Fajbus. 997 przypadków z życia - Michał Fajbusiewicz, Magda Omilianowicz - ebook
Opis

Twórca kultowego programu „Magazyn 997”, który przez lata elektryzował całą Polskę. Człowiek orkiestra, dziecko szczęścia, miłośnik dobrej zabawy, dziennikarz, wymagający szef, zdyscyplinowany, choć rozrywkowy. Szczerze opowiada o sobie, o plusach i minusach sławy, kulisach pracy dziennikarza i swej przewrotnej naturze. Nie oszczędza też TVP, do której niedawno wrócił, lecz na bardzo krótko...

Ma na koncie sporo:

- mnóstwo programów, w których badał zagadkowe zbrodnie sprzed lat, uczył, jak strzec się przed przestępcami, edukował – razem ze znanymi aktorami – jak nie wpaść w sidła naciągaczy

- kilkaset filmów dokumentalnych

- doświadczenia zdobywane podczas podróży – objechał niemal całyświat

- tysiące fotografii, szczególnie cykle portretów oraz życzliwość całego grona wiernych przyjaciół, choć trzeba przyznać, że nie mają z nim lekko, jako że co i rusz zastawia na nich pułapkę.

 

Michał Fajbusiewicz to nie tylko legenda telewizji. Ten facet stał się bohaterem masowej wyobraźni i nauczył nas, czym jest prawdziwa zbrodnia.

Wojciech Chmielarz, pisarz

 

Człowiek, który zmienił spojrzenie na zbrodnię.

Katarzyna Puzyńska, pisarka

 

Profesjonalista pełną gębą... Tak naprawdę to ludzie niewiele o nim wiedzą.

Jan Tomaszewski, były bramkarz polskiej reprezentacji

 

Fajbusa kocham od lat za jego wielką i często niedocenioną twórczość. Jest bardziej aktorem niż redaktorem, ale aktorem z najwyższej półki. Powinien na stałe mieć przed sobą kamerę.

Emilia Krakowska, aktorka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 257

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: ZESPÓŁ
Korekta: JOANNA WYRZYKOWSKA
Projekt okładki: F25 Production House i 23Heroes
Autor okładki: ANDRZEJ WĄSIK www.andu.pl
Zdjęcie na okładce: ŁUKASZ FABIŚ
Skład i łamanie: TYPO2 Jolanta Ugorowska
Redakcja techniczna i produkcja: LESZEK MARCINKOWSKI
Zdjęcia pochodzą z archiwum Michała Fajbusiewicza z wyjątkiem oznaczonych inaczej. Staraliśmy się dotrzeć do wszystkich Autorów fotografii. Jeśli kogoś pominęliśmy, prosimy o kontakt w celu dopełnienia formalności.
Książka przygotowana we współpracy z Firmą wydawniczą SEZAMM Małgorzata Maruszkin www.sezamm.pl
Copyright © Michał Fajbusiewicz, Magda Omilianowicz, 2019 Copyright © Kompania Mediowa sp. z o.o., 2019 Wszystkie prawa zastrzeżone/All rights reserved
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-951569-9-1
Wydawca: Kompania Mediowa sp. z o.o. ul. Macedońska 74, 02–761 Warszawa, Polskawww.kmbooks.plwww.kompaniamediowa.pl
Konwersja: eLitera s.c.

CO WY WIECIEO FAJBUSIE?

Myślisz: „Michał Fajbusiewicz”, mówisz: „Magazyn Kryminalny 997”. I jest w tym sporo racji. Przeszło siedemset zrealizowanych odcinków, ponad trzystu przestępców schwytanych dzięki programowi i w najlepszym czasie siedemnaście milionów widzów. Program bił rekordy popularności, a wyprzedzał go jedynie kultowy serial „Niewolnica Isaura”. W programie i poza nim wiele się działo. Dwukrotnie wystąpili tam prawdziwi mordercy, jeden z odcinków poświęcono byłej narzeczonej dziennikarza. Niektóre z niewyjaśnionych spraw do dzisiaj nie dają mu spokoju, a do gróźb pozbawienia życia zdążył przywyknąć. Podczas realizacji programu zdarzały się niebywałe dramaty, ale – dochodziło też do sytuacji komicznych. Dzięki opowieściom Fajbusiewicza będziecie mieli wyjątkową okazję zajrzeć za kulisy „997”.

Ale Fajbusiewicz ma oblicze nie tylko kryminalne.

To niezwykle barwna postać. Zanim trafił do telewizji, imał się jedenastu zawodów. Był m.in.: kaowcem, kelnerem, kierownikiem ośrodka wypoczynkowego, laikarzem. Różnorodność doświadczeń dla dziennikarza bezcenna.

Człowiek renesansu, człowiek orkiestra. Gawędziarz, którego można słuchać godzinami. Niewielkim mankamentem tych wielogodzinnych rozmów są liczne dygresje, ale nie ma ludzi bez wad.

Magda Omilianowicz stara się dociec, kim tak naprawdę jest Fajbus.Fot. A. Wyrzykowski

Pamiętam próbę kamerową Michała. Wskazywałem na pewne niedociągnięcia językowe, na to, że źle wymawia końcówki itp. Michał przyjmował moje uwagi z godnością i uśmiechem. Miał dystans, sam się z siebie śmiał, a to dobrze wróżyło. Pamiętam też jeden z pierwszych jego pomysłów. Chciał pokazać dzień z życia kamieniarza z cmentarza na Dołach. Od razu było widać, że chłopak czuje dziennikarstwo, ma je we krwi. Nigdy nie trafił nam się nikt z takim potencjałem. Decyzja była oczywista, zaczyna pracować w TVP. Jego determinacja, pracowitość, no i talent, pozwoliły mu się stać tym, kim do dzisiaj jest. Naprawdę zapracował na swoją pozycję.

ZBYSZEK ZALIŃSKI, ZASTĘPCA KIEROWNIKA WYDZIAŁU INFORMACJI W TVP ŁÓDŹ,KTÓRY PRZYJĄŁ FAJBUSA DO PRACY

Zrealizował dwieście dokumentów i reportaży telewizyjnych, w tym dla niego najważniejszy – o profesorze Janie Karskim. Napisał 420 felietonów do „Angory” i setki artykułów do innych magazynów. To globtroter, był w 150 krajach. Koneser dobrej kuchni, alkoholu, miłośnik doborowej kompanii i znawca mody. Przyjaciel aktorów, birbant, człowiek niezwykle towarzyski. Przyjaciele mówią, że w jego życiorysie brakuje tylko, aby wjechał do salonu na koniu... jak Wieniawa. Król życia. Można uczyć się od niego zdyscyplinowania i w pracy, i w balangowaniu. Kiedy pracuje, to na sto procent. Kiedy baluje, też się nie oszczędza.

Punktualny i rzetelny, czego wymaga też od innych. Nigdy nie używa budzika, bo ma wmontowany własny, wewnętrzny. Jeśli musi wstać o trzeciej nad ranem, to ocknie się dziesięć minut wcześniej.

– Tak mam i już. Mogłem zjechać ze zdjęć o czwartej rano, a musiałem być na operatywce w telewizji o dziewiątej, to budziłem się o ósmej. Zdążyłem się wykąpać, wsiąść w auto i pojechać do redakcji – mówi.

Fajbus – jak nazywają go znajomi – kilka razy otarł się o śmierć, za to nigdy nie cierpiał na bóle głowy i żołądka. Śmieje się, że widocznie nie ma takiej funkcji organizmu.

Do telewizji przyjmowali go z otwartymi ramionami, a potem kilkakrotnie z hukiem i bez skrupułów wyrzucali.

Dokonał tak wiele, poznał niebywałe postacie, jego barwne życie jest świetnym materiałem na film. Ostra jazda, mnóstwo zabawnych i mniej zabawnych przygód, niezwykłych perypetii i tragicznych wydarzeń.

Mówi, że jest dzieckiem szczęścia, bo nigdy o nic nie zabiegał, nikogo nie prosił, a życie cały czas płata mu figle i przynosi nowe wyzwania. Choć, jak otwarcie przyznaje, nie dba o siebie, energii może mu pozazdrościć niejeden trzydziestolatek. Właśnie wrócił z wyprawy z przyjaciółmi na Nowosądecczyznę, wpadł na chwilę do Warszawy, by kręcić kolejne odcinki dla telewizyjnego kanału Crime+Investigation. Potem kilka dni z żoną, w ich azylu na Pojezierzu Drawskim, i powrót do stolicy na premierę sztuki „Inni Ludzie” w teatrze Grzegorza Jarzyny, w której gra siebie. Przed spektaklem zdążył jeszcze nagrać w studiu przebój „Konik na biegunach” z własnym tekstem, w prezencie na siedemdziesiąte piąte urodziny przyjaciela z USA, Michała Hochmana, który wylansował tę piosenkę w latach sześćdziesiątych, w radiowej „Trójce”. Za kilka tygodni wybiera się do środkowej Afryki.

– Ja niczego nie planuję, to dzieje się samo. I tak przez całe życie – mówi.

A może Fajbus – cytując słynnego artystę Józefa Wilkonia – kieruje się zasadą: „Nie siadaj, bo nie wstaniesz”? I wszystkie poczynania oraz tempo życia, jakie sobie narzucił, biorą się z lęku przed bezczynnością, marazmem i twórczą impotencją, więc woli nie siadać?

Jeśli chcecie bliżej poznać człowieka, który z poważnych powodów nie lata helikopterem i nie nosi sandałów, któremu zdarzało się kręcić „na Amerykana”, który uchodził za rosyjskiego mafioso, a innym razem – za terrorystę, który wybrał się do opery w szortach i w t-shircie, i który daje sobie radę podczas sekcji zwłok, ale jak w jego towarzystwie ktoś je ryby, to przesiada się do innego stolika... Jeśli chcecie się dowiedzieć, co skrywa jego piwnica przerobiona na stylowy salon – to ta książka jest dla Was.

Poznacie tajniki pracy na planach filmowych i poczytacie, jak potrafią się bawić ludzie związani z telewizją.

To będzie także podróż do – często absurdalnych – czasów peerelu, przez które Michał prowadzi nas z niezwykłą lekkością, swadą i poczuciem humoru, bo nawet przy tak poważnych tematach, jak morderstwa, zdarzają się sytuacje wielce humorystyczne.

Z jednej strony Michał Fajbusiewicz jest jak surfer niesiony przez dobre fale, z drugiej przeżył niebywałe dramaty i tragedie. Nie pojawia się na „Pudelkach” czy „Plotkach”, bo oboje z żoną – Bożenką – cenią prywatność.

Kilka razy cudem uniknął śmierci, wydał więc stosowne instrukcje, dotyczące własnego pogrzebu.

Uchylmy zatem rąbka tajemnicy. Kim tak naprawdę jest ten Fajbus?

CAŁE ŻYCIEZ BANDZIORAMI

– Często się w życiu bałeś?

– Zdarzało się, w różnych sytuacjach.

– „Magazyn Kryminalny 997” to lwia część twojego zawodowego życia. Przyczyniłeś się do zatrzymania wielu bezwzględnych przestępców, co jest niezaprzeczalnym sukcesem, ale tym pozbawionym skrupułów ludziom kończyły się wyroki, opuszczali więzienia i mogli szukać zemsty na redaktorze, przez którego zostali zapuszkowani. Wiele razy ci grożono? Bałeś się o swoje życie?

– Wielokrotnie dostawałem listy z pogróżkami, niektóre groźby zgłaszałem do prokuratury, ale tam uważali, że nie było znamion przestępstwa i umarzali, a ja się nie odwoływałem. Pamiętam trzy niebezpieczne historie związane z moimi programami, kiedy rzeczywiście miałem pietra.

– Wszystkie łączyły się z „997”?

– Nie, pierwszy raz to było przy „Ekspresie Reporterów”. Byłem jednym z dziennikarzy tworzących ten program, emitowany dwa razy w tygodniu, w 1983 roku. Na żywo prowadził go Andrzej Królikowski, był też jego szefem. Obaj byliśmy z Łodzi, więc „Królik” wszystkie listy od widzów, które przychodziły do programu, przywoził mi w teczce. Miałem prawo pierwszego wyboru, a reszta trafiała do dziennikarzy z ośrodków lokalnych. Zrobiłem do „Ekspresu” program, który nigdy się nie ukazał, reportaż „Pałace Ziemi Obiecanej”. W latach osiemdziesiątych wokół Łodzi powstał wianuszek takich bizantyjskich budowli, wielkich pałaców, które wybudowali Cyganie. Do tej pory można je zobaczyć w Zgierzu. Chciałem się dowiedzieć, skąd u nich potrzeba wznoszenia czegoś tak przedziwnego, bo przecież Cyganie nigdy nie stawiali podobnych budowli. Z dzieciństwa pamiętam, jak chodziliśmy podglądać tabory, wozy, ogniska. W tych wozach były szyby tak wielkie jak dzisiaj w supermarketach, a Cyganki – które kradły – jak ktoś krzyczał: „złodziejki!”, to podnosiły spódnice, pod którymi nie miały majtek, więc jako dzieciaki oglądaliśmy „bobry” tych pań.

I podczas zdjęć w tym Zgierzu, z trzech czy czterech miejsc, pogonili nas panowie z nożami. Nie skończyliśmy kręcić tego, co zaplanowaliśmy, ale stwierdziłem, że mam wystarczająco dużo materiału. Rano przyszedłem do telewizji, zdążyłem zdjąć kurtkę, dzwonią z portierni: „Panie redaktorze, goście do pana”. Schodzę, a tam stoi ze trzydziestu Cyganów i taki wielki mówi mi: „Mam do ciebie jedno zdanie. Jak kiedykolwiek się w telewizji ukaże to, co wczoraj nakręciłeś, masz kosę prosto w serce”. Odwrócili się i wyszli, a ja nawet nie poszedłem do naczelnego, tylko odłożyłem materiał na półkę.

„Królik” zapytał mnie po kilku dniach, jak z tym tematem o zamkach cygańskich, powiedziałem, że nie wyszło, że się nie podjąłem.

– Kolejna groźna sytuacja jest niezwykła z kilku powodów. I zatrzymania sprawcy, i tego, co wydarzyło się później.

– To było głośne morderstwo w Krakowie. Zginął przedsiębiorca, którego w okrutny sposób zamordował pracownik, Emil Pasternak. Zabetonował ofiarę w dwustulitrowej beczce. Wysłano za nim list gończy, zdjęcia ukazały się w gazetach. A tymczasem on zatrudnił się w Poznaniu. Nowy pracodawca rozpoznał go na zdjęciu w „Trybunie Ludu”, ale bał się zadzwonić na policję. Kiedy zobaczył w naszym programie, jak Pasternak morduje, jak kryminalni rozcinają tę beczkę, to nie wytrzymał, sięgnął po słuchawkę i zawiadomił policję. Gdybym nie pokazał tej sprawy w programie, a on jej nie zobaczył, to nie wiadomo, czy nie byłby kolejną ofiarą. Tak działa na ludzi przekaz telewizyjny.

– Emil Pasternak był podejrzewany też o inne morderstwa, ale mu ich nie udowodniono. Jaki dostał wyrok?

– Trafił w moratorium na wyroki śmierci, a nie było jeszcze dożywocia, więc dostał 25 lat. Za dobre sprawowanie miał wyjść po 12,5 roku i przed wyjściem z więzienia napisał do mnie list, że kiedy już będzie swobodny, to się ze mną rozliczy za moje kłamstwa. Uznałem, że mi grozi i tym razem tak samo uznała prokuratura, więc dostał za to półtora roku, co nie było szczególnie dotkliwe, ale ponieważ działał w warunkach recydywy, to odwiesili mu 12,5 roku i zrobiło się z tego 14 lat. Minęło sporo czasu i już o tej sprawie zapomniałem, kiedy dwa lata temu w jednym z programów Crime+Investigation gościła pani rzecznik więzienia, w którym Pasternak odsiaduje wyrok. Zapytała mnie, czy coś mi mówi jego nazwisko. „To on jeszcze żyje?” – zdziwiłem się. „Nie dość, że żyje, to przez ostatnie lata cały czas ćwiczy na siłowni. Trzy razy dziennie podnosi ciężary”. Psycholog zapytał go niedawno, po co tyle ćwiczy, mając ponad 76 lat. Odpowiedział: „Bo ja muszę się rozliczyć z panem Fajbusiewiczem”.

Z planu filmowego „997” – 1988 r. Zdarzało się, że kręciliśmy „na Amerykana”. To znaczy zakładało się kasetę na górę, kamera terkotała, ale taśmy w środku nie było. Później przeszliśmy na kamery cyfrowe.

– Uparty facet. Przypomina to scenę z „Przylądka strachu”, kiedy Robert de Niro ćwiczy codziennie w celi, żeby po wyjściu odpłacić adwokatowi, który nieskutecznie go bronił. Zgłosiłeś to?

– Jeszcze nie, ale chyba powinienem znowu wysłać notkę do prokuratury.

– Trzecia ze spraw zawodowych kosztowała cię najwięcej nerwów.

– To fakt, i to też był materiał, który nigdy nie ukazał się w telewizji. Chodziło o wielki gang znanego gangstera, którego potem zabito – Nikosia. Działali wtedy głównie na terenie Niemiec i byli poszukiwani. Nakręciłem materiał, emisja miała być za trzy, cztery tygodnie, ale odebrałem telefon z Komendy Głównej Policji. Poproszono mnie, żebym nie pokazywał tego materiału, ponieważ oni, rozumiesz, Komenda Główna – nie są w stanie zapewnić mi bezpieczeństwa, a mają informację, że albo będę miał ładunek wybuchowy pod samochodem, albo zostanę odstrzelony przez strzelca wyborowego. Taśma trafiła na półkę, a ja przez dwa miesiące wychodziłem albo wyjeżdżałem z domu czy z telewizji przez pół godziny. Patrzyłem przez okna, czy stoją jakieś nieznane samochody, rozglądałem się po dachach. A zanim wsiadłem do auta, kładłem się na asfalcie i sprawdzałem, czy coś jest pod spodem przyczepione. Nie zlekceważyłem ostrzeżenia, bo w tamtym czasie samochody wylatywały w powietrze, a na ulicach odbywały się mafijne egzekucje. Najbardziej przykre było to, że ci, w których zawsze wierzyłem – czyli Komenda Główna – okazali się bezradni, bo nie byli w stanie dać mi ochrony. To mnie trochę załamało, bo pracowałem dla nich, rozwiązywałem im sprawy, a w takiej sytuacji zostałem pozostawiony sam sobie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki