Ewa - Verena Kessler - ebook

Ewa ebook

Kessler Verena

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czy sprowadzanie dzieci na dzisiejszy świat ma jakikolwiek sens? Aktywistka Eva Lohaus uważa, że prokreacja w dobie katastrofy klimatycznej jest nieodpowiedzialna. Podczas gdy sama mierzy się ze społecznym ostracyzmem i osobistymi konsekwencjami odsłonięcia w mediach społecznościowych jej radykalnej wizji, siostry Sina i Mona przeglądają się nawzajem we własnych, zgoła odmiennych wyborach życiowych. Z daleka sobie zazdroszczą, z bliska manifestują wobec siebie poczucie wyższości.

Z zaciekawieniem przysłuchujemy się argumentom trzech kobiet za i przeciw macierzyństwu, aż na scenie pojawia się czwarta – sąsiadka Mony, której doświadczenie podważa wszystko, co do tej pory kobiety powiedziały na temat rodzicielstwa. Precyzyjna, oszczędna proza Vereny Kessler rysuje przejmujące portrety współczesnych mieszkanek zachodniego świata, z których każda udziela innej odpowiedzi na pytanie, czy warto zostać matką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 229

Data ważności licencji: 4/3/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



I

Eva Lohaus przyszła w towarzystwie suczki golden retriever, którą przedstawiła mi jako Maddie. „Tak jak ta zaginiona dziewczynka?”, o mały włos nie zapytałam. Uśmiechnęłam się jednak tylko i popatrzyłam, jak zwierzę grzecznie kładzie się pod stołem.

– Dobrze wychowana – pochwaliłam.

– Owszem – przytaknęła. – Z psami tak się da.

Szefowa działu ostrzegała mnie, że ta Lohaus jest specyficzna, miałam się nie dać zastraszyć. Machnęłam ręką i odparłam, że przecież potrafię zadać kilka pytań mało obeznanej z mediami nauczycielce i nie stracić przy tym rezonu, lecz teraz wcale nie byłam tego taka pewna. Ta kobieta miała w sobie jakąś naturalną przewagę, która przywoływała w mojej głowie wspomnienie chwili, gdy stoję przy tablicy i nie umiem rozwiązać zadania. Lohaus zamówiła herbatę, ja zrobiłam tak samo. Kiedy kelnerka odeszła od stolika, położyłam na środku dyktafon i włączyłam nagrywanie.

– No więc słucham – powiedziała i spojrzała na mnie wyczekująco.

Czułam trzepotanie w żołądku, chciałam położyć rękę na brzuchu, ale wzięłam się w garść.

– Pani Lohaus, w eseju Antykoncepcja ratuje życie opowiada się pani za tym, żeby ludzie przestali się rozmnażać i w ten sposób zrobili coś dla powstrzymania kryzysu klimatycznego. Tekst wywołał niemałe oburzenie, stał się przedmiotem emocjonalnej dyskusji, a pani grożono nawet śmiercią. Czy spodziewała się pani takiej reakcji?

Ruszyła do odpowiedzi, zanim jeszcze z moich ust padło ostatnie słowo. Znów ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie, że zadałam zbyt oczywiste pytanie.

– Naturalnie. Rzecz jasna, że się spodziewałam. Niemcy ruszają na barykady, nawet jak im się zaproponuje, żeby jedli mniej kiełbasek. A temat dzieci to już szczyt wszystkiego, absolutne tabu. Choć, prawdę mówiąc, nikt nie chciał mnie dobrze zrozumieć. Nigdy nie powiedziałam, że teraz musimy uśpić wszystkich poniżej dziesiątego roku życia. – Przeczesała dłońmi ciemnoblond loki, gdzieniegdzie poprzetykane siwymi pasmami, na moment zebrała włosy na karku, a potem oparła przedramiona na stole. – Trochę to wszystko śmieszne.

Kelnerka przyniosła nasze zamówienie. Nastąpiła krótka pauza, w trakcie której obie zamoczyłyśmy we wrzątku torebki z herbatą.

– Pisze pani, że rezygnacja z dziecka może przyczynić się do zredukowania pięćdziesięciu ośmiu i sześciu dziesiątych ton dwutlenku węgla rocznie. To, w jaki sposób wyznaczono tę liczbę, zdążyło się spotkać z ostrą krytyką, lecz nawet jeśli przyjmiemy, że jest prawdziwa, to czy rzeczywiście nie istnieje żaden inny sposób niż rezygnacja z potomstwa?

Roześmiała się, jakby nie mogła uwierzyć, że naprawdę zadałam to pytanie. Jakby tłumaczyła mi to już z tysiąc razy, a ja okazałam się mało pojętna.

– Jasne – odparła. – Oczywiście wszyscy możemy zrezygnować z samochodów i elektryczności, przestać latać, nie jeść mięsa, radykalnie ograniczyć konsumpcję i żyć w małych, nieogrzewanych mieszkaniach. Lecz nawet wtedy wciąż pozostanie kwestia tego, czym mamy się odżywiać. Powierzchnie uprawne to skończone zasoby, każdy ścięty las, każdy bagienny teren, który musi ustąpić miejsca rolnictwu, wszystko to tak naprawdę prowadzi do dalszej emisji gazów cieplarnianych. Łowiska morskie są przełowione, w zasadzie puste, nie potrzeba więc nam więcej koneserów paluszków rybnych. Na skończenie dużej planecie nie może trwać nieskończony rozwój. To wynika z prostego rachunku.

Uniosła na chwilę ramiona i spojrzała na mnie, jakby chciała się upewnić, czy w końcu pojęłam. Potem zdjęła porcelanową przykrywkę z filiżanki i wyciągnęła torebkę z herbatą. Nie wisiała w wodzie nawet dwóch minut.

– A zatem twierdzi pani, że należałoby raczej tym, którzy już pojawili się na świecie, umożliwić przyjemne życie bez ograniczeń?

– Twierdzę, że nieposiadanie dzieci oszczędza cierpienia. Wszyscy musimy sobie uświadomić, że każde dziś urodzone dziecko będzie z całą bezwzględnością odczuwać skutki kryzysu klimatycznego. Prawdopodobnie dojdzie do wojen o zasoby, a wojny te dotkną całą planetę. Najlepsze, co rodzice mogą zrobić dla swoich dzieci, to w ogóle nie sprowadzać ich na ten świat.

Wzięłam do ręki jedną z saszetek cukru stojących na środku stołu, rozerwałam ją i wsypałam zawartość do filiżanki. Właściwie wcale nie chciałam słodzić, ale potrzebowałam tych pięciu sekund, że zapanować nad swoimi uczuciami.

– Czy pani zawsze wiedziała, że nie chce mieć dzieci? – zapytałam i natychmiast tego pożałowałam.

Nie chciałam dotykać spraw osobistych, przecież nie należę do tego typu dziennikarek. Czułam, jak płoną mi policzki. Za to Eva Lohaus wydała się nagle całkowicie opanowana. Uśmiechnęła się jak ktoś, kto koniec końców ma rację.

– Nie dorabiam polityki do własnych problemów, jeśli to ma pani na myśli. Wciąż regularnie miesiączkuję.

*

Po skończonym wywiadzie pojechałam metrem do redakcji. Włożyłam słuchawki do uszu, chciałam choć na parę minut odciąć się od świata zewnętrznego. Poczułam lekkie kłucie w piersi, ale zaraz zabroniłam sobie czegokolwiek nadinterpretować, było jeszcze za wcześnie. Choć pociąg niemal świecił pustkami, na następnej stacji jakiś mężczyzna z na oko dwuletnią córeczką zajął miejsce dokładnie naprzeciwko mnie. Dziewczynka stanęła w butach na siedzeniu i małymi rączkami uderzała w brudną szybę. Kiedy zaczęła lizać okno, mężczyzna posadził ją sobie na kolanach. Miałam wrażenie, że wcześniej widziałam już gdzieś dziewczynkę, lecz ojciec nie wydawał mi się znajomy. Może gapiłam się na nią zbyt długo, bo w pewnym momencie wskazała na mnie i zaczęła się śmiać. Ojciec coś odpowiedział i też się zaśmiał, ale z powodu głośnej muzyki nic nie słyszałam. Niepostrzeżenie zmniejszyłam głośność. Dziewczynka znów pokazała na mnie palcem. Tym razem zrozumiałam.

– Mama!

– To nie mama, głuptasie – powiedział ojciec i delikatnie opuścił dziecięcą dłoń. – Wiesz przecież, że mama jest w biurze.

– Mama – powtarzała dziewczynka, cały czas się zaśmiewając. – Mama, mama!

Udawałam, że nic nie słyszę, patrzyłam przez okno. Już dawno przestałam wierzyć w tego typu znaki.

*

W pewnym momencie się zaczęło i nigdy nie skończyło. Miałyśmy po dwadzieścia kilka lat, kiedy ten temat stopniowo zaczął się pojawiać w rozmowach z koleżankami, kiedy po raz pierwszy zadałyśmy pytania, czy sobie to w ogóle wyobrażamy, jaki moment byłby najodpowiedniejszy, ile dzieci chciałybyśmy mieć i z kim. Przez chwilę wszystko wydawało się czysto hipotetyczne, zachowywałyśmy się tak, jakbyśmy miały przed sobą całą wieczność, jakby przy każdej wizycie nasze ginekolożki nie przypominały nam o tym, że nie powinnyśmy zbyt długo zwlekać. W końcu odważyła się pierwsza. „Boisz się?”, chciałam zapytać, kiedy oznajmiła mi, że jest w ciąży. „Co, jeśli ci się nie spodoba? Jeśli się zorientujesz, że to nie dla ciebie?” Nie odezwałam się jednak. Nie wyglądała na kogoś, kto się boi, a ja nie chciałam być tą osobą, która podszeptuje jej podobne myśli. Przy drugiej nie byłam już tak zaskoczona, a przy każdej kolejnej z góry wiedziałam, że zamierza mi powiedzieć o ciąży. Wszystkie emanowały radosnym zniecierpliwieniem, zanim jeszcze zdążyły ogłosić wiadomość z szerokim uśmiechem na ustach i słowami: „Mam nowinę”. Nauczyłam się w odpowiedni sposób reagować: wylewne „och, jak wspaniale!”, uściski, gratulacje, radość na twarzy. Na podorędziu miałam pierwsze standardowe pytania: „Jak się czujesz?”, „Na kiedy masz termin?”, „Kto po urodzeniu weźmie urlop na dziecko?”. Zupełnie jakbym wystawiała niewielką sztukę, tekst pozostawał ten sam, zmieniała się tylko publika. Jednak nie tylko ja byłam przygotowana – z drugiej strony też padało zwyczajowe pytanie. Nie trzeba było długo czekać, aż wystrzeli i załopocze niczym denerwujący baner reklamowy: „A kiedy wy?”.

*

Gdy tamtego wieczoru wróciłam do domu, Milo przygotował już wegetariańską lazanię i nakrył dla nas na niskim stoliku przed włączonym telewizorem. Tak najczęściej jedliśmy, jak para nastolatków, zbyt wygodni, żeby siedzieć na krzesłach. Jedno trzymało nogi na kolanach drugiego, jakbyśmy pozostawali w kontakcie tylko wtedy, kiedy nasze ciała się dotykały. Na ekranie leciał film przyrodniczy, Milo miał jakieś dziwaczne zamiłowanie do tego typu dokumentów, mówił, że uspokaja go przyglądanie się zwierzęcemu życiu zwierząt. Była to jedna z nielicznych kwestii, w której zgadzał się z moją siostrą Moną. Kiedy wyjmowałam biustonosz spod swetra i wskakiwałam w spodnie od dresu, opowiadałam mu o wywiadzie z Lohaus.

– Co o niej sądzisz? – zapytałam i klapnęłam obok niego na kanapie.

– Nic, rzecz jasna – odpowiedział.

Nałożył nam na talerze po wielkim kawałku lazanii.

– Ale czy ona nie ma trochę racji? – zastanawiałam się. – Mniej ludzi, mniej CO2. Całkiem niezły plan, żeby uratować Ziemię. Poproszę więcej sera.

Milo spojrzał na mnie tak, jakbym oznajmiła, że człowiek nigdy nie wylądował na Księżycu. Potem zsunął mi ze swojego talerza kawałek zapieczonego sera.

– A dla kogo mielibyśmy ratować Ziemię, skoro nikogo na niej nie będzie? – zapytał.

– Dla przyrody? – rzuciłam. – Dla zwierząt? Może dla jej golden retrievera.

Włożyłam kawałek do ust, ale wciąż był za gorący, tylko poparzyłam sobie język.

– Ona ma psa?

Skinęłam głową, nadal zajęta obracaniem w buzi gorącego jedzenia, które chciałam ostudzić przed przełknięciem.

– Suczkę. Maddie.

Milo parsknął z dezaprobatą i wsunął do ust widelec z wielkim kawałkiem lazanii. Jakby zupełnie nie przeszkadzało mu, że wciąż buchał od niej żar.

– Co znowu? – zapytałam.

Pokręcił głową i zaczął mówić z pełną buzią.

– Co za hipokryzja. Zabrania mieć dzieci innym ludziom, a sama trzyma zwierzę, które codziennie zżera kilka puszek mięsa.

– Ty chyba nie lubisz zwierząt.

Milo przyjrzał mi się spod przymrużonych powiek i capnął z mojego talerza ser, który dopiero co mi odstąpił. Przez chwilę walczyliśmy na widelce, gdy jednak odrobina sosu pomidorowego wylądowała na sofie, ogłosiliśmy rozejm. Milo podgłośnił telewizor. Pingwini ojciec właśnie zwymiotował na wpół strawioną rybę do gardła swojego młodego.

– Chore – skwitowałam.

– Ty chyba nie lubisz zwierząt – odciął się Milo.

*

Trzy tygodnie wcześniej Milo i ja zdecydowaliśmy, że ostatni raz spróbujemy jeszcze w ten sposób. Leżeliśmy na łóżku, ja z twarzą ukrytą w jego swetrze i termoforem na brzuchu.

Oczywiście, że się badaliśmy. Spermiogram, oznaczenie poziomu hormonów, badanie drożności jajowodów, pełen pakiet. Fizycznie wszystko bez zarzutu, oboje byliśmy zdrowi. Dopiero stopniowo zaczęło do nas docierać, że to najgorsza możliwa diagnoza. Ponieważ nie istniała żadna przyczyna, nie dało się usunąć błędu.

– Oczywiście mogą państwo dalej starać się począć w sposób naturalny – powiedziała lekarka podczas naszej ostatniej wizyty w klinice leczenia niepłodności. – Radziłabym jednak państwu zastanowić się nad możliwością sztucznego zapłodnienia.

Po plecach przeszedł mi zimny dreszcz. Wszystko w tych słowach wzbudzało moją nienawiść. Nie chciałam zostać zapłodniona, a już na pewno nie sztucznie. Spróbujmy więc jeszcze raz tak, powiedzieliśmy sobie, kiedy krótko potem dostałam miesiączki, ostatni raz, a potem zdecydujemy, czy chcemy zrobić kolejny krok, czy odpuścić. Żadne z nas nie powiedziało na głos, że możemy się w tej kwestii nie zgodzić.

*

Kiedy Milo uległ wypadkowi, znaliśmy się dopiero od kilku tygodni. Pracował na dużej budowie. Jakieś nieporozumienie z operatorem dźwigu i ręka Mila znalazła się między ziemią a betonową płytą. Po jednej stronie dwie tony, po drugiej kilka kości. Przez parę dni nie miałam od niego żadnej wieści, już zaczynałam godzić się z tym, że to koniec, myślałam, że pomyliłam się co do niego, a on okazał się jednym z tych facetów, którzy po prostu przestają się odzywać. Wtedy przysłał mi esemesa ze szpitala. Pytał, czy mam mocne nerwy, czy odważę się go odwiedzić. Napisał mi, że musieli mu amputować mały palec, palec serdeczny i połowę środkowego palca u lewej ręki, nastawiłam się więc na to, żeby go wspierać, pocieszać, dodawać mu otuchy. Ale Milo tryskał humorem.

– Lepiej niż żebym stracił kciuka i palec wskazujący, prawda? – powiedział i się roześmiał.

Tamtego dnia w szpitalu zakochałam się w nim.

Za każdym razem, kiedy do sali zaglądały pielęgniarki, żartował z nimi i wołał, że chciałby złożyć reklamację.

– Tutaj brakuje części! A ten nie jest kompletny!

Wiedziałam, że chciałabym z kimś takim spędzić życie. Z człowiekiem, którego nic nie może złamać.

Firma musiała wypłacić mu odszkodowanie, ponieważ nie spełniono norm bezpieczeństwa. Za otrzymane pieniądze latem wybraliśmy się w pierwszą wspólną podróż. Przez trzy tygodnie zjeździliśmy wybrzeże Albanii, od Sarandy do Durrës. Bez określonego planu – zatrzymywaliśmy się tam, gdzie nam się spodobało, spontanicznie rezerwowaliśmy noclegi. Jeździliśmy autobusem albo stawaliśmy na poboczu drogi, czekając, aż ktoś nas zabierze. Dziwiło mnie, jak bardzo jesteśmy zgodni w naszych decyzjach, dopóki nie dotarło do mnie, że Milo we wszystkim mi się podporządkowuje. Kiedy go o to zagadnęłam, przyznał, że nie ma najmniejszej ochoty na dyskusje. Większość spraw jest przecież na tyle nieistotna, że nie warto się o nie kłócić, chce spędzić ze mną miło czas, a jeśli ja jestem zadowolona, to on też. Kiedy następnym razem mieliśmy postanowić, czy idziemy pieszo, czy też wypożyczamy motorowery, zwlekałam z wyrażeniem własnego zdania, Milo był więc zmuszony sam podjąć decyzję. Kosztowało mnie trochę wysiłku, by nie narzekać później, że jest zbyt gorąco na pieszą wędrówkę, a trasa idealnie nadawałaby się na krótką przejażdżkę. Wkrótce znów wróciliśmy do dawnego schematu.

Tylko w łóżku Milo jasno komunikował, czego chce. Seks z nim wydawał się tak łatwy jak kolorowanie według cyfr. Kierował moje ręce dokładnie tam, gdzie chciał je czuć, mówił mi, jak mam się poruszać i obracać, nadawał tempo i pewnie prowadził nas do punktu kulminacyjnego. Kiedy od czasu do czasu zdobywałam się na odwagę, żeby powiedzieć mu o swoich życzeniach, Milo z reguły je ignorował.

– A więc tego chcesz, tak? – mówił i robił coś kompletnie innego.

Sama nie rozumiałam, dlaczego mnie to tak kręci.

Zawsze gdy wspominałam nasz pierwszy urlop, w myślach nazywałam ten czas „Milo – kurs podstawowy”. W ciągu trzech tygodni dowiedziałam się wszystkich najistotniejszych rzeczy, które powinnam o nim wiedzieć. Na przykład, że za najważniejszych ludzi w swoim życiu uważa rodzeństwo. Miał dwóch braci i siostrę. Urodzili się niemal rok po roku, łączyła ich bliska więź. Milo był najmłodszy. To tak, jakby przy urodzeniu miał już przyjaciół, wyjaśnił mi. Nawet teraz, gdy wszyscy mieszkają daleko, tak naprawdę nigdy nie czuje się sam. Codziennie wysyłał mnóstwo wiadomości tekstowych na czacie rodzinnym, a wieczorami często razem odsłuchiwaliśmy głosówki rodzeństwa, w których opowiadali o swoim dniu. Najstarszy brat i siostra byli już rodzicami, wkrótce na świecie miała się pojawić pierwsza pociecha średniego brata. Kiedy Milo pokazywał mi zdjęcia i filmiki swoich bratanków i siostrzeńców, na jego twarzy pojawiał się ten szczególny wyraz. Na początku nie potrafiłam go właściwie odszyfrować, potem jednak uświadomiłam sobie, że to mieszanina miłości i bólu.

Oczywiście opowiadałam mu też o Monie. O tym, że jako dzieci byłyśmy nierozłączne, ciągle do siebie przyklejone, że nie zasnęłam, jeśli Mona nie leżała tuż obok. Czasem odnosiłam wrażenie, że jedna potrafi czytać drugiej w myślach. Tylko z nią mogłam rozmawiać szeptem, a i tak wiedziałam, że mnie zrozumie.

– Dlaczego nigdy do niej nie dzwonisz? – zapytał Milo.

Naprawdę próbowałam mu to wyjaśnić. Jesteśmy inne niż on i jego rodzeństwo, nie musimy co dzień się kontaktować, żeby być ze sobą blisko.

– Ale naprawdę nie chcesz wiedzieć, co u niej? – nie dawał za wygraną.

„A czy ona naprawdę nie chce wiedzieć, co umnie?”, miałam ochotę mu wtedy odpowiedzieć. Odkąd ma dzieci, jest bardzo zajęta, usprawiedliwiałam się bez przekonania. Milo przestał drążyć temat. Jednak tak naprawdę nigdy nie zrozumiał mojej relacji z Moną.

Ostatni wieczór naszej podróży, Tirana, czterdzieści dwa stopnie. Cały dzień spędziliśmy w klimatyzowanym pokoju hotelowym, kochając się kilka razy i oglądając albańskie opery mydlane, do których wymyślaliśmy własne scenariusze, bo nie rozumieliśmy dialogów. Wieczorem dopadł nas głód, odważyliśmy się więc wyjść na upał, żeby na koniec zjeść porządny posiłek. Nie wiem, dlaczego przyszło nam do głowy pójść na sushi do restauracji typu all you can eat, za dziesięć euro, drinki w cenie. Już w drodze do hotelu zrobiło mi się niedobrze. Miałam nadzieję, że tylko za dużo zjadłam i wypiłam, ale jak tylko wróciliśmy do pokoju, natychmiast zwymiotowałam do sedesu różowym strumieniem ryby, ryżu i dżinu z tonikiem. Od małego pokoju łazienkę oddzielały cienkie drzwi przesuwne, jednak gdy klęczałam na podłodze, i tak nie mogłam ich zamknąć. Milo wszystko widział i słyszał. Za każdym razem, kiedy chciałam wstać, w moim żołądku zaczynało bulgotać, a ja znów zwracałam jego zawartość. Po chwili Milo podszedł do mnie i położył mi dłoń na czole. Powiedział, że jestem rozpalona, i wcisnął mi do ręki butelkę wody, którą łapczywie wypiłam. Nie minęła nawet minuta i to, co przełknęłam, znów wystrzeliło na zewnątrz. Milo popatrzył na mnie z troską.

– Tracisz za dużo płynów – powiedział. – Odwodnisz się.

Słyszałam jego słowa, ale ich nie rozumiałam, mój mózg wydawał się wyłączony, wszystkie czynności kontrolowało jedynie ciało. Usłyszałam obok głos Mila, który rozmawiał przez telefon. Jego znajomość angielskiego nie była najlepsza, zdążyłam się już o tym przekonać w trakcie naszej podróży, lecz mimo to udało mu się wezwać karetkę. Zjawiła się na miejscu kilka minut później. Jak się okazało, najbliższy szpital znajdował się na tej samej ulicy, w odległości zaledwie kilkuset metrów. Na izbie przyjęć szybko dostałam ksywkę: sushi-girl. Znają ten lokal, powiedział jeden z sanitariuszy, służby sanitarne już dawno zostały poinformowane.

– But why still open? – zapytał Milo.

Sanitariusz uniósł tylko znacząco brwi i potarł o siebie kciuk i palec wskazujący. Zabrano mnie do pełnej sześcioosobowej sali i umieszczono na dostawionej leżance. Po podłączeniu do kroplówki natychmiast zasnęłam. Kiedy się obudziłam, na zewnątrz było jasno. Odwróciłam głowę na bok i wtedy zobaczyłam Mila. Skrzywiony w niezdrowej pozycji spał na krześle tuż obok mojej pryczy, z brodą opartą na piersi i plamą śliny na tiszercie. Został całą noc, chociaż hotel znajdował się zaledwie dwie minuty stąd.

– Dlaczego właściwietobie nic nie było? – zapytałam go później na lotnisku. – Przecież jadłeś to samo co ja.

Nie odpowiedział, tylko wyszczerzył się w uśmiechu i potarł o siebie kciuk i palec wskazujący lewej ręki.

– W każdym razie koniecznie musimy się postarać, żeby spędzać mniej czasu w szpitalu, jeśli mamy być razem – oznajmiłam.

– Jeśli?

*

W noc po wywiadzie nie mogłam spać. Kłucie w piersi ustało, nie rejestrowałam najmniejszego poruszenia w swoim ciele, niczego, co pozwoliłoby mi to po prostu poczuć, jak pisały niektóre kobiety na forach. Jakby ciąża była czymś w rodzaju magicznego objęcia w posiadanie, jakimś nieziemskim stanem. Ale co ja mogłam wiedzieć. Może rzeczywiście tak było, może początek życia odczuwało się jako boski wstrząs w podbrzuszu, a wszystko, co do tej pory sobie wyobrażałam, to tylko zwykłe wzdęcia. Włożyłam dłonie pod tiszert i zaczęłam macać się po brzuchu, nie mając pojęcia, czego szukam. Palcami gładziłam niewielkie wzniesienia mięśni, napinałam je, liczyłam wypukłości. Kilku miesięcy temu wróciłam do porannego treningu, a co dwa dni biegałam. Zawiesiłam na jakiś czas ćwiczenia, kiedy przeczytałam w internecie, że sport co do zasady zwiększa płodność, ale nie każdy jego rodzaj jest zalecany w fazie zagnieżdżania. Należy się skupić na aktywnościach powodujących jak najmniej wstrząsów macicy, najlepiej zaś takich, które podkreślają naszą kobiecość. Tak trafiłam na jogę płodności. Na początku naprawdę miałam wrażenie, że mi pomaga. Znalazłam mnóstwo filmów na YouTubie. Pozycje przynosiły uspokojenie i przyczyniały się do tego, że moje bóle w krzyżu niemal całkowicie zniknęły. Pewnego razu kliknęłam w wideo, na którym oprócz sesji jogi wyświetliła się medytacja prowadzona. Należało zwizualizować sobie przyszłe dziecko i zaprosić je, żeby do nas przyszło. Milo znalazł mnie płaczącą na macie, wideo już dawno się skończyło. „Co się dzieje?”, zapytał i położył się obok mnie.

– Nasze dziecko nie chce do mnie przyjść – wyjaśniłam roztrzęsiona. – Ignoruje moje zaproszenie i czeka pewnie, aż trafi mu się coś lepszego.

– Co takiego? – zapytał Milo, nic nie rozumiejąc.

Wskazałam na laptop, który wciąż leżał otwarty na stołku. Milo usiadł na podłodze i przeczytał na głos tytuł filmiku.

– Fertility Yoga. Odpuścić i począć. Duchowe towarzyszenie w pragnieniu posiadania dziecka.

Zamknął laptop i nalegał, żebym nazajutrz znów zaczęła biegać.

Spojrzałam na telefon, czterdzieści dwie minuty po północy. Obok mnie Milo oddychał regularnie i głęboko. Miał szczególny dar – kładł się i z miejsca zasypiał, bez względu na to, jak minął mu dzień. Niczego bardziej mu nie zazdrościłam. Zaczęłam liczyć od stu w dół, żeby uspokoić myśli, ale nie działało, wciąż coś mnie rozpraszało, nie doszłam nawet do osiemdziesięciu. Przyszedł mi na myśl TED Talk, który oglądałam przed laty: pewien perkusista tłumaczył, jak można zapaść w sen, wystukując określony rytm, nie potrafiłam go sobie jednak przypomnieć. Utkwiłam wzrok w jakimś punkcie na suficie i zmuszałam się, żeby cały czas mieć otwarte oczy, w nadziei, że się zmęczą i w końcu same zamkną, lecz to również nie przynosiło żadnego rezultatu. Parę minut po pierwszej wstałam po cichu i wymknęłam się z sypialni.

Milo nie lubił, kiedy chodziłam biegać w nocy. Dyskutowaliśmy na ten temat już wiele razy, była to jedna z niewielu rzeczy, której Milo nie chciał odpuścić.

– A co, jeśli spotkasz jakiegoś wariata? – pytał zawsze i wyciągał jakieś historie zasłyszane w podkaście kryminalnym.

Odpowiadałam mu, że przecież będę rozgrzana, po prostu ucieknę, morderca, który prawdopodobnie godzinami siedział w krzakach i całkiem zesztywniał, nie byłby w stanie mnie dogonić. Nie wydawało mu się to ani trochę zabawne. Groził, że jeśli nie znajdą mojego ciała, opowie wszystkim, że z kimś uciekłam. W ten sposób sam ściągnie na siebie podejrzenia, ripostowałam wtedy. I tak nasza dyskusja toczyła się w nieskończoność, płynnie przechodząc od powagi do żartu. W końcu wściekła wychodziłam pobiegać, a obrażony Milo czekał, aż cała i zdrowa wrócę do domu.

Powietrze na zewnątrz było przyjemnie chłodne. Końcówka marca, pojawiały się już pierwsze oznaki wiosny, wyskoczyło nawet kilka ciepłych dni, zima jednak nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Poprawiłam opaskę na czole i ruszyłam biegiem przed siebie. Oczywiście nie sądziłam, że sama nocą na ulicy jestem zupełnie bezpieczna. Po prostu kiedyś postanowiłam, że nie dam się zamknąć w domu tylko dlatego, że zaszło słońce. Trzymałam się dobrze oświetlonych głównych ulic, na tym polegał mój kompromis. I rzeczywiście, po kilku metrach najczęściej pojawiała się euforia, poczucie, że jestem niepokonana, wiara w to, że naprawdę zdołam uciec, jeśli przyszłoby co do czego.

Biegłam już mniej więcej od dwudziestu minut, kiedy nagle zobaczyłam jeża. Połową pyszczka tkwił w wielkim kubku po jogurcie i przesuwał go po ulicy. Towarzyszący temu odgłos szurania w nocnej ciszy wydał mi się nienaturalnie głośny. Zatrzymałam się i przykucnęłam obok zwierzątka. Na chwilę jeż także przestał się poruszać, pewnie mnie usłyszał albo wyczuł mój zapach. Potem jednak na nowo podjął swoją wędrówkę. Może on też postanowił, że nie pozwoli się odwieść od swoich zamiarów ewentualnym niebezpieczeństwom. Tam, gdzie są ludzie, są też śmieci, pojawiło się naraz w mojej głowie. Eva Lohaus wypowiedziała to zdanie przed południem w czasie wywiadu i zaraz wyjaśniła, jak w najprostszy sposób można zredukować ich ilość: „Redukując liczbę tych, którzy śmiecą”. Otworzyłam zamek błyskawiczny w kieszeni legginsów i wyjęłam telefon. Nakręciłam krótki filmik, który zamierzałam wysłać Milowi, ale się rozmyśliłam. Może wcale nie zauważył, że wyszłam. Po chwili wahania wysłałam go Monie. „To ty”, napisałam w wiadomości, nasz stary żart. Ku mojemu zaskoczeniu Mona była online, natychmiast pojawiły się dwa niebieskie ptaszki. W środku nocy kucałam na ulicy, wokół ani żywej duszy, i czekałam na odpowiedź siostry. Po chwili, która wydała mi się wiecznością, przyszło tylko zdjęcie. Mona musiała zrobić je przed sekundą w pokoju dziewczynek, rozpoznałam pościel jednej z siostrzenic. Na ekranie telefonu widać było paskudną lalkę, ktoś pomalował jej usta niebieskim długopisem i obciął włosy. „A to ty”, przeczytałam. Uśmiechnęłam się szeroko, schowałam telefon do kieszeni i wyswobodziłam jeża z kubka po jogurcie. Kiedy biegłam do domu, czułam przyjemne zmęczenie i lekkość.

*

Zawsze gdy myślę o dzieciństwie, widzę Monę. W moich wspomnieniach nie ma ani jednego obrazu bez niej. Kiedy byłyśmy małe, zsunęłyśmy nasze łóżka, stały na środku dziecięcego pokoju niczym łoże małżeńskie. Mamy mnóstwo wspólnych zdjęć: śpimy wtulone w siebie, zwinięte jak zwierzątka, które muszą się nawzajem ogrzać. Siedzimy, a jedna zazwyczaj trzyma nogi na kolanach drugiej, stoimy, a ta z tyłu obejmuje w pasie tę, która stoi z przodu, jej podbródek opiera się między moimi łopatkami albo na odwrót. Miałyśmy taką zabawę – zabawę w motyla. Przysuwałyśmy twarze tak blisko, że niemal mogłyśmy poczuć trzepotanie naszych rzęs. Czasem namawiałam Monę, żebyśmy splotły włosy. Przez chwilę wydawało jej się zabawne chodzić wszędzie razem, potem jednak to zazwyczaj ona traciła ochotę i rozplatała wspólny warkocz. Była ode mnie starsza zaledwie o jedenaście i pół miesiąca, tylko przez jedenaście i pół miesiąca znała świat beze mnie. Długo marzyłam o tym, żebyśmy były bliźniaczkami. Wyobrażałam sobie, że wszyscy wokół postrzegaliby nas jako jedność, a takiej nie da się niczym rozdzielić. Już wtedy tego pragnęłam: mieć człowieka, jednego człowieka, który należałby do mnie bezwarunkowo.

Miałam trzynaście lat, a Mona czternaście, kiedy ni stąd, no zowąd moja siostra znalazła sobie chłopaka. Mieszkał w naszej dzielnicy, ale chodził do innej szkoły. Poznała go przy stołach pingpongowych, w miejscu, gdzie spędzałyśmy popołudnia z przyjaciółmi, wcale przy tym nie grając w pingponga. Po prostu do nas podszedł i zapytał Monę, czy chciałaby usiąść z nim na ławce. Zgodziła się. Patrzyłam, jak cały czas dotyka kolanem jego kolana, jak, przytrzymując włosy na karku, wyciąga ku niemu kościste łokcie. Bez przerwy kiwała głową i się śmiała, jakby ten chłopak był najzabawniejszym człowiekiem na świecie. Po chwili gdzieś razem zniknęli i nie wrócili przed rozejściem się naszej grupy. Tamtego wieczoru szłam do domu sama.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Tytuł wydania oryginalnego: Eva

Język oryginału: niemiecki

Copyright © Carl Hanser Verlag GmbH & Co. KG, München

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Filtry, 2026

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Gralińska, 2026

Wydanie I, Warszawa 2026

Opieka redakcyjna: d2d.pl

Redakcja: Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl

Korekty: Beata Marzec / d2d.pl, Karolina Górniak-Prasnal / d2d.pl

Projekt okładki: Marta Konarzewska / konarzewska.pl

Obraz wykorzystany na okładce: Torsten Wasastjerna, Studium głowy (1892)

Projekt typograficzny, skład i redakcja techniczna: Robert Oleś

Wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej

The translation of this book was supported by a grant from the Goethe-Institut

Wydawnictwo Filtry sp. z o.o.

ul. Filtrowa 61 m. 13

02-056 Warszawa

www.wydawnictwofiltry.pl

[email protected]

ISBN 978-83-68180-82-4