Fatalna lista - Siobhan Vivian - ebook + książka

Fatalna lista ebook

Siobhan Vivian

5,0
32,90 zł

lub
Opis

Piękno i brzydota nie zawsze są kwestią wyglądu.

Wyobraź sobie, że gdy przychodzisz do szkoły, oczy wszystkich są wbite w jeden punkt.
W listę.
Czy znajdziesz na niej swoje nazwisko? A jeśli tak, to w której kategorii?

Co roku ktoś - nie wiadomo, kto - wybiera dwie dziewczyny z każdego rocznika. Jedna zostaje okrzyknięta najpiękniejszą, druga - najbrzydszą.
O tych spoza listy natychmiast się zapomina. Wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły.
Na liście są nazwiska ośmiu dziewcząt. W świecie po liście ich życie już nigdy nie będzie takie samo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 413

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



PROLOG

Każdego roku licealistów z Mount Washington High, którzy w ostatni poniedziałek września wkraczali do szkoły, witała wywieszona na ścianie lista najładniejszych i najbrzydszych dziewcząt z każdego rocznika.

Także w tym roku tradycji stało się zadość.

Listę powielono w około czterystu egzemplarzach i rozklejono w mniej lub bardziej widocznych miejscach. Jedna zawisła nad pisuarem w męskiej toalecie na parterze. Inną przyklejono na dopiero co wywieszonym spisie aktorów do przygotowywanej jesienią inscenizacji sztuki Grosz z nieba. Kolejną wetknięto w gabinecie pielęgniarki szkolnej między ulotki przestrzegające uczennice przed potencjalnymi zagrożeniami na randkach oraz przed depresją. Kopie listy zawędrowały też na drzwi uczniowskich szafek na książki, na ławki w salach lekcyjnych i tablice ogłoszeń, do których przymocowane zostały pinezkami.

W prawym dolnym rogu każdej kartki widniał odcisk pieczęci, na której umieszczono schematyczny rysunek przedstawiający Mount Washington High. Wyobrażenie szkoły było wyraźnie nieaktualne – zabrakło na nim krytego basenu, nowej sali gimnastycznej oraz całego skrzydła mieszczącego nowoczesne pracownie przedmiotów ścisłych. Pieczęci tej używano dawniej do stemplowania wszystkich świadectw maturalnych. Aż wreszcie ktoś przed kilkudziesięciu laty zwędził ją z szuflady w biurku dyrektora liceum. Obecnie pieczęć stanowiła przedmiot na poły mityczny, służący do odstraszania imitatorów i konkurencji.

Nie wiadomo, kto rok po roku tworzył listę, ani jak to się działo, że jej autorzy z czasem się zmieniali. Tajemnica ją otaczająca bynajmniej nie zaszkodziła tradycji. Fakt, że twórcy mieli zagwarantowaną anonimowość, sprawiał, że ich wybory sprawiały wrażenie tym bardziej obiektywnych i bezstronnych.

Miało to jeszcze ten skutek, że przestawały się liczyć miliardy szufladek, w które można by wepchnąć dziewczęta z Mount Washington High, dzieląc je na: pozerki, dziewczyny popularne, takie które nie stronią od używek, frajerki, karierowiczki, sportsmenki, ptasie móżdżki, grzeczne dziewczynki, niegrzeczne dziewczynki, słodziutkie dziewczynki, chłopczyce, puszczalskie, fałszywe świętoszki, seryjne dziewice, skromnisie, nadambitne, leserki, ćpunki, wyrzutki, hipsterki, kujonki i dziwadła. W tym sensie lista upraszczała świat – pozwalała ogół uczennic szkoły podzielić na trzy proste kategorie:

Najładniejsze.

Najbrzydsze.

No i całą resztę.

Rankiem tego sądnego dnia, zanim jeszcze rozbrzmiał dzwonek wzywający na godzinę wychowawczą, każda dziewczyna uczęszczająca do Mount Washington High miała dowiedzieć się, czy jej nazwisko figuruje na liście, czy też nie.

Te, które się na nią nie załapały, miały zachodzić w głowę, do której kategorii by je zaliczono. I czy fajnie by się z tym czuły.

W zupełnie innej sytuacji znaleźć się miało osiem dziewcząt, których nazwiska umieszczono na liście – one nie będą już miały żadnego wyboru.

PONIEDZIAŁEK

ROZDZIAŁ 1

Abby Warner przechadzała się niespiesznie wkoło miłorzębu, wodząc dłonią po nierównościach kory. Lekki wiaterek muskał jej nogi, które od krawędzi sztruksowej spódniczki aż po balerinki na stopach były całkiem gołe. Pora roku sugerowałaby założenie rajstop, jednak Abby uparcie odwlekała ten moment. Dopóki uda jej się wytrzymać chłód, albo dopóki jej nogi zdobić będzie letnia opalenizna, gotowa była dzielnie paradować w lekkim ubraniu.

Miejsce przy drzewie miało swoją nazwę – to Wysepka Pierwszaków. Zaglądali tu rankami i po lekcjach ci bardziej popularni spośród pierwszoklasistów Mount Washington. Wiosną miejsce świeciło pustkami, wszystkich odstraszał smród gnijących owoców miłorzębu, które dojrzawszy, opadały na ziemię i wydzielały ostrą przykrą woń. W sumie było to całkiem dobrze zgrane w czasie, bo na wiosnę pierwszoklasiści mieli już być o krok od przejścia do drugiej klasy, i żaden i tak nie zechciałby robić niczego, przez co mógłby wydać się młodszy.

Abby miała wrażenie, jakby od chwili, gdy rodzice podrzucili ją i jej starszą siostrę Fern do szkoły, upłynęły długie godziny. Fern miała tego dnia spotkanie klubu dyskusyjnego. A może w poniedziałki uczestniczyła w tak zwanym naukowym dziesięcioboju? Na myśl o tym Abby ziewnęła. Nie mogła sobie przypomnieć, jakie obowiązki jej siostra miała tego ranka. W każdym razie ona nie cierpiała poranków takich jak ten, ponieważ musiała budzić się jeszcze wcześniej niż zwykle, żeby zdążyć wziąć prysznic, uczesać się i zdecydować, co fajnego na siebie włoży. A wszystko to bez zapalania światła, żeby nie zbudzić Fern, z którą dzieliła największą sypialnię w domu państwa Warnerów. Fern natomiast spała zawsze jak suseł, dopóki mogła, a to dlatego, że jej poranne rytuały ograniczały się do umycia zębów oraz wciągnięcia na siebie jednej z dyżurnych par dżinsów i któregoś z workowatych T-shirtów.

Tego ranka siostra Abby, dumna jak paw, wystroiła się w nową koszulkę, świeżo zakupioną w sklepie internetowym. Z przodu miała nadruk bogato zdobionego diademu – znak, że posiadaczka tego T-shirta jest wiernym członkiem mrocznej sekty wojowników rodem z The Blix Effect (cyklu powieści fantasy, na punkcie którego wszyscy znajomi Fern mieli kręćka). W samochodzie po drodze do szkoły poprosiła Abby, żeby zaplotła jej włosy w dwa francuskie warkocze, po jednym z każdej strony. Była to fryzura, z którą główna bohaterka powieści ruszała do boju.

Fern, jeśli już prosiła siostrę o pomoc przy pleceniu włosów, zawsze życzyła sobie tylko francuskie warkocze. Szkoda, bo przecież Abby mogłaby także upiąć siostrze kok albo zrobić twista. Jej zdaniem Fern byłoby w takim uczesaniu znacznie bardziej do twarzy, a przy tym takie wyrafinowane fryzury pasowałyby szesnastolatce. Gdy przychodziło jednak co do czego, Abby nigdy nie umiała odmówić siostrze, mimo że trochę ją dziwiło, iż Fern zamiast po prostu ładnie się ubrać, przebiera się za postać z książki. Dobrze jej jednak było w warkoczach, a przynajmniej sprawiała wtedy wrażenie, jakby chociaż trochę dbałą o swój wygląd.

Z wolna pod szkołę zaczynały podjeżdżać szkolne autobusy i samochody z uczniami. Do Abby po kolei podchodziły teraz koleżanki, żeby się przywitać, a ona czuła, jak ciepło ich uścisków rozgrzewa jej przemarznięte ciało. Ponieważ w najbliższą sobotę miał się odbyć jesienny bal dla uczniów całej szkoły, dziewczyny cały weekend spędziły na podsyłaniu sobie zdjęć sukienek, w których być może się zaprezentują. Sukienka, która skradła serce Abby – cudo z czarnego atłasu, z odkrytymi plecami i szerokim białym pasem spinającym ją w talii – czekała na nią w sklepie w galerii handlowej; kazała odłożyć jedną w swoim rozmiarze. Wstrzymywała się z zakupem tylko dlatego, że żadna z jej koleżanek-pierwszoklasistek nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, jak elegancko należy ubrać się na imprezę szkolną inną niż studniówka.

– Cześć, Liso! – zawołała Abby, widząc, że od strony parkingu nadchodzi jej najlepsza koleżanka, Lisa Honeycutt. – Pokazałaś Bridget moją kieckę na bal? Nie wydaje jej się zbyt formalna?

Lisa objęła Abby i uścisnęła ją na powitanie.

– No coś ty, moja siostra uważa, że jest idealna! Fajna i ładna, ale nie w zbyt wymuszony sposób.

Na wieść, że jej wybór spotkał się z uznaniem Bridget, Abby odetchnęła z ulgą. W gronie ich znajomych tylko one dwie, Abby i Lisa, miały starsze siostry uczęszczające tak jak one do Mount Washington. Ale oczywiście Fern nie mogła się równać z siostrą Lisy.

Podczas wakacji Abby spędziła tydzień w letniskowym domu rodziców przyjaciółki w Whipple Beach. Gdyby nie ta miła odmiana, całe wakacje upłynęłyby jej na dotrzymywaniu towarzystwa Fern, która robiła objazd po college’ach.

Podczas tamtego letniego tygodnia Abby z Lisą zakradły się do pokoju Bridget, żeby trochę pomyszkować. Zajrzały do jej szafy z ciuchami, poszperały w szufladzie ze skarpetami, w której natknęły się na kartki z numerami telefonów paru chłopaków. A kiedy natrafiły na bransoletkę z wisiorkiem, nie omieszkały sprawdzić, jak by wyglądała na ich nadgarstkach. Znalazły też kosmetyki do makijażu Bridget, równo ułożone na toaletce z pomalowanej na biało wikliny, i oczywiście zaraz je wypróbowały na sobie. Abby zawsze marzyła o własnej toaletce, ale jej pokój był po prostu za mały na taki mebel.

Bridget pojechała co prawda razem z nimi do domku letniskowego, ale trzymała się z boku. Przez cały czas wysyłała SMS-y do znajomych, którzy czekali na nią w mieście, i czytała książki, których całą stertę zabrała ze sobą. Na plażę z Abby i Lisą wybrała się tylko jeden raz i wytrzymała na niej ledwie kilka godzin. Pewnej deszczowej nocy zaprosiła je jednak do swojego pokoju. Podkręciła im włosy swoją dużą lokówką, a potem pozwoliła rozsiąść się w nogach jej wielkiego łóżka z puszystą pościelą i obejrzeć jakiś stary łzawy film. Abby i Lisa zasypały ją pytaniami o to, jak naprawdę wygląda życie w Mount Washington High. Bridget podzieliła się z nimi wtedy wieloma przydatnymi wskazówkami: dziewczyny dowiedziały się między innymi, żeby uważały, gdy będą się umawiać z chłopakami ze starszych klas, oraz żeby plotkowały tylko z tymi koleżankami, do których mają stuprocentowe zaufanie. Tamtej nocy dowiedziały się też, co zrobić, żeby rodzice nie wyczuli od nich alkoholu.

Z Fern natomiast dziewczyny miały znacznie mniejszy pożytek. Umiała im tylko podpowiedzieć, które nauczycielki matematyki w Mount Washington znały się na swojej robocie. Abby zastanawiała się nieraz, czy Bridget w ogóle kojarzy jej siostrę, choć obie dziewczyny należały przecież do tego samego rocznika.

Lisa miała już odejść, żeby pogadać z innymi kumpelami, kiedy Abby nachyliła się do niej i szepnęła:

– Odrobiłaś te ćwiczenia z nauk o ziemi?

– Abby, nie możesz ciągle zrzynać ode mnie prac domowych – zaprotestowała Lisa, marszcząc brwi. – W ten sposób nigdy niczego się nie nauczysz.

Abby przeczesała dłonią swe włosy w kolorze rudoblond.

– A jak ładnie poproszę? Wczoraj przeglądałam kiecki i zanim się zorientowałam, cały wieczór zleciał. To już ostatni raz – zapewniła, po czym kładąc dłoń na sercu, dodała: – Słowo honoru.

Lisa westchnęła ciężko, jednak ruszyła w kierunku szkoły, żeby wyjąć z szafki zeszyt z pracą domową.

– Kocham cię jak siostrę! – zawołała za nią Abby.

Po paru minutach Lisa wypadła biegiem z budynku. Biegła tak szybko, że czarny koński ogon tańczył jej na plecach.

– Abby! – wołała na tyle głośno, by usłyszeli ją wszyscy na Wysepce Pierwszaków. Ostatnie kilka metrów pokonała wielkimi susami. Gdy wreszcie dobiegła, musiała uchwycić się ramienia Abby, żeby się nie przewrócić z rozpędu. – Zostałaś wybrana najpiękniejszą pierwszoklasistką w Mount Washington High!

– Co takiego? – odezwała się Abby, mrugając oczami.

– Jesteś na liście, głuptasko! Tej liście! – wykrzyknęła, a po chwili dodała: – Razem z moją siostrą.

Lisa potoczyła wkoło spojrzeniem, szczerząc w dumnym uśmiechu zęby z aparatem ortodontycznym.

– Bridget została wybrana najpiękniejszą trzecioklasistką – oznajmiła, zwracając się do wszystkich dziewcząt wkoło.

Zaskoczenie było tak wielkie, że Abby z wrażenia rozchyliła usta. Nie bardzo wiedziała, co to wszystko znaczy, ale najwyraźniej była to nowina, z której należało się cieszyć. Z pomocą przyszła jej jedna ze stojących obok dziewczyn.

– Ale na jakiej liście? – chciała wiedzieć.

Spojrzenia wszystkich dziewcząt skierowały się ku Lisie w nadziei, że koleżanka je oświeci.

Gdy dziewczyna tłumaczyła koleżankom, czym jest lista, Abby potakiwała w milczeniu, udając, że jest lepiej zorientowana od nich. Oczywiście Fern nie raczyła jej o tym wspomnieć, podobnie jak nie miała pojęcia, jaką sukienkę młodsza siostra powinna założyć na bal. Czasami Abby żałowała, że to nie Bridget jest jej siostrą.

No dobra, marzyła o tym całkiem często.

Koleżanki Abby zaczęły ściskać ją i składać jej gratulacje. Z każdym kolejnym uściskiem dziewczyna czuła, jak serce zaczyna jej bić jeszcze szybciej. Zajęci grą w zośkę chłopcy z pierwszej klasy wprawdzie udawali, że nie są zbyt zainteresowani powodem radości koleżanek, jednak Abby zauważyła, że przesunęli się nieco bliżej miejsca, gdzie stała.

Dalej nie docierało do niej, co się wydarzyło. Wśród pierwszoklasistek Mount Washington nie brakowało ślicznych dziewcząt, Abby zresztą znała większość z nich. Czyżby naprawdę zasługiwała na takie wyróżnienie?

Czuła się z tym dziwnie. Nigdy dotychczas nie była w takiej sytuacji.

– Przykro mi, że żadna z was nie została wybrana – odezwała się nagle, zwracając się do wszystkich wkoło. Mówiła to po części szczerze.

– Litości! – żachnęła się Lisa, wskazując palcem na swe usta. – Z tymi torami kolejowymi przebiegającymi w poprzek mojej twarzy raczej wątpię, by ktoś uznał mnie za najpiękniejszą.

– Przestań – zawołała Abby, dając jej w odpowiedzi żartobliwego kuksańca. – Przecież jesteś taka śliczna! Znacznie ładniejsza ode mnie.

Abby powiedziała to zupełnie szczerze. Prawdę mówiąc, miała farta, że w ogóle załapała się tym roku na listę, bo gdy Lisa pozbędzie się wreszcie aparatu na zęby, to ona zgarnie następną nagrodę. Lisa była około piętnastu centymetrów wyższa od Abby, miała długie czarne włosy, które zawsze wydawały się tak samo lśniące, a na jej lewym policzku ulokował się śliczny mały pieprzyk. Do tego miała świetną figurę – szerokie biodra i pełne piersi. Jedyną rzeczą, która nie pozwalała jej uznać za ideał urody, był ten nieszczęsny aparat. No i może stopy, które były trochę za duże. Ale kto zwracałby uwagę na wielkość stóp?

– Abby, zupełnie nie umiesz przyjmować komplementów – zauważyła wesoło Lisa. – Ale to naprawdę wielka sprawa, teraz będziesz już rozpoznawalna. Każdy uczeń będzie wiedział, kim jesteś.

Na twarzy Abby pojawił się promienny uśmiech. Nigdy jeszcze perspektywa najbliższych czterech lat nie napełniała ją tak wielkim podnieceniem jak w tej chwili.

– Szkoda, że nie wiem, kto mnie wybrał. Chętnie bym podziękowała tej osobie – stwierdziła. Myśl, że jakaś dziewczyna, albo może cała delegacja dziewcząt, nadała właśnie jej tak zaszczytny tytuł, była niesamowicie ekscytująca. A więc miała w tej szkole koleżanki, o których nawet nie wiedziała. – Gdzie widziałaś tę listę?

– Jedna kopia wisi na tablicy ogłoszeń przy sali gimnastycznej – wyjaśniła Lisa. – Ale w zasadzie w całej szkole roi się od nich.

– Myślisz, że mogłabym wziąć jedną? – spytała Abby.

Zapragnęła schować ją w jakimś wyjątkowym miejscu: albumie do wklejania wycinków albo może w pudełku z pamiątkami.

– No jasne! Chodźmy i weźmy którąś!

Dziewczyny, trzymając się za ręce, ruszyły do szkoły.

– A kto jeszcze znalazł się na liście? – zainteresowała się Abby. – To znaczy oprócz mnie i twojej siostry?

– Tytuł najbrzydszej pierwszoklasistki przypadł Danielle DeMarco.

Abby zwolniła kroku.

– Chwileczkę, na tej liście są też najbrzydsze dziewczyny? – spytała.

W podnieceniu umknął jej ten szczegół.

– No tak – przyznała Lisa, ciągnąc ją za rękę. – Poczekaj, aż sama zobaczysz. Ci, którzy stworzyli tegoroczną listę, pod każdym nazwiskiem dopisali też fajne komentarze. Na przykład Danielle ochrzcili „Daną Babochłopem”.

Abby nie kumplowała się z Danielle DeMarco, ale chodziły razem na wuef. W zeszłym tygodniu widziała, jak koleżanka zaliczyła ze świetnym czasem obowiązkowy bieg na tysiąc sześćset metrów. Naprawdę super się sprawiła tego dnia. Abby pewnie też mogłaby powalczyć o lepszy czas niż te żałosne siedemnaście minut, ale nie chciała się zmęczyć i potem do końca dnia siedzieć na lekcjach spocona. Oczywiście zrobiło jej się przykro, że to właśnie Danielle zdobyła tytuł najbrzydszej dziewczyny rocznika, ale pomyślała, że koleżanka weźmie to na klatę – sprawiała wrażenie naprawdę twardej laski. No i miała nadzieję, że zrozumie, że równie dobrze ten tytuł mógł przypaść jakiejś innej dziewczynie, tak samo jak w przypadku samej Abby. Przecież te wybory to kwestia przypadku.

– A jaki komentarz znalazł się pod moim nazwiskiem?

Lisa pochyliła głowę i szepnęła:

– Gratulują ci, że pokonałaś rodzinne uwarunkowania genetyczne. – Jej słowom towarzyszył zawstydzony śmiech.

Fern.

– Wybrali Fern najbrzydszą trzecioklasistką? – domyśliła się Abby, przygryzając ze zdenerwowania wnętrze policzka.

– Skąd! – zaprzeczyła szybko Lisa. – Ten tytuł powędrował do Sary Singer. To ta panna, która zawsze siada na ławce niedaleko Wysepki Pierwszaków i na wszystkich patrzy wilkiem.

Abby opuściła wzrok i zwiesiła głowę. Lisa musiała domyślić się, że przyjaciółkę gryzą wyrzuty sumienia, bo poklepała ją pocieszająco po plecach.

– Abby, nie przejmuj się tą całą genetyką. Fern nie została wspomniana z imienia. Założę się, że wiele osób w ogóle nie ma pojęcia, że jesteście siostrami.

– Może – przyznała niepewnie Abby.

Miała nadzieję, że Lisa ma rację. Jednak nawet jeśli dzieciaki nie wiedziały, że ona i Fern są spokrewnione, nauczyciele na pewno mieli tego świadomość. I właśnie tego momentu najbardziej obawiała się w Mount Washington – gdy nauczyciele po pierwszym tygodniu nauki zorientują się, że Abby bystrością nie dorównuje starszej siostrze. Ani że w ogóle nie może się z nią równać, jeśli chodzi o naukę.

– Poza tym to Fern zawsze zgarnia wszystkie laury – ciągnęła Lisa. – A ty za każdym razem cieszysz się z jej sukcesów. Choćby w zeszłym roku podczas organizowanego przez uniwerek konkursu deklamacyjnego poezji łacińskiej, w którym brała udział twoja siostra. Zmusiłaś mnie wtedy, żebym przez trzy godziny siedziała z tobą na widowni.

– Ale to naprawdę była ważna impreza. Fern reprezentowała wtedy całe nasze liceum. Wygrała konkurs, a w nagrodę otrzymała wysokie stypendium.

– Dobrze już, dobrze, przecież pamiętam – odezwała się Lisa, przewracając oczami. – Teraz pora, byś to ty dla odmiany znalazła się w centrum uwagi.

Abby ścisnęła dłoń przyjaciółki. Ten komentarz o uwarunkowaniach genetycznych był dość wredny, jednak Lisa miała rację. Przecież nie znaczy to, że Abby sama powiedziała to o siostrze. Zawsze kibicowała Fern w jej naukowych osiągnięciach. Ani razu nie marudziła, gdy jej siostra urządzała pobudkę o świcie, żeby zakuwać, albo gdy musiała włóczyć się z nią po college’ach przez całe lato, przez co nie mogła mieć normalnych wakacji.

W każdym razie nie narzekała głośno.

Kiedy zbliżały się do sali gimnastycznej, Lisa ostatnie kilka kroków dzielące je od tablicy ogłoszeń pokonała w podskokach.

– Proszę bardzo – oznajmiła triumfalnym tonem, dziabiąc palcem arkusz przyczepiony do tablicy. – Czarno na białym.

U szczytu listy Abby bez trudu odnalazła swoje imię i nazwisko. A więc to prawda. Dopiero teraz, gdy zobaczyła to na własne oczy, cała sprawa nabrała realności, a zdobyty tytuł wydawał się bardziej zasłużony. Abby została najpiękniejszą pierwszoklasistką, to już oficjalne.

Przypatrywała się kartce długo. Tak długo, że właściwie straciła poczucie czasu. Z zamyślenia wyrwało ją dopiero uszczypnięcie w ramię. Kiedy oderwała spojrzenie od tablicy, zauważyła, że korytarzem nadchodzi Fern. Maszerowała przed siebie zdecydowanym krokiem. Na plecach niosła plecak z książkami, a francuskie warkocze tańczyły jej po bokach jej głowy przy każdym kroku.

Abby nie była w stanie stwierdzić, czy Fern wie już, że jej młodsza siostra znalazła się na liście. Po chwili Fern wyminęła ją, jakby w ogóle jej nie zauważyła. Zawsze w szkole zachowywała się w taki sposób.

Abby odczekała, aż siostra zniknie za rogiem. Wtedy paznokciem małego palca podważyła pinezki, uważając, by nie ponadrywać kartki na rogach, i zdjęła ją z tablicy ogłoszeń.

ROZDZIAŁ 2

Od przystanku Danielle DeMarco dzieliła jeszcze tylko jedna przecznica, jednak było już jasne, że spóźniła się na autobus. Przystanek był wyludniony, co wydawało się podejrzane, zwłaszcza w poniedziałek. Wkoło rozlegały się typowe poranne hałasy – śpiew ptaków, szelest otwieranych na pilota drzwi od garaży, metaliczny brzdęk opróżnionych śmietników, które ciągnięto z powrotem podjazdami w kierunku domów.

Danielle umierała z głodu, bo nie zdążyła zjeść śniadania. Słaniała się na nogach z niewyspania i wszystko wskazywało na to, że spóźni się do szkoły. Słowem idealny początek tygodnia.

A jednak mimo wszystko była pewna, że wydarzenia ostatniej nocy były tego warte.

* * *

Spała od dwóch godzin, gdy rozległ się dzwonek komórki.

– Halo? – odezwała się, tłumiąc ziewnięcie.

– Jak możesz spać o tej porze? Dopiero północ.

Danielle zerknęła w stronę drzwi, żeby sprawdzić, czy na pewno są zamknięte. Jej rodzice nie byliby zachwyceni, że Andrew wydzwania do niej w środku nocy. Nadal uparcie nazywali go kolegą z obozu, chociaż poprawiała ich już milion razy. Tak jakby słowo chłopak nie mogło przejść im przez usta. A może nie mogli się pogodzić z tym, że Andrew był rok starszy od Danielle. Ponieważ postanowili wrzucić go do tego samego worka co Hope, czyli najlepszą przyjaciółkę Danielle, dokładnie określali, kiedy, gdzie i w jaki sposób ich córka może spędzać czas z Andrew.

I właśnie to okazało się najtrudniejsze w powrocie do domu z obozu nad jeziorem Clover, gdzie Danielle i Andrew pracowali w wakacje jako opiekunowie: utracili wolność, która pozwalała im spotykać się, albo chociaż rozmawiać, kiedy tylko przyszła im na to ochota. W przeszłość odeszły noce, gdy Andrew zakradał się pod osłoną ciemności pod jej okno i skrobaniem w siatkę przeciw owadom dawał znać, że już jest. Nie mogli już ukradkiem wypływać łódką na środek jeziora i czekać, aż bryza zniesie ich z powrotem do przystani.

Danielle miała wrażenie, że od wakacji upłynęła cała wieczność.

Naciągnęła kołdrę na głowę, żeby rodzice nie mogli jej usłyszeć.

– Obozowicze, gasimy światła! – szepnęła żartobliwie do komórki.

Andrew westchnął, słysząc jej zaspany głos.

– Przepraszam, że cię obudziłem. Czuję się zbyt nakręcony, żeby zasnąć. Po meczu jestem naładowany adrenaliną i nie mam jak jej wyładować.

Po południu Danielle i Hope były na meczu i z trybun obserwowały, jak Andrew tkwi za linią boczną boiska, zmuszony bez przerwy się rozgrzewać w oczekiwaniu, aż trener pozwoli mu wybiec na murawę. Robił podskoki na palcach, pajacyki albo krótkie przebieżki, wysoko zadzierając kolana, żeby nie ostygnąć. Po każdym zagraniu spoglądał z wyczekiwaniem na trenera reprezentacji szkolnej, dotykając w zamyśleniu maski ochronnej swego połyskującego białego kasku.

Tak bardzo mu współczuła. Był to już czwarty mecz w sezonie, a Andrew nie miał jeszcze okazji nawet minuty spędzić na boisku. Nie mogła zrozumieć, dlaczego trener nie da szansy drugoklasiście. Do końca pierwszej połowy zespół Mount Washington przegrywał już trzema przyłożeniami. W dotychczasowych rozgrywkach Górale z Mount Washington nie zapisali na swym koncie ani jednej wygranej.

– Wyglądałeś uroczo w koszulce reprezentacji.

Andrew roześmiał się w odpowiedzi, jednak Danielle wyczuwała w jego głosie, że nadal jest mu przykro.

– Wolałbym, żeby w ogóle mnie nie powoływali, jeśli cały czas mam spędzać za boiskiem. Przecież jako rezerwowy mógłbym w końcu zagrać. To takie upokarzające, kiedy musisz stać za linią boczną i przyglądać się bezczynnie, jak mecz za meczem dostajemy łomot. Równie dobrze mógłbym obejrzeć grę z wami z trybun, zajadając nachos.

– Andrew, ale przecież to mimo wszystko wielki zaszczyt. Założę się, że jest mnóstwo drugoklasistów, którzy mogą tylko pomarzyć o powołaniu do reprezentacji szkoły.

– Niby tak – przyznał bez przekonania. – Chuck zagrał całą drugą połowę. Szkoda, że nie jestem taki duży jak on. Chyba powinienem więcej czasu spędzać na siłce. I łykać te proteinowe odżywki, które on ciągle popija. Jestem zbyt drobny. W gruncie rzeczy jestem najdrobniejszym chłopakiem w całej drużynie.

– Nieprawda. Poza tym po co miałbyś się upodabniać do Chucka? To prawda, kawał z niego chłopa, ale wcale nie jest zbyt sprawny. Założę się, że na boisku mógłbyś go z łatwością prześcignąć.

Danielle była niemal pewna, że Andrew zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo nie lubiła tego całego Chucka. Andrew opowiedział jej kiedyś, że Chuck ma u siebie w pokoju specjalną półkę, na której trzyma wszystkie swoje wody kolońskie. Każdemu, kto go odwiedza, pokazuje je niczym największe skarby. I nigdy nie wychodzi z domu, nie spryskawszy się którąś z nich. Musi się wypachnić, nawet kiedy idzie do garażu, żeby przypakować. Z opowieści Andrew wynikało, że Chucka brzydzi zapach potu. Nawet jeśli to jego własny pot.

– To prawda – przyznał po chwili zastanowienia Andrew. – Gościu fatalnie się odżywia. Wątpię, żeby w ogóle wiedział, jak wyglądają warzywa. Z wyjątkiem tych, które wkładają do Big Maca. W sumie nic dziwnego, że żadna dziewczyna go nie chce.

Ta uwaga wywołała u nich obojga salwy śmiechu.

Kilka tygodni zajęło Danielle zrozumienie, jak odnoszą się do siebie chłopaki z paczki Andrew. Wszyscy byli nastawieni na rywalizację, jednak prym wiedli w tym właśnie Chuck i Andrew. Ci dwaj rywalizowali we wszystkim – kto ma lepsze oceny, kto ma fajniejsze adidasy, kto pierwszy dobiegnie do kranika z wodą. Cały ten cyrk Danielle traktowała jako typowo chłopackie zabawy, jednak od czasu do czasu Adrew przydarzała się porażka, którą naprawdę ciężko znosił. Danielle też była ambitna, jednak mimo że współczuła swojemu chłopakowi, gdy strasznie przeżywał jakieś niepowodzenie, sama wystrzegała się sytuacji, w których musiałaby rywalizować z koleżankami. Wolała nawet nie wyobrażać sobie, jak by to było, gdyby tylko ona albo tylko Hope zakwalifikowała się do drużyny pływackiej.

Równocześnie jednak dumą napawała ją myśl, że w sprawach relacji damsko-męskich Andrew jest do przodu w porównaniu z kolegami.

– Nie zgadniesz, czego się dziś dowiedziałem – przerwał jej rozmyślania Andrew. – Nawet jeśli w ciągu całego sezonu nie zagram ani minuty, i tak dostanę kurtkę reprezentacji.

– Będziesz w niej super wyglądał – zauważyła.

Był to raczej kretyński komentarz, ale coś jej podpowiadało, że poprawi mu tym humor.

– Sama kurtka nic mnie nie obchodzi. Ale fajnie będzie zobaczyć, jak ją nosisz zimą.

– Ale z ciebie słodziak – odparła Danielle, rumieniąc się w ciemności.

Jasne, fajnie będzie pochodzić w należącej do Andrew kurtce reprezentacji, w każdym razie do czasu, aż zasłuży sobie na własną.

– Pogadamy jeszcze trochę? – zaproponował nieśmiało.

Danielle przetrzepała poduszkę, a już po chwili jak na komendę i ona, i Andrew zaczęli skakać po kanałach swych telewizorów, jakby oba ich piloty były ze sobą zsynchronizowane. Ze śmiechem komentowali dziwaczne reklamy, które telewizje najchętniej puszczają późną nocą: jakieś podejrzane spraye do włosów, dziwne przyrządy do domowej siłowni, przywodzące na myśl średniowieczne machiny tortur, kosmetyki dla osób zmagających się z pryszczami i opuchlizną twarzy, a nawet tabletki dietetyczne o składzie bazującym na starożytnych chińskich recepturach.

W końcu Danielle zapadła w sen z komórką przyklejoną do ucha. W jej świadomości przez chwilę rozbłyskiwały jeszcze telewizyjne obrazy „przed” i „po” użyciu danego specyfiku. Bateria w telefonie wyczerpała się około czwartej trzydzieści. A wraz z nią przepadł nastawiony na rano budzik.

* * *

A zatem to miłość, a w każdym razie coś zbliżonego do niej, kazała jej tego ranka spóźnić się na autobus do szkoły.

Danielle sięgała już po komórkę, żeby przedzwonić do domu, gdy jej uwagę przykuł porzucony na ulicy notatnik. Był otwarty, lekkie podmuchy wiatru przewracały mu kartki. Schyliła się i podniosła z ziemi czyjąś zgubę. Przysłaniając notatnikiem oczy przed ostrym pomarańczowym słońcem poranka, spojrzała w głąb ulicy i po chwili zobaczyła autobus. Był zaledwie trzy przecznice dalej. A zatem faktycznie się spóźniła, ale nie dużo.

Pochyliła lekko głowę, nie przestając spoglądać w głąb ulicy.

I nagle puściła się biegiem przed siebie.

Brakowało jej rozgrzewki, martwiła się trochę, że może naciągnąć sobie mięsień. Dla dogonienia szkolnego autobusu raczej nie warto narażać się na kontuzję, która mogłaby uniemożliwić jej pływanie. Jednak wystarczyła krótka chwila i Danielle znalazła właściwy rytm. W ramionach i nogach poczuła przyjemne ciepło.

W pewnym momencie autobus zahamował, żeby przepuścić włączający się do ruchu samochód. To wystarczyło, żeby dziewczyna go dogoniła. Była już na tyle blisko, że mogła rozpoznać w oknach twarze uczniów siedzących w tylnej części pojazdu.

– Hej! – zawołała, ale dzieciaki były zbyt zajęte rozmową, żeby ją zauważyć.

Autobus znów ruszył, a z jego rury wydechowej buchnął obłok spalin, szczypiąc ją w oczy. Biegła teraz po prawej stronie pojazdu, w miejscu, skąd musiała być widoczna w bocznym lusterku kierowcy. Spróbowała jeszcze raz przekrzyczeć ryk silnika. Rąbnęła też pięścią w karoserię.

Autobus wreszcie się zatrzymał. Z góry powędrowały ku niej zdumione spojrzenia dzieciaków. Czekając, aż otworzą się drzwi, Danielle odgarnęła kilka kosmyków kasztanowych włosów, które podczas biegu przylepiły jej się do twarzy.

– Mogłaś wpaść pod koła – warknął na powitanie kierowca.

Danielle, zziajana po szybkim biegu, wydukała słowa przeprosin. Następnie wspięła się po schodkach, unosząc wysoko nad głową notes niczym zdobyte trofeum. Pokazywała go pasażerom, licząc, że ktoś się po niego zgłosi.

* * *

W szkole zostawiła płaszczyk w swojej szafce i razem z Hope poszła prosto na stołówkę. Obudziła się za późno, żeby zjeść śniadanie. Dotrwanie do lunchu z pustym żołądkiem nie wchodziło w grę. Niedaleko było stoisko z bajglami, ale udała, że go nie widzi – po zawierającym dużo węglowodanów pieczywie zawsze chciało jej się spać, a i bez tego już ledwie żyła. Liczyła, że w automacie z jedzeniem znajdzie coś oprócz chipsów ziemniaczanych i czekoladowych batoników. Odkąd Danielle zakwalifikowała się do zespołu pływackiego pierwszoklasistek, jej apetyt stale wzrastał – jej organizm nieustannie potrzebował paliwa. A ona nie zamierzała karmić go byle czym.

Przy wejściu na stołówkę jakiś mijający je chłopak ze starszej klasy z całej siły klepnął Danielle po plecach, rzucając:

– Siemanko, Babochłopie!

– To było do ciebie? – spytała Hope.

Danielle była zbyt zszokowana, by zareagować. Spróbowała przyjrzeć się chłopakowi, żeby sprawdzić, czy może się znają, jednak przepadł w tłumie tak samo szybko, jak się pojawił.

– Nie mam pojęcia… – odparła.

Po chwili stanęły przed automatem z jedzeniem. Tego dnia wyglądał on inaczej niż zwykle – cała frontowa szyba była zaklejona jakimiś kartkami. Danielle pomyślała, że to pewnie ogłoszenia któregoś z nadgorliwych kółek zainteresowań rozpaczliwie poszukujących chętnych. Sięgnęła po jeden z arkuszy i zaczęła czytać.

Dana Babochłop?

Najbrzydsza?

Poczuła nagle, jak z nerwów całe jej ciało, wszystkie mięśnie, paraliżuje skurcz.

Kiedy ktoś nazywa cię brzydką, można to jakoś znieść. Nieraz już różni ludzie rzucali jej tę obelgę prosto w twarz. Zresztą każda dziewczyna przeżyła coś takiego. Jasne, nie była tym zachwycona, ale ludzie zupełnie bezrefleksyjnie nazywają kogoś brzydkim, niektórzy mówią też w ten sposób o samych sobie. Słowo to stało się tak zwyczajne, że już niemal zatraciło swój sens.

Niemal.

Tym, co naprawdę ją zraniło, było sformułowanie Dana Babochłop. Danielle zdawała sobie sprawę, że nie ma typowo dziewczęcych cech. Kiedy zakładała sukienkę, czuła się dosyć dziwnie, jakby przebierała się w jakiś kostium i udawała kogoś, kim nie jest. Malowała się tylko w weekendy, to znaczy używała odrobiny błyszczyku i nakładała trochę tuszu na rzęsy. Nigdy nie przekłuła sobie uszu, bo panicznie bała się igieł.

Mimo to nie brakowało jej przecież żadnej części, z których składa się dziewczyna. Miała cycki. Długie włosy. Chłopaka.

Hope też zerwała jedną kartkę z automatu i po chwili zaczerpnęła głęboko powietrza, jakby przygotowywała się do zanurkowania.

– O Jezu, Danielle… Co to jest?

Danielle nic nie odpowiedziała. Wpatrywała się w szybę automatu z jedzeniem w miejscu, z którego zdarły kartki – widziała w niej swoje odbicie. Rano nie miała czasu na prysznic, włosy związała tylko w prosty kok. Wokół głowy sterczała jej cała aureola sztywnych krótszych kasztanowych kosmyków. W sumie nic dziwnego, ponieważ po każdym treningu na basenie z wnętrza czepka wysypywało się mnóstwo połamanych włosów. Mimo to widok ten zaskoczył ją. Próbowała jakoś je przygładzić, ale momentalnie znów zaczynały sterczeć. Zorientowała się, że nagle spociły jej się dłonie. W końcu ściągnęła gumkę i rozpuściła włosy. Były sztywne i matowe od chloru, mało przypominały normalne loki. Nagle Danielle poczuła się, jakby zamiast swoich naturalnych pukli nosiła źle dobraną perukę.

Odwróciła się od swojego odbicia i rozejrzała wokół. Po chwili zobaczyła, że takie same kartki wiszą też na drzwiczkach szafek przy wejściu na stołówkę.

– Hope – odezwała się zdławionym głosem. – Coś mi się wydaje, że odbitki z tą listą rozwieszone są w całej szkole.

Bez słowa wyszły ze stołówki, rozdzieliły się i ruszyły biegiem przed siebie. Biegły korytarzem, zdzierając po kolei wszystkie kopie listy z obu ścian.

Danielle była wdzięczna, że może zająć się jakąś fizyczną czynnością, jednak był to już jej drugi sprint tego ranka, a przecież nie zjadła nawet śniadania. Miała wrażenie, że z coraz większym trudem przychodzi jej odnalezienie zapasów energii niezbędnej do biegu, jakby końcówką słomki ślizgała się po dnie opróżnionej puszki po napoju. Na końcu korytarza wpadła prosto na Andrew, który stał w otoczeniu innych drugoklasistów z drużyny futbolowej.

Między innymi Chucka.

– Patrzcie, przecież to Dana! – zawołał Chuck sztucznie niskim głosem. – Dana Babochłop!

Chłopaki przyglądali się jej przez chwilę, w końcu wybuchli śmiechem.

A więc oni też widzieli już listę.

Znaczy to, że zapoznał się z nią również Andrew.

– Na co czekasz, Andrew? – odezwał się jeden z nich, popychając go ku Danielle. – Daj Babochłopu buziaka!

– Dokładnie! Popieramy równouprawnienie gejów – zarechotał Chuck.

Andrew nie dał się sprowokować – roześmiał się pogodnie, kiedy jednak zbliżył się do Danielle, uśmiech znikł z jego ust i wyraźnie spochmurniał. Poprowadził ją w kierunku schodów.

– Dobrze się czujesz? – spytał cichym głosem.

– Może być. Biorąc pod uwagę, że najwidoczniej nocą przeszłam operację zmiany płci, nie jest źle – stwierdziła. Ten dowcip był dość rozpaczliwą próbą rozładowania atmosfery, jednak żadne z nich się nie roześmiało. Po chwili Danielle uniosła trzymane w ręce kopie listy. – Andrew, wiesz może, co to takiego?

– To tylko taki głupi szkolny zwyczaj. Powtarza się co roku w tygodniu, w którym ma się odbyć bal.

– Czemu mnie nie ostrzegłeś? – spytała, świdrując go wzrokiem.

Andrew przeczesał dłonią włosy. Nadal były jaśniejsze po lecie, jednak widać już było ciemne odrosty.

– Po prostu nigdy nie przeszło mi przez myśl, że ktoś umieści twoje imię na tej liście.

Jego odpowiedź nieco ją uspokoiła.

– Wiesz, kto to napisał?

Danielle nie miała może wielu koleżanek, ale o ile wiedziała, nie miała też wrogów. Nie umiała wskazać ani jednej osoby, która mogłaby wyrządzić jej taką podłość.

Andrew obrzucił spojrzeniem kopie listy w jej ręce, po czym szybko potrząsnął głową.

– Nie wiem. Słuchaj, Danielle, nie możesz ganiać po szkole i zdzierać tych kartek. One są dosłownie wszędzie. Wszyscy już znają ich treść. Nic na to nie poradzisz.

I nagle wróciła do niej ta dziwna sytuacja ze stołówki, gdy jakiś obcy chłopak rąbnął ją w plecy. Przypomniała sobie piekący ból, kiedy jego dłoń odbiła się na jej kręgosłupie. Zrozumiała też, że nie może popełnić błędu. Nie chce narazić się na jeszcze większe upokorzenie.

– Przepraszam – powiedziała. Z wielu różnych powodów uznała, że tak właśnie należy się zachować. – Poradź mi, co powinnam zrobić.

– Wszyscy teraz liczą, że będziesz strasznie smutna z tego powodu; że zareagujesz w jakiś przesadny sposób. Jennifer Briggis, kiedy chodziła do pierwszej klasy i znalazła się na liście, totalnie spanikowała. Ludzie gadają o niej do dzisiaj. Możesz mi wierzyć: jeśli postąpisz teraz w niewłaściwy sposób, już do końca liceum będziesz tego żałować.

– Andrew, przecież to jakieś wariactwo – jęknęła Danielle, czując, jak z nerwów ściska ją coś w sercu.

– To taka gra na emocjach. Trochę przypomina sytuację z obozu dla dzieciaków. Tłumaczymy im, że jeśli będą udawać, że wszystkie psikusy i dokuczanie nie robią na nich wrażenia, te w końcu ustaną. Dlatego, Danielle, nie pokazuj po sobie, że się tym przejmujesz. Musisz być twarda jak kamień i zachowywać twarz pokerzysty, dobrze?

Dziewczyna przygryzła wargę i próbowała powstrzymać łzy napływające jej do oczu. W końcu skinęła lekko głową. Wiedziała, że Andrew widzi, iż jest na skraju płaczu. Była mu wdzięczna, że udaje, jakby nic nie zauważył. Najwyraźniej on też umiał przybrać minę pokerzysty.

Odczekała jeszcze chwilę, żeby się uspokoić, po czym ruszyła za chłopakiem, trzymając się kilka kroków z tyłu.

Po chwili zauważyła Hope, która zatrzymała się na środku korytarza i spanikowana rozglądała na wszystkie strony. Kiedy jej spojrzenie odnalazło Danielle, ruszyła od razu w jej kierunku.

– Pospiesz się. Udało mi się zerwać wszystkie kopie na tym korytarzu i w skrzydle z gabinetami przedmiotów ścisłych. Musimy jeszcze sprawdzić okolice sali gimnastycznej. – Uścisnęła mocno Danielle i szeptem dodała: – Nic się nie martw. Dowiemy się, kto to zrobił, i damy mu nauczkę. Masz moje słowo.

– Hope, daj spokój – przerwała jej Danielle, wyrzucając kopie listy do kosza na śmieci.

– Jak to? – jęknęła przyjaciółka, spoglądając w kierunku Andrew, który dołączył już do swoich kumpli. – Co on ci nagadał?

– Nie martw się. Zachował się tak, jak powinien – wyjaśniła Danielle.

Wiedziała już, że sama musi też rozegrać to bezbłędnie.

ROZDZIAŁ 3

Co to, do cholery, ma być?

Niby miało to być pytanie, ale Candace Kincaid wypowiedziała te słowa zupełnie beznamiętnym tonem. Dopiero przy ostatniej sylabie zabrzmiała w nich niepewność. Candace wpatrywała się w kartkę, którą ktoś przykleił do drzwiczek jej szafki.

Odgarnęła kosmyk kasztanowych włosów, który przylepił się do grubej warstwy błyszczyka na jej ustach, po czym nachyliła się, żeby przyjrzeć się dokładniej liście. Pomalowanym malinowym lakierem paznokciem powiodła w dół listy, łącząc niewidzialną linią nagłówek najbrzydsza ze swoim nazwiskiem.

Za jej plecami pojawiły się koleżanki, też chcące rzucić okiem na listę. Tego dnia wszyscy zaraz po przyjściu do szkoły sprawdzali, kto się na niej znalazł. Candace była taka podekscytowana, że praktycznie nie zmrużyła oka przez całą noc.

– To lista! – ucieszyła się jedna z koleżanek.

– Candace została wybrana najpiękniejszą drugoklasistką! – zawołała inna.

– Brawo, Candace!

Czuła, jak dziewczyny klepią ją po plecach. Czuła uściski ich dłoni, gdy składały jej gratulacje. Czuła, jak biorą ją w objęcia. Jednak ani na sekundę nie spuszczała oczu z listy. Przecież tak liczyła, że ten rok będzie należał do niej. Miała zwyciężyć już w zeszłym roku, ale wtedy laury zdobyła Monique Jones. Fotki tej panny pojawiły się w czasopismach dla nastolatek, a w każdym razie tak twierdziła główna zainteresowana. Zdaniem Candace Monique wcale nie była jakąś wielką pięknością. Chuda jak patyk, miała nieproporcjonalnie dużą głowę. No i te wystające kości policzkowe… prawdę mówiąc, były dosyć straszne. Poza tym Monique zawsze trzymała się z chłopakami. Typowa puszczalska.

Candace była zachwycona, gdy państwo Jones w końcu się wynieśli z okolicy.

Ujęła róg kartki w dwa palce, czując pod opuszkami wypukłość w miejscu przyłożeniu pieczęci, i zerwała ją jednym zdecydowanym ruchem. Na drzwiach szafki pozostał paseczek taśmy klejącej i oderwany kawałek papieru.

– Przykro mi, dziewczyny, ale muszę popsuć wam zabawę. Najwyraźniej jestem najbrzydszą drugoklasistką w całym Mount Washington – oznajmiła, po czym parsknęła śmiechem.

To naprawdę zakrawało na totalny absurd.

Tłoczące się wokół niej dziewczyny spoglądały po sobie zdezorientowane.

– Jest jeden plus całej tej sprawy – ciągnęła Candace, głównie po to, żeby przerwać niezręczne milczenie. – Przynajmniej wiadomo, kto w tym roku przygotował listę. To Lynette Wilcox. Zagadka rozwiązana!

Lynette Wilcox po korytarzach szkoły poruszała się z psem przewodnikiem. Od urodzenia była niewidoma. Jej oczy były białe niczym mleko i zawsze wilgotne.

Candace wspomniała o Lynette, siląc się na dowcip. To oczywiste.

Tyle że żadna z jej koleżanek się nie roześmiała.

Nikt nie odzywał się ani słowem.

– Ojej – szepnęła w końcu jedna z dziewcząt.

Candace parsknęła gniewnie. Ojej to doprawdy najbardziej delikatny komentarz do tego, co się stało. Spojrzała znów na kartkę, odczytując po kolei następne nazwiska. Spodziewała się, że natrafi na inne oczywiste błędy. Przynajmniej byłoby jasne, że cała ta lista to jedna wielka pomyłka. Co do Sary Singer, nikt nie mógł mieć wątpliwości, że faktycznie jest najbrzydszą trzecioklasistką. Candace kojarzyła skądś Bridget Honeycutt, ale dziewczyna wydawała się zupełnie przeciętna, więc nie mogła mieć pewności, że to rzeczywiście ona. W przypadku Margo Gable sprawa była prosta. Wszyscy uważają, że jest olśniewająco piękna, dlatego wybór jej na najpiękniejszą czwartoklasistkę ma sens. Podobnie z Jennifer Briggis, idealną kandydatką do tytułu najbrzydszej czwartoklasistki. Prawdę mówiąc, gdyby tytuł ten przyznano komukolwiek innemu, byłoby to spore rozczarowanie. Candace nie kojarzyła żadnej z wymienionych na liście pierwszoklasistek. Ale w sumie nic dziwnego, bo miała w głębokim poważaniu wszystkie koty z pierwszej klasy.

Na liście znalazło się też jeszcze jedno nazwisko, które nic jej nie mówiło. Było to o tyle dziwne, że chodziło o dziewczynę tak jak ona chodzącą do drugiej klasy. Tyle że Candace wskazano jako najbrzydszą, a tę nieznaną pannę jako najładniejszą.

Pstryknęła paznokciem w kartkę i spytała:

– Kim jest Lauren Finn?

– To ta dziewczyna, która uczyła się sama w domu – podpowiedziała jedna z koleżanek.

– To znaczy? – dopytywała Candace, marszcząc nos.

Inna z dziewczyn obejrzała się niepewnie przez ramię, żeby sprawdzić, czy nikt nie podsłuchuje.

– To Końska Grzywa – szepnęła.

– Lauren Finn to Końska Grzywa? – powtórzyła Candace, wytrzeszczając oczy ze zdumienia.

Sama wymyśliła to przezwisko w zeszłym tygodniu, gdy wszystkie dziewczyny musiały zaliczyć na lekcji wuefu bieg na tysiąc sześćset metrów. Ta laska miała długaśne blond włosy, związane w koński ogon, który tańczył jej na plecach, gdy truchtała. Oczywiście kiedy mijały się na torze, Candace zarżała na jej widok. Co to za ohydny pomysł, żeby zapuścić takie długie włosy? Wycieniowane byłyby jeszcze do przyjęcia, ale najwyraźniej Lauren nie była fanką cieniowania. Zamiast tego wszystkie miała przycięte równo na wysokości talii. Pewnie dzieło jej matki uzbrojonej w jakieś tępe nożyczki.

– No cóż… moim zdaniem ta Lauren jest ładniutka – przyznała przepraszającym tonem jedna z dziewczyn.

– Przydałaby się jej wizyta u fryzjera, ale jasne, ładna z niej laska – zgodziła się inna.

– Wcale nie twierdzę, że Końska Grzywa nie jest ładna – jęknęła Candace, chociaż prawdę mówiąc, nigdy nie oceniała jej nawet pod tym kątem. Niby po co miałaby to robić? Poza tym w tej rozmowie nie chodziło o Lauren, tylko o nią samą. – Przecież to kompletnie bez sensu, że zostałam wybrana najbrzydszą drugoklasistką.

Odwróciła wzrok od koleżanek i przyjrzała się dziewczynom przechodzącym akurat korytarzem. Wystarczyło kilka sekund, żeby wyłowiła z tłumu co najmniej dziesięć takich, które powinny w jej miejsce znaleźć się na liście. Były to ewidentnie brzydkie panny, które zasługiwały na ten tytuł.

– Dziewczyny, no przyznajcie same, że to absurd! – prowokowała koleżanki, by stanęły w jej obronie, choć równocześnie czuła, jakie to żałosne, że musi je do tego zachęcać. – Przecież ładne dziewczyny nie powinny lądować w sekcji listy zarezerwowanej dla brzydul. W ten sposób cała ta tradycja traci sens.

– Cóż, tak naprawdę nie chodzi o to, że jesteś brzydka – podpowiedziała łagodnym głosem któraś z dziewczyn.

– Dokładnie – włączyła się do rozmowy inna. – Najbrzydsze dziewczyny to te, których brzydota jest ewidentna. A ta lista mówi tylko, że masz brzydkie wnętrze.

Nie takiej obrony spodziewała się Candace, jednak w miarę, jak docierał do niej sens tych słów, czuła, że coś się zmienia w jej uczuciach. No i co wielkiego, jeśli ludzie będą myśleć, że ma brzydkie wnętrze? Jej koleżanki najwyraźniej mają odmienne zdanie na ten temat, bo przecież inaczej nie chciałyby się z nią przyjaźnić. Liczy się to, czy ktoś ma piękną powierzchowność. Bo przecież ludzie widzą tylko to, jaki ktoś jest zewnętrznie.

– To może obgadamy, co robimy z Karawaną Entuzjastów? – zaproponowała nieśmiało jedna z dziewczyn.

Sama Candace wyznaczyła im taki plan na ten poranek. Karawana Entuzjastów miała się odbyć w tę samą sobotę co bal, przed meczem futbolu amerykańskiego. Była to doroczna improwizowana parada, podczas której uczniowie Mount Washington jeździli po całym mieście ozdobionymi specjalnie na tę okazję samochodami, trąbili klaksonami i starali się wprawić mieszkańców w bojowe nastroje przed meczem. Po raz pierwszy nadarzała się okazja, by Candace i jej koleżanki same zasiadły za kierownicą, ponieważ tego lata kilka z nich, między innymi właśnie Candace, wyrobiło sobie prawo jazdy. Dziewczyna w swoim notatniku miała już całą rozpiskę – ustaliła czyim samochodem pojadą (kabrioletem jej mamy, przecież to oczywiste), jak będzie ozdobiony (doczepione wstążki, z tyłu puszki, przednia szyba pokryta napisami z pianki), jak ubiorą się dziewczyny (króciutkie szorty, podkolanówki i sweterki z logo Mount Washington). Gdy jednak teraz jedna z jej koleżanek wspomniała o paradzie, Candace ze zdumienia rozchyliła tylko usta.

– Jakoś niezbyt mnie w tej chwili nęci szkolna impreza – przyznała. Wkurzała ją myśl, że dziewczyny jeszcze tego nie załapały. – Poczekajmy z tym do jutra, dobrze?

– Ale mamy czas tylko do soboty, żeby wszystko obmyślić – zauważyła jedna z dziewcząt.

– Nie możemy zostawiać tego na ostatnią chwilę – wtrąciła inna. – Musimy coś wymyślić, wpaść na jakiś koncept. Chodzimy już do drugiej klasy, nie możemy zrobić tego byle jak.

Koncept? – powtórzyła w myślach Candace, przewracając oczami. I nagle, gdy dziewczyny zaczęły zgodnie potakiwać, dotarło do niej, że i tak obgadają plany na Karawanę Entuzjastów, choćby nawet zabrakło jej na naradzie. Było to doprawdy przedziwne uczucie. Dziwniejsze nawet, niż kiedy ktoś nazwie cię najbrzydszą.

Candace błyskawicznie uznała, że musi zmienić strategię. Otworzyła notatnik i wydarła z niego kartkę, na której zanotowała swoje pomysły na paradę. Podając papier dziewczynom, rzuciła:

– No dobra, macie tu mój plan. Ustalcie między sobą, kto jedzie ze mną. Do kabrioletu mojej mamy zmieści się tylko pięć osób – poinformowała, po czym szybko policzyła coś w myślach. Przy jej szafce stało dziesięć dziewczyn. – Jeśli się ściśniecie, może wejdzie łącznie sześć osób.

Po tych słowach odwróciła się do szafki, otworzyła drzwiczki i kątem oka obserwowała, jak dziewczyny, nie czekając na nią, kierują się w stronę sali lekcyjnej. Po chwili jej spojrzenie powędrowało ku lusterku przyczepionemu do wewnętrznej strony drzwiczek. Przeglądając się w nim, odniosła wrażenie, że coś nie gra, jakby jej twarz w jakiś sposób była niesymetryczna. Dopiero po kilku sekundach wytężonych oględzin zrozumiała, skąd to wrażenie – zapomniała podkreślić eyelinerem lewe oko.

Dlaczego żadna z koleżanek nie zwróciła jej na to uwagi?

Poszperała w kosmetyczce, po czym zbliżyła twarz do lustra, tak że niemal dotykała nosem szkła. Podniosła lekko kącik lewego oka palcem, naciągając skórę ku uchu, i przesunęła po powiece brązową kredką, którą podarowała jej matka. Na koniec zwolniła uchwyt, a skóra powróciła na swoje miejsce. Candace zamrugała szybko kilka razy.

Właśnie oczy uważała za swój największy atut. Miały niesamowicie jasnobłękitny odcień, jakby ktoś wpuścił kilka kropel barwnika spożywczego do czterolitrowego pojemnika z lodowatą wodą. Ludzie zawsze zachwycali się jej oczami. Wprawdzie przewidywalność ich komentarzy lekko ją wkurzała, ale oczywiście było jej miło, ilekroć ktoś zwracał na nią uwagę. Pewnego razu panienka pracująca na kasie w sklepie podniosła na Candace wzrok i westchnęła: „O rany, masz niezwykłe oczy”. Oczywiście ona wolała, kiedy zachwycali się nią chłopcy. Ludzie chętniej komplementowali jej oczy niż cycki, a to już o czymś świadczy, bo Candace miała piersi w rozmiarze C i nigdy nie nosiła staników z tymi kretyńskimi push-upami, której jej zdaniem były totalną ściemą.

Ogarnęło ją nieznaczne poczucie ulgi – obojętne, co ludzie nawypisywali na jakiejś głupiej liście, Candace Kincaid i tak jest piękna. Sama dobrze o tym wiedziała. Wszyscy o tym wiedzieli.

I tylko to się liczyło.

ROZDZIAŁ 4

Lauren Finn i jej mama uznały, że kabina sedana nadal przesiąknięta jest zapachem pozostawionym przez zmarłego dziadka dziewczyny. Aromat ten był mieszaniną stęchłego smrodu fajkowego tytoniu, starych gazet i taniego płynu po goleniu. Drogę do Washington Mount pokonały przy otwartych oknach. Lauren wystawiła obie ręce za okno i oparła brodę w miejscu, gdzie się krzyżowały. Miała nadzieję, że pęd świeżego powietrza nieco ją orzeźwi.

Poniedziałkowe poranki były najtrudniejsze, ponieważ w noce z niedzieli na poniedziałek zawsze najgorzej spała. W niedzielę wieczorem dopadał ją stres – niepokój przed rozpoczynającym się tygodniem sprawiał, że zamiast się wyciszyć przed nocą, nie była w stanie zmrużyć oka. Nagle zaczynały jej przeszkadzać wszystkie nierówności w starym materacu. Słyszała każde skrzypnięcie i każde westchnienie starego domu, w którym od niedawna mieszkała.

Minęły już trzy tygodnie, odkąd rozpoczęła nowy rozdział w swoim życiu, a jednak nadal czuła się obco. Zresztą przewidywała, że tak będzie.

Podmuchy wiatru mierzwiły jej długie jasne włosy, falujące niczym wzburzony blond ocean. Nosiła je rozpuszczone, tylko parę kosmyków spięła zaśniedziałą srebrną klamerką.

* * *

Znalazła ją wieczorem poprzedniego dnia, gdy już godzinę przewracała się z boku na bok w tej samej sypialni i na tym samym łóżku, gdzie jako piętnastolatka sypiała kiedyś jej matka. W pewnym momencie w miejscu, gdzie drewniany parkiet łączył się ze ścianą, zauważyła coś błyszczącego. W pierwszym momencie pomyślała, że to obluzowany gwóźdź, i dopiero po chwili, gdy księżycowy blask wpadający przez okno rozświetlił matowe kryształy górskie, zrozumiała, że spogląda na starą klamerkę do włosów.

Lauren w pidżamie wysunęła się na korytarz. Zza niedomkniętych drzwi pokoju jej matki padał snop ciepłego białego światła. Mama musiała coś czytać. Obie marnie spały, odkąd przeprowadziły się do Mount Washington.

Lauren wsunęła stopę w szczelinę między futryną a drzwiami i nieco szerzej je uchyliła. Jej oczom ukazała się cała kolekcja tanich rajstop rozwieszonych na ramie łóżka z kutego żelaza. Rajstopy suszyły się po tym, jak mama wyprała je w zlewie. Przypominały Lauren skóry zrzucone przez węże, które niekiedy odnajdywała zagrzebane w ciepłym piachu. Zanim przyjechały tutaj, mieszkały na zachodzie kraju, a niedaleko ich domu były wydmy. Na chwilę wróciła wspomnieniami do starego życia, które porzuciły.

Pani Finn podniosła spojrzenie znad grubego tomu prawa podatkowego. Lauren pokonała labirynt nierozpakowanych jeszcze pudeł i wskoczyła na łóżko mamy. Po chwili otworzyła dłonie, w których przyniosła odnaleziony skarb.

Pani Finn uśmiechnęła się radośnie i potrząsnęła głową, jakby lekko czymś zawstydzona.

– Ubłagałam twoją babcię, żeby kupiła mi tę klamerkę, kiedy poszłam do liceum – powiedziała, ujmując delikatnie ozdobę w palce i przyglądając się jej niczym skamieniałościom utraconej młodości. – Lauren, nie wiem, czy znasz to uczucie, ale czasami gdy dostajemy coś nowego, łudzimy się, że dany przedmiot ma moc, by uczynić z nas nowego człowieka.

W kącikach ust pani Finn zalągł się nieśmiały uśmiech, jednak już po chwili przemienił się w grymas smutku.

– Przecież to zwykła klamerka do włosów – odezwała się po chwili. – Miałam wobec niej raczej wygórowane oczekiwania, nie sądzisz?

Po tych słowach wsunęła klamerkę we włosy córki, przypinając nią kosmyk nad jej uchem. Następnie odgarnęła kołdrę, tak by Lauren mogła położyć się obok niej.

Dziewczyna nie zaznała nigdy uczucia, o którym opowiadała jej matka. Doświadczyła jednak czegoś podobnego, co wprawiło ją w niepokój. Wiązało się to z Randym Culpepperem, który na lekcjach angielskiego w nowej szkole siedział w sąsiedniej ławce.

Już pierwszego dnia nauki w Mount Washington High Lauren odkryła, że Randy jakoś dziwnie pachnie. W myślach zdefiniowała ten aromat jako „leśny i nieco stęchły”, i dopiero na przerwie podsłuchała, jak ktoś opowiadał o chłopaku. Okazało się, że handluje on marihuaną i codziennie przed lekcjami wypala w swoim samochodzie skręta.

Ta nowo nabyta wiedza – świadomość, jak pachnie zakazana substancja – była najlepszym dowodem tego, jak wielka zmiana zaszła w jej życiu. Trzymała tę informację w tajemnicy przed matką, podobnie jak niezliczone inne sekrety, ponieważ wiedziała, że dla niej byłby to straszny cios. Lauren miała świadomość, że nigdy nie może przyznać się przed mamą, że szkoła jest tak straszna, jak się obawiała przed przenosinami.

O ile nie gorsza.

Kiedy pani Finn skończyła już czytać i zgasiła światło, Lauren leżała jeszcze przez długi czas, wpatrując się w ciemność szeroko otwartymi oczami i rozmyślając o słowach mamy. Wiedziała, że mimo wszystkich zmian musi pozostać tym samym człowiekiem. Zanim wreszcie zapadła w sen, dotknęła jeszcze znalezionej srebrnej ozdoby niczym kotwicy przypominającej jej o tym, kim w istocie jest.

* * *

Kiedy samochód zatrzymał się przy krawężniku, Lauren poszukała znów dłonią klamerki do włosów.

– Jak się prezentuję? Zatrudniłabyś księgową, która tak wygląda? – spytała pani Finn, przeglądając się ze zmarszczonymi brwiami we wstecznym lusterku. – Wieki już upłynęły od mojej ostatniej rozmowy o pracę. To było jeszcze przed twoim urodzeniem. Nikt nie zechce mnie teraz przyjąć na etat. Na pewno będą woleli jakąś śliczną młodziutką panienkę.

Lauren widziała plamki potu pod pachami na bluzce mamy, ale nie chciała zwracać na to jej uwagi. Zignorowała też oczko w jej rajstopach, które zdradzało bladość skóry matki. Jeszcze bledsze były włosy pani Finn – miały kolor blond, tak jak włosy jej córki, lecz przyprószone były siwizną.

– Mamusiu, pamiętaj, o czym rozmawiałyśmy. Musisz podkreślić swoje doświadczenie zawodowe, a nie skupiać się na tym, że przez wiele lat nie pracowałaś.

Zeszłego wieczoru, gdy Lauren odrobiła już lekcje, przeprowadziły próbną rozmowę kwalifikacyjną. Nigdy jeszcze nie widziała swojej mamy w takim stanie – tak bardzo wątpiącej w siebie, nieszczęśliwej. Było jasne, że pani Finn nie chce tej nowej pracy. Pragnie nadal uczyć w domu swoją córkę.

Sytuacja, w jakiej się znalazły, zasmucała Lauren. Wszystko zaczęło się psuć, jeszcze kiedy mieszkały na zachodzie. Kończyły się pieniądze, jakie pozostawił ojciec Lauren. Matka postanowiła wtedy, że muszą ograniczyć wycieczki, na które jeździły czasem, żeby odpocząć od Akademii Kuchennej, jak nazywały wnękę jadalną w ich mieszkaniu, gdzie codziennie, od godziny ósmej rano do szesnastej, spędzały czas na nauce. Lauren nie miała wtedy nawet świadomości, że matka od pewnego czasu nie opłaca już czynszu. Uratowała ich śmierć dziadka, który w testamencie przekazał im dom. Dziewczyna uważała, że to prawdziwe szczęście w nieszczęściu.

– Lauren, obiecaj mi, proszę, że porozmawiasz z nauczycielką angielskiego o liście lektur. Nie może być tak, że przez cały rok będziesz się śmiertelnie nudzić, podczas gdy klasa będzie przerabiać lektury, które już przeczytałyśmy i omówiłyśmy. Jeśli boisz się z nią rozmawiać…

Lauren przerwała jej, potrząsając głową.

– Porozmawiam z nią dzisiaj, obiecuję.

– Poradzimy sobie, prawda? – spytała pani Finn, poklepując córkę po kolanie.

Lauren nie musiała wcale zastanawiać się nad odpowiedzią.

– Jasne – odparła mechanicznie.

– Do zobaczenia o piętnastej – odrzekła pani Finn. – Mam nadzieję, że nie będą mnie tam długo trzymać.

Lauren nachyliła się i mocno uścisnęła matkę. Sama też miała nadzieję, że dzień w szkole szybko minie.

– Kocham cię, mamusiu. Powodzenia.

Wysiadła i ruszyła w stronę gmachu szkoły, do którego napływała fala uczniów. Kiedy odnalazła salę swojej klasy, nikogo w niej nie zastała. Nikt jeszcze nie włączył po weekendzie fluorescencyjnych lamp. Kiedy weszła do środka i stanęła pośród rzędów ławek, na których poustawiano odwrócone do góry nogami krzesła, poczuła się, jakby była otoczona zasiekami drutu kolczastego. Chwyciła jedno z nich, postawiła na podłodze i usiadła.

Czuła się w tej szkole strasznie samotna.

Jasne, kilka osób, głównie chłopaki, zamieniło z nią parę słów. Chłopcy zadawali idiotyczne pytania o to, jak to jest uczyć się w domu. W ich ustach zabrzmiało to tak, jakby była członkiem jakiejś sekty religijnej. W sumie niezbyt ją dziwiły ich reakcje – jej kuzyni zachowywali się równie głupkowato, niezręcznie i denerwująco.

Dziewczyny radziły sobie niewiele lepiej. Zaledwie kilka zaszczyciło ją uśmiechem albo wykonało jakiś grzecznościowy gest, na przykład pokazało, gdzie powinna odstawić tacę po drugim śniadaniu. Żadna jednak nie zdobyła się na coś, co można by zinterpretować jako chęć nawiązania znajomości. Miała wrażenie, jakby nikomu nie zależało na poznaniu jej, tak jakby wszyscy zadowolili się wiedzą, że jest tą dziwaczną dziewczyną, która uczyła się dotychczas w domu.

To też nie powinno jej specjalnie dziwić. Uprzedzano ją, że tak będzie.

Lauren podparła podbródek na splecionych dłoniach i udawała, że czyta coś z zeszytu, który położyła na ławce. Tak naprawdę jednak kątem oka przez cały czas obserwowała dziewczyny, które stopniowo napływały do klasy i zajmowały miejsca wokół. Podpatrzyła ten trik u Randy’ego Culpeppera, który siadał w taki sposób na drugiej lekcji, żeby nie wzbudzając podejrzeń, móc się zdrzemnąć.

Nie zauważyła nigdzie przywódczyni tej paczki koleżanek. Ślicznej dziewczyny o lodowatym spojrzeniu. Było to dziwne, gdyż zwykle trzymały się wszystkie razem.

Dziewczyny były wyraźnie ożywione: szeptały coś na wyścigi i tłumiły chichot. Plotkowały o czymś z takim przejęciem, że chyba zupełnie nie rejestrowały, co się wokół nich dzieje. W końcu jedna z nich zorientowała się, że Lauren je obserwuje.

Szybko spuściła wzrok, jednak było już za późno.

– O boziu, Lauren, ale z ciebie szczęściara! – zawołała jedna z dziewczyn. – Masz niesamowitego farta, wiesz o tym?

Na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech. Po chwili uśmiechnęła się jeszcze szerzej, po czym na palcach podbiegła do ławki koleżanki.

– Słucham? – spytała skonsternowana Lauren, unosząc głowę.

Dziewczyna uroczystym gestem położyła na otwartym zeszycie jakąś kartkę.

– Zostałaś wybrana najpiękniejszą dziewczyną w całym naszym roczniku. To taka tradycja w Mount Washington – oznajmiła, cedząc słowa powoli, jakby jej rozmówczyni komunikowała się w obcym języku albo była niedorozwinięta.

Lauren przestudiowała treść listy i odnalazła na niej swoje nazwisko, ale nadal nic nie rozumiała. Po chwili dziewczyna poklepała ją po plecach.

– Uśmiechnij się – wycedziła przesadnie słodkim głosikiem, jakim mogłaby zwracać komuś uwagę, że ma otwarty rozporek albo że jedzenie utkwiło mu między zębami. – Jak będziesz taka ponura, ludzie pomyślą, że coś jest z tobą nie w porządku.

I właśnie ten ostatni, wypowiedziany mimochodem komentarz zdumiał Lauren najbardziej, bo stał w absolutnej sprzeczności z tym, co zdążyła już sobie wyobrazić na swój temat.