Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Fałszerz. Han van Meegeren, człowiek który oszukał Goeringa ebook

Przemysław Słowiński

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 362 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fałszerz. Han van Meegeren, człowiek który oszukał Goeringa - Przemysław Słowiński

Barwna biografia holenderskiego malarza, który zasłynął jako genialny fałszerz obrazów.  Kopiował głównie dzieła Jana Vermeera i Pietera de Hoocha, które sprzedawał jako oryginały kilku muzeom i kolekcjonerom.  Po wojnie, oskarżony o kolaborację z Niemcami, malarz przyznał się do fałszerstwa.  Jego wyznanie wywołało sensację i poruszenie  międzynarodowych mediów.  Książka łączy żywą, wartką, wręcz sensacyjną akcję z ogromną ilością wiedzy na temat Holandii, drugiej wojny światowej, fałszerstw i historii sztuki.

Opinie o ebooku Fałszerz. Han van Meegeren, człowiek który oszukał Goeringa - Przemysław Słowiński

Fragment ebooka Fałszerz. Han van Meegeren, człowiek który oszukał Goeringa - Przemysław Słowiński

Re­dak­cja

Ja­cek Illg

Pro­jekt okład­ki

Ma­rek Piw­ko

Ilu­stra­cja na okład­ce

Hal­l­gerd

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2012

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3 C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35, fax 32-348-31-25

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2010

ISBN 978-83-7835-086-6

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Je­że­li zło­żę au­to­graf Rem­brand­ta na ka­wał­ku pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, znaj­dą się na Bond Stre­et di­le­rzy sztu­ki, któ­rzy będą twier­dzić, że Rem­brandt rze­czy­wi­ście użył tego pa­pie­ru.

Erie Heb­born – fał­szerz dzieł sztu­ki

Wstęp

Pod­czas II woj­ny świa­to­wej do­szło do nie­spo­ty­ka­nej do­tąd w dzie­jach gra­bie­ży dzieł sztu­ki. Kie­dy Adolf Hi­tler na­je­chał w 1939 roku na Pol­skę, spu­ścił jed­no­cze­śnie ze smy­czy naj­więk­szą ar­mię li­cen­cjo­no­wa­nych zło­dziei, jaką kie­dy­kol­wiek sank­cjo­no­wał ja­ki­kol­wiek rząd. Mia­ła tyl­ko je­den przy­kaz – gra­bić i plą­dro­wać w pod­bi­ja­nych kra­jach an­ty­ki, zło­to, ka­mie­nie szla­chet­ne, ob­ra­zy i pie­nią­dze na bu­do­wę kul­tu­ral­nych pod­wa­lin wy­ma­rzo­ne­go prze­zeń gma­chu Ty­siąc­let­niej Rze­szy. Wszyst­ko skoń­czy­ło się w cią­gu nie­speł­na sze­ściu lat, jed­nak w owym cza­sie ja­sno­wło­si nad­lu­dzie spod zna­ku tru­piej czasz­ki i skrzy­żo­wa­nych pisz­cze­li zgro­ma­dzi­li ogrom­ne for­tu­ny, ja­kich nie dała żad­na z daw­niej­szych kru­cjat.

Łu­pem hi­tle­row­ców pa­dły set­ki ty­się­cy naj­wspa­nial­szych eks­po­na­tów mu­ze­al­nych. W zbio­rach na­zi­stow­skich dy­gni­ta­rzy zna­la­zły się dzie­ła naj­wy­bit­niej­szych eu­ro­pej­skich i świa­to­wych twór­ców. Część z nich zo­sta­ła znisz­czo­na w po­żo­dze wo­jen­nej, wie­le po­wró­ci­ło do pra­wo­wi­tych wła­ści­cie­li. Nie­ste­ty, nie wszyst­kie. Na opra­co­wa­nej w po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych w Mo­na­chium li­ście za­gi­nio­nych ar­cy­dzieł ma­lar­stwa eu­ro­pej­skie­go wid­nie­je oko­ło 4000 po­zy­cji. W tym gi­gan­tycz­nym, bez­pre­ce­den­so­wym pro­ce­de­rze przy­własz­cza­nia za­gra­bio­nych skar­bów prym wiódł mar­sza­łek III Rze­szy, Her­mann Göring.

Kie­dy na fron­tach umil­kły wresz­cie dzia­ła, do boju wy­ru­szy­ły alianc­kie ko­mi­sje spe­cjal­ne, ma­ją­ce za za­da­nie prze­trzą­śnię­cie wzdłuż i wszerz ca­łych zwy­cię­żo­nych Nie­miec oraz zwró­ce­nie pra­wo­wi­tym wła­ści­cie­lom za­gra­bio­nych ob­ra­zów, me­bli, rzeźb i dy­wa­nów. W skład więk­szo­ści z nich we­szli fa­chow­cy z Ho­lan­dii; to za­sy­pa­ne ba­gno na pół­noc­nych ru­bie­żach kon­ty­nen­tu eu­ro­pej­skie­go od wie­ków bo­wiem było skarb­ni­cą wie­lu wspa­nia­łych dzieł sztu­ki, z któ­rych spo­ra licz­ba zo­sta­ła pod­czas oku­pa­cji zra­bo­wa­na. Wie­le z nich spo­czę­ło za­pew­ne w okry­tych naj­więk­szą ta­jem­ni­cą miej­scach, a ci, któ­rzy zna­li te kry­jów­ki, za­mil­kli na za­wsze. Spe­cja­li­ści twier­dzą, że od­na­le­zie­nie ich jest już nie­moż­li­we. Ob­li­cza­ją, że nadal bra­ku­je cen­nych przed­mio­tów i dzieł sztu­ki o war­to­ści oko­ło 80-120 mi­liar­dów fun­tów szter­lin­gów.

Na szczę­ście spo­ro rów­nież uda­ło się od­na­leźć. To jed­nak, co alianc­cy tro­pi­cie­le zna­leź­li w jed­nej z kry­jó­wek naj­więk­sze­go w hi­sto­rii świa­ta ra­bu­sia dzieł sztu­ki, wpra­wi­ło w praw­dzi­we zdu­mie­nie wszyst­kie eu­ro­pej­skie au­to­ry­te­ty w dzie­dzi­nie ma­lar­stwa. A to, co przy oka­zji ode­bra­no pew­nej pie­lę­gniar­ce, do­słow­nie spę­dzi­ło im sen z po­wiek.

Jesz­cze więk­szy szok wy­wo­ła­ło­by z pew­no­ścią u sa­me­go mar­szał­ka, gdy­by nie fakt, że miał aku­rat na gło­wie dużo więk­sze zmar­twie­nia, są­dzo­ny za zbrod­nie wo­jen­ne przez Mię­dzy­na­ro­do­wy Try­bu­nał Woj­sko­wy w No­rym­ber­dze.

Część ICzer­wo­no-czar­na

1.

Przez dłuż­szy czas scho­dzi­li co­raz ni­żej, nim wresz­cie znów zna­leź­li się na pro­stej dro­dze. Było te­raz go­rą­co i dusz­no, lecz po­wie­trze po­zo­sta­ło dość czy­ste, a od cza­su do cza­su świe­ży po­wiew, cią­gną­cy nie wia­do­mo skąd, mu­skał im twa­rze. W bla­dym świe­tle la­ta­rek do­strze­ga­li nie­kie­dy za­ry­sy scho­dów, skle­pień, bocz­nych ko­ry­ta­rzy i tu­ne­li, wzno­szą­cych się ku gó­rze lub stro­mo spa­da­ją­cych w dół, albo zie­ją­cych czar­ną pust­ką. Ta gma­twa­ni­na wprost oszo­ła­mia­ła i wy­da­wa­ło się, że nie spo­sób się w niej ro­ze­znać. Wi­docz­ne w świe­tle lam­pek ich wy­ol­brzy­mio­ne cie­nie pod­ska­ki­wa­ły w górę i ucie­ka­ły gdzieś w gę­stą ciem­ność.

– Cał­kiem jak w rzym­skich ka­ta­kum­bach – rzu­cił ktoś. – Tyle że tam jest we­se­lej.

Trud­ność wy­bo­ru wśród licz­nych krzy­żu­ją­cych się ko­ry­ta­rzy po­tę­go­wa­ły jesz­cze zie­ją­ce tu i ów­dzie jamy i szy­by, w któ­rych kro­ki idą­cych dud­ni­ły głu­chym echem. W pa­nu­ją­cej ci­szy nic nie było sły­chać, prócz od­gło­su tych kro­ków. Kie­dy za­trzy­my­wa­li się na chwi­lę, ci­sza za­le­ga­ła zu­peł­na, tyl­ko od cza­su do cza­su do­la­ty­wał do ich uszu szmer nie­wi­docz­nej wody i ka­pa­nie kro­pel. Wy­le­wa­ła się z nie­wi­docz­ne­go otwo­ru, gdzieś ze ścia­ny. Spa­da­jąc w za­chłan­ną i nie­na­sy­co­ną głę­bię, roz­bi­ja­ła się o że­la­zne bel­ki ocem­bro­wa­nia. Wy­peł­nia­ła ją ciem­nym, mlasz­czą­cym szu­mem i zwa­la­ła się na samo dno szy­bu.

Szli osa­mot­nio­ny­mi gan­ka­mi, opusz­czo­ny­mi przez lu­dzi i my­szy, mi­nę­li jed­ną i dru­gą, i na­stęp­ną tamę, ja­śnie­ją­cą w czer­ni po­bie­la­ną ścia­ną. Raz szli pod górę opu­sto­sza­ły­mi po­chyl­nia­mi, raz pro­sto­pa­dle do na­chy­lo­ne­go po­kła­du, prze­cho­dząc przez splą­ta­ne chod­ni­ki, w któ­rych tyl­ko do­świad­czo­ny gór­nik po­tra­fił nie za­błą­dzić.

Ko­pal­nia soli Al­taus­see ist­nia­ła już w 1310 roku. Znaj­do­wa­ła się pół­to­ra ki­lo­me­tra pod zie­mią i skom­pli­ko­wa­nym ukła­dem ko­ry­ta­rzy przy­po­mi­na­ła słyn­ny la­bi­rynt zbu­do­wa­ny przez De­da­la w pa­ła­cu w Knos­sos na Kre­cie, w któ­rym, we­dług grec­kie­go mitu, uwię­zio­ny był strasz­li­wy po­twór – Mi­no­taur.

– Pa­trz­cie! – wy­krzyk­nął je­den z idą­cych. – Ko­ry­tarz się koń­czy.

Ciem­ny mur przed nimi za­my­kał przej­ście. Gdy jed­nak po­de­szli bli­żej, stwier­dzi­li, iż to tyl­ko po­zor­nie ko­niec pod­zie­mi. W pra­wo bo­wiem, pod ką­tem pro­stym do po­przed­nie­go ko­ry­ta­rza, roz­po­czy­nał się nowy, znacz­nie węż­szy, o pod­ło­dze za­wa­lo­nej sto­sa­mi ka­mie­ni i okru­chów skał. Stą­pa­li bar­dzo ostroż­nie, by się nie po­tknąć. Chod­nik wił się ka­pry­śnie, za­ła­my­wał, co­fał pra­wie, aż roz­dwo­ił się rap­tem na dwie od­no­gi, bie­gną­ce jed­na w pra­wo, dru­ga w lewo.

– I co da­lej? – pa­dło py­ta­nie.

Idą­cy na cze­le gru­py po­świe­cił la­tar­ką na trzy­ma­ny w ręku plan:

– W lewo – od­rzekł po chwi­li. – Już nie­da­le­ko.

Chod­nik oka­zał się tak cia­sny, że już po chwi­li mu­sie­li su­nąć gę­sie­go. Nie trwa­ło to jed­nak dłu­go. Ko­ry­tarz po­sze­rzył się wnet, a strop za­czął się pod­no­sić. Na­to­miast pod­ło­ga wy­raź­nie bie­gła w dół. Po­chy­łość, po­cząt­ko­wo dość ła­god­na, sta­wa­ła się co­raz bar­dziej spa­dzi­sta. Na­gle ścia­ny ko­ry­ta­rza roz­stą­pi­ły się po obu stro­nach, jak gdy­by prze­szli pod ja­kąś bra­mą i zna­leź­li się w czar­nej, pu­stej prze­strze­ni. W ple­cy dmu­cha­ło im cie­plej­sze po­wie­trze, w twa­rze na­to­miast cią­gnę­ło chło­dem.

– Cho­le­ra, gdzie my je­ste­śmy?! – ktoś za­wo­łał.

– Jak to gdzie?

– No bo nie ma ścian.

Pod­nie­sio­no wy­żej la­tar­ki. W pra­wo, w lewo, z przo­du i z tyłu roz­po­ście­ra­ła się ciem­na, głu­cha pust­ka. Było tyl­ko wi­dać zie­mię pod no­ga­mi, nic wię­cej.

– To po pro­stu duża ja­ski­nia – wy­ja­śnił prze­wod­nik. – Je­ste­śmy na miej­scu. Trze­ba wię­cej świa­tła.

Wy­cią­gnę­li z ba­ga­żu do­dat­ko­we, moc­niej­sze re­flek­to­ry. Wte­dy do­pie­ro zo­ba­czy­li, że znaj­du­ją się w ol­brzy­miej pie­cza­rze, niby w na­wie gi­gan­tycz­nej ka­te­dry. Świa­tło wy­wle­ka­ło spo­śród nich ru­cho­me cie­nie. Znaj­do­wa­li się w wiel­kiej pu­stej sali. Czar­ne ścia­ny, gład­kie jak szkło, po­ły­ski­wa­ły i lśni­ły.

Kie­dy po­de­szli nie­co da­lej, ich oczom uka­za­ły się sto­ją­ce pod ścia­na­mi skrzy­nie. Umiesz­czo­ne na spe­cjal­nych sto­ja­kach sta­ły owi­nię­te w ma­te­riał roz­ma­itej wiel­ko­ści pro­sto­kąt­ne kształ­ty. Ob­ra­zy.

– No to zna­leź­li­śmy – roz­legł się czyjś głos. – Te­raz trze­ba bę­dzie to wszyst­ko wy­nieść i od­po­wied­nio za­bez­pie­czyć.

Nie mo­gąc się po­wstrzy­mać, dwóch człon­ków gru­py po­de­szło i otwo­rzy­ło jed­ną ze skrzyń. Wy­do­by­li z niej owi­nię­te w ma­te­ra­ce i papę po­dłuż­ne przed­mio­ty. Po chwi­li cu­dow­ne klej­no­ty w ko­ro­nie Naj­święt­szej Pa­nien­ki za­mi­go­ta­ły w żół­tym świe­tle la­ta­rek.

– Oł­tarz Gan­daw­ski – na­boż­ny szept prze­ciął jak no­żem pa­nu­ją­cą ci­szę. – Za­mó­wio­ny przez za­moż­ne­go kup­ca i fi­nan­si­stę Jo­osta Vijd­ta, wy­ko­na­ny przez Hu­ber­ta oraz Jana van Eyc­ków. Skra­dzio­ny przez na­zi­stów z zam­ku Pau we Fran­cji, gdzie ukry­to go po na­pa­dzie na Bel­gię w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym roku. Na ży­cze­nie Görin­ga prze­wie­zio­ny zo­stał póź­niej do Pa­ry­ża. W koń­cu wy­lą­do­wał tu­taj…

Oł­tarz Gan­daw­ski

– To chy­ba ra­czej cen­na rzecz? – za­py­tał je­den ze sto­ją­cych z tyłu lu­dzi.

– Cen­na? – Męż­czy­zna trzy­ma­ją­cy w rę­kach od­wi­nię­ty z gał­ga­nów pa­nel uśmiech­nął się po­błaż­li­wie. – Ra­czej bez­cen­na. Czte­ry skra­dzio­ne w po­cząt­kach dzie­więt­na­ste­go wie­ku czę­ści oł­ta­rza na­był w ty­siąc osiem­set dwu­dzie­stym pierw­szym roku ce­sarz Fry­de­ryk Wil­helm III. Po pierw­szej woj­nie świa­to­wej Niem­cy mu­sia­ły je zwró­cić w ra­mach za­dość­uczy­nie­nia za wy­rzą­dzo­ne Bel­gii szko­dy. W ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym czwar­tym roku zno­wu jed­ną część, Sę­dziów Spra­wie­dli­wych, skra­dzio­no z ka­te­dry w Gan­da­wie i do dziś za­stę­pu­je ją ko­pia.

– Skąd pan to wszyst­ko wie?

– Jak to skąd? Je­stem hi­sto­ry­kiem sztu­ki. Nie zna­la­złem się tu przy­pad­kiem. A to rze­czy­wi­ście rzecz bez­cen­na. I dla Bel­gów na­ro­do­wa świę­tość. Zo­bacz­my, co jesz­cze scho­wał tu pan feld­mar­sza­łek…

W su­mie w pod­ziem­nych ja­ski­niach i ko­ry­ta­rzach ko­pal­ni Al­taus­see od­na­le­zio­no: 6577 ob­ra­zów, 2300 ry­sun­ków i akwa­rel, 954 gra­fi­ki, 137 rzeźb, 128 eg­zem­pla­rzy bro­ni i zbroi, 122 go­be­li­ny, 78 sztuk me­bli, 79 ko­szy z przed­mio­ta­mi, 484 skrzy­nie z ar­chi­wa­lia­mi oraz 181 skrzyń z książ­ka­mi.

Za­gra­bio­ne dzie­ła sztu­ki z ko­lek­cji Görin­ga, od­na­le­zio­ne w ko­pal­ni Al­taus­see

2.

Cała wy­żej opi­sa­na wy­pra­wa w głąb pod­zie­mi za­czę­ła się w maju 1945 roku od bólu zęba ka­pi­ta­na Ro­ber­ta Po­seya, słu­żą­ce­go w sław­nej ame­ry­kań­skiej III Ar­mii ge­ne­ra­ła Pat­to­na.

– Znajdź mi ja­kie­goś den­ty­stę – po­pro­sił swo­je­go ad­iu­tan­ta i za­ra­zem przy­ja­cie­la, Lin­col­na Kir­ste­ina. – Tyl­ko szyb­ko, bo za chwi­lę zwa­riu­ję.

Kir­ste­in wy­szedł na opu­sto­sza­łe wie­czo­ro­wą porą uli­ce Tre­wi­ru, jed­ne­go z naj­star­szych nie­miec­kich miast, gdzie aku­rat sta­cjo­no­wa­ła jego jed­nost­ka.

– Znajdź den­ty­stę – mruk­nął sam do sie­bie. – Ła­two po­wie­dzieć. Tyl­ko jak od­szu­kać zę­bo­dłu­ba na tej pu­sty­ni?

Wiatr ję­czał bez­na­dziej­nie, za­mia­ta­jąc pu­ste uli­ce. Koło śmiet­ni­ka dwa ulicz­ne koty ba­da­ły się z wy­pro­sto­wa­ny­mi ogo­na­mi, nie­zde­cy­do­wa­ne, czy wsz­cząć bój­kę, czy też wy­co­fać się w spo­ko­ju, pró­bu­jąc oca­lić wła­sną god­ność. Ja­kaś ko­bie­ta scho­wa­ła się po­spiesz­nie na wi­dok Kir­ste­ina w naj­bliż­szej bra­mie. W koń­cu ame­ry­kań­ski ofi­cer do­rwał mło­de­go chło­pa­ka.

– Gdzie mogę zna­leźć den­ty­stę – za­py­tał w swej ro­dzin­nej mo­wie, jako że ję­zyk nie­miec­ki był mu zu­peł­nie obcy.

– Ich ver­ste­he das nicht1 – od­po­wie­dział prze­stra­szo­ny dzie­ciak.

– Mein Ka­pi­tan, zahn, ver­ste­hen? – Kir­ste­in wy­si­lił mak­sy­mal­nie swój in­te­lekt w po­szu­ki­wa­niu zna­nych so­bie kil­ku za­le­d­wie nie­miec­kich słów, a wi­dząc, że chło­pak da­lej nie poj­mu­je, o co mu cho­dzi, przy­brał zbo­la­łą minę i trzy­ma­jąc się za szczę­kę wy­re­cy­to­wał: – Zahn, oj boli, bar­dzo boli, do­ctor, Ich su­che2.

– A, Za­hnarzt3… – mło­dy Nie­miec w koń­cu zro­zu­miał. – Ich ken­ne einen. Blu­men­stras­se num­mer zwei4.

Po kil­ku mi­nu­tach bez­sku­tecz­nych prób wy­tłu­ma­cze­nia, jak tra­fić na uli­cę Blu­men­stras­se pod nu­mer dru­gi, chło­pak zgo­dził się za­pro­wa­dzić tam Kir­ste­ina za opła­tą w po­sta­ci pacz­ki gumy do żu­cia. Kwa­drans póź­niej zna­leź­li się w dziel­ni­cy wil­lo­wej Tre­wi­ru. Po­szcze­gól­ne dział­ki od­dzie­lo­ne były od sie­bie wy­so­ki­mi że­la­zny­mi pło­ta­mi i gę­sty­mi ży­wo­pło­ta­mi. Za ogro­dze­nia­mi roz­cią­ga­ły się ogro­dy, nie­któ­re tak głę­bo­ko za­to­pio­ne w świe­żej zie­le­ni, że świa­tło la­tarń z tru­dem wy­do­by­wa­ło przed­mio­ty z cie­nia: wy­glą­da­ją­cą jak gi­gan­tycz­ny pa­jąk huś­taw­kę ogro­do­wą z ob­ro­śnię­ty­mi tra­wą me­ta­lo­wy­mi no­ga­mi, gip­so­we fi­gur­ki kra­sna­li, ze­gar sło­necz­ny. Przy ścia­nie bu­dyn­ku z ta­blicz­ką: Her­mann Bun­jes – Za­hnarzt rósł duży krzew ja­śmi­nu, nad drzwia­mi świe­ci­ła się lam­pa. Dom ob­ro­śnię­ty był blusz­czem; le­d­wie moż­na było do­strzec okna na par­te­rze.

Dok­tor Bun­jes oka­zał się ni­skim, do­brze od­ży­wio­nym sza­ty­nem o czer­wo­nej ce­rze, pro­stych, krót­ko przy­strzy­żo­nych wło­sach i nie­du­żym wą­si­ku pod przy­płasz­czo­nym no­sem. Ro­bi­ło to ta­kie wra­że­nie, jak­by wąsy wy­ra­sta­ły mu wprost ze zbyt sze­ro­kich noz­drzy. Co naj­waż­niej­sze jed­nak, zna­ko­mi­cie wła­dał an­giel­skim i oczy­wi­ście bez naj­mniej­szych pro­ble­mów zgo­dził się przy­jąć cier­pią­ce­go pa­cjen­ta.

Kir­ste­in zja­wił się tam z Po­sey­em nie­ca­łą go­dzi­nę póź­niej. Po wy­rwa­niu bo­lą­ce­go zęba i przy­ję­ciu za­pła­ty den­ty­sta za­pro­sił obu ofi­ce­rów na ko­la­cję.

– Tak rzad­ko mam oka­zję po­ćwi­czyć mój an­giel­ski – wy­ja­śnił. – Będę się czuł za­szczy­co­ny, je­że­li ze­chcą pa­no­wie przy­jąć skrom­ny po­czę­stu­nek.

Ko­la­cja, któ­rą po­da­ła żona dok­to­ra, skła­da­ła się z her­ba­ty, ra­zo­we­go chle­ba i żół­te­go sera. Sko­rzy­stał z niej tyl­ko Kir­ste­in, jako że ka­pi­tan Po­sey nie mógł jeść po do­ko­na­nej eks­trak­cji.

Sym­pa­tycz­ny go­spo­darz chy­ba rze­czy­wi­ście nie­czę­sto miał oka­zję ode­zwać się do ko­goś, i to nie tyl­ko po an­giel­sku, bo bu­zia wprost mu się nie za­my­ka­ła. Po go­dzi­nie roz­mo­wy, a wła­ści­wie nie­usta­ją­ce­go mo­no­lo­gu dok­to­ra Bun­je­sa, obaj ame­ry­kań­scy ofi­ce­ro­wie dość do­kład­nie zna­li już jego ży­cio­rys, prze­bieg ka­rie­ry za­wo­do­wej i szcze­gó­ły roz­wo­du z pierw­szą żoną. An­giel­skie­go na­uczył się, stu­diu­jąc na Ha­rvar­dzie.

– Też ukoń­czy­łem ten uni­wer­sy­tet – wtrą­cił Kir­ste­in.

– Ach, to zna­ko­mi­cie, więc je­ste­śmy ko­le­ga­mi – ucie­szył się den­ty­sta. – Zna pan może King­sleya Por­te­ra?

– Nie bar­dzo, po­nie­waż…

– A jego ślicz­ną żonę? Bet­ty to na­praw­dę jed­na z naj­bar­dziej uro­czych ko­biet, ja­kie w ży­ciu po­zna­łem. Niech pan so­bie wy­obra­zi, że w ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym roku…

– Ale ja stu­dio­wa­łem tam hi­sto­rię sztu­ki – Kir­ste­in bez­ce­re­mo­nial­nie prze­rwał ten po­tok słów.

– Też mia­łem do czy­nie­nia ze sztu­ką – roz­ga­dał się na­tych­miast Her­mann Bun­jes. – Ma­lar­stwo to moje wiel­kie hob­by. – Mó­wiąc to, wska­zał z dumą sto­ją­cą na pół­kach w sa­lo­nie po­kaź­ną ilość al­bu­mów. – W cza­sie woj­ny zna­la­złem się w Pa­ry­żu, gdzie po­ma­ga­łem wy­bie­rać ob­ra­zy sa­me­mu Görin­go­wi. Wie­cie pa­no­wie, oczy­wi­ście, gdzie Tłu­ścioch ukrył swo­ją ko­lek­cję?

Ofi­ce­ro­wie wy­pro­sto­wa­li się gwał­tow­nie na swych krze­słach. Tak się bo­wiem dziw­nie skła­da­ło, że obaj słu­ży­li w Art Lo­oting In­ve­sti­ga­tion Unit – Jed­no­st­ce Do­cho­dze­nio­wej do spra­wy Gra­bie­ży Dzieł Sztu­ki, sek­cji ame­ry­kań­skie­go Biu­ra Stu­diów Stra­te­gicz­nych. Scho­wa­nej gdzieś spryt­nie ko­lek­cji Görin­ga szu­ka­li bez­sku­tecz­nie już od paru mie­się­cy.

Do­słow­nie przed kil­ko­ma dnia­mi, do by­łej re­zy­den­cji Adol­fa Hi­tle­ra w Berch­tes­ga­den do­tar­li żoł­nie­rze 101 Dy­wi­zji Po­wietrz­no­de­san­to­wej USA. W jed­nym z bocz­nych tu­ne­li znaj­du­ją­ce­go się tam bun­kra zna­leź­li za­mu­ro­wa­ny i za­ma­sko­wa­ny chy­trze tu­nel. Sa­pe­rzy uży­li ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych, by zro­bić wej­ście. Po­trze­ba było trzech dni cięż­kiej pra­cy, aby roz­bić czter­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wą ścia­nę z be­to­nu, od­gra­dza­ją­cą skar­biec. Zna­leź­li wie­le bez­cen­nych dzieł sztu­ki, ale ja­sne było, że za­sad­ni­czą część swej ko­lek­cji do­wód­ca Luft­waf­fe scho­wał gdzie in­dziej.

– Ach, mówi pan o Berch­tes­ga­den – rzu­cił nie­dba­le Po­sey, z naj­wyż­szym tru­dem pa­nu­jąc nad sobą. – Oczy­wi­ście, to nie był spe­cjal­ny pro­blem…

– Ależ nie – uśmiech­nął się do­bro­tli­wie dok­tor Bun­jes. – Tam były głów­nie przed­mio­ty z ko­lek­cji Hi­tle­ra, zresz­tą tyl­ko część. Resz­ta, w tym rze­czy na­le­żą­ce do Görin­ga, scho­wa­ne są w sta­rej ko­pal­ni soli Al­taus­see nie­da­le­ko Sal­zbur­ga…

3.

Poza nie­udol­nym kie­ro­wa­niem Luft­waf­fe, Her­mann Göring prze­szedł do hi­sto­rii jako za­pa­lo­ny mi­ło­śnik sztu­ki.

Kie­dy na­zi­ści do­szli do wła­dzy w 1933 roku, wraz z Hi­tle­rem opra­co­wał pro­gram, w któ­re­go ra­mach wła­śnie on miał stwo­rzyć wiel­ką ko­lek­cję, by póź­niej prze­ka­zać ją na­stęp­nym po­ko­le­niom oby­wa­te­li Trze­ciej Rze­szy. Na nie­wiel­ką ska­lę ko­lek­cjo­no­wał dzie­ła sztu­ki już po I woj­nie świa­to­wej. O sła­bo­ści ów­cze­sne­go pre­mie­ra Prus i mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych wie­dzia­ły do­sko­na­le nie­miec­kie krę­gi prze­my­sło­we, któ­re ku­po­wa­ły jego przy­chyl­ność (i za­ra­zem kon­trak­ty pań­stwo­we) w za­mian za dro­gie pre­zen­ty.

Her­mann Göring pod­czas uro­czy­sto­ści par­tyj­nych, 1934

W 1935 roku Hi­tler zmu­sił swo­je­go pa­la­dy­na do ślu­bu z ak­tor­ką Emmy Son­ne­mann, z któ­rą po śmier­ci pierw­szej żony na­wią­zał ro­mans. Jed­nym z naj­cen­niej­szych pre­zen­tów, ja­kie otrzy­ma­ła wów­czas mło­da para, był dar Re­ichs­ban­ku – słyn­ny wro­cław­ski ser­wis zam­ko­wy. Skła­da­ła się na nie­go por­ce­la­na z wy­twór­ni KPM oraz dzie­ła wro­cław­skich złot­ni­ków. (W 2007 roku od nie­miec­kie­go domu au­kcyj­ne­go „Ga­le­ria Neus­se” z Bre­my na­by­ło go Mu­zeum Miej­skie Wro­cła­wia).

W dru­giej po­ło­wie 1940 roku Göring za­jął się han­dlem dzie­ła­mi sztu­ki z tak wiel­kim roz­ma­chem, że na­stęp­stwa owych sta­rań Eu­ro­pa od­czu­wa­ła jesz­cze po pięć­dzie­się­ciu la­tach od za­koń­cze­nia woj­ny. Nie­ma­łą rolę ode­grał przy tym bez­po­śred­ni do­stęp mar­szał­ka do fun­du­szy pań­stwo­wych. Pie­nią­dze nie sta­no­wi­ły dla nie­go pro­ble­mu, je­śli je po­trze­bo­wał, po pro­stu in­for­mo­wał o tym Re­ichs­bank, o czym wie­dzie­li do­sko­na­le wszy­scy mar­szan­dzi. Zu­peł­nie słusz­nie Göring uskar­żał się pod­czas pro­ce­su no­rym­ber­skie­go:

– Na wieść o tym, że ku­pu­je mar­sza­łek Rze­szy, hie­ny na­tych­miast zmie­nia­ły swo­je ceny, pod­no­si­ły je w górę trzy-, a na­wet pię­cio­krot­nie.

Hi­tler i Göring wy­bie­ra­ją eks­po­na­ty mu­ze­al­ne, któ­re tra­fią do ich ko­lek­cji

W No­rym­ber­dze pod­kre­ślał z ca­łym na­ci­skiem, że „nie gro­ma­dził dzieł sztu­ki, by się wzbo­ga­cić, ani po to, by nimi han­dlo­wać”. Za­strze­że­nie to jed­nak nie od­no­si­ło się do dzieł sztu­ki „zde­ge­ne­ro­wa­nej”, czy­li prac mo­der­ni­stów, któ­re na­zi­ści mie­li w głę­bo­kiej po­gar­dzie. Mar­sza­łek nie był tu zresz­tą żad­nym wy­jąt­kiem: „Ma­lar­stwo współ­cze­sne oce­niam na ogół kry­tycz­nie. Pi­cas­so, na przy­kład, przy­pra­wia mnie o mdło­ści”. Mimo to, kie­dy na­zi­ści usu­nę­li z nie­miec­kich ga­le­rii 16 ty­się­cy prac mo­der­ni­stów i zgro­ma­dzi­li je wszyst­kie w spe­cjal­nym ma­ga­zy­nie, Göring od razu do­strzegł w nich po­ten­cjal­ne źró­dło do­cho­dów. Kil­ka dzieł odło­żył dla sie­bie, za­pła­cił za nie sym­bo­licz­ną cenę mu­ze­om, do któ­rych na­le­ża­ły, po czym sprze­dał „Cézan­ne’a” i dwa „van Go­ghi” pew­ne­mu ban­kie­ro­wi ho­len­der­skie­mu za pół mi­lio­na ma­rek. Pie­nią­dze te ob­ró­cił na za­kup ob­ra­zów bar­dziej od­po­wia­da­ją­cych jego gu­stom.

Han­dlem „sztu­ką zde­ge­ne­ro­wa­ną” pa­rał się tak­że póź­niej; mię­dzy mar­cem 1941 a li­sto­pa­dem 1943 roku prze­pro­wa­dził 16 trans­ak­cji wy­mien­nych – pew­ne­mu mar­szan­do­wi nie­miec­kie­mu ofia­ro­wał płót­na Pi­cas­sa i Ma­tis­se’a w za­mian za ob­raz Ty­cja­na, a mie­siąc póź­niej uzy­skał płót­no Rem­brand­ta i dwa ar­ra­sy za 25 ob­ra­zów „zde­ge­ne­ro­wa­nych” oraz 250 ty­się­cy fran­ków szwaj­car­skich w go­tów­ce.

Spad­ko­bier­czy­nie Görin­ga, żona Emmy i cór­ka Edda, wy­wal­czy­ły po woj­nie przed nie­miec­ki­mi są­da­mi zwrot czę­ści ko­lek­cji. Sąd uznał, że więk­szość ma­jąt­ku zgro­ma­dzo­ne­go przez mar­szał­ka przed woj­ną ma le­gal­ne po­cho­dze­nie i zwró­cił mię­dzy in­ny­mi ślub­ne pre­zen­ty.

Z obu­rze­niem Herr Mar­schall od­pie­rał po­sta­wio­ny mu za­rzut hur­to­we­go ra­bun­ku dzieł sztu­ki:

– Żad­ne z mo­ich tak zwa­nych łu­piestw nie było bez­pra­wiem. Owszem, cza­sa­mi da­wa­łem cenę niż­szą niż rze­czy­wi­sta war­tość tych przed­mio­tów (…) ale za­wsze za nie pła­ci­łem.

Mó­wiąc de­li­kat­nie, Her­mann Göring mi­jał się tu z praw­dą. Zu­peł­nie otwar­cie, na przy­kład, ra­bo­wał dzie­ła sztu­ki na­le­żą­ce do Ży­dów. Ob­ło­wił się zwłasz­cza pod­czas ansz­lu­su Au­strii; sa­me­mu tyl­ko ba­ro­no­wi Al­phon­se’owi Rot­schil­do­wi za­gra­bił bli­sko 3500 przed­mio­tów o war­to­ści ar­ty­stycz­nej. Czę­sto wy­mie­niał ode­bra­ne ży­dow­skim ko­lek­cjo­ne­rom mo­der­ni­stycz­ne dzie­ła „sztu­ki zde­ge­ne­ro­wa­nej” na ob­ra­zy zgod­ne ze swym gu­stem: na przy­kład płót­no Pia­ni­sta i sza­chi­sta Ma­tis­se’a (dziś w Na­tio­nal Gal­le­ry of Art w Wa­szyng­to­nie) wy­mie­nił na mi­to­lo­gicz­ny akt nie­zbyt zna­ne­go Jana van Nec­ka, a dzie­sięć im­pre­sjo­ni­stycz­nych ob­ra­zów od­dał za jed­no dzie­ło Cra­na­cha.

Ak­cją kon­fi­skat dzieł sztu­ki na­le­żą­cych do Ży­dów kie­ro­wał au­striac­ki hi­sto­ryk sztu­ki, Ka­je­tan Mühl­mann, ob­da­rzo­ny ty­tu­łem przed­sta­wi­cie­la do spraw pań­stwo­wej po­li­ty­ki ar­ty­stycz­nej i tu­ry­sty­ki za­gra­nicz­nej, któ­ry pra­co­wał za­rów­no dla Görin­ga, jak i dla Hi­tle­ra. 9 paź­dzier­ni­ka 1939 roku Mühl­mann zo­stał rów­nież ko­mi­sa­rzem spe­cjal­nym ds. ochro­ny dzieł sztu­ki na by­łych zie­miach pol­skich – oso­bi­ście przez Mar­szał­ka Rze­szy upo­waż­nio­nym do sys­te­ma­tycz­nej gra­bie­ży dóbr kul­tu­ry pol­skiej, któ­re – ma się ro­zu­mieć – re­kwi­ro­wa­no pra­wo­wi­tym wła­ści­cie­lom bez żad­ne­go od­szko­do­wa­nia. Nie na dar­mo Re­ich­mi­ni­ster Jo­seph Go­eb­bels twier­dził:

– Od­bierz­cie na­ro­do­wi jego kul­tu­rę, a prze­sta­nie ist­nieć jako na­ród.

Mimo że Göring rze­czy­wi­ście po­stę­po­wał czę­sto zgod­nie z pra­wem (w tam­tych cza­sach kom­plet­ne­go bez­pra­wia), z re­gu­ły da­le­ko mu było do uczci­wo­ści. Nie­raz ucie­kał się do pod­stę­pów i za­wo­alo­wa­nych gróźb. Pod ko­niec roku 1940, pod­czas wi­zy­ty w Pa­ry­żu za­wi­tał, na przy­kład, do po­ło­żo­ne­go w Quai d’Or­léans domu pew­ne­go An­gli­ka, Dona Wil­kin­so­na, któ­re­go żonę in­ter­no­wa­no.

„Sza­now­ny Pa­nie Mar­szał­ku – na­pi­sał do nie­go rok póź­niej ów An­glik, do­łą­cza­jąc do li­stu fo­to­gra­fię ob­ra­zu. – Czy przy­po­mi­na pan so­bie to ma­lo­wi­dło, nasz ulu­bio­ny por­tret? Przed­sta­wia on jed­ną z naj­sza­cow­niej­szych nie­miec­kich dam, Ju­lia­nę von Stol­berg, mat­kę Wil­hel­ma Orań­skie­go, a zdo­bi ścia­nę na­sze­go ma­łe­go sa­lo­ni­ku. Ob­raz ten stał się nie­mal­że człon­kiem na­szej ro­dzi­ny.

Pod­czas od­wie­dzin ob­ró­cił Pan ów por­tret do świa­tła i oglą­dał go z po­dzi­wem. Ktoś z Pań­skie­go oto­cze­nia za­py­tał, być może zbyt ob­ce­so­wo i na­tręt­nie: »Czy to jest do sprze­da­nia?«.

Czy przy­po­mi­na Pan so­bie, jak opu­ścił Pan po­wo­li ów ob­raz i pod­szedł do okna, a po­tem pa­trzył dłu­go na Se­kwa­nę? W chwi­lę póź­niej, gdy mi­nę­ły pierw­sze emo­cje, ob­ró­cił się Pan do mnie w mil­cze­niu, po czym, ma­jąc na my­śli ewen­tu­al­ne uwol­nie­nie mo­jej żony, po­wie­dział Pan: »Cóż, zo­ba­czę, co się da zro­bić«”.

W świe­tle po­wyż­sze­go nie po­win­no ni­ko­go dzi­wić zwol­nie­nie pani Wil­kin­son z ośrod­ka od­osob­nie­nia. Mał­żo­nek po­in­for­mo­wał ją, ja­kie­go to wy­bit­ne­go miał go­ścia.

„Obo­je do­szli­śmy do wnio­sku – na­pi­sał do Görin­ga – że chce­my, aby za­cho­wał Pan na za­wsze »Ju­lia­nę« w cha­rak­te­rze daru wdzięcz­no­ści za tę przy­słu­gę, któ­rą nam Pan wy­świad­czył”.

– Za­bie­rze­my ab­so­lut­nie wszyst­ko, co tyl­ko się da, do ostat­ka – po­wie­dział Hi­tler ge­ne­ra­ło­wi Geo­r­go­wi Tho­ma­so­wi, któ­re­mu po­wie­rzo­no wy­ko­na­nie pla­nu gra­bie­ży.

Tho­mas po­wo­łał szta­by eko­no­micz­ne i spe­cjal­ne jed­nost­ki woj­sko­we zwa­ne Wirt­scha­ft­strup­pen, wkra­cza­ją­ce tuż za od­dzia­ła­mi fron­to­wy­mi, aby wy­szu­ki­wać, re­je­stro­wać i kon­fi­sko­wać wszyst­ko, co mo­gło być przy­dat­ne dla III Rze­szy. Zgod­nie z roz­ka­za­mi na oku­po­wa­nych te­re­nach przej­mo­wa­no ist­nie­ją­ce za­kła­dy, a skon­fi­sko­wa­ne do­bra na­tych­miast wy­sy­ła­no po­cią­ga­mi do fa­bryk w Niem­czech. Ze wszyst­kich oku­po­wa­nych kra­jów za­chod­niej Eu­ro­py, za­miesz­ki­wa­nych przez oko­ło 70 mi­lio­nów lu­dzi, je­cha­ły do Rze­szy po­cią­gi i dłu­gie kon­wo­je cię­ża­ró­wek za­ła­do­wa­nych wo­jen­ny­mi łu­pa­mi.

– To my je­ste­śmy zwy­cięz­ca­mi w tej woj­nie – cheł­pił się füh­rer. – Nie od­da­my ni­cze­go, a za­bie­rze­my wszyst­ko, co tyl­ko może się przy­dać.

Göring też nie ukry­wał swo­ich po­glą­dów:

– Za­mie­rzam gra­bić – mó­wił do swo­ich pod­wład­nych – i to gra­bić na ca­łe­go. Mu­si­cie jak psy goń­cze tro­pić i wę­szyć wszę­dzie tam, gdzie znaj­du­je się jesz­cze co­kol­wiek, co mo­gło­by się przy­dać na­ro­do­wi nie­miec­kie­mu.

Cho­ciaż Hi­tler miał za­wsze pierw­szeń­stwo wy­bo­ru dzieł sztu­ki, Göring był dru­gi w ko­lej­ce. On i füh­rer mie­li od­mien­ne gu­sta, nie wcho­dzi­li więc so­bie w pa­ra­dę. Zda­niem

Görin­ga, Hi­tle­ra „po­cią­gał an­tyk i styl kla­sycz­no-ro­man­tycz­ny (…) sztu­ka grec­ka lub re­ne­san­so­wa (…) oraz po­cząt­ków XIX stu­le­cia (…) Ja na­to­miast wo­la­łem mi­strzów nie­miec­kich i skan­dy­naw­skich, Düre­ra i Hol­be­ina”.

Rze­czy­wi­ście, Göring nig­dy nie by­wał nie­przy­jem­ny w cza­sie pro­wa­dze­nia ne­go­cja­cji. W do­sko­na­łym na­stro­ju przy­jeż­dżał swym kró­lew­skim po­cią­giem, wy­po­sa­żo­nym w ogrom­ną wan­nę, i w oto­cze­niu ele­ganc­ko umun­du­ro­wa­nych ad­iu­tan­tów cho­dził od jed­nej ga­le­rii do dru­giej. Na­wet ci, któ­rzy znaj­do­wa­li się w naj­więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwie, zgod­nie twier­dzi­li, że nie moż­na mu było od­mó­wić pew­ne­go uro­ku, a zwa­żyw­szy na sumy, ja­kie wy­da­wał, wi­ta­li go bez nie­chę­ci. Mniej przy­jem­ne uzgod­nie­nia do­ty­czą­ce lu­dzi i fi­nan­sów po­zo­sta­wiał osob­ni­kom po­kro­ju Ho­fe­ra i Mie­dla.

Naj­słyn­niej­sze­go ze swych agen­tów na ryn­ku sztu­ki, Wal­te­ra Ho­fe­ra, po­znał w roku 1936. Pięć lat póź­niej mia­no­wał go ku­sto­szem Ko­lek­cji Mar­szał­ka Rze­szy. Ho­fer usta­lał cenę na­byt­ku z ga­le­rią lub wła­ści­cie­lem pry­wat­nym, a Görin­go­wi wy­sta­wiał ra­chu­nek na cenę dużo wyż­szą. Róż­ni­cę cho­wał do kie­sze­ni.

Ban­kier Alo­is Miedl prze­niósł się w 1932 roku z Am­ster­da­mu do Mo­na­chium. Jego do­syć po­dej­rza­ne in­te­re­sy obej­mo­wa­ły pró­bę kup­na wy­brze­ża La­bra­do­ru, żeby do­star­czać drew­no do Nie­miec (na co nie zgo­dzi­ła się Ka­na­da) oraz prze­myt dia­men­tów. Göring znał Mie­dla od wie­lu lat i wie­dział do­sko­na­le, że jego żona, Do­rie Fle­ischer, jest Ży­dów­ką. Pew­ne­go razu, już po za­ję­ciu Ho­lan­dii przez Niem­ców, we­zwał go do Ka­rin­hall, in­for­mu­jąc przy oka­zji ge­sta­po, kim jest pani Miedl. Oczy­wi­ście ko­bie­ta zo­sta­ła na­tych­miast aresz­to­wa­na. Dzie­ci pań­stwa Mie­dlów tak­że.

– Mój dro­gi Miedl, cie­szę się, że mogę pana tu­taj go­ścić – po­wi­tał nie­szczę­śni­ka. – Chciał­bym po­ka­zać panu moją po­sia­dłość. Pro­szę, niech pan idzie za mną.

Prze­ra­żo­ny ban­kier, czu­jąc na kar­ku od­de­chy dwóch ro­słych es­es­ma­nów, po­słusz­nie po­dą­żył za Görin­giem.

– Jak pan wi­dzi, zgro­ma­dzi­łem tu naj­cen­niej­sze oka­zy eu­ro­pej­skiej sztu­ki – kon­ty­nu­ował go­spo­darz. – Oczy­wi­ście, ra­tu­jąc je przed znisz­cze­niem przez wo­jen­ną po­żo­gę. Chcę, aby po­wsta­ło tu­taj mu­zeum i do Ka­rin­hall przy­jeż­dża­ły wy­ciecz­ki z ca­łe­go świa­ta. Po woj­nie Ber­lin i to miej­sce po­łą­czy spe­cjal­na li­nia ko­le­jo­wa.

– Gra­tu­lu­ję, Herr Re­ich­mar­schall – od­rzekł Alo­is Miedl, co nie jest ła­twe do wy­po­wie­dze­nia, kie­dy się ma za­ci­śnię­te zęby. – Nie mogę jed­nak zro­zu­mieć celu, w ja­kim był pan ła­skaw za­pro­sić mnie tu­taj. – Mó­wiąc „za­pro­sić”, zer­k­nął bo­jaź­li­wie na dwóch wciąż to­wa­rzy­szą­cych im es­es­ma­nów.

– Pa­nie Miedl, moja bied­na żona, Ka­rin, świeć Pa­nie nad jej du­szą, by­ła­by szczę­śli­wa, gdy­by mo­gła oglą­dać te ar­cy­dzie­ła. W jej imie­niu chcę ra­to­wać po­zo­sta­łe. Woj­na jest okrut­na. Wiem, że jest pan ce­nio­nym w Ho­lan­dii an­ty­kwa­riu­szem i znaw­cą sztu­ki. Li­czę, że bę­dzie pan dla mnie pra­co­wał.

– To dla mnie za­szczyt, ale jak­że ja mogę po­rów­ny­wać moje moż­li­wo­ści z tak wiel­ki­mi zbio­ra­mi, ja­kie był pan ła­skaw po­ka­zać?

– Jest pan in­te­li­gent­nym czło­wie­kiem. Na pew­no da pan so­bie radę. Chcę wie­dzieć, gdzie Ho­len­drzy ukry­li naj­cen­niej­sze ob­ra­zy i jak do nich do­trzeć, gdzie znaj­du­ją się ob­ra­zy ma­la­rzy, któ­rych szcze­gól­nie ce­nię: Ru­ben­sa, Ver­me­era, Mem­lin­ga. In­te­re­su­je mnie przede wszyst­kim słyn­na ko­lek­cja Gou­d­stik­ke­ra.

– No, nie wiem – wa­hał się Miedl. – Wie pan, pa­nie mar­szał­ku, wo­lał­bym się tym ra­czej nie zaj­mo­wać. Ho­len­drzy, o któ­rych był pan ła­skaw wspo­mnieć, mogą…

– Pań­ska żona jest Ży­dów­ką, nie­praw­daż? – prze­rwał mu Göring. – Pana dzie­ci są Ży­da­mi. Zgod­nie z na­szym pra­wem, zo­sta­ły aresz­to­wa­ne. Po­wiem pro­sto z mo­stu. Wy­je­dzie pan stąd z pod­pi­sa­nym prze­ze mnie na­ka­zem zwol­nie­nia ich, je­że­li bę­dzie pan dla mnie pra­co­wać w Ho­lan­dii. Pa­nie Miedl, pan to zro­bi, praw­da?

Alo­is Miedl nie miał wy­bo­ru. Od tego cza­su po­szu­ki­wał dzieł sztu­ki dla Görin­ga, prze­cze­su­jąc Ho­lan­dię wzdłuż i wszerz, sku­pu­jąc i ra­bu­jąc licz­ne bez­cen­ne ar­cy­dzie­ła. Od lip­ca 1940 roku mar­sza­łek roz­po­czął rów­nież swo­je oso­bi­ste „wy­ciecz­ki po za­ku­py” do Am­ster­da­mu, w któ­rych Miedl po­ma­gał mu z wiel­ką gor­li­wo­ścią.

Ban­kier Alo­is Miedl

Oba te in­dy­wi­dua – za­rów­no Mie­dla, jak i Ho­fe­ra – spo­tka­my jesz­cze na kar­tach na­szej opo­wie­ści, bo­wiem w tym, co sta­no­wi je­den z głów­nych jej wąt­ków, ode­gra­li oni rolę bar­dzo istot­ną.

Je­śli Göring wy­ka­zy­wał na­wet w pew­nym sen­sie do­bre ma­nie­ry przy trans­ak­cjach, to nig­dy jed­nak nie za­po­mi­nał o oko­licz­no­ściach, kie­dy to on o coś pro­sił. Wkrót­ce po nie­miec­kiej in­wa­zji na Bel­gię na­był, na przy­kład, za psi grosz ko­lek­cję dwu­dzie­stu wcze­snych dzieł mi­strzów fla­mandz­kich od Emi­le’a Ren­der­sa, stra­sząc go nie­dwu­znacz­nie in­ter­wen­cją swej jed­nost­ki kon­tro­li ob­cej wa­lu­ty – De­vi­sen­schutz­kom­man­do.

Do­wód­ca Luft­waf­fe uwiel­biał o so­bie mó­wić jako o „czło­wie­ku re­ne­san­su” i świa­do­mie sta­rał się – jak by­śmy to dzi­siaj po­wie­dzie­li – pro­mo­wać swój wi­ze­ru­nek pu­blicz­ny. Ko­lek­cjo­no­wa­nie dzieł sztu­ki sta­ło się ob­se­sją, któ­ra zdo­mi­no­wa­ła jego ży­cie. Ta ko­lek­cjo­ner­ska pa­sja ko­li­do­wa­ła na­wet z jego obo­wiąz­ka­mi woj­sko­wy­mi. To, że Göring trak­to­wał swo­ją ko­lek­cję jako spu­ści­znę, skła­nia­ło go do jesz­cze in­ten­syw­niej­szych za­ku­pów i kra­dzie­ży.

Jak ob­li­czy­li po woj­nie alianc­cy eks­per­ci, mar­sza­łek zdo­łał w opi­sa­ny po­wy­żej spo­sób zgro­ma­dzić do koń­ca woj­ny 1375 ob­ra­zów, 250 rzeźb, 108 go­be­li­nów, 170 sztuk me­bli z róż­nych epok, 60 per­skich i fran­cu­skich ko­bier­ców, 75 wi­tra­ży i pra­wie 200 in­nych ob­jects d’art. Była to bez wąt­pie­nia jed­na z naj­więk­szych i naj­cen­niej­szych ko­lek­cji dzieł sztu­ki na ca­łym świe­cie. War­tość wszyst­kich zra­bo­wa­nych przez hi­tle­row­ców skar­bów wy­ce­nio­no na 17 mi­liar­dów fun­tów szter­lin­gów. Bio­rąc pod uwa­gę ich dzi­siej­sze ceny, war­tość ta by­ła­by wyż­sza oko­ło 40-50 razy.

4.

W stycz­niu 1945 roku sta­ło się jed­nak oczy­wi­ste, że Her­mann Göring nie bę­dzie się już dłu­go cie­szył swo­ją ko­lek­cją. Do jego re­zy­den­cji Ka­rin­hall, po­ło­żo­nej na pół­noc­ny wschód od Ber­li­na, w la­sach Schor­fhe­ide, mi­lo­wy­mi kro­ka­mi zbli­ża­ła się Ar­mia Czer­wo­na. A wła­śnie tam ów „czło­wiek re­ne­san­su” zgro­ma­dził zwie­zio­ne pra­wie z ca­łej Eu­ro­py skar­by.

Po­sia­dłość otrzy­ma­ła na­zwę od imie­nia pierw­szej żony mar­szał­ka, ba­ro­no­wej Ka­rin von Kant­zow, po­cho­dzą­cej ze Szwe­cji, któ­ra zmar­ła w 1931 roku. Na te­mat tego miej­sca krą­ży­ły ist­ne le­gen­dy. Nie były zresz­tą bez­pod­staw­ne – w głów­nym bu­dyn­ku mie­ści­ły się apar­ta­men­ty Görin­ga i jego no­wej żony, Emmy. W le­wym skrzy­dle była wiel­ka bi­blio­te­ka, rów­nie ogrom­na sala gim­na­stycz­na oraz ba­sen ką­pie­lo­wy, gdzie go­spo­darz usi­ło­wał po­zbyć się nad­wa­gi, cał­ko­wi­cie zresz­tą bez re­zul­ta­tów.

W pra­wym skrzy­dle znaj­do­wa­ły się apar­ta­men­ty dla go­ści, kuch­nia i po­ko­je dla służ­by. Re­pre­zen­ta­cyj­ne po­miesz­cze­nia ki­pia­ły od prze­py­chu, jaki two­rzy­ły mar­mu­ro­we pod­ło­gi po­kry­te naj­kosz­tow­niej­szy­mi dy­wa­na­mi, ścia­ny, na któ­rych wi­sia­ły naj­pięk­niej­sze fran­cu­skie go­be­li­ny i ob­ra­zy naj­więk­szych mi­strzów wło­skich, ho­len­der­skich, fran­cu­skich. Oko cie­szy­ły naj­wspa­nial­sze rzeź­by i oka­zy sztu­ki rę­ko­dziel­ni­czej. W ga­bi­ne­cie Görin­ga obok wiel­kie­go dę­bo­we­go biur­ka sta­ły zło­te kan­de­la­bry, rzu­ca­ją­ce świa­tło na srebr­ne ram­ki fo­to­gra­fii Ka­rin i Hi­tle­ra. Ja­dal­nia mia­ła 250 me­trów kwa­dra­to­wych, a za sto­łem mo­gło usiąść 40 go­ści. Naj­więk­szą atrak­cję sta­no­wi­ło okno z wi­do­kiem na je­zio­ro. Mia­ło 10 me­trów sze­ro­ko­ści i 5 me­trów wy­so­ko­ści. Po na­ci­śnię­ciu gu­zi­ka szy­by cho­wa­ły się w pod­ło­gę. W po­sia­dło­ści wy­bu­do­wa­no pod­ziem­ne mau­zo­leum, do któ­re­go zło­żo­no, spro­wa­dzo­ne ze Szwe­cji, do­cze­sne szcząt­ki Ka­rin von Kant­zow.

Sły­ną­cy z za­mi­ło­wa­nia do luk­su­su go­spo­darz dbał, aby jego re­zy­den­cja wzbu­dza­ła wśród od­wie­dza­ją­cych praw­dzi­wy po­dziw. Wszyst­ko to mia­ło słu­żyć mu aż do póź­nych lat sta­ro­ści, a po śmier­ci zo­stać prze­kształ­co­ne na mu­zeum, któ­re nie tyl­ko uświet­nia­ło­by osią­gnię­cia Ty­siąc­let­niej Rze­szy, ale i sa­me­go wła­ści­cie­la. Sta­ło się jed­nak in­a­czej, o czym za chwi­lę. Hi­sto­ria prze­wi­dzia­ła zu­peł­nie inną rolę za­rów­no dla sa­me­go Ka­rin­hall, jak i dla zwią­za­nych z nim lu­dzi.

12 stycz­nia 1945 roku Göring ob­cho­dził tam w gro­nie naj­bliż­szych swo­je pięć­dzie­sią­te dru­gie uro­dzi­ny. Ka­wior, kacz­kę, dzi­czy­znę, gdań­skie­go ło­so­sia i pasz­tet z gę­sich wą­tró­bek spłu­ki­wa­no nie­zli­czo­ny­mi bu­tel­ka­mi szam­pa­na i bran­dy z po­jem­nej piw­ni­cy mar­szał­ka. Z Ber­li­na zje­cha­ło wie­lu go­ści, za­po­mi­na­jąc o tym, że wy­pa­la­ją ostat­nie re­zer­wy ben­zy­ny Trze­ciej Rze­szy. W wiel­kiej sali na sto­le zło­żo­no cen­ne pre­zen­ty, wśród któ­rych naj­bar­dziej ku­rio­zal­nym był po­da­ru­nek od ar­chi­tek­ta: pla­ny roz­bu­do­wy Ka­rin­hall. Mia­ły po­wstać trzy nowe gma­chy, wśród któ­rych naj­waż­niej­szym mia­ła być otwar­ta dla pu­blicz­no­ści ga­le­ria oraz dwo­rzec spe­cjal­nej li­nii ko­le­jo­wej z Ber­li­na dla lu­dzi, któ­rzy przy­by­wa­li obej­rzeć ga­le­rię.

30 stycz­nia w po­bli­skich la­sach za­uwa­żo­no so­wiec­ki sa­mo­chód te­re­no­wy. Nad­szedł naj­wyż­szy czas, by z Ka­rin­hall wy­je­cha­ły ko­bie­ty. Göring za­strze­lił czte­ry swo­je ulu­bio­ne żu­bry i za­czął pa­ko­wać do skrzyń ko­lek­cję dzieł sztu­ki.

Wraz z Ho­fe­rem zro­bił ob­chód Ka­rin­hall, w cza­sie któ­re­go wska­zał, co chce prze­trans­por­to­wać, a co moż­na po­zo­sta­wić. Dzie­ła sztu­ki i inne war­to­ścio­we przed­mio­ty, za­pa­ko­wa­ne do skrzyń wy­ło­żo­nych sło­mą, zo­sta­ły za­ła­do­wa­ne na cię­ża­rów­ki Luft­waf­fe i prze­wie­zio­ne na miej­sco­wą sta­cję ko­le­jo­wą. W trak­cie tych czyn­no­ści na te­re­nie roz­le­głej po­sia­dło­ści za­ko­pa­no wie­le du­żych, cen­nych obiek­tów. Naj­słyn­niej­szym z nich był mar­mu­ro­wy po­sąg We­nus, po­da­ro­wa­ny go­spo­da­rzo­wi przez rząd Włoch. Po ukry­ciu skar­bów nie­miec­cy żoł­nie­rze, któ­rych mar­sza­łek Rze­szy wy­ko­rzy­stał do tej pra­cy, zo­sta­li nie­zwłocz­nie skie­ro­wa­ni na front wschod­ni. Oka­za­łe bu­dyn­ki Ka­rin­hall wy­sa­dzo­no w po­wie­trze. Wśród drzew po­zo­sta­ło ru­mo­wi­sko, po­są­gi lwów, któ­re cu­dem oca­la­ły i… mau­zo­leum Ka­rin. Göring bo­wiem nie za­brał sar­ko­fa­gu – wi­dać dzie­ła sztu­ki były dlań dużo cen­niej­sze niż do­cze­sne szcząt­ki uko­cha­nej żony. Kil­ka go­dzin póź­niej do Ka­rin­hall wkro­czy­li żoł­nie­rze ra­dziec­cy.

Obec­nie ru­iny po­sia­dło­ści po­ra­sta­ją drze­wa, a dwie wie­że, sto­ją­ce przy bra­mie wjaz­do­wej z her­ba­mi ro­do­wy­mi Görin­ga, przy­po­mi­na­ją o mrocz­nych la­tach woj­ny i oka­za­łej re­zy­den­cji, bę­dą­cej nie­gdyś miej­scem spo­tkań naj­waż­niej­szych oso­bi­sto­ści świa­ta po­li­ty­ki i nie tyl­ko.

Przez kil­ka po­wo­jen­nych lat nie było wia­do­mo, co sta­ło się z gro­bem Ka­rin. Wła­dze NRD za­mknę­ły te­ren daw­nej po­sia­dło­ści mar­szał­ka Rze­szy, nie do­pusz­cza­jąc tam ni­ko­go. Do­pie­ro w li­sto­pa­dzie 1950 roku pe­wien szwedz­ki ksiądz do­stał się do Ka­rin­hall. Na pod­ło­dze w mau­zo­leum le­ża­ły ko­ści ba­ro­no­wej von Kant­zow. Du­chow­ny po­zbie­rał je do wor­ka i po­wia­do­mił ro­dzi­nę w Szwe­cji. Zmar­łą ko­bie­tę po­cho­wa­no po­now­nie na nie­wiel­kim cmen­ta­rzu w Lovo, skąd w 1934 roku Göring za­brał zwło­ki uko­cha­nej żony, aby zbu­do­wać dla niej mau­zo­leum i pa­łac wy­peł­nio­ny ar­cy­dzie­ła­mi sztu­ki.

5.

Pod­sta­wio­ny na bocz­ni­cę spe­cjal­ny po­ciąg zo­stał za­ła­do­wa­ny żyw­no­ścią, du­ży­mi an­tycz­ny­mi me­bla­mi, ob­ra­za­mi, pły­ta­mi wy­twór­ni „Gra­mo­pho­ne” oraz za­war­to­ścią bi­blio­te­ki mar­szał­ka, li­czą­cej 80 me­trów bie­żą­cych ksią­żek. Kie­dy po­ciąg ten je­chał w kie­run­ku Berch­tes­ga­den, Göring otrzy­mał przy­gnę­bia­ją­cą wia­do­mość, że ob­szer­ne pod­ziem­ne cen­trum do­wo­dze­nia w Obe­rsalt­zber­gu nie zo­sta­ło ukoń­czo­ne. W re­zul­ta­cie skar­by prze­wie­zio­no bez­po­śred­nio do Neu­haus, mia­sta le­żą­ce­go koło No­rym­ber­gi, gdzie zo­sta­ły prze­ła­do­wa­ne na cię­ża­rów­ki, a po­tem scho­wa­ne w zam­ku Val­den­ste­in, XVI-wiecz­nej bu­dow­li, któ­rą Göring odzie­dzi­czył po swo­jej te­ścio­wej, Lily von Epen­ste­in.

Jed­nak­że kło­po­ty mar­szał­ka do­pie­ro się za­czy­na­ły. 7 kwiet­nia 1945 roku alian­ci do­szli do Val­den­ste­in. Göring, któ­ry le­d­wie zdą­żył ewa­ku­ować zbio­ry przed na­cie­ra­ją­cy­mi So­wie­ta­mi, po­now­nie sta­nął przed po­dob­nym pro­ble­mem. Po­sta­no­wił wy­wieźć dzie­ła z zam­ku. Po­ciąg, któ­ry 10 kwiet­nia wy­je­chał z Neu­haus i na­stęp­nej nocy zna­lazł się koło Berch­tes­ga­den, wy­peł­nio­ny był skar­ba­mi sztu­ki, me­bla­mi i pro­wian­tem przy­go­to­wa­nym dla mar­szał­ka Rze­szy.

To nie­wia­ry­god­ne, że w ostat­nich dniach woj­ny był on w sta­nie zor­ga­ni­zo­wać tak oka­za­ły trans­port swo­je­go ma­jąt­ku. Nie­miec­kie woj­ska na wszyst­kich od­cin­kach co­fa­ły się w wa­run­kach skraj­ne­go cha­osu. Wszę­dzie było peł­no ran­nych żoł­nie­rzy. Nie­któ­rzy pró­bo­wa­li się ra­to­wać, ucie­ka­jąc na wo­zach kon­nych, inni, któ­rym nie do­pi­sa­ło szczę­ście, le­że­li w bło­cie i śnie­gu w prze­dłu­ża­ją­cej się ago­nii, po­nie­waż nie było moż­li­wo­ści, by ich za­wieźć w bez­piecz­niej­sze miej­sce. I w ta­kiej sy­tu­acji Göring za­jął w peł­ni spraw­ny po­ciąg, by jego świ­ta mo­gła wy­god­nie po­dró­żo­wać.

Żoł­nie­rze Luft­waf­fe z tru­dem prze­no­si­li wiel­kie skrzy­nie na cię­ża­rów­ki i wieź­li je do nie­do­koń­czo­ne­go pod­ziem­ne­go punk­tu do­wo­dze­nia przy dro­dze pro­wa­dzą­cej z Berch­tes­ga­den do Ko­nig­see. Spie­szy­li się. Ze­wsząd do­cho­dzi­ły po­gło­ski o nad­cią­ga­ją­cych woj­skach alianc­kich. Le­d­wie po­ło­wę ła­dun­ku uda­ło się prze­wieźć do bez­piecz­nych pod­zie­mi, gdy na­de­szła wieść, że Ame­ry­ka­nie są w od­le­gło­ści kil­ku ki­lo­me­trów. Do­wód­ca na­ka­zał ode­sła­nie pię­ciu wa­go­nów do po­bli­skiej miej­sco­wo­ści Unter­ste­in, zaś w Berch­tes­ga­den po­zo­sta­wił trzy, li­cząc, że uda się je roz­ła­do­wać, za­nim nad­cią­gną od­dzia­ły wro­ga. Fran­cu­skie czoł­gi po­ja­wi­ły się zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie.

Nie wia­do­mo, dla­cze­go otwo­rzy­ły ogień do po­cią­gu, gdyż na ich wi­dok nie­miec­cy żoł­nie­rze na­tych­miast ucie­kli. Po­ci­ski z dział i ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych znisz­czy­ły dzie­siąt­ki cen­nych ob­ra­zów i rzeźb. Nie lep­szy los cze­kał skar­by w pię­ciu wa­go­nach, któ­re do­je­cha­ły do Unter­ste­in. Żoł­nie­rze ucie­kli, po­zo­sta­wia­jąc je bez opie­ki, a do wa­go­nów wdar­li się miesz­kań­cy oko­licz­nych wio­sek. Wy­no­si­li zło­te mo­ne­ty, XVII-wiecz­ne fran­cu­skie dy­wa­ny, ob­ra­zy, rzeź­by, bu­tel­ki z cen­ny­mi al­ko­ho­la­mi, pu­deł­ka cy­gar, wor­ki z cu­krem i mąką. Naj­bar­dziej war­to­ścio­we oka­za­ły się dla nich wy­śmie­ni­te wina Görin­ga. Przez kil­ka naj­bliż­szych dni więk­szość miej­sco­wych cho­dzi­ła pi­ja­na w sztok. Naj­bar­dziej na­rze­ka­no na ko­nia­ki, bo kac był po nich okrut­ny, ale co tam, też dało się wy­pić.

Na szczę­ście więk­szość ła­dun­ku zma­ga­zy­no­wa­no w Stab­samt, nie­do­koń­czo­nym pod­ziem­nym ośrod­ku do­wo­dze­nia, le­żą­cym przy dro­dze z Berch­tes­ga­den do po­bli­skie­go Ko­nig­see. Rze­czy war­to­ścio­we zło­żo­no w tu­ne­lu na trze­cim po­zio­mie pod po­wierzch­nią zie­mi, a wej­ście za­be­to­no­wa­no. Trzy mie­sią­ce póź­niej, do­kład­nie 4 maja, po­ja­wi­li się tam Ame­ry­ka­nie i ba­da­jąc bun­kier przy po­mo­cy echo­son­dy, od­na­leź­li ukry­te skar­by, o czym wspo­mniał już ame­ry­kań­ski ka­pi­tan w cy­to­wa­nej wcze­śniej roz­mo­wie z nie­miec­kim den­ty­stą.

Chcąc unik­nąć aresz­to­wa­nia, Göring uciekł ze swo­im oto­cze­niem do zam­ku Mau­ten­dorf, po­ło­żo­ne­go w po­łu­dnio­wo-wschod­niej czę­ści Au­strii. Mimo wszyst­ko, nie opusz­czał go do­bry hu­mor. Li­czył, że zo­sta­nie po­trak­to­wa­ny przez Ame­ry­ka­nów jak nowy kanc­lerz Rze­szy. Nie czuł się win­ny zbrod­ni wo­jen­nych. Co praw­da, sa­mo­lo­ty Luft­waf­fe na jego roz­kaz bom­bar­do­wa­ły mia­sta, ale czyż alianc­kie bom­bow­ce nie zrów­na­ły z zie­mią wie­lu dziel­nic Ber­li­na, Ham­bur­ga i Dre­zna?

9 maja mar­sza­łek zo­stał aresz­to­wa­ny przez żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skiej 7 Ar­mii. Sy­tu­acja za­kra­wa­ła na iro­nię, gdyż sam wy­słał do nich par­la­men­ta­riu­sza z proś­bą o przy­by­cie do Rad­stadt, gdzie wów­czas się ukry­wał, oba­wia­jąc się o wła­sne ży­cie. 23 kwiet­nia, kie­dy za­pro­po­no­wał ob­lę­żo­ne­mu w Ber­li­nie füh­re­ro­wi prze­ję­cie wła­dzy, Hi­tler wy­dał roz­kaz po­chwy­ce­nia i roz­strze­la­nia Görin­ga, któ­ry zu­peł­nie się nie spo­dzie­wał, że zo­sta­nie po­sta­wio­ny przed ob­li­czem Mię­dzy­na­ro­do­we­go Try­bu­na­łu Spra­wie­dli­wo­ści. Wła­dzę chciał spra­wo­wać tak­że po aresz­to­wa­niu. Ba, do­ma­gał się na­wet przed­sta­wie­nia ge­ne­ra­ło­wi Dwi­gh­to­wi Eisen­ho­we­ro­wi swo­ich pro­po­zy­cji po­ko­jo­wych.

Mar­sza­łek Rze­szy, Her­mann Göring przed Try­bu­na­łem w No­rym­ber­dze

Wcze­śniej jed­nak znacz­na część jego ko­lek­cji zo­sta­ła prze­trans­por­to­wa­na do miej­sca, któ­re zdra­dził ame­ry­kań­skim po­szu­ki­wa­czom ga­da­tli­wy dok­tor5. Znaj­do­wa­ły się tam już zbio­ry Hi­tle­ra z Lin­zu6 oraz inne zbio­ry au­striac­kie bę­dą­ce w za­się­gu nad­la­tu­ją­cych z Włoch alianc­kich bom­bow­ców.

6.

Na kry­jów­kę dla tego typu skar­bów sta­ra ko­pal­nia nada­wa­ła się wprost zna­ko­mi­cie. Pa­no­wa­ła tu sta­ła wil­got­ność i tem­pe­ra­tu­ra. Na po­mysł ukry­cia w niej dzieł sztu­ki wpadł au­striac­ki urzęd­nik, dok­tor Her­bert Se­iberl. Uzy­skał pew­ność, że pa­nu­ją­ce pod zie­mią wa­run­ki są ide­al­ne, kie­dy zwie­dza­jąc ko­pal­nię, zna­lazł tam małą ka­plicz­kę, gdzie od 1933 roku wi­sia­ły olej­ne ob­ra­zy, na któ­rych nie za­uwa­żył żad­nych śla­dów uszko­dzeń. Do­stęp do ko­pal­ni był utrud­nio­ny, je­dy­na li­nia ko­le­jo­wa bie­gła w od­le­gło­ści 15 ki­lo­me­trów, a wio­dą­ca na miej­sce dro­ga była wą­ska i bar­dzo stro­ma. Za­in­sta­lo­wa­no ki­lo­me­try ka­bli i pół­ek. Prze­kształ­co­no od­po­wied­nio ko­mo­ry.

Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, aby zgro­ma­dzo­ne w Al­taus­see zbio­ry prze­pa­dły na za­wsze. Tuż przed wkro­cze­niem wojsk ame­ry­kań­skich miej­sco­wy gau­le­iter, Hans Eigru­ber, do­szedł mia­no­wi­cie do wnio­sku, że tak cen­ne skar­by nie po­win­ny wpaść w ręce ani bol­sze­wi­ków, ani „mię­dzy­na­ro­do­we­go ży­do­stwa”. Ka­zał więc za­mi­no­wać ko­pal­nię z za­mia­rem wy­sa­dze­nia jej w po­wie­trze. Le­gen­da gło­si, że bo­ha­ter­scy au­striac­cy ro­bot­ni­cy z ru­chu opo­ru usu­nę­li ła­dun­ki wy­bu­cho­we, ra­tu­jąc w ten spo­sób dla ludz­ko­ści bez­cen­ne dzie­ła. I rze­czy­wi­ście, to oni roz­mi­no­wa­li te­ren, cho­ciaż z po­wo­dów nie­co mniej al­tru­istycz­nych: cho­dzi­ło im po pro­stu o to, by ko­pal­nia – ich je­dy­ne źró­dło utrzy­ma­nia – nie zo­sta­ła znisz­czo­na. Zro­bi­li to zresz­tą na roz­kaz kil­ku na­zi­stów, dy­rek­to­ra ko­pal­ni i paru ku­sto­szy au­striac­kich i nie­miec­kich mu­ze­ów, prze­ra­żo­nych sza­lo­ną wi­zją Eigru­be­ra.

Przy oka­zji gro­ma­dze­nia i ka­ta­lo­go­wa­nia od­zy­ska­nych od na­zi­stow­skich zło­dziei dzieł sztu­ki rów­nież do­cho­dzi­ło do ak­tów gra­bie­ży, choć na dużo mniej­szą ska­lę. Nie tyl­ko Niem­cy sta­ra­li się ko­rzy­stać z nie­po­wta­rzal­nych oka­zji, ja­kie stwa­rza­ło tak ogrom­ne roz­pro­sze­nie skar­bów. Na­pa­wa­ło to prze­ra­że­niem lu­dzi po­kro­ju Geo­r­ge’a Pat­to­na, któ­ry był nie­zwy­kle skru­pu­lat­ny w sto­sun­ku do ma­jąt­ku nie­miec­kie­go i któ­ry kie­dyś stwier­dził:

– Nie chcę, aby kto­kol­wiek kie­dy­kol­wiek po­wie­dział, że ten su­kin­syn Pat­ton coś ukradł.

Jed­nak nie­po­ko­ją­co wie­lu żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich mia­ło lep­kie ręce. Do dziś pa­nu­je prze­ko­na­nie, że gra­bie­ży do­pusz­cza­li się czer­wo­no­ar­mi­ści, któ­rzy rów­nie gor­li­wie, jak hi­tle­row­cy łu­pi­li pod­bi­ja­ne przez sie­bie kra­je. Jed­nak nie tyl­ko so­wiec­cy żoł­da­cy i na­zi­ści trak­to­wa­li mu­ze­al­ne zbio­ry i dzie­ła sztu­ki z pry­wat­nych ko­lek­cji jak zdo­bycz wo­jen­ną. Hi­sto­ria zna wie­le przy­pad­ków spek­ta­ku­lar­nych kra­dzie­ży, do­ko­na­nych w Niem­czech przez za­chod­nich alian­tów. Oka­zu­je się, że nie­chlub­ny prym wie­dli wśród nich wła­śnie żoł­nie­rze ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Dzie­ła sztu­ki, nie­rzad­ko po­wtór­nie zra­bo­wa­ne, do dziś znaj­du­ją się w pry­wat­nych ko­lek­cjach oraz pań­stwo­wych in­sty­tu­cjach USA. Zna­nych jest 300 przy­pad­ków nie­le­gal­ne­go wy­wie­zie­nia do Ame­ry­ki war­to­ścio­wych dzieł sztu­ki. Wi­no­waj­ców są­dzo­no jako zło­dziei i ska­zy­wa­no na karę wię­zie­nia lub kar­nie wy­da­la­no z ar­mii.

Aresz­to­wa­ny przez Ame­ry­ka­nów Göring, prze­słu­chi­wa­ny był przez ma­jo­ra Pau­la Ku­ba­lę. W pew­nym mo­men­cie, zu­peł­nie o to nie py­ta­ny, po­wie­dział:

– Mam do­stęp do wie­lu wspa­nia­łych ob­ra­zów. Two­rzy­łem ko­lek­cję w Ka­rin­hall. Mia­ło tam po­wstać mu­zeum na­ro­do­we. Wie­le rze­czy po­zo­sta­wi­łem tam za­ko­pa­nych, ale już ich nie od­naj­dzie­cie. Tam są Ro­sja­nie, ale oni nie wie­dzą, gdzie szu­kać.

Ma­jor Ku­ba­la na­tych­miast pod­jął te­mat, Göring nie chciał jed­nak o tym roz­ma­wiać.

– Nie ma o czym mó­wić, sko­ro Ka­rin­hall jest w rę­kach Ro­sjan – oświad­czył. – Nie po­zwo­lą wam ko­pać. Je­że­li jed­nak po­zwo­li­li­by­ście mi za­brać tro­chę oso­bi­stych rze­czy z mo­je­go zam­ku, mógł­bym prze­ka­zać parę ob­ra­zów ame­ry­kań­skim wła­dzom woj­sko­wym. Na miej­scu jest moja żona, Emma. Wy­star­czy­ło­by, aby mój ad­iu­tant zgło­sił się do niej z od­po­wied­nim li­stem.

Ku­ba­la uzy­skał zgo­dę prze­ło­żo­nych i wkrót­ce ad­iu­tant Görin­ga przy­wiózł z zam­ku bie­li­znę i mun­dur, po­nad­to fo­to­gra­fię żony i có­recz­ki, Eddy, oraz nie­wiel­ki – mie­rzą­cy 15 na 25 cen­ty­me­trów – ob­raz Han­sa Mem­lin­ga Ma­don­na z dzie­ciąt­kiem. Ame­ry­ka­nin za­niósł ob­raz do ga­bi­ne­tu ge­ne­ra­ła Pat­cha. Prze­ło­żo­ne­go nie było na miej­scu, więc zo­sta­wił go na biur­ku. Po­dob­no któ­ryś z ofi­ce­rów po­kwi­to­wał od­biór ob­ra­zu i… tyle go wi­dzia­no. Po pro­stu znik­nął, ulot­nił się, roz­pły­nął w po­wie­trzu. Dzi­siej­sza war­tość tego ar­cy­dzie­ła sza­co­wa­na jest na oko­ło 250 mi­lio­nów do­la­rów.

W tym sa­mym cza­sie za­gi­nął rów­nież kor­dzik mar­szał­ka wy­sa­dza­ny bry­lan­ta­mi. Losy tego przed­mio­tu uda­ło się od­two­rzyć. Za­brał go po­rucz­nik Wal­la­ce Ste­ven­son. Po­dob­no za pie­nią­dze uzy­ska­ne z jego sprze­da­ży za­mie­rzał ku­pić far­mę. Nie wia­do­mo, dla­cze­go tego nie zro­bił. Wy­dłu­bał bry­lan­ty, od­krę­cił rę­ko­jeść i wy­rzu­cił klin­gę. Do­pie­ro wie­le lat po woj­nie jego syn od­na­lazł po­zo­sta­ło­ści i sprze­dał je za kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów. Znaw­cy oce­nia­ją war­tość kor­dzi­ka na mi­lion do­la­rów.

Po za­trzy­ma­niu Görin­ga Ame­ry­ka­nie po­zba­wi­li go od­zna­czeń woj­sko­wych. Me­da­le te, a tak­że bu­ła­wę mar­szał­kow­ską i oso­bi­sty szty­let do dziś moż­na oglą­dać w Mu­zeum Woj­sko­wym Aka­de­mii West Po­int. Bo­ga­to in­kru­sto­wa­na bu­ła­wa war­ta jest po­nad mi­lion „zie­lo­nych”. Z ko­lei w Na­ro­do­wym Mu­zeum Pie­cho­ty w Fort Ben­ning w Geo­r­gii prze­cho­wy­wa­ny jest miecz, któ­ry Göring otrzy­mał w pre­zen­cie od przy­wód­cy Włoch, Be­ni­to Mus­so­li­nie­go. W 1947 roku pod okiem ofi­ce­ra Gor­do­na Gil­keya prze­wie­zio­no do Wa­szyng­to­nu 11 ty­się­cy ob­ra­zów. Naj­cen­niej­sze z nich znaj­du­ją się obec­nie w pod­ziem­nym schro­nie Cen­trum Mu­zeum Woj­ska w Pen­ta­go­nie.

Żoł­nie­rze nie­jed­no­krot­nie trak­to­wa­li kosz­tow­no­ści jak łupy wo­jen­ne. Ci, któ­rym pró­bo­wa­no udo­wod­nić kra­dzież, prze­ko­ny­wa­li, że za­po­bie­ga­li tyl­ko prze­ję­ciu cen­nych przed­mio­tów przez Ar­mię Czer­wo­ną. Ta­kich ar­gu­men­tów uży­wa­li mię­dzy in­ny­mi zło­dzie­je he­skich skar­bów ko­ron­nych. Po­dob­nie tłu­ma­czy­li się żoł­nie­rze, któ­rzy złu­pi­li za­mek Her­man­na Görin­ga w Val­den­ste­in. Skra­dzio­ne wte­dy przed­mio­ty od­zy­ska­no pod­czas szcze­gó­ło­wej re­wi­zji w ame­ry­kań­skich ko­sza­rach.

W 1981 roku Kon­gres prze­gło­so­wał usta­wę umoż­li­wia­ją­cą zwrot Niem­com dzieł sztu­ki. W cią­gu 20 lat Ame­ry­ka­nie od­da­li oko­ło 1/3 tych dzieł. Po­nad 6 ty­się­cy ma­lo­wi­deł nadal jed­nak znaj­du­je się w po­sia­da­niu ich sił zbroj­nych.

Oczy­wi­ście Ro­sja­nie znaj­do­wa­li kry­jów­ki na­zi­stów i opróż­nia­li je z rów­ną, je­śli nie więk­szą do­kład­no­ścią co ich za­chod­ni so­jusz­ni­cy. Za­nim zna­leź­li się na te­ry­to­rium Nie­miec, zdą­ży­li już zdo­być spo­rą prak­ty­kę w Pol­sce. Od po­nad roku od­kry­wa­li wy­peł­nio­ne po brze­gi schow­ki na szla­ku wio­dą­cym od kra­jów bał­tyc­kich, przez Śląsk, do Ber­li­na. Po­cząt­ko­wo chcie­li od­zy­skać wła­sne dzie­ła, ale nie­zwy­kle be­stial­skie znisz­cze­nia, ja­kich do­pu­ści­li się wo­bec nich Niem­cy, za­chę­ca­ły do bra­nia wszyst­kie­go, co wpa­dło im w ręce.

Choć eks­per­ci sza­cu­ją, że oko­ło 250-600 ty­się­cy dzieł zra­bo­wa­nych przez hi­tle­row­ców do dziś nie zo­sta­ło zwró­co­nych, do re­sty­tu­cji do­cho­dzi co­raz czę­ściej. Przy­czy­ni­ły się do tego usta­le­nia kon­wen­cji wa­szyng­toń­skiej z 1998 roku, w któ­rej przed­sta­wi­cie­le 44 państw zo­bo­wią­za­li się do zba­da­nia swo­ich zbio­rów i do pod­ję­cia wszel­kich sta­rań w celu zwro­tu znaj­du­ją­cych się w ich po­sia­da­niu dzieł sztu­ki pra­wo­wi­tym wła­ści­cie­lom.

7.