Echo z otchłani - Remigiusz Mróz - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Echo z otchłani ebook i audiobook

Remigiusz Mróz

4,1

50 osób interesuje się tą książką

Opis

Kontynuacja Chóru zapomnianych głosów - bestsellerowej powieści z gatunku science-fiction Remigiusza Mroza. Dalsze losy Håkona Lindberga, Dija Udina Alhassana i Ellyse.

ISS Kennedy powrócił na Ziemię, która w niczym nie przypomina planety sprzed kilkuset lat. Po globalnym kataklizmie stała się jałowym pustkowiem, a na jej powierzchni przetrwali tylko nieliczni.
Ocalałe statki Ara Maxima są bezpieczne na orbicie, czekając na dalsze instrukcje tych, którzy podejmą się odbudowy ludzkości.


Co zdarzyło się na Ziemi? I czy okrętom naprawdę nic nie grozi? Wróg wygrał proelium i czeka gdzieś pośród gwiazd, świadomy istnienia gatunku ludzkiego.
Jeden z nich nadal znajduje się w kriokomorze Kennedy’ego. I będzie miał szansę, by odkupić swoje winy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 439

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 40 min

Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Remigiusz Mróz, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak, Anna Królak

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografia na okładce: Sergey Nivens / Shutterstock 

Fotografia autora: Mikołaj Starzyński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN: 978-83-66517-65-3

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tym razem dedykację zamieściłem na samym końcu.

A więc tutaj życzę tylko dobrej lektury.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

1

 

Håkon Lindberg wprowadził odpowiedni kod do konsoli sterowania diapauzą, po czym cofnął się o krok. Kapsuła kriogeniczna rozświetliła się zimnym blaskiem, a postać leżąca w środku poruszyła się niespokojnie.

Skandynaw nie wiedział, czy nie popełnia właśnie największego błędu w życiu. Teraz jednak było już za późno, by mógł rozważyć wszystkie implikacje swoich działań.

Przesłona komory odsunęła się ze świstem, a chwilę później Dija Udin złapał za jej brzegi. Ręce mu się zatrzęsły, ale zdołał się podciągnąć. Zamrugał kilkakrotnie, wodząc mętnym wzrokiem wokół.

– To ty, sukinsynu? – zapytał, mrużąc oczy.

– Wstawaj.

– A sądzisz, że co właśnie próbuję zrobić? – odparł Alhassan i stęknął, gramoląc się na zewnątrz. – Gdzie ja jestem?

– W pomieszczeniu kriogenicznym.

– Miałem na myśli szerszą perspektywę.

– Na finiszu swojej drogi życiowej – odparł Lindberg.

Dija Udin odkaszlnął i splunął na podłogę.

– Musiałem długo spać, skoro zdążyłeś wyrobić sobie namiastkę poczucia humoru – odparł, rozglądając się wokół. – Dotarliśmy na Ziemię?

– Tak.

– I? Jest tu kto?

Alhassan zrobił krok ku niemu, a Håkon natychmiast dobył berettę z kabury. Nie wycelował broni w dawnego przyjaciela, ale trzymał ją w gotowości. Dija Udin spojrzał z powątpiewaniem na rękę opuszczoną wzdłuż tułowia, a potem na konchę przytroczoną do pasa.

– Uważaj z tym – powiedział.

– Masz na myśli gnata czy la’derach?

– Maskę. Gnatem nie potrafisz się posługiwać, co nieraz udowodniłeś na Accipiterze.

– Wtedy strzelałem do widm, teraz będę celować do wroga. Większa motywacja.

Dija Udin przewrócił oczami.

– Widzę, że prawda o mnie złamała ci serce.

– Goń się, Alhassan.

– Ty też – odburknął nawigator, po czym zawiesił wzrok na jednym z pulpitów i ściągnął brwi. Zbliżył się do niego, aktywował wyświetlacz, a potem obrócił się do Lindberga. – Co to ma być?

– Ziemia.

– Nie wygląda.

Håkon wzruszył ramionami. Nie miał zamiaru rozprawiać o tym, co mogło się tutaj zdarzyć. Przez setki lat, które minęły od rozpoczęcia misji Ara Maxima, możliwości były nieskończone.

– Widywałem gówienka, które wyglądały lepiej – ciągnął Dija Udin. – Przecież tu nic nie ma. Przeżył ktoś?

Lindberg nie odpowiedział. Nadal nie był do końca pewien, co powinien zrobić.

– Jesteśmy na orbicie geosynchronicznej?

Gdy Alhassan po raz kolejny nie doczekał się odpowiedzi, obejrzał się przez ramię.

– Rozważasz ubicie mnie?

– Poniekąd.

Dija Udin odwrócił się i rozłożył szeroko ręce.

– Strzelaj.

– Gdybym miał to zrobić, w ogóle nie wyszedłbyś z kriokomory.

– Więc o co chodzi?

– Musimy stąd znikać.

– Że co?

Håkon nabrał głęboko tchu, powtarzając sobie, że podjął decyzję. Być może uczynił to już dawno, gdy tylko wpadł na pomysł, jak Alhassan mógłby odkupić swoje winy.

– Kiedy spałeś, Jaccard zorganizował ci sąd polowy – odezwał się Skandynaw, chowając broń. – Channary Sang była oskarżycielem, ja cię broniłem.

– To niezbyt sprawiedliwe.

Lindberg skinął na niego i ruszył do drzwi.

– Zaocznie zapadł wyrok śmierci – dodał.

– Oczywiście. Przecież bronił mnie adwokat imbecyl.

Skandynaw nawet na niego nie spojrzał.

– Miałeś nigdy nie wybudzić się z kriosnu – rzucił.

– Nie najgorsza śmierć, zważywszy na to, jak wkurzoną grupę ludzi stanowicie.

– Emocje nie były najważniejsze przy podejmowaniu decyzji – odparł Håkon, wychylając się za próg. Po chwili dał znak towarzyszowi, że na zewnątrz jest czysto. – Twoja śmierć miała mieć charakter prewencyjny.

– Cudnie.

– Jaccard obawiał się, że ściągniesz tutaj swoich.

– Całkiem słusznie, nie sądzisz?

– Nie – odparł Lindberg. – Nie wezwiesz nikogo, bo nie będziesz miał sposobności.

– Oberżniesz mi dłonie, to wybiorę numer kinolem. Nie łudź się, że będzie inaczej.

Håkon wiedział, że rozmówca przesadza tylko nieznacznie. Gdyby pojawiła się możliwość, Dija Udin ochoczo by z niej skorzystał, a za sto czy dwieście lat na orbicie okołoziemskiej pojawiłaby się cała armada okrętów – o ile w tej linii czasu przetrwały proelium. Skandynaw nie miał jednak zamiaru dopuścić Alhassana do systemów komunikacyjnych. Jeszcze nie teraz.

– Dokąd idziemy?

– Do wahadłowca.

– Świetnie. Wybierz jakiś ładny, bo będzie to twój grób.

Lindberg zignorował zaczepkę, zatrzymując się przed zakrętem. Wyjrzał zza rogu i stwierdziwszy, że korytarz jest pusty, poszedł dalej.

– Myślisz, że pajacuję?

– Ty zawsze pajacujesz, Dija Udin.

– Może, ale tym razem jestem szczerszy niż katolik na spowiedzi – odparł poważnym tonem. – Zarżnę cię jak knura przy pierwszej okazji. Ciebie i całą twoją rasę.

Håkon zatrzymał się i obrócił do niego.

– Pomagam ci zbiec. Mógłbyś to docenić i przestać pieprzyć.

– Wszystko, co mówię, to święta prawda.

– Nikogo dotychczas nie zabiłeś i nie…

– Posłałem dowódcę Accipitera do wieczności. Konał długo, dostarczając mi wielu miłych chwil. A dodatkowo przyłożyłem rękę do zagłady gatunku ludzkiego. Potrzebujesz czegoś jeszcze, by…

– Zamkniesz się? – uciął Lindberg, po czym ruszył we wcześniejszym kierunku.

Oczywiście Dija Udin mówił prawdę – być może nawet w kwestii tego, że dybie na jego życie. Pominął jednak to, że to Prastarzy zaimplementowali mu do głowy odpowiedni program, właściwie pozbawiając go wolnej woli.

– Zdurniałeś kompletnie – zauważył Alhassan, gdy dotarli pod właz hangaru. Astrochemik wprowadził odpowiedni kod, przejście się otworzyło, a oni ruszyli ku najbliższemu promowi. Żadna z tych jednostek nie była wyposażona w ansibl, więc Håkon nie musiał obawiać się, że kompan przekuje swoje słowa w czyny.

Zajęli miejsca w kokpicie, po czym Lindberg wyświetlił przed sobą interfejs zdalnej kontroli środowiska w hangarze.

– Dlaczego to robisz, sukinsynu?

– Bo uważam, że coś więcej jest na rzeczy. I ty pomożesz mi w ustaleniu, czy tak jest naprawdę.

– Coś więcej?

– Pamiętasz, co się stało, gdy Kennedy po raz pierwszy otrzymał sygnał z Accipitera?

– Nie.

– To była krótka wiadomość o treści Rah’ma’dul.

– Może i tak. Trochę czasu minęło.

– Za to powinieneś doskonale pamiętać, co stało się potem.

Alhassan skrzywił się, drapiąc się po głowie.

– Kennedy natychmiast został wysłany nam na spotkanie – ciągnął dalej Lindberg. – Ellyse mówiła, że wszystko załatwiono w okamgnieniu. Zebrano piętnaścioro ochotników, dano im deklaracje do podpisu, a następnie wyprawiono w drogę. Dlaczego?

– Bo chcieli nas ratować.

– Byliśmy pogrążeni w kriostazie przez następne pół wieku, Dija Udin. Nie robiło nam różnicy, czy Ziemia dołoży do tego miesiąc, rok, czy nawet dziesięć lat. Tymczasem oni spieszyli się, jakby się paliło. I wszystko dlatego, że dostali tę wiadomość.

– Skąd te bzdury płyną? Złapałeś salmonellę mózgowia?

Skandynaw obrócił się do niego z kamiennym wyrazem twarzy.

– Koncha powoli odkrywa przede mną prawdę – powiedział.

Alhassan skwitował jego słowa, gwiżdżąc pod nosem.

– Teraz już wiem, dlaczego mi pomagasz – dodał. – Sfiksowałeś do reszty. Nadajesz się do eutanazji, naukowcu, bo czas na leczenie już dawno minął. Teraz można jedynie ulżyć tobie i osobom w twoim otoczeniu.

Håkon milczał, włączając procedurę dekompresji. Gdy zewnętrzna gródź się otworzyła, pomieszczenie wypełniło się alarmującym czerwonym światłem. Skandynaw wiedział, że nie ma wiele czasu, nim pozostali zorientują się, co robi.

Czym prędzej wyprowadził wahadłowiec w otwartą przestrzeń, a potem obrał kurs na Ziemię.

 

 

2

 

Ellyse otworzyła oczy i przeciągnęła się ospale. Machinalnie przesunęła rękę na drugą stronę łóżka, a gdy nie odnalazła Lindberga, spojrzała ku łazience.

– Håkon?

Podniosła się powoli, zastanawiając, dokąd mógł pójść. Sprawdziła godzinę – piąta dwadzieścia cztery czasu pokładowego. Od tygodnia mało sypiał, ale zazwyczaj zastawała go rankiem na łóżku, pochylonego nad datapadem. I nie dziwiła się, że cierpi na bezsenność – ten tydzień był zmorą, mimo że trafili w końcu do domu.

Nie udało im się nawiązać kontaktu radiowego z żadnym skupiskiem ocalałych na powierzchni, a Loïc Jaccard postanowił, że nie wylądują, dopóki nie będzie miał pewności, że są bezpieczni. Przez kilkaset lat wiele mogło się zmienić, argumentował. I Nozomi musiała przyznać mu rację.

Wisieli więc na orbicie geostacjonarnej, tak blisko domu, a jednocześnie tak daleko. Wszystkim trudno było oswoić się z tą myślą, ale Håkon z jakiejś przyczyny znosił to najgorzej. Ellyse przypuszczała, że mogło to mieć coś wspólnego z konchą. Zakładał ją coraz częściej, a gdy tego nie robił, sprawiał wrażenie narkomana na głodzie.

Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała z nim o tym porozmawiać. Weszła pod prysznic, starając się ułożyć w głowie hipotetyczną konwersację. Krople zimnej wody spływały po jej ciele, a Ellyse trwała w zamyśleniu.

W końcu urwała rozważania i wyszła z kabiny. Narzuciwszy na siebie biały mundur z czerwonymi patkami, udała się do mesy. O tej porze powinna być jeszcze pusta, ale przy stoliku pod iluminatorem siedział Jaccard.

Obejrzał się i posłał jej cierpki uśmiech.

– Dzień dobry, panie majorze – powiedziała.

– Już dzień?

Skinęła głową, podchodząc do szafki z mieszankami witaminowymi. Wyciągnęła jedną, po czym nałożyła sobie trochę galaretowatej papki. Zanim dotarli na orbitę, byli przekonani, że wreszcie z nią skończą. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że na Ziemi nie ma już ani flory, ani fauny. Wyjałowione pustkowia nie mogły skrywać żadnego pożywienia – i patrząc na nie, trudno było się spodziewać, że ktokolwiek przeżył.

A mimo to z powierzchni docierały do nich sygnały.

Najpierw był SOS z wyspy Tristan da Cunha, jednego z najbardziej odludnych miejsc na kuli ziemskiej. Potem zgłoszono się z Falklandów, Wysp Kokosowych, Kiribati i Pitcairn. Początkowo załoganci sądzili, że tylko niewielkie, odosobnione skupiska przetrwały pożogę, która strawiła całą planetę. Potem odebrali jednak wołanie o pomoc z wybrzeża Morza Czarnego.

Jak się okazało, wszystkie sygnały były tylko zautomatyzowanymi SOS. Nikt nie odpowiadał na wezwania Kennedy’ego.

– Jak Håkon? – odezwał się nagle Loïc, wpatrując się w planetę widoczną przez iluminator.

– W porządku. Dlaczego pan pyta?

– Nie rób ze mnie durnia – odbąknął Jaccard. – Widzę przecież, że od kilku dni wygląda, jakby miał umierać.

– Jest zmęczony.

Major oderwał wzrok od Ziemi i przeniósł go na Ellyse.

– Nie wydaje mi się – powiedział. – A jako dowódca muszę trzymać rękę na pulsie. Zamierzam podłączyć go do sprzętu w ambulatorium.

– Myślę, że nie będzie z tym żadnego…

Nozomi nagle urwała, gdyż rozległ się dźwięk alarmowy z komputera pokładowego. Najbliższy pulpit w ścianie natychmiast rozbłysnął, wyczuwając obecność oficera dowodzącego. Loïc aktywował wyświetlacz i zdębiał.

– Co on wyprawia? – rzucił.

Ellyse zerwała się na równe nogi, poniewczasie orientując się, że nie ma co pędzić na mostek. Został doszczętnie zniszczony w wymianie ognia z Diamentowymi, zresztą wciąż zalegały na nim ich ciała.

Loïc wbił wzrok w jej oczy.

– Co on robi, do cholery? – powtórzył. – Zatrzymaj go!

Nozomi patrzyła na oddalający się prom, obawiając się najgorszego. Jeszcze zanim pogrążyli się w diapauzie, Håkon wspomniał o możliwości zrehabilitowania Dija Udina. Być może właśnie wcielał plan w życie.

Klnąc pod nosem, Jaccard uruchomił procedurę budzenia załogi, a potem popędził do maszynowni. Ellyse ruszyła w ślad za nim, ledwo dotrzymując mu kroku. Zatrzymali się dopiero w windzie.

– Mów, póki jeszcze możesz – syknął dowódca, nawet na nią nie patrząc.

– Nie mam pojęcia, co się dzieje, panie majorze.

– Wiedziałaś, że coś z nim nie w porządku!

– Tak, ale…

– Mów wszystko, co wiesz.

– Zaczął częściej nosić konchę i, owszem, wyglądał na bardziej zmęczonego, ale…

– Zabrał go – wszedł jej w słowo Loïc. – Zabrał tego zdrajcę.

Uderzył pięścią w ścianę windy, a potem zacisnął usta, aż zbielały.

– Dorwę go, Ellyse. Ich obydwu.

Radiooperatorka nie odzywała się, czekając, aż winda dotrze na niższy pokład. Gdy tylko drzwi się rozsunęły, Jaccard wybiegł na korytarz i puścił się pędem do maszynowni. Nie było tu jeszcze zbudzonych: Gideona i Sang, ale komputery pracowały. Dowódca zatrzymał się przed jednym z nich, a potem aktywował system obronny okrętu.

– Panie majorze…

– Wydałem jasny rozkaz: nie ruszać się ze statku!

Ellyse nie sądziła, by posunął się do strącenia wahadłowca. Wprawdzie trudy sytuacji zbierały żniwo w każdym z nich, ale Loïc nie należał do ludzi, którzy działali pochopnie. Dał upust emocjom i zapewne na tym się skończy. Nozomi stanęła obok, przyglądając się ekranom.

– Co on robi? – zapytał Jaccard. – Co zamierza?

– Jest przekonany, że koncha może pomóc Alhassanowi.

Dowódca wyglądał, jakby miał zamiar ją także ukarać za samowolkę Skandynawa. Zamknął oczy, najwyraźniej wreszcie uświadamiając sobie, że nerwy działają na jego niekorzyść. Zrobił kilka głębokich wdechów i wydechów.

– Jak? – spytał. – Jak koncha miałaby mu pomóc?

– Kiedy ostatnim razem o tym wspominał, zamierzał ją przeprogramować.

– Tak, tyle pamiętam – powiedział Loïc, nadal wpatrując się w kontrolki systemu obronnego. – Przebąkiwał coś o odkupieniu win. Ale nic nie wspomniał o sposobie.

Gideon Hallford wpadł do maszynowni, po czym zdezorientowany rozejrzał się wokół i podbiegł do dwójki załogantów. Szybko przekonał się, w czym tkwi problem.

– Håkon? – zapytał, z trudem łapiąc oddech.

Nozomi skinęła głową, patrząc na jego poharatane oblicze. Efekty noszenia konchy przedstawiały się na nim znacznie gorzej niż na Lindbergu. Główny mechanik spodziewał się, że na Ziemi znajdą technologię, która pozwoli mu wrócić do normalnego wyglądu, ale teraz musiał pogodzić się z tym, że został oszpecony już na zawsze.

– Możesz go zatrzymać? – zapytał dowódca, gdy kocmołuch zasiadał przed głównym panelem kontrolnym.

– Nie. Jest już za daleko.

– Może zdalnie?

– Zablokował połączenie.

– Wywołaj go – burknął Loïc, po czym się wyprostował. Hallford natychmiast nawiązał kontakt z promem. – Lindberg, masz ostatnią szansę, by wrócić na pokład. Nie mam zamiaru do ciebie strzelać, bo kierując się na planetę, sam sprowadzasz na siebie śmierć. Prędzej czy później zmienisz zdanie, ale będzie po wszystkim. Za moment zamykam właz i nie otworzę go, choćby kończyło ci się powietrze w promie.

Jaccard spojrzał na mechanika.

– Brak odpowiedzi – oznajmił Hallford.

– To samobójstwo – dodał dowódca.

Nozomi z trudem przełknęła ślinę, obserwując oddalającą się jednostkę.

– Jest ze mną Ellyse, więc jeśli chcesz, możesz się z nią pożegnać.

Wciąż odpowiadała mu jedynie cisza. Jaccard pokręcił głową, a potem nachylił się nad wyświetlaczem Gideona. Tymczasem do maszynowni dotarła Channary Sang z berettą w gotowości.

– Co się dzieje? – zapytała.

Loïc zignorował ją i zwrócił się do głównego mechanika:

– Dokąd lecą? Masz trajektorię?

Hallford kiwnął głową, wyświetlając na głównym ekranie kurs wahadłowca. Cienka linia prowadziła z hangaru Kennedy’ego na półkulę południową, gdzieś pomiędzy Afrykę a Amerykę Południową.

– Tristan da Cunha – powiedział Gideon, robiąc zbliżenie. Ich oczom ukazała się niewielka wulkaniczna wyspa, niemal w całości górzysta. Jedynym płaskim terenem było północno-zachodnie wybrzeże. – Stamtąd przyszedł pierwszy SOS.

– Co wiemy o tym miejscu?

– Niewiele – odparł kocmołuch, kręcąc głową. – Gdy Kennedy opuszczał Ziemię, było tam kilkuset mieszkańców. Wszyscy cierpieli na szereg chorób wynikających z ograniczonej puli genetycznej. Zbyt dużo bliskiej krwi się mieszało, co nie jest niczym dziwnym, jeśli wziąć pod uwagę, że było to jedno z najbardziej izolowanych, ale wciąż zamieszkanych miejsc na świecie.

– I zapewne dlatego przetrwało to, co się tu zdarzyło – skwitował Loïc. – Pytanie, co teraz tam jest.

Ellyse pomyślała, że Håkon niebawem się tego dowie, i uznała, że nie ma zamiaru pozostać bierna.

– Musimy za nimi ruszyć – odezwała się.

Channary Sang spiorunowała ją wzrokiem.

– Nimi? – zapytała. – Twój chłoptaś zabrał tego zawszonego kundla?

– Obawiam się, że tak.

Jaccard skinął na Gideona, a ten dla formalności upewnił się, czy ich przypuszczenia były trafne.

– Kriokomora pusta – powiedział. – I podpisuję się pod pomysłem Ellyse, panie majorze. Musimy…

– Jedyne, co musimy, to nie podejmować zbędnego ryzyka – uciął Loïc. – Nie wiemy, co tam się wydarzyło. Nie wiemy, co zastaniemy na powierzchni. Być może znajduje się tam to, co zniszczyło naszą planetę. I nie ma tam ani jednego człowieka.

– A może to tylko automatyczny sygnał SOS i nic ponadto – zauważyła Nozomi.

Przez moment milczeli.

– Trzeba powiadomić pozostałych – odezwała się w końcu Ellyse. – I jeśli nadal respektujemy hierarchię służbową, decyzja należeć będzie do pułkownik Romanienko z ISS Galileo.

– Oczywiście – odparł Jaccard.

 

 

3

 

Przy podejściu do wyspy Håkon bacznie obserwował wskazania sensorów i ostatecznie uznał, że tutejsze wiatry znacznie przerastają jego umiejętności pilotażu. Tristan da Cunha przez lata stanowiła miejsce niezdobyte dla środków powietrznego transportu – dostać można było się tu jedynie drogą morską.

– Przejmij stery – powiedział do Dija Udina.

– Dlaczego?

Lindberg spojrzał na niego spod byka.

– Bo jesteś nawigatorem. Lepiej sobie poradzisz.

– Nie, dziękuję.

– Co?

– Przyprowadziłeś nas tutaj, to teraz przyziem tego gruchota. Mnie tam na życiu nie zależy, Jaccard i tak mnie w końcu dorwie.

– Bierz ten wolant.

Alhassan mruknął coś pod nosem, ale przejął kontrolę nad promem. Håkon nie sądził, by czymkolwiek ryzykował, oddając mu sterowanie. Nie było żadnego sposobu, by Dija Udin zagroził załodze Kennedy’ego lub innych statków.

Boczny podmuch szarpnął wahadłowcem, a Alhassan puścił wiązankę przekleństw. Podziałała na astrochemika krzepiąco. Gdyby towarzysz zaczął się modlić, jak niegdyś przed Terminalem, poczułby się zaniepokojony.

– Posadzisz nas?

– Tylko jeśli wybierzesz inne miejsce. Ta wyspa to pieprzony wulkan.

– Nie, musimy wylądować tutaj.

– Skrawek ziemi jak każdy inny.

– Niezupełnie.

Sam nie wiedział, skąd płynie przekonanie, że właśnie tutaj powinni się znaleźć. Z pewnością koncha miała z tym coś wspólnego – tyle że jej nosiciel nie miał pojęcia co. Kolejne podmuchy sponiewierały statek, a załogantami rzuciło na boki. Szybko przekonali się, że to jedynie początek. Im bliżej górzystej wyspy się znajdowali, tym bardziej nimi targało.

By utrzymać prędkość i trajektorię podejścia, Alhassan zaczął szarpać się z wolantem. Håkon obserwował to z rosnącym niepokojem.

– To… jest… kurwa… daremne… – poinformował go Dija Udin, w przerwach zapierając się z całej siły.

– Uda się – odparł Skandynaw, łapiąc się bocznego panelu.

– Nie masz… pojęcia, o czym… mówisz.

– Widzę, że zbliżamy się do ziemi. Jest do…

Promem rzuciło na bok, a Alhassan nie zdążył w porę skontrować. Odchyliło ich od poziomu na tyle, że gdyby znajdowali się tuż nad powierzchnią, z pewnością by w nią zaryli.

– Widzisz? – zapytał nawigator. – Jeden taki podmuch i będzie po nas.

Dopiero teraz Håkon zreflektował się, że szalejące tu wiatry nie mogą mieć wiele wspólnego z wichrami wiejącymi niegdyś nad Tristan da Cunha. Klimat planety musiał się zmienić, a prądy powietrzne się nasiliły, sprawiając, że miejsce to stało się jeszcze bardziej niedostępne.

Lindberg przestał o tym myśleć, gdy rozległ się komunikat ostrzegawczy o zderzeniu z ziemią. Komputer pokładowy beznamiętnym głosem oznajmiał, że ta znajduje się tuż pod nimi.

– Podciągnij maszynę. W górę, w górę.

Poniewierany Håkon obrócił się do pilota.

– Słyszysz to?

– Podciągnij maszynę.

– Słyszę aż za dobrze.

– W górę, w górę.

– Nie rozbijesz nas?

– Trudno powiedzieć.

Wahadłowiec niemal otarł się o urwisko, a potem przechylił na bok. Lindberg widział już ziemię – odległość była zdecydowanie za mała.

– Wyrównaj, wyrównaj.

– Masz za duży odchył!

Dija Udin zaklął pod nosem, siłując się z wolantem. Skandynawowi przeszło przez myśl, że nie wygląda to najlepiej. Zaraz potem przestał snuć takie rozważania, bo gdy minęli zbocze góry, zerwała się jeszcze większa wichura.

– Fønvind…

– Co?! – Alhassan starał się przekrzyczeć huk.

– Wiatr fenowy…

– Nie słyszę cię, sukinsynu! – ryknął Dija Udin, odpalając boczne silniki manewrowe, by prom poradził sobie z kolejnym podmuchem. Håkon nie wiedział nawet, czy odbili w dobrą stronę. Cały statek się trząsł, a on skupiał się jedynie na tym, by nie uderzyć głową w któryś z paneli. Zaparł się w fotelu i z trudem przepchnął ślinę przez wyschnięte gardło.

Sygnały alarmowe wyły w najlepsze, a beznamiętny głos nadal oznajmiał, że pilot powinien jak najprędzej podciągnąć maszynę. Lindberg pomyślał, że brzmi to jak odczytywanie epitafium.

Potem statkiem rzuciło mocno w górę. Skandynaw uderzył o sufit i poczuł wilgoć na czubku głowy. Jego zmysły ledwo zarejestrowały rozchodzący się stamtąd ból, a kolejne szarpnięcie wyrwało go z fotela. Przetoczył się po podłodze, która nagle stała się pochyła.

Ostatnim, co pamiętał, było uderzenie w podstawę siedziska.

 

 

4

 

Nie najlepsze lądowanie, skwitował w duchu Dija Udin. Z trudem opuścił kadłub, uważając, by nie zranić się powyrywanymi elementami poszycia. Wyszedłszy na zewnątrz, uznał, że już nigdzie nie polecą. Zniszczenia przekraczały możliwości naprawy.

– Żyjesz? – zapytał.

Nie otrzymał odpowiedzi. Rozejrzał się wokół, orientując się, że mógł trafić gorzej. Wbili się w hałdę ciemnego piachu, tymczasem już kawałek dalej znajdowały się postrzępione skały.

– Pytałem o coś, sukinsynu – dodał, nadal lustrując wzrokiem okolicę. Spodziewał się, że jeśli przetrwała tu jakaś grupa ludzi, mieszkańcy natychmiast popędzą do wraku. Wyspa była niewielka i niemal w całości zajęta przez wulkan – cały płaski teren w północno-zachodniej części można było przemierzyć truchtem.

Stwierdziwszy, że w pobliżu nikogo nie ma, Alhassan wrócił do roztrzaskanego wahadłowca. Podciągnął się na poszyciu i zajrzał do środka.

– Jeśli wyzionąłeś ducha, a ja tego nie widziałem, będę niepocieszony.

– Żyję… – odparł słabo Håkon.

– To wychodź. Pogoda piękna jak na Rah’ma’dul.

– Albo na Quae’hes.

– Gdzie?

– Tej planecie z pulsarem. Nie pamiętasz?

– Od tamtych przeskoków w czasie wszystko mi się zaczęło merdać. Wychodzisz?

Lindberg z trudem opuścił statek, w ostatnim etapie korzystając z wyciągniętej ręki Dija Udina. Ten dostrzegł, że towarzysz ma liczne urazy – wszystkie jednak zdawały się powierzchowne.

– Masz ryło zalane krwią – poinformował go. – Usiądź.

Posadził Lindberga przy promie, a potem jeszcze raz skontrolował okolicę. Do tej pory z pewnością ktoś powinien się tu zjawić.

– Daleko stąd jest to miasto? – zapytał Alhassan.

– To dość durne pytanie, nawet jak na ciebie, skoro nie wiem, gdzie się rozbiliśmy.

– W hałdzie piachu.

– Aha.

Håkon dotknął rękawem rozciętego łuku brwiowego, krzywiąc się. Ubranie natychmiast zabarwiło się na czerwono.

– Jedyne miasto, Edynburg Siedmiu Mórz, znajduje się na północy. Jeśli posadziłeś nas na równym terenie, to może dzielić nas od niego maksymalnie kilka kilometrów.

Lindberg przymknął oko, gdy strużka krwi spłynęła mu z czoła.

– Głębokie mam rozcięcia? – zapytał.

– Nie wiem.

– Sprawdź.

– Nie chcę patrzeć na twoją facjatę. Teraz wygląda gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.

– Uratowałem ci tyłek, Alhassan, mógłbyś…

– Dobra, już dobra – uciął nawigator, po czym obejrzał obrażenia kompana. – Wezmę ze statku apteczkę – dodał, podnosząc się. – I dlaczego w ogóle mi pomogłeś?

– Bo wierzę, że możesz okazać się przydatny. Przecież ci mówiłem.

Dija Udin wszedł do kadłuba i zaczął przewracać pojemniki z racjami żywnościowymi.

– Równie dobrze sam mógłbyś sprawdzić, skąd ten pośpiech w wysłaniu Kennedy’ego. Alhassan zda się psu na budę.

– Jesteś przedstawicielem prastarej rasy – zaoponował Håkon słabym głosem.

– Tylko jednym z wielu klonów. W ogólnym rozrachunku jestem wart tyle, co Murzyn na polu bawełny w dziewiętnastowiecznej Wirginii.

– To porównanie nie od parady? – zainteresował się Skandynaw.

– Co?

– Mówiłeś mi kiedyś, że przebywałeś na Ziemi od dziewiętnastego wieku.

– Fakt, mówiłem – potwierdził Dija Udin, znajdując w końcu to, czego szukał. – Pamiętam też doskonale, w jakich okolicznościach. Torturowałeś mnie, sukinsynu.

– Który to był dokładnie rok, kiedy się tu zjawiłeś?

– Tysiąc osiemset czterdziesty pierwszy. Piękne czasy. Dwie Kanady połączyły się w jedno państwo, a Harrison został prezydentem USA. Biedny stary skurczybyk, kojfnął już w trzydziestym którymś dniu kadencji.

– Dija Udin…

– Thomas Cook zaczynał swoją działalność – ciągnął dalej rozrzewniony Alhassan. – Zorganizował pierwszą wycieczkę turystyczną na trasie z Leicester do Loughborough. Niestety cel był całkowicie haniebny. Pierwsi turyści chcieli dostać się na zlot abstynentów. Wyobrażasz sobie?

– Dija Udin…

– Czego? – zapytał, podciągając się na kawałku metalu.

Ledwo spojrzał na zewnątrz, a nie musiał już czekać na odpowiedź. Przed Håkonem stało kilkanaścioro ludzi, którzy przywodzili na myśl raczej mieszkańców jednej z planet dostępnych przez Terminal niż mieszkańców Ziemi. Dolną część ich twarzy zakrywały czarne, masywne maski, które w miejscu ust miały niewielką kratkę. Białka oczu mieli pokryte siatką czerwonych naczynek, a tęczówki i źrenice jakby wyblakłe. Kształt głowy także był nienaturalny niczym zduszony imadłem z obu stron.

Alhassan ostrożnie przełożył nogę przez kawałek poszycia, a potem opuścił się na piasek. Widział, że przybysze trzymają w dłoniach niewielkie urządzenia przypominające niegdysiejsze piloty. Nie ulegało wątpliwości, że to broń – na razie niewycelowana w nikogo.

– Co to ma być? – zapytał Dija Udin.

– Gospodarze, najwyraźniej.

– Nie wyglądają mi na twoich pobratymców.

– Bo przez kilkaset lat nie dostali nowej krwi – odparł astrochemik, gdy Alhassan przykucnął obok i podał mu apteczkę. – Jeszcze zanim rozpoczęła się Ara Maxima, ograniczona pula genetyczna tej wyspy doprowadziła do masowego występowania astmy i jaskry.

– W takim razie problem się pogłębił. Teraz mają jajowate łby.

– Jak faraonowie.

– Co?

– Egipskie rodziny królewskie nie mieszały krwi z ludźmi o niższym statusie społecznym, przez co zawierano małżeństwa wyłącznie z krewnymi. Zaowocowało to jajowatym kształtem głowy, który możesz zaobserwować na niektórych dziełach sztuki z Osiemnastej Dynastii.

– Żartujesz sobie?

– Nie.

– Mam na myśli to, że paplasz w najlepsze, a ci ludzie mają broń.

– Widzę, że mają – odparł Håkon, otwierając apteczkę. Wyjął z niej laserowy skaner i przesunął nim po miejscach, które ucierpiały najbardziej. Mieszkańcy Tristan da Cunha przyglądali się temu z obojętnością, podczas gdy Alhassan bacznie lustrował ich wzrokiem.

Nadal nie odzywali się słowem. Stali w bezruchu, jakby było im wszystko jedno, kim są nieproszeni goście.

– Pomóż mi wstać – powiedział Lindberg, gdy skończył diagnozę.

Alhassan niechętnie posłużył mu ramieniem, po czym ustawili się naprzeciw gospodarzy.

– Halo? – zapytał Dija Udin, patrząc w wyblakłe oczy jednego z nich. Od razu zrozumiał, że nie usłyszy żadnej odpowiedzi. Håkon również musiał zdawać sobie z tego sprawę – a mimo to podjął próbę nawiązania kontaktu. Przedstawił ich i oznajmił, że nie mają wrogich zamiarów.

Tubylcy nadal milczeli, nie poruszając się.

– Dziwna banda – ocenił Alhassan. – Trudno powiedzieć, o co im chodzi.

Skandynaw odepchnął go, a następnie uniósł otwarte dłonie. Gdy zaczął się do nich zbliżać, Dija Udin przygotował się na najgorsze.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – powiedział.

– Nie widzę innego wyjścia – odparł Håkon. – Musimy nawiązać kontakt.

– Może lepiej stacjonarnie.

– Martwisz się o swojego wybawcę, Alhassan?

– Niezbyt. Po prostu logicznie rozumuję, że lepiej byłoby, gdybyśmy obaj przeżyli.

Naukowiec zatrzymał się o krok od mieszkańców wyspy. Ci zdawali się wreszcie dostrzec przybyszy. Spojrzeli na nich zamglonym wzrokiem, jednak nadal się nie odezwali. Dija Udin zarejestrował, że jeden z nich uniósł nieznacznie broń. Pożałował, że służbowe beretty zostały gdzieś we wraku.

– Nazywam się Håkon Lindberg – powtórzył Skandynaw. – Byłem astrochemikiem na pokładzie ISS Accipitera, statku wchodzącego w skład misji Ara Maxima. Z pewnością o niej słyszeliście.

Stojący naprzeciw Håkona tubylec dał krok w tył. Zaraz później to samo zrobiła reszta, z wyjątkiem jednego. Najwyraźniej był to przywódca, bo gdy ruszył w przód, mijani mieszkańcy skłonili się lekko. Załoganci Kennedy’ego zrobili to samo.

– Czego tu szukacie? – zapytał chrapliwym, zniekształconym głosem. Posługiwał się lingua universalis, choć z dawną brytyjską manierą.

– Dobre pytanie – odparł Dija Udin.

Tubylec nawet na niego nie spojrzał. Wbijał beznamiętny wzrok w oczy Lindberga. Ten najwyraźniej poczuł się skołowany, bo nie był w stanie dobyć głosu.

– Nasz prom się rozbił – wyręczył go Alhassan, machnąwszy ręką w kierunku gruchota. – Co można też było ustalić drogą dedukcji.

– Czego od nas chcecie?

– Niczego – odparł Dija Udin.

– Przysłali was z Amalgamatu?

– Z czego?

– Nie wystarczy wam, że wyzyskujecie nas do cna? – zapytał mężczyzna, obracając się i wskazując rozległe pastwiska za sobą. Alhassan potrzebował chwili, by dostrzec owce i inne zwierzęta stadne.

– Nie rozumiem – odparł.

– Czego jeszcze chcecie?

– Od was? Niczego. Chyba że umiecie składać do kupy rozbite wahadłowce.

Gospodarz nie wyglądał na przekonanego, choć miał przed sobą namacalny dowód na to, że w istocie ma do czynienia z rozbitkami.

– Nie mamy z czego żywić dzieci – dodał mężczyzna. – Z każdym kolejnym pokoleniem nasze problemy stają się coraz większe… a wy nigdy nie przysłaliście nawet swojego wysłannika. Wciąż bezzałogowe łodzie. – Człowiek z maską urwał, po czym spojrzał na zniszczony prom. – Tym razem coś poszło nie tak, prawda? Tylko dlatego tu jesteście.

– Najwyraźniej – bąknął Alhassan.

– Nie mamy nic wspólnego z ludźmi, o których pan mówi – dodał Håkon.

– Bzdura! – krzyknął przywódca, a reszta tubylców nagle się ożywiła. Jak jeden mąż unieśli broń i wycelowali w nieproszonych gości.

Lindberg nadal trwał z uniesionymi dłońmi – teraz dołączył do niego Alhassan.

– Ożeż kurwa – ocenił. – Nie wygląda to dobrze.

– Bądź cicho, pozwól mi to jakoś…

– Wyzyskiwacze! – krzyknął mężczyzna, przerywając Håkonowi. – Jesteście zakałą nowego świata, nikczemnikami, którzy spluwają na nasze dziedzictwo! Stanowimy jedną rasę, jeden gatunek!

Kilka osób zbliżyło się do swojego lidera.

– Podłe kreatury! Macie instrumenty, by nas uratować!

– Chyba czas wracać do wahadłowca – zauważył szeptem Dija Udin. Wzrok zebranych nie był już obojętny. Teraz spoglądali na nich z czystą nienawiścią. Alhassan pomyślał, że przed momentem traktowali ich jako zagrożenie, szybko jednak przekonali się, że mają do czynienia z przypadkowymi rozbitkami, a nie z inwazją.

– Jak śmiecie wykrwawiać tę społeczność! – ryczał mężczyzna, rozkładając bezradnie ręce. – Giniemy! Giniemy na waszych oczach, a wy nie kiwniecie nawet palcem!

Dija Udin stwierdził, że temperatura tej rozmowy podniosła się stanowczo za bardzo. Niewiele dzieliło ich od punktu wrzenia.

– Spokojnie – powiedział Lindberg, cofając się. – My tylko…

– Zdrajcy ludzkości! – krzyknął ktoś z tyłu.

– Zabić! Nakarmić nimi świnie!

Z kakofonii okrzyków trudno było wyłowić poszczególne słowa. Tłum gęstniał, wciąż napierając na dwóch załogantów Kennedy’ego. Wycofywali się do promu, aż w końcu dotarli pod sam kadłub. Przylgnąwszy do niego plecami, spojrzeli po sobie.

Podniósł się dziki ryk, a potem jeden z napastników wysforował się przed resztę. Dija Udin zdążył obejrzeć się na niego akurat w porę, by zobaczyć, jak niebieska wiązka z jego broni mknie w ich kierunku. Machinalnie zamknął oczy, zginając się wpół, a potem padł na ziemię.

– Nie! – krzyknął przywódca.

Alhassan dopiero po chwili uświadomił sobie, że wszystkie wrzaski nagle ucichły. Kuląc się na ziemi, starał się stwierdzić, czy odniósł jakieś obrażenia. Gdy uznał, że jest cały, otworzył oczy i spojrzał po agresorach. Mężczyzna na przedzie sprawiał wrażenie zawiedzionego, pozostali wyglądali na zażenowanych.

Dija Udin uświadomił sobie, że chciano ich nastraszyć, ale nie atakować.

– Zbieranina zawszonych łachudrów – powiedział pod nosem, podnosząc się. – Czymkolwiek jest ten Amalgamat, najwyraźniej słusznie was…

Urwał, gdy zobaczył leżącego na ziemi Håkona. Był zwrócony twarzą do niego. W otwartych oczach przyjaciela Alhassan dostrzegł pustkę. Przeraźliwą, pozbawioną oznak życia pustkę.

– Co…

Padł przy Lindbergu, mimowolnie szukając miejsca, gdzie trafiła go wiązka. Zobaczył dziurę w klatce piersiowej. Wylewała się z niej krew, a głowa Skandynawa opadła bezwładnie na bok.

– Jak… – wydukał Alhassan. – Jak to…

Kątem oka dostrzegł, że przywódca tubylców zbliża się do niego. Dija Udin zignorował go i położył palec na tętnicy szyjnej przyjaciela. Nie wyczuł pulsu.

– Skurwysyny! – krzyknął, oglądając się na mężczyznę.

Potem owładnęło go szaleństwo.

 

 

5

 

Ellyse stała obok Jaccarda, gdy ten składał raport Wieronice Romanienko, oficer dowodzącej ISS Galileo. Była najstarsza stopniem w całej flocie, co niespecjalnie cieszyło Loïca – zdążył już przywyknąć, że do niego należy ostatnie słowo.

Kobieta patrzyła prosto w obiektyw, przez co dwoje załogantów na Kennedym miało wrażenie, że łypie im prosto w oczy. Romanienko miała krótkie rude włosy i tak wydatne kości policzkowe, jakby miały się przebić przez skórę. Nozomi oceniła, że ma na karku dobrą pięćdziesiątkę.

– Chcesz mi powiedzieć, że z pokładu uciekł człowiek, który wprowadził wirusa do naszych okrętów? Człowiek, który odpowiada za klęskę misji Ara Maxima i niezliczoną ilość ofiar?

– Pani pułkownik…

– Nie przerywaj.

Kategoryczność jej głosu sprawiła, że Loïc spuścił wzrok.

– Ostatnim razem, gdy mi raportowałeś, zapadł wyrok śmierci – dodała, po czym zawiesiła głos.

– Tak jest. Przeprowadziłem proces zgodnie z rozkazem.

– W takim razie nie rozumiem, dlaczego nie wykonano wyroku.

– Mieliśmy to zrobić dzisiaj w południe czasu pokładowego.

– Dlaczego nie od razu?

Jaccard nie miał dobrej odpowiedzi na to pytanie. Ellyse chciała przyjść mu w sukurs, ale prawda była taka, że po prostu im się nie spieszyło. Ktoś zaproponował, by odłączyć komorę później, w końcu dla skazańca nie miało to żadnego znaczenia. Teraz Nozomi uświadomiła sobie, że podsunął to Lindberg. Musiał już wtedy planować uwolnienie Alhassana, nie była to spontaniczna decyzja.

Jak tylko Håkon wróci, Ellyse zamierzała urządzić mu piekło na ziemi.

– Zadałam ci pytanie, majorze.

– Na które nie potrafię odpowiedzieć. Zaplanowaliśmy egzekucję na jutro, nie było powodu, by robić to od razu.

Wieronika głośno westchnęła, spoglądając w bok. Potem wróciła wzrokiem do obiektywu.

– Nie roztrząsajmy tego – powiedziała. – I tak nie mogę cię ukarać za twoją niekompetencję, prawda?

– Pani pułkownik…

– Nie zdegraduję cię przecież. Jesteś jednym z niewielu oficerów Międzynarodowej Floty, którzy przetrwali. Kogo jeszcze mamy? Tego wariata z Wolszczana?

Hans-Dieter Gerling. Ellyse widziała go tylko raz, gdy Kennedy nawiązał z nim połączenie tuż po przybyciu jednostki ISS Wolszczan na orbitę. Kapitan Gerling był ostatnim ocalałym na jego pokładzie – i bynajmniej nie zniósł dobrze lat spędzonych w samotności.

– Pani pułkownik, zapewniam, że…

– Wiem – ucięła rudowłosa Rosjanka. – Zrobisz wszystko, co w twojej mocy, żeby dopaść skazańca i wymierzyć mu sprawiedliwość. Czy tak?

– Znajdę go.

– I wykonasz wyrok.

– Oczywiście – odparł Jaccard głosem na pozór beznamiętnym. Nozomi jednak dosłyszała w nim nutę niezadowolenia. I niespecjalnie ją to dziwiło. Nie dość, że prawie cała spuścizna ludzkości przepadła w odmętach historii, to jeszcze ocaleni rozpoczęli odbudowę od barbarzyńskich działań. Tym w jej przekonaniu był zaoczny wyrok śmierci, bez prawa do drugiej instancji czy profesjonalnej obrony. Håkon robił, co mógł, ale wiedział o Międzynarodowym Kodeksie Karno-Wojskowym tyle, co Dija Udin o recytowaniu poezji.

– Czy mam zatem rozumieć, że schodzimy na powierzchnię? – zapytał Loïc.

– Tylko jeśli będzie to konieczne – odparła natychmiast Romanienko. – Wiecie, gdzie wylądował ten astrochemik?

„Ten astrochemik”, powtórzyła w myśli Ellyse. Nie tak dawno temu Wieronika zapewniała, że na Ziemi będą nazywać szkoły na ich cześć, tymczasem teraz sama nie pamiętała nawet, jak nazywa się jeden z nich.

– Tak jest – odparł major. – Tristan da Cunha.

– Macie wgląd w to, co tam się dzieje?

– Nie. Nadal pozostajemy na orbicie geosynchronicznej.

– Więc zabierz ten statek nad wyspę.

Jaccard skinął głową, po czym obrócił się do Nozomi. Ta podeszła do głównej konsoli maszynowni, następnie połączyła się z systemem nawigacyjnym. Wprowadziła kurs, a Kennedy natychmiast odpowiedział, zwiększając ciąg silników.

– Macie o pół wieku nowszy sprzęt – odezwała się Wieronika. – Skąd będziecie mogli coś dojrzeć?

– Wystarczy nam pułap dwudziestu tysięcy kilometrów.

– A więc technologia nie poszła specjalnie naprzód.

– Akurat ta od kilku wieków nie – odparł Loïc pod nosem.

Ellyse ustawiła nową trajektorię lotu, a Kennedy zawisł w przestrzeni kosmicznej nad południową częścią Oceanu Atlantyckiego. Odczyty systemów były standardowe – spadł poziom wysokoenergetycznych cząstek wiatru słonecznego, a promieniowanie kosmiczne zmniejszyło się kosztem większej ilości zjonizowanych cząstek.

– Pokaż mi tę wyspę – powiedział Jaccard.

Nozomi przywołała obraz z głównej kamery. Sprzęt był wysokiej klasy – i znacznie przewyższał ten na statkach Ara Maxima. Przede wszystkim był nowszy, Kennedy był ponadto jednostką eksploracyjną, która musiała zostać wyposażona w najlepszą aparaturę badawczą.

Na ekranie pojawiły się trzy wyspy. Największa z nich wyglądała, jakby niemal w całości tworzył ją wulkan.

– Nie widzę obrazu z Kennedy’ego – odezwała się Romanienko.

– Ellyse – upomniał podwładną Loïc.

Radiooperatorka szybko nawiązała połączenie z komputerem pokładowym ISS Galileo i ustanowiła przekaz na żywo.

– Ta największa to Tristan de Cunha? – zapytała Wieronika.

– Tak jest.

– A dwie pozostałe?

– Inaccessible i Wyspy Nightingale, czterdzieści pięć kilometrów na południowy zachód od Tristan. W naszych czasach niezaludnione.

– Można mniemać, że to się zmieniło.

– Tak jest – odparła Ellyse.

Gdy wykonywali przelot nad powierzchnią Ziemi, nieczęsto trafiali na miejsca, gdzie przetrwała roślinność. Te wyspy zaś kwitły. Na Inaccessible nie sposób było czegokolwiek dojrzeć – całe dziesięć kilometrów kwadratowych pokryte było gęstymi koronami drzew. W przypadku Nightingale było podobnie.

Inaczej zaś sytuacja przedstawiała się na Tristan da Cunha. Ellyse zrobiła zbliżenie, dostrzegając rozległe pastwiska na pokrytych zielenią zboczach wulkanu. Na jednym równinnym skrawku ziemi widniała gęsto zaludniona osada. Czerwone dachy, jeden przy drugim, przesłaniały to, co kryło się pod nimi.

– Jest prom – powiedziała Nozomi.

– Raczej to, co z niego zostało – zauważyła Wieronika. – Rozbili się.

Loïc ściągnął brwi i spojrzał pytająco na Ellyse. Nie miała dla niego odpowiedzi, jeszcze nie teraz. Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem rozbił się jakikolwiek wahadłowiec z ISS-ów. Usterki się już nie zdarzały.

Sprawdziła warunki środowiskowe i zupełnie zbladła.

– Szaleje tam wiatr o prędkości trzystu kilometrów na godzinę. To jak przy porządnym tornadzie.

– Nie odnotowaliście takich zjawisk podczas przelotu nad innymi częściami globu?

Nozomi zamilkła, nie wiedząc, jak wyjść obronną ręką z opresji.

– Skupialiśmy się przede wszystkim na poszukiwaniu oznak cywilizacji, nie na analizowaniu prądów powietrznych – wyręczył ją Jaccard. – Najwyraźniej jednak w innych miejscach aż tak nie wiało, system by to odnotował.

– Nieważne. Zrób zbliżenie na ten prom.

Ellyse wykonała rozkaz z duszą na ramieniu. Wahadłowiec złamał się wpół, część poszycia była skręcona, jakby wykonano je z papieru, a nie grafenu. Obawiała się tego, co jeszcze może zobaczyć.

– Krew – powiedział Loïc, wskazując na czerwony płacheć ziemi.

Nozomi machinalnie oddaliła obraz i rozejrzała się po okolicy, szukając Håkona. Nigdzie nie dostrzegła żadnych postaci, więc na powrót zbliżyła poprzedni kadr.

– Nie ma ciał, to dobry znak – odezwała się Wieronika.

– Dobry? Dla pani zapewne…

– Ellyse – upomniał ją Loïc.

Oficer dowodząca Galileo spojrzała na nią z ukosa.

– Nie bądź bezczelna – powiedziała. – Zależy mi na każdym załogancie, a tym bardziej na astrochemiku. Mam sześć statków na orbicie, a na nich w sumie dwanaście osób. Nie stać mnie na utratę kogokolwiek.

Nie wspomniała o tym, że wśród jednostek był ISS Challenger, na którego pokładzie znajdował się cały bank zarodków, przyszłość gatunku. Trzynaście osób nie było zalążkiem nowego pokolenia ludzkości, nie mogło być. Co najwyżej strażnikami embrionów.

– Odnajdźcie go – powiedziała. – I jeśli to możliwe, sprowadźcie go z powrotem.

– Tak jest – odparł Jaccard. – A co z Alhassanem?

– Upewnijcie się, że nie żyje.

To rzekłszy, Romanienko rozłączyła się, a dwójka załogantów spojrzała po sobie i zawiesiła wzrok na obrazie z obiektywu. Kogokolwiek raniono, wylał z siebie całe litry krwi. Nie wyglądało to najlepiej.

– Jak pan myśli…

– Nie gdybajmy, Ellyse – uciął szybko Jaccard. – Przeskanuj teren pod kątem sygnatur termicznych.

Nozomi od razu aktywowała odpowiedni program. Obraz pociemniał, a załoganci starali się dostrzec jakikolwiek punkt świetlny. Szybko przekonali się, że to daremne – wyspa sprawiała wrażenie, jakby nie było na niej żadnej żywej istoty, prócz zwierząt hodowlanych na pastwiskach.

– Dachy muszą być wykonane z jakichś metamateriałów – zauważyła Ellyse. – Kamery termowizyjne nic tu nie zdziałają.

– W takim razie nagrywaj, co się tam dzieje. Chcę mieć podgląd dwadzieścia cztery godziny na dobę. – Loïc zrobił pauzę, patrząc na radiooperatorkę. – I nie znaczy to, że masz ślęczeć nad ekranem przez cały ten czas. Zrozumiano?

– Tak jest.

– Ustaw alert. I jak tylko pojawią się Lindberg lub Alhassan, daj mi znać.

Obróciła się do niego.

– I co wtedy?

– Jednego uratujemy, drugiego pozbędziemy się raz na zawsze – rzucił Jaccard na odchodnym, po czym skierował się na korytarz. Gdy Ellyse została sama w maszynowni, zrobiła głęboki wdech i wlepiła wzrok w obraz z kamery. Miała nadzieję, że Håkonowi nic nie jest.

 

 

6

 

– Banda skurwiałych kundli! – krzyknął Dija Udin, gdy wtrącili go do niewielkiego pomieszczenia. Wymachiwał rękoma, starając się trafić któregoś z nich, ale unikali jego ciosów nad wyraz zręcznie.

Upadł na ziemię i natychmiast się obrócił. Zanim zamknęli drzwi, zobaczył jeszcze, że niosą dokądś ciało Lindberga. Bezwładnie spoczywało na rękach jednego z mężczyzn. Głowa opadła do tyłu, usta i oczy przyjaciel miał szeroko rozwarte.

Dija Udin rzucił się do drzwi i zaczął tłuc w nie pięściami. Były wykonane ze stopu jakiegoś metalu, podobnie jak ściany. Alhassan szybko uświadomił sobie, że nic nie zdziała. Mimo to uderzał jeszcze przez kilka chwil, złorzecząc tak, że zdarł sobie gardło.

Potem odwrócił się i oparłszy o drzwi plecami, osunął się na podłogę.

– Będę rozrzucał kawałki waszych ciał po tej zapiździałej wyspie! – krzyknął jeszcze, po czym zamilkł. Wiedział, że spotka go taki sam los, jak Skandynawa. Nie miało znaczenia, ile żółci z siebie wyleje ani jak przekonujące groźby sformułuje.

Zamknął oczy, zwieszając głowę. Wyobraźnia podsunęła mu widok pośmiertnego grymasu, który zastygł na twarzy Lindberga. Natychmiast otworzył oczy.

Przez chwilę trwał w bezruchu, uspokajając się.

Potem zerwał się na równe nogi i na powrót zaczął okładać drzwi. Przestał dopiero, gdy na jego knykciach pojawiły się krwawe ślady. Cofnął się, oddychając ciężko. Usłyszał, że ktoś zbliża się do jego celi.

Drzwi otworzyły się powoli. W progu stał mężczyzna z wycelowaną w Alhassana bronią i ewidentnie nie miał zamiaru się z nim patyczkować. Ledwo więzień ruszył ku niemu, ten pociągnął za spust. Rozległ się dźwięk ładowania, a następnie wiązka niebieskiego światła pomknęła w stronę Dija Udina.

Targnęło nim w tył, a siła uderzenia rozlała się po całym ciele. Padł na ziemię i natychmiast zorientował się, że użyto innego trybu działania broni – nie miał ani zadrapania.

– Co to jest? – zapytał, podnosząc się.

– Impulsator – odparł mężczyzna zniekształconym głosem. – Nie tak zaawansowany jak wasze, ale nadal sprawny.

– Ale…

– Wiem, broń na Tristan da Cunha jest zakazana. Radzimy sobie jednak całkiem nieźle, jak widzisz.

Rozmówca w mig znalazł się tuż przy nim, w ostatniej chwili biorąc zamach nogą. Wymierzył nią Alhassanowi w głowę i gdy ten padł na bok, mężczyzna poprawił jeszcze dwoma kopniakami.

– I obawiam się, że nie doniesiesz nikomu o złamaniu regulaminu. Nigdy nie wrócisz do Amalgamatu, psie.

Kolejny cios spadł na krocze Dija Udina, aż ten zawył.

– Dlaczego… to… kurwa… robisz? – zdołał wydukać, przetaczając się na bok. Czuł się, jakby żołądek podszedł mu do gardła i zablokował drogę dostępu dla tlenu. Wziął chrapliwy wdech i kaszlnął.

– Powinienem zrobić dużo więcej – odparł zamaskowany. – Po tym wszystkim, czego się dopuściliście.

– Dopiero co… przylecieliśmy, imbecylu.

Następny kopniak sprawił, że Alhassanowi odechciało się butności. Nadal nosił się z zamiarem rozszarpania tych ludzi na strzępy, ale musiał wyczekać odpowiedniej okazji. Pomści Lindberga, co do tego mogli być pewni.

Na razie jednak zdecydował się przyjąć koncyliacyjny ton. Podsunął się pod ścianę, a potem oparł o nią plecami. Otarł krew z twarzy i podniósł wzrok na rozmówcę. Jego masywna osłona na twarz przywodziła na myśl te, w których niegdyś pracowali górnicy na Księżycu. W koloniach panowała atmosfera, ale głęboko pod ziemią nadal potrzebowali przetworników powietrza. Dija Udinowi przeszło przez myśl, że może tam też ocalały resztki ludzkości.

Powie o tym swoim, gdy tylko uda mu się nawiązać kontakt. Był to imperatyw, któremu podporządkowana była teraz cała jego egzystencja. Sześć statków zbiegło z proelium, wykpiwszy zasady gry i oszukawszy Diamentowych. Stało się dokładnie to, do zapobieżenia czemu Alhassan w ogóle pojawił się na tym świecie. To on miał dopilnować, by ludzkość stawiła czoło swoim adwersarzom.

Wszystko jeszcze naprawi. Miał czas, a gdy tylko uda mu się uzyskać dostęp do ansibla, prześle wiadomość. Teraz należało zadbać o własne bezpieczeństwo.

– Jesteśmy członkami misji Ara Maxima – odezwał się, zawiesiwszy wzrok na strażniku.

Mężczyzna nie odpowiadał.

– Nigdy o niej nie słyszałeś?

– Nie.

– Opuściliśmy Ziemię kilkaset lat temu. Mieliśmy zbadać i zasiedlić szereg planet. Mój okręt, Accipiter, został zatrzymany niedaleko Mi Arae w gwiazdozbiorze Ołtarza, kilkanaście parseków od Ziemi. Wszyscy załoganci byli martwi, prócz mnie i mojego przyjaciela, którego, kurwa, zamordowaliście. Nie mieliśmy kontaktu z centrum dowodzenia, byliśmy zdani wyłącznie na siebie.

Alhassan bacznie obserwował reakcję rozmówcy. Wyglądał, jakby dopuszczał możliwość, że usłyszał prawdę.

– Dokąd lecieliście? – zapytał mimo to.

– Na Krauss-deGrasse-7c w konstelacji Oriona, ponad sto dwadzieścia lat świetlnych od nas. Mieliśmy założyć tam kolonię, a statek wysłać z powrotem na Ziemię.

Zamaskowany niemal niezauważalnie kiwnął głową. Dija Udin poczuł, że pojawiła się iskierka nadziei. Zaczerpnął tchu, a potem zaczął pokrótce opisywać wszystko, co spotkało go od momentu wybudzenia się z diapauzy.

Historyjkę miał opracowaną do perfekcji. Wszak sam od początku udawał, że nie ma z tym wszystkim nic wspólnego.

Ostatecznie udało mu się zainteresować strażnika na tyle, że ten posłał po innych. Zebrało się konsylium mieszkańców wyspy, na którym deliberowali nad jego słowami. Widział w ich oczach błysk zaufania – i wiedział, że ma ich w kieszeni. Było tylko kwestią czasu, nim go wypuszczą.

Pomógł mu fakt, że jeden ze starszyzny wiedział o misji Ara Maxima. Wprawdzie w Edynburgu Siedmiu Mórz nie było żadnego repozytorium wiedzy, ale informację przekazywano z pokolenia na pokolenie.

Gdy zaprowadzono Alhassana przed oblicze przywódców tej społeczności, stary człowiek podniósł się ociężale z metalowego siedziska.

– A więc to prawda – wychrypiał.

Trudno było dostrzec ruch jego ust pod czarną kratką. Oczy sprawiały wrażenie, jakby zaszły bielmem.

– Najwyraźniej – odparł Dija Udin.

– Nie przybyliście z Amalgamatu.

– Nie wiem nawet, co to jest, do cholery.

Mieszkańcy spojrzeli po sobie skonsternowani. Do tej pory Alhassan zdołał wysnuć trochę przypuszczeń na temat tej organizacji. Sprawowała rządy twardą ręką, czemu trudno było się dziwić, wziąwszy pod uwagę, że Ziemia stanowiła jałowe pustkowie. Dija Udin sądził, że świetnie dogadałby się z tamtymi ludźmi.

Gdyby tylko jego misją nie było wytrzebienie ich.

– Przybywam w pokoju – odezwał się, rozkładając ręce. – Tak jak mój towarzysz, którego z zimną krwią ubiliście.

Żaden z nich nie odpowiedział, spłynęło to po nich. Musieli być na tyle oswojeni ze śmiercią, że nie traktowali jej jako tematu wartego rozmowy.

– Muszę dostać się do swojego okrętu.

– Nie ma takiej możliwości – odparł starzec. – Jesteśmy w tej chwili monitorowani z orbity.

Alhassan rozejrzał się. Na Kennedym najwyraźniej zainteresowano się już wyspą.

– Możecie to stwierdzić?

– Mamy sensory – rzekł członek starszyzny i z pomocą młodego chłopaka zasiadł na swoim miejscu. – Widzimy, że skupili na nas swoją uwagę.

– Szukają nas, to powinno być dla was całkowicie zrozumiałe. Tak jak to, że doskonale widzą rozbity prom, więc nie ma sensu mnie tu trzymać. Muszę natychmiast udać się do statku.

– Nie ma takiej możliwości – powtórzył wódz.

Dija Udin powściągnął wzbierający w nim gniew.

– Posłuchaj, starcze – podjął spokojnie. – Wiesz już, że nie mamy nic wspólnego z tym waszym konglomeratem, czy jak go tam zwiecie. Jeśli zależy wam, by nie narobić sobie nowego wroga, radzę wam dopuścić mnie do tej sterty złomu.

– Zniszczenia tego okrętu…

– Tak, tak, przekraczają możliwości naprawy. Nie mam zamiaru już nim latać.

– Więc dlaczego tak ci do niego spieszno?

– Muszę coś znaleźć.

– Co takiego?

Alhassan nie miał zamiaru mówić tym ludziom zbyt wiele o la’derach. Zresztą powinna im wystarczyć lakoniczna informacja.

– Coś, co może uratować tego sukinsyna leżącego w waszej kostnicy.

Mieszkańcy spojrzeli po sobie.

– O ile macie tu taką instytucję.

– W jaki sposób zamierzasz go uratować? – odezwał się ten, który wcześniej wystąpił z szeregu przed wahadłowcem. – On nie żyje.

– Już nie takie rzeczy robiłem.

Dija Udinowi odpowiedziało pełne konsternacji milczenie. Z jakiegoś powodu ci ludzie stanowili grupę naprawdę ufnych idiotów – nie dość, że przyjęli niemal bezrefleksyjnie całą jego opowieść o proelium, to jeszcze byli gotowi uwierzyć, że istnieje sposób na wskrzeszenie Lindberga. Fakt faktem, nie mijało się to z prawdą – jeśli koncha nie została uszkodzona przy katastrofie, powinna zrobić ze Skandynawem to samo, co niegdyś z Gideonem.

– Muszę tam pójść – oznajmił stanowczo Alhassan.

Tym razem nikt nie zaoponował. Ale też nikt nie otworzył mu drzwi.

– Zależy od tego wasze życie – dodał nawigator. – Jeśli moi ludzie zorientują się, że zamordowaliście jednego z nas, zgniotą was jak robaki.

– Amalgamat na to nie pozwoli – zauważył starzec. – Wyspa jest dla nich zbyt cenna. I potrzebują ludzi, którzy znają się na hodowli zwierząt i uprawie roślin.

– W takim razie pójdę sam.

Dija Udin obrócił się i ruszył przed siebie spokojnym krokiem. Sądził, że szeregi tubylców się rozstąpią, ale ci trwali w bezruchu, wbijając pytający wzrok w wodza.

Alhassan zatrzymał się i zaklął pod nosem.

– Rozumiem, że nie chcecie, by was widzieli. Ale mnie mogą zobaczyć, i tak wiedzą, że tu jestem. – Obrócił się do starucha. – I nigdzie nie ucieknę. Najbliższy ląd jest jakby poza zasięgiem, prawda?

Chwilę trwało, nim przewodniczący starszyzny wyraził aprobatę.

 

 

7

 

– Panie majorze – odezwała się do interkomu Ellyse. – Namierzyłam Alhassana.

Nie musiała długo czekać, aż Jaccard pojawi się w maszynowni. Był tu także Hallford, który starał się przebić czujnikami przez metamateriałowe dachy. Jego starania jednak zakończyły się fiaskiem. Technologia na Tristan da Cunha znacznie przewyższała tę na Kennedym.

– Gdzie Channary? – zapytał Loïc, podchodząc do głównego stanowiska.

– Układa plan desantowy – odparł Gideon.

– Zwariowała?

– Mówił pan, że mamy ściągnąć ich tu wszelkimi możliwymi sposobami. Chyba wzięła sobie to do serca.

Jaccard potarł nerwowo czoło, pochylając się obok Ellyse. Dziewczyna wiedziała, że miał teraz mnóstwo innych rzeczy na głowie – był dowódcą, który sprowadził do domu Kennedy’ego oraz pięć statków z misji Ara Maxima. Czuł się odpowiedzialny za odbudowę gatunku ludzkiego, bez względu na miejsce, które zajmował w hierarchii służbowej.

– Nikogo tu nie widzę – powiedział.

– Dija Udin wszedł do promu. Siedzi tam od kilku minut.

Loïc westchnął i wyprostował się. Przez moment w milczeniu wbijał wzrok w wyświetlacz.

– Co on planuje? – zapytał w końcu.

– Zapewne nic dobrego – wtrącił Gideon.

– Mam na myśli konkrety – zestrofował go Jaccard. – Został zaprogramowany, by ściągnąć nas wszelkimi możliwymi sposobami na proelium, tak?

Ellyse i główny mechanik kiwnęli głowami.

– Powstają więc dwa pytania. Pierwsze: jak jego program zareaguje na rozwój wydarzeń? Drugie: skoro Dija Udin był na Accipiterze, być może inni obcy znajdowali się na pozostałych statkach. A nie muszę wam przypominać, że orbitują one teraz Ziemię.

Nozomi pokręciła głową.

– Alhassan nie miał ściągnąć nas na proelium. Jego zadaniem było wprowadzenie wirusa do komputera pokładowego. Dalej wszystko działo się samoczynnie. Infekcja rozeszła się po flocie, a okręty same zmieniły kurs. Wątpię więc, byśmy mieli się czym przejmować.

Loïc przeczesał ręką włosy, jakby było to zupełnie oczywiste, a on ze zmęczenia sobie tego nie uświadomił.

– No dobrze… – powiedział. – Co w takim razie z jego programowaniem?

Oboje spojrzeli na Hallforda w poszukiwaniu odpowiedzi. To on nosił konchę – i jeśli kogokolwiek było stać na dotarcie do sensownej konkluzji, to właśnie jego.

– Moim zdaniem system Dija Udina jest przygotowany na taką ewentualność – powiedział. – W końcu nie my pierwsi zbiegliśmy z proelium. Inni musieli tego próbować, tyle że nikomu ostatecznie się nie udało.

– Bo nikt nie miał Håkona i Ev’radata – dodała Nozomi.

Kocmołuch skinął głową.

– Co sugerujesz? – zapytał Loïc, patrząc na niego.

– Są dwie możliwości. Albo zaprogramowano Dija Udina, by ściągnął zbiegów z powrotem na Rah’ma’dul, albo by ich wyeliminował.

– Do systemów ISS-ów się nie dostanie – wtrąciła Ellyse. – Nie wprowadzi kolejnego wirusa ani w żaden sposób nie zmusi nas do powrotu. Z ansibla też nie skorzysta, by ściągnąć tu swoich.

– Więc zostaje druga możliwość – dopowiedział Loïc. – Będzie starał się nas unicestwić.

– Jeśli dobrze założyłem – odezwał się Gideon. – Równie dobrze mógł uruchomić się jakiś program samozachowawczy.

– Nie sądzę.

– To tylko gdybanie – ucięła Nozomi. – Nie dowiemy się, póki Håkon nie wejdzie mu do głowy.

Załoganci spojrzeli na nią ze zdziwieniem, ale dla Ellyse było oczywiste, że to właśnie chciał zrobić Lindberg. Z pomocą konchy miał zamiar zajrzeć do umysłu Dija Udina, a potem dokonać w nim odpowiednich zmian. Nie wiedziała tylko, jak obcy miałby odkupić swoje winy – o czym Håkon wciąż wspominał.

– Czy to w ogóle możliwe? – zapytał Jaccard.

Gideon wzruszył ramionami i zaczerpnął tchu.

– Nie wiemy, czym jest – powiedział. – Odczyty z kriokomory potwierdziły, że leży w niej człowiek. Ktokolwiek go zbudował, zadał sobie wielki trud, by dokładnie odwzorować nasz organizm.

– Niekoniecznie – wtrąciła Nozomi.

– Słucham?

– Przypomnij sobie, co się działo, gdy po raz pierwszy spotkaliśmy Håkona i Alhassana. Przeszliśmy z Kennedy’ego na Accipitera i sprawdziliśmy odczyty z diapauzy. Wskazywały jasno, że mamy do czynienia z obcymi formami życia. Pamiętacie, jak pewna tego była Yael Dayan? Na podstawie jej diagnozy wtrąciliśmy ich obu do celi.

Pamiętali doskonale. Koniec końców okazało się, że był to błąd systemu – czy raczej celowe działanie wirusa. I wszyscy zdawali sobie sprawę, że skoro wówczas odczyty mogły być błędne, to teraz także.

– Może być idealną kopią – odezwał się Hallford. – Nie dowiemy się, póki nie…

Urwał, dostrzegając na wyświetlaczu, że Dija Udin wychodzi z promu. Ellyse rozejrzała się w poszukiwaniu Håkona, ale nikogo poza muzułmaninem nie zauważyła.

Alhassan wyszedł na zewnątrz, otrzepał mundur, a potem zadarł głowę. Trwał tak przez moment, nie poruszając się.

– Wie, że go obserwujemy – odezwał się Gideon.

– Łącz z Romanienko – rzucił Jaccard. – Niech walą w niego wszystkim, co mają.

– Tam jest osada…

– Opuszczona. Wykonać rozkaz.

Ellyse przekazała krótką wiadomość na Galileo, po czym wróciła wzrokiem do Dija Udina. Nadal stał jak słup soli, patrząc w niebo. W końcu poruszył się, unosząc coś ponad głowę.

Dwa kawałki maski. Nozomi uświadomiła sobie, że to zniszczona koncha.

– Co to ma znaczyć? – zapytał Loïc.

– Nie wiem, panie majorze.

 

 

8

 

Dija Udin cisnął maskę na ziemię i ruszył z powrotem do baraków, które mieszkańcy nazywali domami. Wiedział, że jeszcze chwila na zewnątrz może okazać się tym, co dzieli go od śmierci.

Kennedy wprawdzie nie miał na wyposażeniu broni orbitalnej, ale okręty klasy Accipitera jak najbardziej. Nie była zbyt precyzyjna – emitory cząstek służyły głównie do niszczenia naturalnych przeszkód, nie dokładnych ataków. Mimo to Jaccard mógł zdecydować się, by skończyć z nim raz na zawsze.

– Znalazłeś to, czego szukałeś? – zapytał go starzec, gdy wrócił do głównego budynku.

– Nie.

Pośród tubylców zapanowało poruszenie.

– A więc nie uratujesz swojego przyjaciela – rzuciła jedna z zatrwożonych kobiet.

– Zabiją nas… – dodał ktoś inny.

– Nie oszczędzą nikogo.

– Musimy powiadomić Amalgamat.

Przewodniczący starszyzny podniósł się z pomocą młodego chłopaka, po czym uniósł dłoń. Wszyscy zamilkli jak jeden mąż, a stary