Gdyby...Całkiem inna historia świata -  - ebook

Gdyby...Całkiem inna historia świata ebook

0,0
16,22 zł

lub
Opis

Historia kontrfaktyczna, zwana też alternatywną, od lat fascynuje nie tylko historyków. Próby odpowiedzi na pytanie „co by było gdyby” budzą w równym stopniu ciekawość, co kontrowersje. Jednak warto to pytanie zadawać, by lepiej poznawać różnorodne uwarunkowania ważnych wydarzeń, by docenić geniusz lub intuicję poszczególnych jednostek, czy wreszcie wysiłek całych społeczeństw.

Tę książkę otwiera dylemat: czy powstałyby religia żydowska, albo chrześcijaństwo, gdyby w 701 r. p.n.e. Asyryjczycy zdobyli Jerozolimę? Ich klęskę spowodowała tajemnicza zaraza … Autorzy opisują też wydarzenia trwające zaledwie ułamki sekund (!), np. ocalenie Aleksandra przed spadającym toporem, który mógł przerwać jego życie w wieku 21 lat, zanim stał się „Wielkim”.

W czasie II wojny światowej wiele decyzji Hitlera wpłynęło na ostateczną przegraną – gdyby na przykład po zwycięstwie w Grecji wiosną 1941 r. zaatakował Turcję i Bliski Wschód, zdobywając potrzebną mu ropę, a dopiero potem Związek Radziecki, miałby znacznie większe szanse na sukces. Przykłady można by mnożyć…

Książka jest ułożona chronologicznie i obejmuje 2700 lat udokumentowanej historii ludzkości, lecz przedstawionej w nowatorski sposób, akcentujący szanse i przypadki, ludzkie wady lub predyspozycje, które mogły zadecydować o innym od znanego nam przebiegu dziejów.

Zespół autorów składa się z 32 amerykańskich specjalistów, zajmujących się głównie historią, historią wojskowości, antropologią, politologią czy wreszcie pisaniem biografii. Wielu spośród nich to wykładowcy akademiccy, pisarze i felietoniści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 509




Gdyby…

Tytuł orginału: What if? Military historians imagine what might have been

Copyright © 1999 by American Historical Publication, Inc.

© Copyright by Demart SA, Warszawa 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część ani całość wydawnictwaGdyby… Całkiem inna historiaświatanie może być reprodukowana ani przetwarzana w sposób elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny i inny; nie może być użyta do innej publikacjioraz przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych bez pisemnej zgody Wydawcy.

Wydawca: Demart SA

02-495 Warszawa

ul. Poczty Gdańskiej 22a

tel. 22 662 62 63; faks 22 824 97 51

http://www.demart.com.pl

e-mail: [email protected]

Dział zamówień:

Sprzedaż hurtowa:

tel. 22 498 01 77/78, faks 22 753 03 57

e-mail: [email protected]

Sprzedaż detaliczna:

e-mail: [email protected]

Przekład z angielskiego: Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Piotr Chojnacki

Redakcja: Elżbieta Olczak

Projekt okładki: Krzysztof Stefaniuk

Wstęp

Zaraźliwe alternatywy

William H. McNeill

Dobry sen może zdziałać cuda

Barbara N. Porter

Ani śladu, gdzie była Grecja

Victor Davis Hanson

Podbój niedokonany

Josiah Ober

Furor teutonicus

Lewis H. Lapham

Lekko rozjaśnione wieki ciemne

Barry S. Strauss

Śmierć, która ocaliła Europę

Cecelia Holland

Gdyby nie takie mokre lato

Theodore K. Rabb

Gdyby Święta Liga się nie zawahała

Peter Pierson

Odparcie płonących angielskich okrętów

Geoffrey Parker

Nieprawdopodobne zwycięstwo

Thomas Fleming

Ryzykowne zagrania George’a Washingtona

Ira D. Gruber

Co osłoniła mgła

David McCullough

Władca świata

Alistair Horne

Napoleon zwycięża pod Waterloo

Caleb Carr

Gdyby nie zgubiono zgubionego rozkazu

James M. McPherson

Kanny Konfederatów i inne scenariusze

Stephen W. Sears

Wietnam w Ameryce, 1865 rok

Tom Wicker

Co by było, gdyby… Rok 1914

Robert Cowley

Imperium Bismarcka: poronione

James Chace

Dziękuję, ale nie chcę cygara

David Clay Large

Zawieszenie broni z rozpaczy

Dennis E. Showalter

Jak Hitler mógł wygrać wojnę

John Keegan

Co zniszczył taksówkarz

Williamson Murray

Triumf dyktatorów

David Fromkin

Amerykańska katastrofa pod Midway

Theodore F. Cook, Jr

Sprawa zaginionych lotniskowców

Elihu Rose

Klęska D-Day

Wstęp

Mawiano, że pytanie „co by było, gdyby…?” (albo kontrfaktyczne, by użyć słowa modnego w kręgach akademickich) jest ulubionym tajnym pytaniem historyka. Pytania „co by było, gdyby…?” mają prawdziwą wartość wykraczającą poza „jałowe rozmowy salonowe” (określenie historyka E. H. Carra). Mogą być narzędziem ułatwiającym zrozumienie historii, pozwalającym ją ożywić. Mogą odkrywać, ze zdumiewającą dokładnością, co stanowiło kluczowe stawki konfrontacji, jak również ukazywać potencjalnie trwałe konsekwencje starć. Co by było, gdyby Persowie pobili ateńskich wioślarzy pod Salaminą w 480 roku p.n.e. – być może w najważniejszym dniu w dziejach Zachodu – albo gdyby wygrała Wielka Armada i armia księcia Parmy zajęła Londyn? W nocy z 7 na 8 sierpnia 1588 roku wystarczyłaby zmiana wiatru, żeby odwrócić wynik kolejnej słynnej morskiej konfrontacji. Albo, co by się stało, gdyby Niemcy odparli inwazję podczas D-Day? Co, gdyby sztorm szalejący nad Europą 5 czerwca 1944 roku – dzień przed wyznaczonym terminem desantu w Normandii – niespodziewanie nie ustąpił? I tym razem o wszystkim zadecydowała pogoda. Stephen E. Ambrose bada niektóre skutki klęski D-Day, a żaden z nich nie jest błahy – włącznie ze zrzuceniem bomby atomowej na Niemcy.

Historia jest właściwie tym, co się stało, ale to nie powinno umniejszać znaczenia kontrfaktualności. Postawienie pytania „co by było, gdyby…?” może doprowadzić nas do zakwestionowania od dawna uznanych założeń. Pytania te mogą wskazywać prawdziwe punkty zwrotne, dowodzić, że drobne incydenty i decyzje podejmowane w ułamku sekundy potrafią mieć równie wielkie reperkusje jak decyzje zasadnicze (tak zwane pierwszorzędne kontrfaktyczne). Wspomnijmy niespodziewaną mgłę nad East River, która pozwoliła George’owi Washingtonowi i jego pobitej armii uciec na Manhattan po bitwie pod Long Island latem 1776 roku. Bez tej mgły, jak dowodzi David McCullough, Washington zostałby zablokowany na Brooklyn Heights i zmuszony do kapitulacji. Czy wówczas powstałyby Stany Zjednoczone? Można też przywołać decyzję brytyjskiego kapitana, by nie pociągnąć za spust, kiedy miał Washingtona na muszce w czasie bitwy pod Brandywine rok później. To mogło wywołać podobny skutek. Niewiele wydarzeń bardziej zależało od kwestii „co by było, gdyby…?” niż rewolucja amerykańska. Jesteśmy wytworem przyszłości, której mogło nie być.

Pytania „co by było, gdyby” spełniają też inną ważną funkcję: mogą eliminować tendencyjność wynikającą z perspektywy czasu. Czy po klęsce w bitwie o Anglię Hitler mógł jeszcze w jakiś sposób wygrać II wojnę światową? Przez ostatnie 50 lat historycy uznawali lato 1940 roku za szczyt jego potęgi. Ale jeden z najlepszych brytyjskich znawców wojskowości, John Keegan, wskazuje w tej książce, że gdyby Hitler nie zaatakował Rosji, historia potoczyłaby się inaczej. Gdyby, po swym zwycięstwie w Grecji wiosną 1941 roku, postanowił zaatakować Turcję lub Bliski Wschód, zdobyłby tak rozpaczliwie potrzebną mu ropę i podbił Związek Radziecki później, mając większe szanse na sukces. Jednak tak jak w prawdziwym życiu, tak i w historii skutki nie są pewne. Rozwidlające się szlaki w podglebiu historii świadczą o nieskończonej liczbie opcji do wyboru. Droga, którą nie pojechaliśmy, też istnieje na mapie.

Ta książka opowiada o kluczowych punktach w historii wojskowości widzianych w zupełnie nowym świetle: jak by wyglądały, gdyby zaistniały inne czynniki. W numerze MHQ, „The Quarterly Journal of Military History”, wydanym w dziesięciolecie istnienia pisma, zadaliśmy historykom takie pytanie: Co uważa Pani/Pan za najważniejsze „co by było, gdyby…?” w historii wojskowości? Otrzymane odpowiedzi były zaskakujące, zajmujące, a niekiedy przerażające – ale zawsze przekonujące. Część tych oryginalnych scenariuszy przedrukowaliśmy w tej książce. Niepoważni kontrfaktualiści nie przysłużyli się tej dziedzinie, a my unikaliśmy spekulacji w rodzaju, co by się stało, gdyby Hannibal miał bombę wodorową, albo Napoleon niewidzialne bombowce – kwestie poważnie omawiane w jednej z amerykańskich akademii wojskowych. Słowem kluczowym jest tu więc „wiarygodność”.

Jak napisał George Will: „Pożytecznym rezultatem ogłoszonego przez MHQ ćwiczenia «co by było gdyby» jest głębsze docenienie wielkiej różnicy, jaką wybory i przypadki mogą poczynić w przeznaczeniu narodów”.

Ta książka, zawierająca 20 rozdziałów, jest rozszerzeniem pierwotnej koncepcji. Autorzy tych rozdziałów to po części ci sami historycy, którzy pisali do tamtego projektu: Stephen E. Ambrose, William H. McNeill, Theodore K. Rabb, Alastair Horne, Geoffrey Parker, John Keegan, Victor Davis Hanson, Stephen W. Sears, Lewis H. Lapham, Thomas Fleming, David McCullough i James McPherson, by wymienić tylko kilku. Książka jest ułożona chronologicznie i obejmuje 2700 lat udokumentowanych dziejów ludzkości. Nic lepiej nie nadaje się do spekulacji „co by było, gdyby…?” niż historia wojskowości, gdzie szansa i przypadek, ludzkie wady lub wyjątkowe umiejętności mogą zadecydować o wszystkim.

Co by było, gdyby tajemnicza zaraza nie powaliła Asyryjczyków oblegających Jerozolimę w 701 roku p.n.e.? Czy powstałaby religia żydowska? Albo chrześcijaństwo? A zmiany zachodzące w mgnieniu oka: Co gdyby nie odbito wzniesionego topora i 22-letni Aleksander zginął, zanim stał się „Wielkim”? Albo gdyby Cortés trafił do niewoli (czego był bliski) podczas oblężenia Tenochtitlan, dzisiejszego Ciudad de Mexico? Bardzo prawdopodobne, że młode Stany Zjednoczone musiałyby układać się z wielkim indiańskim imperium za swą południową granicą. Warto też rozważyć rolę przypadku: gdyby podczas amerykańskiej wojny domowej słynny „zagubiony rozkaz” nie został zgubiony, byłyby szanse, jak pisze James M. McPherson, że stany Konfederacji utrzymałyby niepodległość. Ale, tak naprawdę, podobny zgubiony rozkaz wpłynął na wynik bitwy nad Marną we wrześniu 1914 roku – a tym samym całej I wojny światowej.

Dla historyków, jak mówi pewne powiedzenie, kostki domina upadają do tyłu. W Gdyby… Całkiem inna historia świata postaramy się, żeby upadły w przód.

Robert Cowley

Zaraźliwe alternatywy

Zaraza, która ocaliła Jerozolimę, 701 rok p.n.e.

William H. McNeill

Zdarzenia militarne, nawet pozornie nieznaczące epizody, mogą mieć nieprzewidziane konsekwencje, które nie wydają się oczywiste w chwili, gdy się rozgrywają, a niekiedy nawet przez całe stulecia. Zasadne jest więc rozpoczęcie tej książki właśnie od takiego momentu – asyryjskiego oblężenia Jerozolimy, wówczas stolicy maleńkiego królestwa Judy, w 701 roku p.n.e. Oblężenie przez armię Sennacheryba, króla Asyrii, zakończyło się fiaskiem po tym, jak większość jego żołnierzy zapadła na tajemniczą, śmiertelną chorobę. Asyryjczycy po prostu się wycofali. Dla największego imperium owych czasów odstąpienie od zniszczenia warownego miasta było niewielką stratą. Dla tych zamkniętych za murami wybawienie nadeszło niczym znak z niebios (chociaż jego przyczyny były zapewne naturalne) i, nie trzeba dodawać, miało dalekosiężne implikacje. Co by się jednak stało, gdyby zaraza nie pokrzyżowała asyryjskich planów? Co, gdyby mury runęły, a Jerozolima padła ofiarą zwyczajowego plądrowania, gwałtów, mordów, jej mieszkańców zaś wygnano? Jak 2700 lat później wyglądałyby nasze życie, nasza duchowość?

Czymkolwiek była ta zaraza, dała Jerozolimie szanse. Chorobę należy uznać za jeden z tych nieprzewidzianych czynników w dziejach, które mogą, w ciągu dni lub tygodni, doprowadzić do nieoczekiwanego zwrotu akcji. W historii jest wiele podobnych przykładów. Zaraza pustoszyła Ateny przez ponad rok i doprowadziła do zdobycia miasta i upadku jego potęgi w 404 roku p.n.e. Wybuch dyzenterii osłabił pruskie siły atakujące Francję w 1792 roku i skłonił ich dowódców do odwrotu po przegranej bitwie pod Valmy, tym samym ocalił Wielką Rewolucję Francuską. Plagi tyfusu i dyzenterii to ukryte przyczyny klęski Napoleona w Rosji. Powojenna epidemia grypy w 1918 roku mogła nie mieć bezpośrednich następstw, ale ile potencjalnych sław straciliśmy – ludzi, którzy mogli wywołać zmiany w swoim pokoleniu. Bakterie i wirusy mogą tym samym zmieniać kierunek wielkich bezosobowych sił w społeczeństwach, ale są też siłami rządzącymi się własnymi prawami.

William H. McNeill, emerytowany profesor University of Chicago, zdobywca National Book Award za książkę Rise of the West. Wśród jego 26 książek są też prace z dziejów wojskowości: The Pursuit of Power, Plagues and Peoples oraz najnowsza KeepingTogether in Time: An Essay on Dance and Drill in Human History. W 1997 roku za całokształt osiągnięć naukowych otrzymał jedną z najbardziej prestiżowych nagród – Erasmus Award.

Co by się stało, gdyby król Asyrii Sennacheryb zdobył Jerozolimę w 701 roku p.n.e., kiedy poprowadził swą armię przeciwko koalicji Egipcjan, Fenicjan, Filistynów oraz Żydów i bez trudu pokonał ich wszystkich? To, jak mi się wydaje, jest najważniejszym pytaniem kontrfaktycznym w całych dziejach wojskowości. Dziwne może się wydawać mówienie o starciu, do którego nigdy nie doszło, jednak ocalenie Jerozolimy przed atakiem armii Sennacheryba bardziej wpłynęło na dzieje świata niż jakakolwiek inna znana mi operacja militarna.

Z punktu widzenia Sennacheryba zaniechanie oblężenia Jerozolimy nie miało wielkiego znaczenia. Królestwo Judy było zaledwie marginalnym graczem na bliskowschodniej scenie politycznej, biedniejszym i słabszym niż inni wrogowie Sennacheryba. A król Judy i tak został ukarany za śmiałość zbuntowania się przeciwko Asyrii. Jak bowiem głosi inskrypcja na ścianach pałacu Sennacheryba w Niniwie, na których uwieczniono jego zwycięstwa z całej kampanii, asyryjska armia zajęła nie mniej niż 46 umocnionych miejsc w królestwie Judy i zamknęła Ezechiasza, króla Judy, w Jerozolimie niczym ptaka w klatce.

Ale, w przeciwieństwie do innych zbuntowanych władców tego regionu, Ezechiasz zachował tron, a kult Jahwe w Świątyni Salomona mógł rozwijać się bez przeszkód. Zwycięstwo Sennacheryba nad królestwem Judy było więc niekompletne, a konsekwencje tego faktu znacznie większe niż on, czy ktokolwiek inny w tamtym czasie, mógł przypuszczać.

Ezechiasz (panował ok. 715–687 p.n.e.) zaczął rządy w bardzo niepewnych czasach. Siedem lat przed jego wstąpieniem na tron, zanim został trzynastym władcą z domu Dawida, sąsiednie królestwo Izraela, większą i bogatszą część dziedzictwa Dawida, dotknęła ogromna katastrofa: armia asyryjska, dowodzona przez Sargona II, zdobyła stolicę, Samarię, i uprowadziła tysiące niedobitków do odległej Mezopotamii. Na rozkaz Asyryjczyków przybyli obcy, by uprawiać opustoszałe pola, ale Samaria pozostała w ruinie.

Czy oznaczało to, że Bóg Mojżesza i Dawida, ten sam Bóg wciąż czczony w przybytku, który Salomon wybudował dla niego w Jerozolimie, nie mógł już dłużej bronić swego ludu? Czy też Bóg karał Izraelitów i ich władców za nieposłuszeństwo wobec jego woli objawionej w świętych pismach, nieustannie aktualizowanych przez natchnione słowa jego proroków?

Pytanie było palące, a przede wszystkim złowieszcze, ponieważ, jeśli się zastanowić, to Bóg Mojżesza i Dawida wykorzystał najpotężniejszego władcę tamtych czasów jako narzędzie do ukarania swego ludu, mimo iż Asyryjczycy czcili innych bogów i nawet nie udawali, że przestrzegają boskich przykazań. To sprzeciwiało się zdroworozsądkowemu przekonaniu, że bogowie czczeni przez różne ludy ze wszystkich sił chronią swych wyznawców. Tym samym zwycięstwo i klęska świadczyły o potędze rywalizujących bóstw, jak i o sile zwykłych ludzkich armii. Tak więc, kiedy Asyryjczycy zaczęli swą imperialną ekspansję, każde nowe zwycięstwo osłabiało wierność wobec starszych religii i idei wśród ludów, które podbijali, tworząc na starożytnym Bliskim Wschodzie religijną pustkę, ostatecznie wypełnioną przez nietypową odpowiedź, jaka zrodziła się wśród ludu Judy.

Odpowiedź ta zaczęła przybierać kształt, kiedy król Ezechiasz przyjął punkt widzenia partii religijnych reformatorów, którzy przystąpili do oczyszczania kultu Jahwe, koncentrując go w Świątyni. Częścią ich programu było zniszczenie ołtarzy, gdzie dokonywano rytuałów, oraz konsultacji z natchnionymi prorokami, wśród których najbardziej wpływowym wówczas był Izajasz, syn Amosa.

Ale król Ezechiasz nie polegał wyłącznie na nadnaturalnej pomocy. Wzmocnił też mury Jerozolimy i nieco rozszerzył granice, zanim przystąpił do sojuszu przeciwko Sennacherybowi. A kiedy atakujący Asyryjczycy pokonali Egipcjan, pospiesznie ułożył się ze zwycięzcami i musiał drogo zapłacić za przywilej pozostania na tronie, przekazując mnóstwo kosztowności, w tym 300 talentów srebra i 30 złota, którego część (być może większość) pochodziła ze Świątyni w Jerozolimie. Zachował jednak władzę, a jego dziedzice i następcy utrzymali maleńkie królestwo Judy przez kolejnych ponad sto lat, płacąc trybut Asyrii i starannie powstrzymując się przed buntem. Mimo to chwiejne balansowanie między rywalizującymi wielkimi potęgami w Egipcie i Mezopotamii nie mogło trwać wiecznie. W 586 roku p.n.e. niezależność królestwa się skończyła, gdy król babiloński Nabuchodonozor uczynił to, czym groził Sennacheryb: zdobył Jerozolimę po długim oblężeniu i położył kres dynastii Dawida, niszcząc Świątynię i uprowadzając większość ocalałych mieszkańców w niewolę do Babilonu.

Jak wiadomo, nie był to koniec historii Żydów, gdyż wygnany lud Judy nie wyginął. Wręcz przeciwnie, rozkwitł nad wodami Babilonu, przeredagował swe pisma i stworzył jednoznacznie monoteistyczną religię, niezależną od miejsca i wyzwoloną od rytuałów Salomona ze zniszczonego przybytku w Jerozolimie. Co więcej, skorygowana religia żydowska, złagodzona na wygnaniu, dała następnie początek chrześcijaństwu i islamowi, dwóm najpotężniejszym religiom naszej epoki, zachowując jednocześnie własną odrębność na całym świecie, a zwłaszcza we współczesnym Izraelu.

Nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby królestwo Judy zniknęło w 701 roku p.n.e., co stało się udziałem królestwa Izraela zaledwie 21 lat wcześniej, w 722 roku p.n.e. Wtedy wygnańcy z Izraela szybko stracili swą tożsamość. Akceptując zdroworozsądkowy pogląd na ograniczenia boskiej potęgi, porzucili kult Jahwe, który nie zdołał ich obronić, i stali się „dziesięcioma zaginionymi plemionami” z historii biblijnej. Najprawdopodobniej lud Judy podzieliłby ten sam los, gdyby asyryjska armia zaatakowała i zdobyła Jerozolimę w 701 roku p.n.e., a jej mieszkańców potraktowała tak, jak potraktowała mieszkańców Samarii i innych wcześniej podbitych krain. W takim przypadku judaizm zniknąłby z powierzchni ziemi i dwie jego córki, chrześcijaństwo i islam, zapewne by się nie pojawiły. Krótko mówiąc, nasz świat byłby zupełnie inny i nawet trudno to sobie wyobrazić.

Podobnie niemożliwe jest wyobrażenie sobie tego, co właściwie stało się tak dawno temu pod murami Jerozolimy. Pełna przechwałek inskrypcja wyryta na ścianach pałacu Sennacheryba w Niniwie jest dziełem imperialnej propagandy, a nie obiektywną prawdą, z kolei trzy biblijne opowieści o tym, jak Asyryjczycy nie zdołali zdobyć świętego miasta, ukształtowały pogląd o cudownej boskiej interwencji w sprawy królestwa Judy, który akceptują dziś nieliczni historycy.

Mimo to tak naprawdę liczyły się biblijne opowieści, chociaż niedokładne lub przesadzone. W następnych pokoleniach to one kształtowały pamięć Żydów o tym, co stało się pod murami miasta, a owo wspomnienie ułatwiało wiarę w to, że Bóg Mojżesza i Dawida faktycznie był wszechmocny i ochronił swych wyznawców przed najpotężniejszym monarchą tamtych czasów. Ten epizod, zgodnie z interpretacją stronnictwa pobożnych w Jerozolimie, uczynił monoteizm tak wiarygodnym, jak nigdy przedtem; a stanowczy, bezkompromisowy monoteizm był też tym, co pozwoliło religii żydowskiej przetrwać i rozkwitnąć w kosmopolitycznej epoce, którą rozpoczęły asyryjskie podboje. W końcu trudno wierzyć w lokalnych bogów, kiedy każdy zakątek Bliskiego Wschodu zaczął zależeć od tego, co odlegli władcy, obce armie i rozmaici cudzoziemcy czynili, i od tego, czego nie zdołali zrobić. Jedynie uniwersalna potęga Boga mogła zadowalająco wyjaśnić wydarzenia historyczne. W rezultacie żydowski monoteizm rozwijał się i mógł rozszerzać swe wpływy, zwłaszcza za pośrednictwem swych dwóch religii-córek, aż do naszych czasów.

W takim świecie nie wystarczały ceremonie religijne ograniczone do jednego świętego miejsca. Porzucenie zaś rodzimej religii przodków i przyjęcie bogów obcych, potężnych władców, których nadrzędność udowodnił sukces podczas wojny, było odpowiedzią tchórzliwą i niesatysfakcjonującą. Co nietypowe, mieszkańcy małego, słabego i zależnego królestwa Judy mieli śmiałość wierzyć, iż ich Bóg, Jahwe, był jedynym prawdziwym Bogiem, którego potęga rozciągała się na całą ziemię, tak więc wszystko, co się działo, było zgodne z jego wolą. Okoliczności asyryjskiego wycofania się spod murów Jerozolimy w 701 roku p.n.e. potwierdzały tę nieprzekonującą ideę, udowadniając powszechną potęgę Boga pobożnym i żarliwym wyznawcom znacznie wyraźniej i dużo bardziej przekonująco niż kiedykolwiek wcześniej. To czyni z tego epizodu najbardziej brzemienne w skutkach wydarzenie w całych dziejach.

W Biblii opowieść o kampanii powtórzona jest trzy razy: w Drugiej Księdze Królewskiej (18–19), Drugiej Księdze Kronik (32) i Księdze Izajasza (36–37). Wszystkie opisy zgadzają się w kwestiach zasadniczych, a w pewnych przypadkach nawet zawierają te same słowa i frazy. Zacytujmy Księgę Izajasza (według Biblii Tysiąclecia):

„Stał więc rabsak [dowódca asyryjskiej armii wysłanej przeciwko Jerozolimie] i wołał donośnym głosem po hebrajsku tymi słowami: «Słuchajcie słów wielkiego króla, króla asyryjskiego! […] Tylko Ezechiasz niech was nie oszukuje, mówiąc: ‘Wybawi nas Pan’. Czyż bogowie narodów uratowali każdy swój kraj z ręki króla asyryjskiego? Gdzie są bogowie Chamatu i Arpadu? Gdzie bogowie Sefarwaim? A czy wybawili Samarię z mojej ręki?»” (Iz 36, 13, 18–19).

Ezechiasz odpowiedział na to bezpośrednie podważenie boskiej potęgi modlitwą:

„«O Panie Zastępów, Boże Izraela, który zasiadasz na cherubach, Ty sam jesteś Bogiem wszystkich królestw świata, Tyś uczynił niebo i ziemię.

Nakłoń, Panie, Twego ucha, i usłysz!

Otwórz, Panie, Twoje oczy, i popatrz!

Słuchaj wszystkich słów Sennacheryba,

które przysłał, by znieważać Boga żywego.

[…] Teraz więc, o Panie, Boże nasz, wybaw nas z jego ręki, i niech wiedzą wszystkie królestwa ziemi, że Ty sam jesteś Bogiem, o Panie!».

Wówczas Izajasz, syn Amosa, posłał Ezechiaszowi oświadczenie: «Tak mówi Pan, Bóg Izraela: [Wysłuchałem] tego, o co się modliłeś do Mnie w sprawie Sennacheryba, króla Asyrii. […]

Dlatego tak mówi Pan o królu asyryjskim:

Nie wejdzie on do tego miasta

ani nie wypuści tam strzały,

nie nastawi przeciw niemu tarczy

ani nie usypie wału. […]

Otoczę opieką to miasto i ocalę je,

przez wzgląd na Mnie i na sługę mego Dawida».

[Tejże samej nocy] wyszedł Anioł Pański i pobił w obozie Asyryjczyków sto osiemdziesiąt pięć tysięcy. I oto rano, gdy trzeba było wstawać, wszyscy oni byli martwi. Sennacheryb więc, król Asyrii, zwinął obóz i odszedł; wrócił się i pozostał w Niniwie. A zdarzyło się, że gdy się on modlił w świątyni Nisroka, swego bożka, synowie jego, Adramelek i Sereser, zabili go mieczem, a sami zbiegli do kraju Ararat. Syn jego, Asarhaddon, został w jego miejsce królem” (Iz 37,16–17, 20–21, 33, 35–38).

Tym samym według Biblii Bóg ocalił swój lud i zniszczył bezbożnych Asyryjczyków, szerząc wśród nich śmiertelną zarazę. Takie cudowne wybawienie pokazało, że i król Ezechiasz, i prorok Izajasz mieli prawo polegać na boskiej potędze i ochronie. I nawet więcej: dowodziło to władzy Boga nad potężniejszym monarchą epoki. Kto mógłby więc wątpić, że prorocy i kapłani Judy, którzy tak śmiało głosili powszechną moc Boga, nie mówią prawdy? Zaiste, kto?

Jednak znaleźli się też niedowiarkowie, jak jasno pokazuje biblijny opis panowania syna i następcy Ezechiasza, Manassesa (rządził w latach ok. 686–642 p.n.e.). Król Manasses płacił trybut Asyryjczykom przez całe swe panowanie i uważał za rozsądne ułożyć się też z obcymi bogami, ustawiając „posąg rzeźbiony, który kazał wykonać, […] w świątyni Bożej” i zezwalając na inne formy pogańskiego kultu. Według Drugiej Księgi Kronik były one „złe […] w oczach Pańskich” (2 Krn 33, 2 i 7).

Co więcej, dla tych z nas, którzy nie są skłonni wierzyć w cuda, biblijny opis tego, jak Ezechiasz przygotowywał się na asyryjski atak na Jerozolimę zawiera kilka fascynujących szczegółów wskazujących, że zaraza wśród oblegających Asyryjczyków mogła mieć całkowicie ziemskie przyczyny. Łatwo sobie też wyobrazić inne pilne powody, dla których Sennacheryb mógł zrezygnować z oblegania silnie umocnionej Jerozolimy niezależnie od wywołanych epidemią strat, jakie mogła jego armia ponieść pod murami miasta. Nawiasem mówiąc, liczba 185 tysięcy zmarłych w wyniku choroby musi być bardzo przesadzona; żadna starożytna armia nie zbliżyła się nawet do tej liczby, nie wspominając o takiej, która operowała w pustynnych okolicach Jerozolimy.

Tym samym nie wiemy, co się naprawdę wydarzyło. Mimo to kuszące są rozważania o tym, jak bieg historii świata zostałby zmieniony przez następującą interpretację biegu wypadków. Na przykład: Czy Ezechiasz ocalił swój tron przewidziawszy, że armia asyryjska będzie miała trudności ze znalezieniem odpowiedniej ilości wody podczas przedłużającego się oblężenia Jerozolimy? Druga Księga Kronik opowiada: „Gdy spostrzegł Ezechiasz, że wtargnął Sennacheryb i że zwrócił się do walki przeciw Jerozolimie, postanowił wówczas ze swymi dowódcami i wojownikami zatkać źródła wody, które były na zewnątrz miasta, a oni mu pomogli. Zgromadził się liczny tłum ludu, który zatkał wszystkie źródła oraz strumień, płynący pośrodku ziemi, mówiąc: «Po co wchodzący królowie asyryjscy mają znaleźć wiele wody?»” (2 Krn 32, 2–4).

Część współczesnych archeologów wierzy, że Ezechiasz nakazał zbudowanie niemal 200-metrowego szybu, który wciąż sprowadza wodę ze źródła Gihon do sadzawki Siloe tuż obok starożytnych murów Jerozolimy. Tak trudne przedsięwzięcie musiało zająć wiele czasu i trudno je utożsamiać z wysiłkiem w chwili zagrożenia, by odciąć Asyryjczyków od wody, jak to opisuje Druga Księga Kronik. Szyb jednak mógł stanowić część szerszych starań o poprawienie obronności miasta podjętych przed konfrontacją w 701 roku p.n.e. lub po niej.

W każdym razie można się zastanawiać, czy to zabiegi Ezechiasza, by „zatkać źródła wody” wokół Jerozolimy zmusiły asyryjskich żołnierzy do picia zanieczyszczonej wody, a tym samym naraziły ich na wszechobecne infekcje. Jeśli tak, to fakt, że Ezechiasz, jego książęta i możni dostrzegli, jak trudno znaleźć dość wody pitnej w suchej okolicy Jerozolimy, mógł mieć więcej wspólnego z odwrotem Asyryjczyków niż cud upamiętniony w Biblii.

Aż do czasów Jozjasza (panował 640–612 p.n.e.) religijna interpretacja tego, jak Bóg ocalił Jerozolimę i cudownie zmusił Sennacheryba do odwrotu, konkurowała ze zdroworozsądkowym poglądem, odzwierciedlonym w polityce Manassesa, a polegającym na wprowadzaniu pogańskiego kultu w Jerozolimie jako sposobu uzupełnienia ograniczonej jurysdykcji Jahwe poprzez odwołanie się do innych, potężniejszych bóstw.

Przez wieki hebrajscy prorocy piętnowali taką politykę, głosząc, że Jahwe jest zazdrosnym Bogiem, który żąda wyłącznego oddania i posłuszeństwa wobec swej woli, co widać w ich natchnionych wypowiedziach. Gdy upowszechniało się pismo, słowo Boga, przekazywane przez proroków i mówiące wiernym, jak postępować w sprawach prywatnych i publicznych, było (przynajmniej czasem) spisywane. Odtąd, od około 750 roku p.n.e., zaczęto tworzyć biblijne księgi prorockie. Kapłani Świątyni Salomona prawdopodobnie bronili wyłącznych praw Boga, którego czcili, a kapłańscy redaktorzy i kompilatorzy odpowiadali zapewne za zbieranie i przechowywanie świętych tekstów; od nich wywodzą się pozostałe żydowskie pisma. Kapłani i prorocy nie zawsze się zgadzali, ale jedni i drudzy bronili wyłącznego kultu Jahwe i odrzucali zdroworozsądkową wizję religii, która uznawała wielu lokalnych bogów, walczących między sobą na podobieństwo śmiertelników.

Decydujący triumf szermierze Jahwe odnieśli na początku panowania Jozjasza, kiedy asyryjskie imperium zaczęło upadać, a stronnictwo pobożnych przekonało króla, wtedy jeszcze chłopca, by wyrzekł się wszystkich obcych kultów, którym jego ojciec Manasses pozwolił rozkrzewić się w Jerozolimie. Potem, odnawiając Świątynię, arcykapłan „znalazł księgę Prawa Pańskiego, przekazaną za pośrednictwem Mojżesza” (2 Krn 34, 14). Ta księga, Powtórzonego Prawa, stała się podstawą do żmudnych wysiłków w celu zreformowania praktyk religijnych i dostosowania ich do nowo odkrytej woli Boga.

Trzydzieści sześć lat później, kiedy główny spadkobierca imperium asyryjskiego, król Nabuchodonozor, zniszczył królestwo Judy, zrównał z ziemią Świątynię i uprowadził Żydów do swej stolicy w Babilonie, religijne stronnictwo Jahwe musiało wytłumaczyć sobie, dlaczego Bóg dopuścił do takiej katastrofy. Jednak do tego czasu idea, że Bóg faktycznie rządzi całym światem, była już tak mocno utwierdzona, iż porzucenie Jahwe, tak jak uczynili to Izraelici w 722 roku p.n.e., było nie do pomyślenia. Zamiast tego przez wiele lat prorocy piętnowali grzechy ludu żydowskiego, twierdząc, że niewola babilońska to kara boska za niezdolność władców i ludu Judy do przestrzegania jego przykazań. Nieważne, jak mozolne były ich starania o reformę religijną, nawet najpobożniejsi wciąż mieli problem z przestrzeganiem wszystkich boskich praw.

Za jedyną stosowną odpowiedź uznano dalszą pracę nad poprawieniem postępowania i odkrywaniem boskiej woli przez staranne studiowanie świętych pism. Tak więc, kiedy wśród wygnańców utrwaliły się cotygodniowe spotkania w celu lektury i medytacji nad znaczeniem pism, judaizm zyskał swą trwałą formę. Żydowska religia przestała być lokalna i stała się skuteczną przewodniczką w codziennym życiu w kosmopolitycznym, miejskim otoczeniu, zdolną przetrwać i rozwijać się w nadchodzących stuleciach aż po nieokreśloną przyszłość.

Paradoksalne może wydawać się twierdzenie, że odwrót Sennacheryba, jako potwierdzający słuszność proroctwa Izajasza i polityki religijnej Ezechiasza, miał kluczowe znaczenie dla wykształcenia niezachwianego monoteizmu w maleńkim królestwie Judy, podczas gdy sukces Nabuchodonozora w realizacji tego, czym groził Sennacheryb, zamiast zdyskredytować wiarę, umocnił żydowski monoteizm i pozwolił w późniejszych wiekach narodzić się chrześcijaństwu i islamowi, córkom judaizmu. Jednak chociaż tak było, a w każdym razie tak mi się wydaje, to większość historyków do tego stopnia jest pod wpływem późniejszej historii religijnej świata, że nie potrafi lub nie chce uznać, jak brzemienny w skutki okazał się asyryjski odwrót w 701 roku p.n.e.

Ale, przynajmniej dla mnie, zastanawianie się, jak mała grupa proroków i kapłanów w Jerozolimie interpretowała wydarzenia poza murami miejskimi w 701 roku p.n.e., i rozmyślanie, jak ich poglądy mogły tak powszechnie dominować w późniejszym okresie, jest ożywczym ćwiczeniem historycznej wyobraźni. Nigdy wcześniej ani później tak wiele nie zależało od tak niewielu, wierzących gorąco w jedynego prawdziwego Boga, i od tak śmiałego lekceważenia zdrowego rozsądku.

Dobry sen może zdziałać cuda

Barbara N. Porter

Co by się stało, gdyby Gyges, król Lidii, czuwał do późna, zaniepokojony zbliżaniem się kimmeryjskich hord, i nie miał słynnego snu, w którym bóg Asyrii doradził mu, by został asyryjskim wasalem, rano zaś, zmęczony i zniechęcony, nie zdołał rozbić Kimmeriów i zginął z ich rąk na polu bitwy, zamiast umrzeć kilka lat później?

Gdyby tak się stało, współczesna kultura Zachodu mogłaby wyglądać nieco inaczej. Bez tego snu – a co więcej, po śmierci – Gyges nie posłałby przedstawicieli do odległej Asyrii wraz z dwoma schwytanymi kimmeryjskimi wodzami w charakterze prezentu przyjaźni, aby w 652 roku p.n.e. zawarli pierwszy sojusz między dwoma państwami. Bez tego początkowego przyjaznego kontaktu ocaleni synowie Gygesa mogliby nie zdołać później przekonać Asyryjczyków, żeby skłonili swych sojuszników w Azji Mniejszej do udzielenia dziedzicom Gygesa pomocy w utrzymaniu tronu Lidii – a równocześnie do usunięcia Kimmeriów z Azji Mniejszej. Nigdy też nie mogliby utworzyć w Azji Mniejszej lidyjskiego imperium, słynącego ze złota i handlu, muzyki i sztuki.

Ponieważ większość ludzi nigdy nie słyszała o lidyjskim imperium, może nie wydawać się to wielką stratą, ale perspektywy były dużo gorsze. Po pokonaniu Lidii nikt nie mógłby powstrzymać Kimmeriów przed kontynuowaniem energicznego marszu w stronę morza i zdobyciem greckich kolonii na wybrzeżu. Dysponując statkami tych miast, Kimmeriowie bez trudu przeszliby do ataku na położone niedaleko na zachód miasta Grecji kontynentalnej, które wówczas zbliżały się do okresu wielkiego rozkwitu kulturalnego. Dzięki niemu w V wieku p.n.e. Grecja stała się miejscem narodzin znanej nam kultury Zachodu. Zamiast tego Grecja kontynentalna byłaby ojczyzną kimmeryjskich konnych nomadów, Herodot mógłby pisać traktaty o ujeżdżaniu koni zamiast wynajdywać zachodnią historiografię, a ludzie pokroju Eurypidesa mogliby spędzić życie na pasaniu koni, a nie pisaniu tragedii.

Morał z historii Gygesa może być używany przez matki: kładź się wcześnie do łóżka i wysypiaj się; może od tego zależeć los zachodniej cywilizacji.

Barbara N. Porter jest znawcą politycznej i kulturalnej historii imperium neoasyryjskiego.

Ani śladu, gdzie była Grecja

Victor Davis Hanson

Persowie zwyciężają pod Salaminą, 480 rok p.n.e.

Niewiele razy w dziejach tak wiele zdecydowało się w tak krótkim czasie, jak podczas starcia między Grekami a Persami pod Salaminą w 480 roku p.n.e. (zaliczyć by tu można również Hiroszimę, ale wyjąwszy naszą nuklearną zagładę, epokowe zwroty są wciąż przed nami). Salamina była czymś więcej niż tylko bitwą. Była to najważniejsza konfrontacja między Wschodem a Zachodem, podczas której wszystkie wersje przyszłości zostały albo wprawione w ruch, albo wykluczone. Persowie wyszli na prowadzenie w próbie powstrzymania greckiego indywidualizmu, a inne scentralizowane despotyczne reżimy wschodniej części basenu Morza Śródziemnego najwyraźniej im kibicowały. Używane przez Greków słowa „wolność” i „obywatel”, jak wskazuje Victor Davis Hanson, nie istniały w językach innych śródziemnomorskich kultur.

W kategorii operacji militarnych akcja wszczęta przez perskiego władcę Kserksesa musi być – pod względem skali, długości przygotowań i komplikacji planowania – przyrównana do wyprawy Wielkiej Armady i inwazji podczas D-Day. Ta operacja, której kulminacja nastąpiła pod Salaminą, okazała się ostatnią szansą na przydeptanie żywiołowej kultury Zachodu. „Gdyby Fortuna sprzyjała liczniejszym, wygralibyśmy tego dnia”, mówi posłaniec matce Kserksesa w Persach Ajschylosa. Ateński dramatopisarz sam prawdopodobnie walczył pod Salaminą. „Wynik pokazuje, jak stronniczą ręką bogowie przechylili szalę zwycięstwa i zniszczyli nas wszystkich”. A co w przypadku, gdyby szale przechyliły się w przeciwną stronę? Co, gdyby Persowie zwyciężyli? Niemal do tego doszło. Mogło się tak stać. Gdyby wioślarze pod komendą ateńskiego polityka i wodza Temistoklesa nie pokonali przeciwnika, to czy istniałaby, jakieś 2500 lat później, cywilizacja zachodnia w znanej nam formie? Albo gdyby Temistokles, jeśli przeżyłby Salaminę, przesiedlił Ateńczyków do Italii, tym samym dając ideom wolności i obywatelstwa drugą szansę na rozkwit?

Victor Davis Hanson wydał dziewięć książek, w tym The Western Way of War, The Other Greeks i Who Killed Homer? (wspólnie z Johnem Heathem). Jego książka o upadku rodzinnej farmy, Fields Without Dreams, w 1995 roku została uznana przez San Francisco Book Reviewers Association za najlepszą książkę opartą na faktach. Hanson wykłada filologię klasyczną w California State University we Fresno.

Losy świata znalazły się na chybotliwej wadze. Wschodni despotyzm, świat zjednoczony pod jednym panem i suwerenem – po jednej stronie, i oddzielne państwa, nieznaczące pod względem wielkości i bogactw, ale ożywiane przez swobodny indywidualizm – z drugiej strony, stały naprzeciw siebie w szyku bojowym. Nigdy w historii wspanialej nie zamanifestowała się przewaga duchowej potęgi nad materialną dominacją.

Tak pisał, często uderzający w apokaliptyczny ton, niemiecki historyk i filozof Georg Hegel o następstwach Salaminy. Grecy z epoki to potwierdzali. Persowie Ajschylosa to jedyna zachowana grecka tragedia oparta na historycznym wydarzeniu, zwycięstwie pod „boską Salaminą”, gdzie bogowie ukarali arogancję Medów i nagrodzili odwagę wolnej Grecji. W epigramatach tworzonych po bitwie Grecy twierdzili, że helleńscy żeglarze „uratowali świętą Grecję” i „nie pozwolili, by ujrzała dzień niewoli”. Legenda głosiła, że w dniu wiktorii pod przewodem Ateńczyków Ajschylos walczył, Sofokles tańczył na święcie zwycięstwa, a Eurypides się urodził. Przez ostatnie 2500 lat zachodnia cywilizacja czciła cud pod Salaminą zarówno jako źródło ocalenia swej kultury, jak i katalizator późniejszego literackiego, artystycznego i filozoficznego rozkwitu pod egidą triumfującej i pewnej siebie ateńskiej demokracji. Świątynie na Akropolu, ateńska tragedia i komedia, filozofia sokratyczna i sama historia pojawiły się po wojnach perskich: tak więc zwycięstwo pod Salaminą nie tylko ocaliło hellenizm, ale duchowa euforia i materialna nagroda z zadziwiającego zwycięstwa Ateńczyków umożliwiła te kulturalne przełomy.

Przed Salaminą większość greckich państw-miast miała charakter rolniczy, prowincjonalny. Była izolowana, zastraszona przez 70 milionów poddanych perskiego imperium na Wschodzie, i przyćmiona przez kolejne miliony na Bliskim Wschodzie oraz w Egipcie. Po Salaminie starożytni Grecy już nigdy nie bali się żadnej obcej potęgi aż do swej konfrontacji z Rzymianami. W dodatku, żaden perski król nigdy więcej nie postawił stopy w Grecji i przez następne 2000 lat żaden człowiek Wschodu nie uważał Grecji za swoją aż do podboju Bałkanów przez Osmanów w XV wieku – wydarzenie to pokazało, że niepowstrzymana wschodnia potęga z pewnością chciałaby i mogłaby przez wieki okupować osłabioną Grecję.

Przed Salaminą Ateny były raczej unikatowym państwem-miastem, którego eksperyment z radykalną demokracją liczył zaledwie 27 lat, a jego powodzenie wciąż było niepewne. Po bitwie wyrosła demokratyczna potęga, która władała światem egejskim i dała nam Ajschylosa, Sofoklesa, Partenon, Peryklesa i Tukidydesa. Przed bitwą morską nie było ani zgody, ani wiary w to, że greckie siły są w stanie chronić czy poszerzać greckie interesy za granicą. Po Salaminie przez następne 350 lat mówiące po grecku armie, dysponujące znakomitą technologią i finansowane przez rozważnych inwestorów, będą przemierzały tereny od południowej Italii po rzekę Indus.

Jeśli uznamy wojny perskie za wielki przełom w dziejach świata, to Salamina jest punktem zwrotnym tego konfliktu. Bitwa ta jest dramatycznym przełomem w historii greckiego oporu wobec Persji, zaś rola Temistoklesa i kilku tysięcy Ateńczyków wyjaśnia wspaniałe helleńskie zwycięstwo wbrew wszystkim przeciwnościom. Jawi się więc pewna prawda, że to, co nieliczni uczynili pod koniec września 480 roku p.n.e. u ateńskich wybrzeży, umożliwiło wiele rzeczy, które dziś na Zachodzie uznajemy za oczywiste.

Po pierwsze, powinniśmy pamiętać, że trwające dziesięciolecie walki z Persami – bitwy pod Maratonem (490 p.n.e.), Termopilami i Artemizjonem (480 p.n.e.), Salaminą (480 p.n.e.), Platejami (479 p.n.e.) i Mykale (479 p.n.e.) – dawały Wschodowi realną szansę zdławienia kultury Zachodu w fazie początkowej, zanim radykalne greckie menu – złożone z demokratycznego rządu, własności prywatnej, powszechnej milicji, cywilnej kontroli nad siłami zbrojnymi, swobody poszukiwań naukowych, racjonalizmu i rozdziału między władzami politycznymi a religijnymi – rozszerzy się na Italię, a potem via imperium rzymskie na większą część północnej Europy i zachodnich terenów basenu Morza Śródziemnego. Wcześniej słowa „wolność” i „obywatel” nie istniały w językach żadnej innej śródziemnomorskiej kultury, były one bowiem albo monarchiami plemiennymi, albo teokracjami. W naszej epoce wielokulturowości powinniśmy mieć świadomość, że Grecja była krajem śródziemnomorskim jedynie pod względem klimatu i rolnictwa, ale w porównaniu z sąsiadami całkowicie antyśródziemnomorskim pod względem ducha i wartości.

Już Hegel wiedział to, co nam zdaje się umykać – że gdyby Grecja stała się najbardziej wysuniętą na zachód prowincją Persji, ówczesne greckie gospodarstwa rodzinne stałyby się własnością Króla Królów. Publiczne budynki na agorze zostałyby zamienione w zadaszone bazarowe kramy, a hoplici zostaliby włączeni w szeregi „nieśmiertelnych” Kserksesa. Zamiast helleńskiej filozofii i nauki rozwijać by się mogły jedynie wspierane przez dwór wróżbiarstwo i astrologia, pełniące służebną rolę wobec władzy państwowej i religijnej, pozbawione możliwości nieskrępowanego racjonalistycznego poszukiwania. W perskiej Grecji lokalne rady byłyby jedynie marionetkowymi ciałami ułatwiającymi królowi rekwizycję ludzi i pieniędzy, historia – oficjalnymi dziennikami i edyktami Króla Królów, zaś mianowani lokalni urzędnicy tubami satrapy („obrońcy potęgi”) oraz magów.

Grecy mogli później ukarać grzywną lub wygnać swego wodza Temistoklesa. Gdyby Persowie ośmielili się uczynić to samo z Kserksesem, zostaliby poćwiartowani – co spotkało najstarszego syna władcy lidyjskiego Pytiosa, który został przecięty na pół, a jego tors i nogi ułożono po przeciwnych stronach drogi, żeby mogła przejść między nimi królewska armia. Taką cenę musiał zapłacić Pytios, gdy ośmielił się poprosić Kserksesa o zwolnienie jednego ze swych pięciu synów ze służby wojskowej. Pomimo argumentów wielu współczesnych naukowców, miasta imperium perskiego w żaden sposób nie przypominały państw-miast, gdyby więc Temistokles i jego żeglarze przegrali, żylibyśmy dzisiaj w zupełnie innej tradycji – w której na pisarzach ciążyłyby wyroki śmierci, kobiety byłyby odizolowane i zakwefione, wolność słowa byłaby tłumiona, rząd znajdowałby się w rękach rozległej rodziny autokraty, uniwersytety stałyby się centrami religijnej gorliwości, a policja obyczajowa zagościłaby w naszych salonach i sypialniach.

Tysiąc, mniej więcej, greckich poleis, które wykształciły się około VIII wieku p.n.e., natychmiast stanęłoby w obliczu niewątpliwego paradoksu: warunki ich sukcesu stałyby się źródłem upadku. Odizolowane doliny Grecji, ogólny brak zainteresowania resztą świata śródziemnomorskiego, skrajny szowinizm wysoce indywidualistycznych i autonomicznych małych greckich wspólnot – wszystko to, jak nic innego, pozwoliło na utworzenie i rozwój społeczeństwa wolnych posiadaczy ziemi. Jednak nie doprowadziło to do wykiełkowania żadnej zasady narodowego federalizmu, ani nawet myśli o wspólnej obronie – wszystkie związane z tym idee rządu i scentralizowanej siły były sprzeczne z niemal fanatycznym greckim przywiązaniem do politycznej niezależności i indywidualizmu; dla zrzędliwych obywateli sama myśl o podatku federalnym była herezją. Współcześni zwolennicy Narodów Zjednoczonych nie znaleźliby przyjaciół w starożytnej Grecji. W rzeczywistości, nawet najbardziej radykalny piewca praw państwowych mógłby się okazać zbyt powściągliwy dla Greków z tamtej epoki. W kwestii greckiego wpływu na autonomię regionalną prawdziwym Grekiem był John C. Calhoun1, a nie Abraham Lincoln czy Woodrow Wilson.

Przed VI wiekiem p.n.e. gospodarcza energia, polityczna elastyczność i militarna zuchwałość tych zaściankowych Greków umożliwiła im mimo wszystko skolonizowanie wybrzeży Azji Mniejszej, regionu Morza Czarnego, południowej Italii, Sycylii i części Afryki Północnej. Innymi słowy, milion Greków i ich unikatowa idea wolnej polis zdobyli wpływy znacznie wykraczające poza ich możliwości determinowane zasobami naturalnymi czy dostępną siłą ludzką. I znów brakowało jakiejkolwiek towarzyszącej myśli mocarstwowej czy choćby federalistycznej, która mogłaby zorganizować lub zunifikować te ekspansjonistyczne wysiłki. Zamiast tego prawie 1000 gwarnych miast-państw – jak powiada Herodot, zjednoczonych tylko pod względem idei, języka i religii – realizowało własne mocno zróżnicowane zamierzenia.

Inne dużo starsze i bardziej scentralizowane państwa – czy to teokracje w Afryce Północnej, czy też autokracje polityczne w Azji – zauważyły to. W szerszej perspektywie strategicznej przed początkiem V wieku p.n.e. Persowie, Egipcjanie, Fenicjanie i Kartagińczycy poznali tych wścibskich i wszędobylskich Greków jako żeglarzy, kupców, najemników i kolonistów. Czy nie dałoby się tych skłóconych i podzielonych ludzi zdławić przewagą w ludziach i orężu zanim ich podstępna kultura rozszerzy się poza helleński ląd i uczyni z Morza Śródziemnego greckie jezioro?

Wyzwanie to podjęli w pierwszych dwóch dziesięcioleciach V wieku p.n.e. Dariusz I, a później jego syn Kserkses. Po ich klęskach w świecie starożytnym nigdy już nie wątpiono w wyższość zachodniego paradygmatu. W kolejnych dziesięcioleciach po Salaminie stosunkowo niewielka liczba Greków – czy to Ateńczyków w Egipcie, zebranych z całej Grecji najemników zatrudnionych przez perskich możnych, czy macedońskich opryszków Aleksandra – walczyła w Azji lub Afryce Północnej dla podbojów i łupów; nigdy więcej helleńskie armie nie musiały na własnej ziemi walczyć o wolność. Po klęsce Kserksesa, kiedy Grecy za granicą osłabli, czy to z powodu braku dopływu nowych ludzi, czy też rozdętej skali przedsięwzięcia, żadna wschodnia potęga nie ośmieliła się najechać ich ojczyzny. Gdy Grecy odnosili sukcesy za morzem, co zdarzało się dużo częściej, zwykle niszczyli kulturę swych wrogów, zakładali kolonie wojskowe i wysyłali do ojczyzny niewolników i pieniądze. Salamina ustanowiła zasadę, że Grecy mają postępować, a inni ustępować, tak w sensie materialnym, jak i kulturowym.

Dużo więcej napisano o ostatnim wielkim starciu Rzymu z Kartaginą. Ale mimo trzech morderczych wojen (264–146 p.n.e.) i koszmarnej szesnastoletniej wyprawy megalomana Hannibala do Italii, ostateczne rozstrzygnięcie nigdy nie budziło wątpliwości. Do III wieku p.n.e. rzymski sposób mobilizowania, wyposażania armii oraz jej dowodzenia, jak również elastyczność i prężność republikańskiego rządu oraz rosnącego sukcesu italskich rolników, finansistów, kupców i budowniczych – wszystkich korzystających z dziedzictwa greckiego, które umocniły sukces Greków w wojnach perskich – sprawiły, że ostateczny wynik wojen punickich był mniej lub bardziej przesądzony. Zważywszy na wielkość rzymskiej armii, cudem jest nie to, że Kartagina upadła, ale że zdołała walczyć tak zawzięcie i tak długo.

W przeciwieństwie do Rzymian później, pod Salaminą skłóceni Grecy stanęli w obliczu floty trzy lub cztery razy większej. Armia perska na lądzie dysponowała jeszcze większą przewagą liczebną – Persów było od pięciu do dziesięciu razy więcej niż greckich hoplitów. Sama Persja mogła zgromadzić rezerwy ludzkie 70 razy większe niż wszystkie greckojęzyczne ziemie i dysponowała w swym imperialnym skarbcu taką ilością monet i kruszców, że w porównaniu z nim greckie skarbce świątynne wydawały się ubogie.

Faktycznie, bez imperialnej struktury greckie miasta-państwa kłóciły się o sposób obrony kraju niemal do pierwszych oznak perskiego ataku. Po przejściu Kserksesa pod koniec lata 480 roku p.n.e. przez północną Grecję, znacznie więcej greckich poleis było neutralnych lub służyło Persom niż dochowywało lojalności sprawie helleńskiej. A w przeciwieństwie do Rzymu w okresie inwazji Hannibala, do września 480 roku p.n.e. Ateny były już nie tylko zagrożone, ale zniszczone i zajęte, a ludność Attyki ewakuowała się i rozproszyła. Sytuacja stała się dużo gorsza niż w Europie Zachodniej w połowie 1940 roku, po hitlerowskich zwycięstwach nad europejskimi demokracjami.

Wyobraźmy sobie najechaną i pokonaną Francję – bez sojuszników, z już zniszczonym Paryżem, z Łukiem Triumfalnym i wieżą Eiffla w gruzach, z niedobitkami przedostającymi się w małych łodziach do Anglii i kolonii w Afryce Północnej, która dla swego ocalenia rzuca na szalę niewielką, ale patriotycznie nastawioną flotę z Tulonu. A potem przyjmijmy, że francuscy patrioci i ich okręty wygrywają, rozbijając połowę hitlerowskich jednostek i w ciągu kilku miesięcy stawiając bohaterski opór na okupowanym terytorium Francji, gdzie ich piechota przystępuje do niszczenia wielokrotnie liczniejszej niemieckiej armii i wypiera ją uciekającą w bezładzie za Ren.

Ale zważywszy, że wojny perskie stanowiły dla drugiej strony ostatnią szansę, by zdławić rodzącą się, chociaż żywiołową, kulturę Zachodu, to czy Salamina była prawdziwym punktem zwrotnym w trwającym dziesięciolecie oporze Greków wobec Dariusza i Kserksesa? Bez trudu możemy zrezygnować z pierwszego starcia pod Maratonem, bohaterskiego zwycięstwa Ateńczyków 10 lat wcześniej. Wiktoria była wspaniała i zapobiegła wówczas spaleniu Aten. Ale armia inwazyjna Dariusza w 490 roku p.n.e. na niewielkiej równinie attyckiej na północ od Aten nie była wielka – liczyła zapewne nie więcej niż 30 tysięcy – i wcześniej zajęła tylko kilka greckich wysp. W tej próbie Dariusz nie miał ani zasobów, ani chęci, żeby zniewolić Grecję. Co najwyżej perskie zwycięstwo mogło być odpłatą za ostatnią nieudaną interwencję Ateńczyków po stronie zbuntowanych Greków jońskich z wybrzeża Azji Mniejszej. Ateńska klęska pod Maratonem mogłaby też doprowadzić do odrodzenia rodzimej tyranii pod rządami potomków dawnego tyrana Pizystrata, sprzyjających Persji. Tym samym z powodu ograniczonych celów i unikania walk z większością innych greckich miast-państw perskie zwycięstwo pod Maratonem samo w sobie zepchnęłoby nieco w bok rozwój Grecji, chociaż by go nie zakończyło.

Dariusz zmarł w 486 roku p.n.e., a zadanie pomszczenia hańby Maratonu spadło na jego syna Kserksesa. Ten nie myślał o kolejnej karnej ekspedycji, ale wymarzył sobie masową inwazję, jedną z większych, jakie widziała wschodnia część basenu Morza Śródziemnego. Po czteroletnich przygotowaniach Kserkses zmobilizował swe wojska w 480 roku p.n.e. Przez Hellespont wkroczył do Europy i ruszył przez północną Grecję, podporządkowując sobie wszystkie miasta-państwa na trasie przemarszu, a nieszczęsne helleńskie wspólnoty miały do wyboru albo zniszczenie, albo kapitulację. Chociaż nie można ufać starożytnym opisom, że perska armia liczyła ponad milion ludzi, możemy sobie wyobrazić, że nawet ćwierć czy pół miliona pieszych i żeglarzy stanowiło największą siłę inwazyjną, jaką Europa widziała do D-Day w czerwcu 1944 roku. Nie musimy się też zgadzać ze źródłami z epoki, że perska jazda liczyła 80 tysięcy konnych. Ale nawet połowa tego stanowiłaby pięć razy więcej niż konne siły, których Aleksander użył do podboju Azji ponad półtora stulecia później. Z pewnością jednak w armadzie Króla Królów znajdowało się dużo więcej niż 1200 fenickich, greckich i perskich okrętów.

Grecy uzgodnili, że powstrzymają atak w wąskim wąwozie Termopile, ostatniej przełęczy ponad Przesmykiem Korynckim, gdzie teren oferuje doskonałe warunki do obrony przed przeważającym liczebnie przeciwnikiem. Od północnej strony, między urwiskiem a morzem było nie więcej niż 15 metrów. Tak więc w sierpniu 480 roku p.n.e. miasta-państwa wysłały flotę pod dowództwem Ateńczyków wzdłuż wybrzeża do przylądka Artemizjon. Lądem przybył król Sparty Leonidas z kontyngentem niespełna 7000 hoplitów. Gdyby udało się powstrzymać perską flotę, a wielką wrogą armię zablokować, wszystkie miasta-państwa z południa mogłyby jeszcze ruszyć na północ, dołączyć do Leonidasa i tym samym udaremnić postępy wroga i uniemożliwić wyrządzenie przez niego wielkiej szkody wspaniale rozwijającym się terenom środkowej i południowej Grecji.

Śmiała grecka strategia szybko upadła. Mimo odwagi Spartan pod Termopilami i zniszczenia większej części floty perskiej w czasie sztormu pod Artemizjonem, obie bitwy – zarówno na lądzie, jak i na morzu – zmieniły się w największą wojskową porażkę w dziejach greckich miast- -państw. Król Sparty leżał martwy, jego ciało okaleczono, ponad 4000 hoplitów zabito, dużą część greckiej floty zniszczono, a cały kraj na północ od Przesmyku Korynckiego został wydany na pastwę wroga. Porzucone Ateny miały zostać spalone, potem zaś zapewne zasiedlone ponownie jako lokalna stolica imperium perskiego – grecki Sardes, Babilon lub Suza – by zbierać pieniądze dla Persepolis.

Tym samym bitwa pod Salaminą wyłoniła się jako następna – i ostatnia – okazja, by powstrzymać perski atak. Gdyby Grecy nie walczyli pod Salaminą – albo tam przegrali – skutki łatwo sobie wyobrazić. Grecka flota – gdyby przetrwała, albo jej niedobitki wciąż dało się zebrać razem – popłynęłaby na południe do Przesmyku Korynckiego, gdzie wspólnie z resztkami piechoty z Peloponezu raz jeszcze spróbowałaby zorganizować ostatnią linię obrony podobną do nieudanych prób pod Termopilami i Artemizjonem. Ale teraz, po podboju całej północnej i środkowej Grecji, wyeliminowaniu Ateńczyków i większego morskiego kontyngentu Greków, bez wątpienia pół miliona Persów, uskrzydlonych sukcesem z wiosny i lata – wspomaganych przez siły podbitych greckich miast-państw – przełamałoby opór na przesmyku i wlałoby się do Koryntii oraz na ziemie na południu i zachodzie. Piechurów wsparłaby, rzecz jasna, wielka perska flota, która dostarczałaby zaopatrzenie oraz ludzi na tyły greckich obrońców w Argolidzie i na północnym wybrzeżu Peloponezu. Z późniejszej historii Grecji wiadomo, że obsadzenie przesmyku nie powstrzymało wrogów przed wdarciem się na Peloponez – Epaminondas, nawet bez wsparcia morskiego, udowodnił to czterokrotnie w latach sześćdziesiątych IV wieku p.n.e.

Wielka bitwa pod Platejami, stoczona po greckiej wiktorii pod Salaminą, doprowadziła do zniszczenia resztek perskiej piechoty w polu i oznaczała ostateczne wyparcie sił Kserksesa z Grecji. Jednak tę przełomową bitwę można zrozumieć jedynie w kontekście taktycznego, strategicznego i duchowego triumfu pod Salaminą we wrześniu roku poprzedniego. Persowie pod Platejami walczyli bez swego króla – Kserkses wraz z częścią najlepszej piechoty wycofał się do ojczyzny po klęsce na morzu. Perska flota nie wspierała swoich u wschodnich wybrzeży Beocji. A Grecy, chociaż sprzeczali się i zwalczali aż do ostatnich chwil przed Salaminą, pod Platejami wystąpili zjednoczeni i pełni ufności z powodu swego niedawnego morskiego sukcesu. Poza tym, pod Platejami znalazło się więcej Greków – 70 tysięcy hoplitów i drugie tyle lekkozbrojnych – niż kiedykolwiek zmobilizowano w dziejach Grecji. Tym samym Persowie walczyli jako siła niedawno pokonana, bez przewagi liczebnej, jaką mieli pod Salaminą, bez króla i jego ogromnej floty. Nie mieli szans na posiłki od strony morza. Grecy natomiast napływali masowo na małą równinę pod Platejami, przekonani, że ich perscy wrogowie wycofują się z Attyki zdemoralizowani klęską pod Salaminą oraz porzuceni przez swych politycznych i wojskowych przywódców.

Zwycięstwa pod Maratonem i Platejami – oraz oczywiście nieudany grecki opór pod Termopilami i Artemizjonem – nie były same w sobie decydującymi bitwami dziesięcioletnich walk persko-greckich. O ile Maraton opóźnił perski podbój, a Plateje go zakończyły, o tyle Salamina go uniemożliwiła. Kiedy Persowie wycofali się spod Salaminy, byli osłabioną armią bez króla, floty i większości żołnierzy.

Jeśli Salamina była kluczem do greckiego zwycięstwa w wojnach perskich, to co zadecydowało o znakomitym greckim sukcesie tamże? Na podstawie opisów Herodota z V wieku p.n.e. i Persów Ajschylosa, a także późniejszych źródeł z drugiej i trzeciej ręki – historyka Diodora oraz biografa Plutarcha, by wymienić najważniejsze – i rekonesansu topograficznego wokół samej Salaminy, uczeni mogą lepiej lub gorzej zrekonstruować bitwę. Po burzliwym spotkaniu admirałów panhelleńskiej floty Grecy zgodzili się przyjąć plan Ateńczyka Temistoklesa, aby umieścić swą dużo mniejszą flotę – nieco ponad 350 okrętów przeciwko od 600 do 1000 jednostek perskich – w wąskich cieśninach między wyspą Salaminą a Grecją kontynentalną na zachód od Aten. Persowie zajęli całą pobliską Attykę i zapuszczali się na południe aż do Megary, kilkaset metrów naprzeciwko północno-zachodniego cypla Salaminy. Natomiast ludność Aten pozostawała rozproszona, z mężczyznami zdolnymi do noszenia broni na Salaminie, a starcami, kobietami i dziećmi odesłanymi na odleglejszą Eginę i wybrzeże Argolidy na południowym zachodzie.

Oprócz odzyskania ojczyzny bardziej decydujący plan Temistoklesa przewidywał natychmiastową walkę, póki Grecy wciąż jeszcze pamiętali o panhelleńskiej obronie, a jego rodzinna kraina znajdowała się w rękach wroga od zaledwie paru tygodni. Temistokles twierdził, że w ograniczonej przestrzeni cieśnin Salaminy Persom zabraknie miejsca do manewrowania i nie będą mogli rozwinąć pełnego szyku, co pozwoli mniej licznym, ale ciężej zbrojnym greckim okrętom zmniejszyć liczebną przewagę wroga. Na tak zamkniętych wodach mniej doświadczeni żeglarze greccy nie musieli przejmować się oskrzydleniem i otoczeniem przez sprawne załogi w kształtnych trierach, i mogli wyruszyć, burta w burtę, w zmasowanym szyku, starając się wbić swoje masywniejsze jednostki w pierwsze szeregi lżejszych okrętów perskich, jońskich i fenickich. Każdy Pers lub ich sojusznik, który by przetrwał, miał zostać zakłuty włóczniami przez greckich hoplitów rozstawionych na pobliskich wysepkach, podczas gdy uszkodzone greckie okręty wraz z załogami mogły schronić się na Salaminie.

Bitwa morska trwała cały dzień – prawdopodobnie między 20 a 30 września 480 roku p.n.e. – o zmierzchu Persowie stracili połowę okrętów, a ich flota się rozproszyła. Kluczem do greckiego sukcesu było zniwelowanie różnicy w liczebności i przewagi doświadczenia; uczynili to błyskotliwie przed bitwą i podczas niej. Wychodząc z błędnego założenia, że Grecy wycofają się na północny zachód przez kanał między Megarą a Salaminą, Persowie popełnili dwa błędy. Po pierwsze, odłączyli większą część swej floty, by zabezpieczała wyjście, tym samym odciągając wartościowe jednostki z pola bitwy. Po drugie, Kserkses rozkazał swym siłom, chociaż wciąż panowała noc, pożeglować w górę kanału między Salaminą a Attyką – upewniając się, że załogi nie będą spały ani jadły – równocześnie zmniejszając swą przewagę liczebną na ograniczonym akwenie. Starożytne opisy różnią się w szczegółach walki, ale najprawdopodobniejsze wydaje się, że około 350 greckich trier ustawionych w dwa szeregi, sięgające około 3 kilometrów w poprzek kanału, szykowa się do staranowania trzech stojących naprzeciwko linii perskich okrętów, które były rozproszone i wtedy miały już przewagę tylko dwa do jednego. Herodot, Ajschylos oraz późniejsze źródła niewiele mówią o zderzeniu, ale Grecy, zdecydowani zabezpieczyć swe rodziny na Salaminie i na zachodzie, na Peloponezie, wykorzystali swoje cięższe okręty do wielokrotnego staranowania floty Kserksesa, aż jej rozmaite kontyngenty zaczęły się wykruszać, a starcie przekształciło się w walkę wręcz. Chociaż Persowie nadal przewyższali liczebnie Greków, ich morale podupadło, a w ciągu kilku dni Kserkses odpłynął do domu z 60 tysiącami pieszych gwardzistów, pozostawiając swego zastępcę Mardoniosa, by kontynuował walkę na lądzie następnej wiosny. Tak w największym skrócie można opisać bitwę pod Salaminą.

W co najmniej dwóch krytycznych momentach to przywództwo Temistoklesa sprawiło, że bitwę stoczono pod Salaminą i że została wygrana. Całkiem dosłownie, gdyby nie był na miejscu lub doradził inne środki, Grecy albo nie zaangażowaliby się w walkę z Persami, albo ją przegrali. Wkrótce po porażce w wojnach perskich kultura Zachodu obumarłaby w kolebce po zaledwie dwóch stuleciach. Oprócz Temistoklesa żaden grecki przywódca nie mógł, ani nie chciał, przewodzić Grekom na morzu w obronie Aten.

Po pierwsze, decyzja, żeby walczyć z Persami na morzu, wydaje się własnym pomysłem Temistoklesa. Wcześniej przekonał swych krajan, że proroctwo wyroczni delfickiej o ocaleniu przez „mury drewniane” oznacza nową ateńską flotę u wybrzeży, co potwierdza zwłaszcza wzmianka: „Salamis, boski ty kraju!”2 w dwóch ostatnich wersach heksametru zesłanego przez Apollina. Tak więc Ateńczycy ewakuowali Attykę oraz swą stolicę i uciekli na morze z inicjatywy Temistoklesa – mądre posunięcie, ponieważ twardogłowi konserwatywni hoplici woleliby stoczyć ostateczną bitwę na równinie ateńskiej. A pamiętajmy, że ateńska flota złożona z 250 okrętów została zbudowana niedawno i była w doskonałym stanie – co należy przypisać wyłącznie uporowi Temistoklesa sprzed dwóch lat. W czasie zaciekłej debaty między politykami reprezentującymi skrajne poglądy przekonał on ateńskie zgromadzenie, by nie rozdzielało zysków z nowo otwartych kopalni srebra w attyckim Laurion między obywateli, ale przeznaczyło je na budowę okrętów i wyszkolenie żeglarzy do obrony nowej demokracji przed atakiem ze strony Greków lub Persów. Jego dalekowzroczne zabiegi w 482 roku p.n.e. sprawiły, że teraz Ateńczycy dysponowali nową armadą tuż u swych wybrzeży.

Po tym, jak poturbowana grecka flotylla popłynęła z Artemizjonu na południe wzdłuż wybrzeża, Herodot informuje, że Eurybiades, spartański dowódca ponownie zebranej połączonej greckiej floty, scedował decyzję o miejscu bitwy na radę greckich admirałów. Powinniśmy wierzyć twierdzeniu Herodota, że Grecy spoza Aten pospiesznie zaczęli forsować wycofanie do baz w południowej Argolidzie, gdzie mogliby przygotować się do obrony niedalekiego Przesmyku Korynckiego: „Bo Attyka była już poniechana […], najwięcej głosów zgodnie oświadczyło się za tym, żeby pojechać na Istmos i przed Peloponezem wydać bitwę morską”. W ten sposób, rozumowali Grecy, w razie klęski wciąż będą mogli znaleźć schronienie w swych przystaniach.

W tym punkcie opowieści Herodot każe Ateńczykowi Mnesifilosowi biadać z powodu takiej decyzji: „A zatem, jeżeli ci odbiją z okrętami od Salaminy, ty już za żadną ojczyznę nie będziesz na morzu walczył: każdy bowiem skieruje się do swego miasta i ani Eurybiades, ani żaden inny człowiek nie zdoła nikogo z nich zatrzymać, tak by flota się nie rozproszyła; i wskutek nierozwagi zginie Hellada”. Tak jak Grecy z wysp jońskich po przegranym powstaniu dziesięciolecie wcześniej, tak i Grecy z kontynentu, jak twierdził Mnesifilos, również mogliby się rozproszyć po miażdżącej klęsce, głośno nawołując do dalszego oporu, chociaż po cichu układając się z Persami.

Ale, raz odtrącony, Temistokles natychmiast zwołał drugie zebranie i przekonał Eurybiadesa, żeby jemu powierzono dowództwo nad Grekami pod Salaminą i aby mógł walczyć tam, gdzie wąskie kanały dadzą fory obrońcom, gdzie zwycięstwo będzie oznaczało ocalenie wysiedlonych Ateńczyków i gdzie Peloponezyjczycy będą mogli bronić ojczyzny, od której wróg wciąż jeszcze był daleko. Temistokles dodał, że Grecy nie mogą oddać już więcej terytorium – wyspy w Zatoce Sarońskiej i Megaryda były teraz bezbronne. Faktycznie, Persowie budowali falochron do samej Salaminy, przez który zamierzali przemaszerować i schwytać uwięzionych na wyspie ateńskich wygnańców.

Temistokles dodał, że nieroztropnie byłoby walczyć na otwartym morzu u wybrzeży Koryntu, gdzie wolniejsze statki greckie, których też było mniej, łatwo mogłyby zostać otoczone i wymanewrowane przez flotę nieprzyjaciela. Wreszcie teraz, na otwartym posiedzeniu, zagroził, że jeśli Grecy odpłyną i porzucą Salaminę, wycofa ateńską flotę z walki i przewiezie swych rodaków do Italii, gdzie założy miasto na nowo. Pod wpływem tej desperacji i gróźb greccy dowódcy niechętnie ustąpili. W połowie września zapadła decyzja, by nie ruszać się i czekać na wroga. Ale czy perskie okręty wpłyną w wąskie cieśniny, czy po prostu poczekają u wybrzeży okupowanej Attyki, aż Grecy z cumujących jednostek pokłócą się i rozdzielą?

Drugim wielkim wyczynem Temistoklesa było wciągnięcie wrogich okrętów w cieśniny. Herodot opowiada, że ateński przywódca posłał nocą swego niewolnika Sikinnosa za kanał, do perskiego obozu z taką historyjką, którą przekazał nieprzyjacielowi: Temistokles i jego Ateńczycy pragną perskiego zwycięstwa. Dodał też, że Grecy posprzeczali się i zamierzają uciec z Salaminy na przesmyk. Kserkses ma ostatnią szansę, by ich schwytać, jeśli rano natychmiast popłynie między Salaminą a Attyką i zaskoczy greckie okręty nieprzygotowane i zdezorganizowane. Faktycznie, Ateńczycy i inni mogli zmienić front i przyłączyć się do Persów, gdy ci wpłyną do cieśnin.

Uczeni wciąż spierają się o autentyczność opowieści Herodota o podstępie Temistoklesa. Chociaż opowieść wydaje się melodramatyczna i przypisuje decyzję o rozstawieniu 1000 okrętów plotce przyniesionej przez jednego niewolnika, nie ma powodu powątpiewać w przebiegłość ateńskiego wodza czy łatwowierność Persów. W końcu Persowie kilka tygodni wcześniej zwyciężyli pod Termopilami głównie dzięki zdradzie Greka Efialtesa z Malis, który pokazał im drogę dokoła wąwozu, umożliwiającą przedostanie się na tyły obrońców. Tymczasem pod Salaminą bardzo wcześnie następnego ranka, po udanej nocnej misji Sikinnosa, Persowie dali się zwieść, powiosłowali w cieśniny, wprost w grecką pułapkę. Z opisu Herodota i Ajschylosa wynika, że perskie okręty stłoczyły się w wąskiej zatoce i nie mogły wykorzystać ani swej przewagi liczebnej, ani szybkości, żeby rozbić lub oskrzydlić Greków, którzy ich metodycznie taranowali swymi cięższymi jednostkami. Temistokles walczył dzielnie na własnym, wyraźnie oznaczonym okręcie, podczas gdy Kserkses obserwował starcie z bezpiecznej odległości, z tronu na szczycie pobliskiej góry Ajgaleos.

Niewątpliwie Temistokles wydaje się głównym architektem greckiego zwycięstwa. Obecność dużej floty ateńskiej miała kluczowe znaczenie dla sprawy Greków, a jej utworzenie to jego zasługa. Oprócz Salaminy między Atenami a południowym Peloponezem nie było innych miejsc, które stwarzałyby dogodniejsze warunki do walki dla mniejszej i wolniejszej greckiej armady. Pamiętając o klęsce na lądzie, Temistokles przekonał swych rodaków do zaufania okrętom, a nie hoplitom, ewakuował mieszkańców Attyki, a potem namówił greckich dowódców, by zaryzykowali wszystko w bitwie na ateńskich wodach, które jako jedyne zapewniały szansę na zwycięstwo. Bez względu na prawdziwe okoliczności podjęcia przez Persów brzemiennej w skutki decyzji o przystąpieniu do walki na warunkach Greków, współcześni wierzyli, że Temistokles skłonił podstępem Kserksesa do natychmiastowego rzucenia floty w cieśniny. I wreszcie w decydującym momencie starcia Temistokles poprowadził kontyngent ateński, wspomagany przez łaskawe pływy, by odciąć skrzydło wroga i rozgromić perską flotę. Krótko mówiąc, kluczem do zbawienia Zachodu było pokonanie Persów przez Greków, co wymagało zwycięstwa pod Salaminą, a to z kolei nie wydarzyłoby się bez uporczywych starań – wbrew opozycji – jednego ateńskiego męża stanu. Gdyby się zawahał, zginął albo gdyby zabrakło mu sił moralnych i intelektualnych, by przeforsować swe argumenty, prawdopodobnie Grecja stałaby się perską satrapią.

Zbyt często zapomina się o postscriptum do Salaminy. Greckie zwycięstwo mogło ocalić Zachód dzięki temu, że hellenizm nie wygasł po zaledwie dwóch stuleciach rozwoju kultury polis. Ale, co równie ważne, zwycięstwo stało się też katalizatorem całego ateńskiego renesansu demokratycznego. Jak zauważył Arystoteles w swej Polityce 150 lat później, to, co było zwykłą grecką polis, eksperymentującą z nadaniem urodzonym w Atenach biedakom prawa głosu, teraz znienacka przejęło kulturalne przywództwo w Grecji.

Ponieważ Salamina była zwycięstwem „morskiego tłumu”, w następnym stuleciu rosły wpływy pozbawionych ziemi ateńskich wioślarzy, żądających szerszej reprezentacji politycznej współmiernej do ich sprawności na coraz bardziej liczących się morzach. Świeżo wzmocnieni ateńscy obywatele zmienili tamtejszą demokrację, która wkrótce wzniosła Partenon, subsydiowała tragików, wysyłała swe triery na całe Morze Egejskie, wymordowała Melijczyków i straciła Sokratesa. Maraton stworzył mit ateńskiej piechoty, Salamina, dużo większe zwycięstwo, zastąpiła go. Piewcy polityki podbojów w rodzaju Peryklesa, Kleona i Alcybiadesa, a nie potomkowie weteranów spod Maratonu, mieli być w przyszłości kluczowymi graczami.

Nie dziwi więc narzekanie Platona w Prawach, że chociaż Maraton otworzył pasmo greckich sukcesów, a Plateje je skończyły, to Salamina „uczyniła Greków gorszymi jako ludzi”. Ponad 100 lat po bitwie Platon postrzegał Salaminę jako punkt zwrotny na drodze rozwoju wczesnej kultury zachodniej. Przed Salaminą w greckich państwach-miastach cenzus majątkowy decydował o prawie udziału w głosowaniach, a w wojnach uczestniczyli wyłącznie ci, których stać było na nabycie ekwipunku piechura; obywatele nie byli opodatkowani, państwo nie miało stałej floty i nie dążyło do podbojów. Zasady te określały wolność i równość w pojęciu mniejszości społeczeństwa, która posiadała duże majątki, wykształcenie i ziemię. Przed Salaminą istotą polis nie była równość dla wszystkich, ale szukanie cnót moralnych dla wszystkich pod kierunkiem odpowiednio wykwalifikowanych i utalentowanych ludzi mających podobne poglądy.

Platon, Arystoteles i większość greckich myślicieli od Tukidydesa do Ksenofonta nie byli zwykłymi zwolennikami elitaryzmu. Postrzegali zagrożenie, jakie nieodłącznie niosły ze sobą swoboda i dostatek wypływające z radykalnie demokratycznych rządów, wolności słowa i wolnego rynku. Według tego rygorystycznego poglądu, bez wrodzonej powściągliwości i wyczucia równowagi polis stworzyłaby obywatela zaabsorbowanego sobą, skrajnego indywidualistę, niezainteresowanego ani działaniami na rzecz wspólnoty, ani cnotą moralną. Co więcej, konserwatyści uważali, że rząd powinien opierać się na większości głosów tylko wykształconych i świadomych obywateli wypłacalnych finansowo. Wojna – jak pod Maratonem i Platejami – powinna służyć obronie prawdziwej własności, tej ziemskiej, i wymagać żołnierskiej odwagi, a nie tylko przewagi technologicznej czy liczebnej. Obywatele powinni mieć własne gospodarstwa, posiadać broń i odpowiadać za własne gospodarcze bezpieczeństwo, nie zaś szukać pracy najemnej, funkcji państwowych czy tytułów urzędniczych. Wioślarze spod Salaminy zmienili to wszystko w ciągu jednego popołudnia.

Gdy Morze Egejskie stanęło otworem po wycofaniu się perskiej floty spod Salaminy, a Ateńczycy stali się awangardą greckiego oporu, radykalna demokracja i obalenie starej polis znalazły się w zasięgu ręki. Filozofowie mogli nienawidzić Salaminy, ale to ona ocaliła Grecję, podobnie jak biedacy pod wodzą Temistoklesa nie zrujnowali kraju, ale go odnowili.

Pod przewodem hałaśliwego ateńskiego demos wyłonił się nowy, bardziej dynamiczny, ekscytujący i w pewnym sensie zuchwały Zachód. To, nad czym potem w zachodniej kulturze ubolewali filozofowie w rodzaju Hegla, Nietzschego i Spenglera – jej szalejąca równość, jednostajność i zainteresowanie prostackimi dobrami materialnymi – w jakimś sensie zaczęło się pod Salaminą, nieszczęsnym „wypadkiem”, jak powie Arystoteles, który jednak na zawsze pchnął zachodnią cywilizację w stronę bardziej egalitarnej demokracji i bardziej kapitalistycznej gospodarki. Cokolwiek możemy powiedzieć o wielkiej mocy dzisiejszej zachodniej kultury czy o zagrożeniach z niej płynących – coraz szersza demokracja konsumencka, prawa jeszcze bardziej rozszerzone, odpowiedzialność obywateli jeszcze bardziej namiastkowa – ta mobilna i dynamiczna tradycja to też wynik wrześniowego zwycięstwa Temistoklesa pod Salaminą.

Pod koniec września 480 roku p.n.e. Temistokles i jego biedni Ateńczycy nie tylko ocalili Grecję i zalążek zachodniej cywilizacji przed Persami, ale także przedefiniowali Zachód jako coś bardziej egalitarnego, niespokojnego – i nieprzewidywalnego – co wyewoluowało w społeczeństwo lepiej lub gorzej znane nam dzisiaj.

Przypisy

1 John C. Calhoun (1782–1850) – polityk amerykański, wiceprezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1825–1832; opowiadał się za prawem poszczególnych stanów do wypowiadania posłuszeństwa prawom federalnym, jeśli szkodziły one interesom stanowym (przyp. tłum.)

2 Wszystkie cytaty z Dziejów Herodota w przekładzie Seweryna Hammera, Wrocław 2005 (przyp. tłum.).

Podbój niedokonany

Przedwczesna śmierć Aleksandra Wielkiego

Josiah Ober

Historyk Arnold Toynbee przedstawił kiedyś kontrfaktyczną tezę, która zyskała sobie pewną popularność. Co by się mogło wydarzyć, gdyby Aleksander Wielki nie umarł w wieku trzydziestu dwóch lat, lecz dożył późnej starości? Toynbee widział Aleksandra podbijającego Chiny i organizującego wyprawy morskie dookoła Afryki. Aramejski lub grecki stałyby się naszym lingua franca, a buddyzm religią uniwersalną. Dodatkowe ćwierć wieku życia dałoby Aleksandrowi szansę zrealizowania jego marzenia o Jednym Świecie, co stanowiłoby krok w stronę Narodów Zjednoczonych w starożytnym stylu.