Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 367 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Garet, fe! - Joanna Szarras

Demoluje nam dom i zjada nasze ulubione prawie antyczne mebelki. Drze na strzępy najlepsze książki z naszej biblioteki. Uparcie kompromituje nas przed ludzkością. Kiedy daje nam buziaczka (bo tak nas kocha!) – leci mu, excuse le mot, z pyska. Kiedy śpimy razem, z dużą bezwzględnością spycha nas z łóżka… Małżonek/małżonka, niepotrzebne skreślić? A skąd. Małżonkowi (-ce) nie uszłoby to płazem. Nasz psiaczek najmilszy! I nic się z tym nie da zrobić. Dogomani czyli psiarze doskonale to wiedzą. One, psy, też wiedzą. Życie bez nich byłoby wszak pomyłką! Jett Garet III Jr. – spadkobierca literackich tradycji Puca i Bursztyna, Daszeńki, foxa Montmorency’ego – zaprasza do lektury!

Opinie o ebooku Garet, fe! - Joanna Szarras

Fragment ebooka Garet, fe! - Joanna Szarras

www.wydawnictwosol.pl

 Copyright © by Joanna Szarras 2009

Redakcja:

Urszula Przasnek

Okładka:

Andrzej Brzezicki

Korekta:

Katarzyna Nowak

 

Warszawa 2012

ISBN 978-83-62405-70-1

Wydawca:

Wydawnictwo SOLMonika Szwaja • Mariusz Krzyżanowski05-600 Grójec, Duży Dół 2awydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub i Redakcja techniczna:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteauxatelier@duchateaux.pl

 Książkę dedykuję wszystkim miłośnikom zwierząt – szczególnie tym, którzy kochają niemądrze i ponad miarę...

Serdecznie dziękuję mojej córce Kai, przyjaciołom i koleżankom za wsparcie, a przede wszystkim Marioli Gajko i Luzie Berdak – za Gareta, który jest zmorą i słońcem mojego życia.

Do zainteresowanych: nie zmądrzał z wiekiem ani trochę, a Garetowe opowieści piszą się nadal.

TRZY DNI, KTÓRE WSTRZĄSNĘŁY DOMEM

10.04.2006 po­nie­dzia­łek

Wpół do szó­stej to po­ra, gdy czło­wiek po­wi­nien zbie­rać roz­pełz­łą po łóż­ku koł­drę, by uwić so­bie gniazd­ko na ostat­nie go­dzi­ny naj­słod­sze­go snu. Wy­jąw­szy osob­ni­ków ty­pu nad­po­bud­li­we­go skow­ron­ka, resz­ta udrę­czo­nej ludz­ko­ści po­rzu­ca o tej go­dzi­nie cie­płe ob­ję­cia po­ście­li tyl­ko wte­dy, kie­dy ko­niecz­nie mu­si. Szcze­gól­nie je­śli jest to piąt­ko­wy po­ra­nek, bliź­nia­czo po­dob­ny do czwor­ga swo­je­go kosz­mar­ne­go ro­dzeń­stwa.

Dy­go­cząc z zim­na, wy­la­złam z łóż­ka i za­pa­la­jąc po dro­dze świa­tła, po­wę­dro­wa­łam do ła­zien­ki, sta­ran­nie omi­ja­jąc wzro­kiem lu­stra. To, co u za­ra­nia ży­cia okre­śla się mia­nem roz­kosz­ne­go ro­ze­spa­nia, po czter­dzie­st­ce zmie­nia się w stan bu­dzą­cy go­to­wość eki­py re­ani­ma­cyj­nej. Po czter­dzie­st­ce bo­wiem, jak to sa­ma gło­si­łam dzie­sięć lat wcze­śniej – że też mi ję­zyk wte­dy koł­kiem nie sta­nął – na twarz, w miej­sce uro­dy, wy­ła­zi du­sza. Gdy­by wie­dzia­ła, jak jej bę­dzie cięż­ko, da­ła­by spo­kój i zo­sta­wi­ła uro­dę na pier­wot­nym miej­scu. Im bar­dziej po czter­dzie­st­ce i im wcze­śniej ra­no, tym trud­niej. Naj­pierw mu­si dźwi­gnąć ża­lu­zje prze­ciw­wła­ma­nio­we. Kie­dy czo­ło i po­wie­ki znaj­dą się w sta­nie ocię­ża­łej rów­no­wa­gi, przy­cho­dzi czas na dol­ne par­tie twa­rzy, wal­ko­we­rem prze­gry­wa­ją­ce z si­łą cięż­ko­ści. Te, pod któ­ry­mi pra­wie na pew­no znaj­du­je się ele­ganc­ki za­rys żu­chwy. Tak przy­naj­mniej wy­ni­ka z prak­ty­ki chi­rur­gów pla­stycz­nych.

Po po­bież­nym re­mon­cie te­go, co w mo­jej twa­rzy nie jest jesz­cze od­zwier­cie­dle­niem du­szy, zer­k­nę­łam przy­jaź­nie w swo­je za­czer­wie­nio­ne z nie­wy­spa­nia spo­jów­ki, zga­si­łam pa­pie­ro­sa, zo­sta­wi­łam ostat­ni ślad kred­ki do ust na kub­ku z pa­ru­ją­cą ka­wą i w po­śpie­chu opu­ści­łam dom.

O wpół do siód­mej dy­go­ta­ły­śmy z Be­atą na przy­stan­ku. Ona dy­go­ta­ła bar­dziej, bo jest chu­da, ja­ko że prze­wle­kły stres od­bie­ra jej ape­tyt. Mnie prze­ciw­nie.

Za­po­wia­dał się wio­sen­ny, kwiet­nio­wy dzień z tem­pe­ra­tu­rą dzie­się­ciu stop­ni. Na ra­zie jed­nak ter­mo­metr po­ka­zy­wał tyl­ko dwa. Po zie­mi roz­peł­za­ły się ję­zo­ry śnie­gu, a no­wa do­sta­wa le­ni­wie nad­la­ty­wa­ła z nie­ba. Nie wiem, jak tam z glo­bal­nym ocie­ple­niem, fak­tem jest, że od kil­ku lat ma­my tyl­ko dwie po­ry ro­ku, przy czym zim­na trwa osiem mie­się­cy, a pod­czas cie­płej pa­nu­je kli­mat pu­styn­ny z do­bo­wą róż­ni­cą tem­pe­ra­tur oko­ło dwu­dzie­stu stop­ni.

– Wio­sną dwa stop­nie zno­si się znacz­nie go­rzej niż zi­mą – po­cie­szy­ła mnie drżą­cym gło­sem Be­ata.

– Przy­po­mnij mi to wio­sną. Je­śli w ogó­le przyj­dzie – wy­szczę­ka­łam po­nu­ro reszt­ka­mi wła­snych zę­bów i kil­ko­ma sztucz­ny­mi.

Wspo­mnie­nie trwa­ją­cej, cho­ciaż wciąż jesz­cze nie­za­do­mo­wio­nej po­ry ro­ku, uświa­do­mi­ło nam, że la­da ty­dzień mo­że­my się już nie spo­tkać na przy­stan­ku. Każ­dy mie­siąc przy­no­si bo­wiem no­we zwol­nie­nia w na­szym Cen­trum. Na­resz­cie i to spo­koj­ne miej­sce do­pa­dła fa­la prze­mian. Fa­la jak to fa­la, zmy­wa bez­li­to­śnie. Sze­rzą­ca się wśród za­ło­gi psy­cho­za do­pro­wa­dzi­ła do wy­kształ­ce­nia się no­we­go ga­tun­ku pra­cow­ni­ka. Jest to mon­strum o roz­pacz­li­wie wy­ba­łu­szo­nych oczach i wiel­kich uszach. Oczy mu wy­la­zły od de­spe­rac­kie­go wy­pa­try­wa­nia lep­szej przy­szło­ści, a uszy roz­ro­sły się od go­rącz­ko­we­go na­słu­chi­wa­nia. A nuż uda się coś pod­chwy­cić. Ale si­wy dym, nikt nic nie wie! Ostat­nia, przez ty­dzień zbie­ra­na ze szcząt­ków in­for­ma­cji, wer­sja brzmi: pod ko­niec mie­sią­ca wy­le­ci nie osiem, a pięt­na­ście osób. Każ­dy pry­wat­nie przy­mie­rza się do sy­tu­acji, gdy dzie­sięć mi­nut przed koń­cem dniów­ki zo­sta­nie we­zwa­ny przed ob­li­cze no­wej Dy­rek­cji, któ­ra to z wła­ści­wym so­bie, po­wa­la­ją­co uro­czym uśmie­chem wrę­czy mu wy­po­wie­dze­nie. Co go osta­tecz­nie po­wa­li. Sło­wem – ogól­na hi­ste­ria.

– Ty to nie mu­sisz się mar­twić, znaj­dziesz pra­cę, bo masz wyż­sze wy­kształ­ce­nie – wes­tchnę­ła Be­ata, wy­pusz­cza­jąc z ust ob­ło­czek pa­ry.

– Co z te­go, że mam? Mu­sia­ła­bym być dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nią ab­sol­went­ką z pię­cio­let­nim do­świad­cze­niem, no­ga­mi po­wy­żej pa­sa i ro­dzi­ną spryt­nie roz­miesz­czo­ną we wła­ści­wych par­tiach po­li­tycz­nych. A mam o dwa­dzie­ścia lat za du­żo, dziec­ko i bez­par­tyj­ne zwie­rzę­ta do­mo­we. No­gi – ow­szem, ale pas mi się gdzieś za­po­dział... Po­za tym bia­łe­go per­so­ne­lu pew­nie nie ru­szy, na­to­miast ad­mi­ni­stra­cję wy­mie­ni. Każ­dy wo­li ota­czać się wy­bra­ny­mi przez sie­bie oso­ba­mi.

– A jak­by ten kon­kurs na dy­rek­to­ra wy­grał le­karz?

– To nie miał­by ta­kich ślicz­nych nóg – skwi­to­wa­łam.

Au­to­bus wresz­cie się przy­czoł­gał. Te­raz na­le­ża­ło uzbro­ić się w cier­pli­wość, po­nie­waż ja­dąc do miej­sco­wo­ści od­le­głej o rzut be­re­tem, mu­si ob­je­chać pół po­wia­tu. Z pręd­ko­ścią czter­dzie­ści na go­dzi­nę. I mi­ja­jąc przy­stan­ki, na któ­rych nikt nie wsia­da i nie wy­sia­da. Krót­szą tra­są ża­den au­to­bus nie jeź­dzi. Pew­nie dla­te­go, że miał­by wię­cej pa­sa­że­rów, bo po dro­dze jest kil­ka za­kła­dów, w któ­rych jesz­cze lu­dzie pra­cu­ją.

Gwał­tow­ny start po­jaz­du pod­ciął mi no­gi, w efek­cie ru­nę­łam na sie­dze­nie, omal nie wy­ry­wa­jąc ka­sow­ni­ka. Na szczę­ście gru­be, dłu­gie fu­tro za­mor­ty­zo­wa­ło upa­dek.

Z ty­łu dwóch męż­czyzn w śred­nim wie­ku, czy­li na na­sze cza­sy sta­ru­chów, wstrze­li­ło się w te­mat, któ­ry i nam za­przą­tał my­śli.

– Ro­bisz gdzieś, Sta­chu?

– A, szko­da ga­dać. Od przy­pad­ku do przy­pad­ku. U nas to już nie ma szans na nor­mal­ną ro­bo­tę.

– No. Trza by wy­je­chać za gra­ni­cę. Mam na oku Au­strię. Cze­kam na wia­do­mo­ści od po­śred­ni­ka. Ła­pów­kę da­łem, a su­kin­syn je­den się nie od­zy­wa.

– Ale ję­zyk trze­ba znać, chło­pie, bez ję­zy­ka to, kur­de, nie da ra­dy. Ja się sta­ram do Nor­we­gii. W ma­ju chy­ba po­ja­dę, bo w zi­mie to się nie ma co wy­bie­rać. O ile wio­sna w ogó­le przyj­dzie. Ty, patrz, jak sy­pie, za­mieć się ro­bi. Za­czy­na się kwie­cień, kuź­wa, a za­pier­da­la jak w stycz­niu.

– Jak tak da­lej pój­dzie, to au­to­bu­sy sta­ną. Patrz, jak go no­si. Opo­ny ma ły­se jak mój łeb. Jesz­cze do ro­wu wy­ry­pie­my.

Au­to­bus ja­koś do­tarł, cho­ciaż się spóź­nił. Za­czął już bić dzwon ko­ściel­ny na siód­mą, a przed na­mi jesz­cze kil­ku­set­me­tro­wy kłus za­ro­śnię­tą alej­ką. Krza­ki ła­pią za kie­sze­nie, a co bar­dziej agre­syw­ne pró­bu­ją spe­ne­tro­wać mózg przez oczo­do­ły. To nasz od­po­wied­nik przy­sło­wio­we­go wia­tru w oczy. Wiatr zresz­tą też wie­je i ci­ska w twarz śnie­giem. Zlo­do­wa­cia­ły garb na środ­ku ścież­ki spra­wia, że no­gi roz­ła­żą się na bo­ki i nasz marsz przy­po­mi­na po­lo­ne­za w wy­ko­na­niu ka­czek. Kie­row­nic­two tę­dy się nie prze­dzie­ra. Pod­jeż­dża sa­mo­cho­da­mi. I niech ża­łu­je, my za to ma­my bli­ski kon­takt z na­tu­rą.

Wy­mi­nął nas ko­le­ga dys­po­nu­ją­cy dłuż­szym od­de­chem i lep­szą for­mą. Wia­do­mo, ren­ci­sta.

W ko­ry­ta­rzu, pod drzwia­mi kadr do­pa­da­my li­sty obec­no­ści. Le­ży w kil­ku sko­ro­szy­tach na krze­śle, co zmu­sza do pod­pi­sy­wa­nia się w po­wie­trzu al­bo we wła­ści­wej po­zy­cji – na klęcz­kach.

Dy­rek­cji jesz­cze nie ma; do­jeż­dża z da­le­ka, mu­sia­ła­by zry­wać się o czwar­tej ra­no, że­by z prze­krwio­ny­mi ocza­mi i by­le ja­kim ma­ki­ja­żem za­czy­nać dzień pra­cy o siód­mej. Dzię­ki te­mu ma­my chwi­lę na prze­lot­ne po­wi­ta­nia, ob­rzu­ca­nie się po­dejrz­li­wy­mi spoj­rze­nia­mi i po­spiesz­ną wy­mia­nę in­for­ma­cji z se­kre­tar­ką. Nic nie wie.

W sy­tu­acji za­gro­że­nia wy­la­zły wszyst­kie cho­re ce­chy te­go ma­łe­go śro­do­wi­ska. Te­raz już nie da się spę­dzać po­ło­wy cza­su na ob­ga­dy­wa­niu wszyst­kich i snu­ciu in­tryg, hie­rar­chia służ­bo­wa wró­ci­ła na wła­ści­we miej­sce i szok jest trud­ny do opa­no­wa­nia. W za­mian buj­nie roz­ra­sta się po­dejrz­li­wość, a od kom­bi­no­wa­nia, w któ­rą stro­nę świa­ta od­wró­cić się fron­tem, że­by za­jąć naj­bez­piecz­niej­szą po­zy­cję, ze swę­dem prze­pa­la­ją się zwo­je. Wy­jąt­ko­wa obrzy­dli­wość. W ta­kich wa­run­kach jesz­cze nie pra­co­wa­łam.

No­wy ga­tu­nek pra­cow­ni­ka wpa­tru­je się na­wza­jem w swo­je wy­ba­łu­szo­ne ga­ły i spusz­cza wiel­kie uszy. Zgod­nie mam­ro­cze, że na sa­mą myśl o przyj­ściu do pra­cy chce mu się rzy­gać. Śred­nia wie­ku w tej in­sty­tu­cji od­bie­ga od dwu­dziest­ki o mniej wię­cej dwa­dzie­ścia lat i to w kie­run­ku doj­rza­ło­ści, więc mo­wy nie ma o fi­glar­nym na­stro­ju. Ci, któ­rzy ma­ją za­ra­bia­ją­cą ro­dzi­nę, ja­koś się jesz­cze trzy­ma­ją. Je­dy­ni ży­wi­cie­le za­mie­rza­ją spe­ne­tro­wać ka­na­ły, ja­ko że mo­stów w oko­li­cy ty­le, co kot na­pła­kał. Cóż, cza­sy są cięż­kie, więc ta hi­ste­ria jest po­nie­kąd uspra­wie­dli­wio­na.

Wie­rzyć się nie chce, że ludz­kość na dro­dze swo­je­go roz­wo­ju zro­bi­ła ta­ką wol­tę i w re­zul­ta­cie ugry­zła się we wła­sny ty­łek. Po ca­łych wie­kach wal­ki o ludz­ką wol­ność i god­ność uda­ło nam się ukształ­to­wać no­wą for­mę nie­wol­nic­twa. Ten no­wy nie­wol­nik pra­cu­je za sym­bo­licz­ne wy­na­gro­dze­nie, cza­sa­mi na­wet wy­star­cza­ją­ce do za­spo­ko­je­nia pod­sta­wo­wych po­trzeb bio­lo­gicz­nych. Wyż­szych po­trzeb nie ma, bo mu wal­ka o byt sku­tecz­nie zdu­si­ła świa­do­mość. Dziób trzy­ma przy tym na kłód­kę, gdyż na pa­mięć zna naj­waż­niej­sze ha­sło na­szych cza­sów: „Na two­je miej­sce cze­ka dzie­się­ciu in­nych”. Nie ma praw, tyl­ko obo­wiąz­ki. To zna­czy, ma pra­wo do obo­wiąz­ków.

Resz­ta to un­derc­lass, z wy­jąt­kiem kil­ku pro­cent no­wej ra­sy pa­nów, któ­rzy wzbi­li się tak wy­so­ko, że na­wet pra­wo ich do­sięg­nąć nie mo­że. Ale do­bre to pa­ni­ska, bo re­gu­lar­nie, dla ucie­chy za­bie­dzo­ne­go po­spól­stwa, da­ją spek­ta­kle roz­ryw­ko­we, któ­ry­mi przez dłu­gie ty­go­dnie ra­do­śnie ży­wią się me­dia. Nie ma to jak po­rząd­na afe­ra raz na ty­dzień; oczysz­cza krew i da­je uj­ście emo­cjom. Bo cze­góż wię­cej po­trze­bu­je sza­ry czło­wiek oprócz chle­ba i igrzysk? A z cza­sem mo­że wy­star­czą sa­me igrzy­ska.

Za­pa­rzyw­szy pół li­tra ka­wy, za­bra­łam się do pra­cy. Nie­kie­dy uda­je mi się nie mar­twić spra­wa­mi, na któ­re nie mam wpły­wu. Po­za tym te­go dnia aku­rat de­ner­wo­wa­łam się czym in­nym. Po po­łu­dniu cze­ka­ła mnie fi­na­li­za­cja ad­op­cji. Mia­ło przy­je­chać mo­je no­we dziec­ko o imie­niu Ga­ret.

Mi­nął mie­siąc od śmier­ci Fok­sa, kie­dy to spuch­nię­ta od pła­czu i cięż­ka od zbie­ra­ją­cych się w pier­si łez, obo­la­ła i zlo­do­wa­cia­ła do szpi­ku ko­ści, z sza­rą za­sło­ną roz­dzie­la­ją­cą noc w du­szy i ze­wnętrz­ny świat, uświa­do­mi­łam so­bie, że po­grą­żam się w kla­sycz­nej de­pre­sji kli­nicz­nej.

Po mę­ce du­cho­wej, roz­ter­kach i osła­bie­niu wzor­ku o jed­ną diop­trię od ga­pie­nia się w mo­ni­tor zna­la­złam w in­ter­ne­cie ogło­sze­nie o szcze­nia­ku do przy­gar­nię­cia. Osiem ty­go­dni, sześć i pół ki­lo, tri­co­lor, to zna­czy w więk­szo­ści czar­ny, pierś bia­ła, skar­pe­ty prze­cho­dzą­ce od bia­łe­go przez ja­sno­sza­ry do be­żu. Kil­ka bia­łych wło­sów na koń­cu ogon­ka. Lo­ki i fa­le. Obie­cu­ją­ce spoj­rze­nie, w któ­rym przez nie­mow­lę­cą tę­po­tę prze­bi­ja­ła po­god­na by­strość.

Ma­leń­stwo chwi­lo­wo miesz­ka­ło w Kra­ko­wie, po­dob­nie jak mo­ja cór­ka stu­diu­ją­ca na dru­gim ro­ku psy­cho­lo­gii. Po wy­ko­na­niu se­rii go­rącz­ko­wych te­le­fo­nów umó­wi­łam Ka­ję na wi­zy­tę, uzgad­nia­jąc, że je­śli po­czu­je to „coś”, to drgnie­nie w ser­cu, niech bie­rze. Trud­no. Zda­łam się na Fu­niacz­ka, niech czu­wa, że­by ma­lec oka­zał się właś­ci­wym psem dla nas, a my wła­ści­wą ro­dzi­ną dla nie­go.

Ka­ja od­dzwo­ni­ła tra­fio­na nie drgnie­niem, ale po­tęż­nym wstrzą­sem ser­ca. Gdy tyl­ko Ga­ret wy­ko­le­ił się u jej stóp i z wy­ra­zem po­god­ne­go zi­dio­ce­nia na py­sku za­czął prze­żu­wać sznu­rów­ki, wpa­dła po uszy.

Szcze­niak, o dum­nym imie­niu Jett Ga­ret III jr., jest pod­opiecz­nym or­ga­ni­za­cji Ami­cus, któ­ra dzia­ła do­kład­nie tak, jak or­ga­ni­za­cja na rzecz zwie­rząt bez­dom­nych dzia­łać po­win­na. Nie ma żad­ne­go bra­nia w ciem­no. Ga­ret, ow­szem, miał przy­je­chać, ale z opie­kun­ka­mi, któ­re spraw­dzą, czy za­pew­ni­my mu od­po­wied­nie wa­run­ki. Dom, ogród, żad­ne­go koj­ca, żad­ne­go łań­cu­cha. By­łam za­chwy­co­na. Niech spraw­dza­ją, tak po­win­no być. We­dług mnie każ­dy przed przy­ję­ciem pod swój dach zwie­rza­ka po­wi­nien przejść wni­kli­we ba­da­nia psy­cho­lo­gicz­ne.

– Ja­sne, że po­win­naś wziąć psa, przej­dzie ci de­pre­sja – orze­kła Wik­to­ria, któ­ra po śmier­ci Ala wy­trzy­ma­ła dwa ty­go­dnie, za­nim po­je­cha­ły­śmy do schro­ni­ska po Ol­ka.

W skle­pie dla zwie­rząt spo­tka­łam Mag­dę. Oka­za­ło się, że i Bla-ckie nie ży­je, też od­szedł w wie­ku czter­na­stu lat. Mag­da mó­wi, że wy­trzy­ma­ła mie­siąc i od kil­ku dni ma­ją mło­de­go owczar­ka nie­miec­kie­go przy­wie­zio­ne­go ze schro­ni­ska w So­snow­cu.

Wal­ka z Ire­ną, czy­li mat­ką, by­ła cięż­ka i za­koń­czy­ła się z mo­jej stro­ny groź­bą wy­pro­wadz­ki; mat­ka na­tych­miast więc wy­snu­ła wnio­sek, że by­le kun­del jest od niej waż­niej­szy.

– I od ko­tów – do­da­ła przy­tom­nie, że­by ugrun­to­wać we mnie po­czu­cie wi­ny.

Do­pro­wa­dzi­ła mnie tym do osta­tecz­no­ści. Pod ko­niec już naj­mniej cho­dzi­ło o psa, wy­la­zły na świat wszel­kie upio­ry prze­szło­ści i zmo­ry te­raź­niej­szo­ści.

Po po­łu­dniu, le­d­wie ży­wa ze zde­ner­wo­wa­nia, usi­ło­wa­łam choć w ni­kłym stop­niu opa­no­wać sy­tu­ację. Za­dzwo­ni­łam do je­dy­nej są­siad­ki, z któ­rą Ire­na cza­sem się spo­ty­ka, i po­pro­si­łam, że­by o czwar­tej za­pro­si­ła ją na ka­wę. Tym­cza­sem po trze­ciej Ire­na wy­bra­ła się do mia­sta.

– Jak znam mo­je szczę­ście, wró­ci do­kład­nie w mo­men­cie, kie­dy oni przy­ja­dą – po­wie­dzia­łam po­nu­ro.

– Zde­rzą się w drzwiach – zgo­dzi­ła się Ka­ja, bar­dziej pod­eks­cy­to­wa­na niż zde­ner­wo­wa­na.

– No i bę­dzie po­ru­ta – uzu­peł­ni­łam.

Ire­na wró­ci­ła pa­rę mi­nut po czwar­tej. Na­tych­miast po­wia­do­mi­ły­śmy ją, że jest pil­nie pro­szo­na na ka­wę. Na­wet spe­cjal­nie nie wy­dzi­wia­ła, tyl­ko na­pi­ła się wo­dy i ru­szy­ła z po­wro­tem. Sa­mo­chód pod­je­chał w chw­li, gdy wy­szła przed dom. Za­wy­łam głu­cho. Pod­bie­głam do au­ta i po­ka­za­łam, gdzie jest par­king. Ma­new­ry za­wra­ca­nia za­ję­ły aku­rat ty­le cza­su, że Ire­na zdo­ła­ła się nie­co od­da­lić, co da­wa­ło na­dzie­ję na od­wle­cze­nie awan­tu­ry.

By­łam tak roz­trzę­sio­na, że na­wet nie zro­bił na mnie wra­że­nia wi­dok psz­czo­ły spa­ce­ru­ją­cej wzdłuż mo­jej tęt­ni­cy szyj­nej, a ta­ki wła­śnie roz­kosz­ny ob­raz uj­rza­łam od­bi­ty w szy­bie sa­mo­cho­du. Wi­docz­nie jesz­cze mi nie­pi­sa­ne, bo bez prze­szkód spę­dzi­łam owa­da i wpro­wa­dzi­łam go­ści do środ­ka.

Oby­dwie opie­kun­ki oka­za­ły się uro­cze. Ga­ret przy­je­chał w to­wa­rzy­stwie nie­co star­sze­go kum­pla, Fred­ka, któ­ry na­stęp­ne­go dnia miał od­je­chać do Wie­licz­ki. Nasz pie­sek był do­kład­nie ta­ki, jak na zdję­ciu – roz­czu­la­ją­cy, pu­szy­sty szcze­nia­czek na ma­syw­nych ła­pach. Ka­ja twier­dzi, że przy­po­mi­na jej gru­by, krót­ki ko­nar. Bez zbyt­nich gry­ma­sów za­ak­cep­to­wał za­rów­no nas, jak i dom. Pi­jąc ka­wę, ob­ser­wo­wa­ły­śmy, jak gra­su­je po po­ko­ju. Wy­glą­dał tak nie­win­nie! Kto mógł­by przy­pusz­czać, że spry­ciarz ukła­dał wła­śnie plan przy­szłych znisz­czeń.

Pod­pi­sa­ły­śmy umo­wę, ode­bra­ły­śmy wy­praw­kę, za­pa­mię­ta­ły­śmy in­struk­cje – za dwa ty­go­dnie na­stęp­ne od­ro­ba­cza­nie, za ko­lej­ne dwa do­szcze­pia­nie. Z lek­kim przy­gnę­bie­niem wy­słu­cha­łam re­la­cji do­ty­czą­cej kar­mie­nia – je nie­chęt­nie, mię­so z kur­cza­ka, chrup­ki dla nie­mow­ląt, pi­je wo­dę, mle­ka nie do­sta­wał z oba­wy przed bie­gun­ką.

Wie­czo­rem zo­rien­to­wa­ły­śmy się, że je­śli wy­pro­wa­dzi się go przed dom co go­dzi­nę, to grzecz­nie się wy­si­ka i po­kój po­zo­sta­nie su­chy. Za­sie­ki z re­ga­łów nie speł­nia­ją swo­jej ro­li, bo po­tra­fi prze­czoł­gać się nad książ­ka­mi i ma­sze­ru­je pro­sto do po­ko­ju bab­ci, gdzie nie wol­no mu wcho­dzić. Mle­ko oka­za­ło się prze­bo­jem. Po wy­pi­ciu bie­rze mi­skę w zę­by i rzu­ca któ­rejś z nas pod no­gi, przy czym do­ty­czy to wy­łącz­nie mi­ski po mle­ku, in­ne go nie in­te­re­su­ją. W no­cy cho­dzi­li­śmy si­kać ra­zem – on przed dom, ja do ła­zien­ki. Cykl nam się zgrał.

W naj­gor­szej sy­tu­acji zna­la­zły się ko­ty. Wpa­dły w ta­ką pa­ni­kę, że wciąż za­cho­wu­ją się jak obłą­ka­ne i nie chcą wejść na dłu­żej do do­mu. Mój po­kój, w któ­rym z lu­bo­ścią się wy­le­gi­wa­ły, na­gle zna­lazł się cał­ko­wi­cie po­za ich za­się­giem. Naj­go­rzej zno­szą to Ko­leś i Ga­cia. Ko­le­sio­wi oczy wy­la­zły w pią­tek i już z tym wy­trzesz­czem zo­stał. Ga­cia, tknię­ta obłę­dem sy­tu­acyj­nym, wśli­znę­ła się pod obu­do­wę wan­ny w ła­zien­ce na pię­trze i wy­ła tam ża­ło­śnie i głu­cho. Po go­dzi­nie le­że­nia na brzu­chu i przy­mil­ne­go na­wo­ły­wa­nia nie­szczę­snej kot­ki wpa­dły­śmy w roz­pacz.

– Mo­że ona się tam nie mie­ści – ję­cza­ła Ka­ja ze łza­mi w oczach, z bra­ku la­tar­ki świe­cąc w mrocz­ne cze­lu­ście lamp­ką noc­ną.

– Zmie­ści­ła się w jed­ną stro­nę, zmie­ści i w dru­gą – orze­kłam, ale od­krę­ci­łam ka­wa­łek pla­sti­ko­wej ru­ry sta­no­wią­cej od­pływ wan­ny. Po­tem w mil­cze­niu uda­łam się po mło­tek i łom.

– Bę­dziesz kuć ka­fel­ki?! – za­nie­po­ko­iła się Ka­ja.

– Chro­mo­lę ka­fel­ki, Ga­cia jest waż­niej­sza. No do­bra, da­ję jej jesz­cze go­dzi­nę. Mo­że ochło­nie i wyj­dzie. – Odło­ży­łam na­rzę­dzia i ze­szłam na dół, gdzie ni­cze­go nie­świa­dom wi­no­waj­ca żuł w za­my­śle­niu pro­gram te­le­wi­zyj­ny.

Ga­cia wy­szła, choć trud­no po­wie­dzieć, że ochło­nę­ła. Prze­my­ka­ła po do­mu jak smu­ga cze­ko­la­do­we­go je­dwa­biu, na naj­mniej­szy ha­łas go­to­wa prze­bić su­fit.

So­bo­tę spę­dzi­łam głów­nie na wzmac­nia­niu za­bez­pie­czeń. Wszyst­kie re­ga­ły obi­łam z ty­łu tek­tu­rą do – jak mi się wy­da­wa­ło – roz­sąd­nej wy­so­ko­ści. Pies ma na ra­zie trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wzro­stu i jest cięż­ki, więc fru­wał nie bę­dzie.

Po­nie­waż po­go­da by­ła wy­jąt­ko­wo ład­na, spę­dzi­li­śmy tro­chę cza­su w ogro­dzie, gdzie ja mia­łam się od­prę­żyć, a pies wy­bie­gać, co tyl­ko po­ło­wicz­nie się uda­ło. Pies po­bie­gał. Ja co praw­da po­ło­ży­łam się na chwi­lę, ale z unie­sio­ną czuj­nie gło­wą. Wy­ba­łu­sza­łam oczy we wszyst­kich kie­run­kach i co chwi­la wrzesz­cza­łam: „Ga­ret, fe!”, po­nie­waż ma­ły upiór bez­błęd­nie tra­fiał w miej­sca, gdzie Ire­na zdą­ży­ła już coś po­sa­dzić. Co gor­sza, od­krył w so­bie po­wo­ła­nie do ko­pa­nia.

Ga­ret zdra­dza ce­chy psa-to­wa­rzy­sza. Po­zo­sta­wio­ny sam w po­ko­ju pod­no­si ta­ki la­ment, że plom­by z zę­bów wy­pa­da­ją. Po­za tym wy­ka­zu­je nie­zwy­kłe zdol­no­ści al­pi­ni­stycz­ne. Co­raz spraw­niej wdra­pu­je się na pół­ki, ni­czym bul­do­żer roz­rzu­ca książ­ki i z trium­fal­nym kwi­kiem prze­do­sta­je się na dru­gą stro­nę. Pierw­sze kro­ki, na­tu­ral­nie, kie­ru­jąc do po­ko­ju bab­ci. Wi­dać po­wie­dze­nie, że za­ka­za­ny owoc sma­ku­je naj­le­piej, do­ty­czy nie tyl­ko lu­dzi.

Po­ży­czy­łam od Stasz­ka czte­ry­sta zło­tych. I tak daw­no już mia­łam za­miar ku­pić za­bu­do­wa­ne re­ga­ły. Co praw­da do­pie­ro w lip­cu, po wzię­ciu po­życz­ki, ale co tam. Aku­rat by­ła pro­mo­cja. W nie­dzie­lę uprzej­ma są­siad­ka przy­wio­zła mi je pod dom. Po­skrę­ca­ły­śmy je z Ka­ją na­wet dość spraw­nie, co chwi­la od­bie­ra­jąc psu nie­bez­piecz­ne przed­mio­ty i usu­wa­jąc go z za­gro­żo­nych re­jo­nów. Wresz­cie ode­tchnę­łam z ulgą. Nie ma mo­wy, że­by prze­do­stał się na dru­gą stro­nę. Mu­siał­by mieć wier­tar­kę w gę­bie. Prze­cież to nie kor­nik.

Ka­ja wy­je­cha­ła z po­dej­rza­ną ra­do­ścią.

Po­cząt­ko­wo Ga­ret fa­tal­nie zno­sił cze­sa­nie. Wci­skał się w kąt, z ża­ło­snym wy­rzu­tem pa­trząc na mnie i bły­ska­jąc bia­ły­mi pół­księ­ży­ca­mi pod gra­na­to­wo­sza­ry­mi, nie­mow­lę­cy­mi śle­pia­mi. Stop­nio­wo jed­nak oswo­ił się ze szczot­ką i na­wet za­czął wy­sta­wiać brzuch, co uzna­łam za du­że osią­gnię­cie. Nie­ste­ty, chy­ba jest we­ge­ta­ria­ni­nem. Mię­so trak­tu­je z naj­wyż­szą nie­chę­cią, po­za tym je wszyst­ko, pod wa­run­kiem że ja jem to sa­mo.

Nie­dzie­la by­ła rów­nie wy­czer­pu­ją­ca jak so­bo­ta. W no­cy, kie­dy już po­go­dził się z tym, że nie wol­no mu za­gryźć bu­tel­ki z ole­jem, po­jem­ni­ka z ci­li­tem ani mo­jej je­dwab­nej apasz­ki tu­dzież kasz­mi­ro­we­go swe­tra, zwa­li­li­śmy się bez du­cha na łóż­ko.

W po­nie­dzia­łek od ra­na od­czu­wa­łam ssą­cy nie­po­kój. Ga­ret po raz pierw­szy miał zo­stać sam w do­mu. Ire­na wy­je­cha­ła. Przed wyj­ściem do pra­cy wy­pu­ści­łam go na dwór, za­opa­trzy­łam w pla­sti­ko­wą bu­tel­kę po wo­dzie, któ­ra wspa­nia­le trzesz­czy przy gry­zie­niu, na­peł­ni­łam mi­ski i zlu­stro­wa­łam po­kój: czte­ry ma­skot­ki, ja­gnię­ca skó­ra do ewen­tu­al­nej drzem­ki, gdy­by nie chcia­ło mu się wleźć na łóż­ko, dwa sta­re pan­to­fle Kai, pił­ka. To na ja­kiś czas go zaj­mie. Po­tem mo­że się znu­dzi i pój­dzie spać.

Kie­dy wró­ci­łam z pra­cy, dom spra­wiał wra­że­nie opusz­czo­ne­go. Mo­ja mat­ka gdzieś wy­emi­gro­wa­ła, co nie wró­ży­ło naj­le­piej. W ko­ry­ta­rzu psa nie by­ło. Zaj­rza­łam do po­ko­ju i za­mar­łam. Po­miesz­cze­nie wy­glą­da­ło tak, jak­by je opu­ści­ła, i to w du­żym po­śpie­chu, wy­jąt­ko­wo nie­chluj­na i zło­śli­wa eki­pa re­mon­to­wa. A przez gru­zy, ra­do­śnie mer­da­jąc ogon­kiem, z sze­ro­kim uśmie­chem na py­sku, prze­dzie­rał się nasz pie­sek. Ty­łem mu lek­ko za­rzu­ca­ło, gło­wą wal­nął o po­twor­nie cięż­ką, ce­ra­micz­ną do­ni­cę, w któ­rej ra­no jesz­cze rósł mój naj­więk­szy kwia­tek, a któ­ra te­raz od­po­czy­wa­ła, le­żąc na bo­ku na pod­ło­dze. Kwia­tek w więk­szo­ści zo­stał zre­du­ko­wa­ny do po­zio­mu chlo­ro­fi­lu, a to, co po­zo­sta­ło, two­rzy­ło opty­mi­stycz­ny kom­po­nent zie­le­ni w mo­za­ice za­ście­la­ją­cej pod­ło­gę.

Uści­ska­łam stę­sk­nio­ne­go szcze­niacz­ka, wy­sła­łam do Kai enig­ma­tycz­ny SMS o tre­ści O, kur­wa! i za­bra­łam się do na­peł­nia­nia ko­sza na śmie­ci. Wi­zja wy­ma­rzo­ne­go obia­du od­pły­nę­ła w bli­żej nie­okre­ślo­ną przy­szłość.

Po go­dzi­nie cięż­kiej pra­cy, uko­ro­no­wa­nej sprząt­nię­ciem spo­rej ku­py o bar­dzo do­brej kon­sy­sten­cji z wy­kła­dzi­ny w po­ko­ju Ire­ny, zdo­ła­łam przy­go­to­wać coś w ro­dza­ju po­sił­ku. Ga­ret z głę­bo­ką po­gar­dą po­trak­to­wał swo­je mię­so, wy­pił mle­ko, ci­snął mi pu­stą mi­skę pod no­gi i oka­zał ży­we za­in­te­re­so­wa­nie ma­ka­ro­nem z so­sem po­mi­do­ro­wym oraz sa­ła­tą. A jed­nak we­ge­ta­ria­nin.

W trak­cie je­dze­nia przy­po­mnia­łam so­bie o te­le­fo­nie do we­te­ry­na­rza, że­by za­mó­wić nie­zbęd­ne pre­pa­ra­ty. Od­wró­ci­łam się tyl­ko na chwi­lę, wy­star­cza­ją­cą na wy­po­wie­dze­nie: „Cześć” i „Od­dzwo­nię do cie­bie póź­niej, bo mam pa­cjen­ta”. Ga­ret w tym cza­sie wdra­pał się na fo­tel, mor­dę za­nu­rzył w mo­jej mi­sce z sa­ła­tą, a przed­nie ła­py oparł na ni­skim, so­sno­wym sto­li­ku, któ­ry po­wo­li, ale nie­ubła­ga­nie od­jeż­dżał, ja­ko że jest za­opa­trzo­ny w kół­ka. Ra­zem ze sto­li­kiem od­jeż­dża­ła sa­ła­ta oraz gór­na po­ło­wa psa, któ­ry ro­bił się co­raz dłuż­szy. Zdą­ży­łam zła­pać ten po­jazd w mo­men­cie, kie­dy już ca­ły Ga­ret wy­pstryk­nął z fo­te­la, je­go tyl­ne ła­py maj­ta­ły roz­pacz­li­wie nad pod­ło­gą, a przed­nie de­spe­rac­ko wbi­ja­ły się w sto­lik. Ma fa­cet cha­rak­ter. Do koń­ca nie pu­ścił.

Od­sap­nąw­szy tro­chę, po­ukła­da­łam oca­la­łe książ­ki oraz no­tat­ki i za­bra­łam się do po­szu­ki­wa­nia swo­je­go pra­we­go pan­to­fla. Znikł. Naj­pew­niej uległ de­ma­te­ria­li­za­cji. Od­ko­pa­łam ze sto­su śmie­ci sta­ry kla­pek Kai. Fa­son nie­co in­ny, ale roz­miar pra­wie do­bry. Ga­ret, na­je­dzo­ny, le­żał na łóż­ku, po­stę­ku­jąc ci­cho i w peł­nym sku­pie­nia za­my­śle­niu prze­żu­wa­jąc róg pół­ki. Za­pew­ne ukła­dał plan za­jęć na ko­lej­ne go­dzi­ny.

Psy sy­pia­ją wię­cej niż lu­dzie. Szcze­nia­ki dłu­żej niż do­ro­słe psy. Ga­ret sta­no­wi chlub­ny wy­ją­tek. Śpi w no­cy oko­ło pię­ciu go­dzin, po­dob­nie jak ja, na­to­miast w dzień wy­ka­zu­je hi­per­ak­tyw­ność, cza­sa­mi tyl­ko na kil­ka mi­nut tra­cąc przy­tom­ność.

Po po­łu­dniu też nie mia­łam moż­li­wo­ści ode­tchnąć. Wy­ko­rzy­stu­jąc od­wie­dza­ją­ce­go mnie ko­le­gę, dro­gą sub­tel­nej ma­ni­pu­la­cji na­kło­ni­łam go do wy­mia­ny zam­ka w drzwiach wej­ścio­wych. Mi­ło by by­ło, gdy­by za­my­ka­ły się nie tyl­ko od środ­ka.

Za­no­si­ło się na mar­ne kil­ka­na­ście mi­nut pra­cy. Po trzech go­dzi­nach wciąż jesz­cze po­da­wa­łam Paw­ło­wi śru­bo­krę­ty i świe­ci­łam w krzy­we dziu­ry lamp­ką noc­ną. Za­mek, jak wszyst­ko w tym do­mu, zo­stał przed la­ty za­mon­to­wa­ny przez nie­zna­ne­go su­per­fa­chow­ca, oby go ro­ba­ki do­tkli­wie gry­zły. Pra­cę utrud­niał Ga­ret plą­czą­cy się w ka­blach i pod na­szy­mi no­ga­mi, usi­łu­ją­cy za­kli­no­wać so­bą drzwi i sys­te­ma­tycz­nie krad­ną­cy wszyst­ko, co tyl­ko zna­la­zło się na pod­ło­dze. Gdy na­de­szła noc, by­łam do nie­przy­tom­no­ści obo­la­ła i cał­ko­wi­cie od­móż­dżo­na. Nie mia­łam si­ły na­wet na na­stro­je de­pre­syj­ne.

SPRAWY URZĘDOWE

13.04.2006 czwar­tek

We wto­rek z tru­dem po­zbie­ra­łam się z łóż­ka o wpół do szó­stej, dziel­nie zwal­czyw­szy po­ku­sę, by wszyst­ko olać i na­dal spać. Ga­ret też się ze­rwał, ale ze­sko­czył z łóż­ka znacz­nie zręcz­niej, po czym obo­je, za­ta­cza­jąc się lek­ko, wy­szli­śmy przed dom. Ga­ret siu­siu, ja stwier­dzić, że za­czy­na pa­dać.

Mi­mo skraj­nie nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­ków sta­ram się nie za­nie­dby­wać po­ran­nej gim­na­sty­ki, któ­ra przy mo­ich scho­rze­niach jest nie­zbęd­na, aby utrzy­mać mi­ni­mal­ną choć­by spraw­ność ru­cho­wą. Ostat­nio gim­na­sty­ka po­le­ga jed­nak głów­nie na opę­dza­niu się od Ga­re­ta, któ­ry z ogni­stym za­an­ga­żo­wa­niem sta­ra się od­gryźć mi nos, po­wie­kę, wy­dra­pać oko, a sfru­stro­wa­ny bra­kiem re­zul­ta­tów, wcze­pia się zę­ba­mi we wło­sy, czysz­cząc swo­je igieł­ki tak do­kład­nie, że po­chwa­lił­by go każ­dy sto­ma­to­log. Po co mu ni­ci den­ty­stycz­ne, wy­star­czy za­ha­czyć pasz­czę o naj­bliż­sze­go owło­sio­ne­go człon­ka ro­dzi­ny. Po ta­kiej gim­na­sty­ce, któ­ra wy­ra­bia głów­nie re­fleks i stru­ny gło­so­we, by­łam moc­no spóź­nio­na. Bły­ska­wicz­nie na­peł­niw­szy trzy psie mi­ski, ru­nę­łam do drzwi. Ga­ret, nie­ste­ty, przede mną.

– Po­spiesz się, na li­tość bo­ską, do­pie­ro si­ka­łeś! Ga­ret, do do­mu!

Ma­ły upiór uśmiech­nął się sze­ro­ko, za­tu­pał w miej­scu i kłu­sem ru­szył mię­dzy krze­wy.

– A, siedź tam so­bie! – roz­zło­ści­łam się.

Zo­sta­wi­łam drzwi wej­ścio­we otwar­te, za­mknę­łam na klucz furt­kę i pę­dem ru­szy­łam do od­le­głe­go o ki­lo­metr przy­stan­ku. W po­ło­wie dro­gi mo­ja wy­obraź­nia prze­bu­dzi­ła się osta­tecz­nie. Nie­zau­wa­żo­na dziu­ra pod ogro­dze­niem? Za du­ża szpa­ra pod furt­ką? Od­ska­ku­ją­cy sa­mo­czyn­nie za­mek? Skrzy­dła?!... Zła­pa­łam ko­mór­kę i za­dzwo­ni­łam do do­mu, wy­cią­ga­jąc z łóż­ka mat­kę, któ­rej ty­dzień wcze­śniej przy­się­ga­łam, że w ogó­le nie bę­dzie mu­sia­ła zaj­mo­wać się psem.

Na przy­stan­ku za­dzwo­ni­łam po­now­nie, że­by spraw­dzić, czy wszyst­ko w po­rząd­ku, ale nikt nie od­bie­rał. Roz­są­dek pod­po­wia­dał, że Ire­na, zło­rze­cząc pod no­sem, po­sta­no­wi­ła nie wsta­wać po raz dru­gi, ale wi­zja czar­ne­go fu­tra roz­ma­za­ne­go po uli­cy by­ła zbyt wy­raź­na.

– Za­łatw mi urlop na żą­da­nie! – rzu­ci­łam Be­acie wsia­da­ją­cej do au­to­bu­su i po­pę­dzi­łam z po­wro­tem. Deszcz lał już so­lid­nie, ale nie roz­kła­da­łam pa­ra­so­la, bo nie po­trze­bo­wa­łam spa­do­chro­nu, ra­czej na­pę­du tur­bo.

Czar­ne fu­tro nie le­ża­ło roz­ma­za­ne na uli­cy, tyl­ko ma­cha­ło ogo­nem w do­mu, a kie­dy wy­pa­dłam, pod­nio­sło nie­wy­obra­żal­ny la­ment. Mia­łam szan­sę zdą­żyć na mi­ni­bus i spóź­nić się tyl­ko kwa­drans. Na szczę­ście po dro­dze za­uwa­ży­ła mnie ja­dą­ca sa­mo­cho­dem cór­ka pa­cjent­ki i do­tar­łam na miej­sce pra­wie o cza­sie, wy­star­cza­ją­co wcze­śnie, aby od­krę­cić w ka­drach spra­wę urlo­pu i tłu­ma­czyć, że waż­ne spra­wy urzę­do­we osta­tecz­nie oka­za­ły się nie tak waż­ne. W du­chu przy­się­głam krwa­wą ze­mstę wło­cha­tej spra­wie urzę­do­wej.

Zmę­cze­nie i to, że część mo­jej świa­do­mo­ści oraz ca­ła wy­obraź­nia wciąż cza­iły się pod drzwia­mi do­mu, spo­wo­do­wa­ły, że uda­ło mi się zła­pać dy­stans do hi­ste­rycz­nej at­mos­fe­ry w pra­cy. Je­śli na­wet mnie zwol­nią – trud­no. Wła­ści­wie po­win­nam do­stać urlop ma­cie­rzyń­ski...

W do­mu po­wi­ta­ły mnie stos po­gry­zio­nych ksią­żek i ko­lek­cja bu­tów zgro­ma­dzo­nych w po­ko­ju. Ma­ły sza­tan prze­gryzł bam­bu­so­we ma­ty i star­tu­jąc z łóż­ka, prze­ska­ki­wał na dru­gą stro­nę mniej wię­cej w po­ło­wie wy­so­ko­ści re­ga­łu, wy­wo­łu­jąc pa­ni­kę wśród ko­tów oraz fu­rię wal­czą­cą o lep­sze z roz­pa­czą i re­zy­gna­cją u mo­jej mat­ki.

– Cór­ka pa­cjent­ki opo­wia­da­ła mi, że jej wło­scy pra­co­daw­cy mie­li do­cho­dzą­cych tre­ne­rów dla swo­ich psów. Kie­dy ro­bi­ły coś nie tak, pod­su­wa­li im pod nos wa­tę na­są­czo­ną de­na­tu­ra­tem. Za­raz za­cznę go szko­lić – po­cie­szy­łam Ire­nę. – Da­waj de­na­tu­rat! – za­wo­ła­łam, sły­sząc, że kan­dy­dat do szko­le­nia, sa­piąc jak pa­ro­wóz, prze­ła­zi wła­śnie przez dziu­rę w ma­cie i nur­ku­je w książ­ki.

Bły­ska­wicz­nie prze­pro­wa­dzo­na ak­cja za­owo­co­wa­ła ocie­ka­ją­cą de­na­tu­ra­tem ga­ze­tą po­de­tknię­tą pod nos wi­no­waj­cy. Ga­ret za­trzy­mał się lek­ko zdu­mio­ny, kich­nął, otrzą­snął się, po czym jak bul­do­żer sta­ra­no­wał ga­ze­tę oraz książ­ki, prze­sko­czył na dru­gą stro­nę i en­tu­zja­stycz­nie do­ma­gał się po­chwał. Ja­sne by­ło, że wą­cha­nie de­na­tu­ra­tu ja­ko bo­dziec awer­syj­ny nie dzia­ła.

Przy­wlo­kłam ze stry­chu ar­kusz sklej­ki i usta­wi­łam po­mię­dzy łóż­kiem a re­ga­łem. Za­nim się przez nią prze­gry­zie, mi­nie tro­chę cza­su.

Z za­do­wo­le­niem za­uwa­ży­łam, że po dwóch dniach nie­obec­no­ści wró­cił mój pra­wy pan­to­fel, na­to­miast znik­nę­ły pisz­czą­cy je­żyk, dwa gry­za­ki, ręcz­nik i dwie pla­sti­ko­we bu­tel­ki po wo­dzie mi­ne­ral­nej.

Wie­czór spę­dzi­li­śmy ści­śle ze so­bą scze­pie­ni, bo Ga­ret od­krył, że naj­pew­niej­szą me­to­dą utrzy­ma­nia kon­tro­li nad mo­imi bez­sen­sow­ny­mi wę­drów­ka­mi, jest wbi­cie zę­bów w po­łę gru­be­go szla­fro­ka. Wy­plu­wał mnie tyl­ko w chwi­lach, kie­dy chciał coś skon­su­mo­wać, na przy­kład ro­dzyn­ki al­bo mig­da­ły, któ­re sta­ły się prze­bo­jem te­go dnia.

W śro­dę po pra­cy wy­ru­szy­łam w mia­sto, że­by się od­prę­żyć. Ka­ja mia­ła przy­je­chać na fe­rie, więc opty­mi­stycz­nie za­ło­ży­łam, że od ra­na do­piesz­cza psa. Gdy­by nie głód, zmę­cze­nie i pa­skud­na po­go­da, spa­ce­ro­wa­ła­bym do pół­no­cy.

Po­mi­ja­jąc pa­rę nad­gry­zio­nych ksią­żek, znisz­cze­nia nie by­ły wiel­kie. Ga­ret na ra­zie prze­ra­bia ezo­te­ry­kę, do na­uko­wych jesz­cze się nie za­brał i mam na­dzie­ję, że do te­go cza­su coś wy­my­ślę, bo ich ce­ny star­tu­ją od stu zło­tych w gó­rę. Wy­kom­bi­no­wał za to, że z fo­te­la moż­na się­gnąć do pa­ra­pe­tu i zro­bić re­ma­nent w kwiat­kach. I nie je­go wi­na, że su­ku­len­ty są kru­che. Je­żyk się zna­lazł, za to znik­nę­ła pię­cio­li­tro­wa bu­tel­ka po wo­dzie. Ka­ja przy­się­ga­ła, że da­le­ko nie cho­dził, naj­wy­żej uwo­dził przez płot prze­cho­dzą­ce uli­cą ba­by. Do­brze by by­ło od­kryć je­go scho­wek, za­nim za­wle­cze tam coś na­praw­dę po­trzeb­ne­go.

MNIEJ WAŻNE ŚWIĘTA

18.04.06 wto­rek

Ga­ret uwiel­bia go­ści. Ty­le do­dat­ko­we­go cia­ła do gry­zie­nia! Rąk do gła­ska­nia! Ach, cze­muż to na mnie lu­dzie nie rzu­ca­ją się z okrzy­kiem za­chwy­tu, go­to­wi tu­lić, czo­chrać i ca­ło­wać? Hm, mo­że to kwe­stia pro­por­cji al­bo owło­sie­nia.

Przed świę­ta­mi To­mek i Be­ata wpa­dli obej­rzeć Ga­re­ta z bli­ska. Błąd tkwił już w za­ło­że­niu, po­win­ni po­prze­stać na oglę­dzi­nach przez płot. W drzwiach nor­mal­ne „Cześć!” Be­aty prze­szło w en­tu­zja­stycz­ny pisk.

– Iiiii!!!! Ja­ki ślicz­ny! – W to­na­cji, od któ­rej pę­ka­ją szklan­ki.

Ga­ret w peł­ni od­wdzię­czył się jej za za­in­te­re­so­wa­nie. Ka­ja wy­su­nę­ła ostroż­ne przy­pusz­cze­nie, że za­czę­ła pła­kać do­pie­ro w sa­mo­cho­dzie. W do­mu ja­koś się trzy­ma­ła. To­mek przy­tom­nie sie­dział w fo­te­lu z pod­wi­nię­ty­mi no­ga­mi, sta­ran­nie dba­jąc, że­by nic mu nie wy­sta­wa­ło. Ma­rzył przy tym ci­chym gło­sem, że chciał­by być przez żo­nę trak­to­wa­ny tak jak zwie­rzę­ta. Ga­ret roz­sza­lał się do te­go stop­nia, że mia­łam oba­wy, iż Be­acie za chwi­lę trze­ba bę­dzie za­ło­żyć opa­skę uci­sko­wą na któ­rąś si­ka­ją­cą krwią no­gę. Zła­pa­łam więc ga­da w ob­ję­cia jak w ka­ftan bez­pie­czeń­stwa, że­by tro­chę ochło­nął.

– Ko­rzy­staj, bo za rok ty mu bę­dziesz sie­dzia­ła na ko­la­nach – pro­ro­ko­wał po­nu­ro To­mek.

– Prze­stań kra­kać. Wy­glą­da przede wszyst­kim na to, że bę­dę sia­dy­wać na pod­ło­dze przed je­go fo­te­la­mi i sy­piać przy je­go łóż­ku. Już te­raz bez­błęd­nie wy­bie­ra to miej­sce, na któ­rym czło­wiek aku­rat chce usiąść i wska­ku­je tam pierw­szy.

– A po­tem gry­zie w du­pę – uzu­peł­ni­ła Ka­ja.

Je­śli by­ły świę­ta, to ich nie za­uwa­ży­łam. Po­ło­wie zna­jo­mych nie mia­łam na­wet cza­su wy­słać ży­czeń. To zna­czy SMS-ów. Przy­zna­ję ze wsty­dem, że z ła­two­ścią prze­szłam z kar­tek świą­tecz­nych na SMS-y. Moż­na je wy­słać w ostat­niej chwi­li, nie trze­ba bie­gać w po­szu­ki­wa­niu znacz­ków, któ­re w koń­cu znaj­du­je się do­pie­ro na po­czcie, a po­tem w po­szu­ki­wa­niu nie­licz­nych skrzy­nek pocz­to­wych. Po­za tym kart­ki do­cie­ra­ły do ad­re­sa­tów do­pie­ro wte­dy, gdy wzo­ry na pi­san­kach po­kry­ła gru­ba war­stwa ku­rzu, a ba­zie wy­pu­ści­ły zie­lo­ne li­ście.

Wiel­ka­noc od dzie­ciń­stwa ko­ja­rzy mi się z zim­nem. Nie wiem dla­cze­go, bo prze­cież by­ły la­ta, kie­dy wio­sna za­czy­na­ła się wcześ­nie i by­ło cie­pło. Mo­że to kwe­stia wię­zi ro­dzin­nych. Ich ja­ko­ści, nie si­ły, bo z mo­ją ma­mu­sią łą­czą mnie nie­zwy­kle sil­ne wię­zi – ta­kie jak ję­zyk z bo­lą­cym zę­bem. Cie­płe wię­zi – cie­płe wspo­mnie­nia. Chłod­ne i trud­ne – mróz w du­szy.

Ob­le­wa­nie wo­dą al­bo cuch­ną­cy­mi mie­szan­ka­mi ta­nich wód ko­loń­skich za­wsze bu­dzi­ło we mnie złość i po­czu­cie za­gro­że­nia. Tym bar­dziej że na­sze spo­łe­czeń­stwo ma skłon­ność do prze­sa­dy. Je­śli no­wo­rocz­ne fa­jer­wer­ki – to ka­no­na­da przez ca­łą do­bę, a w kon­se­kwen­cji wy­dłu­by­wa­nie tknię­tych za­wa­łem zwie­rząt spod me­bli. Je­śli śmi­gus, to na­paść na bez­bron­ną ofia­rę z wan­ną lo­do­wa­tej wo­dy o uwo­dzi­ciel­skim za­pa­chu nie­zna­ne­go na­tu­rze kwia­tu, moż­li­wym do usu­nię­cia do­pie­ro po od­ka­ża­niu ogniem i siar­ką.

Wiel­ka­noc ko­ja­rzy mi się tak­że z prze­pa­le­niem na wy­lot po­ty­li­cy po nie­opatrz­nym wcią­gnię­ciu w noz­drza za­pa­chu chrza­nu. To jest przy­kład te­go, że czło­wiek nie uczy się na błę­dach. Od­kąd pa­mię­tam, ob­wą­chu­ję wszyst­ko jak ma­niak, po­cząw­szy od ksią­żek, a skoń­czyw­szy na her­me­tycz­nie za­mknię­tych pro­duk­tach spo­żyw­czych. Mo­je wspo­mnie­nia za­wie­ra­ją przede wszyst­kim za­pa­chy, po­tem bar­wy, a do­pie­ro po­tem wszyst­ko in­ne. Niu­cha­nie świe­żo star­te­go chrza­nu jest przed­się­wzię­ciem sa­mo­bój­czym, ale po­wta­rzam je co ro­ku.

Ire­na przez la­ta kul­ty­wo­wa­ła tra­dy­cję ro­bie­nia pi­sa­nek. Ozna­cza­ło to spę­dza­nie dłu­gich go­dzin nad po­jem­nicz­kiem z roz­grza­nym wo­skiem, z jaj­kiem w jed­nej i ołów­kiem z wbi­tą weń szpil­ką w dru­giej rę­ce. Ca­ła sztu­ka po­le­ga na szyb­kim i pre­cy­zyj­nym maź­nię­ciu jaj­ka łeb­kiem szpil­ki – że­by kre­ska by­ła od­po­wied­niej gru­bo­ści i znaj­do­wa­ła się we wła­ści­wym miej­scu po­wsta­ją­ce­go wzo­ru. I to, nie­ste­ty, prze­ra­sta mo­je moż­li­wo­ści. Daj­cie mi pę­dzel, a wy­ma­lu­ję wszyst­ko. Szpil­ka i pre­cy­zja zde­cy­do­wa­nie od­pa­da­ją. Ire­nie szło świet­nie, ale zaj­mo­wa­ła się tym z tak głę­bo­ką nie­chę­cią, że pi­san­ki – mi­mo swej póź­niej­szej uro­dy – mu­sia­ły nią prze­siąk­nąć moc­niej niż barw­ni­kiem. Ka­ja prze­ję­ła pa­łecz­kę, a ra­czej szpil­kę, po niej. Ja wo­lę ba­wić się w ro­bie­nie kur­cza­ków i za­jącz­ków z cy­tryn al­bo z ja­jek i mo­de­li­ny.

Bo­że Na­ro­dze­nie da­je wię­cej moż­li­wo­ści ar­ty­stycz­ne­go wy­ka­za­nia się, no i opra­wę mu­zycz­ną ma zde­cy­do­wa­nie ra­do­śniej­szą. Skrzy się świa­tła­mi i mie­ni bo­gac­twem barw. Pach­nie wspa­nia­le igli­wiem, mo­krym śnie­giem, chłod­nym wia­trem, ko­rze­nia­mi, cy­tru­sa­mi i nie­spo­dzian­ką. Je­śli ktoś cho­dzi do ko­ścio­ła, to jesz­cze na wpół prze­tra­wio­nym al­ko­ho­lem, fer­men­tu­ją­cą w żo­łąd­ku swoj­ską kieł­ba­są i naf­ta­li­ną. Dla­te­go zde­cy­do­wa­nie wo­lę Bo­że Na­ro­dze­nie. Nie­ko­niecz­nie z po­wo­du naf­ta­li­ny i kieł­ba­sy, ale ze wzglę­du na ca­łą resz­tę.

Trud­no po­wie­dzieć, co wo­li Ga­ret. Bo­że­go Na­ro­dze­nia jesz­cze nie prze­żył, a Wiel­ka­noc ko­ja­rzy­ła mu się wy­łącz­nie z kom­plet­nym sta­dem. Ma­jąc nas wszyst­kie w do­mu przez ca­ły dzień, roz­be­stwił się do gra­nic moż­li­wo­ści. Po­dej­rze­wam, że je­go oso­bo­wość, nad­bu­do­wu­ją­ca się na sza­tań­skim tem­pe­ra­men­cie, do­zna­ła nie­ja­kie­go uszczerb­ku. Naj­czę­ściej wrzesz­cza­ny­mi fra­za­mi by­ły:

– GA­RET, FE!!!

– Ga­ret, nie wol­no!!

Czym bied­ny pies ma się ba­wić, je­śli prze­gry­za­nie na wy­lot do­mow­ni­ków jest fe, si­ka­nie i wy­mio­to­wa­nie na łóż­ko fe, tar­ga­nie ksią­żek i pan­to­fli ta­koż, bu­tów i po­du­szek nie moż­na gro­ma­dzić w faj­nym miej­scu pod ja­śmi­nem, a kwiat­ków ścią­gać z pa­ra­pe­tu.

Ka­ja prze­ży­ła stan przed­za­wa­ło­wy, kie­dy zo­ba­czy­ła, jak ma­ła zmo­ra sta­cza się ze stro­mych scho­dów, nio­sąc w zę­bach ukra­dzio­ną w jej po­ko­ju ko­mór­kę. Spry­ciarz trzy­mał te­le­fon ele­ganc­ko za bocz­ne kra­wę­dzie. Pew­nie pla­no­wał skon­su­mo­wać go do­pie­ro na fo­te­lu. Z pi­lo­tem od te­le­wi­zo­ra nie ob­szedł się jed­nak tak de­li­kat­nie – zro­bił mu kil­ka nie­prze­wi­dzia­nych przez pro­du­cen­ta wy­wietrz­ni­ków. Czas spę­dzał tak pra­co­wi­cie, że w dzień nie spał, do­pie­ro w no­cy wdra­py­wał się na łóż­ko, choć i wte­dy cza­sa­mi ro­bił prze­rwy, że­by po­ło­mo­tać tro­chę mi­ska­mi al­bo we­pchnąć któ­rąś pod fo­tel. Po ostat­nim wcze­sno­po­ran­nym si­ka­niu pod­rzu­ca­łam go Kai. Uśmie­cha­jąc się sza­tań­sko, kuś­ty­ka­łam po stro­mych scho­dach na pię­tro, a on ra­do­sny jak szczy­gie­łek ki­cał za mną. Po pierw­szych ło­mo­tach za­my­ka­łam sta­ran­nie drzwi i wra­ca­łam do łóż­ka. Kai nie ro­bi­ło to wiel­kiej róż­ni­cy, bo że­by za­kłó­cić jej sen, po­trze­ba znacz­nie sil­niej­szych bodź­ców. Sa­ma jesz­cze nie wiem ja­kich.

Ga­ret wy­do­był ze swo­je­go schow­ka pię­cio­li­tro­wą bu­tlę i trzesz­czał nią tak strasz­li­wie, że za­głu­szył­by wy­buch bom­by. Po­ro­zu­mie­wa­nie się by­ło nie­moż­li­we, cho­ciaż wy­da­wa­ło mi się, że mó­wię wy­star­cza­ją­co gło­śno.

– Co???!! – wrza­snę­ła py­ta­ją­co mo­ja cór­ka.

– Czy­taj mi z ru­chu ust!!! – od­wrza­snę­łam.

Bu­tel­kę trze­ba by­ło zli­kwi­do­wać.

– Jest coś wie­czo­rem w te­le­wi­zji?

– Za­py­taj Ga­re­ta, on ostat­nio czy­tał pro­gram – wark­nę­ła Ka­ja.

Ow­szem, czy­tał, ale nie na­uczył się na pa­mięć, więc od osiem­na­stej osza­ła­mia­ją­ce pro­po­zy­cje te­le­wi­zji po­zo­sta­ły dla nas nie­zgłę­bio­ną ta­jem­ni­cą. Praw­do­po­dob­nie nie­wie­le stra­ci­ły­śmy, ale ła­twiej by by­ło żyć z peł­ną te­go świa­do­mo­ścią. Żad­na z nas jed­nak nie zde­cy­do­wa­ła się na iry­tu­ją­ce grze­ba­nie w te­le­ga­ze­cie, nad któ­rą czło­wiek nie ma żad­nej kon­tro­li.

Wie­czo­rem Ka­ja z nie­szczę­śli­wą mi­ną oglą­da­ła licz­ne siń­ce i za­dra­pa­nia.

– Dla­cze­go on cie­bie tak nie gry­zie?

– Cóż, ma tro­chę sza­cun­ku dla sę­dzi­we­go wie­ku – od­par­łam ty­leż non­sza­lanc­ko, co kłam­li­wie, na wszel­ki wy­pa­dek na­cią­ga­jąc ni­żej rę­ka­wy.

KIEDY ŻYCIE SWĘDZI

20.04.06 czwar­tek

We wto­rek wie­czo­rem Ga­ret był bar­dziej nie­zno­śny niż zwy­kle, ale tym ra­zem zło­ży­łam to na karb do­le­gli­wo­ści. Stę­kał, ję­czał i jak sza­lo­ny dra­pał się uszy. Uda­ło nam się go obez­wład­nić już za czwar­tym po­dej­ściem. Le­żał na fo­te­lu, ja na nim, a Ka­ja na mnie, trzy­ma­jąc go za pysk. Ja­ko czę­ścio­wo kom­pe­tent­na, choć śle­pa­wa si­ła me­dycz­na, obej­rza­łam od środ­ka pie­rza­ste trój­ką­ci­ki. Mał­żo­wi­ny by­ły za­czer­wie­nio­ne.

– Świet­nie, po pro­stu wspa­nia­le, po­wtór­ka z roz­ryw­ki – sap­nę­łam, wy­grze­bu­jąc się spod Kai i uwal­nia­jąc Ga­re­ta, któ­ry po­mknął przed sie­bie jak czar­ny po­cisk da­le­kie­go za­się­gu. – Na­stęp­ny pies z kłap­cia­ty­mi usza­mi owło­sio­ny­mi w środ­ku jak ple­cy go­ry­la. Pew­nie za­czy­na się wła­śnie prze­wle­kłe, na­wra­ca­ją­ce za­pa­le­nie uszu, a o bez­kr­wa­wej pie­lę­gna­cji moż­na za­po­mnieć. To nie aniel­sko cier­pli­wy Fu­niak… Cho­le­ra, czy przy każ­dym czysz­cze­niu uszu trze­ba bę­dzie sto­so­wać znie­czu­le­nie ogól­ne?

– Naj­pierw miej­sco­we. Nam – za­pro­po­no­wa­ła Ka­ja, roz­cie­ra­jąc po­gry­zio­ne dło­nie.

Zle­ci­łam dziec­ku zna­le­zie­nie ko­le­gi z sa­mo­cho­dem, bo moi zna­jo­mi już wy­mię­kli od cią­głe­go wo­że­nia na­szych zwie­rząt do le­ka­rza. Naj­lep­szym roz­wią­za­niem by­ło­by ku­pie­nie sa­mo­cho­du, ale na to mnie nie stać. Na­wet gdy­bym do­sta­ła go w pre­zen­cie, nie stać by mnie by­ło na je­go utrzy­ma­nie. Zresz­tą nie mam pra­wa jaz­dy, co jest osta­tecz­nym ar­gu­men­tem i po­zwa­la mi za­cho­wać lep­sze mnie­ma­nie o so­bie. Ła­twiej tłu­ma­czyć nie­po­sia­da­nie sa­mo­cho­du bra­kiem pra­wa jaz­dy niż gów­nia­nym urzą­dze­niem się w ży­ciu.

Wskaź­ni­ka­mi gów­nia­ne­go urzą­dze­nia się w ży­ciu są: a) ta­każ pra­ca; b) ta­kież za­rob­ki; c) nie­moż­ność spa­ko­wa­nia do sej­fu naj­cen­niej­szych za­so­bów, po­nie­waż są to wy­łącz­nie licz­ne zwie­rzę­ta; d) trak­to­wa­nie naj­drob­niej­szej awa­rii do­mo­wej jak klę­ski ży­wio­ło­wej; e) par­ko­wa­nie naj­szyb­sze­go po­sia­da­ne­go środ­ka lo­ko­mo­cji w ką­cie za drzwia­mi przy szu­fel­ce do śmie­ci; f) utra­ta umie­jęt­no­ści wy­ko­ny­wa­nia dzia­łań aryt­me­tycz­nych na licz­bach wię­cej niż trzy­cy­fro­wych.

O pierw­szej w no­cy sta­ło się ja­sne, że ktoś z nas nie do­cze­ka wi­zy­ty u le­ka­rza. Stu­ka­niem w ka­lo­ry­fer ścią­gnę­łam Ka­ję na dół i wspól­ny­mi si­ła­mi za­apli­ko­wa­ły­śmy smar­ka­czo­wi maść prze­ciw­za­pal­ną. Oko­ło dru­giej za­snął z mo­im pal­cem w gę­bie, ale od­dy­chał tak szyb­ko i płyt­ko, że o mo­im śnie nie by­ło mo­wy. Czło­wiek już daw­no by się zhper­wen­ty­lo­wał na śmierć, Ga­ret jed­nak wy­da­wał się dość ży­wy. Po­ha­mo­wa­łam hi­ste­rię, bo na­wet naj­cier­pliw­szy z za­przy­jaź­nio­nych we­te­ry­na­rzy za­bił­by mnie, gdy­bym za­dzwo­ni­ła do nie­go o tej po­rze tyl­ko dla­te­go, że psa swę­dzą uszy i szyb­ko od­dy­cha. Co in­ne­go, gdy­by nie od­dy­chał wca­le.

Uda­ło mi się prze­spać ze trzy go­dzi­ny, bo po si­ka­niu Ga­ret, na­rze­ka­jąc ci­cho pod no­sem, po­ki­cał na gó­rę do Kai.

Mo­je dziec­ko oka­za­ło się ope­ra­tyw­ne i sa­mo­chód za­ła­twi­ło. Ko­le­ga nie był pa­mię­tli­wy, cho­ciaż na rę­kach miał jesz­cze siń­ce sprzed ty­go­dnia, kie­dy to za­warł zna­jo­mość z na­szym słod­kim szcze­niacz­kiem. We dwój­kę ja­koś do­star­czy­li psa do le­ka­rza i z po­wro­tem. I nie­wie­le po­za tym.

W pra­cy mia­łam cięż­ki dzień, w do­dat­ku po­ło­wę cza­su spę­dzi­łam z te­le­fo­nem przy uchu. Na je­den bez­tro­ski SMS mo­jej cór­ki przy­pa­da­ły śred­nio dwie mo­je roz­mo­wy. Kie­dy po raz pią­ty dzwo­ni­łam do we­te­ry­na­rza, już tyl­ko po to, że­by za­py­tać o na­zwę ma­ści, o któ­rej Kai zo­sta­ło w pa­mię­ci tyl­ko to, że ją ma­my w do­mu, na­wet w gło­sie aniel­sko cier­pli­we­go Jac­ka po­ja­wi­ły się nut­ki iry­ta­cji. Na wszel­ki wy­pa­dek za­pew­ni­łam go po­spiesz­nie, że wiem, iż aler­gia skór­na nie po­win­na oka­zać się śmier­tel­na.

W przy­pad­ku cho­rób i wy­pad­ków do­ty­czą­cych lu­dzi, bez tru­du uda­je mi się za­cho­wać zim­ną krew i pod­jąć ra­cjo­nal­ne dzia­ła­nia. Gdy cho­dzi o zwie­rzę­ta, bez­rad­ne i cał­ko­wi­cie od nas za­leż­ne, na naj­mniej­szą do­le­gli­wość re­agu­ję wprost hi­ste­rycz­nie. Gdy­by u nas ist­nia­ło coś ta­kie­go jak po­go­to­wie we­te­ry­na­ryj­ne, z pew­no­ścią mia­ło­by sta­łe miej­sce na mo­im par­kin­gu i udo­stęp­nio­ny za dar­mo ga­raż. Per­so­nel po­sia­dał­by wła­sny klucz do drzwi wej­ścio­wych, oso­bi­ste kub­ki na ka­wę i ręcz­ni­ki w ulu­bio­nych ko­lo­rach.

Do­tarł­szy do do­mu, do­wie­dzia­łam się, że Ga­ret wy­mio­tu­je i ma sracz­kę, ale za­cho­wu­je do­bry hu­mor. Reszt­ki mo­je­go ulot­ni­ły się na­tych­miast.

– Jak to, wy­mio­tu­je? Te­raz za­czął? – Od­cze­pi­łam pa­cjen­ta od ucha i po­sta­wi­łam na zie­mi, gdzie na­tych­miast wcze­pił się w no­gaw­kę mo­ich dżin­sów.

– Ach, nie, ra­no.

– I nie po­wie­dzia­łaś te­go Jac­ko­wi?!

– Za­po­mnia­łam…

Z tru­dem po­ha­mo­wa­łam to, co ci­snę­ło mi się na usta. To jak­by iść do den­ty­sty, za­po­mniaw­szy zę­bów. Ale osta­tecz­nie dziec­ko za­ła­twi­ło sa­mo­chód i za­wio­zło psa do le­ka­rza – przy­po­mnia­łam so­bie. Ob­ser­wu­jąc psa okiem wy­gło­dzo­ne­go dra­pież­ni­ka, po­sta­no­wi­łam po­cze­kać, co z te­go wy­nik­nie. Wy­glą­da­ło na to, że istot­nie ma się nie­źle. Po wy­jeź­dzie Kai jesz­cze przez dwie go­dzi­ny utrzy­my­wał post, któ­ry nie obej­mo­wał jed­nak mig­da­łów i ro­dzy­nek. Po­tem od­zy­skał ape­tyt i ze­żarł wszyst­ko, co by­ło w do­mu, łącz­nie ze swo­im mię­snym po­sił­kiem. Zna­czy, wy­zdro­wiał. Aler­gicz­na wy­syp­ka z uszu zni­kła na­stęp­ne­go dnia. Ta na mo­im zdro­wym roz­sąd­ku na­dal się utrzy­mu­je.

BOLESNA POCHWAŁA CZYSTOŚCI

23.04.06 nie­dzie­la

Bo­że, ja­kie mę­czą­ce dni! W pra­cy kosz­mar, w do­mu wszyst­ko na raz z Ga­re­tem ucze­pio­nym no­gaw­ki lub rę­ka­wa (opcja naj­lep­sza z moż­li­wych) al­bo no­gi lub rę­ki (opcja gor­sza i bo­le­śniej­sza).

Od ra­zu, gdy wra­cam do do­mu, bio­rę psa na rę­ce i od­pra­co­wu­je­my po­wi­ta­nie. Do­brze nam to ro­bi. Ostat­nio nie po­czy­nił żad­nych więk­szych szkód. Co praw­da prze­czy­tał no­wą po­wieść do stro­ny siód­mej włącz­nie, ra­zem z okład­ką, ale zdą­ży­łam przed nim, więc nie­wiel­ka stra­ta. Na­stęp­ne­go dnia zo­sta­wi­łam mu do czy­ta­nia ga­ze­tę. Kie­dy wró­ci­łam, po­kój wy­glą­dał tak, jak­by ogrom­ny, zde­spe­ro­wa­ny szczur ście­lił so­bie w nim gniaz­do, nie mo­gąc zde­cy­do­wać się na kon­kret­ne miej­sce. Ale po­za tym wszyst­ko by­ło OK. Nie li­czę bu­tów, pan­to­fli, weł­nia­nych po­du­szek, ście­rek do na­czyń, za­ba­wek, ręcz­ni­ków, od­ży­wek do wło­sów i in­nych dro­bia­zgów uło­żo­nych jak na wy­sta­wie wzdłuż ogro­dze­nia przy fron­to­wym wej­ściu, bo to już nud­na co­dzien­ność. Do­pó­ki nie do­brał się do ko­sza na brud­ną bie­li­znę, wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Bo­że, obym w złą go­dzi­nę nie po­my­śla­ła!

Ostat­nio za­czął wy­no­sić mo­je ubra­nia. Wy­star­czy, że opusz­czę go wbrew je­go wo­li (czy­li za każ­dym ra­zem), a mo­gę szu­kać swe­tra al­bo szla­fro­ka na dwo­rze. Ro­zu­mie się, da­na sztu­ka odzie­ży jest już do­kład­nie in­kru­sto­wa­na uschły­mi ka­wa­łecz­ka­mi ze­szło­rocz­nych ro­ślin, któ­re wy­da­ją się nie do usu­nię­cia.

Ku­pi­łam no­we pan­to­fle. Pra­wy na­dal jest za­mszo­wy, le­wy oglu­cia­ły. Dla sta­rych Ga­ret stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie. Chcąc prze­dłu­żyć no­wym ży­cie, czy ra­czej cie­szyć się ich obec­no­ścią, je­śli nie sto­ję, to prze­zor­nie na nich sia­dam, bo ina­czej mu­szę szu­kać po­mo­cy z ze­wnątrz.

– Ka­ja!!! Na li­tość bo­ską, wyj­rzyj przed dom, jest tam mój le­wy pan­to­fel?!

– Są dwie no­we dziu­ry przy ogro­dze­niu i róż­ne in­ne rze­czy, ale pan­to­fla nie ma – ra­por­tu­je po­słusz­nie mo­je dziec­ko.

Ko­pa­nie dziur to ostat­nie hob­by Ga­re­ta. Już od pew­ne­go cza­su zdra­dzał za­in­te­re­so­wa­nie świe­żo za­go­spo­da­ro­wa­ny­mi ob­sza­ra­mi w ogród­ku, ale wma­wia­łam mo­jej mat­ce, że to ko­ty. Co gor­sza, fa­scy­nu­ją go no­we ro­śli­ny. Da­łam Kai na imie­ni­ny ma­gno­lię, ca­łą w ogrom­nych pą­kach. Je­den już na­wet roz­kwi­tał. Po­sa­dzi­ła ją, a w chwi­lę po­tem Ga­ret ten roz­kwi­tły kwiat urwał i ze­żarł. Na szczę­ście ode­rwa­ła go od krza­ka, za­nim zdą­żył za­jąć się resz­tą. Jed­no przy­naj­mniej wie­my – kwia­ty ma­gno­lii nie są tru­ją­ce.

– Pil­nuj, że­by jej nie gryzł!

– Ja­sne – obie­ca­łam.

Le­ża­łam na traw­ni­ku, od­po­czy­wa­jąc po po­sa­dze­niu krzacz­ka ró­ży. Słoń­ce przy­jem­nie grza­ło, ale co to za od­po­czy­nek, kie­dy czło­wiek co chwi­la mu­si pod­ry­wać gło­wę i to­czyć wo­kół błęd­nym wzro­kiem w po­szu­ki­wa­niu czar­ne­go szkod­ni­ka. Oko­li­ce ma­gno­lii by­ły pu­ste. Ga­ret mla­skał gdzieś nie­da­le­ko. Grzecz­ny pie­sek. Niech się ba­wi. Od­wró­ci­łam gło­wę, sku­pi­łam wzrok i onie­mia­łam. Grzecz­ny pie­sek peł­nym py­skiem od­ry­wał z mo­jej ró­ży mło­dziut­kie, ja­sno­zie­lo­ne li­stecz­ki i ra­do­śnie pluł ni­mi do­oko­ła.

– Ga­ret, FE!!!

Wy­prak­ty­ko­wa­łam, że je­śli przez go­dzi­nę wy­sza­le­je się w ogro­dzie, pa­da po­tem jak ścię­ty na do­bre dwie go­dzi­ny i pod­no­si się tyl­ko wte­dy, kie­dy opusz­czam po­kój, by po­dą­żyć mo­im śla­dem i stra­cić przy­tom­ność gdzie in­dziej. Na har­ce w ogród­ku mu­szę wy­cza­ić od­po­wied­ni mo­ment, kie­dy Ire­na się po­ło­ży, bo gdy­by wi­dzia­ła, co się dzie­je na ze­wnątrz, stra­ci­li­by­śmy przy­tom­ność oby­dwo­je, i to nie ze zmę­cze­nia.

W so­bo­tę Ga­ret miał cięż­kie prze­ży­cie. Po­sta­no­wi­ły­śmy go wy­ką­pać, bo czo­chra się jak sza­lo­ny, cho­ciaż po do­kład­nych oglę­dzi­nach uzna­ły­śmy, że nie ma po­wo­du. To zna­czy po­wód za­pew­ne ma, ale pcheł nie.

– U nie­go to jest psy­cho­so­ma­tycz­ne – stwier­dzi­łam po­nu­ro.

– Chy­ba tyl­ko „psy­cho”, bo na skó­rze nie ma żad­nych śla­dów – spro­sto­wa­ła Ka­ja.

Wsta­wi­ły­śmy go do du­żej mied­ni­cy z pod­grza­ną desz­czów­ką. Weł­nę trze­ba prać de­li­kat­nie. Kie­dy do­tar­ło do nie­go, że nie zdo­ła się wy­do­stać, cier­piał tak po­ka­zo­wo, że za­czę­łam mieć wy­rzu­ty su­mie­nia.

– Mo­że po­win­ny­śmy go wy­prać nie w szam­po­nie, ale w ja­kimś tam… black ma­gic? – wy­su­nę­łam przy­pusz­cze­nie i gło­wę Ga­re­ta spod pa­chy.

Na spłu­ki­wa­nie prze­wi­dzia­łam za ma­ło wo­dy. Prysz­ni­ca po­sta­no­wi­ły­śmy nie uru­cha­miać, bo jak po­tem lu­dziom tłu­ma­czyć, że pies padł na za­wał ze stra­chu w nie­mow­lę­cym wie­ku? Ka­ja do­grze­wa­ła wo­dę w czaj­ni­ku. Na szczę­ście szyb­ko po­szło.

Duch z pięt we wła­ści­we miej­sce po­wró­cił mu do­pie­ro po trze­cim ręcz­ni­ku. Pra­wie su­chy ru­szył ga­lo­pem wo­kół po­ko­ju, wsko­czył na swój fo­tel, że­by za­ko­pać się w fu­trzak, a gdy mu się nie uda­ło, zro­bił kil­ka ob­ro­tów i kon­ty­nu­ował bieg. Resz­tę fru­stru­ją­cych uczuć wy­ła­do­wał na pię­cio­li­tro­wej bu­tli po wo­dzie i na­szych ner­wach słu­cho­wych. Wresz­cie, po­gry­zł­szy nas do­tkli­wie, pew­nie z ze­msty, kic­nął na fo­tel z bu­tem Kai w zę­bach i uło­żył się do snu na ca­ły wie­czór.

– Ka­ja, rzuć no okiem, coś za­ło­mo­ta­ło, chy­ba spadł z fo­te­la!

– Ow­szem. Spadł. Ale śpi na­dal.

Przed pój­ściem do łóż­ka Ka­ja wy­nio­sła go przed dom, gdzie wy­si­kał się do­pie­ro po kil­ku pró­bach usta­wie­nia go w mia­rę pro­sto na wszyst­kich ła­pach.

Na­stęp­ne­go dnia po ką­pie­li po­zo­sta­ło tyl­ko wspo­mnie­nie. Wy­star­czy­ła go­dzi­na w ogród­ku. Ni­sko­pien­ny jest, szyb­ko się bru­dzi… Wy­sza­lał się i padł, co po­zwo­li­ło mi bez prze­szkód ugo­to­wać obiad. Dla nie­go mię­sko z ry­żem i ja­rzy­na­mi, dla mnie ziem­nia­ki z jaj­kiem i sa­ła­ta z bar­dzo pi­kant­nym so­sem czosn­ko­wym. Tyl­ko w cza­sie week­en­du po­zwa­lam so­bie na czo­snek. Nie mo­gę zdo­być się na to, że­by w cią­gu ty­go­dnia swo­bod­nie cuch­nąć. Mam li­tość nad ludź­mi, choć nie wszy­scy na to za­słu­gu­ją. W nie­dzie­lę dziec­ko od­su­wa się ode mnie, ale co tam, przy­naj­mniej pies po­ka­zu­je, że je­go uczu­cie wy­trzy­ma pró­bę czosn­ku.

Ten­że pies ze zdu­mie­niem i od­ra­zą zaj­rzał do swo­jej mi­ski, otrzą­snął się z nie­do­wie­rza­niem i ru­nął na mo­je ko­la­na. Pró­ba bez­po­śred­nie­go wsko­cze­nia do ta­le­rza nie po­wio­dła się, więc spró­bo­wał jesz­cze raz, ja­ko że jest am­bit­ny i szyb­ko się nie pod­da­je. Tym ra­zem uda­ło się – wy­trzą­snął tro­chę sa­ła­ty na pod­ło­gę, cho­ciaż bro­ni­łam swo­jej mi­ski ni­czym lew. Ze zło­śli­wą ucie­chą pa­trzy­łam, jak bie­rze do py­ska du­ży liść ob­fi­cie zmo­czo­ny w so­sie, któ­ry mnie wy­ci­ska z oczu rzew­ne łzy. Ga­ret od­wza­jem­nił spoj­rze­nie, na chwi­lę za­marł, za­mru­gał le­wym okiem, po czym spo­koj­nie prze­żuł, po­łknął i za­brał się do resz­ty. Wnio­sek: pies ma po­ra­żo­ne kub­ki sma­ko­we lub nie po­sia­da ich wca­le.

– Zno­wu go kar­misz ze swo­je­go ta­le­rza? Z te­go psa zro­bi się świ­nia! – pro­ro­ko­wa­ła po­nu­ro mo­ja mat­ka.

Po­mi­ja­jąc mil­cze­niem dziw­ną trans­for­ma­cję zoo­lo­gicz­ną, po­tul­nie przy­zna­łam jej ra­cję, gdyż to je­dy­ny spo­sób, że­by skró­cić uty­ski­wa­nia o pół go­dzi­ny. Po­za tym mia­łam po­czu­cie wi­ny, po­nie­waż Ga­ret w po­łu­dnie pra­co­wi­cie na­wi­jał na krza­ki zwę­dzo­ne z jej po­ko­ju kłęb­ki włócz­ki. Do­wie się o tym już wkrót­ce, gdy tyl­ko za­uwa­ży, że peł­no w nich su­chych ba­dy­li. Mu­szę do­kład­nie wy­gra­bić przed do­mem. Do­wo­dy rze­czo­we bę­dą mniej oczy­wi­ste.

Po­po­łu­dnie spę­dzi­li­śmy w ogro­dzie. Ka­ja bę­dzie zła, bo jej pięk­na ma­gno­lia gu­bi pą­ki. We­dług mnie sa­mo­ist­nie, cho­ciaż po­za tym wy­glą­da zdro­wo.

Ga­ret, zmę­czo­ny i prze­grza­ny, cze­kał na ko­la­cję wy­jąt­ko­wo spo­koj­nie, skra­ca­jąc so­bie czas bez­sku­tecz­ny­mi pró­ba­mi wy­gry­zie­nia sę­ków z pod­ło­gi. Tak za­sko­czy­ła nas bab­cia. Wy­glą­da­ła groź­nie i na­sze tchórz­li­we ser­dusz­ka za­mar­ły, przy­du­szo­ne błys­ka­wicz­nie kieł­ku­ją­cym po­czu­ciem wi­ny. My­śla­łam, że obej­rza­ła włócz­kę, ale nie.

– Gdzie jest mój rę­kaw od zie­lo­ne­go swe­tra? – za­py­ta­ła z fu­rią.

– Pew­nie tam, gdzie resz­ta swe­tra – pod­po­wie­dzia­łam, wy­ka­zu­jąc się bły­sko­tli­wą in­te­li­gen­cją.

– Od te­go, któ­ry do­pie­ro ro­bię! To zno­wu ten pies! – Wska­za­ła oskar­ży­ciel­sko Ga­re­ta, któ­ry za­stygł z kłem wbi­tym w pod­ło­gę i wy­ra­zem bo­le­śnie ugo­dzo­nej nie­win­no­ści na py­sku. Czym prę­dzej przy­wo­ła­łam ten sam wy­raz na swo­je ob­li­cze i od­że­gna­łam się od wszel­kich kon­tak­tów z ro­bót­ką.

– Gdzie jest ten cho­ler­ny rę­kaw?! – wy­sy­cza­łam do Ga­re­ta, kie­dy bab­cia wy­szła. – Do­brze ci ra­dzę, od­daj, bo bę­dzie­my spać pod wia­duk­tem!

Ga­ret rę­ka­wa nie od­dał, jak Ka­ja przy­je­dzie, bę­dzie mu­sia­ła wczoł­gać się pod mo­je łóż­ko, bo pies po­dej­rza­nie czę­sto roz­płasz­cza się jak czar­na ża­ba i stę­ka­jąc bo­le­śnie, zni­ka pod nim. Z tych nie­zba­da­nych cze­lu­ści do­cho­dzą po­tem nie­po­ko­ją­ce od­gło­sy, ale igno­ru­ję je, po­nie­waż na­le­ży daw­ko­wać so­bie wra­że­nia.

Na ko­la­cję zje­dli­śmy piz­zę, Ga­ret po­szedł się prze­wie­trzyć, a ja, ko­rzy­sta­jąc z te­go, że mio­tła nie ucie­ka mi we wszyst­kich kie­run­kach, z grub­sza usu­nę­łam śla­dy je­go ca­ło­dzien­nej ha­rów­ki. Na­gle sprzed do­mu do­biegł mnie po­twor­ny dźwięk, jak­by ktoś ob­dzie­rał na­sze­go psa żyw­cem ze skó­ry, i to wy­jąt­ko­wo tę­pym no­żem. Rzu­ci­łam wszyst­ko i po­pę­dzi­łam na ra­tu­nek. Ma­ły dia­beł miał się do­brze, po pro­stu usły­szał ja­dą­cy na sy­gna­le am­bu­lans i ode­zwał się w nim ta­lent Pa­va­rot­tie­go. Przy­ci­snę­łam rę­kę do most­ka i po­chwa­li­łam sła­bym gło­sem:

– Świet­nie ci idzie, sta­ry, ale mo­głeś mnie uprze­dzić…

Mo­ją ką­piel prze­cze­kał, le­żąc grzecz­nie i żu­jąc próg w ła­zien­ce. Po­dej­rze­wam, że więk­szość kor­ni­ków ze­szła na za­wał. I do­brze im tak.