Emerytalna katastrofa i jak się chronić przed jej skutkami - Robert Gwiazdowski - ebook

Emerytalna katastrofa i jak się chronić przed jej skutkami ebook

Robert Gwiazdowski

4,5

Opis

Napisana ze swadą, językiem niespotykanym wśród naukowców, książka Emerytalna katastrofa uświadamia nam coś, co podświadomie czujemy, ale wypieramy z naszej świadomości – że emerytury otrzymywane od państwa będą raczej głodowe i państwo tego nie zmieni.

Zmienić to możemy tylko my sami. Oszczędzając niezależnie od państwa i jak najdalej od jego „długich rąk”.  „«Poznacie prawdę i prawda was wyzwoli» – powiada Pismo. Najwyższa pora na poznanie prawdy o polskim systemie emerytalnym. Skoro – jak twierdził Goebbels – «kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą», to może prawda powtórzona tysiąc razy się obroni” – pisze były Przewodniczący Rady Nadzorczej ZUS. I dodaje: „Umiesz liczyć – licz na siebie”. Ale książka to nie tylko krytyka rządu, ZUS i OFE. To także wiele pomysłów na to, jak się bronić przed emerytalną katastrofą.

*

„Widmo straszy dziś Polskę. Widmo zbankrutowanego systemu emerytalnego i widmo podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn, aby ratować się przed widmem bankructwa. Czy to nas uratuje przed emerytalną katastrofą? Niestety nie! A czy coś uratować nas może? Owszem. I o tym jest ta książka”.

Ze wstępu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 473

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Robert Gwiazdowski

Emerytalna Katastrofa. I jak się chronić przed jej skutkami

Strona redakcyjna

Copyright © by Robert Gwiazdowski, 2012

All rights reserved

Redaktor

Marta Dobrecka

Projekt okładki

Krzysztof Kibartwww.designpartners.com

Skład i łamanie Jarosław Szumski

Jest to trzydziesta trzecia publikacja książkowa Centrum im. Adama Smitha. This is the 33rd book published by the Adam Smith Research Centre.

ISBN 978-83-7506-625-8

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853-27-51, 61 853-27-67, faks 61 852-63-26www.zysk.com.pl

Centrum im. Adama Smitha – Pierwszy Niezależny Instytut w Polsce ul. Bednarska 16, 00-321 Warszawa tel. 22 828 47 07, e-mail: [email protected]

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.

Panu Krzysztofowi Dzierżawskiemu – ku pamięci Dzieciom – ku przestrodze

Przedmowa

Książka Roberta Gwiazdowskiego to pasjonująca lektura na czasie. Bardzo ważne jest w niej mocne podkreślenie naszej własnej zapobiegliwości. Współczesny świat zmienia się tak szybko, że nie nadążają za tym działania państw. Regulacje i mechanizmy systemowe są nieefektywne. Przedstawione w książce opinie, nawet jeśli są kontrowersyjne, to prezentują ciekawe i niebanalne alternatywy. Bez odważnych działań dziś jutro może być za późno na jakiekolwiek reformy. Ważnym wyzwaniem dla autora jest relacja między obywatelem a państwem i globalną gospodarką. Propozycje idą w ciekawym kierunku, mianowicie otrzymania od państwa podstawowej gwarancji bezpieczeństwa na starość, przy jednoczesnym zobowiązaniu każdego z nas do osobistej odpowiedzialności.

Kontrowersje może wzbudzać pomysł radykalnego uproszczenia systemu podatkowego, przesuwający obciążenia na podatki konsumpcyjne i zmniejszający równocześnie bezpośrednie podatki dochodowe.

Przysłane w książce przykłady współczesne i historyczne dają barwną panoramę doświadczeń i inspiracji. To wspaniała uczta intelektualna, podczas której możemy podążać za autorem i poszukiwać odpowiedzi na pytanie, jakie są najlepsze drogi w bezpieczną i atrakcyjną przyszłość.

Waldemar Pawlak

Wstęp

Widmo straszy Europę. Widmo zbankrutowanego państwowego, repartycyjnego systemu emerytalnego, który niepodzielnie panuje w Europie przez niemal całe obecne stulecie – zaczął swoją książkę o ubezpieczeniach społecznych, parafrazując przy tym Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, Jose Pinera, twórca reformy emerytalnej w Chile [1]. Reformy, która była możliwa do przeprowadzenia, bo niewielu emerytów pobierało świadczenia emerytalne, a rządząca wówczas junta generała Pinocheta tak zwane konsultacje społeczne mogła przeprowadzić z zainteresowanymi na otoczonym drutem kolczastym stadionie w Santiago de Chile. Sam Pinera podczas pobytu w Polsce w 1995 roku przyznał, że się trochę bał, co będzie, jeśli reforma mu się nie uda.

Widmo straszy dziś też Polskę. Widmo zbankrutowanego systemu emerytalnego – choć przestał on być typowo repartycyjny – oraz widmo podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn, aby ratować się właśnie przed widmem bankructwa. Czy to uratuje nas przed emerytalną katastrofą? Niestety nie! A czy coś uratować nas może? Owszem. I o tym jest ta książka.

Reforma, która w 1999 roku wprowadziła w Polsce, na wzór chilijski, elementy kapitałowe do systemu emerytalnego w postaci Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE), udać się nie mogła z definicji. Nie można bowiem skutecznie przejść z tradycyjnego, repartycyjnego systemu emerytalnego do kapitałowego w państwie, w którym 1/4 obywateli żyje ze świadczeń emerytalnych lub rentowych, a 1/3 budżetu przeznaczana jest na te świadczenia. Pokolenie czynne zawodowo nie jest bowiem w stanie utrzymać własnych rodziców i dziadków, których tak zwane składki emerytalne, a de facto podatki zostały dawno roztrwonione, i jednocześnie zaoszczędzić na swoje emerytury, żeby uwolnić od tego obowiązku dzieci i wnuki. Rozciągnięcie tego procesu w czasie też nie jest możliwe, bo „zdyscyplinowani” politycznie emeryci, regularnie korzystający z kartki wyborczej w odróżnieniu od wielu przedsiębiorców, przegłosują w tym czasie rozwiązania korzystne dla siebie, a silne grupy nacisku zrobią to w sposób jeszcze bardziej bezpośredni – co udowodnili górnicy, grożąc demonstracjami w Warszawie w przypadku nieuwzględnienia ich emerytalnych roszczeń.

Co więcej, wiara w to, że w ogóle można zaoszczędzić na emeryturę w modelu kapitałowym, wydaje się naiwna. Dowodzi tego nie tylko formalne bankructwo w 2008 roku kilkunastu banków z Lehman Brothers na czele i faktyczne bankructwo wielu innych instytucji finansowych z USA i Wielkiej Brytanii, które zostały uratowane przed bankructwem formalnym tylko i wyłącznie dzięki pieniądzom podatników, ale i faktyczne bankructwo w 2011 roku Grecji i wielce prawdopodobne w przyszłości bankructwa Portugalii, Hiszpanii i przede wszystkim Włoch oraz wielu banków, tym razem z Europy kontynentalnej – i to nie tylko z południa, ale nawet z Francji i Niemiec. Za dużo pożyczyły one rozrzutnym rządom, wydającym co roku coraz więcej, w znacznej mierze właśnie na emerytury, i nie mogą teraz za bardzo liczyć na zwrot tego, co pożyczyły.

Katastrofa finansowa, która się dzieje na naszych oczach, ma kilka przyczyn. Podstawową jest uleganie błędnej teorii ekonomicznej, że wszystko można wyprodukować, pod warunkiem że ktoś to kupi, więc najważniejsze jest „sterowanie zagregowanym popytem” (choć nie wiadomo dokładnie, co to jest „zagregowany popyt”) za pomocą „instrumentów finansowych”. Doprowadziło to do dominacji sektora finansowego nad gospodarką realną, która w tym modelu jest zależna głównie od dopływu odpowiedniej ilości środków finansowych. Tymi środkami nie są wcale pieniądze wyemitowane przez rządy lub banki centralne, ale pieniądze bankowe („kredytowe”), emitowane przez banki komercyjne na podstawie zobowiązań zaciągniętych przez rządy. Tak! Długi rządów są podstawą emitowania pieniędzy przez banki! I oczywiście to banki na tym najlepiej zarabiają. Najpierw pobierają od rządów odsetki od kupionych obligacji, drugi raz pobierają odsetki od kredytobiorców, którym z pieniędzy przez siebie wyemitowanych udzieliły kredytów, których zabezpieczeniem są obligacje kupione od rządów. Proporcje zysków producentów dóbr i dostawców usług do zysków banków i różnych innych instytucji finansowych uległy całkowitemu rozchwianiu. Najbardziej dosadnie, choć pewnie w sposób niezamierzony, wyraził to Lloyd Blankfein – prezes Goldman Sachs największego banku inwestycyjnego na świecie – gdy dla uzasadnienia wysokich apanaży pobieranych przez siebie i swoich pracowników stwierdził, że wykonują oni „Bożą robotę” (God’s work). Niestety pieniędzy w bankach od dawna nie ma. Możemy je sobie wypłacić w bankowej kasie albo zrobić przelew, tylko i wyłącznie dlatego, że nie robimy tego wszyscy naraz. Pieniądz bankowy opiera się bowiem na wierze. Na naszej wierze w to, że on w banku rzeczywiście jest. Ta wiara została w 2008 roku zachwiana, gdy okazało się, że pieniędzy nie ma i FED – czyli amerykański bank centralny – musiał je dodrukować. Choć dodrukował prawie 2,5 biliona dolarów, gospodarka amerykańska pozostaje w stagnacji, a bezrobocie utrzymuje się na niebotycznym jak na tamtejsze stosunki poziomie ponad 9%.

W Europie zapaść finansowa miała jeszcze dwie dodatkowe przyczyny. Pierwsza to biurokracja. Skoro gospodarkę nakręca odpowiednia polityka pieniężna, to przedsiębiorcy nie są uznawani za kreatorów rozwoju, a jedynie za pośredników wykorzystujących pieniądze kreowane w obiegu między rządami a „rynkami finansowymi”. Określenie „rynki finansowe” jest w cudzysłowie, bo choć sektor finansowy jest gospodarce rynkowej potrzebny i jest dla niej ważny, to wcale nie jest najważniejszy. I nie jest synonimem wolnego rynku.

Dlatego może się bez przeszkód rozwijać biurokracja utrudniająca przedsiębiorcom ich codzienną pracę. Hamuje to prawdziwy wzrost gospodarczy wynikający z wytwarzania nowych dóbr i usług. Albowiem w każdym równaniu ekonomicznym jedyną zmienną, która jest niezmienna, jest czas. Doba ma tylko 24 godziny. Im więcej czasu trzeba poświęcić na realizowanie biurokratycznych obowiązków, tym mniej czasu pozostaje na rozwój produkcji. W efekcie wpływy budżetowe z podatków są mniejsze, niż mogłyby być, gdyby nie ograniczenia, którym poddawana jest gospodarka. Przyczyną drugą jest rosnąca lawinowo wysokość świadczeń emerytalnych. Z jednej strony mamy więc mniejsze wpływy podatkowe, niż mog libyśmy mieć, gdyby nie ograniczenia biurokratyczne. Z drugiej strony mamy wyższe wydatki na utrzymanie coraz większej rzeszy emerytów. Konsekwencją tego stanu rzeczy musiały być rosnące długi. Rządy, chcąc sfinansować rosnące wydatki, musiały się coraz bardziej zapożyczać. Z długami jest podobnie jak z pieniędzmi w bankach. Ich wartość dla wierzycieli opiera się na wierze, że zostaną one kiedyś spłacone. Rządy, jak bankierzy, którzy dla utrzymania płynności wypłacają nam w kasie pieniądze tych, którzy je tam wpłacają, przez lata oddawały stare długi, zaciągając nowe. Mogło to działać dopóty, dopóki w tym samym czasie jedni wypłacali – czyli otrzymywali zwrot udzielonych kiedyś kredytów, a drudzy wpłacali – czyli udzielali nowych kredytów. Ale gdy wiara w to, że taki mechanizm może funkcjonować w nieskończoność, uległa zachwianiu, okazało się, że długi są niewiele warte.

Czynnikiem trzecim, który spowodował, że w Europie długi eksplodowały w ciągu trzech ostatnich lat, był sposób ratowania sektora finansowego. Żeby go uratować, trzeba było mu pożyczyć. Ale jak można komuś pożyczyć, kiedy samemu jest się zadłużonym? Amerykański FED na ten cel dodrukował po prostu dolary. Natomiast Europejski Bank Centralny prowadził tak zwaną „sterylizację” – kupował obligacje najbardziej zadłużonych państw, żeby miały one środki na spłacenie starych długów, a sprzedawał własne obligacje. W rezultacie dług, który w państwach strefy euro oscylował w 2008 roku średnio wokół 60% PKB, wzrósł do ponad 80% PKB. A jeśli weźmiemy pod uwagę trzy największe gospodarki – Niemcy, Francję i Włochy – to zobaczymy, że ich średni poziom długu do PKB zbliża się do 100%! Co prawda w Japonii dochodzi do 200%, ale jest to głównie dług wewnętrzny, a poza tym dotąd Japonia była sama na tym polu minowym, miała więc większe możliwości stąpania po nim. Dziś zrobiło się na nim już tak tłoczno, że jakikolwiek nieostrożny ruch kogokolwiek może spowodować, że wszyscy razem wylecą w powietrze.

Nieodżałowany Stefan Kisielewski, prześmiewając się kiedyś z kolejnego kryzysu socjalizmu, pisał, że to nie kryzys, tylko rezultat. Gdyby na Saharze ustanowić socjalizm, to zabrakłoby tam piasku. Zły stan gospodarki socjalistycznej nie był więc żadnym jej kryzysem, tylko rezultatem wprowadzenia gospodarki planowej, w której nie obowiązywało podstawowe prawo podaży i popytu odwzorowywane ceną towarów i usług wyrażoną w pieniądzu. Dziś, słysząc o światowym kryzysie sektora finansowego, chciałoby się zacytować Kisiela i powiedzieć: to nie kryzys, to rezultat. Rezultat porzucenia standardu złota i wprowadzenia pieniądza papierowego, który zaczął służyć politykom do tworzenia dobrobytu. W tej „Bożej robocie” politykom pomagają bankierzy, zamieniając się od czasu do czasu miejscami: prezesi banków zostają ministrami, a ministrowie lub premierzy – prezesami banków albo przynajmniej swoimi wzajemnymi „doradcami”. Henry Paulson, zanim został sekretarzem skarbu w administracji George’a W. Busha i przygotował w 2008 roku dla ratowania banków Emergency Economic Stabilization Act zwany Planem Paulsona, był prezesem Goldman Sachs, który to bank dzięki temu planowi otrzymał bezpośrednio i pośrednio miliardy dolarów od FED. W banku tym pracowali też nowi premierzy Grecji i Włoch – Lucas Papademos i Mario Monti.

Obecnie sektor bankowo-finansowy traktowany jest jako synonim wolnego rynku i współczesnego kapitalizmu. Taki „kapitalizm” i „wolny rynek” łatwo jest krytykować i trudno bronić. Głównie dlatego, że niewiele mają one wspólnego z kapitalizmem i wolnym ryn kiem. Ten nowy system monetarny, stworzony podczas konferencji w Bretton Woods w lipcu 1944 roku, opierał się nie na twardych zasadach ekonomi klasycznej, lecz był pierwszym wynegocjowanym przy politycznym stole, którym kierowały rządy poszczególnych państw. Rezultat mógł być tylko jeden, zgodnie ze słynnym prawem Murphy’ego: „jak coś może pójść źle, to na pewno pójdzie”. A jeśli w coś jest zaangażowany rząd, to prawdopodobieństwo, że pójdzie źle, rośnie w postępie geometrycznym. I poszło.

W Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów Adam Smith pisał, że nie pieniądz, ale tylko reprezentowane przezeń dobra stanowią dochód jednostki albo społeczeństwa, a w Intrygującym pieniądzu Miltona Friedmana czytamy: pieniądz nie jest przedmiotem konsumpcji, ale stanowi tymczasowe ucieleśnienie siły nabywczej, które może zostać spożytkowane do zakupu innych dóbr i usług (…). No właśnie! Jednak dziś sektor finansowy działa tak, jakby istniał tylko on. Ogon zaczął machać psem.

Jean Baptiste Say głosił, że produkcja jest przyczyną konsumpcji, a nie na odwrót, w tym sensie, że najpierw muszę coś wyprodukować, bym mógł stać się konsumentem innych towarów o wartości równej tym wyprodukowanym przeze mnie. Jeśli jestem producentem zboża, to wartość wyprodukowanego przeze mnie zboża określa moją „wartość” jako konsumenta usług transportowych, ubrań czy rozrywki.

Pieniądze same w sobie nie są nam do niczego potrzebne. Potrzebujemy ich tylko i wyłącznie jako środka do szybkiej wymiany wartości naszej pracy przybierającej postać wytwarzanych towarów lub usług na wartość pracy innych ludzi, wytwarzających inne towary i usługi. Genialnie zobrazował to Frédéric Bastiat w przykładzie z pługiem farmera. Gdy farmer pożycza 50 franków, aby kupić pług, to w istocie nie pożycza 50 franków, tylko ów pług. Przy użyciu pieniędzy produkty po prostu łatwiej mogą przechodzić z rąk do rąk. Gdyby wartość produktów farmera w danym momencie była równa wartości pługa, mógłby on dokonać natychmiastowej wymiany. Jeśli tak nie jest, może on pług od kogoś pożyczyć. Właścicielem pługa może się stać, gdy na dotychczasowego jego właściciela będzie mógł przenieść własność wytwarzanych przez siebie produktów odpowiadających wartości pługa. Ale właściciel pługa może nie potrzebować akurat produktów farmera. Jest natomiast zainteresowany meblami produkowanymi przez stolarza, który z kolei chciałby kupić frak i buty. Wartość pieniądza jako miernika wartości produktów lub usług polega na tym, że ułatwiają przeprowadzenie takiej wymiany między właścicielem pługa, farmerem, stolarzem, krawcem i szewcem. Nikt nie pożycza pieniędzy dla samych pieniędzy. Farmer pożycza od bankiera pieniądze na pług, za które właściciel pługa kupi meble, a stolarz frak i buty. Ale w istocie wartość towarów, które w przyszłości wyprodukuje farmer przy użyciu pługa, stanowi podstawę ich wymiany na pług, pługa na meble, mebli na frak i buty, a fraka i butów na… być może produkty farmera.

Te proste prawa ekonomii rozpatrywane łącznie z teorią pieniądza i kredytu Ludwiga von Misesa dowodzą, że niemożliwe jest w długiej perspektywie czasu wywoływanie wzrostu gospodarczego poprzez wpompowywanie w gospodarkę pieniądza, którego ilość przekracza wzrost siły nabywczej ludzi, gdyż ceny towarów i usług wzrosną proporcjonalnie do wzrostu podaży pieniądza, co skutecznie zneutralizuje efekt zwiększenia ilości pieniędzy w obiegu. Długookresowym skutkiem tego typu zabiegów będzie tylko inflacja.

Mechanizm ten opisał Bastiat w genialnej książce Co widać i czego nie widać, w której skupiając się na ukrytych kosztach rządowej alokacji zasobów, zwalczał przekonanie, że wydatki rządowe mogą utworzyć miejsca pracy i dobrobyt, posługując się słynnym przykładem szklarza zarabiającego na wstawianiu wybitej szyby w oknie. Wszystkim pocieszającym mieszczanina, którego syn wybił szybę, że jest w tym jakaś korzyść społeczna, bo przecież szklarz też musi zarobić, Bastiat odpowiada, że zarobek szklarza od razu widać. Nie widać natomiast, że skoro mieszczanin wydał na szklarza, to tych samych pieniędzy nie wyda na coś innego – na przykład buty albo książki. Jak komentował Jean Baptiste Say, skutek ławo odróżnić od przyczyny, jeżeli przyczyna poprzedza skutek, ale kiedy ich działanie jest ciągłe i trwają one równocześnie, to skutek można przyjąć za przyczynę.

Musimy zatem pamiętać, że w ekonomii każdy czyn pociąga zwykle nie jedno, ale wiele następstw. Niektóre z nich są natychmiastowe – te widać, a inne pojawiają się stopniowo – tych nie widać. Ważne, żeby można było je przewidzieć. Między złym a dobrym ekonomistą jest tylko jedna różnica: pierwszy dostrzega i bierze pod uwagę tylko skutki widoczne i bezpośrednie, drugi dostrzega także konsekwencje oddalone w czasie – twierdzi Henry Hazlitt. Jeśli będziemy wypatrywali tylko tych bliskich, to w dłuższej perspektywie zawsze będziemy mieli ten sam rezultat: krach.

Dlatego jak najbardziej zasadne są pytania: Czy państwo powinno, a jeśli tak, to dlaczego, tworzyć przymusowy, powszechny system emerytalny? I czy w ogóle możemy mówić o „systemie”, skoro tyle w nim przypadkowości i chaosu? Czy państwo powinno, a jeśli tak, to dlaczego, utrzymywać nierówność świadczeń emerytalnych i czy nie przeczy to powodom, dla których tworzone są przymusowe, powszechne systemy emerytalne? Czy państwo powinno zmuszać obywateli do oszczędzania w prywatnych instytucjach finansowych, a jeśli tak, to dlaczego tylko na emerytury? Może trzeba zmusić obywateli w ogóle do oszczędzania i wpłacania do jakichś instytucji finansowych części ich zarobków?

Mówi się, że przyczyną problemów nie jest to, co ludzie wiedzą, tylko to, że wydaje im się, iż coś wiedzą – napisał we wprowadzeniu do książki Lindy i Morrisa Tannehillów Douglas Casey [2]. Poznacie prawdę i prawda was wyzwoli – powiada Pismo Święte. Najwyższa pora na poznanie prawdy o polskim systemie emerytalnym. Skoro – jak twierdził Goebbels – kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą, to może prawda powtórzona tysiąc razy się obroni?

Bezspornym faktem jest, że występująca przez lata tendencja obniżania wieku emerytalnego przy wydłużającej się sukcesywnie średniej długości życia doprowadziła źle skonstruowane programy emerytalne do zapaści. Generują one znaczący odsetek długu publicznego, który właśnie przygniata Europę. Ludzie żyją dłużej i chcą żyć jeszcze dłużej, w związku z czym oczekują, że rząd zapewni im nie tylko emeryturę, lecz także opiekę zdrowotną pozwalającą życie wydłużyć – co wymaga zwiększania nakładów na publiczną służbę zdrowia. Ale ci sami ludzie nie chcą dłużej pracować – co z kolei wymaga od rządu zwiększania wydatków na emerytury. Rosnące wydatki i na emerytury, i na ochronę zdrowia rządy finansowały, zaciągając coraz większe długi, aż doszły one do takiego poziomu, że nie sposób ich już spłacić, a nie ma wystarczająco dużo chętnych, którzy chcieliby rządom nadal pożyczać na spłatę starych długów albo samych tylko odsetek od długów.

Świadczenia emerytalne są pochodną podziału PKB wytworzonego przez pokolenie aktywne zawodowo. Są granice obciążania tego pokolenia. Wysokość pojedynczego świadczenia będzie funkcją przypadającej starszej generacji części PKB i liczebności pokolenia emerytów. Nie wydaje się możliwe, by była to część znacząco wyższa niż dzisiaj. Nie ma ucieczki od demograffi. Konsumpcja pokolenia emerytów, bez względu na kształt programów emerytalnych, w którym uczestniczyli, jest zawsze pochodną podziału PKB wytworzonego przez pokolenie aktywne zawodowo. Tę część PKB, którą pokolenie go wypracowujące będzie w stanie przeznaczyć na wypłatę świadczeń, trzeba będzie podzielić między coraz większą ilość świadczeniobiorców. Wysokość pojedynczego świadczenia będzie funkcją ilości osób partycypujących w podziale oraz granicznej wielkości części PKB, która będzie mogła zostać przeznaczona na wypłatę emerytur. Rozważania na temat emerytur nie mogą więc abstrahować od podatku nazywanego eufemistycznie „składką na ubezpieczenie emerytalne”.

Gdy uświadomimy sobie, że nie płacimy żadnej „składki ubezpieczeniowej”, tylko podatek celowy przeznaczany prawie w całości na wypłatę dzisiejszych świadczeń, że nie tylko w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych (ZUS), ale nawet i w OFE nie ma właściwie żadnych pieniędzy, to wyzwolimy się z myślenia, że „oszczędzamy” na nasze emerytury i że powinny być one zróżnicowane i zależne od własnego „wkładu” – czyli wysokości składki. Ostatecznie wysokość składki na ubezpieczenie zdrowotne też zależy od wynagrodzenia, a nikt, kto płaci więcej, nie ma prawa do szybszego dostępu do lekarza czy diagnostyki!

W ZUS nie ma żadnych pieniędzy, bo są na bieżąco wydawane na dzisiejsze emerytury. Ale i w OFE też żadnych pieniędzy dzisiaj nie ma. Dopiero mają być! Mają być z: (i) obligacji, które rząd dziś sprzedaje OFE, a w przyszłości ma je od OFE odkupić – za nasze oczywiście podatki; (ii) ze sprzedaży akcji, które dziś kupują OFE, a które ewentualnie kupią od OFE w przyszłości nasze dzieci i wnuki, jeśli im starczy pieniędzy po zapłaceniu podatków na wykup obligacji sprzedanych wcześniej OFE; (iii) – najważniejsze – ze składek emerytalnych naszych dzieci i wnuków, które ZUS będzie nadal przekazywał co miesiąc do OFE. Ale te właśnie składki są od maja 2011 roku niższe.

W OFE są głównie obligacje i bony skarbowe, które kiedyś rząd będzie musiał wykupić i w tym celu będzie zmuszony jeszcze bardziej nas opodatkować. W OFE są też akcje spółek giełdowych, których cena się zmienia. Będzie zależała od tego, ile na owe akcje będzie chciało wydać pokolenie czynne zawodowo, gdy my będziemy na emeryturze. A będzie ono miało na ten cel o tyle mniej, o ile wzrosną podatki potrzebne na wykup z OFE obligacji, które dziś im rząd sprzedaje. Jeśli zaś zmienimy proporcje i pozwolimy OFE inwestować za granicą, to wówczas rząd nie będzie miał na dotację do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS) na dziś wypłacane emerytury. Będzie więc musiał albo obniżyć emerytury, albo natychmiast podwyższyć podatki, żeby mieć z czego te emerytury wypłacać. Twierdzenie, że będzie mógł nadal sprzedawać obligacje, tylko że będą je kupowały inne instytucje finansowe, a nie OFE, każe postawić pytanie: Skoro dla OFE inne inwestycje mają być lepsze niż polskie obligacje i bony skarbowe, to dlaczego te inne instytucje finansowe nie miałyby inwestować w to samo, w co chcą inwestować OFE, tylko wybrać polskie obligacje i bony skarbowe, z inwestowa nia w które OFE chcą zrezygnować na rzecz innych inwestycji zagranicznych?

Nasze emerytury będą zależały od trzech czynników: (i) od tego, jaki będzie dochód narodowy wówczas, gdy będziemy na emeryturach; (ii) od tego, jakie będą proporcje między pokoleniem czynnym zawodowo i emerytami; oraz (iii) od tego, jak ów dochód narodowy zostanie podzielony między emerytów i pokolenie czynne zawodowo, wypracowujące ów dochód.

Z kolei wysokość dochodu narodowego zależała będzie od czynnika demograficznego (jak dużo ludzi będzie pracowało), technologicznego (jaka będzie wydajność ich pracy), ekonomicznego (jak ich praca będzie opodatkowana) i prawno-instytucjonalnego (jakie będą bariery biurokratyczne utrudniające im wykonywanie pracy). Biorąc pod uwagę, jak niewielki procent teoretycznego potencjału naszego mózgu wykorzystujemy do dziś, futurystyczna wiara, że w niedalekiej już przyszłości ludzie będą tak wydajni, iż jeden będzie w stanie zapracować na kilku emerytów, albo że w ogóle będą pracowały na nas roboty, przypomina wiarę w to, że na nasze emerytury „zarobią” OFE, kupując akcje (na przykład Lehman Brothers) lub obligacje (na przykład greckie lub irlandzkie).

To, jak dochód narodowy zostanie podzielony, będzie decyzją polityczną, na którą istotny wpływ będzie miał czynnik ekonomiczny (jak dużo będzie do podziału) i… demograficzny – jakie będą proporcje między pokoleniem pracującym i niepracującym przy urnie wyborczej.

Czy zresztą w ogóle możemy mówić o „systemie emerytalnym”? Przez pojęcie „system” nauka rozumie zintegrowaną całość, której własności nie są prostą sumą własności poszczególnych części tej całości [3]. Doniosłą cechą systemów jest tkwiący w samej ich istocie charakter dynamiczny. Systemy pod względem formy nie są sztywnymi strukturami; ich forma wyraża zmienne, a jednocześnie trwałe przejawy procesów zachodzących w systemach[4]. Funkcjonowanie systemu stanowi rezultat zachodzących w nich pętli sprzężeń zwrotnych polegających na tym, że element A oddziaływa na element B, B na C,C zaś zwrotnie na A. W systemie nie działa linearny łańcuch przyczyn i skutków, lecz zjawisko nielinearnej współzależności. W Polsce tak zwany system emerytalny nie tworzy żadnej logicznie spójnej całości. Niestety! A zatem systemem nie jest. Inaczej traktowani są pracownicy, inaczej przedsiębiorcy, inaczej rolnicy, twórcy i artyści, sędziowie, prokuratorzy, żołnierze zawodowi (żołnierze niezawodowi jeszcze inaczej), policjanci i celnicy. Inne przepisy dotyczą stypendystów, inne stypendystów sportowych, inne osób duchownych. W ramach tak zwanego systemu powszechnego, który powszechny wcale nie jest, bo dotyczy tylko pracowników, a nie obejmuje tych licznych grup wymienionych powyżej, inaczej traktowane są szczególne kategorie pracowników, jak górnicy, nauczyciele i kolejarze. Inaczej od umów o pracę traktowane są umowy-zlecenia i umowy o dzieło. Książka Ubezpieczenia społeczne 2012 ma prawie 1300 stron! [5] Słowem: absurd. Dlatego dalej będzie mowa raczej o modelach i programach emerytalnych niż o systemach.

OFE nie są elementem „urynkowienia” emerytalnego chaosu. Socjalizmu w emeryturach zlikwidować się nie da. Choć powszechny przymus emerytalny wprowadził po raz pierwszy Bismarck, jest on oparty na socjalistycznych postulatach i ma typowo socjalistyczną konstrukcję. Wolny rynek albo jest, albo go nie ma. Nie ma rynku pod przymusem. Wprowadzenie elementów kapitałowych do modelu z zasady repartycyjnego przynosi największe zyski tym, którzy otrzymali licencję na prowadzenie tego „interesu”. A czerpanie przez prywatne instytucje jakichkolwiek korzyści z rozwiązań przymusowych nie ma nic wspólnego z kapitalizmem czy wolnym rynkiem i jest głęboko niemoralne. Istotą rynku jest wolność, a nie przymus.

OFE nas nie uratowały, bo uratować nie mogły, więc teraz uratować nas ma zrównanie wieku emerytalnego dla mężczyzn i kobiet i jego podwyższenie do 67 lat, które zapowiedział premier Donald Tusk w swoim exposé w listopadzie 2011 roku. Owszem – jest ono konieczne, ale niewystarczające. Co więcej, zgodnie z teorią okrężnej przyczynowości znanego socjalisty Gunnara Myrdala (a nie żadnego „liberalnego wroga ludu”) punktowa reforma polegająca jedynie na podwyższeniu wieku emerytalnego spotęguje problemy, jeśli nie zostaną rozwiązane inne kwestie, jak wysokie opodatkowanie pracy czy sposoby ochrony pracowników. Opodatkowanie pracy zwiększa bowiem koszty pracy, a to zmniejsza popyt na nią. Z kolei ochrona pracowników w wieku przedemerytalnym powoduje częste zwalnianie pracowników, zanim osiągną ten wiek, bez konkretnego w danym momencie powodu, a jedynie w obawie, że powód taki może się zdarzyć, gdy już pracownik osiągnie wiek ochronny. Trzeba to zmienić, bo są to elementy spięte z wiekiem emerytalnym w łańcuchu „okrężnej przyczynowości”.

I to jest cała prawda o systemie emerytalnym, który w ogóle nie jest systemem w wersji krótkiej. Zrozumiał ją szef PSL – wicepremier Waldemar Pawlak, który pod koniec lutego 2012 roku w rozmowie z reporterką TVN CNBS przyznał, że bardziej liczy na dzieci niż na państwo. I ma rację. Krytycy, którzy zarzucili mu nieodpowiedzialność, sami są nieodpowiedzialni. Kto bowiem bardziej zasługuje na to miano, gdy się pali? Ten, kto krzyczy, że się pali i trzeba się ratować, czy ten, kto mówi, „spokojnie, nic się nie dzieje”?

Szersze uzasadnienie tej prawdy znajduje się na następnych stronach.

Zważywszy, że w rozważaniach na temat emerytur dominuje styl myślenia typowy dla sektora finansowego, niniejsza książka siłą rzeczy musi mieć w niektórych partiach charakter typowo polemiczny – zwłaszcza rozdział dotyczący zmian w OFE wprowadzonych w 2011 roku. Im bowiem mocniej utrwalone są jakieś poglądy, tym trudniej jest przedstawić tezy przeciwne bez wchodzenia w prostą polemikę z autorami poglądów odmiennych, co jest formą często stosowaną w artykułach, a nieczęsto w książkach. Jednak istnieją ca w debacie publicznej nierównowaga wymaga środków niezwyczajnych. I dlatego też powstała ta książka. Jak pisał Jean Baptiste Say, analiza niedorzecznych koncepcji ekonomicznych mogłaby być czczą gadaniną, gdyby nie fakt, że wiele rządów się do nich stosuje i gdyby poważni skądinąd i znani z erudycji autorzy nie próbowali w swych książkach tego udowadniać[6].

1. Krótka historia ubezpieczeń

W książce Kapitalizm kontra kapitalizm[7] Michel Albert przedstawił wpływ dwóch teorii ubezpieczeń na rozwój współczesnego świata, przeciwstawiając sobie model alpejski i anglosaski. Pierwszy z nich ma swe źródło w tradycji ubezpieczeń górskich, drugi – w tradycji ubezpieczeń morskich. Pierwszy afirmuje, a drugi neguje społeczną więź między ubezpieczonymi. System górski narodził się w XVI wieku w dolinach alpejskich, gdy tamtejsi górale przystąpili do tworzenia pierwszych towarzystw pomocy wzajemnej. Jego cechą charakterystyczną jest solidarystyczny charakter i samopomoc wzajemna, prowadzące do odrzucenia klasycznego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy kosztem ubezpieczenia, prawdopodobieństwem wystąpienia szkody i wysokością świadczenia. W systemie tym ryzyko jednostki jest minimalizowane, gdyż ma on w praktyce charakter redystrybucyjny. System morski z kolei narodził się w portach włoskich, przybierając początkowo postać pożyczek udzielanych pod zastaw towarów na statkach weneckich i genueńskich, a następnie utrwalił się w praktyce londyńskiej, głównie za sprawą pierwszych transakcji ubezpieczania ładunków herbaty zawieranych w kawiarni Lloyda. W systemie tym liczy się przede wszystkim interes stron zawieranej transakcji, a nie dobro osób trzecich oraz maksymalnie dokładne oszacowanie prawdopodobieństwa ryzyka, którego nie ponosi się na zasadzie pomocy wzajemnej, jak się to dzieje w systemie alpejskim, lecz na zasadzie realnego prawdopodobieństwa. Ubezpieczenia morskie są pod pewnym względem podobne do zakładu hazardowego, z tym tylko, że „obstawiający” wygrywa w przypadku wystąpienia niepomyślnego zdarzenia: jeśli mój statek dopłynie do portu przeznaczenia, ja tracę postawioną stawkę, a jeśli zatonie – ty płacisz jej wielokrotność, czyli sumę ubezpieczenia. Te dwa systemy ubezpieczeń legły u podstaw dwóch modeli kapitalizmu: anglosaskiego – opartego na indywidualnym sukcesie finansowym – i nadreńskiego – opartego na solidarności grupowej. To alpejski model ubezpieczeniowy stał się podstawą ubezpieczeń emerytalnych, gdy były one wprowadzane pod koniec XIX wieku.

Jednakże już w starożytności ludzie zrzeszali się w celu wspólnego ponoszenia ryzyka. Zrzeszenia takie opierały się na zasadach wzajemności i solidarności. Wspólnoty ryzyka powstawały najwcześniej w związku z działalnością mającą największe znaczenie gospodarcze i tam, gdzie niebezpieczeństwo zagrażające ludziom i ich życiu było największe.

Pierwsze wzmianki o rozwiązaniach przypominających dzisiejsze ubezpieczenia pochodzą z około 2500 roku p.n.e. Egipscy kamieniarze wspólnie pokrywali koszty pogrzebów zmarłych kolegów. Nieco później, za czasów Hammurabiego około 2000 roku p.n.e., pojawiły się porozumienia pomiędzy organizatorami karawan, dotyczące wspólnego pokrywania szkód powstałych w przypadku utraty zwierząt jucznych. Jeżeli jeden z uczestników wyprawy stracił zwierzę, pozostali składali się, żeby mu stratę wyrównać. Także żydowscy posiadacze osłów w Palestynie umawiali się, że jeśli zwierzę ucieknie, padnie, zostanie ukradzione lub rozszarpane przez dzikie zwierzęta, utrata będzie zrekompensowana przez pozostałych posiadaczy osłów. Z kolei Grecy i Fenicjanie umawiali się na wspólne pokrywanie szkód wynikłych na skutek rozbicia się lub rabunku statków.

Z Kodeksu Justyniana pochodzi tak zwane prawo rodyjskie (Lex Rhodia de iactu) o awarii wspólnej, czyli wspólnym ponoszeniu strat poczynionych rozmyślnie w celu uniknięcia wspólnego niebezpieczeństwa (gdy dla ulżenia statkowi towar został wyrzucony za burtę, wówczas to, co zostało poświęcone dla wszystkich, powinno być przez wszystkich poniesione). Prawo rodyjskie, opierając się na zasadzie solidarności, miało zapobiegać ewentualnym konfliktom pomiędzy sprzecznymi interesami uczestników wyprawy oraz dokonywać podziału strat według z góry określonych proporcji, w jakiej pozostawała wartość uratowanego mienia należącego do danego członka wyprawy do łącznej wartości całego uratowanego mienia. Maksymalna odpowiedzialność każdego uczestnika ograniczała się do wartości jego mienia zaangażowanego w wyprawę. Co ciekawe, ta instytucja prawna istnieje w prawie morskim do dziś.

W krajach zajmujących się handlem morskim pojawiły się instytucje zdefiniowane w Kodeksie Justyniana jako „pożyczki morskie” (foenus nauticum, pecunia traiectica) mające charakter swoistego zakładu: obowiązek spłacenia długu i odsetek od pożyczki zależał od pomyślnego zakończenia wyprawy morskiej, na którą pożyczkę zaciągnięto. Jeżeli statek zatonął lub został porwany przez piratów, pożyczkobiorca był zwolniony od zwrotu pożyczki. Pożyczki morskie były stosunkowo wysoko oprocentowane w związku z dużym ryzykiem, jakie ponosił pożyczkodawca. Wierzyciel występował w roli ubezpieczyciela, który z góry wypłacał określoną kwotę (do rozliczenia) w postaci sumy pożyczki, która następnie – jeżeli nie doszło do zdarzenia losowego, czyli, na przykład, zatonięcia okrętu z ładunkiem – była mu zwracana wraz z wysokim procentem opłacanym ex post. Procent ten był więc jakby elementem składki ubezpieczeniowej za cenę ryzyka. Pożyczka morska stanowiła połączenie kredytu i ubezpieczenia. Z jednej strony była środkiem do zdobycia pieniędzy na sfinansowanie morskiej wyprawy handlowej, a z drugiej – instrumentem przerzucenia ryzyka finansowego takiej wyprawy na pożyczkodawców, czyli na osoby niebiorące w wyprawie bezpośredniego udziału.

W transporcie lądowym korzystano z fikcyjnych umów sprzedaży, na podstawie których osoba przyjmująca na siebie ryzyko nabywała zagrożone utratą towary, z tym że zapłata ceny była odroczona w czasie. Jednocześnie zawierano dodatkową umowę, która przewi dywała, że w razie pomyślnego dotarcia kupców z towarami do celu pierwotna umowa sprzedaży stanie się nieważna. Zapłata ceny następowała więc tylko po zajściu zdarzenia, w wyniku którego towary ulegały przepadkowi. Cena była więc de facto sumą ubezpieczeniową. Natomiast opłatę za ryzyko kupujący (czyli ubezpieczyciel) otrzymywał z góry.

Umowy pożyczki morskiej i fikcyjne umowy kupna-sprzedaży zawierane były w formie aktów notarialnych. W pierwszej połowie XIV wieku zaczęły one być wypierane przez dokumenty prywatne, wystawiane na dowód zawarcia umowy. Dokumenty te otrzymały nazwę „polisa” (od włoskiego słowa polizza – pierwotnie znaczącego „pokwitowanie”). Najstarsze zachowane umowy ubezpieczenia morskiego pochodzą z 1347 roku z Genui i z 1384 roku z Pizy. Przy ich zawieraniu dużą rolę odgrywali pośrednicy – maklerzy (brokerzy). Działając w interesie osób zajmujących się transportem morskim, dbali z jednej strony nie tylko o to, aby umowa była dla nich jak najbardziej korzystna, a z drugiej strony przyczyniali się do zwiększenia zawieranych umów przez ubezpieczycieli, dzięki czemu następowało polepszenie rozkładu ryzyka i zwiększenie zysków wynikające z transakcji ubezpieczeniowych.

W średniowieczu w Anglii, a następnie w krajach germańskich powstawały gildie kupieckie i rzemieślnicze, których członkowie nieśli sobie pomoc w przypadku różnych zdarzeń losowych. Pomoc wzajemną w razie choroby, niezdolności do pracy i śmierci swoich członków organizowały też bractwa czeladnicze. W Niemczech związki chłopskie tworzyły kasy ogniowe (Feuerkassen), których celem było udzielanie członkom wsparcia w naturze lub formie pieniężnej na wypadek pożaru. W 1677 roku w Hamburgu powstał pierwszy publiczny zakład ubezpieczeń budowli od ognia.

Niektóre klasztory sprzedawały dożywotnie renty (renty klasztorne). W zamian za regularne wpłacanie umówionych kwot lub przekazanie klasztorowi jakichś wartości majątkowych uzyskiwało się prawo do pomocy ze strony klasztoru w przyszłości.

W czasach nowożytnych w Niemczech, Anglii i Francji zakłady ubezpieczeń zaczęły powstawać z inicjatywy władz państwowych w celu udzielania ochrony ubezpieczeniowej przede wszystkim ludności wiejskiej. Wielki pożar Londynu, który nastąpił w 1666 roku, zainspirował utworzenie rok później Ogniowego Towarzystwa Ubezpieczeń (The Fire Office) przekształconego następnie w Phoe nix Office.

Oprócz ubezpieczeń transportowych (morskich i lądowych) oraz ogniowych pojawiły się ubezpieczenia upraw od gradobicia oraz bydła od padnięcia. Pierwsze towarzystwo wzajemnych ubezpieczeń od gradobicia zostało założone w 1791 roku w Brunszwiku.

Znacznie wolniej rozwijały się ubezpieczenia osobowe i życiowe. Zasadniczą przyczyną tego stanu rzeczy był brak danych pozwalających na kalkulację składki ubezpieczeniowej na podstawie realnych i trafnych przewidywań ryzyka śmierci. Gdy wiek XVII przyniósł rozwój matematyki, a wraz z nim zastosowanie rachunku prawdopodobieństwa do kalkulacji ubezpieczeniowych, „pomoc wzajemną” zastąpiły przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe. W roku 1762 brytyjskie towarzystwo ubezpieczeń wzajemnych Equitable rozpoczęło prowadzenie długoterminowych ubezpieczeń na życie, w których kalkulacje składek oparte były na rachunku prawdopodobieństwa zgonu osób w różnym wieku. Pierwsza znana i udokumentowana polisa ubezpieczenia na życie, datowana na 18 czerwca 1853 roku, została spisana w Londynie. Ubezpieczonym był William Gybbons na sumę382 funtów, 6 szylingów i 8 pensów. Świadczenie miało być wypłacone w przypadku śmierci w ciągu 12 miesięcy od daty podpisania umowy.

We Francji w XVII wieku wprowadzono renty socjalne nazywane tontynami (od nazwiska ich twórcy – Lorenza Tontiego). Renty te, zorganizowane przez rząd za czasów kardynała Mazarina, sprzedawane były obywatelom w celu podbudowania finansów państwa. Osoby, które chciały skorzystać z tontyny, wpłacały, w zależności od wieku, określoną sumę pieniędzy, za co otrzymywały dożywotnią rentę. Wysokość kwoty renty każdego roku się zwiększała w miarę wymierania członków tontyny. Pozostali przy życiu członkowie tontyny otrzymywali renty w coraz większej wysokości.

Dekret z roku 1793 w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej zlikwidował wszystkie instytucje ubezpieczeniowe. Ich odbudowa nastąpiła dopiero w połowie XIX wieku. Zaczęła wówczas postępować koncentracja działalności ubezpieczeniowej i łączenie się słabszych finansowo towarzystw lub przejmowanie ich przez większe. Jednak przy okazji powstawały kartele, ustalające wspólne zasady działania w zakresie warunków umowy ubezpieczenia, taryfiskładek czy norm prowizyjnych dla pośredników.

Koncentracja wymagała reasekuracji. Była ona stosowana już wcześniej w ubezpieczeniach morskich, a jej celem był podział dużego ryzyka pomiędzy kilka zakładów ubezpieczeń. Dopiero jednak w połowie XIX wieku pojawiły się ogólne umowy reasekuracyjne, na podstawie których wiele umów ubezpieczeniowych musiało podlegać reasekuracji. „Musiało” – bo rządy poszczególnych państw zaczęły regulować rynek ubezpieczeniowy, kontrolować firmy ubezpieczeniowe, określać zasady ich organizacji i wprowadzać zarówno obowiązek ubezpieczania się przez obywateli, jak i obowiązek stosowania określonych klauzul umownych przez firmy ubezpieczeniowe. Coraz więcej było też rodzajów umów ubezpieczeniowych. Obok ubezpieczeń ogniowych, transportowych i życiowych pojawiły się ubezpieczenia majątku od klęsk żywiołowych, zniszczenia, kradzieży, uszkodzenia.

Z czasem zaczęły być stosowane ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej – niektóre z nich przerodziły się później w ubezpieczenia obowiązkowe – jak choćby dzisiejsze ubezpieczenia komunikacyjne OC.

1.1 Rozwój ubezpieczeń w Polsce

W Polsce pierwsze formy ubezpieczeń od wypadków pojawiły się już w średniowieczu na Górnym Śląsku. Podobnie jak w Niemczech były związane z działalnością kas brackich. Najstarszy historyczny dokument ubezpieczeniowy pochodzi z roku 1528. Jest to „Ordunek Gorny”, który obowiązywał na terenach księstw opolskiego, raciborskiego i ziemi bytomskiej – pierwsza znana ustawa górnicza w języku polskim, wydana przez księcia Jana II Opolskiego, wzmiankująca o składkach w wysokości 2 halerzy tygodniowo do kasy brackiej. W wieku XVII i XVIII pewne elementy ubezpieczeń wzajemnych zawierały „porządki ogniowe” – czyli uchwalane przez władze miejskie przepisy przeciwpożarowe oraz kasy ogniowe, które można zaliczyć do towarzystw ubezpieczeń wzajemnych. Do najbardziej znanych należały kasy Poznania, Leszna, Wschowy i Wronek. W Poznaniu Kasa Ogniowa utworzona została w 1757 roku. Wielu polskich mieszczan ubezpieczało budynki w towarzystwach zagranicznych w szczególności w londyńskim towarzystwie „Feniks”.

Pierwsze zakłady ubezpieczeniowe powstały po rozbiorach. Były to towarzystwa ogniowe, czyli tak zwane „socjety”. Na podstawie dekretu Fryderyka Wilhelma III 21 kwietnia 1803 roku powołane zostało Towarzystwo Ogniowe dla Miast w Prusach Południowych. Data ta przeszła do historii jako początek polskich instytucji ubezpieczeniowych. Rok później utworzono Towarzystwo Ogniowe Wiejskie Prowincji Prus Południowych. Oba zakłady obejmowały zasięgiem znaczny obszar ziem polskich z Warszawą i Poznaniem. Po klęsce Prus w wojnie 1807 roku i utworzeniu Księstwa Warszawskiego zostały one zlikwidowane, a w ich miejsce powstało Towarzystwo Ogniowe dla Miast i Wsi. Działało ono na nieco odmiennych zasadach ze zróżnicowanymi stawkami za ubezpieczenia budynków miejskich i przymusem ubezpieczeniowym wsi narodowych i królewskich.

Po kongresie wiedeńskim nastąpiła kolejna reorganizacja. W 1817 roku zlikwidowano towarzystwo działające w nieistniejącym już Księstwie Warszawskim i powołano Ogólne Towarzystwo Ogniowe dla Miast w Królestwie Polskim. W 1833 roku przekształcono je w Towarzystwo Ubezpieczeń od Ognia Nieruchomości, które poza budynkami ubezpieczało także maszyny rolnicze, zboża, zwierzęta gospodarskie i urządzenia fabryczne. Po powstaniu styczniowym instytucje ubezpieczeniowe pozbawiono samodzielności, włączając je do administracji państwowej. W 1870 roku władze carskie powołały Wzajemne Guberialne Ubezpieczenia Budowli od Ognia, ograniczające się do asekuracji budynków. W tym samym roku założono prywatne Warszawskie Towarzystwo Ubezpieczeń, które oferowało ubezpieczenia rolne i przemysłowo-handlowe. Ubezpieczenia na życie prowadziło od 1891 roku prywatne Towarzystwo Akcyjne „Przezorność”. W roku 1900 powołano kolejną centralną instytucję ubezpieczeniową z siedzibą w Warszawie: Ubezpieczenia Wzajemne Budowli od Ognia w Królestwie Polskim, która działała do roku 1915. Na początku XX wieku powstawały też prywatne towarzystwa, jak Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń od Gradobicia „Ceres”, Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń „Snop”, Warszawskie Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń od Nieszczęśliwych Wypadków.

W Wielkopolsce, która jako Wielkie Księstwo Poznańskie włączona została do Prus, rozpoczęła działalność Królewska Dyrekcja Prowincjonalna Socjetu Ogniowego, podzielona na oddzielne towarzystwa dla miast i wsi. W 1864 roku zniesiono przymus ubezpieczeniowy. Prywatne towarzystwa zaczęły rywalizować z zakładami publicznymi. W 1895 roku w Poznaniu powstała Krajowa Kasa Ubezpieczeń Strażaków od Wypadków (przemianowana w 1913 roku na Poznański Prowincjonalny Socjetet Ogniowy). W roku 1911 rozpoczął działalność Poznański Prowincjonalny Zakład Ubezpieczeń na Życie.

W 1873 roku utworzono w zaborze pruskim prywatne towarzystwo ubezpieczeniowe z całkowicie polskim kapitałem – Bank Wzajemnych Zabezpieczeń „Vesta”. Działał on aż do II wojny światowej także w Niemczech – w Berlinie i Dreźnie.

Najwolniej rynek ubezpieczeniowy rozwijał się w zaborze austriackim. W przeciwieństwie do zaboru pruskiego i rosyjskiego nie wprowadzono tu żadnego przymusu ubezpieczeniowego. Pierwszy polski zakład ubezpieczeniowy – Towarzystwo Ubezpieczeń od Ognia w Krakowie „Florianka” – powstał w 1860 roku. Dziewięć lat później zaczął oferować także ubezpieczenia na życie. W 1874 roku „Florianka” zmieniła nazwę na Krakowskie Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń. Towarzystwo to rozszerzyło później działalność poza Galicję, oferując swoje polisy także na Wołyniu, Podolu i Ukrainie.

Kolejna zmiana dokonała się pod koniec I wojny światowej. Od 1917 roku rozpoczęły działalność Polskie Towarzystwo Asekuracyjne i Reasekuracyjne „Patria” oraz Towarzystwo Ubezpieczeń „Polonia”. W roku 1918 powstało Towarzystwo Ubezpieczeń „Vita”, a rok później Poznański Bank Ubezpieczeń i Polski Bank Reasekuracyjny „Lechia”. W 1920 roku utworzona została działająca do dziś „Warta” – Towarzystwo Reasekuracyjne w Poznaniu. W 1921 roku powołano do życia Polską Dyrekcję Ubezpieczeń Wzajemnych, instytucję o charakterze samorządowym, obejmującą zasięgiem swojego działania terytorium całego kraju poza dawnym zaborem pruskim. W 1927 roku została ona przekształcona w Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych, a rok później powstała Pocztowa Kasa Oszczędności, która oferowała także ubezpieczenia na życie. W 1929 roku, w wyniku połączenia kilku zakładów, powstała największa w Polsce firma ubezpieczeniowa: Poznański Koncern Towarzystw Ubezpieczeń. Przed wybuchem II wojny światowej na polskim rynku ubezpieczeniowym działało 67 zakładów ubezpieczeniowych, w tym publiczne i prywatne z kapitałem krajowym i zagranicznym. W 1927 roku Prudential plc., jedna z czołowych firm ubezpieczeniowych w Wielkiej Brytanii, przejęła pakiet kontrolny akcji Towarzystwa „Przezorność”.

W czasie II wojny światowej na terenach Generalnego Gubernatorstwa działalność kontynuowały tylko dwa zakłady ubezpieczeniowe: Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych oraz „Warta”. Po powstaniu PRL niektóre przedwojenne towarzystwa ubezpieczeniowe próbowały wznowić działalność. Do prowadzenia ubezpieczeń na życie powróciła Pocztowa Kasa Oszczędności. Jednak w 1947 roku Skarb Państwa przejął 60% akcji „Warty”, przyznając jej monopol na działalność reasekuracyjną. Pozostałe 40% walorów reasekuracyjnej spółki należało do PZUW. Dwa lata później ta ostatnia instytucja przejęła portfel ubezpieczeń życiowych od Pocztowej Kasy Oszczędności, którą rok później przekształcono w bank państwowy Powszechna Kasa Oszczędności. W 1952 roku ostatecznie zlikwidowano ubezpieczenia wzajemne. W miejsce Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych powstał Państwowy Zakładu Ubezpieczeń. Jego finanse były powiązane z budżetem państwa. W 1961 roku wprowadzono przymusowe ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków i odpowiedzialności cywilnej w ruchu pojazdów mechanicznych. Dwa lata później wprowadzono przymus ubezpieczania ziemiopłodów od gradobicia i powodzi. W 1975 roku rolnicy zostali objęci obowiązkiem ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków i odpowiedzialności cywilnej.

Pierwszego wyłomu w monopolu państwowych instytucji ubezpieczeniowych dokonała ustawa z 1984 roku, dopuszczająca powstanie towarzystw oferujących ubezpieczenia w formie spółdzielni oraz spółek kapitałowych, w których jednak co najmniej 51% udziału powinien mieć Skarb Państwa. Dopiero ustawa o działalności ubezpieczeniowej z 1991 roku zezwoliła na działalność towarzystw ubezpieczeń wzajemnych oraz komercyjnych firm prywatnych, pod warunkiem że będą zorganizowane w formie spółek akcyjnych, co wymaga zgromadzenia większego kapitału zakładowego. Dodatkowym zabezpieczeniem interesów klientów był zakaz jednoczesnego prowadzenia przez tego samego ubezpieczyciela ubezpieczeń na życie i pozostałych ubezpieczeń osobowych oraz majątkowych, a także ograniczenie działalności gospodarczej zakładu do działalności ubezpieczeniowej. W efekcie doszło do podziału PZU na PZU SA, oferujące ubezpieczenia majątkowe, oraz spółkę zależną – PZU Życie SA, zajmującą się ubezpieczeniami na życie.

2. Geneza ubezpieczeń emerytalnych

Za początek ustawowej interwencji socjalnej państwa uważa się edykt angielskiej królowej Elżbiety I z 1598 roku, nakładający obowiązek opieki nad ludźmi starymi, chorymi i wszystkimi, którzy bez własnej winy są bez środków do życia. Trzy lata później, w 1601 roku, weszła w życie ustawa o ubogich (Poor Law), nakazująca parafiom udzielanie pomocy osobom, które spełniły kryteria „testu ubóstwa”. Wydatki na te cele obciążały lokalne budżety, toteż pojawiły się „testy ubóstwa”, licencje na żebranie czy przymus pracy włóczęgów siłą umieszczanych w przytułkach. W ustawie z 1601 roku po raz pierwszy:

ustanowiono obowiązkowy podatek wyłącznie na potrzeby biednych,

ustanowiono urzędnika nadzorującego ubogich i rozwiązującego problemy socjalne biednych (bardziej jeszcze „z nimi” niż „ich”),

wprowadzono klasyfikację osób podlegających ustawie:

a) dzieci ubogich rodziców,

b) ubodzy niezdolni do pracy,

c) ubodzy zdolni do pracy,

wprowadzono definicję ubogiego związaną z określeniem możliwości lub niemożliwości utrzymania siebie i najbliższych (pierwsza definicja minimum biologicznego).

Przez trzy stulecia – do czasu reform socjalnych Ottona von Bismarcka – była to podstawowa forma ochrony ryzyka socjalnego.

Powody wprowadzenia ubezpieczeń emerytalnych pod koniec XIX wieku były głównie ideologiczno-polityczne. Rewolucja przemysłowa przyniosła nie tylko zmiany gospodarcze, ale także społeczne, które położyły kres dotychczasowemu modelowi życia rodzinnego. Migracje ze wsi do miasta wykreowały nową klasę społeczną – wielkoprzemysłową klasę robotniczą, której członkowie nie mogli liczyć, że na starość będą mogli żyć w mieście tak, jak wcześniej, przez setki lat, żyli ich protoplaści na wsiach.

Rozwijał się wówczas bardzo dynamicznie ruch robotniczy. Powstawały doktryny polityczne, które go inspirowały i uzasadniały. Opowiadały się one za interwencjonizmem państwa w mechanizmy gospodarcze, wzywały do odejścia od założeń państwa „nocnego stróża” i haseł absolutnej wolności, głosiły potrzebę równości społecznej, która wymaga realizacji nawet za cenę uszczerbku dla wolności, a osiągana jest za pomocą korygujących działań państwa. Pomoc dla biedniejszych warstw społecznych została uznana za „funkcję publiczną” państwa. Za najlepszy środek interwencjonizmu uznano zaś podatki i ubezpieczenia – czyli też podatki, tylko inaczej nazwane. Podatki zaczęły być ściągane już nie tylko na sfinansowanie potrzeb publicznych, lecz także w celu redystrybucji dochodu narodowego, a tak zwane składki ubezpieczeniowe zaczęto ściągać od wszystkich zatrudnionych w celu zapewnienia masom pracującym utrzymania na starość.

Ciekawe, że choć to niemieccy socjaliści wystąpili z twierdzeniami, że państwo nie może pozwolić, aby starzy, niezdolni do pracy ludzie umierali z głodu na ulicy, i zgłosili konieczność wprowadzenia ubezpieczeń emerytalnych, ich postulaty przejął konserwatysta Otto von Bismarck. W 1889 roku Reichstag uchwalił ustawę o ubezpieczeniu w przypadku starości lub inwalidztwa. Stało się tak z czterech powodów. Po pierwsze, konserwatyści niemieccy nie tylko nie byli tak prorynkowi jak anglo-szkoccy liberałowie (Adam Smith), ale nawet jak anglo-szkoccy konserwatyści (Edmund Burke). Przychylnym okiem patrzyli na różne działania podejmowane przez władzę. Po drugie, wszyscy konserwatyści za jedną z naczelnych wartości politycznych uważali zachowanie ładu społecznego. Postępująca na przełomie XIX i XX wieku dywersyfikacja społeczna oraz próby jej wykorzystywania przez radykalne ruchy społeczne, z marksistami na czele, mogły temu ładowi poważnie zagrozić. Stąd akceptacja pomysłu wprowadzenia ubezpieczeń społecznych – by socjalistom odebrać ideologiczny instrument podburzania ludu. Po trzecie, istotny był czynnik ekonomiczny. Wszyscy zatrudnieni płacili „składki”, a statystycznie nikt nie pobierał emerytury, bo średnia długość życia wynosiła poniżej 50 lat. Było to więc dość proste rozwiązania problemu nielicznej grupy ludzi dożywających późnego (jak na koniec XIX stulecia) wieku emerytalnego określonego na 70 lat, którzy w okresie swej aktywności zawodowej nie byli na tyle przezorni, żeby odłożyć jakiś kapitał na starość, lub których wynagrodzenia były na tyle niskie, że takie oszczędzanie uniemożliwiały, a ich rodziny też nie były w stanie im pomóc z uwagi na niskie dochody. I wreszcie po czwarte, nowe koncepcje powstały właśnie w Niemczech, bo podejmując po zjednoczeniu konkurencję polityczną z Wielką Brytanią, potrzebowały one zwiększenia wpływu państwa na gospodarkę i większych wpływów podatkowych. Dlatego właśnie tam tak łatwo odrzucono zasady ekonomii klasycznej i uznano wytwórczy charakter działalności państwa.

Bismarck sądził przy tym, że wprowadzone rozwiązania będą tymczasowe. Miała to być – mówiąc językiem dzisiejszej polityki – „kiełbasa wyborcza”. Wcielając w życie postulaty socjaldemokratów, Bismarck liczył na odebranie im głosów. Jednak kariera polityczna Bismarcka zakończyła się już rok później, a ubezpieczenia emerytalne przetrwały do dziś.

3. Ekonomiczne uzasadnienia dla ubezpieczeń emerytalnych

Według wielu historyków myśli politycznej liberalne poglądy na temat funkcji państwa, które za sprawą Adama Smitha dominowały w filozofii politycznej na przełomie XVIII i XIX wieku, zmieniły się pod wpływem Johna Stuarta Milla – jednego z twórców tak zwanego liberalizmu socjalnego.

W Zasadach ekonomii politycznej Mill wyróżnił dwie kategorie obowiązków i czynności rządowych. Do pierwszej z nich należą te, które nie inaczej jak tylko przez rząd mogą i muszą być wykonywane. Do drugiej zaś te, które chociaż przez rząd najczęściej wykonywane, mogłyby wszakże z identycznym skutkiem być pozostawione działalności i opiece osób prywatnych[8]. Jednakże katalog czynności, które muszą być wykonywane przez rząd, Mill bardzo rozszerzył, krytykując pogląd, że powinny one dotyczyć jedynie zabezpieczenia członków społeczeństwa od gwałtów i oszustw. Jego zdaniem jest wiele przypadków, w których rząd musi brać na siebie pewne obowiązki nie z uwagi na bezpieczeństwo jednostek, ale z uwagi na interes publiczny. Doktryna uznająca, że osoby prywatne mają same o siebie zadbać, a rząd ma je tylko ochraniać, może mieć zastosowanie jedynie do tych, którzy zdolni są do prowadzenia swoich interesów. Innych, niezdolnych do tego, rząd musi otoczyć opieką. Dlaczego zresztą potęga zbiorowa mająca chronić jednostki od gwałtów i oszustw nie miałaby chronić ich także i od innych klęsk? Jeśli rząd miałby świadczyć względem jednostek tylko takie usługi, których nie mogą one wyświadczyć sobie same, można byłoby uznać, że od gwałtów też można obronić się własnymi siłami lub najmując obrońców [9]. Posługując się takimi argumentami, katalog przykładów koniecznych i wskazanych czynności rządu można rozszerzać bez końca. Mill otworzył pod tym względem w doktrynie liberalnej przysłowiową puszkę Pandory.

Z powodu, o którym była już mowa – konkurencji z Wielką Brytanią – jeszcze bardziej rozbudowane uzasadnienie naukowe dla realizacji potrzeb politycznych państwa stworzyła niemiecka szkoła ekonomiczna, której głównymi przedstawicielami byli Lorenz von Stein i Adolf Wagner. Wagner krytykował liberalną koncepcję ograniczonych funkcji państwa, stwierdzając, że państwu zostały przyznane najszersze zadania dotyczące wspierania kultury i dobrobytu, bez ustalonych na stałe granic i w ostatnich czasach podniesienie najniższych klas dzięki państwowej pomocy[10].

O ile twórcy ekonomii klasycznej traktowali państwo i jego działania w tych samych kategoriach co działania innych podmiotów, o tyle Wagner traktował je w kategoriach iście demiurgicznych. Jak pisał Roman Rybarski, dla Wagnera różnica pomiędzy gospodarstwem państwowym i prywatnym sprowadza się do stosunku wydatków do dochodów. W gospodarstwie państwowym dostosowuje się dochody do wydatków, a nie wydatki do dochodów. Państwo samo określa zakres swojego działania i swoich funkcji, a następnie rozważa, jak pokryć koszty pełnienia tych funkcji. Tymczasem gospodarstwo prywatne dąży do uzyskania jak największego dochodu, a konsumpcję dostosowuje do rozmiaru tego dochodu. Kryzys finansowy państwa wyraża się więc w niemożności naciągnięcia dochodów do już ustalonych wydatków [11], co nie wydaje się Wagnerowi wielkim problemem. Jego zdaniem elastyczność podatków sprowadza się do zagadnień ściśle prawnych – jak je ściągnąć.

Wagner podkreślał, że państwo zgłasza popyt na coraz większe dochody, będące wynikiem coraz większych wydatków, które z kolei są konsekwencją dynamicznego wzrostu potrzeb publicznych, który ma charakter zarówno intensywny, jak i ekstensywny. Intensywny wzrost potrzeb publicznych wynika wprost z rozwoju cywilizacyjnego, na skutek którego państwo musi wykonywać coraz to nowe zadania wobec społeczeństwa, a ekstensywny jest rezultatem presji społeczeństwa na podejmowanie przez państwo nowych funkcji [12]. Komentatorzy zapominają jednak, że współcześnie owa „presja” nie bierze się z niczego, lecz jest wynikiem odpowiedniej socjotechniki, za pomocą której presję tę można wywoływać, przekonując społeczeństwo, że ma duże potrzeby, które zaspokoić może jedynie państwo. Bardzo często współcześni politycy tworzą jakieś zapotrzebowanie, a następnie stwierdzają, że muszą mu sprostać.

W doktrynie Wagnera można odnaleźć echa marksizmu, ale nie sposób nie zauważyć, że stanowiła ona odpowiedź na pewnego rodzaju zapotrzebowanie na taką właśnie nową doktrynę ze strony coraz bardziej ekspansyjnego państwa niemieckiego. Było to takie samo zapotrzebowanie, jakie państwo, zgodnie z tą doktryną, wytwarza na dochody. A gdy jest zapotrzebowanie, to trzeba je jakoś zaspokoić. Zaczęto więc szukać nowych źródeł dochodów. Składki ubezpieczeniowe też się do tego świetnie nadawały.

Jak pisze Stanisław Owsiak, teoria finansów publicznych Wagnera przyczyniła się zapewne do rozwoju ubezpieczeń społecznych[13]. Nie wiadomo tylko, czy to dobrze, czy źle. Z tonu komentarza można odnieść wrażenie, że dobrze. Tymczasem ubezpieczenia społeczne w takim wydaniu, do którego przyczynił się Wagner, znajdują się obecnie w stanie opłakanym, nie tylko w Polsce i innych krajach postsocjalistycznych, ale także w ich kolebce, którą są Niemcy.

Co ciekawe, Wagner lansował ideę uprzywilejowanego opodatkowania dochodów z pracy, gdyż dochód jako taki nie może być miernikiem zdolności płatniczej podatnika. Jego zdaniem dla celów podatkowych należy uwzględnić sposób powstania dochodu, a także sytuację poszczególnych podatników, różnicując opodatkowanie różnych źródeł dochodu [14].

Tymczasem składki ubezpieczeniowe działają dokładnie na odwrót – zwiększają koszty pracy. Już więc w czasach Wagnera politycy potrzebowali naukowców jak pijani latarni – nie po to, by oświetlała im drogę, ale żeby się nią podeprzeć.

Z biegiem czasu najbardziej eksponowane miejsce w naukowym uzasadnieniu obowiązkowych „ubezpieczeń społecznych” zajęła makroekonomiczna teoria popytu Johna Keynesa, który wniósł szczególny wkład w rozwój idei aktywnego uczestnictwa państwa w życiu społecznym i gospodarczym. To za jego sprawą ostatecznie uznano, że państwo w celu uzyskania środków na prowadzenie własnej działalności gospodarczej i dla celów stymulacyjnych powinno wykorzystywać podatki i przymusowe ubezpieczeniowe na zasadzie „elastycznego reagowania” na aktualne potrzeby gospodarcze.

Teoria Keynesa wykuwała się w dość hucpiarski sposób. W roku 1914 jako redaktor naczelny „Economic Journal” rozprawi się on krytycznie z wydanym dwa lata wcześniej w Niemczech Traktatem o pieniądzu i kredycie Ludwiga von Misesa, nie znając istoty tej książki! Dopiero po latach przyznał bowiem, że po niemiecku rozumiem dobrze tylko to, co już wiem, dlatego nowe idee przedstawiane w tym języku są mi raczej niedostępne ze względu na barierę językową. A jako że idee von Misesa były nowe, to Keynes dyskredytował je, choć były mu raczej niedostępne ze względu na barierę językową. Jego teoria spotkała się jednak z dużym popytem ze strony polityków marzących o zwiększeniu zakresu własnej władzy oraz makroekonomistów, którzy podobnie jak Keynes szybko zrozumieli, że za jej sprawą będą mogli się dostać na salony władzy. Ich biegłość w manipulowaniu globalnym popytem była bowiem tak samo potrzebna jak afrykańskim wodzom potrzebni byli czarownicy – zaklinacze deszczu.

Zgodnie z założeniami Keynesa, jeśli ludzie będą otrzymywali świadczenia emerytalne, to będą mieć środki na nabywanie różnych towarów i usług, co podtrzyma konsumpcję, która z kolei będzie podtrzymywała produkcję. Dlatego wszystkich należy obowiązkowo „ubezpieczyć”. Pozostawał tylko problem techniczny: jak to zrobić. Co ciekawe, katastrofa, jaka przydarzyła się sektorowi finansowemu najpierw w 2008 roku, a później w 2011, nie spowodowała wcale ostatecznego odwrotu od keynesizmu. Wręcz przeciwnie: odezwały się głosy – w tym noblistów Paula Krugmana i Josepha Stiglitza – żądające jeszcze więcej „stymulacji finansowych”.

4. Techniki pomocy społecznej

Pomoc społeczna ma chronić przed ryzykiem socjalnym. Definiuje się je jako subiektywnie postrzegany, rzeczywisty lub potencjalny brak dochodów z pracy, którego skutkiem jest utrata dotychczasowej pozycji społecznej, marginalizacja, wykluczenie, a także inne negatywne następstwa ubóstwa. Ryzyko socjalne zawsze dotyczy konkretnego człowieka, ale jako że nikt nie jest całkowicie od niego wolny, zagrożenie tym ryzykiem uważa się za powszechne[15]. Ryzyka socjalne stanowią pewnego rodzaju „narodową wspólnotę ryzyka”, jako że teoretycznie są nimi zagrożeni wszyscy obywatele. Dlatego od czasu Bismarcka środki finansowe przeznaczone na świadczenia socjalne stanowią integralną część finansów publicznych. Są gromadzone na podstawie przepisów prawnych skierowanych erga omnes (do wszystkich), u genezy czego legła idea solidaryzmu społecznego w obrębie wspólnoty ryzyka [16]. Członkowie tej wspólnoty mają z jednej strony nierówną zdolność ponoszenia ciężaru zabezpieczenia się przed ryzykiem, a z drugiej – w niejednakowym stopniu są na nie podatni. We wspólnocie ryzyka nie ma więc symetrii między wkładem i zrealizowaną korzyścią. Przeciwnie nawet – asymetria jest charakterystyczna i w niej właśnie wyraża się sens solidarności[17].

Na ochronę ryzyka socjalnego w krajach dzisiejszej Unii Europejskiej istotny wpływ wywarła Europejska Karta Społeczna uchwalona przez Radę Europy w 1961 roku [18]. Państwa członkowskie powinny:

utrzymywać zabezpieczenia społeczne na poziomie równym

co najmniej poziomowi niezbędnemu dla ratyfikowania Europejskiego Kodeksu Zabezpieczenia Społecznego;

zabiegać o stopniowe podnoszenie poziomu zabezpieczenia;

wdrożyć do praktyki zakaz dyskryminacji, poprzez równe traktowanie własnych obywateli i obywateli innych państw członkowskich w dostępie do świadczeń z tytułu zabezpieczenia społecznego;

zagwarantować zachowanie korzyści wynikających z ustawodawstwa dotyczącego zabezpieczenia społecznego, bez względu na zmiany miejsca pobytu osób chronionych;

zapewnić zachowanie uprawnień z tytułu zabezpieczenia społecznego przez zliczanie okresów ubezpieczenia lub zatrudnienia zgodnie z ustawodawstwem państw-sygnatariuszy Karty, na których terenie osoby chronione wykonywały pracę.

Z kolei na podstawie Konwencji nr 102 Międzynarodowej Organizacji Pracy z 1952 roku kraj będący jej sygnatariuszem ma obowiązek ochrony obywateli przed takimi ryzykami, jak:

dożycie wieku emerytalnego przez osobę czerpiącą środki utrzymania z zatrudnienia lub działalności gospodarczej prowadzonej na własny rachunek, dla której starość oznacza brak dochodu z pracy;

trwała lub okresowa niezdolność do pracy, czyli ryzyko utraty dochodów z powodu niezdolności do pracy przed osiągnięciem wieku emerytalnego przez osobę czerpiącą środki utrzymania z zatrudnienia lub działalności gospodarczej prowadzonej na własny rachunek;

śmierć żywiciela, czyli ryzyko pozostania bez środków utrzymania przez osoby, wobec których istniał obowiązek alimentacyjny;

przejściowa niezdolność świadczenia pracy, czyli ryzyko niezawinionej utraty prawa do wynagrodzenia przez osobę czerpiącą środki utrzymania z zatrudnienia lub przychodu przez osobę czerpiącą środki utrzymania z działalności gospodarczej prowadzonej na własny rachunek, z powodu choroby, macierzyństwa, wypełnienia prawnego obowiązku opieki;

wypadek przy pracy lub choroba zawodowa, czyli ryzyko wiążące się z deliktową odpowiedzialnością pracodawcy za szkodę na osobie, polegającą na uszczerbku na zdrowiu lub śmierci pracownika;

bezrobocie, czyli ryzyko osoby w wieku produkcyjnym, która aktywnie poszukuje pracy zarobkowej, lecz nie może znaleźć stałego zatrudnienia;

„niezdrowie”, czyli ryzyko pogorszenia stanu zdrowia pracownika lub osoby prowadzącej działalność gospodarczą na własny rachunek lub osoby pozostającej na ich utrzymaniu wskazujące na potrzebę pielęgnacji i opieki medycznej, mającej na celu przywrócenie dobrostanu fizycznego, psychicznego i społecznego;

niedostatek dochodu, czyli ryzyko obniżenia dochodów w rodzinie poniżej minimum ustawowego danego państwa; – trudne sytuacje życiowe, czyli ryzyko zawinionych i niezawinionych wydarzeń i ich negatywnych konsekwencji, prowadzących do kryzysu życiowego, którego przełamanie nie jest możliwe własnymi siłami, lecz wymaga interwencji i pomocy z zewnątrz [19].

W katalogu ryzyk socjalnych występują zarówno takie zjawiska masowe, które da się oszacować za pomocą metod statystycznych (aktuarialnych), jak i takie, które takiej kwantyfikacji się nie poddają. Są one chronione metodami opiekuńczymi, a nie ubezpieczeniowymi. Asekuracja ryzyka zdarzeń zaliczanych do grupy pierwszej jest realizowana ze składek, a z grupy drugiej – z innych wpływów.

Generalnie można mówić o trzech technikach pomocy społecznej. Pierwsza z nich ma charakter opiekuńczy i wyrasta z wielowiekowej tradycji filantropijnej i charytatywnej. Druga ma charakter ubezpieczeniowy i opiera się na tradycji ubezpieczeń alpejskich (ubezpieczenia morskie nie są stosowane w przypadku tak zwanych ubezpieczeń społecznych, gdyż, jak sama nazwa wskazuje, technika ta ma charakter społeczny, a nie indywidualny, czym charakteryzują się ubezpieczenia morskie). Trzecia ma charakter zaopatrzeniowy. W tym trzecim przypadku świadczenia, na maksymalnie spłaszczonym poziomie, uzależnione są od różnych stanów faktycznych (na przykład pozostawania przez odpowiednio długi okres w „stosunku” pracy) i finansowane są za pomocą różnych mechanizmów fiskalnych. Technika ta jest więc ściśle związana z mechanizmem redystrybucji dochodu narodowego.

Dla każdej z nich właściwe są inne narzędzia, różniące się ze względu na:

podmiot zabezpieczający, którym może być instytucja publiczna, organ administracji rządowej lub samorządowej;

źródło finansowania, którym mogą być fundusze składkowe, budżet państwa lub budżet samorządu terytorialnego;

zakres podmiotowy uprawnionych, który może obejmować ogół obywateli lub tylko niektóre ich grupy;

obligatoryjność połączoną z roszczeniowością bądź fakultatywność połączoną z uznaniowością świadczeń (jest ono zdefiniowane w umowie i można go dochodzić sądownie albo jest przyznawane na podstawie decyzji uznaniowej) [20].

4.1 Filantropia i dobroczynność

Ludzi odróżnia od innych ssaków naczelnych między innymi bardzo rozwinięta filantropia. Pomoc znajdującym się w potrzebie powodowana jest wieloma czynnikami – zarówno naturalnym odruchem współczucia, jak i interesem własnym. W starożytnej Grecji filantropia była wręcz modna, o czym świadczy choćby mit o Prometeuszu i jego poświęceniu dla ludzi.

Ale potrzebującym pomagano też z bardziej egoistycznych pobudek, na przykład, by na ulicach miast nie zbierała się biedota, bo stwarzała w ten sposób niebezpieczeństwo sanitarne (ogniska chorób) i polityczne (ogniska buntów).

O tych egoistycznych korzeniach filantropii pisała Ayn Rand. Jej zdaniem etyka egoizmu opiera się na przekonaniu, że każdy najlepiej wie, co jest dla niego dobre i jak postępować, aby osiągnąć wybrane przez siebie cele. Egoizm wcale nie jest synonimem zła, jak usilnie przekonują różni postępowi działacze społeczni. Według podręcznikowej definicji egoizm to „troska o własny interes”. Definicja ta nie zawiera oceny moralnej, nie podpowiada, czy troska o ten interes jest dobra, czy zła, nie przesądza też o tym, co stanowi rzeczywisty interes danej jednostki. Współcześni altruiści ogłaszają światu, że każde działanie podjęte w interesie innych jest dobre, a każde dla własnych korzyści – złe. W ten sposób przemysłowiec robiący majątek i gangster rabujący bank są zaklasyfikowani do tej samej, a przynajmniej podobnej, kategorii. Stąd już tylko krok do uznania jakiegoś dyktatora za wzór cnót, ponieważ niewyobrażalne okrucieństwa, jakich się dopuścił, miały na celu dobro ludu, a nie jego własne. Tymczasem zło w bandytyzmie nie polega na tym, że bandzior kieruje się własnym interesem, lecz na tym, co uważa on za swój interes. Moralność to nie konkurs zachcianek, a wolność to nie licencja na zabijanie. Bezwzględnie niemoralne jest natomiast zerwanie więzi między działającym a uzyskującym korzyści z efektów tego działania, co prowadzi do poświęcenia jednych na rzecz innych [21].

Filozoficzne podstawy filantropii stworzyli już filozofowie starożytni. Platon dostrzegał trzy jej przejawy:

Pozdrawianie się przez uścisk ręki w przywitaniu.

Niesienie pomocy potrzebującemu.

Urządzanie przyjęć (po pierwsze, zaprasza się gości, po drugie, zostają resztki, które można było rozdać ubogim).