkę dla dziew­czyn, gdy już tam będziemy, to mów śmiało. Jakoś nie potra­fię sobie wyobra­zić Leah ude­rza­ją­cej na stoki.

– Prawda. Wymy­ślimy coś, co im się spodoba. Pennę pew­nie będzie nosiło, bo tym razem nie będzie mogła jeź­dzić.

– Wiem – stwier­dził cicho Paxton i przez chwilę wzno­si­li­śmy się w peł­nej zamy­śle­nia ciszy.

Chłodne powie­trze owie­wało mi twarz. Gdzieś pod nami rado­sne okrzyki zjeż­dża­ją­cych odbi­jały się echem od sta­lo­wych ścian. Tylko w Dubaju mógł powstać tak kozacki ośro­dek nar­ciar­ski połą­czony z cen­trum han­dlo­wym. Penna powinna tutaj z nami być, a nie ukry­wać się na statku. Paxton miał rację – do czasu, aż za kilka mie­sięcy zdejmą jej gips, dziew­czyna zupeł­nie straci swój ogień.

– Mar­twię się o nią. Odkąd wyszła ze szpi­tala, pra­wie w ogóle się nie odzywa, a to zupeł­nie nie w jej stylu – powie­dzia­łem.

– Obwi­nia się – odparł Paxton.

– A nie powinna – oce­ni­łem natych­miast. – To jej sio­strze odwa­liło. Uwiel­biam Bro­oke rów­nie mocno, co ty, ale oby­dwaj wiemy, że to prawda. Nic z tego, co się wyda­rzyło przez ostat­nie trzy mie­siące… Wypadki, sabo­taże, pier­do­lone gierki… Nic z tego nie było winą Penny.

– Tylko jak ją prze­ko­nać, żeby w to uwie­rzyła?

– Musimy spra­wić, żeby wciąż czuła się czę­ścią ekipy – odpar­łem. – Od zawsze była nas czwórka, ty, ja, Nick i Penna. Może i Nick już zawsze będzie na wózku, ale ten, na któ­rym jeź­dzi teraz Penna, nie jest na stałe. Za kilka mie­sięcy będzie tu nami dyry­go­wać.

– Fizycz­nie może i tak, ale psy­chicz­nie… Myślami jest w naprawdę mrocz­nym miej­scu. Nie wiem, czy doj­dzie do sie­bie na tyle, by wziąć udział w jakichś nume­rach, ale tego­roczna edy­cja X Games na pewno odpada. Ledwo zdejmą jej gips. Nie da rady przy­go­to­wać się na czas.

Powoli wypu­ści­łem powie­trze, obser­wu­jąc, jak zmie­nia się w parę.

– Taaa… Cóż, jeśli jest na świe­cie ktoś, komu mia­łoby się udać, to na pewno jest to Penna. Już nie­długo zrzuci gips i wsko­czy na moto­cykl, zanim leka­rze zdążą jej powie­dzieć, że to kiep­ski pomysł.

– Cała nasza Rebel – stwier­dził Paxton z uśmie­chem. Wyma­wia­jąc jej pseu­do­nim, kiw­nął głową.

Wil­der, Rebel, Nova i Nitro… czwórka Pierw­szych. Może i nasza histo­ria roz­po­czy­nała się w ogródku Paxtona i miej­sco­wym ska­te­parku, ale teraz ekipa roz­ro­sła się już do dwa­dzie­ściorga Rene­ga­tów na statku i jesz­cze więk­szej liczby świe­ża­ków. Jed­nak nie­ważne, jak sławni się sta­li­śmy, zawsze będzie cho­dziło o naszą czwórkę. Po ponad dzie­się­ciu latach wspól­nego ryzy­ko­wa­nia życiem, czu­łem się z nimi moc­niej zwią­zany niż z wła­sną rodziną. Poświę­cił­bym dla nich wszystko.

Już to zro­bi­łeś.

Dotar­li­śmy na szczyt wyciągu. Zesko­czy­li­śmy na wspa­niale wyglą­da­jący śnieg. Boże, jak ja tęsk­ni­łem za jego chrzę­stem pod sto­pami, za pośli­zgiem i testo­wa­niem na nim gra­nic moż­li­wo­ści wła­snego ciała; jedyne, co dla mnie ist­niało, to ja i deska. Kocha­łem jazdę na desko­rolce, ale snow­bo­ar­ding od zawsze był moją naj­więk­szą miło­ścią.

– Udało ci się ogar­nąć też wszystko dla Gabe’a i Alexa? – spy­ta­łem, kiedy roz­wa­ża­li­śmy, którą trasę wybrać.

– Taa. Rada uczel­niana nie była zbyt­nio zachwy­cona przy­ję­ciem ich na drugi try­mestr, ale dosyć sta­now­czo przed­sta­wi­łem swoje argu­menty.

Prych­ną­łem w odpo­wie­dzi.

– No tak, zwłasz­cza, że sta­tek należy do cie­bie i w ogóle…

– Nie zaprze­czam, to mogło odro­binę pomóc – przy­znał Paxton. – Wiem, że ich tutaj potrze­bu­jesz, więc trzeba było to zała­twić. Przy­le­cieli dzi­siaj rano, więc są gotowi, żeby zacząć zaję­cia razem z nami.

– To naj­lepsi zawod­nicy naszego poko­le­nia w zjaz­dach wyso­ko­gór­skich.

– Ty jesteś naj­lep­szym zawod­ni­kiem naszego poko­le­nia w zjaz­dach wyso­ko­gór­skich – popra­wił mnie.

Wzru­szy­łem ramio­nami. Może tak było, a może nie, ale zna­łem róż­nicę mię­dzy zaro­zu­mial­stwem a pew­no­ścią sie­bie, dla­tego potrze­bo­wa­łem tej dwójki pod­czas naszej hima­laj­skiej wyprawy – ich osądu oraz doświad­cze­nia, które nieco by mnie przy­tem­pe­ro­wały, gdyby zaszła taka potrzeba.

– Hej, spró­bujmy tędy – zapro­po­no­wał Pax, kiwa­jąc głową w stronę stoku ozna­czo­nego czar­nym kolo­rem. Kamery aku­rat się z nami zrów­nały. – Bie­gnie wzdłuż miej­sca, z któ­rego obser­wuje nas Leah.

Par­sk­ną­łem śmie­chem.

– Jasne, tro­chę popi­sówy przed twoją panną nie zaszko­dzi.

Pode­szli­śmy do początku czar­nej trasy, a ja w duchu prze­klą­łem ekipę fil­mową. Cie­kawe, jak się wam teraz uda dotrzy­mać nam tempa.

– Co do Leah… Jej współ­lo­ka­torka już dołą­czyła? Pew­nie powin­ni­śmy zała­twić miej­sce na wypra­wie i dla niej? – Żeby wszystko udało się ide­al­nie, trzeba było zadbać o wiele drob­nych szcze­gó­łów, a teraz doszedł nam jesz­cze jeden.

Dostrze­głem, że sto­jący obok Pax spina się.

– Taaa, dotarła.

– Co jest? – spy­ta­łem, kle­piąc go po ple­cach. – Przy­ja­ció­łeczka już odbiera ci czas sam na sam z twoją kobietą?

Potrzą­snął głową w odpo­wie­dzi.

– Nic z tych rze­czy.

– Hej, Nova – usły­sze­li­śmy ten sam słodki dziew­częcy głos co wcze­śniej. Jego wła­ści­cielka chwilę póź­niej pod­je­chała na nar­tach bli­żej nas. Oho, blon­dyna wró­ciła. – Mamy jesz­cze tro­chę czasu, aż sta­tek wypły­nie z portu. Co byś powie­dział na drinka na dole?

„Masz ochotę mnie prze­le­cieć, żebym miała co póź­niej opo­wia­dać kole­żan­kom?”. O to tak naprawdę jej cho­dziło. Nor­mal­nie nie miał­bym nic prze­ciwko, jed­nak ostat­nio, obser­wu­jąc Paxtona i Leah, czu­łem się dosyć roz­draż­niony.

A to uczu­cie było naprawdę do dupy.

– Chyba tro­chę kiep­sko u nas z cza­sem, ale może zła­piemy się gdzieś póź­niej na statku? – zasu­ge­ro­wa­łem z uśmie­chem, licząc na to, że nie zra­nię tym jej uczuć.

– Będę na pokła­do­wym base­nie. – Wyszcze­rzyła się. – A, mam na imię Erin.

– Miło cię poznać, jestem…

– Nova – dokoń­czyła za mnie, a kole­żanka za jej ple­cami zaczęła coś traj­ko­tać.

Lan­don.

– Dokład­nie.

Zupeł­nie nie inte­re­so­wało jej to, kim naprawdę jestem. Widziała tylko per­sonę, którą stwo­rzy­łem, ale nie było w tym nic złego. Albo jed­nak było. To i tak lep­sze podej­ście niż u pozo­sta­łych lasek, które myślały, że staną się dla mnie kimś wię­cej niż jed­no­ra­zo­wym numer­kiem. Że będą w sta­nie roz­grzać moje skute lodem serce.

Żadna z nich nie miała szans.

Bo żadna nie była nią.

Zepchną­łem tę myśl na gra­nicę umy­słu naj­da­lej, jak tylko potra­fi­łem, po czym zatrza­sną­łem za nią drzwi. Gdy­bym ponow­nie je otwo­rzył, stał­bym się bez­u­ży­teczny i ledwo bym funk­cjo­no­wał, a na to w naj­bliż­szym cza­sie nie zamie­rza­łem sobie pozwo­lić.

– No to… do zoba­cze­nia na pokła­dzie! – rzu­ciła Erin, posłała mi przez ramię ostat­nie, dosyć suge­stywne spoj­rze­nie, po czym wspól­nie z kole­żanką skie­ro­wały się w stronę naj­ła­twiej­szej z tras.

– Nie wyglą­da­łeś na zain­te­re­so­wa­nego – stwier­dził Pax, nasu­wa­jąc gogle na oczy.

Podą­ży­łem w jego ślady, a świat nabrał nieco ostrzej­szych barw za sprawą spe­cja­li­stycz­nych szkieł.

– Bo nie jestem.

– Ach tak – mruk­nął, powoli kiwa­jąc głową, jakby mnie rozu­miał.

Tyle że za cho­lerę niczego nie rozu­miał.

– No co? – dopy­ta­łem, upew­nia­jąc się, że żaden z kame­rzy­stów nie znaj­duje się na tyle bli­sko, by mikro­fon wyła­pał naszą roz­mowę.

– Pomy­śla­łem, że może w końcu dasz sobie spo­kój z pie­prze­niem wszyst­kiego, co ma ręce i nogi.

– Raczej nie – wark­ną­łem, na co tylko wzru­szył ramio­nami.

– Była cał­kiem ładna.

Blond włosy. Nie­bie­skie oczy. Na mojej skali byłaby ósemką.

Pro­blem pole­gał na tym, że pra­gną­łem jede­nastki i na całym cho­ler­nym świe­cie była taka tylko jedna. Miała włosy ciem­niej­sze od nocy, smu­kłe, opa­lone ciało ide­alne dopa­so­wane do mojego i cze­ko­la­dowe oczy w kształ­cie mig­da­łów, które potra­fiły spra­wić, że zapo­mi­na­łem wła­snego imie­nia, ale ni­gdy jej.

– No cóż, nie była tą, któ­rej chcę. – Odpuść.

Pax ponow­nie ski­nął głową.

– Okej.

– I co to niby miało zna­czyć?

– Nic, po pro­stu powie­dzia­łem „okej”.

– Mia­łeś coś wię­cej na myśli.

– Prze­stań szu­kać dziury w całym. Jeśli nie chcesz tam­tej laski, świet­nie, naprawdę mnie to nie obcho­dzi. Rze­czy­wi­ście wolał­bym, żebyś zmie­nił swoją metodę samo­le­cze­nia, bo ten zżera cię od środka, ale hej, prze­cież to nie moja sprawa.

Zaci­sną­łem szczękę.

– Jedźmy już.

– Praw­dziwy z cie­bie wrzód na dupie – stwier­dził, po czym pomknął w dół zbo­cza.

Nabra­łem głę­boko tchu, by uspo­koić umysł, ale odkąd ona ponow­nie się w nim poja­wiła, nie było już odwrotu.

Pró­bo­wa­łem wró­cić myślami do tam­tej blon­dynki, spra­wić, by to jej twarz, jej suge­stie i spo­sób, w jaki użył­bym póź­niej jej ciała, zapeł­niły na godzinę lub dwie pustkę w mojej duszy, ale to nie miało sensu.

Przez moją głowę prze­pły­wała już tylko jej twarz, jej oczy, jej pyskate usta. Posła­łaby mi buziaka, a póź­niej pognała za Paxto­nem. Dotrzy­my­wa­łaby mi tempa na każ­dym kroku, pędzi­łaby coraz dalej i szyb­ciej.

Minęło dwa i pół roku, a ja czu­łem w piersi ten sam cię­żar, który przy­gnia­tał mnie za każ­dym razem, gdy tylko o niej myśla­łem.

Rachel.

Pozwo­li­łem jej imie­niu prze­to­czyć się po całym moim wnę­trzu, na moment wpusz­cza­jąc ją do środka. Tylko pod­czas tego zjazdu – obie­ca­łem sobie, a póź­niej ruszy­łem w dół. Pozwolę sobie teraz na pół minuty roz­pa­mię­ty­wa­nia, a kiedy tylko dotrę na kra­niec stoku, zamknę tę furtkę.

Kon­ty­nu­owa­łem zjazd, zasta­na­wia­jąc się, gdzie ona teraz jest i co robi. Czy wciąż mnie nie­na­wi­dzi? Mia­łem taką nadzieję, bo cał­ko­wi­cie na to zasłu­gi­wa­łem.

Bóg jeden wie­dział, że nie­na­wi­dzi­łem sie­bie wystar­cza­jąco za nas oby­dwoje.

Pro­blem z miło­ścią pole­gał na tym, że gdy odcho­dziła, nic nie było w sta­nie zapeł­nić pustki, jaką po sobie pozo­sta­wiała. Nie było sub­sty­tutu tej eufo­rii. Utrata miło­ści koń­czyła się syn­dro­mem odsta­wie­nia, na który nie ist­niało żadne lekar­stwo.

A przy­naj­mniej jesz­cze takiego nie odkry­łem.

Ugią­łem nieco kolana, by zwięk­szyć pręd­kość.

Przy­naj­mniej seks zdu­szał ten ból na jakiś czas, ale może… Może Paxton miał rację. Byłem tak samo daleko od rusze­nia dalej ze swoim życiem, co tam­tego dnia, gdy jak ostatni dureń posta­no­wi­łem od niej odejść.

Może nad­szedł czas, żeby wziąć się w garść i sta­wić czoła całej tej gów­nia­nej sytu­acji.

Paxton znaj­du­jący się tuż przede mną poma­chał w stronę szyby, a ja spoj­rza­łem w górę i zro­bi­łem to samo, gdy tylko zrów­na­łem się z obser­wu­jącą nas Leah. Odma­chała mu, potem mnie, a chwilę póź­niej ktoś sta­nął obok niej.

Jasna cho­lera. Nie może być.

Włosy dziew­czyny lekko spły­wały jej na ramiona i nawet z odle­gło­ści dało się dostrzec prze­ci­na­jące je fio­le­towe pasma. Odwró­ci­łem głowę, nie chcąc stra­cić jej z oczu.

Twarz jak u wróżki, mocno zary­so­wane kości policz­kowe, zadarty nosek, ide­al­nie zaokrą­glone usta – poznał­bym je wszę­dzie.

Doci­snęła dło­nie do szyby.

Jeb!

Nogi roz­je­chały mi się na mili­se­kundę przed ude­rze­niem w ścianę na krańcu stoku. Odbi­łem się od niej i wylą­do­wa­łem na tyłku.

– Uwaga! – krzyk­nął ktoś po angiel­sku i o mało nie potrak­to­wał mnie kij­kiem.

Wła­śnie wywi­ną­łem orła w miej­scu, gdzie zakrę­cał wyciąg orczy­kowy, który wycią­gał ludzi na szczyt za pomocą liny.

Ode­pchną­łem się, żeby zje­chać im z drogi, i spoj­rza­łem w górę, w miej­sce, gdzie Leah stała za szybą. Znów sama.

– Wszystko okej? – odczy­ta­łem z ruchu jej warg, a w oczach dostrze­głem zmar­twie­nie.

Co do kurwy, to teraz zaczy­na­łem mieć halu­cy­na­cje? Tych kilka sekund, kiedy pozwo­li­łem wspo­mnie­niom prze­jąć nad sobą kon­trolę wystar­czyło, by Rachel zaczęła mi się obja­wiać?

Ski­ną­łem głową w kie­runku Leah i pode­rwa­łem się do góry. Czyż­bym zamy­ślił się tak bar­dzo, że mój mózg zaczął widzieć to, co chciał?

– Wszystko dobrze? – spy­tała jakaś dziew­czyna wycią­gana przez orczyk. Jej narty znaj­do­wały się jakieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów nad moją deską.

– Taa, dzięki – odpar­łem, pochy­la­jąc głowę.

Tak jest, dro­gie panie, zdo­by­łem cztery medale na roz­gryw­kach X Games, z czego trzy w jeź­dzie na desce, a przed sekundą wpa­dłem w cho­lerną ścianę.

Weź się w garść.

Ruszy­łem dalej w dół stoku, by spo­tkać się u jego pod­nóża z Paxem.

– Poje­cha­łeś okrężną drogą? – spy­tał.

– Taa, coś w ten deseń – odpar­łem, zda­jąc sobie sprawę z tego, że nie widział, jak zro­bi­łem z sie­bie total­nego bła­zna. Z pew­no­ścią dowie się o tym póź­niej, gdy Bobby’emu, reży­se­rowi naszego doku­mentu, wpad­nie w łapy nagra­nie ze zjazdu.

Pax nie kon­ty­nu­ował dys­ku­sji, posłał mi tylko zdu­mione spoj­rze­nie.

– Czas na nas. Wszystko okej? Jesteś jakiś blady.

– Nic mi nie jest. – Tylko tyle z sie­bie wykrztu­si­łem, kiedy zaczę­li­śmy ścią­gać z sie­bie sprzęt.

– Lan­don, jesteś cały? – spy­tała Leah, pędząc w moją stronę, gdy wyszli­śmy z chłod­nej prze­strzeni pro­sto w suchy, pustynny skwar.

– A co się stało? – dorzu­cił Pax, obej­mu­jąc ją ramie­niem.

– Nic, wszystko ze mną dobrze – odpar­łem, posy­ła­jąc dziew­czy­nie uśmiech, a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało. Nie do końca mia­łem pew­ność, bo jedyne, co czu­łem, to odrę­twie­nie w całym ciele.

To uczu­cie nie opusz­czało mnie, gdy odwo­żono nas z powro­tem do portu, gdzie zacu­mo­wała Athena, ani kiedy Pax opo­wia­dał mi o nowych nume­rach, jakie dla nas wymy­ślił, tym bar­dziej że zale­d­wie kilka dni temu, pod­czas naszego eventu na żywo, jemu jako pierw­szemu udało się wyko­nać na moto­cros­sie tri­ple front1. Liczba sub­skry­ben­tów naszego kanału na YouTube gwał­tow­nie wzro­sła, podob­nie jak na Insta­gra­mie oraz Snap­cha­cie, ale tak naprawdę to liczba wyświe­tleń naprawdę poszy­bo­wała.

Uczu­cie odrę­twie­nia nie minęło też, gdy zeska­no­wa­łem iden­ty­fi­ka­tor, by wró­cić na ogromny sta­tek wyciecz­kowy, który od sierp­nia zastę­po­wał nam dom. W dro­dze do wiel­kiego, trzy­po­ko­jo­wego apar­ta­mentu na tyłach statku jedyne, co widzia­łem, to wspo­mnie­nie, któ­rego mój mózg nie chciał odrzu­cić: obraz dziew­czyny, którą kątem oka dostrze­głem obok Leah.

– Lan­don! – wrza­snął Pax, wyry­wa­jąc mnie ze stanu zamro­cze­nia. Pode­rwa­łem głowę i spoj­rza­łem w jego stronę.

– No co? Ja pier­dolę, nie musisz tak krzy­czeć.

– Naj­wy­raź­niej muszę, skoro woła­łem cię już trzy razy i nic.

– Mówi­łem już, że nic mi nie jest.

Przy­ja­ciel zmru­żył oczy.

– Oke­eej, ale tym razem pyta­łem, czy chcesz pójść nad basen.

Zamru­ga­łem kilka razy.

– Muszę tro­chę poćwi­czyć.

– Prze­cież dopiero co jeź­dzi­łeś na desce. Odpuść sobie siłow­nię na jeden dzień i po pro­stu spędź z nami tro­chę czasu. Wiem, że przy­go­to­wu­jesz się na Nepal, ale jeden dzień cię nie zbawi.

Miał rację, mogłem sobie pozwo­lić na jeden wolny dzień. Poza tym byłem teraz tak roz­ko­ja­rzony, że naj­praw­do­po­dob­niej ześli­zgnął­bym się z bieżni albo zro­bił coś rów­nie dur­nego jak wjazd w ścianę.

– Dobra, w takim razie basen. Pasuje mi.

– Hej, może uda ci się wypa­trzeć tam tego śnież­nego kró­liczka ze stoku – rzu­cił jesz­cze kpiąco, kie­ru­jąc się po scho­dach do swo­jego pokoju.

– Żad­nego śnież­nego kró­liczka – wymam­ro­ta­łem pod nosem, po czym ruszy­łem do sie­bie. Pierw­sza lep­sza laska mi w tej sytu­acji nie pomoże. Nie, kiedy ona była jedyną, o któ­rej myśla­łem. Już to wcze­śniej prze­ra­bia­łem, potrze­bo­wa­łem po pro­stu oczy­ścić głowę. Zrzu­ci­łem z sie­bie ubra­nia i zało­ży­łem spodenki kąpie­lowe, a póź­niej wró­ci­łem do salonu, by tam spo­tkać się z Paxem. Bobby i reszta ekipy fil­mo­wej wła­śnie pro­wa­dzili spo­tka­nie przy stole w jadalni. Jeśli się pospie­szymy, może uda nam się zdo­być tro­chę czasu na osob­no­ści.

– Zacho­wu­jesz się dziw­nie, serio – rzu­cił Pax, gdy wsie­dli­śmy do windy pro­wa­dzą­cej na pię­tro z base­nem. – Leah mówiła, że widziała, jak pod­czas zjazdu wpa­dłeś w ścianę. Może dobrze byłoby, żeby ktoś obej­rzał twoją głowę? Ona jest już nad base­nem, zajęła nam miej­sca, ale możemy spo­tkać się z nią tro­chę póź­niej.

– Nic mi nie jest – powtó­rzy­łem.

– To ty tak twier­dzisz.

Gdy weszli­śmy na ską­pany w ponad trzy­dzie­sto­stop­nio­wym upale pokład z base­nem, biła już z niego ogłu­sza­jąca muzyka. Pro­mie­nie słońca opa­dły na moją skórę, jed­nak nawet im nie udało się roz­to­pić odrę­twie­nia, któ­rego wciąż nie byłem w sta­nie się pozbyć.

Może Pax miał rację i rze­czy­wi­ście ude­rzy­łem się w głowę moc­niej, niż mi się wyda­wało.

Podob­nie jak za każ­dym razem, kiedy opusz­cza­li­śmy port, muzyka dud­niła, a ludzie tło­czyli się w jed­nym miej­scu. Pax znik­nął, żeby odszu­kać w tłu­mie Leah, a ja w tym cza­sie rozej­rza­łem się w nadziei, że cho­ciaż odro­binę udzieli mi się pod­eks­cy­to­wa­nie pozo­sta­łych.

Pierw­szy try­mestr dobiegł końca, cze­kały nas jesz­cze dwa kolejne i wła­śnie wyru­sza­li­śmy w stronę Oce­anu Indyj­skiego. Cała ta sytu­acja, jakby się nad nią zasta­no­wić, była dość przy­tła­cza­jąca. Z dru­giej strony, to wła­śnie przez zbyt dłu­gie myśle­nie zna­la­złem się w tym miej­scu.

– Tutaj jesteś! – U mojego boku poja­wiła się blon­dynka poznana na stoku. Cycki pra­wie wyle­wały jej się z góry od stroju kąpie­lo­wego.

– Hej. – Wysi­li­łem się na uśmiech, gdy oto­czyła mnie ramie­niem w pasie.

– Masz ochotę na drinka?

Nie­szcze­gól­nie.

– Wiesz, chyba przejdę się…

– Oj, daj spo­kój. Bar jest zaraz obok! – oznaj­miła, kie­ru­jąc nas w tamtą stronę.

W tej samej chwili poczu­łem na tor­sie coś lodo­wa­tego, ześli­zgu­ją­cego się w dół mię­śni brzu­cha aż do spode­nek. Z wra­że­nia aż zassa­łem powie­trze. Jasna cho­lera, jaki ziąb.

– Strasz­nie prze­pra­szam! – powie­działa jakaś dziew­czyna.

Jej głos ude­rzył we mnie z mocą hura­ganu, któ­rym była. Kiedy unio­sła wzrok, całe powie­trze, jakie wcze­śniej nabra­łem do płuc, ucie­kło mi przez usta.

Roz­sze­rzyła oczy, a na jej twa­rzy, tak bar­dzo zna­jo­mej, bły­snęła panika.

– O, Boże – wyszep­tała.

Fio­le­towe pasemka spły­wały gładko wzdłuż linii jej szczęki, a usta deli­kat­nie roz­chy­liły się od szoku, który z pew­no­ścią odzwier­cie­dlał mój.

Cały świat skur­czył się do kobiety sto­ją­cej przede mną. Uci­chło nawet bicie mojego serca, odda­jąc cześć tej chwili. Skąd ona się tu wzięła? Po tak dłu­gim cza­sie roz­łąki w końcu stała obok, na wycią­gnie­cie ręki, a jed­nak jedyne, co byłem w sta­nie robić, to patrzeć na nią z obawą, że jeśli mru­gnę, to znik­nie.

Tysiące róż­nych emo­cji roz­bi­jało się w moim ciele z taką pręd­ko­ścią, że sma­gały mnie niczym biczem. Każda z nich trwała na tyle długo, by porząd­nie ukłuć z siłą godną miliarda igieł, a jed­nak żadna nie była w sta­nie spro­wa­dzić mnie na zie­mię; nie­zmą­cona niczym radość i zdu­mie­nie na jej widok po tylu latach, strach, że chlu­śnie mi w twarz resztką drin­ków i przy­tła­cza­jące pra­gnie­nie, by znów ją poca­ło­wać, bła­gać o wyba­cze­nie błę­dów, jakie popeł­ni­łem jako durny dzie­ciak, i o zapo­mnie­nie ostat­nich dwóch lat, które spę­dzi­li­śmy osobno.

Naj­bar­dziej odczu­walna była jed­nak czy­sta ulga, że mogłem ponow­nie ode­tchnąć pełną pier­sią. Że to otę­pie­nie, jakie czu­łem od zjazdu po stoku znik­nęło i skóra mro­wiłą mnie teraz wszę­dzie, gdzie tylko krew była w sta­nie pomknąć spra­gnio­nymi jej naczy­niami.

Wszystko spro­wa­dziło się do wyłącz­nie jed­nego słowa:

– Rachel?

Rozdział drugi

Rachel

Dubaj

Wyda­wało mi się, że jestem gotowa na to, co nie­unik­nione.

Tak bar­dzo się myli­łam.

Oddy­chaj – naka­za­łam sobie, ale nie po to, by się uspo­koić, a żeby zwy­czaj­nie napeł­nić płuca tle­nem, zanim cał­ko­wi­cie by mnie odcięło. Pla­no­wa­nie zoba­cze­nia się z Lan­do­nem, a spo­tka­nie z nim twa­rzą w twarz to zupeł­nie różne sprawy. Pierw­sza była czy­sto logiczna, z kolei druga… no cóż, ani jeden nerw w moim ciele nie pozo­sta­wał obo­jętny na jego bli­skość.

A teraz powiedz coś… cokol­wiek.

– Cześć, Lan­don – rzu­ci­łam cicho, spo­glą­da­jąc pro­sto w te zszo­ko­wane orze­chowe oczy. Nie­mal zdą­ży­łam już zapo­mnieć, jak piękne były i jak ich barwa zmie­niała się w zależ­no­ści od jego humoru albo tego, co miał na sobie.

A w tej chwili nie miał na sobie zbyt wiele.

Cóż, na pewno były na nim moje mar­ga­rity. Wła­śnie spły­wały mu po tych nie­sa­mo­wi­cie wyrzeź­bio­nych mię­śniach brzu­cha, nie zatrzy­mu­jąc się ani na chwilę przy nie­zli­czo­nych tatu­ażach zdo­bią­cych jego skórę.

Czy pozbył się już tego, który zro­bił z myślą o mnie? Nie byłam w sta­nie dostrzec pod jasno­zie­lo­nym świń­stwem spły­wa­ją­cym mu po ciele.

Pode­rwa­łam wzrok do góry, by napo­tkać jego spoj­rze­nie, jed­nak on wciąż stał w bez­ru­chu… i tylko patrzył. Okej, może nie będzie tak źle, jak się spo­dzie­wa­łam.

– No to… dobrze cię widzieć – powie­dzia­łam z nieco drżą­cym uśmie­chem, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po każ­dym naj­drob­niej­szym detalu jego twa­rzy, która ide­al­nie wpa­so­wa­łaby się w zdję­cie rodzinne braci Hem­sworth. Rysy stra­ciły nieco z mięk­ko­ści, jaką pamię­ta­łam z czasu, gdy widzie­li­śmy się po raz ostatni. Miał mocno zary­so­wane nos oraz pod­bró­dek, ale usta wciąż wyglą­dały na rów­nie mięk­kie jak wcze­śniej – i rów­nie dobrze wpra­wione w pod­ry­wa­niu i wymów­kach.

Wspo­mnie­nia ude­rzyły we mnie ze zdwo­joną siłą, bom­bar­du­jąc niskim tem­brem jego głosu, gdy roz­ma­wia­li­śmy godzi­nami, cie­płem w oczach, gdy po raz pierw­szy wyznał, że mnie kocha, doty­kiem jego dłoni na mojej skó­rze. Nie­ważne, jak bar­dzo sta­ra­łam się zako­pać to wszystko głę­boko w sobie, teraz wła­śnie wra­cało, zale­wa­jąc mnie falami uczuć, na odkry­wa­nie któ­rych nie mogłam sobie pozwo­lić. Ni­gdy.

Od tygo­dnia znaj­do­wa­łam się na statku ze świa­do­mo­ścią, że on też tutaj jest. Wie­dzia­łam o tym, jak daleko posu­nął się Paxton, by mnie tutaj ścią­gnąć. Uni­ka­łam daw­nej miło­ści niczym plagi, którą zresztą była. Zosta­łam dla Leah, ale i dla sie­bie, bo chcia­łam zetknąć się z wła­sną histo­rią, poznać miej­sce, w któ­rym przy­szłam na świat. Ist­niało mnó­stwo powo­dów, by kon­ty­nu­ować rejs, a Lan­don nie był jed­nym z nich.

– Co… Jak…? – Naj­wy­raź­niej w tym momen­cie zabra­kło mu typo­wej dla niego gadki na pod­ryw.

Wyobra­ża­łam sobie w gło­wie tę chwilę tysiące razy. To, jak swo­bod­nie, wręcz lek­ce­wa­żąco się zacho­wam. Pokażę mu, że mnie zra­nił, ale nie zła­mał. Moje wyobra­że­nia miały się jed­nak nijak do rze­czy­wi­sto­ści i mojej fizycz­nej reak­cji na jego widok.

Dla­czego nie powie­dzia­łeś mi, że odcho­dzisz? Dla­czego to nie mnie wybra­łeś? Dla­czego nie byłam dla cie­bie wystar­cza­jąca? – wszyst­kie pyta­nia, które wypła­ki­wa­łam w poduszkę jako osiem­na­sto­latka, wła­śnie uno­siły swój paskudny łeb. Jed­nym ruchem wepchnę­łam je z powro­tem na miej­sce i prze­łknę­łam ślinę, by nawil­żyć nieco wysu­szone na wiór gar­dło. Podraż­nie­nie nie miało jed­nak nic wspól­nego z pustyn­nym upa­łem.

– Um… zna­cie się? – spy­tała blon­dynka, ota­cza­jąca go ramie­niem w pasie.

Cie­kawe, czy w ogóle wie, jak ona ma na imię.

Kpiący uśmiech wykrzy­wił mi usta. Inny rok. Inny kraj. Ten sam Lan­don.

– Kie­dyś się zna­li­śmy.

Chło­pak wciąż wyglą­dał na zszo­ko­wa­nego, więc posta­no­wi­łam sko­rzy­stać z tej nie­wiel­kiej prze­wagi.

– No cóż, to pew­nie do zoba­cze­nia – powie­dzia­łam.

Zmu­si­łam się, by ode­rwać od niego wzrok. Poczu­łam ukłu­cie w klatce pier­sio­wej, jakby zosta­wił mnie wczo­raj, a nie dwa i pół roku temu.

Zdo­ła­łam odwró­cić się i odejść. Wrzu­ci­łam puste już kubki po drin­kach do kosza. Musia­łam zna­leźć Leah i o wszyst­kim jej opo­wie­dzieć, ale to póź­niej – teraz potrze­bo­wa­łam ucie­kać stąd w cho­lerę. Od windy dzie­liły mnie zale­d­wie trzy metry, gdy Lan­don mnie dogo­nił, tym razem już bez blon­dyny.

– Rachel! – zaczął, muska­jąc pal­cami moje przed­ra­mię, jakby w ostat­niej chwili zmie­nił zda­nie i wolał mnie nie doty­kać.

Było tak bli­sko – pomy­śla­łam, gdy drzwi windy zasu­nęły mi się przed twa­rzą.

Odwró­ci­łam się powoli, sta­ra­jąc się wyobra­zić sobie, jak skry­wam wszyst­kie uczu­cia za rzę­dem zasu­wek. Nie ma mowy, żebym go przez nie prze­pu­ściła.

– Co mogę dla cie­bie zro­bić? – rzu­ci­łam w stronę jego klatki pier­sio­wej. Bez­piecz­niej było patrzeć na nią niż w te roz­ta­pia­jące duszę oczy.

– Rachel – powtó­rzył szep­tem.

Mili­metr po mili­me­trze uno­si­łam wzrok, aż nasze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały. Jasno­brą­zowe włosy Lan­dona wyglą­dały, jakby ktoś przed momen­tem prze­cze­sał je pal­cami. Góro­wał nad moimi stu pięć­dzie­się­ciu sied­mioma cen­ty­me­trami, jed­nak ta róż­nica zawsze spra­wiała, że czu­łam się bez­pieczna, jakby był górą, któ­rej nie da się poru­szyć. Oka­zało się, że ja też nie byłam w sta­nie tego zro­bić.

– No co?

– Ja… Nawet nie wiem, co powie­dzieć – przy­znał, a na jego twa­rzy poja­wił się zachwyt pomie­szany z prze­ra­że­niem.

Ja też nie – zawo­łała osiem­na­sto­latka wewnątrz mnie z miej­sca, w któ­rym ją zamknę­łam.

– Wow. Muszę przy­znać, że spo­dzie­wa­łam się po tobie raczej jakiejś bajery.

Deli­kat­nie potrzą­snął głową i zamru­gał, jakby spo­dzie­wał się, że dzięki temu zniknę, bo jestem wyłącz­nie wytwo­rem jego wyobraźni.

– A ja nie spo­dzie­wa­łem się cie­bie.

– Domy­śli­łam się. Słu­chaj, nie musimy się w ogóle widy­wać. Trzy­maj się swo­ich zajęć, ja zro­bię to samo. Na pewno zda­rzy się nam jakiś wspólny czas przez całą tę akcję z Leah i Paxto­nem, ale ogól­nie mam zamiar cię igno­ro­wać. – Musia­łam to powie­dzieć, by jakoś prze­trwać.

Lan­don zmru­żył oczy.

– Akcję z Leah i Paxto­nem?

Unio­słam brew, sta­ra­jąc się uspo­koić mocne bicie serca, ale mia­łam wra­że­nie, jakby to dia­bel­stwo miało skrzy­dła i wła­śnie obi­jało się nimi o żebra, sta­ra­jąc się wydo­stać ku jedy­nej oso­bie, do któ­rej kie­dy­kol­wiek nale­żało. Do dia­bła, nie­moż­liwe.

– Nie powie­dzieli ci?

Zro­bił krok do przodu, a ja się cof­nę­łam.

– O czym?

Przez moment kon­ty­nu­owa­li­śmy ten dziwny taniec, ja cofa­łam się, a on przy­bli­żał. Z każ­dym kolej­nym kro­kiem byłam jed­nak bliż­sza ucieczki od niego jak naj­da­lej.

– Rachel, zatrzy­masz się na moment? Nie zamie­rzam pako­wać się za tobą do windy.

– No tak, w końcu jesteś raczej typem, który odcho­dzi.

Skrzy­wił się, sły­sząc te słowa.

– Serio?

Roz­legł się odgłos ogła­sza­jący wypły­nię­cie statku z portu.

– W końcu mam już jakieś doświad­cze­nie z tobą w tej kwe­stii. – Zer­k­nę­łam mu przez ramię i zauwa­ży­łam blon­dynkę wpa­tru­jącą się w nas z ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. – I z tego, co widzę, nic się nie zmie­niło.

– Rachel… – Wycią­gnąl do mnie rękę, jed­nak cof­nę­łam się i lekko odwró­ci­łam, by wci­snąć przy­cisk przy­wo­łu­jący windę.

– Nie, nie masz prawa wyma­wiać mojego imie­nia. Nie masz prawa do niczego, co ze mną zwią­zane. Wra­caj sobie do bycia Novą, a ja przez następne pół roku będę trzy­mać się od cie­bie z daleka.

– No cóż, do tej pory chyba cał­kiem nie­źle ci to szło, skoro widzę cię po raz pierwszt, a jeste­śmy na statku od trzech mie­sięcy.

Naprawdę musiał wyglą­dać na tak zra­nio­nego? Jakby to, że się przed nim ukry­wa­łam, było podłe?

– Dotar­łam tu dopiero w zeszłym tygo­dniu.

Zmarsz­czył czoło, a ja zwal­czy­łam w sobie chęć wygła­dze­nia tych linii wła­snymi pal­cami, zupeł­nie tak, jak mia­łam w zwy­czaju, kiedy jesz­cze byli­śmy razem. Nie nale­żał do mnie, żebym mogła go doty­kać. Nie nale­żał do mnie w żad­nym tego wyra­że­nia zna­cze­niu.

– W zeszłym tygo­dniu? Zabawne, wła­śnie wtedy współ­lo­ka­torka Leah miała… – Otwo­rzył sze­rzej oczy i teraz wyglą­dały na wręcz komicz­nie wiel­kie.

– Poskła­da­łeś to sobie do kupy, co? – Drzwi windy roz­su­nęły się za moimi ple­cami i bez­wstyd­nie się do niej wśli­zgnę­łam, dostrze­ga­jąc w oddali zbli­ża­jącą się do nas ekipę fil­mową. Potrze­bo­wa­łam prze­strzeni… i to już.

– Zacze­kaj. – Lan­don wychy­lił się do przodu, wsu­wa­jąc ramię mię­dzy drzwi. – Nic z tego nie rozu­miem.

– Paxton ci wyja­śni – stwier­dzi­łam, naci­ska­jąc przy­cisk, by szyb­ciej się zamknęły.

– Paxton? – Ponow­nie potrzą­snął głową.

Wyda­łam z sie­bie pełne fru­stra­cji wes­tchnie­nie, gdy zorien­to­wa­łam się się, że w win­dzie byli też inni stu­denci.

– Paxton Wil­der. Twój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Rusz głową, Nova…

– Lan­don – wark­nął. – Dla cie­bie ni­gdy nie byłem Novą, nie w tym sen­sie…

Jesteś niczym super­nowa, eks­plo­zja tak jasna, że widać tylko cie­bie – powie­dzia­łam mu kie­dyś, zaraz po tym, jak zdo­był medal w jed­nej z kon­ku­ren­cji. Podob­nie jak moja miłość, jego prze­zwi­sko zmie­niło się w coś zupeł­nie innego. Teraz był Casa­novą… I zde­cy­do­wa­nie nie nale­żał do mnie.

– To, czym dla sie­bie byli­śmy, za cho­lerę nie ma już zna­cze­nia – spro­sto­wa­łam. – To, że tu jestem… Prze­zna­cze­nie ani Bóg nie mają z tym nic wspól­nego, to wszystko sprawka Paxtona. Chcesz odpo­wie­dzi? Uderz do niego. Od chwili, gdy te drzwi się zasuną, nie zamie­rzam wię­cej z tobą roz­ma­wiać.

– I myślisz, że to moż­liwe? Że tak po pro­stu cię zigno­ruję?

– Przez ostat­nie dwa i pół roku szło ci cał­kiem nie­źle.

Ktoś za moimi ple­cami zaka­słał, by stłu­mić śmiech.

Lan­don posłał tej oso­bie mor­der­cze spoj­rze­nie, a póź­niej na jego twa­rzy poja­wił się ten cha­rak­te­ry­styczny uśmie­szek Novy, który spra­wił, że poczu­łam się kom­plet­nie roz­darta. Z jed­nej strony mia­łam ochotę go trza­snąć, a z dru­giej przy­po­mi­na­łam sobie, nie­stety, co ten męż­czy­zna potra­fił zro­bić z moim cia­łem.

– Rachel.

– No co? – wrza­snę­łam.

Zapła­ci­ła­bym sporą sumę, by spra­wić, żeby prze­stał wypo­wia­dać moje imię w ten spo­sób – jakby wciąż mnie znał, pra­gnął i kochał. Jakby ostat­nie dwa lata po pro­stu wypa­ro­wały, a my wciąż roz­ma­wia­li­by­śmy o wspól­nej przy­szło­ści w miesz­ka­niu, które dla nas wyna­ję­łam. Nie miał prawa wypo­wia­dać mojego imie­nia, jakby wcale dra­ma­tycz­nie nie odmie­nił każ­dej poje­dyn­czej komórki mojego jeste­stwa. Nie byłam już tamtą dziew­czyną.

– Następne cztery dni spę­dzimy na otwar­tym morzu, więc nie będziesz mogła opu­ścić statku. To jesz­cze nie koniec. – Cof­nął się, zabie­ra­jąc ramię spo­mię­dzy drzwi.

Te powoli zaczęły się zasu­wać, a Lan­don nie spusz­czał wzroku z moich oczu. Jego spoj­rze­nie stało się cie­plej­sze. Naj­wy­raź­niej otrzą­snął się już z pierw­szego szoku wywo­ła­nego moim wido­kiem.

– Ten koniec nastą­pił dawno temu – oznaj­mi­łam cicho, a on wzdry­gnął się i to było ostat­nie, co zoba­czy­łam, nim winda ruszyła.

Zamknę­łam za sobą drzwi do naszego apar­ta­mentu i opar­łam się o nie ple­cami. Zabo­lało. Boże, tak bar­dzo zabo­lało. Poło­ży­łam dłoń pod ser­cem, modląc się, by przy­naj­mniej z pozoru zaczęło spo­koj­niej bić, ono jed­nak wciąż galo­po­wało, a płuca spa­zma­tycz­nie wtła­czały w sie­bie powie­trze. Nawet gar­dło pło­nęło mi żywym ogniem od guli, jaka w nim utknęła i za nic w świe­cie nie chciała znik­nąć. Skrzy­wi­łam się, z tru­dem hamu­jąc łzy. Boże, nie­na­wi­dzi­łam pła­kać, a co gor­sza, nawet nie byłam smutna. Nie, oczy pie­kły mnie ze zło­ści, wstydu, bólu w piersi wywo­ła­nego spo­tka­niem z nim… Od prze­róż­nych emo­cji, któ­rych moje ciało nie potra­fiło jesz­cze prze­two­rzyć.

Wcią­gnę­łam powie­trze do płuc. Jesteś sil­niej­sza niż kie­dyś. Jesteś z żelaza. Jesteś z betonu. Jesteś nie­po­ko­nana.

Sama prawda, ale on był moją jedyną głu­pią sła­bostką.

Jakimś cudem, w ciągu zale­d­wie kilku minut, był w sta­nie roz­orać moją duszę i cof­nąć mnie o kilka lat w prze­szłość. I gdzie tu spra­wie­dli­wość? Prze­cież to on odszedł bez słowa, zosta­wia­jąc mnie bez per­spek­tyw na dal­szą naukę w col­lege’u, z wku­rzoną rodziną, do któ­rej musia­łam wró­cić z pod­ku­lo­nym ogo­nem i umową najmu miesz­ka­nia, na które nie było mnie stać, a z tego, co widzia­łam, sam miał się cał­kiem w porządku. Może nawet bar­dziej niż w porządku. To ja byłam tą, która usi­ło­wała sobie pora­dzić ze świeżo otwartą raną w sercu… po raz kolejny.

– Rachel? – Z wnę­trza salonu dobiegł mnie głos Penny i poczu­łam cię­żar w żołądku. Jeśli na tym statku była osoba, która nie­na­wi­dziła mnie bar­dziej niż Paxton, to wła­śnie ona. Gar­dziła mną od lat, a wła­ści­wie od chwili, gdy zorien­to­wała się, że pod­czas gdy uma­wia­łam się z Wil­de­rem, do sza­leń­stwa zako­cha­łam się w jego naj­lep­szym przy­ja­cielu.

Kilka dni temu stała się moją współ­lo­ka­torką po tym, jak Leah prze­nio­sła się do Paxa. Rozu­mia­łam, dla­czego tak się stało. Penna potrze­bo­wała czasu na rekon­wa­le­scen­cję z dala od publicz­no­ści, a nasz apar­ta­ment sta­no­wił strefę cał­ko­wi­cie zaka­zaną dla ekipy fil­mo­wej. Ale, rany, cza­sami robiło się tutaj naprawdę nie­zręcz­nie.

– Tak, to ja – odpo­wie­dzia­łam, rusza­jąc wzdłuż kory­ta­rza i sta­ra­jąc się pozbie­rać. Mar­mu­rowe pod­łogi, dwie sypial­nie i mnó­stwo udo­god­nień sta­no­wiły zbyt duży luk­sus, ale nie zamie­rza­łam narze­kać. Wil­der naprawdę prze­szedł samego sie­bie, żeby mnie tutaj ścią­gnąć. Nie­na­wi­dzi­łam jed­nak świa­do­mo­ści, że przy oka­zji wyko­rzy­stał moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę.

Z dru­giej strony, zako­chał się w niej, więc wszystko dobrze się skoń­czyło.

– Hej – rzu­ciła Penna ze swo­jego wózka. Nogę zakutą w gips aż po bio­dro wsparła na krze­śle. Nie­sa­mo­wi­cie dłu­gie blond włosy zwią­zała w węzeł na czubku głowy. Ranna czy nie, była posą­gowo piękna, a jed­nak śmi­gała na cros­sie lepiej niż nie­je­den facet.

– Hej. – Opa­dłam na miękką skó­rzaną kanapę, po czym opar­łam stopy o sto­lik.

Dziew­czyna z powro­tem sku­piła się na czy­ta­nej wcze­śniej książce, przez co sie­dzia­ły­śmy teraz w nie­zręcz­nej ciszy.

Przez całe moje ciało prze­pły­wała ner­wowa ener­gia, więc wypro­sto­wa­łam się i opar­łam łok­cie na kola­nach, skry­wa­jąc twarz w dło­niach. Boże, co za głu­pota. Sza­leń­stwo. Cze­kało mnie jesz­cze pół roku z nim na tym samym statku i obser­wo­wa­nie, jak uga­nia się za wszyst­kim, co ma na sobie spód­niczkę. Jak niby mia­łam sobie z tym pora­dzić? Jak mia­łam pora­dzić sobie z nim?

– Widzia­łaś go – stwier­dziła cicho Penna, odkła­da­jąc książkę, na co ski­nę­łam głową.

– Wpa­dłam na niego. Dosłow­nie. Polały się mar­ga­rity.

– Alko­hol pomógł?

Unio­słam wzrok.

– Obla­łam go nim.

Penna prych­nęła, co było pierw­szą namiastką śmie­chu, jaką od niej dosta­łam, odkąd zja­wi­łam się na pokła­dzie w zeszłym tygo­dniu.

– No i dobrze, cho­ciaż i bez tego jest wystar­cza­jąco zgorzk­niały.

Roze­śmia­łam się.

– Na to wygląda.

– Jak się czu­jesz? – W jej oczach coś bły­snęło. Dosko­nale zda­wa­łam sobie sprawę z tego, jak wiele kosz­tuje ją to pyta­nie.

– Serio pytasz? Bo jestem pewna, że gdy­byś wła­śnie nie sie­działa na wózku, to już dawno wyko­pa­ła­byś mnie za burtę.

W reak­cji na moje słowa prze­chy­liła głowę na bok.

– Nie powiem, roz­wa­ża­łam taką opcję.

Ostat­nie, czego w tym momen­cie potrze­bo­wa­łam, to jawna nie­chęć ze strony Penny, a znaj­do­wa­ły­śmy się w jedy­nym miej­scu na statku, do któ­rego mogłam uciec od Lan­dona. Rewe­la­cyj­nie.

Drzwi do apar­ta­mentu otwo­rzyły się gwał­tow­nie i ude­rzyły o ścianę.

– Rach? – głos Leah poniósł się po kory­ta­rzu na dwie sekundy przed tym, jak wpa­dła do salonu. – Boże, Lan­don i Pax wła­śnie roz­ma­wiają. Co się stało?

Przy­ja­ciółka opa­dła na kanapę obok mnie. Nic nie zakry­wało jej nóg, przez co rów­no­le­głe bli­zny na jej łyd­kach były dosko­nale widoczne. Przed rej­sem ni­gdy ich nie poka­zy­wała – do czasu, aż Paxto­nowi udało się namó­wić ją, by prze­stała się ukry­wać. Jej oczy w kolo­rze whi­sky były sze­roko otwarte, a brą­zowe włosy w wyraź­nym nie­ła­dzie. Rany, tęsk­ni­łam za nią każ­dego dnia, kiedy była tutaj, a ja wciąż w Los Ange­les.

– Wpa­dłam na Lan­dona.

– Taaa, tę część histo­rii już znam – odparła. – Trzy­masz się jakoś?

– Nic mi nie jest – skła­ma­łam.

Roze­śmiała się, jed­nak umil­kła, gdy posła­łam jej spoj­rze­nie spod byka.

– Prze­pra­szam, po pro­stu odkąd zoba­czył cię dzi­siaj na stoku, też w kółko powta­rza, że nic mu nie jest.

– Zoba­czył cię na stoku? – spy­tała Penna, która naj­wy­raź­niej zapo­mniała już o czy­ta­niu książki. To był chyba pierw­szy raz od czasu wypadku, kiedy na tak długo zaan­ga­żo­wała się w roz­mowę… Od czasu, gdy sio­stra zła­mała jej serce.

– Tak – przy­zna­łam, uśmie­cha­jąc się mimo­wol­nie. – Spoj­rzał na Leah, żeby do niej poma­chać, a ja wtedy do niej dołą­czy­łam. Nie byłam pewna, czy rze­czy­wi­ście mnie widział, ale wyglą­dał, jakby zoba­czył ducha.

– A póź­niej wje­chał pro­sto w ścianę – dodała Leah, a ramiona aż trzę­sły się jej od powstrzy­my­wa­nego śmie­chu.

– Jaja sobie robisz! – krzyk­nęła Penna, wywo­łu­jąc tym kolejną salwę śmie­chu. – Serio, w ścianę? Na skraju stoku?

– Dokład­nie tak. A póź­niej jakaś dziew­czyna na wyciągu pra­wie na niego naje­chała.

Nawet nie byłam bli­sko, a jego dobrą passę już tra­fiał szlag.

– O mój Boże – rzu­ciła Penna, śmie­jąc się jesz­cze gło­śniej. – A póź­niej co?

– Roz­glą­dał się za tobą – powie­działa do mnie Leah. – Kiedy pozbie­rał się ze śniegu, już cię nie było, ale szu­kał cię wzro­kiem.

Śmiech ugrzązł mi w gar­dle pod wpły­wem kalej­do­skopu emo­cji sza­le­ją­cego mi w piersi.

– Ale, co dziwne, nie zapy­tał o cie­bie – kon­ty­nu­owała przy­ja­ciółka. – Gdy się z nim spo­tka­łam, w ogóle nie spy­tał, kim była ta dziew­czyna obok.

– Bo go to nie obcho­dziło – odpar­łam obron­nie.

– Nie, to nie tak. Wyglą­dał na wstrzą­śnię­tego, zupeł­nie jakby myślał… że mu się przy­wi­dzia­łaś. Jakby już wcze­śniej mu się to zda­rzało.

Spoj­rza­łam przy­ja­ciółce pro­sto w oczy.

– To by zna­czyło, że kie­dy­kol­wiek o mnie myślał.

– Rachel…

– Nie! – wark­nę­łam. – Zosta­wił mnie bez poże­gna­nia. Jak ostat­nia idiotka cze­ka­łam na niego na SOR-ze, z pię­cioma odrzu­co­nymi połą­cze­niami, dzie­się­cioma wia­do­mo­ściami bez odpo­wie­dzi, podar­tym listem potwier­dza­ją­cym przy­ję­cie na stu­dia, pogru­cho­ta­nym nad­garst­kiem po upadku z blatu w naszej nowej kuchni, a, no i ze zła­ma­nym ser­cem. A to wszystko, gdy tusz na umo­wie najmu miesz­ka­nia, na które mnie samej nie było stać, jesz­cze dobrze nie wysechł. Spę­dzi­łam w tam­tym miesz­ka­niu wiele dni ze świa­do­mo­ścią, że wró­cił do Rene­ga­tów, a jed­no­cze­śnie wciąż mia­łam nadzieję, że wróci do domu, do mnie. Że Wil­der nie dotrzyma słowa, cof­nie to swoje cho­lerne ulti­ma­tum albo przy­naj­mniej okażę się godna jakich­kol­wiek wyja­śnień albo cho­ciaż poże­gna­nia. Macie w ogóle poję­cie, jak to jest zostać kom­plet­nie olaną z dnia na dzień? Porzu­coną? Potrak­to­waną, jakby nie było się wartą miło­ści, czasu ani nawet pie­przo­nego tele­fonu? Leah, ty ze wszyst­kich osób powin­naś naj­le­piej wie­dzieć, jak się czu­łam, gdy musia­łam wró­cić do rodzi­ców z pod­ku­lo­nym ogo­nem i bła­gać o pomoc po tym, jak cisnę­łam im w twarz stwier­dze­niem, że chcę być nie­za­leżna. Odda­łam Lan­do­nowi wszystko, a jemu to wciąż nie wystar­czyło. Więc nie, pro­szę, nie suge­ruj nawet, że kie­dy­kol­wiek o mnie pomy­ślał.

– Powin­naś pozwo­lić mu się wytłu­ma­czyć – rzu­ciła cicho Penna.

– Nie masz w tej spra­wie nic do powie­dze­nia – odpar­łam. – Nie, jeśli chcesz, żeby­śmy żyły ze sobą cho­ciaż w pseu­do­przy­ja­znych sto­sun­kach.

Po spo­so­bie, w jaki zaci­snęła usta i moc­niej chwy­ciła książkę, widzia­łam, że trudno jej było powstrzy­mać się od komen­ta­rza.

– Okej – stwier­dziła w końcu. – Ale każdy medal ma dwie strony.

Leah prze­su­nęła spoj­rze­niem po nas oby­dwu, po czym kla­snęła w dło­nie.

– Zmiana tematu. – W jej oczach roz­bły­sło pod­eks­cy­to­wa­nie. – Paxowi udało się ogar­nąć dla nas wszyst­kich wyprawę do Nepalu pod­czas tygo­dnia zapla­no­wa­nego w Indiach. Zro­bimy z niej swoją opcjo­nalną wycieczkę.

Penna zesztyw­niała, a ja natych­miast spoj­rza­łam jej w oczy. Wpa­try­wała się teraz w swój gips.

– Okej?

– Jedziemy wszyst­kie! No, o ile oczy­wi­ście chcesz. Pax zna­lazł świetne spa dla mnie i Penny, a poza tym doszły mnie słu­chy, że są tam wspa­niałe stoki do jazdy na nar­tach…

Zmru­ży­łam oczy.

– Machasz mi wła­śnie mar­chewką przed nosem. Dobrze wiesz, że uwiel­biam jeź­dzić.

– To prawda – przy­znała.

– Lan­don tam będzie.

– Tak… wła­ści­wie to wyjazd dla niego. Zaja­wił się na zjazd na snow­bo­ar­dzie po jed­nym ze zbo­czy Mount Eve­rest i to jego popi­sowy numer. Uważa, że dzięki temu doku­ment okaże się hitem.

On chyba nie zamie­rza… Od razu ode­pchnę­łam od sie­bie tę myśl. Na litość boską, spę­dzi­łam w jego towa­rzy­stwie zale­d­wie chwilę i już zaczę­łam się o niego mar­twić. W ogóle nie powin­nam o nim myśleć ani zasta­na­wiać się, czy rze­czy­wi­ście zamie­rza spró­bo­wać z gór­ską gra­nią godną kra­iny Shan­gri-La2, o czym mówił od zawsze. Była nie­sa­mo­wi­cie wysoka, nie­wia­ry­god­nie stroma i praw­do­po­dob­nie zabój­cza.

– Uch. – Opar­łam głowę o zagłó­wek kanapy. – Nie ma przed nim ucieczki, co?

– Nie, jeśli chcesz korzy­stać ze wszyst­kich korzy­ści, jakie nie­sie ze sobą podró­żo­wa­nie z Rene­ga­tami – stwier­dziła Penna. – A, o ile dobrze pamię­tam, zawsze chęt­nie dołą­cza­łaś do wszyst­kich naszych sza­leństw. Cho­lera, cza­sami byłaś nawet bar­dziej nie­ustra­szona od Lan­dona.

W sło­wach dziew­czyny nie było cie­nia zło­śli­wo­ści. Może miesz­ka­nie z nią w pokoju nie okaże się aż taką tra­ge­dią.

– Uwiel­bia­łam to.

– To co, myślisz, że dasz sobie radę prze­by­wać w jego obec­no­ści przez tyle czasu? –zapy­tała Leah. – Wciąż jestem gotowa się stąd zawi­jać, jeśli tylko chcesz. Kocham Paxtona, ale cho­ler­nie nie podoba mi się pod­stęp, za pomocą któ­rego ścią­gnął tutaj nas oby­dwie.

Ści­snę­łam jej dłoń. Wiele wycier­piała w ciągu ostat­nich lat i nie zacho­wa­ła­bym się wobec niej w porządku, gdy­bym ode­brała jej szansę na szczę­ście. Dla niej byłam w sta­nie prze­żyć to pół roku pie­kła. Poza tym cze­kała mnie oka­zja, by dowie­dzieć się cze­goś o wła­snej histo­rii, po mie­sią­cach poszu­ki­wań i prze­glą­da­nia doku­men­tów rodzi­ców, by poznać loka­li­za­cję sie­ro­cińca w Korei Połu­dnio­wej… za ple­cami mamy, bo nie chcia­łam spra­wić jej przy­kro­ści. I co, mia­łam pozwo­lić Lan­do­nowi to wszystko znisz­czyć?

– Nic mi nie będzie. Dam sobie radę z jego towa­rzy­stwem.

W oczach Leah bły­snęła iskierka ulgi. Zwol­niła nieco uścisk mojej dłoni.

– Okej, więc jak chcia­ła­byś to wszystko ogar­nąć? Pax chciałby, żebyś dołą­czyła do wyprawy.

– No jasne, że tak, bo chce, żebym była łatwo dostępna dla Lan­dona – wark­nę­łam, po czym skrzy­wi­łam się. – Wybacz.

– Nie ma sprawy, możesz war­czeć na mojego chło­paka do woli. Po tym, co odwa­lił, zasłu­żył na wszystko, co mu zaser­wu­jesz.

– W porządku. Będziemy się widzieli tylko na wyciecz­kach na lądzie, więc przez resztę czasu uda mi się go uni­kać.

– Cóż… – zaczęła Leah.

– Co tym razem?

– To pew­nie nie naj­lep­szy moment, by ci powie­dzieć, że w tym try­me­strze cho­dzi­cie na te same zaję­cia – dodała Penna. – Tak że będziesz miała z nim te same przed­mioty, wycieczki na lądzie, nasze wyjazdy i wszel­kie zaję­cia w tere­nie, jakie zapla­nują pro­wa­dzący.

– Popier­doli mnie.

– Coś czu­łam, że tak powiesz – sko­men­to­wała Leah, znów ści­ska­jąc moją dłoń. – Wciąż się na to piszesz?

Powoli ski­nę­łam głową.

– Podob­nie jak ty, jestem tward­sza niż kie­dyś. Poza tym prze­by­wa­nie w jego towa­rzy­stwie nie ozna­cza jesz­cze, że muszę z nim roz­ma­wiać.

– Rachel – zaczęła przy­mil­nie Leah.

– Lan­don potrafi być dosyć natar­czywy… i prze­ko­nu­jący – dodała Penna.

– Cóż, a ja potra­fię być rów­nie uparta i zde­cy­do­wa­nie mam o wiele wię­cej doświad­cze­nia w igno­ro­wa­niu go niż on w szu­ka­niu mnie. Nie ma nic, co byle facet mógłby zro­bić, by zmu­sić mnie do roz­mowy.

Nie umknęło mi spoj­rze­nie, jakie wymie­niły ze sobą Leah i Penna.

– Mówię poważ­nie.

– Wiem – odparła Leah. – To, jaka jesteś uparta, nie pod­lega dys­ku­sji.

– Skoro i tak utknę­łam tutaj z tym czymś – powie­działa Penna, z lek­kim uśmie­chem kiwa­jąc w stronę swo­jego gipsu – to przy­naj­mniej pooglą­dam sobie coś cie­ka­wego.

Jak trudne mogło być igno­ro­wa­nie Lan­dona Rho­desa?

Coś czu­łam, że nie­długo się prze­ko­nam.

Rozdział trzeci

Landon

Na statku

– Co ty, do kurwy, naro­bi­łeś? – rzu­ci­łem w stronę Paxtona, zatrza­sku­jąc za sobą drzwi. Kamery zostały na kory­ta­rzu, a ja mia­łem w dupie, czy nasz pro­du­cent, Bobby, dowali nam karę finan­sową za zakaz wstępu do apar­ta­mentu. Mogłem poga­dać z Paxem tutaj albo w jeba­nej łazience.

Kocha­łem Nicka i byłem w sta­nie wytrzy­mać dla niego kamery śle­dzące każdy mój ruch pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia i wyko­ny­wa­nia nume­rów, w trak­cie zajęć… cho­lera, nawet przy barze, gdzie wyszu­ki­wa­łem kolejne panienki, ale ta akcja z Rachel? Nikt nie musiał jej w to wko­py­wać, a póź­niej jesz­cze poka­zy­wać tego gówna w doku­men­cie.

– No dobra – odpo­wie­dział Pax, uno­sząc dło­nie, jakby był wła­śnie aresz­to­wany. – Nie zabi­jaj mnie.

– Nie zabi­jać cię? Po co miał­bym to, do cho­lery, robić, skoro potrze­buję od cie­bie wyja­śnie­nia? – wrza­sną­łem, nie zwa­ża­jąc na to, czy sąsie­dzi mogą nas usły­szeć. Bio­rąc pod uwagę paradę kobiet, które wcho­dziły tutaj i wycho­dziły, pew­nie i tak przy­wy­kli już do o wiele gor­szych odgło­sów dobie­ga­ją­cych zza ściany.

– Napijmy się piwa – zapro­po­no­wał.

W mil­cze­niu ledwo opa­no­wa­łem złość, pod­czas gdy on otwo­rzył dwie Corony i wci­snął kawałki limonki przez szyjki bute­lek. Zaraz po tym jed­nym hau­stem opróż­ni­łem jedną z nich. Spo­tka­nie twa­rzą w twarz z Rachel bolało jak cios pro­sto w jaja. Wciąż była rów­nie piękna, jak daw­niej, o per­fek­cyj­nej figu­rze i twa­rzy o bar­wie por­ce­lany, a jed­no­cze­śnie zda­wała się być niczym wykuta ze stali, co nie­sa­mo­wi­cie w niej podzi­wia­łem. Była jak mała laska dyna­mitu, gładka i śliczna, a jed­nak zdolna do ode­rwa­nia łba tym, co podejdą zbyt bli­sko.

Boże, to wła­śnie w niej uwiel­bia­łem.

Rachel była jak łami­główka, któ­rej nie udało mi się roz­wi­kłać. Ni­gdy mnie nie nudziła, przez cały czas jej pra­gną­łem, z każ­dym dniem coraz bar­dziej, i robi­łem wszystko, by ją zatrzy­mać. Można było z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że nic się w tej kwe­stii nie zmie­niło, bio­rąc pod uwagę reak­cję mojego ciała na widok dziew­czyny i szarp­nię­cie serca w jej stronę, jakby przy­cią­gała je magne­sem.

Tyle że nie­zmą­cona niczym nie­na­wiść bijąca z tych głę­bo­kich, brą­zo­wych oczu była czymś zde­cy­do­wa­nie nowym.

– Uspo­ko­iłeś się tro­chę? – spy­tał Pax zza baru, bez wąt­pie­nia uży­wa­jąc go jako osłony. Pro­blem w tym, że żadna tar­cza by go przede mną nie ura­to­wała. Może i był lepiej zbu­do­wany ode mnie, ale mia­łem nad nim prze­wagę w postaci dobrych dzie­się­ciu cen­ty­me­trów przy podob­nej wadze.

– Raczej nie. Gadaj. Teraz.

Poki­wał głową, po czym upił łyk piwa.

– No dobra, pamię­tasz, kiedy wpa­dli­śmy na cały ten pomysł z rej­sem…

– Z rok temu?

– Taaa. Firma ojca kupiła sta­tek, a UCLA wyra­ziło zgodę na pro­wa­dze­nie tutaj zajęć i mie­li­śmy wszystko dopięte na ostatni guzik, więc zaczę­li­śmy roz­sy­łać zapro­sze­nia do wysy­ła­nia apli­ka­cji, co nie?

– Tak, ale tam­ten czas tro­chę mi się zama­zuje, bo sporo się działo. Zasta­na­wia­li­śmy się nad rzu­ce­niem stu­diów i przy­go­to­wy­wa­li­śmy się do zimo­wych roz­gry­wek X Games, więc chyba nie do końca wszystko pamię­tam – stwier­dzi­łem, a on ponow­nie przy­tak­nął.

– Dokład­nie. Musie­li­śmy jakoś zapeł­nić ten sta­tek, więc roze­sła­łem tysiące ulo­tek do col­lege’ów, ale i bez­po­śred­nio do stu­den­tów. I mogłem też wtedy wysłać je do Rachel oraz jej współ­lo­ka­torki… Leah.

Pode­rwa­łem głowę, prze­ry­wa­jąc odry­wa­nie ety­kietki z butelki.

– Obra­łeś sobie Rachel za cel?

Paxton nawet nie drgnął.

– Tak.

– Jak mogłeś? I po co? Skąd w ogóle wie­dzia­łeś, gdzie jej szu­kać? – Pyta­nia wypły­wały mi z ust szyb­ciej, niż byłby w sta­nie odpo­wie­dzieć. Chciał jej z powro­tem po tych wszyst­kich latach? Mimo że był z Leah?

– Jed­nak posta­wiła na Dart­mo­uth.

Potrzą­sną­łem głową.

– Zre­zy­gno­wała z miej­sca. – Przeze mnie.

– Jej ojciec ma zna­jo­mego w dziale rekru­ta­cji. Doszedł do wnio­sku, że pew­nie ją zosta­wisz…

– Uwa­żaj, co dalej powiesz, bra­cie… – Ostrze­że­nie z moich ust brzmiało bar­dziej jak wark­nię­cie. – Jest taka gra­nica, którą za jakieś dwie sekundy prze­kro­czysz.

Nie zro­bił żad­nego uniku, praw­do­po­dob­nie dla­tego, że kie­dyś skrzyw­dzi­łem go bar­dziej niż on mnie.

– Dla­tego posta­no­wili zatrzy­mać dla niej miej­sce przez kolejny mie­siąc. W tym cza­sie…

– Zosta­wi­łem ją. – I udo­wod­ni­łeś, że jej ojciec miał rację.

Paxton ponow­nie ski­nął głową i zaci­snął usta w gry­ma­sie.

Oby­dwaj wie­dzie­li­śmy, dla­czego musia­łem to zro­bić. Przy­ja­ciel posta­wił mi ulti­ma­tum – mogłem mieć albo Rachel, albo Rene­ga­tów, ni­gdy jed­nego i dru­giego. Pod­ją­łem decy­zję, wybie­ra­jąc głowę zamiast serca i od tam­tej pory to dru­gie już ni­gdy nie dzia­łało popraw­nie.

Z Paxto­nem od dawna balan­so­wa­li­śmy na kra­wę­dzi, dosko­nale wie­dząc, że jeśli chcie­li­śmy pozo­stać przy­ja­ciółmi, ist­niały pewne sprawy, któ­rych nie wolno było nam poru­szyć. W prze­szło­ści on i Rachel spo­ty­kali się, ale to dla mnie była miło­ścią życia. Nie potra­fi­łem poukła­dać sobie w gło­wie tego, że pod­czas gdy ja sta­ra­łem się cał­ko­wi­cie wyprzeć ją ze swo­ich myśli, on pró­bo­wał ją odna­leźć.

– I jakim cudem to wszystko wiesz?

– Od Leah. Tydzień po tym, jak poja­wi­łeś się w Las Vegas, one poznały się w pocze­kalni u orto­pedy, do któ­rego oby­dwie cho­dziły. Póź­niej zostały współ­lo­ka­tor­kami w aka­de­miku w Dart­mo­uth i od tam­tej pory są naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami.

– Skąd wie­dzia­łeś, jak wysłać do niej zapro­sze­nie? – spy­ta­łem. – Ja nie mogłem jej zna­leźć.

– Bo nie szu­ka­łeś – odparł cicho.

– Przez cie­bie! – wrza­sną­łem, ude­rza­jąc pię­ściami o blat baru. Z rado­ścią powi­ta­łem kłu­jący ból, który prze­szył moje ręce. – Wychu­ja­łem cię i odbi­łem ci dziew­czynę, dobrze o tym wiem. Ty posta­wi­łeś mi ulti­ma­tum, a ja wró­ci­łem do Rene­ga­tów.

– Ale twoje serce zostało z nią.

– To nie pod­lega dys­ku­sji. Zgo­dzi­li­śmy się na to lata temu. – Zbyt wiele sprzecz­nych emo­cji wią­zało się z Rachel, z tym, jaką krzywdę wyrzą­dzi­li­śmy Paxto­nowi i tym, co ja zro­bi­łem Rachel, kiedy wró­ci­łem do Rene­ga­tów. Przy­ja­ciel wła­śnie powoli otwie­rał drzwi, które od dwóch lat przy­trzy­my­wa­łem wła­snym cia­łem, a to, co wypły­wało z mrocz­nego miej­sca, które nie­gdyś było moim ser­cem, oka­zało się naprawdę paskudne. Cho­lera, kogo ja pró­bo­wa­łem nabrać? Rachel wysa­dziła w powie­trze kłódkę od tam­tych drzwi w sekun­dzie, gdy ponow­nie spoj­rza­łem w te jej bez­kre­sne brą­zowe oczy.

– Musimy o tym poroz­ma­wiać. Wiem, że nie chcesz, ale jesteś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i odkąd wró­ci­łeś, przy­glą­dam się tylko, jak z każ­dym dniem coś w tobie umiera. Wypie­przy­łeś każdą dziew­czynę, jaka ci się napa­to­czyła, i to nie ma nic wspól­nego z zabawą, więc skończ pier­do­lić. A to tylko wierz­cho­łek góry lodo­wej, raz za razem podej­mu­jesz takie ryzyko… że w końcu kie­dyś sam się zabi­jesz.

– I kto to mówi – rzu­ci­łem oskar­ży­ciel­sko.

– Zgoda, ale tylko dla­tego, że póki co nie mie­li­śmy zbyt wielu oka­zji do jazdy na snow­bo­ar­dzie. Zgo­dzi­łem się na wyjazd do Nepalu, bo wiem, że tego wła­śnie potrze­bu­jesz do doku­mentu.

– Robimy to dla Nicka – spie­ra­łem się. Zjazd po tam­tej grani, który zapla­no­wa­li­śmy, sprawi, że doku­ment pobije rekordy popu­lar­no­ści, a Nitro będzie w sta­nie otwo­rzyć sobie nim drogę do kon­sul­tingu w naszej branży. Numer wymy­ślony wspól­nymi siłami posa­dził go na wózku do końca życia, dla­tego to Rene­gaci muszą zapew­nić mu przy­szłość, jakiej pra­gnął. Tak wła­śnie dzia­łała rodzina.

– Gówno prawda, to aku­rat robimy dla cie­bie. Poziom nie­bez­pie­czeń­stwa, jaki się z tym wiąże… Mam wra­że­nie, że masz w dupie, czy w ogóle to prze­ży­jesz. Jesteś otu­ma­niony, ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści i naprawdę mam dosyć obser­wo­wa­nia, jak wyno­sisz bez­myśl­ność na kolejne wyżyny.

– I co, pomy­śla­łeś, że spro­wa­dze­nie tutaj Rachel w czym­kol­wiek pomoże?

– Tak, zwłasz­cza że to prze­cież jej szu­ka­łeś przez cały ten czas, co? Wtedy tego nie rozu­mia­łem, a już zwłasz­cza, kiedy cho­wa­li­ście się po kątach za moimi ple­cami, ale teraz, gdy zako­cha­łem się w Leah, już rozu­miem. Nie ma nikogo i niczego, co byłoby mnie w sta­nie powstrzy­mać przed zdo­by­ciem jej. Kocha­łeś Rachel, a ja w końcu zrozu­mia­łem, ile musiało cię kosz­to­wać odej­ście od niej.

Opar­łem się dłońmi o blat i zaci­sną­łem palce na drew­nie.

– Czyli co, sty­pen­dium Leah i cała ta gadka o trzy­ma­niu jej bli­sko sie­bie, gdy po raz pierw­szy zna­leź­li­śmy się na pokła­dzie…

Paxton wes­tchnął i prze­su­nął dło­nią po ciem­nych wło­sach.

– Kiedy oka­zało się, że Rachel zła­pała mono­nu­kle­ozę i nie poja­wiła się w Miami, zro­zu­mia­łem, że muszę mieć Leah bli­sko i upew­nić się, że jej się tutaj podoba, bo jeśliby wyje­chała, stra­cił­bym szansę, że Rachel dotrze na drugi try­mestr. Potrze­bo­wa­łem też, żeby Leah pomo­gła mi utrzy­mać dobre stop­nie.

– Więc ją wyko­rzy­sta­łeś? – Jakieś mroczne uczu­cie, które zupeł­nie mi się nie podo­bało, zagnieź­dziło się w moim żołądku.

– Z początku tak – przy­znał cicho. – Ale póź­niej się w niej zako­cha­łem i wszystko się zmie­niło.

– A potem, kiedy Rachel dotarła na sta­tek, poznała prawdę? Jezu. To dla­tego w zeszłym tygo­dniu zacho­wy­wa­łeś się jak ostatni dzban. I to dla­tego posta­no­wi­łeś zmie­nić tra­iler, żeby poka­zał, jak się zako­chi­wa­łeś w Leah. Żeby zoba­czyła go na even­cie i dała ci drugą szansę. – Przy­tak­nął. – Ty mani­pu­lu­jący dupku.

– Niczego nie żałuję – przy­znał. – To dla cie­bie spro­wa­dzi­łem tutaj Rachel, żebyś i ty dostał drugą szansę. Wiem, że zablo­ko­wała cię wszę­dzie w social mediach i że ni­gdy jej nie szu­ka­łeś ze względu na mnie i wszyst­kich Rene­ga­tów. I teraz wiem też, że ni­gdy nie powi­nie­nem był sta­wiać ci tego pie­przo­nego ulti­ma­tum.

Odnio­słem wra­że­nie, że po raz pierw­szy, odkąd sprząt­ną­łem mu dziew­czynę sprzed nosa, mię­dzy nami poja­wiła się czy­sta, nie­zmą­cona niczym szcze­rość i mimo całej zło­ści, jaką wobec niego teraz czu­łem, nie potra­fi­łem wyjść z szoku, jak wiele potra­fił dla mnie zro­bić, zwłasz­cza że wyma­gało to włą­cze­nia do planu jedy­nej osoby, o któ­rej zgo­dzi­li­śmy się ni­gdy nie wspo­mi­nać. On, bo wyrzą­dzi­łem mu okropną krzywdę, gdy zaczą­łem się z nią uma­wiać za jego ple­cami. Ja, bo nawet nie dawa­łem rady znieść, kiedy wypo­wia­dał jej imię. Nie obcho­dziło mnie, że byli parą od pię­ciu mie­sięcy – ona od zawsze nale­żała do mnie.

– Ty na serio pchasz mnie w ramiona swo­jej byłej.

Pax jedy­nie wzru­szył ramio­nami.

– To bar­dziej twoja była. Ja… – Nabrał głę­boko tchu. – Rachel ni­gdy nie zła­mała mi serca. Lubi­łem ją, ale to sytu­acja mię­dzy tobą a mną tak naprawdę mnie zma­sa­kro­wała.

– A teraz, kiedy Rachel tu dotarła? Co ze wszyst­kim, na co tak ciężko pra­co­wa­li­śmy? – On rze­czy­wi­ście ryzy­ko­wał suk­ce­sem Rene­ga­tów, ścią­ga­jąc ją tutaj. Ryzy­ko­wał naszą przy­jaźń.

– Naprawdę nie mam nic prze­ciwko temu. Teraz mam Leah i na całym świe­cie nie ma dla mnie nikogo lep­szego.

– Dla niej odszedł­byś od Rene­ga­tów. – Bar­dziej stwier­dzi­łem, niż spy­ta­łem.

– Bez waha­nia.

Ponow­nie zaczą­łem bawić się ety­kietką na butelce.

– Ja odsze­dłem od Rachel. Znisz­czyło mnie to, ale i tak się na to zde­cy­do­wa­łem. – A ona ni­gdy mi tego nie wyba­czy, widzia­łem to w jej oczach.

– Mia­łeś powody.

– Ona o nich nie wie.

– Więc jej powiedz. Nie musisz tego robić dzi­siaj ani jutro. Czeka cię jesz­cze pół roku dzie­le­nia z nią kory­ta­rza.

– Ona mnie nie­na­wi­dzi.

– Ist­nieje bar­dzo cienka gra­nica mię­dzy nie­na­wi­ścią a miło­ścią, mój przy­ja­cielu.

Przy­tak­ną­łem.

– No chyba, że już jej nie chcesz? – zapy­tał cicho Paxton. – W takim razie postaw sprawę jasno, że odpo­wiada ci wyłącz­nie przy­jaźń, a póź­niej… o wszyst­kim zapo­mnimy.

– Nie o to cho­dzi – wark­ną­łem w odpo­wie­dzi, a żołą­dek zwi­nął mi się w supeł. – Ni­gdy nie prze­sta­łem pra­gnąć Rachel ani za nią tęsk­nić. Nie ma na świe­cie nikogo, kto znałby mnie lepiej. Nikt nie rzuca mi takich wyzwań jak ona, ani mnie tak nie uspo­kaja. Do dia­bła, oczy­wi­ście, że jej chcę, ale do tej pory nie­szcze­gól­nie mogłem z tobą o tym poroz­ma­wiać.

– Wiem i prze­pra­szam.

Spoj­rza­łem na niego ze zdu­mie­niem. Paxton ni­gdy nie prze­pra­szał. Ni­gdy.

Napo­tkał mój wzrok.

– Przy­kro mi, że tak cię zra­ni­łem i że byłem zbyt samo­lubny i wkur­wiony, by to dostrzec. I przy­kro mi, że tak długo zajęła mi próba napra­wie­nia wszyst­kiego, ale jesteś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i zasłu­gu­jesz na szczę­ście. Jeśli Rachel potrafi w tym pomóc, to nie mam nic prze­ciwko.

– Ona nawet nie chce ze mną roz­ma­wiać. Ten sta­tek już dawno odpły­nął.

– Ale ten sta­tek wciąż pły­nie i będzie jesz­cze przez dobre pół roku. – Wyszcze­rzył się. – Nie bez powodu nazy­wasz się Nova, Casa­novo. Udało ci się ocza­ro­wać każdą kobietę, jaka zna­la­zła się w zasięgu two­jego wzroku.

– Nie licząc Leah i Penny – spro­sto­wa­łem.

– Penna by cię zno­kau­to­wała – odparł z uśmie­chem, po czym z jego twa­rzy znik­nęła cała weso­łość. – A ja bym cię zabił, gdy­byś cho­ciaż zbli­żył się do Leah.

– Taaa, wiem. – Nie, żeby Leah nie robiła na mnie wra­że­nia, ale po pro­stu… nie była Rachel. Nie było takiej dru­giej. Nie­ważne, jak bar­dzo sta­ra­łem się żyć dalej, to wła­śnie do niej porów­ny­wa­łem każdą inną kobietę i wszyst­kie wypa­dały blado.

– Cho­dzi mi po pro­stu o to, że jeśli jej pra­gniesz, to ocza­ruj ją w cho­lerę.

– A co, jeśli zupeł­nie mnie zleje?

Paxton posłał mi sze­roki uśmiech.

– To wtedy uderz ze zdwo­joną siłą.

Ocza­ro­wać ją. Rachel ni­gdy nie leciała na żadną moją gadkę na pod­ryw. Doce­niała szcze­rość, pasję i odro­binę nie­bez­pie­czeń­stwa.

W gło­wie wciąż wiro­wało mi po tym, jak ją zoba­czy­łem i zro­zu­mia­łem, że znaj­duje się teraz nie wię­cej niż sześć­dzie­siąt metrów ode mnie, ale nie byłem głupi. Nawet jeśli nic się mię­dzy nami nie wyda­rzy i jedyne, co uda mi się zro­bić, to uświa­do­mić jej, dla­czego odsze­dłem, warto spró­bo­wać.

Musia­łem po pro­stu zacząć od nakło­nie­nia jej, by ze mną poroz­ma­wiała.

Dobrze, że wytrwa­łość w dąże­niu do celu jest jedną z moich cech.

Rozdział czwarty

Rachel

Na statku

– Jestem poważ­nie pod­ła­mana dostęp­no­ścią napo­jów na pokła­dzie – oznaj­mi­łam następ­nego dnia Leah, patrząc spod byka na swoją pepsi.

– Zapew­niam cię, że gdy tylko zaczniemy odkry­wać Sri Lankę, zupeł­nie zapo­mnisz o wiśnio­wej coli. – Nawet na mnie nie spoj­rzała, jedy­nie prze­rzu­ciła stronę w swoim pod­ręcz­niku do eko­no­mii. Podzi­wia­łam jej zdol­ność do sku­pie­nia się, zwłasz­cza że sie­dzia­ły­śmy wła­śnie w zatło­czo­nej kafe­te­rii, z któ­rej roz­cią­gał się widok na nie­zmą­cony niczym ocean. Może zdą­żyła już przy­wyk­nąć do tego widoku, w końcu prze­by­wała na pokła­dzie od trzech mie­sięcy. Ja z kolei wciąż wpa­try­wa­łam się jak urze­czona… prak­tycz­nie we wszystko.

– Nie jestem pewna, czy będę ją odkry­wać razem z tobą – przy­zna­łam, przy­su­wa­jąc do sie­bie frytki i wyci­ska­jąc małą por­cję ket­chupu na talerz.

Leah zatrza­snęła książkę.

– O czym ty mówisz? Wspól­nie pla­no­wa­ły­śmy tę podróż. – Zmru­żyła oczy. – Nie chcesz prze­by­wać w pobliżu Lan­dona.

Zanu­rzy­łam frytkę w czer­wo­nym sosie, a póź­niej odgry­złam kawa­łek, delek­tu­jąc się jej pysz­nym sma­kiem. Jest coś w tym, ile kom­fortu potrafi zapew­nić ame­ry­kań­skie żar­cie, gdy dom znaj­duje się tak daleko. Mia­łam ochotę wyści­skać kucha­rza na statku.

– Odpo­wiedz na pyta­nie i prze­stań mole­sto­wać jedze­nie – zarzą­dziła przy­ja­ciółka.

– Dobra, nie chcę być w pobliżu Lan­dona. Wystar­czy, że mam z nim dwa przed­mioty i naprawdę nie chcę, żeby prze­wi­jał się póź­niej we wszyst­kich moich wspo­mnie­niach z podróży dookoła świata.

Leah ponow­nie popa­trzyła na mnie spod zmru­żo­nych powiek, powoli prze­żu­wa­jąc swoją por­cję.

– Chcesz wie­dzieć, co ja myślę? – rzu­ciła w końcu.

– Nope – odpar­łam, wrzu­ca­jąc sobie do ust kolejną frytkę. Che­ese­bur­ger na tale­rzu też wyglą­dał cał­kiem sma­ko­wi­cie.

– No cóż, i tak ci powiem.

– Domy­śli­łam się – upi­łam łyk swo­jej pepsi i cze­ka­łam. Naj­lep­sze i naj­gor­sze w przy­ja­ciółce takiej jak Leah było to, że ni­gdy nie łago­dziła cio­sów. Ani tro­chę nie powstrzy­my­wała się przed wyty­ka­niem mi róż­nych spraw.

– Myślę, że tak naprawdę ni­gdy nie prze­sta­łaś go kochać.

Poczu­łam cię­żar for­mu­jący się w piersi i musia­łam napiąć wszyst­kie mię­śnie, by napój wyle­ciał mi nosem. Jakimś cudem udało mi się go spo­koj­nie prze­łknąć.

– Ty tak na serio?

– Kiedy się pozna­ły­śmy, Lan­don dopiero co cię zosta­wił, a Brian zgi­nął.

– Taaa, oby­dwie przy­po­mi­na­ły­śmy wraki. – Uwiel­bia­łam to, że była teraz w sta­nie wypo­wie­dzieć imię Briana bez uro­nie­nia choćby jed­nej łzy. Utrata chło­paka w okrop­nym wypadku samo­cho­do­wym spra­wiła, że Leah cał­ko­wi­cie zamknęła się w sobie i, chcąc nie chcąc, musia­łam przy­znać, że to wła­śnie dzięki Wil­de­rowi poczuła się lepiej. Mogłam posta­wić jesz­cze jed­nego plusa na liście z jego dobrymi uczyn­kami.

Przy­ja­ciółka ujęła mnie za dłoń i deli­kat­nie ści­snęła.

– To ja byłam wra­kiem. Ty kom­plet­nie odsu­nę­łaś się od innych ludzi i trak­to­wa­łaś ich chłodno, wszyst­kich za wyjąt­kiem mnie, ale też trzy­ma­łaś się w jed­nym kawałku. Dzięki tobie prze­trwa­łam pierw­sze mie­siące w Dart­mo­uth, a póź­niej pomo­głaś mi odkryć, jak dalej żyć.

– Leah… – Gdy mówiła coś takiego, zawsze bra­ko­wało mi słów. Pamię­tam, jak bar­dzo zra­niona wtedy była, dosłow­nie ledwo żyła, a teraz wyda­wała się o wiele sta­bil­niej­sza psy­chicz­nie niż ja.

– Poświę­ci­łaś tyle czasu oraz uwagi mnie i mojej żało­bie, że ni­gdy nie dałaś sobie czasu, by prze­tra­wić wła­sną. Mię­dzy zaję­ciami, prze­pro­wadzką i cóż… mną, wkrę­ci­łaś się we wszystko inne, byle tylko nie musieć radzić sobie z utratą Lan­dona.

Skrzy­żo­wa­łam ramiona na piersi, jak­bym dzięki temu miała ode­przeć argu­menty, któ­rymi sza­stała w moją stronę.

– No już, nie bądź taka defen­sywna – zbesz­tała mnie. – Jesteś nie­zwy­kła i sil­niej­sza niż ja kie­dy­kol­wiek będę. Po pro­stu wydaje mi się, że w tej histo­rii jest wię­cej, niż jesteś skłonna mi powie­dzieć, albo i nawet przy­znać przed samą sobą. Ni­gdy nie wyja­wi­łaś mi jego imie­nia ani tego, co się wyda­rzyło, a miesz­ka­ły­śmy razem przez ponad dwa lata. Wie­dzia­łam tylko, że jakiś facet zła­mał ci serce tego samego dnia, kiedy uszko­dzi­łaś sobie nad­gar­stek, i nie dał wam nawet szansy na roz­mowę.

Odwró­ci­łam wzrok w stronę Morza Arab­skiego i sku­pi­łam się na tym, jak grzbiety fal prze­ci­nają spo­kojną wodę, a jed­no­cze­śnie pozwo­li­łam jej sło­wom zawi­snąć gdzieś mię­dzy nami. Czy miała rację? Jasne, by aż tak nie cier­pieć z powodu zła­ma­nego serca, wrzu­ci­łam wszystko, co zwią­zane z Lan­do­nem, do skrzyni i zako­pa­łam ją tak głę­boko, że teraz trudno byłoby mi ją odna­leźć, co jed­nak nie ozna­czało, że ni­gdy nie prze­sta­łam go kochać… prawda?

– Może rze­czy­wi­ście powin­nam była ci o nim opo­wie­dzieć, ale sama mie­rzy­łaś się z tyloma spra­wami, że nie potrze­bo­wa­łaś, żebym dokła­dała ci jesz­cze swo­ich pro­ble­mów. Może wyko­rzy­sta­łam cię, żeby ukryć się przed wła­snymi pro­ble­mami. I może podo­bało mi się, że on nie miał wstępu do mojego życia w Dart­mo­uth, zupeł­nie jakby daw­niej kochała go zupeł­nie inna osoba – przy­zna­łam. Nabra­łam głę­boko tchu, by uspo­koić sko­ła­tane nerwy i posta­no­wi­łam jed­nym spraw­nym ruchem ode­rwać pla­ster i odsło­nić się przed Leah w spo­sób, w jaki ona robiła to przede mną nie­zli­czoną ilość razy. – Naj­bar­dziej nie mogę znieść tego, że gdy go widzę, wra­cają do mnie wszyst­kie wspo­mnie­nia. Sły­szę jego głos i przy­po­mi­nam sobie każdą roz­mowę. Ale im dłu­żej o tym myślę i mocno zasta­na­wiam, czuję przede wszyst­kim ogromny ból i wstyd.

– Wstyd?

Roze­śmia­łam się cierpko.

– Ile w ogóle Wil­der ci powie­dział?

– Z grub­sza przed­sta­wił, co się stało, a póź­niej przy­znał, że zmu­sił Lan­dona do wyboru mię­dzy tobą a Rene­ga­tami.

Poczu­łam cię­żar w żołądku.

– A Lan­don wybrał ich. Po jakimś cza­sie.

– Tak mi przy­kro.