Gdańsk - Hilke Sellnick - ebook

Gdańsk ebook

Hilke Sellnick

4,4
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły z Katalogu Klubowego+ w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Wielka gdańska saga trwa!

Ciemne chmury zbierają się nad Gdańskiem i losem Johanny. Odważna młoda kobieta walczy o przetrwanie stoczni… i o sekretną miłość.

Johanna jest szczęśliwa. Budowa nowej stoczni Forsterów przebiega zgodnie z planem. Jej mąż, Berthold, i jego syn z pierwszego małżeństwa, Paweł, z zapałem pracują nad pierwszym statkiem, który wkrótce zostanie zwodowany. Johanna również coraz aktywniej pragnie angażować się w działalność stoczni. Berthold i Paweł doceniają jej proaktywne podejście, ale – ku jej niezadowoleniu – jako kobieta wciąż ma niewiele do powiedzenia. Dodatkowo Paweł jej unika. Nie może zapomnieć o tym, co wydarzyło się podczas pożaru magazynu.

Tymczasem brat Johanny, Teodor, nie ustaje w intrygach. Zazdrosny o jej sukces, stawia coraz to nowe przeszkody, by zaszkodzić jej i stoczni. Kiedy podczas uroczystego chrztu pierwszego statku wybucha skandal, na próbę zostaje wystawiona nie tylko reputacja nowego przedsiębiorstwa, ale również małżeństwo Johanny…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 610

Oceny
4,4 (27 ocen)
15
9
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Pucula

Całkiem niezła

Uff. Po trzech tomach problemy znalazły swoje rozwiazanie, ale ich nadmiar przutłacza.
10
Chilim26

Całkiem niezła

Trochę naciągane. Poprzednie tomy były ciekawsze.
00
Annku90

Dobrze spędzony czas

"Jutro wszyst­ko się zmie­ni, myśli z na­dzie­ją." Wszak po każdej burzy, wychodzi słońce. Kolejna część opowieści z Gdańskiem w tle. Gdy do miasta wrócił Paweł, był pewien, że Johanna jest tylko na chwilę. Widząc miłość ojca do niej i on zmienil swój stosunek. A kobieta chce angażować się w działalność stoczni, przestrzegając jednocześnie przed swoim bratem. Teodor robi wszystko, by zniszczyć reputację stoczni, siostry i jej całej rodziny. Na szczęście nie wszyscy wierzą w plotki. Wiatr od morza nawiewa wiele wątpliwości i wystawia na próbę uczucia i emocje. Już po pierwszym tomie wiedziałam, że miłość Johanny i Bertholda jest silna i przetrwają niejeden sztorm. Niestety jest coś silniejszego od miłości, a jest to śmierć... Zaskakujący koniec niesie wiele pytań i jestem przekonana, że odpowiedzi na nie znajdę w ostatnim - trzecim tomie.
00
mag-tur

Dobrze spędzony czas

Tak trudno mi wykrzesać kilka słów o książce aby nie zdradzić fabuły czytelnikom, którzy dopiero mają zamiar zabrać się za czytanie serii. „Gdańsk. Czas burzy” to w końcu drugi tom. Powieść obyczajowo-historyczna napisana przez Hilke Sellnik wciąga czytelnika w realia XIX- wiecznego Gdańska. To tu bowiem rozgrywa się akcja powieści, gdzie prym wiedzie Johanna, znienawidzona siostra przez najstarszego z rodzeństwa - Teodora. Od urodzenia jest mu solą w oku i teraz po wyjściu za mąż za wdowca Bertolda Forstera, który wraz ze swoim synem Pawłem z pierwszego małżeństwa budują stocznię i swój pierwszy statek, dodatkowo psuje mu krew i przysparza o bezsenne noce. Jednak jak sądzi jest na tym świecie sprawiedliwość przez skandal, który ma miejsce podczas wodowania pierwszego statku wykonanego przez ojca i syna. Teodor zaciera ręce i knuje przeciw siostrze i jej rodzinie puszczając w świat plotki, które stają się dodatkową przeszkodą nad poprawą wizerunku sumiennych szkutników. Ten moment ok...
00

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: Dan­zig. Zeiten des Sturms

Copy­ri­ght © 2024 by Hilke Sel­l­nick Copy­ri­ght © 2024 by Pen­guin Ver­lag a divi­sion of Pen­guin Ran­dom House Ver­lagsgruppe GmbH, München, Ger­many Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Ewa Kocha­now­ska

All rights rese­rved

Redak­cja: Kata­rzyna Dzie­dzicka Korekta: Ewa Ski­biń­ska, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Mag­da­lena Zawadzka Zdję­cia na okładce: © Nata­sza Fie­do­tjew/Tre­vil­lion Ima­ges, Pri­vate Col­lec­tion © Gale­rie Bil­der­welt/Brid­ge­man Ima­ges Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 9788383828299

Teodor

Ma mocny sen, więc budzi się dopiero, gdy Luiza szar­pie go za ramię. Trudno zro­zu­mieć, co ona tam szepce, bo jej słowa giną wśród jęków i stę­ka­nia.

– Co znowu? – mru­czy pół­przy­tomny.

Nagle trzeź­wieje i już wie, co się dzieje. Dziecko! Ona rodzi dziecko. Ogar­nięty panicz­nym stra­chem wyska­kuje z łóżka i boso bie­gnie przez kory­tarz.

– Traude! Pani Döppel! – krzy­czy ochry­ple.

W poko­jach służby na pod­da­szu sta­rej gdań­skiej han­ze­atyc­kiej kamie­nicy panuje mar­twa cisza; gdy trzeba spro­wa­dzić aku­szerkę w środku nocy, słu­żący robią się przy­głusi. Zwłasz­cza że wszę­dzie leży śnieg i oddech zama­rza na luto­wym mro­zie.

Pan domu w furii łomo­cze w drzwi, za któ­rymi śpi jego brat Ernst.

– Wsta­waj! Luiza rodzi! No już, zbie­raj się!

Z mał­żeń­skiej sypialni dobie­gają gło­śne jęki Luizy. To go napawa stra­chem. Żona led­wie prze­żyła kilka poro­nień i w zasa­dzie – jak ostrze­gał lekarz – kolejna ciąża to dla niej śmier­telne zagro­że­nie. No ale zda­rzyło się, a Bóg zrzą­dził, że tym razem dono­siła dziecko. Tylko czy prze­żyje poród? Luiza jest deli­kat­nej kon­sty­tu­cji, silne krwo­toki przy poro­nie­niach za każ­dym razem dopro­wa­dzały ją na skraj śmierci.

Młod­szy brat naj­wy­raź­niej nie spie­szy się ze wsta­wa­niem. Teo­dor nie­cier­pli­wie łapie lampkę nocną ze sto­ją­cej na kory­ta­rzu komody, otwiera z roz­ma­chem drzwi do sypialni Ern­sta i świeci do wnę­trza. No oczy­wi­ście – na stole leżą zapi­sane arku­sze, obok stoi wypa­lona świeca. Znowu przez pół nocy pisał te swoje bez­u­ży­teczne trak­taty. Ernst uważa się za wiel­kiego lite­rata – cóż za non­sens!

– Nie sły­sza­łeś? Ubie­raj się i ścią­gnij tu aku­szerkę!

– A czemu ja? – Zza zasłon przy łóżku dobiega zaspane bur­cze­nie. – Czy to może moje dziecko?

Teo­dora ogar­nia wście­kłość. Ernst ostat­nio pozwala sobie na imper­ty­nen­cje, na które wcze­śniej wobec star­szego brata ni­gdy by się nie ośmie­lił. Wygląda na to, że zarę­czyny z bogatą córką arma­tora Anną Marią Jon­kers ude­rzyły mu do głowy, w końcu panna wnosi w wia­nie korzystne kon­takty han­dlowe z przed­się­bior­stwem żeglu­go­wym swo­jego ojca.

– Mam cię popę­dzić? – ryczy Teo­dor i groź­nie zbliża się do łóżka. Nie odczuwa skru­pu­łów przed zdar­ciem koł­dry z młod­szego brata i wycią­gnię­ciem go za łeb z pier­na­tów.

– Ja pójdę, jaśnie panie! – roz­lega się za nim czyjś głos.

W kory­ta­rzu roz­bły­ska świa­tło, ale przy­odziana w nocny strój postać nie jest ani gospo­dy­nią, ani Traude. To Danuta, owi­nięta weł­nianą chu­stą.

– Nie! – oświad­cza Teo­dor. – Ty nie.

Jesz­cze tego bra­kuje, żeby aku­rat Danuta błą­kała się po mie­ście w ciemną i zimną noc, niech no jesz­cze ktoś ją napad­nie. Niech Traude albo pani Döppel odmra­żają sobie nogi. Niech Ern­stowi odpadną uszy na mro­zie. Danuta była przez pewien czas słu­żącą w tym domu, ale teraz jest matką jego uko­cha­nego syneczka Chri­stiana, włos jej z głowy spaść nie może.

– Ależ, jaśnie panie, pań­skiej żonie potrzebna jest aku­szerka! – lamen­tuje Danuta. – Pani jest taka deli­katna, a poród wyssie z niej wszyst­kie siły…

W tym momen­cie sły­chać, jak Ernst, klnąc, wstaje z łóżka i zrywa z głowy szlaf­mycę, która w nocy chroni jego arty­styczny lok przed roz­czo­chra­niem.

– Precz z mojego pokoju! – pomstuje. – Ubie­ram się. Danuto, przy­szy­kuj mi futro Teo­dora! I ocie­plane buty z cho­le­wami!

– No wresz­cie! – kwi­tuje Teo­dor z zado­wo­le­niem.

Rusza scho­dami na pod­da­sze, żeby pogo­nić obie słu­żące. Wsta­wać, poza­pa­lać lampy. Napa­lić w sypialni. Pod­grzać wodę. Przy­szy­ko­wać posi­łek dla tej nie­na­żar­tej aku­szerki. Zapa­rzyć her­batę. Cze­kać w goto­wo­ści.

– Do dia­bła cięż­kiego! Rusz­cie kulasy, jak chce­cie tu jesz­cze pra­co­wać!

Kobiety są już ubrane. Oczy­wi­ście, że sły­szały jego woła­nie przed chwilą, ale obie chy­tru­ski wolały zacze­kać w nadziei, że nie wyśle ich na ten ziąb.

– Do usług, jaśnie panie – mam­roce skwa­pli­wie gospo­dyni, dyga­jąc. – Musia­łam tylko wło­żyć suk­nię, nie mogę prze­cież sta­wić się przed jaśnie panem w koszuli…

Döppelowa jest niska i przy­sa­dzi­sta, no i brzydka jak noc; jej widok w koszuli noc­nej raczej nie byłby przy­jemny. Poko­jówka, chuda jak szczapa i pła­ska jak deska Traude, też nie jest pięk­no­ścią. Teo­dor odsyła ją do Luizy, a gospo­dyni zabiera się w kuchni do roboty.

On sam na razie nie wcho­dzi do mał­żeń­skiej sypialni. Nic tam po nim, porody i tym podobne sprawy to rzecz kobiet, tajem­ni­cze pro­cesy, pełne mrocz­nych i prze­ra­ża­ją­cych szcze­gó­łów, o któ­rych męż­czy­zna nie musi się dowia­dy­wać. Czeka na kory­ta­rzu, póki Traude do niego nie wyj­dzie.

– I co? – pyta.

– Ma bóle poro­dowe, jaśnie panie…

– Tyle sam wiem. Coś poza tym?

– To jesz­cze dobrą chwilę potrwa. Będziemy wie­dzieć wię­cej, jak przyj­dzie aku­szerka.

– Zaj­mij się nią!

– Oczy­wi­ście, jaśnie panie.

Teo­dor stoi jesz­cze przez moment w kory­ta­rzu, nasłu­chu­jąc. Gdy znowu dobie­gają go stę­ka­nia i jęki Luizy, nara­sta w nim nie­zno­śne poczu­cie, że sam nie jest bez winy, jeśli idzie o jej cier­pie­nia. W końcu nie dotrzy­mał posta­no­wie­nia, by zanie­chać cie­le­snego obco­wa­nia z żoną.

Uspo­kaja się, że prze­cież sama tego chciała. Prze­cież było to jej naj­go­ręt­szym pra­gnie­niem, no i bądź co bądź tym razem udało jej się dono­sić dziecko. Ile jest warta gada­nina dok­tora Stern­berga? Jeśli Bóg zechce, Luiza powije zdro­wego syna, który będzie dora­stał pod jej okiem.

W nie­opa­la­nym kory­ta­rzu cią­gnie chło­dem, a ponie­waż Teo­dor nijak nie jest w sta­nie przy­spie­szyć biegu rze­czy, wyco­fuje się do swo­jego daw­nego pokoju dzie­cię­cego, który teraz służy gościom. Cia­sno tam, ponie­waż upy­cha się w nim naj­roz­ma­it­sze graty, ponadto prze­ście­ra­dło i poduszki na łóżku są zawil­go­cone z zimna, więc zanim Teo­dorowi uda się zasnąć, mija dobra chwila. Ale wresz­cie zapada w głę­boki i mocny sen.

Budzi się dopiero rano o zwy­kłej porze. Jest jesz­cze ciemno, w domu panuje gro­bowa cisza. Teo­dor siada na łóżku i czuje lodo­waty ziąb prze­ni­ka­jący przez nocną koszulę. Nikt go nie obu­dził, by prze­ka­zać mu nowiny, niczego dobrego to nie wróży. Przy­gnę­biony wstaje i woła Traude, żeby przy­nio­sła mu ubra­nie.

– Jak się czuje moja żona?

– Śpi, jaśnie panie.

– Śpi? To zna­czy, że dziecko już się uro­dziło?

– Nie, jaśnie panie. Bóle poro­dowe ustały. Aku­szerka zja­dła solidne śnia­da­nie i poszła do domu, bo to może jesz­cze potrwać. Mamy ją powia­do­mić, kiedy jaśnie pani znowu zacznie rodzić.

Co za roz­cza­ro­wa­nie! Całe zamie­sza­nie na darmo, pie­nią­dze dla aku­szerki, któ­rych ta bez wąt­pie­nia zażąda, wyrzu­cone w błoto. Dla­czego rodząca raz czuje bóle porodu, a raz nie? Prze­cież uro­dze­nie dziecka to coś, co jak naj­szyb­ciej chcia­łoby się mieć za sobą, prawda? Ale na Luizie ni­gdy nie można było pole­gać…

Z Lange Gasse, z Dłu­giej, dobiega chro­bot łopat do śniegu, po bruku tur­koce fur­manka, koń­skie pod­kowy ude­rzają głu­cho w zmro­żony śnieg. Teo­dor czeka na gospo­dy­nię, żeby przy­nio­sła dzba­nek cie­płej wody, potem myje się, goli i sta­ran­nie zacze­suje włosy na łysinkę pośrodku głowy, pamiątkę po poża­rze hali maga­zy­no­wej w zeszłym roku. Na rękach też widać ślady tam­tego wyda­rze­nia. Na szczę­ście zacho­wał wszyst­kie palce, ale na wewnętrz­nych powierzch­niach dłoni zostało kilka niby to zago­jo­nych miejsc, które trzeba sma­ro­wać maścią, ponie­waż skóra stała się wraż­liwa i utra­ciła dawną ela­stycz­ność. Przy­spa­rza mu to nie­zno­śnych trud­no­ści z chwy­ta­niem cze­go­kol­wiek, a przed­mioty czę­sto wyśli­zgują mu się z rąk. Musi też uwa­żać, żeby nie uma­zać maścią waż­nych doku­men­tów. Jed­nak gdy wspo­mni roz­sza­lały ogień, to w osta­tecz­nym roz­ra­chunku naprawdę nie­źle się z tego wyka­ra­skał. Nie­je­den „dobry przy­ja­ciel” lub zna­jomy widział już Teo­dora na cmen­ta­rzu i tylko cze­kał, aż sza­cowna firma han­dlowa ogłosi ban­kruc­two. Ale on tak pokie­ro­wał swoim przed­się­bior­stwem, że udało mu się unik­nąć kata­strofy. Pozo­stało jesz­cze kilka ostat­nich zobo­wią­zań, któ­rych spłatę mu odro­czono, ale na ile zdoła, dotrzy­muje ter­mi­nów, zaś han­del zbo­żem, do któ­rego wresz­cie zna­lazł doj­ście, pozwala ocze­ki­wać rosną­cych zysków. Mot­tlau, Motława, jest jesz­cze zamar­z­nięta, co unie­moż­li­wia żeglugę, ale zima nie będzie prze­cież trwała wiecz­nie, naj­da­lej za dwa tygo­dnie port gdań­ski znów będzie wolny od lodu. Statki mogą przy­bi­jać do Neu­fahr­was­ser, Nowego Portu, na pół­nocy, gdzie Wisła ucho­dzi do Morza Bał­tyc­kiego; hala maga­zy­nowa byłaby teraz jak zna­lazł. Ale z pia­chu ster­czą na­dal jej zglisz­cza, a doszły do niego słu­chy, że zło­dziej­ski naród zabrał się do sza­brunku jego cegieł. Jakież to wszystko iry­tu­jące!

Śnia­da­nie począt­kowo je sam, ponie­waż Ernst znowu zaspał. Ma więc czas, by roz­my­ślać o nie­pra­wo­ści tego świata, który pozwala takiemu zbrod­ni­czemu sukin­sy­nowi pod­pa­lać z czy­stej żądzy zemsty maga­zyn pełen drewna. Jego dawny słu­żący Oskar Possert, któ­rego twardo podej­rzewa o pod­ło­że­nie ognia pod halę, zapadł się pod zie­mię i nie można go pocią­gnąć do odpo­wie­dzial­no­ści za ten czyn. Świat jed­nak jest tak urzą­dzony, że spra­wie­dliwi muszą cier­pieć, a niespra­wie­dliwi trium­fują, Teo­dor Berend doświad­czał tego nie­stety od dzie­ciń­stwa. Kogo ojciec obda­rzał miło­ścią? Nie jego, naj­star­szego syna, który roz­pacz­li­wie o nią zabie­gał. Ojciec kochał dwójkę młod­szych dzieci, a zwłasz­cza swoją jasno­włosą „Haneczkę”, czyli córkę Johannę, oraz małego Ern­sta, zawsze tak sko­rego do zabaw­nych figli i psot. Teo­dor już wtedy nauczył się zno­sić pod­łość świata i nie upa­dać na duchu. To nie­na­wiść wobec nie­spra­wie­dli­wo­ści pomaga mu prze­trwać, ogrzewa go i daje mu siły do prze­ciw­sta­wia­nia się losowi.

Zzięb­nięty i nie­wy­spany Ernst poja­wia się w jadalni, nalewa sobie kawy i narzeka na ból gar­dła.

– Nie mam pre­ten­sji do Luizy – bur­czy. – Ale mogłem sobie daro­wać nocny spa­cer po śniegu i lodzie.

– Nie można było tego prze­wi­dzieć. – Teo­dor staje w obro­nie żony. – Poród jest skom­pli­ko­waną rze­czą i nie zawsze prze­biega tak, jak byśmy tego ocze­ki­wali.

Ernst kiwa głową ze zro­zu­mie­niem i sma­ruje masłem kromkę chleba.

– Moja Anna Maria jest tego samego zda­nia – obwiesz­cza. – Dla­tego posta­no­wiła nie mieć dzieci. Uwa­żam tę decy­zję za godną uwagi i powie­dzia­łem, że się z nią zga­dzam.

Teo­dor przy­wykł już do kon­fron­ta­cji z nie­co­dzien­nymi poglą­dami narze­czo­nej swo­jego bra­ciszka. Tym razem jed­nak opi­nia Anny Marii jest tak nie­do­rzeczna, że wywo­łuje szy­der­czy uśmiech na jego twa­rzy. Bądź co bądź, to jedyna córka zamoż­nego arma­tora Jana Jon­kersa, a wobec tego zobo­wią­zana do wyda­nia na świat potomka i dzie­dzica.

– Ser­deczne gra­tu­la­cje z powodu tak mądrego usta­le­nia – stwier­dza z iro­nią.

– Bar­dzo dzię­kuję – odpo­wiada Ernst i nad­gryza kanapkę. – Zresztą – cią­gnie, prze­żu­wa­jąc – mógł­byś prze­pi­sać na mnie halę w Neu­fahr­was­ser, w Nowym Por­cie. Ojciec Anny Marii jest zain­te­re­so­wany jej odbu­dową i wyko­rzy­sta­niem w cha­rak­te­rze maga­zynu na roz­ma­ite towary.

Teo­dor mało się nie dławi poranną kawą. Co za bez­czel­ność! Nie da się ukryć, że odkąd bra­ci­szek zarę­czył się z Anną Marią, czuje się coraz bar­dziej pewny sie­bie.

– Prze­pi­sać halę na cie­bie? A skąd ci przy­szedł do głowy tak sza­lony pomysł?

Ernst nie odpo­wiada od razu, przy­pusz­czal­nie musi zebrać całą odwagę, żeby wytrwać przy swoim żąda­niu.

– No… – zaczyna roz­wle­kle. – W końcu stoi na grun­tach, które pap­cio przy­obie­cał mi w testa­men­cie.

Tu cię mamy! Ten nowy prze­jaw aro­gan­cji jed­no­znacz­nie trzeba przy­pi­sać złemu wpły­wowi tej małej.

– Nic mi o tym nie wia­domo – ucina dys­ku­sję Teo­dor. – Testa­ment ojca leży w sza­fie z aktami, możesz prze­czy­tać, co zostało ci prze­zna­czone.

Obaj świet­nie wie­dzą, co zapi­sano w testa­men­cie. Teo­dor spi­sy­wał go pod dyk­tando umie­ra­ją­cego ojca, a następ­nie Ernst i Luiza, obecni w pokoju, poświad­czyli pod­pi­sami praw­dzi­wość doku­mentu.

– Sam wiesz dobrze, że opu­ści­łeś nie­które ustępy, które podyk­to­wał ci ojciec – oświad­cza Ernst i spo­gląda bratu w oczy z nie­znaną do tej pory krnąbr­no­ścią.

Tu ma rację. Teo­dor nie chciał dopu­ścić do roz­pro­sze­nia majątku Beren­dów i dla­tego pomi­nął kilka zapi­sów, któ­rych ojciec w swo­jej poczci­wo­ści chciał doko­nać na rzecz młod­szego rodzeń­stwa. Co z kolei umknęło naiw­nemu Ern­stowi przy skła­da­niu pod­pisu.

– Chyba nie chcesz mi zarzu­cić, że ogra­bi­łem cię z two­jego dzie­dzic­twa? – zwraca się groź­nie do brata. – Spró­buj tylko, sam zoba­czysz, jak na tym wyj­dziesz!

Ernst wbija wzrok w swój talerz. Bra­ci­szek zawsze był tchó­rzem, ustę­puje przed groźbą, od razu pod­kula ogon.

– A co by się takiego stało, gdy­byś prze­pi­sał halę na mnie? – ucieka się do próśb. – I tak się spa­liła, a jej odbu­dowa będzie mnó­stwo kosz­to­wać.

To aku­rat prawda, ale Teo­dor w żad­nym razie nie ma zamiaru odda­wać za darmo ziemi, na któ­rej stoi maga­zyn. Odkąd Nowy Port zaczął się wszech­stron­nie roz­wi­jać, ceny gruntu sko­czyły tam nie­mal w dwój­na­sób. Poza tym sam zamie­rza odbu­do­wać halę.

– Nie zapo­mi­naj, że musia­łem doku­pić trze­cią par­celę, żeby w ogóle ją zbu­do­wać – dorzuca.

W isto­cie Ber­thold For­ster, mąż jego sio­stry Johanny, kazał sobie słono zapła­cić za kawa­lą­tek terenu. Teo­dora do dziś to iry­tuje. Z tru­dem znosi tego zuchwa­łego szkut­nika, który śmiał ubie­gać się o rękę Beren­dówny i z uwagi na trudną sytu­ację rze­czy­wi­ście dostał dziew­czynę. Ale Johanna jesz­cze ni­gdy w życiu nie prze­pu­ściła oka­zji, by zaszko­dzić bratu.

Ernst podej­muje ostat­nią, nie­pewną próbę reali­za­cji swo­jego pra­gnie­nia.

– Jan Jon­kers zapła­ciłby ci prze­cież za tę par­celę – mówi z wes­tchnie­niem. – Gnębi mnie to, że tak zupeł­nie nic nie wno­szę do naszego mał­żeń­stwa.

– No jak to? A twój wielki talent lite­racki i namięt­ność do sztuk pięk­nych? – szy­dzi Teo­dor. – Twój przy­szły teść powi­nien być aż nadto zado­wo­lony.

Na takie dic­tum Ernst milk­nie i zabiera się do dru­giej kanapki. Teo­dor przy­gląda mu się z namy­słem. Lite­rac­kie salony w mie­ście uwiel­biają jego przy­stoj­nego bra­ciszka, zwłasz­cza odkąd wydaje żur­nal „Pochod­nia Lite­racka”. Mógł uszczę­śli­wić jakąś inną młodą damę, skorą do zamę­ścia, ale upa­trzył sobie aku­rat Annę Marię Jon­kers, którą w całym mie­ście powszech­nie znają jako „trudną”. Teo­dor nie żywi ani krzty sym­pa­tii wobec tej dziew­czyny, ale nie jest nie­za­do­wo­lony z decy­zji brata, ponie­waż paran­tela z ojcem wybranki, boga­tym arma­to­rem Janem Jon­kersem, wpły­nęła nad wyraz korzyst­nie na inte­resy jego firmy. Nie­stety młoda dama jest samo­wolna, a jego brat ma słaby cha­rak­ter – dla­tego też trzeba pil­no­wać tej sprawy i w razie potrzeby inter­we­nio­wać.

Traude, która sprząta ze stołu po śnia­da­niu, nie ma żad­nych nowych wie­ści co do stanu swo­jej pani, więc Teo­dor wraz z Ern­stem scho­dzą do sieni, by wpu­ścić pisa­rza kan­toru Kor­bitza i obu nie­dawno zatrud­nio­nych pra­cow­ni­ków maga­zy­no­wych. Wszy­scy trzej wyglą­dają na prze­mar­z­nię­tych. Kor­bitz z miej­sca zabiera się do napa­le­nia w piecu, pozo­stała dwójka musi odśnie­żyć podwó­rze i ulicę przed domem, bo nocą znów napa­dało mnó­stwo śniegu. Teo­dor bie­rze roz­ma­ite próbki towa­rów i kilka doku­men­tów, po czym powie­rza Ern­stowi nad­zór nad kan­to­rem, wkłada futro i wycho­dzi w inte­re­sach. Z posia­dło­ści Beren­dów do Dworu Artusa, gdzie obraca się kupiec­kimi towa­rami, nie­da­leka droga – wystar­czy, że minie ratusz, i już jest na miej­scu.

Przy por­talu impo­nu­ją­cej budowli Teo­dor otrze­puje śnieg z wyso­kich butów i obo­jęt­nie prze­cho­dzi obok dwóch odźwier­nych, któ­rzy stoją tam, pil­nu­jąc, by do wnę­trza nie wszedł nikt nie­upraw­niony. Widzi idą­cego z naprze­ciwka kupca Augu­sta Blotta w towa­rzy­stwie zię­cia Eugena Alber­tusa; wymie­niają pozdro­wie­nia, narze­kają na doj­mu­jący mróz, który unie­ru­cho­mił port, po czym roz­cho­dzą się każdy w swoją stronę. Teo­dor nie jest cza­ru­ją­cym gawę­dzia­rzem, jakim był jego ojciec, który dzięki jowial­nej i życz­li­wej natu­rze ubił nie­je­den dobry inte­res. Syn czę­sto zresztą tego żałuje, ale nie zmieni swo­jego oschłego cha­rak­teru, nauczył się więc wła­sną drogą docie­rać do celu. Prze­cina sień budynku giełdy, którą zdo­bią drew­niane rzeźby, malo­wi­dła i zawie­szone pod sufi­tem modele okrę­tów, i wcho­dzi po krę­tych scho­dach do sali. Jej wystrój świad­czy rów­nież o trwa­ją­cym od wie­ków dobro­by­cie mia­sta i miej­skich kup­ców – gotyc­kie skle­pie­nie, rzeź­bione boaze­rie i bajeczne malo­wi­dła, z jed­nej ze ścian wbija się w prze­strzeń impo­nu­jące jele­nie poroże, w wyso­kim kaflo­wym piecu naj­wy­raź­niej napa­lono. Ale nawet temu potęż­nemu, ponad­dwu­na­sto­me­tro­wemu grzej­ni­kowi nie udaje się ogrzać sali – przy sto­łach, roz­sta­wio­nych pomię­dzy gra­ni­to­wymi kolum­nami, jest zimno i wieje prze­ciąg; żaden z kup­ców, któ­rzy się tam tar­gują, nie zdjął czapki ani płasz­cza.

Teo­dor nie zamie­rza długo zaba­wić. Wystar­czy, jeśli sprzeda mniej­sze par­tie towaru po dobrej cenie, oprócz tego chce się rozej­rzeć za ofertą na wino i buraki cukrowe oraz w miarę moż­no­ści od razu umó­wić się na kupno tych dóbr, bo ma na nie odbiorcę w Holan­dii.

Do połu­dnia nie­wiele jed­nak zdzia­łał, więc ponie­waż mar­twi się o Luizę, posyła gońca, by się dowie­dział o jej samo­po­czu­cie.

– Jaśnie pani nie czuje się dobrze – mel­duje mu chło­pa­czek, który przy­biegł do niego z zaczer­wie­nio­nymi od mrozu uszami. – Bar­dzo prosi, żeby jaśnie pan zechciał już wró­cić do domu.

Zde­ner­wo­wany Teo­dor daje chłopcu drob­niaka i czeka nie­cier­pli­wie na przy­bi­cie oferty na par­tię potażu, do czego w końcu docho­dzi. Uścisk dłoni i pod­pis pie­czę­tują zawar­cie inte­resu, po czym Teo­dor żegna się spiesz­nie i pędzi do domu. Jest zimno, ale i tak po dro­dze robi mu się gorąco, gdy prze­chod­nie i fur­manki tara­sują drogę. Mało się nie prze­wraca, gdyż kilku ucznia­ków urzą­dziło sobie na tro­tu­arze tor łyż­wiar­ski. Wście­kły jak dia­bli wcho­dzi po scho­dach wio­dą­cych na przed­proże swo­jej kamie­nicy i wkra­cza do sieni.

Tam zaś panuje roz­gar­diasz i zamie­sza­nie. Traude zbiega z pierw­szego pię­tra, bie­rze od niego płaszcz i kape­lusz, szep­cąc, że przy­szli goście.

– Pani Jon­kers z córką, a oprócz nich pani von Kle­iwitz, pani Anna Erne­styna Bec­ker i pani Rebeka Oster­tag…

Boże święty, myśli Teo­dor w prze­ra­że­niu. Czy te damy nie mają nic lep­szego do roboty, niż prze­sia­dy­wać u nich i oka­zy­wać swoje współ­czu­cie, pytlu­jąc i plot­ku­jąc ile wle­zie?

– Czy aku­szerka już przy­szła? – dopy­tuje.

– Wła­śnie się zja­wiła. Jaśnie pani nale­gała na spro­wa­dze­nie dok­tora Stern­berga, jest teraz przy niej na górze.

Teo­dor pojąć nie może, dla­czego żona wezwała leka­rza, w końcu cho­dzi o poród, a od tego jest aku­szerka. Ale Luiza ni­gdy nie zwa­żała na zasoby pie­niężne swo­jego mał­żonka, więc teraz też pew­nie uważa, że lepiej być pod podwójną opieką.

Na dole w kan­to­rze Ernst zaj­muje się sta­rym Gro­piu­sem, który z upo­rem zama­wia u nich bursz­tyn, ponie­waż kupo­wał go już u ich świę­tej pamięci ojca. Teo­dor zagląda tam tylko na moment i bie­gnie na górę, żeby w miarę moż­no­ści zamie­nić z dok­to­rem parę słów. Z salonu dobiega gwar – przy­byłe piją her­batę i z oży­wie­niem toczą roz­mowę. Ten głupi zwy­czaj zbie­ra­nia się kobiet w domu położ­nicy, by oka­zać jej wspar­cie, wydaje mu się wybit­nie nie­do­rzeczny. Nie wita się z damami i jak naj­ci­szej prze­krada się scho­dami na dru­gie pię­tro. Dostrzega wycho­dzą­cego z pokoju dok­tora Stern­berga z torbą lekar­ską w ręku. Na widok Teo­dora lekarz zatrzy­muje się pośrodku kory­ta­rza i głę­boko wzdy­cha.

– Nie wygląda to dobrze – wyja­śnia z zatro­skaną miną. – Ale cóż mam powie­dzieć, sza­nowny panie? Ostrze­ga­łem pana. Pań­ska droga mał­żonka nie powinna była zacho­dzić w ciążę…

– Dzię­kuję za poucze­nie – prze­rywa mu w furii Teo­dor. – Ile jestem winien?

– Trzy talary i dzie­sięć srebr­nych gro­szy, jeśli łaska. Uni­że­nie dzię­kuję, sza­nowny panie. I wszyst­kiego naj­lep­szego dla dro­giej mał­żonki…

Teo­dor płaci i jest zado­wo­lony, gdy iry­tu­jący zrzęda znika w dole scho­dów. Od razu dobie­gają go cięż­kie kroki aku­szerki, która wyraź­nie cze­kała w kuchni, bo nie chce się spo­tkać z panem dok­to­rem.

– Poszedł sobie? – pyta nie­uf­nie. – Co też jaśnie pani sobie myślała, żeby go tu ścią­gać! Toż taki pan po uni­wer­sy­te­cie bla­dego poję­cia nie ma o rodze­niu dzieci!

Kobieta znika w sypialni, a Teo­dor sły­szy, jak tam oznaj­mia dono­śnie, że jaśnie pani jesz­cze dzi­siaj wyda na świat zdrowe dziecko.

Gdy­byż tylko tak się stało, myśli pełen obaw.

Przez chwilę czuje pokusę, by pobiec do Kościoła Mariac­kiego i tam modlić się za żonę i dziecko. Ale porzuca tę myśl, bo raz że na dwo­rze jest prze­raź­li­wie zimno, a dwa że czułby się skrę­po­wany, gdyby ktoś go na tym przy­ła­pał. Zamiast tego puka do drzwi izdebki Danuty, by zna­leźć u niej i u swo­jego synka pocie­chę. Nikt mu jed­nak nie odpo­wiada, a gdy otwiera drzwi, nie widzi ani nie­gdy­siej­szej poko­jówki, ani małego Chri­stiana. Pew­nie zeszła na dół do kuchni, żeby pomóc przy robo­cie, i wzięła ze sobą dziecko.

Na kory­ta­rzu gorącz­kowa krzą­ta­nina. Gospo­dyni nad­biega ze stertą bia­łych ręcz­ni­ków, jakaś nie­znana mu słu­żąca dźwiga dzban z gorącą wodą, Traude pędzi z dzban­kiem kawy i o mały włos na niego nie wpada. Teo­dor zre­zy­gno­wany umyka do kan­toru, dokąd Ernst, jego brat, zadys­po­no­wał obiad dla sie­bie i kan­to­ro­wego pisa­rza Kor­bitza.

– Dalej nic? – pyta Ernst i szcze­rzy zęby we współ­czu­ją­cym uśmie­chu. – Siądź z nami, star­szy bra­cie. Mamy gro­chówkę; tro­chę mdła, ale pożywna.

W zasa­dzie Teo­dor nie ma w zwy­czaju żywie­nia pra­cow­nika, ale powściąga repry­mendę, która słusz­nie by się bratu nale­żała. Czeka cier­pli­wie, aż przy­niosą mu posi­łek, nie sprze­ci­wia się rów­nież, gdy Ernst hoj­nie nalewa czer­wo­nego wina.

– Wyglą­dasz, jakby ci się przy­dał porządny łyczek – oświad­cza łaska­wie młod­szy bra­ci­szek i napeł­nia kie­liszki sobie i Kor­bit­zowi. Teo­dor wlewa w sie­bie alko­hol, jakby to była woda, słu­cha papla­niny pisa­rza, który jest potrój­nym ojcem i opo­wiada o trud­nych naro­dzi­nach swo­ich dzieci, a wresz­cie wysyła Ern­sta do piw­nicy po kolejne dwie butelki. Póź­nym popo­łu­dniem, kiedy na dwo­rze już się ściem­nia, orien­tuje się, że znowu sie­dzi na łóżku w gościn­nym pokoju, nie może pozbie­rać myśli, jakby ktoś wepchnął mu do głowy puchową poduszkę zamiast mózgu, w żołądku coś się prze­lewa i drę­czy go jakaś istotna kwe­stia, któ­rej nie potrafi sobie przy­po­mnieć.

– Jaśnie panie!

Teo­dor pod­nosi głowę i roz­po­znaje gospo­dy­nię, która weszła do pokoju.

– Co jest?

Sły­szy swój głos niczym z oddali. Prze­klina czer­wone wino, któ­rego wbrew swoim przy­zwy­cza­je­niom wypił zde­cy­do­wa­nie ponad miarę.

– Pań­ska mał­żonka wła­śnie uro­dziła.

Pod­rywa się z miej­sca, musi jed­nak od razu usiąść, bo kręci mu się w gło­wie.

– Jak… jak ona się czuje?

– Jest nie­po­cie­szona, jaśnie panie. To tylko dziew­czynka…

Augusta

Drżąc z zimna, odwraca się od okna i opiera ple­cami o cie­pły piec. Znowu sypie śnieg. Na miły Bóg, kiedy na Boże Naro­dze­nie i Nowy Rok na uli­cach wirują białe płatki, jest naprawdę pięk­nie, zwłasz­cza gdy na rynku można kupić gorącą kieł­basę, sma­żoną rybę i świeże, pach­nące bułeczki. Ale teraz, pod koniec lutego, nikt nie potrze­buje tego dur­nego śniegu, a już na pewno nie tej lodo­wa­tej zim­nicy, która na dwo­rze wprost zapiera dech.

– Greto, pamię­ta­łaś o syro­pie na kaszel dla jaśnie pana? – Augu­sta von Kle­iwitz pyta poko­jówkę, która wła­śnie podaje pań­stwu śnia­da­nie.

– Oczy­wi­ście, jaśnie pani. Jesz­cze wczo­raj przy­go­to­wa­ły­śmy go z cebuli i cukru bura­cza­nego. Dobrze zrobi jaśnie panu.

Od kilku dni jej kochany Klaus cierpi na upo­rczywy kaszel, który męczy go szcze­gól­nie nocą i nie daje spać. Greta już robiła mu okłady na piersi z gorą­cych, świeżo ugo­to­wa­nych ziem­nia­ków, ale ta metoda nie­wiele dała. Zapewne dla­tego, że Klaus jest nie­cier­pli­wym pacjen­tem i po krót­kim cza­sie zrzu­cił z sie­bie roz­grze­wa­jący okład.

– Co za nie­do­rzeczna dzie­ci­nada! – pomsto­wał. – Tylko ziem­nia­ków szkoda!

– Ależ, kocha­nie, prze­cież słu­żący mogą jesz­cze je zjeść! – odpo­wie­działa mu na to, ale słu­chać nie chciał.

Augu­sta ponow­nie lustruje wzro­kiem nakryty do śnia­da­nia stół, prze­suwa na wła­ściwe miej­sce czarkę z kon­fi­tu­rami i woła mał­żonka, zaję­tego poran­nym gole­niem.

– Już idę, aniołku…

Jego sło­wom towa­rzy­szy napad kaszlu, Augu­sta z cięż­kim wes­tchnie­niem sięga po dzba­nek z kawą. Mąż zja­wia się w mun­du­rze; wysoki, szczu­pły rot­mistrz udaje się na służbę, jak na pru­skiego ofi­cera przy­stało. Drobne prze­zię­bie­nie nie jest powo­dem, by zgła­szać cho­robę.

– No, moja miła – zwraca się z uśmie­chem do żony. – Jesz­cze mi nie powie­dzia­łaś, czym takim zaj­mo­wa­łaś się wczo­raj po połu­dniu.

– Och, by­naj­mniej nic przy­jem­nego. – Augu­sta kręci głową. – Ale znasz mnie, kocha­nie. Nie porzu­cam przy­ja­ció­łek w potrze­bie, tak więc spę­dzi­łam popo­łu­dnie w domu Beren­dów. Zro­bi­łam to tylko dla bied­nej Luizy, ale wytrwa­nie tam tak długo kosz­to­wało mnie mnó­stwo wysiłku i nieco ner­wów. Wiesz prze­cież, że Teo­dor Berend działa na mnie jak płachta na byka…

Mał­żo­nek kiwa głową ze zro­zu­mie­niem. Też go nie cierpi, odkąd ten poło­żył łapę na rezer­wach finan­so­wych „Pochodni Lite­rac­kiej”.

– Ach, ta biedna Luiza – cią­gnie pode­ner­wo­wana Augu­sta. – Kiedy wpusz­czono nas do sypialni, żeby­śmy pogra­tu­lo­wały jej szczę­śli­wego roz­wią­za­nia, leżała w pościeli blada jak trup. A dzie­ciątko jest takie malut­kie i słabe, mam gorącą nadzieję, że prze­żyje.

Małą dziew­czynką zaopie­ko­wała się Danuta, ponie­waż Luiza nawet nie spoj­rzała na dziecko, już nie mówiąc o przy­tu­la­niu.

– Potwor­nie pła­kała, kiedy win­szo­wa­ły­śmy jej córeczki – opo­wiada Augu­sta we wzbu­rze­niu. – Czy jesteś w sta­nie wyobra­zić sobie coś takiego, naj­droż­szy? Jest głę­boko roz­cza­ro­wana, gdyż „to tylko dziew­czynka”. Czy dziew­czynka jest może mniej warta od chłopca?

– Ależ skądże znowu – pro­te­stuje Klaus z uśmie­chem. – Wszystko jedno, dziew­czynka czy chłop­czyk, byle tylko było silne i zdrowe.

– Też jestem tego zda­nia…

Augu­sta mil­czy przez chwilę, bo tak bar­dzo chcia­łaby sama uro­dzić dzie­ciątko. Ach, na początku mał­żeń­stwa oboje mieli tak ogromne nadzieje na potom­stwo, ale te się nie speł­niły. Odro­binę zbyt okrą­gła Augu­sta jest rumiana, zdrowa i wesoła, miłość mię­dzy mał­żon­kami kwit­nie, ale ciąża jakoś nie chce się poja­wić.

– Mamy sie­bie, moja kochana przy­ja­ciółko – mówi Klaus, który odgadł, o czym myśli. – To wiel­kie szczę­ście, za które musimy być wdzięczni.

Tym sło­wom pocie­chy towa­rzy­szy gwał­towny atak kaszlu, więc Augu­sta czule wska­zuje na bute­leczkę z brą­zo­wym syro­pem, którą Greta posta­wiła obok koszyczka z bułecz­kami.

– Naprawdę powi­nie­neś zgło­sić cho­robę – stwier­dza, marsz­cząc czoło. – Jeśli na tym zim­nie będziesz peł­nił służbę, to kaszel ci się pogor­szy i w któ­rymś momen­cie kom­plet­nie się roz­ło­żysz.

Ale rot­mistrz von Kle­iwitz nie ma ochoty pójść za radą zatro­ska­nej mał­żonki. Już choćby dla­tego, że dziś wie­czo­rem w domu pań­stwa von Kle­iwitzów znowu odbę­dzie się spo­tka­nie popu­lar­nego w całym Gdań­sku arty­stycz­nego salonu i przez cały dzień jak zwy­kle będą trwały przy­go­to­wa­nia naj­roz­ma­it­szej natury. Chaos, któ­rego Klaus von Kle­iwitz z chę­cią unik­nie, by dopiero wie­czo­rem po służ­bie być świad­kiem arty­stycz­nych erup­cji gości salonu.

Augu­ście nie pozo­staje nic innego, jak zasy­pać uko­cha­nego męża poca­łun­kami na poże­gna­nie i napo­mnieć go, by co godzinę łykał łyżeczkę syropu na kaszel. Co tenże obie­cuje z naj­więk­szą powagą, wkła­da­jąc bute­leczkę do kie­szeni.

Następ­nie Augu­sta woła Gretę i Antona, by omó­wić z nimi prace do wyko­na­nia. Trzeba posprzą­tać pokój dzienny i poprze­sta­wiać meble, przy­nieść krze­sła i fotele, zro­bić miej­sce na płasz­cze i futra gości w przed­po­koju. Zamó­wiony już jest stro­iciel, by nastroił for­te­pian, koło połu­dnia cze­kają na najętą kucharkę, która przy­go­tuje naj­roz­ma­it­sze drobne danka, no i jesz­cze przy­szy­ko­wać kie­liszki i szklanki na napoje, no i jesz­cze… i jesz­cze. Ach, goście jej salonu poję­cia nie mają, ile czasu i pracy kosz­tuje jeden taki wie­czór. Ale robi to dla sztuki i dla arty­stów, któ­rzy tutaj, w jej czte­rech ścia­nach, mogą się roz­wi­jać i demon­stro­wać swój kunszt. Iluż zna­nych w mie­ście wir­tu­ozów uatrak­cyj­niło spo­tka­nia w jej salo­nie, ileż mło­dych talen­tów lite­rac­kich odkryła i wspiera! Nie, Gdańsz­cza­nie, znani raczej jako pro­za­iczni kupcy i bogate ską­pi­ra­dła, mogą być jej naprawdę wdzięczni za nie­stru­dzone wysiłki na rzecz sztuk pięk­nych. Pro­wa­dzi rów­nież oży­wioną kore­spon­den­cję, by pole­cać swo­ich pupi­lów przy­ja­ciół­kom z bli­ska i z daleka. Tak, jej kon­takty się­gają aż do odle­głej Bran­den­bur­gii i do Ber­lina, gdzie ma krew­nych.

Greta i Anton zabie­rają się do roboty w pokoju dzien­nym, Augu­sta zaś udaje się do salo­niku, by prze­li­czyć resztę egzem­pla­rzy „Pochodni Lite­rac­kiej”. Nie­stety, żur­nal, który zało­żyła razem z uzdol­nio­nym pisa­rzem Ern­stem Beren­dem, chwi­lowo wyjąt­kowo słabo się sprze­daje. Zwłasz­cza naj­now­szy numer z początku mie­siąca nie wzbu­dził w zasa­dzie żad­nego zain­te­re­so­wa­nia i sterta ponad pięć­dzie­się­ciu zeszy­tów leży na pod­ło­dze obok sekre­ta­rzyka. No cóż, jeśli ma być szczera, to nie może tego mieć za złe czy­tel­ni­kom. Młody czło­wiek, któ­rego ogromny talent lite­racki wspie­rała od samego początku, prze­cho­dzi wła­śnie kry­zys twór­czy. Ziry­to­wana bie­rze do ręki jeden z egzem­pla­rzy „Pochodni”, kart­kuje go, po czym, krę­cąc głową z nie­chę­cią, odkłada z powro­tem. Gdzie są olśnie­wa­jące eseje, uro­cze, bły­sko­tliwe histo­rie, któ­rymi Ernst Berend potra­fił zachwy­cać publikę? Z tru­dem udało się jej namó­wić go na kon­ty­nu­ację powie­ści w odcin­kach, jed­nak fabuła roz­pada się na coraz licz­niej­sze epi­zody, napię­cie słab­nie i Augu­sta ma nie­do­bre uczu­cie, że autor nie ma poję­cia, jak dopro­wa­dzić opo­wieść do satys­fak­cjo­nu­ją­cego końca. Co on tam jesz­cze pisze? Boże miło­sierny! Odkąd zarę­czył się z Anną Marią Jon­kers, two­rzy wier­sze. Do uko­cha­nej, Do nadob­nej istoty, która wypeł­nia moje serce, Nie­odmienna tęsk­nota za naj­pięk­niej­szą oraz Samot­ność ską­pana w świe­tle księ­życa. Kilka jest nawet ład­nych, ale ostat­nio mnó­stwo fraz się powta­rza i w ogóle liryka nie należy do moc­nych stron Ern­sta Berenda. Dodajmy jesz­cze, że jego liczne wiel­bi­cielki dobrze wie­dzą, do kogo kie­ro­wane są te wynu­rze­nia, a ponie­waż nikt nie jest wolny od zazdro­ści, to sły­chać wię­cej słów kry­tyki niż pochwał. No cóż, zarę­czyny mło­dzieńca z Anną Marią Jon­kers są Augu­ście głę­boko nie w smak. Bywają poeci, któ­rych talent dzięki miło­ści wzbija się na wyżyny. W wypadku Ern­sta Berenda jest nie­stety ina­czej. Młody czło­wiek coraz bar­dziej anga­żuje się w inte­resy firmy han­dlo­wej, żeby wywrzeć wra­że­nie na przy­szłym teściu, lite­racką zaś pro­duk­cję ogra­ni­cza do banal­nych wier­szy­ków. Bar­dzo to iry­tu­jące. Można tylko mieć nadzieję, że ów poża­ło­wa­nia godny stan nie potrwa zbyt długo, jako że Anna Maria Jon­kers znana jest w Gdań­sku z tego, że po kilku mie­sią­cach zrywa zarę­czyny.

W pokoju dzien­nym do pracy zabrał się teraz stro­iciel – zimą, kiedy pali się w pie­cach, to nie­stety konieczne, Augu­sta nie może prze­cież zaofe­ro­wać arty­stom roz­stro­jo­nego instru­mentu. Na dole w kuchni kucharka prze­raź­li­wie jazgo­cze, zapewne bra­kuje jakie­goś skład­nika na kola­cję, a ona go pil­nie potrze­buje. Oka­zuje się, że w domu nie ma ani bia­łego pie­przu, ani miodu i Augu­sta musi posłać Antona po zakupy. Połu­dnie już nie­da­leko – na miłość boską, jak ten czas pędzi! Każe podać sobie prze­ką­skę, zjada pie­czeń z pam­pu­chami i musem jabł­ko­wym, a następ­nie usta­wia na swoim miej­scu krze­sła i fotele w pokoju dzien­nym, płaci stro­icielowi i spie­szy zde­ner­wo­wana do kuchni, gdzie kucharka zacięła się w palec i wszę­dzie pełno krwi.

– Ależ z pani nie­zdara!

Greta ban­da­żuje rękę nie­szczę­snej kucharce, Anton wyciera pod­łogę, a Augu­sta potrze­buje moc­nej kawy, by uspo­koić nerwy.

Żebyż tylko jedze­nie było w porę! – myśli Augu­sta. Anton musi posta­wić musu­jące wino na para­pe­cie, żeby się schło­dziło. Gdzie są kie­liszki? Tale­rze z cia­stecz­kami? Fili­ża­nek na pewno nie star­czy – ach, nie powin­nam była dawać Johan­nie w pre­zen­cie mojego chiń­skiego ser­wisu do her­baty… Nie bacząc na liczne zmar­twie­nia, siada przy sekre­ta­rzyku, chcąc naszki­co­wać pro­gram dzi­siej­szego wie­czoru i zro­bić sobie notatki do tak lubia­nych przez wszyst­kich zapo­wie­dzi. Prze­szka­dzają jej gońcy przy­no­szący kolejne wia­do­mo­ści. Pani Gesine Rade­mayer prze­syła prze­pro­siny, gdyż ma silną migrenę. Elias Oster­tag zawia­da­mia, że przy­pro­wa­dzi szwa­gierkę wraz z córką, star­szy radca szkolny dok­tor Johan­nes Mager cierpi na silne prze­zię­bie­nie, które przy­kuwa go do łoża bole­ści, prosi jed­nak gorąco panią von Kle­iwitz, by prze­czy­tała załą­czony ręko­pis pod kątem opu­bli­ko­wa­nia go w „Pochodni Lite­rac­kiej”. Augu­sta odkłada kopertę na bok, nie zaj­mu­jąc się zawar­to­ścią – uczone trak­taty pana star­szego radcy szkol­nego o zna­cze­niu grec­kiej mito­lo­gii dla filo­zo­fii chrze­ści­jań­skiego Zachodu nie nadają się do żur­nala, głów­nie dla­tego, że nawet wytę­żona lek­tura dzieła nie pozwala pojąć, co autor wła­ści­wie chce powie­dzieć. Około czwar­tej woła Gretę, by pomo­gła jej się prze­brać, i dobrą godzinę spę­dza na stro­je­niu się i ukła­da­niu fry­zury, chcąc poja­wić się przed gośćmi w roli pro­mien­nej gospo­dyni.

Muzycy jak zwy­kle przy­cho­dzą już na piątą, żeby jesz­cze raz prze­ćwi­czyć utwory. Tym razem oprócz pia­ni­sty zaan­ga­żo­wała dwóch mło­dych skrzyp­ków i wio­lon­cze­li­stę Artura Mec­kela. Jest on już wpraw­dzie nieco posu­nięty w leciech i ślepy na prawe oko, ale na wio­lon­czeli wywija solid­nie smycz­kiem jak mało który. Dźwięki roz­no­szą się po całym domu, a Augu­sta wresz­cie czuje to cudowne, pełne napię­cia ocze­ki­wa­nie, które poprze­dza każde z jej przy­jęć i które tak kocha. Wszystko gotowe. Dom oświe­tlony, obie gazowe latar­nie, z jej pole­ce­nia zain­sta­lo­wane na zewnątrz, jasno się palą i wska­zują gościom drogę. Z kuchni dola­tują upa­ja­jące wonie, Anton wło­żył pasia­stą libe­rię i usta­wia kie­liszki na srebr­nych tacach, Greta ma nowy koron­kowy cze­pe­czek i kroch­ma­lony far­tu­szek – będzie poda­wać gościom her­batę.

Ale gdzie się podziewa kochany Klaus? Jest pil­nie potrzebny, ponie­waż musi dobrać wina. Ach, znowu sypie śnieg. Czy aby przed domem nie zatrzy­mała się dorożka? Ależ tak. August Blott w płasz­czu z futrza­nym koł­nie­rzem podaje mał­żonce rękę, by pomóc jej wysiąść z powozu, córka Fry­de­ryka nie potrze­buje pomocy, wyska­kuje sama i mówi coś do matki, przy czym obie zaśmie­wają się do roz­puku. Augu­sta spo­gląda wycze­ku­jąco na muzy­ków, ale ci nie mają naj­mniej­szego zamiaru koń­czyć próby i zawzię­cie rzę­polą dalej. Ach ci arty­ści! Zawsze trzeba wziąć ich za rączkę i przy­wo­łać do porządku.

– Moi pano­wie, bar­dzo pro­szę!

Pokój dzienny się zapeł­nia, a entu­zjazm Augu­sty rośnie z każdą wcho­dzącą damą. Ach, jak to cudow­nie, że wszy­scy się zja­wili! Jej salon na­dal cie­szy się popu­lar­no­ścią, ludzie zabi­jają się, żeby móc tu przyjść. Jest insty­tu­cją w tym mie­ście. Uro­cza gospo­dyni. Zaan­ga­żo­wana mece­na­ska sztuki…

Poeta Artur Hem­pel i księ­garz Peter Lan­glau przy­byli pie­szo, Elias Oster­tag wraz z mał­żonką i szwa­gierką rów­nież dotarli prze­mar­z­nięci i obsy­pani śnie­giem po uszy. Więk­szość pozo­sta­łych bywal­ców stać na wzię­cie dorożki, w tym Ern­sta Berenda, który zja­wia się wspól­nie z narze­czoną Anną Marią i jej rodzi­cami. Wkrótce wszyst­kie krze­sła są zajęte, goście prze­su­wają się nieco na sofie, żeby dok­tor Stern­berg mógł się jesz­cze wci­snąć. Dla Anny Erne­styny Bec­ker, któ­rej sta­ro­modna kry­no­lina led­wie mie­ści się w drzwiach, Anton musi przy­nieść sto­łek z sypialni. W końcu zja­wia się także kochany Klaus, prze­pra­sza, że coś go zatrzy­mało, i przej­muje pie­czę nad winem.

Dokład­nie w chwili, gdy Augu­sta już ma wygło­sić zwy­cza­jowe, pełne humoru powi­ta­nie, do pomiesz­cze­nia wcho­dzi spóź­niony gość, tyko­waty męż­czy­zna z wydat­nym nosem oraz – jak się zdaje Augu­ście – ujmu­ją­cym uśmie­chem. Naj­wy­raź­niej to zna­jomy Ern­sta Berenda, bo kiwa do niego ręką, a następ­nie gnie się w dwor­nym ukło­nie przed gospo­dy­nią i uspra­wie­dli­wia się, nie­po­cie­szony, że się spóź­nił, ale podano mu błędną godzinę.

– Jeśli pani pozwoli, łaskawa pani… Dok­tor Alfred Rie­chert, adwo­kat, nowy w pięk­nym mie­ście Gdań­sku. Jestem dobrym przy­ja­cie­lem Ern­sta Berenda, razem stu­dio­wa­li­śmy w Königsbergu1.

– Witam ser­decz­nie, panie dok­to­rze. Nie­stety, nie znaj­dzie już pan wol­nego miej­sca…

– Ależ w niczym to nie prze­szka­dza, łaskawa pani – zapew­nia ten nie­spe­szony. – Zado­wolę się dywa­nem, zwy­cza­jem Orientu, gdzie bywa­łem.

Co mówiąc, sadowi się u stóp prze­ra­żo­nej Anny Erne­styny Bec­ker, która spiesz­nie zgar­nia roz­ło­ży­stą spód­nicę, by na niej nie usiadł. Nowo przy­były zbiera zdu­mione i roz­ba­wione spoj­rze­nia, jed­nak wzmianka o podróży po Orien­cie wywiera nale­żyte wra­że­nie i zdaje się podo­bać damom. Teraz wresz­cie Augu­sta może powi­tać swo­ich gości sta­ran­nie dobra­nymi sło­wami, w podzięce roz­le­gają się zachwy­cone okrzyki, po czym przy­cho­dzi kolej na muzy­ków, a Greta bie­dzi się z roz­no­sze­niem kawy i her­baty w zatło­czo­nym pomiesz­cze­niu. Po wystę­pie muzycz­nym nastę­puje kilka utwo­rów lirycz­nych peł­nej zapału Anny Erne­styny Bec­ker, mówią­cych o śmierci i zmar­twych­wsta­niu Pań­skim, które szcze­gól­nie ze strony Eliasa Oster­taga i jego frau­cy­meru zyskują fre­ne­tyczny aplauz. Sam Oster­tag stwo­rzył na ten temat pię­cio­ak­towy dra­mat, nudny jak flaki z ole­jem, a w ubie­głym roku odczy­tał go publicz­nie, co kosz­to­wało Augu­stę kil­koro bywal­ców salonu.

Gdy Anna Erne­styna Bec­ker na powrót siada na tapi­ce­ro­wa­nym sto­łeczku, Augu­sta pozwala gościom na chwilę swo­bod­nej poga­wędki. Toczą się miłe roz­mowy, kochany Klaus odkor­ko­wał już wino, prze­zna­czone na czas po wystę­pach – i wtedy, spóź­niona jak zawsze, poja­wia się jej przy­ja­ciółka Johanna For­ster, sio­stra Ern­sta Berenda. Bez cie­nia skrę­po­wa­nia wcho­dzi do pomiesz­cze­nia, zmie­rza pro­sto do Augu­sty, by ją ser­decz­nie uści­skać, i ze śmie­chem stwier­dza, że znowu jest tu tak tłoczno, że można by zanie­chać pale­nia w pie­cach.

Wita się z bra­tem Ern­stem i jego narze­czoną, wresz­cie zwraca się do roz­ma­itych przy­ja­ció­łek, które odwza­jem­niają jej pozdro­wie­nia uprzej­mie, lecz raczej powścią­gli­wie. Johanna jest „kobietą z prze­szło­ścią”, czyli posta­cią wysoce kon­tro­wer­syjną w porząd­nym gdań­skim towa­rzy­stwie. Dwa lata temu ucie­kła z pew­nym pia­ni­stą, cał­ko­wi­cie się tym skom­pro­mi­to­wała, po czym, niczym się nie przej­mu­jąc, poślu­biła szkut­nika Ber­tholda For­stera i wyka­zała się nie­wia­ry­godną odwagą, bo wraz z mężem i jego synem z pierw­szego mał­żeń­stwa zało­żyła stocz­nię. Tej jed­nak nie­naj­le­piej się wie­dzie, czego nale­żało się spo­dzie­wać. Cho­dzą słu­chy, że nie­wiele bra­kuje do jej upadku. Johanny by­naj­mniej to nie skła­nia do wyco­fa­nia się z życia publicz­nego, wręcz prze­ciw­nie – gdy tylko może, odwie­dza salon Augu­sty i nie ma naj­mniej­szych trud­no­ści z wypo­wia­da­niem swo­ich poglą­dów przy każ­dej oka­zji.

Tak więc uznaje mło­dego pia­ni­stę za „naprawdę uta­len­to­wa­nego”, gani jed­nak jego inter­pre­ta­cję jako „jesz­cze nie­doj­rzałą”, za to wystą­pie­nie dok­tora Artura Hem­pla okre­śla mia­nem „bar­dzo zabaw­nego”. Johanna ma swo­bodny, ujmu­jący spo­sób bycia, który zwłasz­cza panom ogrom­nie się podoba. Nawet młody pia­ni­sta nie czuje się ura­żony, lecz przez chwilę gawę­dzi z nią o swo­jej przy­szło­ści muzycz­nej i słu­cha jej rad. Artur Hem­pel jest tak ura­do­wany, sły­sząc pochwały Johanny, że krztusi się winem i długo kaszle, zanim odzy­ska głos.

Nad­cho­dzi wresz­cie pora szy­ko­wa­nego cały dzień poczę­stunku, wszy­scy pod­no­szą się z krze­seł, by rozej­rzeć się nieco i napeł­nić sobie tale­rze, Anton zaś otwiera drzwi do przy­le­głej jadalni, żeby było wię­cej miej­sca. Augu­sta pod­cho­dzi to do jed­nej, to do dru­giej osoby, wymie­niają uprzej­mo­ści i kom­ple­menty, a ona wyko­rzy­stuje oka­zję, by wspo­mnieć o naj­now­szym nume­rze „Pochodni Lite­rac­kiej”.

I wtedy, cał­kiem nie­ocze­ki­wa­nie, wybu­cha skan­dal.

– Bra­ciszku, już dawno nie napi­sa­łeś niczego dorzecz­nego. – Augu­sta sły­szy za sobą głos Johanny.

Wielki Boże, cała Johanna, cała ona. Ma wpraw­dzie rację, ale nie musi prze­cież na spo­tka­niu salonu wypo­wia­dać się tak bez ogró­dek.

– Co masz na myśli? – odpo­wiada ura­żony Ernst. – Codzien­nie piszę wiersz. Kilka z nich możesz prze­czy­tać w żur­nalu.

– No wspa­niale, zaj­mu­jesz się liryką. Ale twoje eseje były świetne, bra­kuje mi ich.

– Wszystko w swoim cza­sie, sio­strzyczko – stwier­dza Ernst Berend.

Augu­sta ma nadzieję, że zakoń­czyli już tę wymianę zdań, bo nad­cią­gnęły zain­te­re­so­wane słu­chaczki. Nie­stety w tym momen­cie do roz­mowy włą­cza się Anna Maria Jon­kers, która też nie lubi owi­ja­nia w bawełnę.

– Co ci się nie podoba w wier­szach Ern­sta? – pyta zaczep­nie Johannę.

– Ależ nic. Poza tym, że są złe.

Augu­sta odwraca się, prze­ra­żona, szy­ku­jąc się do medio­wa­nia w razie potrzeby. Tym­cza­sem wokół roz­mów­ców utwo­rzył się krąg zacie­ka­wio­nych gości, a nawet dalej sto­jące osoby spo­glą­dają ku nim z zain­te­re­so­wa­niem.

– Twoim więc zda­niem te wier­sze są złe? – pyta zja­dli­wie Anna Maria. – Cóż, jako żona rze­mieśl­nika z pew­no­ścią wiesz to i owo o liryce, nie­praw­daż?

Młode kobiety stoją naprze­ciw sie­bie. Anna Maria jest odro­binę niż­sza od Johanny, ma zaci­śnięte wargi i ciemne oczy zwę­żone w szparki. Johanna zacho­wuje spo­kój, jej twarz wyraża pogardę, a tylko szare oczy ciskają gromy.

– Wystar­czy, że umiem roz­po­znać, kiedy Ernst pisze banały i mar­nuje swój talent – odpo­wiada zimno. – Nie umiem powie­dzieć, skąd to się bie­rze. No ale może ty wiesz.

– Jak na kogoś, kto wkrótce trafi do przy­tułku dla ubo­gich, jesteś sza­le­nie pyskata! – pada bły­ska­wiczna odpo­wiedź.

Augu­ście zapiera dech w pier­siach, ale w tym momen­cie do gry wkra­cza nowy gość, ów dok­tor Rie­chert. Wci­ska się mię­dzy obie damy i unosi bła­gal­nie ręce.

– Moje panie, bar­dzo pro­szę! Wsz­czy­na­nie takiej kłótni w domu pani von Kle­iwitz to coś wię­cej niż nie­uprzej­mość.

Na chwilę zapada cisza. Widzo­wie wstrzy­mują oddech i wycią­gają szyje, ktoś z tyłu darem­nie pró­buje stłu­mić atak kaszlu.

– Chodź, mój kochany – mówi Anna Maria, bio­rąc Ern­sta Berenda pod ramię. – Twoja sio­stra jest dziś w paskud­nym humo­rze, ufam, że nie­długo doj­dzie do sie­bie. Mamo? Papo? Wycho­dzimy…

Augu­sta musi przy­znać, że wyj­ście ma trium­falne. Anna Maria wsparta na ramie­niu narze­czo­nego odcho­dzi ze zwy­cię­skim uśmie­chem z placu boju, a Johanna może jej tylko życzyć „sze­ro­kiej drogi”, lecz w jej gło­sie publicz­ność sły­szy zakło­po­ta­nie i brak pew­no­ści sie­bie. Nie­mal wszyst­kie obecne damy życzą Johan­nie kom­pro­mi­ta­cji, a Augu­sta z bólem uznaje, że przy­ja­ciółka sama sobie zgo­to­wała ten los.

Wie­czór szyb­ciej niż zwy­kle dobiega końca. Więk­szość gości, zjadł­szy i wypiw­szy, żegna się, za wymówkę bio­rąc zimno i śnieg, nie­liczni zostają nieco dłu­żej, by posłu­chać kolej­nego występu pia­ni­sty.

– Prze­pra­szam cię bar­dzo – mówi Johanna na poże­gna­nie. – Nie wiem, co we mnie wstą­piło. Ale ona kom­plet­nie odmie­niła mi brata i to mnie boli.

Po wyj­ściu wszyst­kich gości Greta wynosi do kuchni naczy­nia i szkło, Augu­sta zaś dostrzega, że kochany Klaus zdą­żył już się poło­żyć.

– Śpisz? – pyta, wycią­ga­jąc rękę, by pogła­dzić go po czole. I z prze­stra­chem ją cofa, gdyż mąż aż pło­nie z gorączki.

Johanna

Szkut­nik Ber­thold For­ster cze­kał jak zwy­kle przed domem Augu­sty, żeby towa­rzy­szyć mło­dej żonie w powrot­nej dro­dze przez pogrą­żone w mroku mia­sto. Nawet ziąb nie skło­nił go do wej­ścia na przed­proże, by zadzwo­nić do drzwi. Jest rze­mieśl­ni­kiem, nie ma nic wspól­nego z „ele­ganc­kim towa­rzy­stwem”. Niczego tu nie zmie­nia fakt, że poślu­bił córkę z boga­tego domu kupiec­kiego – rodzina się jej wpraw­dzie wyrze­kła, ale mimo wszystko to młoda kobieta, która otrzy­mała sto­sowne do jej sfery wycho­wa­nie.

– Kochana Johanno, to twój świat – odpo­wiada nie­zmien­nie z uśmie­chem. – Jesteś Beren­dówną i wycho­wano cię na damę. Takiego życia nie mogę ci zaofe­ro­wać. Ale tym bar­dziej się cie­szę, gdy z taką swo­bodą bawisz u two­jej przy­ja­ciółki.

Tego wie­czoru Johanna wbrew swoim zwy­cza­jom idzie obok niego w mil­cze­niu, grzecz­nie pozwala się wziąć za rękę, gdy trudno iść po zlo­do­wa­cia­łym śniegu, i tylko co jakiś czas owija się moc­niej weł­nianą chu­stą, narzu­coną na płaszcz.

– Piękny wie­czór spę­dzi­łaś? – pyta Ber­thold, kiedy w bla­sku gazo­wej latarni można już roz­po­znać zaśnie­żony brzeg Radaune, Raduni.

– A tak, cał­kiem przy­jemny…

– Ktoś grał na for­te­pia­nie, prawda? Tro­chę się przy­słu­chi­wa­łem. Bar­dzo ład­nie to brzmiało.

Johanna czuje iry­ta­cję. Dla­czego on stoi na ulicy niczym jakiś posła­niec? Augu­sta z pew­no­ścią nie mia­łaby nic prze­ciwko jego wizy­cie. W wielu spra­wach Ber­thold jest uparty jak osioł.

– A może powi­nie­nem ci kupić pia­nino? – cią­gnie mąż. – Uczy­łaś się prze­cież grać, prawda? Chęt­nie bym posłu­chał.

– Ber­thol­dzie, chwi­lowo nie mamy pie­nię­dzy na zbędne wydatki – ucina Johanna.

– Musimy więc prze­ło­żyć ten zakup na póź­niej – stwier­dza nie­zra­żony Ber­thold. – Johanno, daj mi rękę. Na moście jest śli­sko, jesz­cze się prze­wró­cisz.

Ach, on jest tak czuły. Tak tro­skliwy. Chce tylko, by ona była szczę­śliwa i zado­wo­lona. Johannę gry­zie sumie­nie, że tak szorstko mu odpo­wie­działa. To dla­tego, że nie może zapo­mnieć o tej głu­piej, zby­tecz­nej kłótni, którą chęt­nie by teraz wyma­zała. Jak mogła tak napaść na bied­nego Ern­sta? I jesz­cze na domiar złego na oczach jego „czci­cie­lek” w salo­nie Augu­sty. I w przy­tom­no­ści narze­czo­nej. W końcu zna Annę Marię od dziecka, powinna była wie­dzieć, że weź­mie stronę narze­czo­nego. Zdu­miewa ją tylko, że uczy­niła to z taką gwał­tow­no­ścią.

Jak na kogoś, kto wkrótce trafi do przy­tułku dla ubo­gich…

To zda­nie bez­u­stan­nie dźwię­czy Johan­nie w uszach. Anna Maria nie powie­działa tego ot, tak – w jej sło­wach kryje się groźba. Uwa­żaj, kochana. Jestem córką Jana Jon­kersa i jeśli zechcę, mogę zruj­no­wać waszą śliczną małą stocz­nię. Czy to moż­liwe? Johan­nie trudno w to uwie­rzyć. Jan Jon­kers jest doświad­czo­nym czło­wie­kiem inte­resu, dla­cze­góż miałby dla kaprysu córki anu­lo­wać zamó­wie­nia lub w ogóle ich nie udzie­lać? Zna prze­cież swoją Annę Marię i jej humory, osta­tecz­nie całe mia­sto wie o tym, że dziś sprzyja jed­nemu, a jutro dru­giemu kawa­le­rowi. Nie – ta drobna sprzeczka bez zna­cze­nia na pewno nie spo­wo­duje, że Jan Jon­kers prze­sta­nie budo­wać statki u For­stera i Syna.

Jed­nak w ostat­nim cza­sie arma­tor rzadko był widy­wany w stoczni, gdzie poło­żono stępkę pod jeden z zamó­wio­nych przez niego stat­ków. Może powo­dem był panu­jący ziąb, tym­cza­sowo unie­moż­li­wia­jący prace. Ale mógł też za tym tkwić Teo­dor, jej brat. Odkąd Ernst zarę­czył się z Anną Marią, Teo­dor coraz śmie­lej wcho­dził w han­del zbo­żem z Holan­dią i Anglią. Tu na pewno Jan Jon­kers uto­ro­wał mu drogę, a to ozna­cza, że prze­zwy­cię­żył nie­chęć do Teo­dora Berenda i gotów jest robić z nim inte­resy. Johanna przy­pusz­cza, że swoją rolę ode­grał w tym Ernst, jej młod­szy brat. Bra­ci­szek pró­buje swo­ich sił jako kupiec. Minęły czasy, kiedy twier­dził, że jest poetą, czło­wie­kiem pióra i pew­nego dnia będzie żył z docho­dów, jakie przy­niosą mu książki i inne dzieła. Zamiast tego zatrud­nia się jako chło­piec na posyłki star­szego brata i sądzi, że zdoła wywrzeć tym wra­że­nie na przy­szłym teściu. Czy on naprawdę myśli, że Teo­dor mu za to podzię­kuje? Wyci­śnie go jak cytrynę, a zysk schowa do kie­szeni.

Wątłe świa­tełko wska­zuje im drogę przez ciemny plac, to lata­renka, którą Ber­thold posta­wił w oknie warsz­tatu.

– Wejdź, kocha­nie – mówi i cią­gnie ją za rękę przez próg. – W taką zim­nicę miło jest wró­cić do domu, prawda?

– I tu masz rację.

Fak­tycz­nie wszel­kie tro­ski i żale zni­kają, gdy wcho­dzi do nie­wiel­kiego pomiesz­cze­nia i głasz­cze Suł­tana, kudłate psi­sko, które natych­miast rzuca się do niej, mer­da­jąc ogo­nem. Jak tu przy­tul­nie cie­pło, jak zna­jomy jest zapach drewna i kleju, który ude­rza ją w nos! W piecu jesz­cze się żarzy, cze­lad­nik i obaj ucznio­wie roz­ło­żyli się na noc tuż obok niego, bo zimą tu na dole jest cie­plej niż na pod­da­szu, gdzie mają swoje izdebki. Pies szuka sobie cie­płego miej­sca mię­dzy śpią­cymi męż­czy­znami, a Johanna wcho­dzi za Ber­thol­dem po scho­dach do poko­jów miesz­kal­nych.

– Ale z nas nocne marki – zauważa Ber­thold z uśmie­chem i spo­gląda na zega­rek kie­szon­kowy. – Już po dzie­sią­tej.

Śpi jak suseł, gdy Johanna koń­czy wie­czorną toa­letę. Po cichutku kła­dzie się obok niego i słu­cha jego regu­lar­nego odde­chu. Pomaga jej to okieł­znać przy­gnę­bia­jące myśli, które w ciem­no­ści sypialni znowu chcą się roz­pa­no­szyć, i miękko osuwa się w kra­inę snów.

Ran­kiem budzi się sama w mał­żeń­skim łożu – Ber­thold, zgod­nie ze sta­rym nawy­kiem, wstał z pier­na­tów z pierw­szym brza­skiem, z warsz­tatu na dole dobie­gają odgłosy młot­ków i pił. Johanna, dygo­cąc, wstaje z łóżka, otula się weł­nianą chu­stą i otwiera okien­nice. Pochmurny świt nie­zbyt popra­wia jej humor, ale przy­naj­mniej powie­trze wydaje się jej nieco mniej lodo­wate niż wczo­raj, a nawet tu i ówdzie sły­chać, jak coś kapie. Odwilż! Jeśli tylko się utrzyma, to robota w stoczni ruszy z kopyta.

Ubie­ra­jąc się, odkrywa, że wczo­raj wie­czo­rem zapla­miła nie­stety her­batą rękaw swo­jej jedy­nej porząd­nej sukni. Cała nadzieja, że stara Bar­bara umie na to coś pora­dzić, ina­czej trzeba będzie odciąć kawa­łek ręka­wów. Co znowu dopro­wa­dzi do jado­wi­tych plo­tek w salo­nie Augu­sty, ale do tego od dawna przy­wy­kła, bo oczy­wi­ście zasobne damy wyśmie­wają się z niej, że stale poja­wia się w tej samej sukni.

Po śnia­da­niu Johanna zabiera się do ksiąg rachun­ko­wych, wpi­suje tygo­dniową kwotę za żywie­nie robot­ni­ków w stoczni oraz wydatki na narzę­dzia, które trzeba było nabyć. Następ­nie orien­ta­cyj­nie obli­cza sumę należ­nych wypłat. Z powodu mro­zów nie dało się regu­lar­nie pra­co­wać, musieli więc zwol­nić ludzi, mniej zatem potrzeba na to pie­nię­dzy niż na jesieni. Jeśli odwilż potrwa dłu­żej, Paweł będzie się musiał jed­nak posta­rać o odpo­wied­nich pra­cow­ni­ków, bo cho­dzi o to, by ukoń­czyć bryg dla przed­się­bior­stwa żeglu­go­wego Jon­kersa, a do tego potrzeba wielu rąk. Johanna wszystko dokład­nie poprze­li­czała, kal­ku­la­cja jest na styk, ale się zga­dza. Chce zapro­po­no­wać arma­to­rowi, że zwol­nią go z uisz­cze­nia trze­ciej raty za sta­tek i w ten spo­sób zacho­wają w nim udziały. Stocz­nia For­ster i Syn będzie dzięki temu zara­biać do jed­nej trze­ciej zysku z jego wszyst­kich rej­sów han­dlo­wych, co zapew­ni­łoby im regu­larne przy­chody obok budowy okrę­tów. Nie­stety ta idea nie prze­ma­wia ani do Pawła, ani do Ber­tholda, więc będzie musiała ener­gicz­niej się tym zająć, nie jest też by­naj­mniej pewne, czy Jan Jon­kers przy­sta­nie na taki układ. Ale to powszechna prak­tyka w innych stocz­niach – dla­czego u nich mia­łoby się to nie udać?

Jeśli cho­dzi o nowe pomy­sły, męż­czyzn trzeba stale popy­chać i popę­dzać. Do swo­jego męża Ber­tholda nie może mieć pre­ten­sji, przez całe życie budo­wał tylko nie­duże łodzie w warsz­ta­cie. Zasłu­guje na naj­wyż­sze uzna­nie za to, że wspól­nie z synem zało­żył stocz­nię i obcią­żył dom hipo­teką. Ale Paweł też oka­zał się bar­dziej szkut­ni­kiem niż czło­wie­kiem inte­resu. Wpraw­dzie świet­nie mu się udało w ciągu paru mie­sięcy posta­wić na nogi nie­wielką stocz­nię, do tego zna się na swoim fachu, ale jak dotąd, krę­cąc głową, odrzuca wszel­kie pro­po­zy­cje i zachęty Johanny.

– Suchy dok? Może kie­dyś. Tym­cza­sem zaj­mu­jemy się budo­wa­niem stat­ków, naprawę zosta­wiamy innym.

Potrafi też potęż­nie się roz­gnie­wać, jeśli Johanna choćby napo­mknie o kuźni, która by się im przy­dała, ponie­waż stal będzie odgry­wać coraz więk­szą rolę w budo­wie okrę­tów.

– Ja buduję statki z drewna – wrzesz­czy. – Kto woli zardze­wiałe łajby, ten niech idzie do Kla­wit­tera.

W ostat­nim cza­sie Paweł prędko wpada w gniew. Gdy Johanna cią­gnie do stoczni wózek z obia­dem, już z dala się w nią wpa­truje i śle­dzi oczyma każdy jej ruch. Kiedy jed­nak dziew­czyna dotrze na pochyl­nię, odwraca się i usuwa na bok. Wystar­czą dwa słowa, nie­winne pyta­nie, jak daleko posu­nęli się z robotą, lub uwaga na temat nie­po­rząd­nie roz­rzu­co­nych desek – i już wybu­cha kłót­nia.

– Nie wtrą­caj się do spraw, na któ­rych się nie rozu­miesz! – sły­szy repry­mendę. A ponie­waż nie daje się bez­pod­staw­nie obra­żać, broni się jak umie.

– Pytam tylko dla­tego, że pro­wa­dzę księgi i chcę zapi­sać postępy robót.

– Rozej­rzyj się, to zoba­czysz, co zro­bi­li­śmy!

– Ale ja nie jestem cie­ślą okrę­to­wym. Nie znam się na wszyst­kim. Musisz mi to wyja­śnić.

– Nie mam czasu…

Za każ­dym razem robot­nicy i cie­śle cze­kają w napię­ciu na tę wymianę zdań, która nie­uchron­nie prę­dzej czy póź­niej nastąpi. Więk­szość ma ucie­chę, uśmie­chają się ukrad­kiem, pała­szu­jąc ein­topfa, rzu­cają dwu­znaczne spoj­rze­nia, cza­sami docho­dzą jesz­cze ciche komen­ta­rze, które nie są prze­zna­czone dla uszu Pawła. Tylko dwóch star­szych cze­lad­ni­ków patrzy na Johannę z ponu­rymi minami i naj­wy­raź­niej są zda­nia, że lepiej by trzy­mała buzię na kłódkę i nie psuła maj­strowi humoru.

W powrot­nej dro­dze Johanna czuje się zwy­kle bez­radna i smutna, bo w zasa­dzie w ogóle nie chce się kłó­cić z Paw­łem i nie może zro­zu­mieć, dla­czego mimo to cią­gle docho­dzi do spięć. Dla­czego on jest taki roz­draż­niony? Czemu ona daje mu się spro­wo­ko­wać zamiast po pro­stu zamil­czeć? No cóż, może cho­dzi o to, że mają różne poglądy na wiele spraw doty­czą­cych stoczni. Johanna wie, że narze­czona Pawła, Lena Grau­holm, naci­ska na niego, by jak naj­szyb­ciej zacząć budowę domu przy Stroh­de­ich, przy Sien­nej Gro­bli, to będą mogli się pobrać i tam wpro­wa­dzić. Johanna jed­nak uważa, że to nie jest ważne. Jeśli już muszą wydać pie­nią­dze na budowę, to powinni zbu­do­wać kuź­nię, a do tego budy­nek admi­ni­stra­cyjny z biu­rem i pomiesz­cze­niami robo­czymi, gdzie będzie można kre­ślić plany i przyj­mo­wać klien­tów. Ona będzie codzien­nie sie­dzieć w biu­rze, pro­wa­dzić księgi, roz­mowy ze zle­ce­nio­daw­cami, wypła­cać pobory i przyj­mo­wać pie­nią­dze z tytułu udzia­łów w statku, które chce wyne­go­cjo­wać od Jon­kersa i innych arma­to­rów. W ten spo­sób stocz­nia będzie się roz­wi­jać – a dom zawsze zdąży się posta­wić.

Zanu­rza wła­śnie pióro w kała­ma­rzu, żeby wpi­sać jesz­cze parę drob­niej­szych wydat­ków, kiedy dobiega do niej z warsz­tatu kobiecy głos:

– Pięk­nie się witam ze wszyst­kimi. No i jak? Pil­nie pra­cu­je­cie?

Johanna wydaje z sie­bie ziry­to­wane wes­tchnie­nie. To Marta Grau­holm, żona szewca i przy­szła teściowa Pawła. Odkąd ten zarę­czył się z jej córką, szew­cowa jest sta­łym gościem w domu For­ste­rów, wcho­dzi i wycho­dzi, jak jej się żyw­nie podoba, każe się ugasz­czać kawą i cia­stem oraz paple, aż głowa boli.

– Tak jest, Marto, pil­nie i z zapa­łem – odpo­wiada jej Ber­thold na swój jowialny spo­sób. – Cóż nam innego pozo­staje? Samo się nie zrobi.

– Prawdę mówisz, Ber­thol­dzie – przy­znaje Grau­hol­mowa. – Czy Paweł jest na Sien­nej Gro­bli w ten mróz?

– A pew­nie – odpo­wiada cier­pli­wie Ber­thold. – Póki śnieg nie sypie gru­bymi pła­tami, prace przy statku trwają.

Dla Marty Grau­holm powinna to być w sumie rado­sna wia­do­mość, bo szczę­ście mał­żeń­skie jej córki zależy prze­cież od powo­dze­nia stoczni. Ale zamiast się cie­szyć, zaczyna lamen­to­wać.

– Z Paw­łem nie da się nawet dwóch słów zamie­nić – użala się ziry­to­wana. – O świ­cie wycho­dzi z domu, a kiedy wie­czo­rem idzie na górę do swo­jego pokoju, bur­czy tylko i mówi, że jest porząd­nie zmę­czony i chce spać…

Johanna przy­słu­chuje się nie bez satys­fak­cji. W ogóle zadaje sobie pyta­nie, co też takiego przy­cią­gnęło go do bez­barw­nej Leny Grau­holm i czemu aku­rat teraz musiał się z nią zarę­czyć, kiedy stocz­nia jest jesz­cze w powi­ja­kach i zna­la­złyby się znacz­nie waż­niej­sze rze­czy niż mał­żeń­stwo i dzieci. No cóż, jak się zdaje, zdą­żył to wła­śnie zro­zu­mieć, choć nie chce tego przy­znać, bo nic już nie mówi o swo­ich pla­nach mał­żeń­skich. Mało tego, Johanna ma wra­że­nie, że wyko­rzy­stuje każdą oka­zję, by uciec od narze­czo­nej i jej rodziny. Paweł wyna­jął wpraw­dzie pokój w domu szewca na Böttchergasse, na Bed­nar­skiej, ale stara się jak naj­kró­cej tam prze­by­wać. Prze­waż­nie po faj­ran­cie przy­cho­dzi do ojca do warsz­tatu, żeby omó­wić z nim parę spraw, a potem na górze jedzą wspól­nie kola­cję i spę­dzają miłą godzinkę na poga­wędce. Oso­bli­wym tra­fem Paweł jest wów­czas w przy­ja­znym nastroju, stara się wyczer­pu­jąco odpo­wia­dać na jej pyta­nia i cier­pli­wie słu­cha, jak wyja­śnia mu swoje pro­po­zy­cje i kon­cep­cje. I tak zresztą zawsze bie­rze stronę ojca, który dobro­dusz­nie obśmiewa „kolo­rowe mrzonki” swo­jej żony, po czym uznaje za nie­moż­liwe do reali­za­cji.

Na dole sytu­acja się zaostrza, bo Marta nie ma zamiaru wra­cać na Bed­nar­ską, nie zała­twiw­szy tego, co chciała.

– W takim razie podejdę jesz­cze na górę do Johanny – oświad­cza. – Ona nie ma prze­cież nic do roboty, możemy sobie w spo­koju obga­dać parę spraw.

– Idź, Marto, idź. Moja kochana Johanna z pew­no­ścią się ucie­szy na twój widok.

I już sły­chać na scho­dach lek­kie kroki szew­co­wej, a Johanna pospiesz­nie posy­puje pia­skiem wpisy, zanim zamknie księgę kasową. Dla­czego, na litość boską, Marta Grau­holm uważa, że musi jej umi­lać czas? Po co w kółko jej opo­wiada, że Lenka jest taką uro­czą, pra­co­witą, cier­pliwą i przy­zwo­itą dziew­czyną, a Pawła For­stera od dziecka obda­rzała uwiel­bie­niem? Co naj­mniej ze trzy razy musiała wysłu­chać, że Paweł swego czasu zbu­do­wał Lenie łóżeczko dla jej lalki. Już wtedy wyraź­nie było widać, że po pro­stu są sobie prze­zna­czeni.

Marta Grau­holm nie zadaje sobie trudu, by zapu­kać, naci­ska po pro­stu klamkę, wsa­dza nos w uchy­lone drzwi i cie­szy się, widząc Johannę sie­dzącą przy stole.

– A, tutaj jesteś! I co? Nudzi ci się, nie? No tak, ty masz Bar­barę, która wszystko robi za cie­bie, prawda?

Johanna powstrzy­muje się od uwagi, że Marta ma czas na ploty dla­tego, że gospo­dar­stwem domo­wym zaj­muje się jej córka.

– Miło, że zaj­rza­łaś – mówi w zamian. – Muszę jed­nak zaraz zejść do kuchni, bo gotu­jemy obiad dla robot­ni­ków w stoczni…

Oczy­wi­ście Marta igno­ruje mało sub­telną alu­zję i roz­siada się przy stole, by narze­kać na pogodę i wyso­kie ceny na Targu Ryb­nym. Po czym prze­cho­dzi do rze­czy.

– Wiesz prze­cież, Johanno, że biedni z nas ludzie. Biedni, ale uczciwi. I nie będziemy dzia­do­wać. Dam córce cztery prze­ście­ra­dła z dobrego lnu, a do tego trzy poduszki i jesz­cze obrus, niby poła­tany na jed­nym rogu, ale po praw­dzie to tego nie widać. No i ręcz­niki, poda­ro­wała mi je swego czasu testa­men­tem zmarła ciotka, która miesz­kała w Lang­fuhr, we Wrzesz­czu, i zmarła panną…

To po pro­stu żało­sne! Czemu niby ma oma­wiać z Martą Grau­holm posag jej córki? Nie jest w końcu matką Pawła, lecz maco­chą, a on jej nawet nie zapy­tał, czy odpo­wia­dają jej jego zarę­czyny.

Ale robi się gorzej.

– A to musi nam Paweł solen­nie obie­cać, ina­czej nici z wesela – oznaj­mia wzbu­rzona Marta, zdmu­chu­jąc znad oka kosmyk siwych wło­sów, który wysu­nął się z czepka. – Dzieci, które będą mieli, muszą zostać wycho­wane na pro­te­stan­tów. Mówię to dla­tego, że Paweł prze­cież jest kato­li­kiem. Tego chciała jego pol­ska matka, Sta­ni­sława, a ojciec się nie sprze­ci­wiał. Ale my jeste­śmy dobrymi pro­te­stan­tami i nie chcemy, żeby nasze wnuki były wycho­wy­wane po kato­licku. W końcu nie jeste­śmy Kaszu­bami.

Johanna docho­dzi do wnio­sku, że takie nerwy to gruba prze­sada, bo trudno jej sobie wyobra­zić, że Paweł będzie obsta­wał przy kato­lic­kiej wie­rze swo­ich dzieci. Ale Mar­cie sporo leży jesz­cze na sercu i nie daje Johan­nie oka­zji do zaję­cia sta­no­wi­ska.

– Mówię to tylko dla­tego, że w końcu ślub już nie­da­leko. Kiedy wresz­cie się zacznie budowa domu przy Sien­nej Gro­bli? Zaraz będzie marzec, można by kłaść fun­da­menty…

Johanna stara się hamo­wać. Jeśli o nią cho­dzi, to na razie niczego nie powinno się budo­wać, a już na pewno nie domu. Ale tego Mar­cie nie powie, bo ta jesz­cze doj­dzie do prze­ko­na­nia, że Johanna chce uda­rem­nić zamąż­pój­ście jej córki. A to naprawdę ostat­nia rzecz, o któ­rej myśli. W końcu Paweł jest doro­słym czło­wie­kiem i wie, co robi. Jeśli jest na tyle głupi, że chce się wże­nić w szew­ski klan, to nie ma dla niego ratunku.

– Marta, w tej spra­wie musisz zapy­tać męż­czyzn – ucieka z odpo­wie­dzią. – Muszę teraz zejść do kuchni, ina­czej ein­topf dla cie­śli nie ugo­tuje się na czas.

Wstaje i patrzy na Martę wycze­ku­jąco. Ta chwilę się kry­guje i chce wie­dzieć, czy dom posta­wią z drewna, czy też z palo­nej cegły oraz czy znaj­dzie się tam dość miej­sca dla rodziny, bo z pew­no­ścią wkrótce pojawi się potom­stwo.

– Zapy­taj Pawła – radzi Johanna. – On ci wszystko dokład­nie wyja­śni.

W kuchni sie­dzi stara Bar­bara z miską na kola­nach i obiera ziem­niaki. Ein­topf dla cie­śli jest pożywny i sycący, ale jadło­spis nie prze­wi­duje więk­szych uroz­ma­iceń. Tłu­sta sło­nina i tro­chę wędzo­nego boczku sta­no­wią pod­stawę dania, do tego cebule, mar­chewki, ziem­niaki, a dziś wyjąt­kowo jesz­cze trzy bulwy selera, które Bar­bara oka­zyj­nie kupiła na rynku.

– Poszła sobie? – dopy­tuje sta­ruszka, wska­zu­jąc nożem na drzwi.

– Na szczę­ście – odpo­wiada Johanna z kpią­cym uśmie­chem i zabiera się do obie­ra­nia i kro­je­nia cebuli.

– Że też musiał wziąć sobie taką na kark – bur­czy Bar­bara i wstaje, żeby roz­nie­cić ogień w pale­ni­sku. – Dziew­czyna jest zresztą poczciwa, a że do tego głu­pia jak but, to już nic na to nie pora­dzi. Ale Marta była zawsze męcząca jak nie­szczę­ście. Nic dziw­nego, skoro Otto jest milcz­kiem, sie­dzi tylko w warsz­ta­cie i nie odzywa się do niej…

– Jest jak jest, Bar­baro – wzdy­cha Johanna. – Paweł pod­jął taką decy­zję, a my obry­wamy.

– W życiu nie zro­zu­miem, co w niego wstą­piło! – pomstuje sta­ruszka, wrzu­ca­jąc sło­ninę i wędzonkę do kotła.

Na dwo­rze łagodne zimowe słońce oświe­tla mia­sto. Z lodo­wych sopli na dachach ście­kają grube kro­ple na tro­tu­ary, a wydep­tany śnieg na uli­cach pod­cho­dzi wodą, łatwo się można pośli­znąć. Johanna zanosi Ber­thol­dowi i jego trzem pomoc­ni­kom obiad do warsz­tatu, nie zapo­mina też o posta­wie­niu miski dla Suł­tana.

– Marek powi­nien pójść z tobą – mar­twi się zafra­so­wany Ber­thold, sta­wia­jąc przy pomocy Bar­bary kocioł na wózek. – Jest śli­sko, jesz­cze się prze­wró­cisz razem z wóz­kiem.

Johanna pro­te­stuje. W końcu radziła sobie w mróz i śnieg, odwilż jej z całą pew­no­ścią nie­straszna. Dziel­nie wle­cze wózek przez ulice, zręcz­nie manew­ruje solid­nie obcią­żo­nym wehi­ku­łem, wymi­ja­jąc kałuże i wysta­jące naroż­niki. Na pro­mie, który prze­wozi ją przez Motławę, też nie ma pro­ble­mów, ponie­waż pomoc­nik prze­woź­nika spie­szy jak co dzień, by jej pomóc.

– Tam dalej musi­cie uwa­żać, maj­strowo – rzuca z kpiar­skim uśmie­chem, spro­wa­dza­jąc wózek z promu na ląd. – Ina­czej obiad szyb­ciej dotrze na miej­sce, niż chcie­liby głodni sto­łow­nicy.

Johanna śmieje się wesoło, dzię­kuje i rusza wąską ście­żyną, która pro­wa­dzi do stoczni. Rze­czy­wi­ście słońce gdzie­nie­gdzie roz­to­piło zamar­z­niętą na kamień zie­mię, wózek się kole­bie, a ona ma trud­no­ści z utrzy­ma­niem go na wła­ści­wym kur­sie. W stoczni cie­śle pil­nie pra­cują. Łączą gotową dziob­nicę ze stępką, skom­pli­ko­wana sprawa, bo wszystko tu musi dokład­nie paso­wać. Nie­da­leko pło­nie ogni­sko, nad któ­rym wisi kocioł, zapewne ze smołą. Smo­ło­wana fla­nela służy szkut­ni­kom do uszczel­nia­nia szpar i szcze­lin, żeby woda nie wle­wała się do statku.

Zapa­trzyła się i prze­stała zwra­cać uwagę na wózek. Ten rap­tem wymyka się jej z rąk i nie­bez­piecz­nie się koły­sząc, sunie w dół drogą. Johanna rzuca się za nim, łapie go z tyłu, by go jakoś wyha­mo­wać, ale potyka się i razem z wóz­kiem ześli­zguje się dalej po skar­pie.

– Uwaga! – krzy­czy ktoś. – Johanna, trzy­maj się mocno!

To Paweł. Jak on to zro­bił? Dopiero co stał wśród cie­śli, a w mgnie­niu oka zatrzy­mał roz­pę­dzony wehi­kuł, teraz zaś zapiera się o wózek, pod­trzy­mu­jąc go sil­nymi ramio­nami.

– Mało bra­ko­wało! – oświad­cza Johanna, która sie­dzi na śniegu obok wózka. – Kto by pomy­ślał, że to cho­ler­stwo tak po pro­stu mi się wymknie.

– Cała jesteś? – pyta Paweł.

Mruży oczy, zwra­ca­jąc się do niej, bo stoi pod słońce. Włosy opa­dły mu na czoło, wyraź­nie rysują się napięte z wysiłku mię­śnie ramion.

– Chyba tak. Dobrze, że się tak szybko poja­wi­łeś…

– Usły­sza­łem, jak krzy­czysz.

– Ja krzy­cza­łam?

– Tak. – Uśmie­cha się. – Woła­łaś „Pomocy! Wózek!”.

– Naprawdę?

Głu­pio jej, że tak gło­śno wołała o pomoc. Tym­cza­sem pode­szło do nich kilku robot­ni­ków i cią­gną nie­sforny wózek z cen­nym ładun­kiem do wozowni, gdzie zazwy­czaj jedzą obiad, przy­sia­da­jąc na sto­sach drewna. Johanna przyj­muje wycią­gnięte ramię Pawła, by łatwiej wstać na śli­skim grun­cie. Jaki on nagle uprzejmy! Jak szar­mancko ofe­ruje jej pomocną dłoń, patrząc na nią na poły łobu­zer­sko, na poły z tro­ską.

– Jutro w połu­dnie poślę kogoś do promu, to nie będziesz musiała się męczyć na śli­skiej dro­dze – stwier­dza.

– No jesz­cze czego – śmieje się dziew­czyna. – Jutro śnieg stopi się do reszty, to co naj­wy­żej będę mogła uto­nąć w bło­cie.

Paweł śmieje się razem z nią i trzyma ją mocno za rękę, gdy Johanna otrze­puje spód­nicę i płaszcz ze śniegu. Po czym nagle gwał­tow­nie pusz­cza jej dłoń, jak gdyby coś go prze­stra­szyło, i wiel­kimi susami pędzi do wozowni, gdzie robot­nicy roz­dzie­lają już tale­rze i łyżki. Johanna nakłada jedze­nie i nalewa do kub­ków posło­dzoną her­batę, Paweł zaś sie­dzi mil­czący wśród innych i pała­szuje ein­topf. Do zwy­cza­jo­wej sprzeczki nie docho­dzi, sło­wem się w ogóle do niej nie odzywa, ku roz­cza­ro­wa­niu robot­ni­ków, któ­rzy już się cie­szyli na atrak­cyjną awan­turę.

Cóż to za dziwny czło­wiek, zasta­na­wia się Johanna w dro­dze powrot­nej. Ma dwa obli­cza, jedno przy­ja­zne, dru­gie odpy­cha­jące. Dziś był naprawdę miły, miejmy nadzieję, że nie pokłóci się ze mną przy kola­cji.

Jed­nak wie­czo­rem Johanna ma zupeł­nie inne zmar­twie­nia. Po powro­cie do domu znaj­duje na stole jadal­nym list przy­nie­siony przez listo­no­sza. Zdzi­wiona odcy­fro­wuje nazwi­sko nadawcy:

Dr Alfred Rie­chert, adwo­kat, Bre­ite Gasse, Sze­roka, numer 32/1.

Pismo to jedna wielka bez­czel­ność.

Wielce sza­nowna Pani,

w imie­niu mojej man­dantki, pani Cecy­lii Jon­kers, wzy­wam, by z docho­wa­niem wszel­kich form i oka­zu­jąc skru­chę, wyco­fała Pani obe­lżywe okre­śle­nia, które w dniu 26 lutego w domu rot­mi­strza von Kle­iwitza skie­ro­wała Pani pod adre­sem panny Anny Marii Jon­kers. W tym celu wno­szę, by spo­rzą­dziła Pani pisemne prze­pro­siny wobec panny Jon­kers, które spraw­dzę jako adwo­kat i prze­każę wspo­mnia­nej damie.

Z wyra­zami sza­cunku

Dr Alfred Rie­chert

Adwo­kat

Danuta

Jak matka może być tak okrutna! Nawet jeśli jaśnie pani jest zbyt słaba, by wstać z łóżka, to prze­cież można by jej przy­nieść maleńką córeczkę, żeby ją uca­ło­wała i przy­tu­liła do piersi. Ale jaśnie pani nie chce widzieć dziecka, na sam widok nowo­rodka dostaje migreny i trosz­cze­nie się o niego zosta­wia mamce.

– Jestem wyczer­pana i muszę naj­pierw odzy­skać siły – powie­działa Traude. – Kto wie, czy to dziecko w ogóle prze­żyje. Jest bar­dzo malut­kie, prawda? Dziew­czynka! Dla­czego Bóg mnie tak doświad­cza? Tyle trudu, tyle trosk, tyle bólu, żeby się oka­zało, że to tylko dziew­czynka…

Nawet oschła Traude jest obu­rzona tymi sło­wami.

– W końcu udało jej się dono­sić i uro­dzić dziecko, to go nie chce! – bur­czy przy śnia­da­niu w kuchni. – No dobrze, to tylko dziew­czynka. Ale to też stwo­rze­nie boże i ma prawo do życia.

– Dobrze mówisz – przy­ta­kuje mamka Minna, która sie­dzi przy kuchen­nym stole, trzy­ma­jąc przy piersi maleń­kie nie­mowlę. Cały dzień nosi małą na rękach, bo ta z miej­sca zaczyna pła­kać, jeśli odłoży się ją do koły­ski. Mło­dej mamce począt­kowo to nie prze­szka­dzało, jako że to prze­cież nor­malne, że małe dzieci krzy­czą i maru­dzą. Ale wtedy Danuta powie­działa jej, że dziew­czynka jest bar­dzo słaba i potrze­buje mnó­stwa cie­pła i miło­ści, żeby prze­żyć.

– Jeśli mała umrze, od razu stra­cisz posadę mamki – ostrze­gła ją. – Rób więc tak, jak ci mówię. Noś ją przy sobie i karm ją, kiedy tylko zechce.

Danuta przez trzy dni kar­miła maleńką i opie­ko­wała się nią, ponie­waż jaśnie pani dopiero na czwarty dzień zdo­była się na zatrud­nie­nie mamki. Minna Han­sen by­naj­mniej nie jest naj­lep­szym wybo­rem spo­śród kobiet, które sta­wiły się w domu Beren­dów, bo jest bar­dzo młoda i nie ma doświad­cze­nia z dziećmi. Ale godzi się prze­pra­co­wać pierw­sze mie­siące jedy­nie za wikt i utrzy­ma­nie, nie sta­wiała też żad­nych innych żądań, co bar­dzo się pań­stwu spodo­bało. Danuta od razu się z nią doga­dała. Minna jest dobro­duszna i uczynna, o pogod­nym uspo­so­bie­niu oraz z całego serca oddana małej pod­opiecz­nej. Pocho­dzi z małej osady koło Müggau, Migowa, to nie­da­leko rodzin­nej wio­ski Danuty. Minna opo­wiada, że mąż jej uciekł stam­tąd, a ich dziecko umarło, dla­tego chce zaro­bić na życie w mie­ście jako mamka. Danuta nie do końca wie­rzy w tę histo­rię, ale nie zamie­rza dopy­ty­wać, bo to nie jej sprawa.

– Chcesz jesz­cze kromkę? – pyta gospo­dyni i pod­suwa faskę z masłem w stronę Minny. – Weź też porządną por­cję słod­kiego musu. Zaraz będzie jesz­cze cie­płe mleko dla was obu.

Odkąd uro­dził się Chri­stia­nek, cał­ko­wi­cie zmie­nił się nastrój wśród służby w domu Beren­dów. Minęły czasy, kiedy poko­jówki wraz z gospo­dy­nią sądziły, że mają się sto­so­wać do życzeń jaśnie pani, pogar­dzały Danutą jako „nie­oby­czajną osobą” i źle ją trak­to­wały. Obec­nie jest już aż nadto wyraźne, że jaśnie pan kocha swo­jego syneczka nad życie i chce zatrzy­mać u sie­bie Danutę. A ponie­waż jaśnie pani musi się pod­po­rząd­ko­wać jego woli, per­so­nel domowy prze­szedł ze sztan­da­rami na stronę Danuty. Gospo­dyni stara się ją roz­piesz­czać pysz­nymi kąskami, a Traude nie prze­pu­ści żad­nej oka­zji, by wychwa­lać Danutę pod nie­biosa i pomsto­wać na jaśnie panią. Trzeba dodać, że to ostat­nie pły­nie z głębi Trau­dzi­nego serca, więc niczego nie musi uda­wać.

– Co ona sobie wyobraża! – burzy się słu­żąca. – Chce szybko odzy­skać siły, żeby od razu ponow­nie zajść w ciążę. Musi mieć syna. Ina­czej nie będzie zado­wo­lona.

– Moja świę­tej pamięci babka uro­dziła pięć córek, zanim w końcu na świat przy­szedł chło­piec. A i tak od razu jej umarł – opo­wiada z powagą Minna. – Po pro­stu Bóg tak chciał.

– Pięć córek – śmieje się Döppelowa. – No to cier­pli­wość jaśnie pani byłaby wysta­wiona na ciężką próbę. Myślę, że by tego nie prze­żyła.

– A może jed­nak – stwier­dza Traude, kiwa­jąc głową. – Ona zawsze niby taka sła­biutka, ale w rze­czy­wi­sto­ści jest twarda jak skóra juch­towa. Jesz­cze nas wszyst­kich prze­żyje.

– Nie życzę jej niczego złego – wtrąca się Danuta, która czuje się winna wobec jaśnie pani. – Nie jest dobrym czło­wie­kiem, ale wiele prze­cier­piała i dla­tego mi jej żal.

Obie słu­żące kręcą gło­wami.

– Prę­dzej uli­tuję się nad sobą, nim poża­łuję jaśnie pani – oświad­cza Traude.

– Ma, na co zasłu­żyła – oświad­cza krótko i zwięźle pani Döppel. – Zapo­mnia­łaś już, jak cię oskar­żyła o kra­dzież broszki? A prze­cież na pewno sama ją zanio­sła do two­jego pokoju i poło­żyła pod poduszką!

Danuta mil­czy. Döppelowa też ode­grała nie­chlubną rolę w tej histo­rii. Ni­gdy wpraw­dzie nie wyja­śniono, jak broszka tra­fiła do pokoju Danuty, ale nikt już nie wie­rzy, że to ona ją ukra­dła.

Za oknem kuchen­nym z wolna roz­wie­wają się poranne ciem­no­ści, widać, jak prę­go­wany szary kot prze­krada się przez podwó­rze i znika w maga­zy­nie. Danuta dodaje łyżkę miodu do cie­płego mleka i pod­suwa kubek Min­nie, po czym wstaje, żeby wyjąć swo­jego synka z łóżeczka na kół­kach i nakar­mić go owsianką. Chri­stia­nek ma już pół roku i jest krzep­kim szkra­bem, prze­waż­nie w dobrym humo­rze, o brą­zo­wych wło­sach i ciem­nych oczach, z twa­rzy wyka­pana mama. Potrafi już sia­dać i entu­zja­stycz­nie kopie nóż­kami na kola­nach Danuty, gdy widzi miseczkę ze słodką zupką. Głodny otwiera buźkę i nie­cier­pli­wie zawo­dzi, ponie­waż matka musi wcze­śniej spró­bo­wać, czy owsianka nie jest jesz­cze za gorąca.

– Ten to jest dopiero – mówi z uzna­niem gospo­dyni. – Jesz­cze chwila i obje nas ze szczę­tem. I jak patrzy! Mały bała­mut z niego.

– Tak, cały tatuś – przy­świad­cza Traude i gry­zie się w język, bo weszła na grzą­ski grunt.

Döppelowa przy­cho­dzi jej z pomocą i prędko zmie­nia temat.

– A czy przy­naj­mniej zna­leźli już imię dla tej bied­nej dzie­wuszki? – pyta zebrane. – Dwa tygo­dnie już jest na świe­cie, ale o chrzcie jakoś nikt nie mówi.

– Ma się nazy­wać Elż­bieta Cecy­lia – wtrąca Minna. – Jaśnie pani mówiła, że chce zacze­kać z chrztem, póki nie wyzdro­wieje. Trzeba prze­cież urzą­dzić przy­ję­cie i pod­jąć gości.

– No to jaśnie wiel­można będzie cze­kać na święty ni­gdy. Cóż, gdyby to był syn! Dzwony biłyby już w ostat­nią nie­dzielę, a w domu mie­li­by­śmy towa­rzy­stwo, które zje­cha­łoby się na chrzciny.

Gospo­dyni spie­szy się z przy­go­to­wa­niem śnia­da­nia dla pań­stwa, Traude też szybko opróż­nia swój kubek i zaczyna usta­wiać naczy­nia na obu tacach. Na jed­nej dla obu panów, któ­rzy zaraz zja­wią się w jadalni, a na dru­giej dla jaśnie pani, która jesz­cze jest przy­kuta do łóżka i ma coraz dziw­niej­sze zachcianki. Ostat­nio chce na przy­kład na śnia­da­nie wędzoną rybę z jajecz­nicą, do tego biały chleb z masłem, miód, kon­fi­tury i mocną kawę. Bo lekarz jej powie­dział, że musi porząd­nie jeść, by odzy­skać siły.