Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Co tak naprawdę działo się za zamkniętymi drzwiami kamienicy Jeffreya Epsteina na Manhattanie?
Kto rzeczywiście gościł na jego wyspie Little Saint James?
Dlaczego przez lata wśród elit panowała, co do tego, zmowa milczenia?
Choć Virginia Roberts Giuffre znana jest przede wszystkim jako ofiara Jeffreya Epsteina i Ghislaine Maxwell, jej dramat rozpoczął się wiele lat wcześniej. Jako dziecko doświadczyła niemal wszystkich form przemocy, a jako nastolatka trafiła w ręce kolejnego przestępcy seksualnego i stała się ofiarą handlu ludźmi.
Gdy Maxwell wprowadziła ją do pokoju do masażu, w którym czekał na nią Epstein, Virginia zrozumiała, że koszmar zaczyna się od nowa. Przez lata była notorycznie upokarzana, bita, duszona, gwałcona przez dziesiątki bogatych i wpływowych ludzi. Uwierzyła, że jej życie nie ma znaczenia.
Ludzie, których spotykała, wykorzystywali w okrutny sposób to, że była niczyja. Gdy wołała o pomoc – nikt nie słuchał. Gdy mówiła o tym, co jej robią – nikt nie reagował.
Zeznania Virginii doprowadziły do skazania oprawców, ale też rozdrapały rany. Ta książka miała jej pomóc uwolnić się od przeszłości. Gdy ją pisała, nie wiedziała, że to będzie jej ostatnia opowieść.
Virginia Roberts Giuffre (1983–2025) – była aktywistką i rzeczniczką ofiar przemocy i handlu ludźmi w celach seksualnych i jedną z najbardziej znanych oskarżycielek Jeffreya Epsteina. Mieszkała w Australii wraz z rodziną.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 541
Data ważności licencji: 9/11/2030
Tytuł oryginału: Nobody’s Girl. A Memoir of Surviving Abuse and Fighting for Justice
Copyright © 2025 by The Estate of Virginia Roberts Giuffre
All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790). This edition published by arrangement with Alfred A. Knopf, an imprint of the Knopf Doubleday Group, a division of Penguin Random House LLC.
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Copyright © for the translation by Alka Konieczka
Redaktor inicjujący: Rafał Czech
Opieka wydawnicza: Maria Tadel
Opieka redakcyjna: Anna Małocha
Przyjęcie tłumaczenia, adiustacja i korekta: d2d.pl
Promocja i marketing: Zofia Murawska-Cornago
Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Agnieszka Gontarz
Fotografia na okładce: archiwum prywatne autorki
ISBN 978-83-8399-548-9
www.otwarte.eu
Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o. ul. Smolki 5/302 30-513 Kraków
Wydanie I, 2026
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Dedykuję tę książkę moim Siostrom, które przetrwały, i wszystkim osobom, które doświadczyły przemocy seksualnej
Niektóre imiona i nazwiska zostały zmienione dla ochrony prywatności osób stanowiących część tej historii.
Pisanie z kimś książki zawsze jest swego rodzaju ćwiczeniem z intymności. W każdym moim projekcie następuje taki moment, gdy trzeba zadać autorom niezwykle osobiste pytania. Później uzupełniam ich wspomnienia – nawet jeśli są wyjątkowo szczegółowe – poprzez potwierdzenie opowiedzianej przez nich wersji za pomocą dokumentów i rozmów z innymi ludźmi, którzy mogli być świadkami lub mieć wiedzę na temat tego, co się wydarzyło. W tym kontekście podczas pracy z Virginią nad właściwym przedstawieniem jej historii podążałyśmy dobrze znaną mi ścieżką.
Były jednak dwa czynniki zdecydowanie odróżniające opowieść Virginii od innych. Po pierwsze, historie, którymi chciała się podzielić, sprawiały jej nieskończenie wiele bólu. Po drugie, występowali w nich najbogatsi i najpotężniejsi ludzie tego świata. Niektórzy już wcześniej próbowali ją uciszyć. Od samego początku było dla nas jasne, że tej książce trzeba poświęcić wiele uwagi – po to, żeby była jak najbardziej prawdziwa, rzecz jasna, ale też po to, by ochronić autorkę przed tymi, którzy woleliby, aby już zawsze milczała.
Pragnę wyraźnie zaznaczyć, że Virginia nie zdecydowała się na milczenie, choć to z pewnością byłoby dla niej łatwiejsze. Od samego początku wierzyła, że jej historia pomoże innym – nie tylko ofiarom okrucieństwa Jeffreya Epsteina, ale wszystkim, mężczyznom i kobietom, którzy kiedykolwiek zostali zmuszeni do uprawiania seksu. W ciągu tych czterech lat, podczas setek rozmów, wymian e-maili i wiadomości, Virginia upierała się, że chce być przedstawiona w jak najbardziej autentyczny sposób, jako postać z krwi i kości. Chciała, by świat dowiedział się, jaka była naprawdę, aby inni, których też wykorzystywano seksualnie, mogli po przeczytaniu jej historii poczuć się mniej samotni. Miała nadzieję, że jeśli namalujemy prawdziwy portret jej cierpienia, zainspiruje on więcej osób do walki o zmiany zdaniem Virginii absolutnie konieczne – przede wszystkim chodzi o wprowadzenie ustawy uniemożliwiającej przedawnienie się oskarżeń przeciwko osobom wykorzystującym seksualnie dzieci.
Virginia była jedną z najbardziej uroczych i szczodrych osób, jakie dane mi było poznać. Oddaną trójce swoich dzieci, stanowiących owoce jej związku z mężem Robbiem Giuffrem (z którym się później rozstała). Była też osobą zdeterminowaną i niepohamowaną. I właśnie te cechy umożliwiły mi, pod jej przewodnictwem, opowiedzenie całej tej historii i – co równie ważne – zbadanie jej, potwierdzenie szczegółów, by wreszcie pomóc stworzyć tę inspirującą, ale też łamiącą serce książkę, znajdującą się właśnie w Twoich dłoniach.
Jeśli chodzi o udokumentowanie nadużyć, których Virginia padła ofiarą w dzieciństwie, udało mi się skontaktować z jej znajomą z tego okresu, a ta z niesamowitą otwartością opowiedziała o swoim doświadczeniu molestowania przez ojczyma – to właśnie on wykorzystał również Virginię, a później został skazany za molestowanie kolejnej nieletniej osoby. Opowieść tej kobiety i jej uprzejmość dodały Virginii mnóstwo otuchy. Po konsultacji z osobą zawodowo zajmującą się factcheckingiem odbyłam długie rozmowy z matką Virginii, jej mężem, byłym chłopakiem i dwoma braćmi, którym opowiedziała o tym, że była molestowana przez ojca i jego kolegę. Liczne próby skontaktowania się z ojcem Virginii i uzyskania reakcji na oskarżenia stawiane przez córkę zawsze spotykały się z tą samą odpowiedzią: stanowczo zaprzeczał wszelkim zarzutom*.
Osobista opowieść Virginii o czasie, który spędziła w orbicie Epsteina i Maxwell, została potwierdzona tysiącami stron dokumentów sądowych, w tym zeznaniami złożonymi pod przysięgą i rejestrami prywatnych lotów Epsteina. Dokumenty te zawierają imiona i nazwiska osób, którym Virginia – zgodnie z jej słowami – została sprzedana. Zawartość tych dokumentów poświadczyły liczne źródła, w tym wywiady w prasie (wszystkie zostały przeze mnie sprawdzone) oraz książki na ten temat, napisane między innymi przez dziennikarkę „Miami Herald” Julie K. Brown, byłego pełnomocnika Virginii Brada Edwardsa oraz prokuratora Południowego Okręgu Nowego Jorku Geoffreya Bermana. Rozmawiałam także z wieloma pełnomocnikami Virginii, między innymi ze wspomnianym Edwardsem, Sigrid McCawley i Brittany Henderson.
Pisanie tej książki było kilka razy wstrzymywane, częściowo ze względu na problemy zdrowotne Virginii. Jednak przez cały czas była zdecydowana wydać swoje wspomnienia. Chciała, aby jej cierpienie nie poszło na marne, i uważała, że jeśli pomoże choć jednej osobie, która padła ofiarą przemocy seksualnej, jej wysiłki zostaną wynagrodzone. W październiku 2024 roku Virginia poczuła, że jest gotowa wrócić do prac nad książką. Spotkałyśmy się, by ją dokończyć. Wróciłam do Australii, gdzie odwiedziłam ją już w 2022 roku; miałyśmy przeczytać tekst wspólnie raz jeszcze, z uwagą. Robiłam krótkie przerwy, żeby poprawić niektóre fragmenty, po czym czytałam je ponownie. Pod koniec tego spotkania Virginia zaakceptowała całą treść książki poza tą notą, dodaną już po jej śmierci. Była bardzo wdzięczna wszystkim osobom, które napotkała na swej drodze i które wspierały ją podczas opowiadania jej historii.
Wieczorem 9 stycznia (w Australii był już 10 stycznia rano) Virginia zadzwoniła do mnie, wyraźnie zdenerwowana. Powiedziała mi, że poprzedniej nocy pokłóciła się z Robbiem i że ten ją uderzył. Rozmawiałyśmy długo. Wysłała mi zdjęcia swojej twarzy, na której widoczne były sińce i opuchlizna. Upewniłam się, że jest bezpieczna, i zaproponowałam, że skontaktuję się z jej matką i starszym bratem, co oczywiście zrobiłam.
Virginia zgłosiła tę sytuację policji w Australii Zachodniej, ale Robbiemu nie postawiono żadnych zarzutów. Wysnuł za to własne oskarżenia, a w ich efekcie Virginia otrzymała zakaz zbliżania, uniemożliwiający jej kontakt z dziećmi. To był dla niej ogromny cios – nie mogła pogodzić się z tym, że jest od nich odcięta.
Styczniowy incydent nie był pierwszy. W pewnym momencie Virginia opowiedziała mi o sytuacji, która wydarzyła się w 2015 roku w Kolorado, gdy Robbiego aresztowano za napaść na nią. Skontaktowałam się z zastępcą szeryfa, który odpowiadał za tę sprawę; opowiedział mi szczegółowo o tym incydencie i wspomniał, że Robbie nie mógł wrócić do domu, ponieważ miał zakaz zbliżania się do żony. Jednak według biura szeryfa dokumentacja sprawy nie była już dostępna. Virginia powiedziała, że był to pojedynczy przypadek, i ze względu na dzieci nie chciała pisać o nim w książce. Jej zdaniem ta okropna sytuacja wydarzyła się w czasie, gdy w ich życiu było bardzo dużo stresu, i oboje pracowali nad tym, aby odeszła w zapomnienie (Robbie wypowiedział się w podobnym tonie, gdy podczas rozmowy ze mną twarzą w twarz – nie wprost – nawiązał do tego incydentu). Wiedziałam, że istnieje wiele powodów, dla których kobieta będąca ofiarą przemocy domowej wybiera milczenie. Wiedziałam też, że osoby, które w dzieciństwie doświadczyły przemocy, są na nią znacznie bardziej podatne w dorosłym życiu – według pewnego bardzo często cytowanego badania prawdopodobieństwo to wzrasta piętnaście razy. Postąpiłam jednak zgodnie z życzeniem Virginii.
Sprawy przybrały gorszy obrót w marcu 2025 roku, gdy została ranna w wypadku samochodowym. Rozmawiałyśmy po raz ostatni 31 marca. Powiedziała mi, że przebywała w szpitalu, ale wypisała się z niego, ponieważ nie zgadzała się z lekarzami. Prosiłam ją, by wróciła na oddział, a ona obiecała, że tak zrobi. Najpierw chciała jednak porozmawiać o dzieciach, ponieważ desperacko pragnęła wiedzieć, co u nich. Zanim się rozłączyłyśmy, powiedziała: „Bóg ma mnie w swojej opiece, więc się nie boję. Jeśli nadszedł już mój czas, niech się tak stanie, ale chcę, żeby moja książka została opublikowana”. Błagałam ją, kolejny raz, by pozwoliła lekarzom wykonywać swoją pracę. „Chcę, żebyś żyła tak samo długo jak ja” – mówiłam. Powiedziała mi, że mnie kocha. Przypomniałam jej, że z wzajemnością.
Następnego dnia, 1 kwietnia, Virginia wysłała do mnie i do Dini von Mueffling, swojej specjalistki do spraw PR, e-maila, w którym jasno wyraziła życzenie opublikowania książki. Fragment wiadomości brzmiał:
Kontaktuję się z Wami, aby omówić ważne kwestie związane z moją książką Dziewczyna niczyja. Z całego serca pragnę, aby bez względu na mój stan została wydana w ustalonym terminie.
Treść tej książki jest niezwykle istotna, ponieważ rzuca światło na porażki systemowe, które umożliwiają międzynarodowy handel bezbronnymi ludźmi. Ważne, aby te fakty zostały zrozumiane, a okoliczności z nimi związane – wyjaśnione ze względu na kwestię sprawiedliwości i świadomości społecznej.
Chciałabym się upewnić, że Dziewczyna niczyja ukaże się także w przypadku mojej śmierci. Wierzę, że ta książka może wpłynąć na wiele osób i wywołać konieczne dyskusje na temat tych okrutnych niesprawiedliwości. Uprzejmie proszę, abyście dołożyły starań, by moje życzenie zostało spełnione. Dziękuję Wam za wsparcie, cierpliwość, a przede wszystkim – za Waszą miłość ♥ ♥ ♥.
5 kwietnia w magazynie „People” ukazało się oświadczenie Virginii, w którym po raz pierwszy przyznała publicznie, że była ofiarą przemocy domowej ze strony męża, i wspomniała o rzekomej napaści z 9 stycznia. Fragment tego oświadczenia brzmiał: „Potrafiłam się obronić przed Ghislaine Maxwell i Jeffreyem Epsteinem, którzy (sic) mnie wykorzystali i sprzedali. Ale jeszcze do niedawna nie byłam w stanie uciec przed przemocą we własnym małżeństwie. Jednak po ostatniej fizycznej napaści ze strony męża nie potrafię już dłużej milczeć”. (Pełnomocnik Robbiego odmówił skomentowania oskarżeń Virginii, powołując się na otwarty przewód sądowy).
Virginia zmarła niespełna trzy tygodnie później, popełniwszy samobójstwo na swojej położonej na uboczu farmie.
Zanim ta książka została oddana do druku, dwaj bracia Virginii i ich żony wyrazili obawy, że przemoc domowa, której doznała autorka, została w tych wspomnieniach strywializowana. Na forum publicznym zaproponowali, że opowiedzą o przemocy, jakiej ich siostra podobno doznawała w małżeństwie od wielu lat, i podkreślili, jak ważne jest opublikowanie wspomnień Virginii w pełnym kontekście, by uniknąć prób podważania ich wiarygodności. Równocześnie wyrazili swoje poparcie dla publikacji tekstu i potwierdzili jego rolę w pociągnięciu do odpowiedzialności oprawców siostry.
Gdy po śmierci Virginii rozmyślam o jej życiu – jej osiągnięciach, doznanym cierpieniu – wciąż wracam do tych trzech serduszek, które nam wysłała. Pozostaną w mojej pamięci na zawsze, ponieważ Virginia mimo niedającego się opisać okrucieństwa przepełniającego jej życie nadal miała otwarte serce i gdy tylko mogła, kierowała się miłością. Świat mógł się od niej czegoś nauczyć. Ogromnym zaszczytem było spędzenie czterech lat u jej boku, pomagając jej opowiedzieć swoją historię i sprawić, by jej dziedzictwo było wiecznie żywe.
Amy Wallace
sierpień 2025
* Jego cała odpowiedź brzmiała: „Dla sprostowania: Nigdy nie skrzywdziłem mojej córki ani nie wiedziałem, że Forrest ________ to zrobił. Gdyby było inaczej, byłbym wściekły i zająłbym się tym. Dałem mojej córce wszystko, czego pragnęła, i nigdy nie dotknąłem jej w niewłaściwy sposób; nie wiedziałem nawet, co się działo w związku z Epsteinem, póki nie przeczytałem o tym w internecie i nie skontaktowali się ze mną dziennikarze. Media mylą się w wielu kwestiach, nawet takich jak jej drugie imię, które brzmi Virginia Lee Roberts, a nie Virginia Louise. Jestem człowiekiem o silnym kręgosłupie moralnym i uważam, że mężczyźni, którzy wykorzystują dzieci, powinni stanąć przed sądem i zostać wykastrowani. Naprawdę wkurza mnie, gdy ktoś pisze, że wykorzystywałem swoje dzieci, podczas gdy jako ojciec starałem się tylko zapewnić im dobre życie” [jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą z tekstu oryginalnego].
Życie nie jest sprawą prywatną. Historia i jej lekcje mają sens tylko wtedy, gdy się nimi dzielimy.
D. Millman, Siła spokoju. Droga miłującego pokój wojownika, tłum. M. Tarnowski
Zaledwie parę godzin temu wizyta w Luwrze wydawała się genialnym sposobem na poprawienie sobie humoru. Ale teraz ogarnia mnie smutek. Jestem tak daleko od domu.
Jest lipiec 2021 roku, a ja znajduję się na pierwszym piętrze największego muzeum sztuki na świecie, otoczona obcymi ludźmi i bardzo osamotniona. Dziwnie jest teraz być w Paryżu – miasto niedawno otwarło swoje podwoje po tym, jak pandemia COVID-19 opanowała świat. Na ulicach właściwie nie ma turystów, bo Francja dopiero zaczęła ich znów przyjmować. Wyglądam jak przyjezdna – zwyczajna jasnowłosa amerykańska mama w niebieskich dżinsach i balerinach. Ale nie przyjechałam tu, by zwiedzać Paryż. Mam do wykonania zadanie, które z czasem wcale nie staje się łatwiejsze. Mam stanąć twarzą w twarz z tymi, którzy mnie skrzywdzili. Mam odzyskać swoje życie.
Gdy wychodziłam rano z hotelu, czułam się silna. Świeciło słońce, powietrze było przyjemnie ciepłe, jakby chciało zrobić psikusa wszystkim spakowanym przeze mnie swetrom. Pomyślałam o moim mężu, Robbiem, który został w Australii, gdzie mieszkamy. Wiedziałam, że organizuje piżama party dla trójki naszych dzieci i ich trójki przyjaciół, i wyobrażałam sobie, jak wykończony dzwoni do naszej ulubionej pizzerii i robi zdecydowanie zbyt duże zamówienie. „Jesteś moją małą wojowniczką” – lubi powtarzać mój mąż; powiedział mi to także tuż przed tym, jak wsiadłam do samolotu lecącego z Perth do Paryża. Nie zawsze postrzegam siebie w taki sam sposób, w jaki widzi mnie Robbie, ale dziś, gdy ruszyłam pieszo w stronę Sekwany, poczułam, że ta waleczna wizja mnie świetnie pasuje do sytuacji.
Łatwo odnalazłam drogę z hotelu położonego przy rue Scribe do avenue de l’Opéra i skierowałam się na południe, w stronę Luwru. Odkąd spacerowałam w tej okolicy po raz ostatni, minęło dwadzieścia lat, ale miałam wrażenie, że znam tę trasę. Wizyta w muzeum była prezentem dla samej siebie: oznaczała spędzenie kilku godzin z dala od prawników i ich pytań. Dręczyli mnie od wielu dni i doskonale rozumiałam dlaczego. Aby moje zeznania miały jak największe znaczenie, musiałam być skupiona i gotowa na wszystko. Ale naprawdę potrzebowałam przerwy. Kiedy okazało się, że mam wolny poranek, od razu wiedziałam, dokąd się udać. Stanęłam w kolejce do symbolu Luwru – piramidy ze szkła i metalu, zeskanowałam bilet i zjechałam do muzeum. Zamierzałam odpocząć i przejść się po salach, by zanurzając się w tym czystym pięknie, uciec od najgorszych wspomnień.
Przez chwilę wszystko szło tak, jak sobie zaplanowałam. Zatraciłam się w podziwianiu niesamowitych dzieł z brązu i marmuru, wysłałam mężowi zdjęcia Czterech jeńców, rzeźby przedstawiającej żołnierzy w kajdanach, i posągu Herkulesa walczącego z ogromnym wężem. Nie spieszyłam się. Uznałam, że w którymś momencie dotrę do Mony Lisy. Jednak po jakimś czasie, nie będąc pewna, dokąd zmierzam, weszłam schodami na wyższy poziom, skręciłam i zamarłam. „Znam tę salę!” – krzyczał głos w mojej głowie. Byłam dokładnie w tym samym miejscu dwadzieścia lat wcześniej, gdy miałam zaledwie siedemnaście lat.
Pokój, w którym się znajduję, ma ściany pomalowane farbą w odcieniu krwawej czerwieni i dominuje w nim ogromny gobelin przedstawiający krzykliwą komnatę Ludwika XIV. Gdy Jeffrey Epstein i Ghislaine Maxwell po raz pierwszy zabrali nastoletnią mnie do tej sali, był 2001 rok i już od wielu miesięcy wykorzystywali mnie i sprzedawali. Mam teraz trzydzieści siedem lat, jestem żoną i matką – w pełni dorosłą kobietą – a Epstein zmarł w więzieniu dwa lata temu. Mimo to niemal widzę, jak stoi obok mnie i podziwia gobelin, którego ciemną paletę barw zamierzał odtworzyć w swojej luksusowej kamienicy na Manhattanie. W moich wspomnieniach Maxwell jak zawsze stoi obok niego. Drapieżnica seksualna o eleganckich manierach i arystokratycznych korzeniach. Lubiła, gdy mówiono o niej „G-Max”, i pełniła funkcję drużynowej w dysfunkcyjnej rodzinie Epsteina, składającej się z nieletnich dziewcząt. Byłam jedną z nich i spędziłam w domu wstydu tej pary ponad dwadzieścia pięć miesięcy. Nawet dwie dekady później wciąż pamiętam, jak bardzo bałam się tych dwojga.
Dzwoni mi w uszach. Gdy tak tu stoję i myślę racjonalnie, wiem, że nie mogą mnie już skrzywdzić: rok po tym, jak martwe ciało Epsteina zostało odnalezione w jego celi, aresztowano Maxwell i w tym momencie, w 2021 roku, przebywa ona w więzieniu i oczekuje na proces, oskarżona o różne przestępstwa, w tym handel nieletnimi w celu wykorzystywania seksualnego. Mimo to nadal czuję się nawiedzana przez ich wygłodniałe duchy. Próbuję zwalczyć zawroty głowy i skupiam wzrok na misternym kilimie przed sobą. Przedstawia on młodego człowieka, który klęczy przed królem i błaga go o litość, a wszystkiemu przygląda się tłum ludzi. Zerkam na swoje stopy wrośnięte w parkiet. Przestaję oddychać i przetacza się przeze mnie znajoma fala ataku paniki.
Nawet gdy byłam dzieckiem, nie lubiłam urządzać scen. Wolałam stłumić swój ból, uspokoić lęk w klatce piersiowej, zamiast narażać się na większe niebezpieczeństwo, krzycząc i wyrzucając go z siebie. Jestem więc cicho i próbuję znaleźć ukojenie w sobie. Patrzę na swoje ładne paznokcie – mam świeży manicure, błyszczący lakier w odcieniu kości słoniowej. Spoglądam na bransoletkę – prezent od dobrej przyjaciółki – której paciorki z literkami układają się w napis: „T-W-A-R-D-Z-I-E-L-K-A”. Ostrożnie stawiam jeden krok, a później następny. Czuję ucisk w żołądku, jednak idę dalej. „Proszę – apeluję w milczeniu. – Proszę, nie chcę zemdleć w tym wyjątkowym miejscu”. Znajduję ławkę, siadam na niej i rozglądam się, którędy do wyjścia. „Dam radę” – powtarzam sobie jak mantrę, na której polegałam już wiele razy. Z doświadczenia wiem, że jeszcze nie powinnam biec.
Trauma jest takim sprytnym wrogiem. Ci, którzy przetrwali jej straszne skutki, często dziwią się, jak szybko może ustąpić, przynajmniej na początku. Gdy już znajdziesz się w bezpiecznym miejscu, widoczne obrażenia – rany, sińce – goją się i znikają. Twoja psychika także odżywa, niczym topielec, który wyciągnięty z głębin wypluwa ciemną wodę i otwiera oczy. Ale powracające do zdrowia ofiary takie jak ja wiedzą aż nazbyt dobrze, że trauma czai się w cieniu, zawsze obecna. Bez względu na to, ile czasu upłynie, do ilu terapeutów się udasz, może się przebudzić, nieproszona, zupełnie znienacka. Może wywołać ją piosenka usłyszana w radiu. Albo zapach wody kolońskiej przypadkowego człowieka. Prawdopodobnie twoim wyzwalaczem nie będzie wielki na całą ścianę gobelin w Luwrze, ale nigdy nic nie wiadomo.
Przyjechałam do Francji, żeby stawić czoła jednemu ze wspólników Epsteina, agentowi modelek Jeanowi-Lucowi Brunelowi. Brunel stał się dość znanym w tej branży łowcą twarzy – chwalił się, że swoje kariery zawdzięczają mu Jerry Hall, Milla Jovovich, Rebecca Romijn, Sharon Stone czy Christy Turlington. Ale słynął też z nakłaniania swoich młodych podopiecznych do seksu. Obecnie przebywa w areszcie i czeka na proces w związku z zarzutami o gwałt, wykorzystywanie seksualne i handel nieletnimi w celach seksualnych. Jednak ostatnio wnioskował o zwolnienie z aresztu do rozpoczęcia procesu. I właśnie dlatego przyleciałam tu z Australii: aby zatrzymać za kratkami mężczyznę, który podsunął Epsteinowi wiele młodych dziewcząt.
W czasie zeznań składanych pod przysięgą zapewnię – co zresztą zrobiłam już wcześniej – że Brunel niejednokrotnie mnie zgwałcił i wykorzystał. Podczas pobytu w Paryżu przekażę francuskiej prokuraturze kontakty do innych ofiar Brunela, które odezwały się do mnie po tym, jak zobaczyły mnie w telewizji i mediach społecznościowych. Przekażę też odręcznie spisane notatki na temat tego, przez co ja oraz inne osoby przeszłyśmy za sprawą Brunela, Epsteina i Maxwell. Francuska prokuratura twierdzi, że jestem kluczowym świadkiem, ponieważ w przeciwieństwie do wielu ofiar Epsteina – wykorzystanych tylko w jednym miejscu – ja przez dwa lata podróżowałam z nim i Maxwell po całym świecie. Znałam ich okrutne zwyczaje, a także mężczyzn takich jak Brunel, którym mnie sprzedawano. Widziałam ich z bliska i przeżyłam to.
Czy kogokolwiek więc dziwi, że cierpię na PTSD (zespół stresu pourazowego)? Takie publiczne wystąpienia kosztują mnie jednak więcej niż atak paniki czy przerwanie wizyty w muzeum. Przylot do Paryża, by opowiedzieć o przeszłości, oznacza przegapienie czegoś w moim obecnym życiu. Moja córka Ellie chodzi do piątej klasy i ma w ten weekend pierwszą szkolną potańcówkę – na znak protestu przeciwko mojej nieobecności pofarbowała swoje piękne ciemne włosy na fioletowo (Robbie wysłał mi zdjęcie i muszę przyznać, że ten kolor całkiem jej pasuje). Przed chwilą Ellie napisała do mnie, że chce uzupełnić swój grunge’owy strój kabaretkami i mimo sześciogodzinnej różnicy czasu umówiłyśmy się na FaceTimie, żebym mogła ją zobaczyć i wyrazić swoje zdanie. Jako nastolatka też uwielbiałam grunge, jednak moim zdaniem piąta klasa to zbyt wcześnie na kabaretki. Choć cieszę się, że zaplanowałyśmy z Ellie rozmowę na ten temat, smutno mi, bo odbędzie się ona przez telefon. Gdybym była w domu w Perth, upamiętniłabym ten pierwszy bal milionem zdjęć. Tymczasem będę zmagać się z samotnością i jet lagiem w małym pokoju oddalonym od córki o piętnaście tysięcy kilometrów.
Muszę jednak uwierzyć, że moja wyprawa do Paryża ostatecznie przyniesie moim dzieciom korzyści. Kilka lat temu, po tym, jak nauczycielka zapytała jedno z nich, czym zajmuje się mama, zastanowiliśmy się nad tym z Robbiem i doszliśmy do wniosku, że prawda jest zbyt skomplikowana, więc dzieci powinny odpowiadać po prostu: „Mama walczy ze złymi ludźmi”. Od tamtej chwili niejeden nauczyciel mylnie wziął mnie za policjantkę. Nie jestem święta i nigdy się za taką nie uważałam. Ale dążyłam do czegoś dobrego, taką mam nadzieję. Próbując mnie uciszyć, potężni wrogowie grozili mi, że mnie zniszczą, a nawet zabiją. Ale ja nie przestałam mówić. Gdy byłam niewolnicą seksualną, nie miałam prawa głosu. Obiecałam sobie nigdy nie dopuścić do ponownej utraty tego prawa.
Czy zatem moje demony sprawiły, że uciekłam z jednego z najlepszych muzeów na świecie, zanim dotarłam do ulubionych obrazów? Owszem. Czy później ukryłam się w pokoju hotelowym, by zająć głowę jednym z moich najbardziej uspokajających rytuałów: oglądaniem najlepszego telewizyjnego serialu kryminalnego Prawo i porządek? Tak, to też się wydarzyło. Ale nie pozwolę, żeby demony wygrały. Za trzy dni wrócę do Luwru, by usiąść naprzeciwko tego strasznego gobelinu i odzyskać dla siebie tę salę o czerwonych ścianach. Umocnię się w mojej z trudem odzyskanej sile. Potem w końcu odszukam Monę Lisę, by się z nią przywitać.
Kilka dni później zmierzę się z Brunelem podczas ośmiogodzinnego przesłuchania za zamkniętymi drzwiami, gdzie będę odpowiadać na najbardziej odczłowieczające pytania, jakie mogą przyjść do głowy w kwestii tego, co Brunel – wówczas mężczyzna po pięćdziesiątce – robił mi, gdy miałam siedemnaście, osiemnaście i dziewiętnaście lat.
Podczas wywiadu w NBC News, którego udzielę tego samego dnia, wyjaśnię, że zeznawałam przeciwko Brunelowi, ponieważ chciałam, żeby „wiedział, że nie ma już nade mną władzy, że jestem dorosłą kobietą i postanowiłam pociągnąć go do odpowiedzialności za to, co zrobił mnie i wielu innym”. Później wygłoszę apel zagrzewający do walki, który zostanie pokazany na całym świecie. „Wzywam kolejnych świadków, nawet jeśli sprawa uległa już przedawnieniu, by opowiedzieli o swoich doświadczeniach” – powiem, a potem wyjaśnię, że nawet samo potwierdzenie obecności Brunela w konkretnym miejscu i o danej porze może pomóc tym, którzy starają się doprowadzić do jego skazania.
„Sędzia słucha – dodam. – Władze słuchają. Ja też słucham. Chcemy pomóc zamknąć tego potwora w więzieniu, gdzie jest jego miejsce. Nie zdołamy tego zrobić, jeśli nie będziemy współpracować”.
Wiem coś o potworach. Jako dziecko przeżyłam chyba każdą możliwą formę znęcania: kazirodztwo, zaniedbania rodzicielskie, surowe kary cielesne, molestowanie, gwałt. Jako nastolatka, zanim poznałam Jeffreya Epsteina i Ghislaine Maxwell, zostałam sprzedana przez innego pedofila. Ale ta para wysoko podniosła poprzeczkę, jeśli chodzi o zadawanie mi cierpienia. W czasie, który z nimi spędziłam, użyczano mnie wielu bogatym, potężnym ludziom. Byłam regularnie wykorzystywana i upokarzana – a w niektórych przypadkach także duszona, bita czy raniona. Wierzyłam, że umrę w niewoli seksualnej. Później, tuż po dziewiętnastych urodzinach, poznałam kogoś, kto przejął się moim losem. Wykorzystałam szansę i w 2002 roku uciekłam.
Gdy o tym piszę, od dwudziestu dwóch lat cieszę się wolnością. To nie zawsze był łatwy czas, ale jestem za niego niezmiernie wdzięczna. Mogłabym wskazać kilka punktów zwrotnych w moim życiu po 2002 roku, jednak żaden z nich nie był tak ważny jak macierzyństwo. Lekarze powiedzieli, że w moim przypadku ciąża jest dość mało prawdopodobna, ale nie mieli racji. Najpierw urodził się mój syn Alex, później Tyler. Uwielbiałam być mamą dwójki chłopców. Lecz gdy mnie i Robbiemu urodziło się trzecie dziecko, córka o imieniu Ellie, poczułam, jak coś się we mnie zmienia. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia, wiem, że drapieżcy seksualni nie zatrzymują się, póki ktoś ich nie zatrzyma. Jednak przez lata trzymałam się na uboczu w nadziei, że ktoś inny zajmie się pociągnięciem moich oprawców do odpowiedzialności. Narodziny Ellie zakończyły ten okres bierności. Gdy patrzyłam córce w oczy, wiedziałam, że muszę działać, zapobiec temu, by inne dziewczęta cierpiały tak jak ja. Wkrótce rozpoczęłam swoją walkę.
Jednym z pierwszych kroków było odpowiedzenie na kilka trudnych pytań. Czy nadużycia wobec mnie były wyłącznie kwestią pecha? Czy zawstydzające sekrety mojej rodziny mnie napiętnowały? Czy coś w naszej kulturze przyczyniło się do mojej trudnej sytuacji? Na świecie zawsze istniało zło. Ale handel ludźmi – wykorzystanie siły, oszustwa, nakłaniania, by zmusić kogoś do pracy lub płatnego aktu seksualnego – jest szczególnie potworny, gdy ofiary są nieletnie. Handel dziećmi w celach seksualnych jest rzadko zgłaszany i badany, jednak wbrew powszechnej opinii istnieje nie tylko w krajach Trzeciego Świata. W Ameryce odnotowano przypadki takiego handlu we wszystkich pięćdziesięciu stanach. W ostatnich dziesięcioleciach internet i media społecznościowe sprawiły, że handlarzom łatwiej skontaktować się z ofiarami. Według amerykańskiego Narodowego Centrum do spraw Dzieci Zaginionych i Wykorzystywanych (National Center for Missing & Exploited Children, NCMEC) podczas pandemii COVID-19 drapieżcy posłużyli się tym, że dzieci jeszcze więcej czasu spędzały online, przez co liczba zgłaszanych na infolinii przypadków podejrzeń wykorzystania seksualnego nieletnich wzrosła w ciągu roku o sto sześć procent.
Moim zdaniem, choć Jeffrey Epstein już dawno nie żyje, na świecie wciąż jest mnóstwo innych osób popełniających podobne przestępstwa. Niezliczona liczba ofiar handlu ludźmi nie miała tyle szczęścia co ja i jeszcze nie zdołała się wyzwolić. Jak wykazały ostatnie badania, chłopcy i dziewczęta oraz kobiety i mężczyźni znajdujący się w takiej sytuacji podejmują od trzech do siedmiu prób ucieczki, zanim wreszcie odniosą sukces. Problemem większości z nich nie zainteresuje się ani jedna osoba. W Ameryce, gdzie zaledwie cztery procent jednostek służb porządkowych ma pracowników zajmujących się zapobieganiem handlowi ludźmi, większość ofiar, żeby przeżyć, musi polegać na własnym sprycie i szczęściu.
Chcę to zmienić. Chcę nie tylko pociągnąć przestępców do odpowiedzialności, ale też rzucić wyzwanie systemowi, który zbyt często chroni drapieżców. Ocenia się, że większość osób wykorzystywanych seksualnie w dzieciństwie mówi o swoich doświadczeniach dopiero po ukończeniu czterdziestego roku życia. Według mnie ofiary handlu ludźmi w celach seksualnych powinny móc domagać się sprawiedliwości wtedy, gdy będą na to gotowe, jednak w wielu stanach jest to niemożliwe ze względu na przedawnienie. Są to problemy systemowe, których nie rozwiąże jeden człowiek, dlatego tak ważne jest, by osoby doświadczające tej krzywdy zjednoczyły siły. Jak wspomniałam w wywiadzie udzielonym NBC w Paryżu w 2021 roku, bez względu na to, jak bardzo bezsilne wydają się ofiary przestępstw seksualnych, jeśli będziemy współpracować, zawsze staniemy się silniejsi.
W ostatnich latach fragmenty mojej historii zostały przedstawione przez innych w licznych książkach, podcastach, wywiadach, artykułach, filmach, miniserialach i specjalnych programach. Jednak aż do tej chwili nigdy nie opowiedziałam jej w całości. Dzięki temu mogę wypełnić luki, podać kontekst tam, gdzie go wyraźnie brakowało, i wyjaśnić pewne kluczowe kwestie. Młode dziewczyny (a także chłopcy) nie stają się ofiarami handlu ludźmi w próżni. Wielokrotne molestowania seksualne nie spadają na nich – na nas – znikąd. W wielu przypadkach najpierw jesteśmy porzucani przez tych, którzy twierdzą, że nas kochają. Opowiadając swoją historię, mam nadzieję pomóc innym nie dopuścić do tego, by się powtórzyła.
Nikt, kto doświadczył silnej traumy, nie wychodzi z niej bez szwanku. Jeszcze przed poznaniem Epsteina doświadczyłam okropieństw, które sprawiły, że niektórzy uznali mnie za „ofiarę idealną”. Jednak okazałam się też silna – gdyby było inaczej, nie znajdowałabym się teraz w tym miejscu. Nadal miewam koszmary i ataki paniki. Nadal momentami czuję się bezwartościowa. Może tak będzie już zawsze. Ale bardzo często – zwłaszcza gdy uda mi się pomóc innej ofierze – rozkwitam. Mam nadzieję, że moja książka skieruje nieco światła na mrok i nakaże mu się wycofać z powrotem do jaskini.
Wcześniej milczałam, ale w końcu odnalazłam swój głos. Niniejsza książka jest owocem tej metamorfozy. Bo mój mąż ma rację: jestem wojowniczką. Wojowniczką, która ma coś do powiedzenia.
Czy wiesz, dlaczego ten świat jest tak zły? Jest tak, ponieważ ludzie mają na względzie tylko czubek własnego nosa iani myślą stawać wobronie pokrzywdzonych albo wskazywać policji niegodziwców… Wychodzę zzałożenia, że jeśli jesteśmy świadkami okrucieństwa czy zła winnej postaci, któremu możemy położyć kres inic nie robimy, to tym samym stajemy się współwinowajcami.
A. Sewell, Czarny Książę, tłum. A. Zabokrzycki
Wyobraź sobie dziewczynkę siedzącą samotnie na krawężniku. Jej twarz zalana jest łzami. Ma piętnaście lat, ale jest tak chuda, że sprawia wrażenie młodszej. Mogłaby wydawać się ładna, ma błękitne oczy i długie jasne włosy, lecz jej piegowata buzia jest napuchnięta, szyja zasiniona, a w ustach czuje metaliczny posmak, którego nigdy nie zapomni. Krwawi z miejsc, o których nie wiedziała, że mogą krwawić. Już wcześniej wyrządzono jej krzywdę, ale nie taką. Podmuch wiatru kołysze palmami nad jej głową. Dziewczynka ociera zakrwawione usta. Zastanawia się, jak by to było być dla kogoś ważną.
Dostrzega limuzynę. Gdy błyszczący czarny samochód płynnie zbliża się w jej stronę, dziewczynka zerka na kierowcę. Przypomina sobie 101 dalmatyńczyków Disneya i limuzynę, w której Cruella de Mon jeździ po Londynie, szukając szczeniaczków do oskórowania. Ile razy oglądała ten film? Ale to nie jest scena z kreskówki. Bajki są dla maluchów, a ta dziewczynka od dawna nie czuje się dzieckiem. Tak wygląda prawdziwe życie w Miami na Florydzie. To ja jestem tą dziewczynką.
Gdy czterdzieści osiem godzin wcześniej uciekłam z ośrodka dla nieletnich w hrabstwie Palm Beach, byłam pełna nadziei. Z doświadczenia wiedziałam, że muszę pozbyć się mundurka: granatowej koszulki polo i beżowych spodni, w przeciwnym razie gliny od razu by mnie zgarnęły. W pierwszej kolejności udałam się więc do outletu Marshalls, gdzie szybko przebrałam się w nową koszulkę i dżinsy i ostentacyjnie odwiesiłam swój więzienny strój na wieszak. Po czym wyszłam ze sklepu bez płacenia i udałam się prosto do Delray Beach.
Zawsze dobrze mi szły rozmowy z nieznajomymi. Na plaży poznałam ćpuna, znacznie starszego, ale wyluzowanego. Palił dżointa, którym się ze mną podzielił, i patrzyliśmy na Atlantyk. Gdy powiedziałam mu o swoim zamiarze nocowania pod gołym niebem, zaproponował mi kanapę u siebie. Bałam się, że chodzi mu o seks, ale niepotrzebnie. Gdy poszliśmy do jego mieszkania, zapaliliśmy jeszcze trawkę, po czym dał mi czysty ręcznik, żebym mogła wziąć prysznic.
– Zniknij przed świtem – powiedział, zanim położył się spać. – Wychodzę wcześnie do pracy. I nie zdemoluj mi domu. Bądź grzeczna.
Nie wszyscy faceci są potworami.
Następnego dnia, tuż przed świtem, byłam więc grzeczna i ostrożnie zamknęłam za sobą drzwi. Udałam się na dworzec kolejowy, gdzie za większość swoich pieniędzy – w ozdobnej gumce do włosów schowałam banknot dwudziestodolarowy, zwędzony pracownikowi stacji benzynowej – kupiłam bilet w jedną stronę do Miami. Półtorej godziny później dojechałam do stacji Miami–Dade, osiemdziesiąt kilometrów na południe od Palm Beach. Uciekałam wcześniej kilkanaście razy, ale nigdy nie dotarłam tak daleko.
Ruszyłam pieszo na wschód, uznawszy, że od oceanu dzieli mnie godzina spaceru. Od razu dostrzegłam różowo-pomarańczowy blask neonu Dunkin’ Donuts. W domu w Loxahatchee często zbierałam drobne przed lokalną kawiarnią, więc jej logo – krzykliwy parujący kubek z kawą – uznaję za dobry znak. Weszłam do środka i kupiłam dwa ulubione pączki w czekoladzie. Po raz pierwszy od kilku dni z pełnym żołądkiem poczułam się pewna siebie. Nie miałam dokąd pójść, ale wiedziałam, że coś wymyślę.
Szłam przez jakieś dwadzieścia minut, gdy obok zatrzymała się biała furgonetka.
– Podwieźć cię? – zapytał sympatyczny kierowca. – Jadę w tę samą stronę.
Może to przez nadmiar cukru nie zachowałam ostrożności. Poza tym powietrze było gorące i wilgotne, a ciemnowłosy kierowca wyglądał jak chuda krewetka – był tylko nieznacznie większy ode mnie. Wsiadłam i zapięłam pasy. Mężczyzna spojrzał na mnie, a później patrzył już tylko na drogę. Prawdopodobnie miał trzydzieści parę lat i był ubrany jak budowlaniec.
– Muszę się na chwilę zatrzymać – powiedział. Był komuś winien pieniądze, wyjaśnił, i musiał je oddać.
– W porządku – odpowiedziałam, starając się brzmieć jak twarda laska.
Skręciliśmy na zachód, oddalając się od oceanu, i zaparkowaliśmy przed podejrzanie wyglądającym motelem.
– Chodź ze mną na górę – polecił. – To zajmie nam tylko chwilę.
Udałam się za nim do zaniedbanego brudnego pokoju.
Natychmiast się na mnie rzucił, a ja od razu pojęłam, że nie doceniłam jego siły. Przycisnął mnie do łóżka, jedną rękę zaciskając wokół mojej szyi. Wyciągnął broń i wsadził mi lufę do ust. Najpierw zgwałcił mnie od przodu, a później od tyłu. Jako lubrykantu użył tylko śliny. Dusił mnie do utraty przytomności, później pozwalał mi nabrać powietrza i znów dusił. Wyobrażałam sobie, jak leżę martwa w rowie. I wtedy wydarzył się cud: zadzwoniła jego komórka, a mężczyzna puścił mnie, by ją odebrać.
– Nie ruszaj się – powiedział. – Spróbuj uciec, a znajdę cię i zabiję.
Wziął telefon i wyszedł z pokoju. Podejrzewałam, że na koniec i tak mnie zabije. Poczekałam więc do momentu, aż przestałam słyszeć jego głos, i uciekłam.
W ten oto sposób stałam się zapłakaną dziewczynką siedzącą na krawężniku na pustym parkingu przy plaży. Gdy limuzyna zatrzymuje się obok mnie, zapada zmrok. Przyciemniana szyba z tyłu z szumem opada i widzę bladą twarz mężczyzny po sześćdziesiątce. Jest postawny, łysiejący. Widzę, jak jego wzrok przesuwa się po mojej opuchniętej i posiniaczonej twarzy, sponiewieranym ciele.
– Ojej, biedactwo – mówi starszy pan. Wydaje się naprawdę zmartwiony.
Zerkam do wnętrza samochodu i widzę siedzącą obok niego ładną dziewczynę w krótkiej sukience. Uśmiecha się do mnie. Starszy mężczyzna ma na sobie eleganckie czarne spodnie i koszulę z kołnierzykiem. W mojej rodzinie mężczyźni na ogół noszą niebieskie dżinsy albo ubrania robocze. Mam nadzieję, że to niejedyna różnica między nimi.
– Wsiadaj, będziemy mogli o ciebie zadbać – mówi mężczyzna, a dziewczyna kiwa zachęcająco głową.
Przypominam sobie o swoim oprawcy i widzę, jak jeździ białą furgonetką, z bronią na kolanach, i szuka dziewczyny, która mu uciekła. Wstaję, choć nogi mi się trzęsą. Drzwi limuzyny się otwierają, a mężczyzna robi mi miejsce.
Podaje kierowcy adres i się przedstawia: Ron Eppinger, prowadzi agencję modelek o nazwie Perfect 10. Pokazuje na Yanę, siedzącą obok niego dziewczynę pochodzącą z Czech. Czy chciałabym być modelką jak ona? Pyta mnie, ile mam lat, a ja najpierw odpowiadam, że szesnaście, bo moim zdaniem lepiej to brzmi, mniej bezbronnie. Eppinger kręci głową, nie wierzy mi. Wyznaję mu więc prawdę, że mam piętnaście lat, a on wydaje się zadowolony.
– Jeśli nigdy więcej mnie nie okłamiesz, wezmę cię pod swoje skrzydła – mówi.
„Co to znaczy?” – zastanawiam się, ale nie pytam. Pełna twarz Eppingera staje się smutna. Miał kiedyś córkę. Susan Marie. Zginęła w wieku piętnastu lat, gdy kierowca ciężarówki, którą jechała, zasnął i wjechał w słup w Pompano Beach. Eppinger opowiada, że nigdy się z tym nie pogodził, a mnie przez moment jest go żal.
Wtedy wyciąga rękę i głaszcze mnie po włosach.
– Jeśli chcesz, mogę być twoim nowym tatusiem.
Błyskawicznie zmienia relację ojciec–córka w coś odrażającego. Ale ja już znam tę sztuczkę i chcę wierzyć, że na mnie nie działa. Nie ufam rodzicom, zwłaszcza ojcom. Nie potrzebuję tatusia, ani starego, ani nowego. Chcę tylko, by ktoś się o mnie zatroszczył. Kiedy jesteś dorastającą dziewczyną, niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Wiem o tym od zawsze. Zaledwie parę godzin wcześniej tamten budowlaniec pokazał mi ciemniejszy odcień zła. Wiem, że nie mogę wrócić do domu. Nie czuję się tam bezpieczna. Boli mnie całe ciało. Nie mam dobrego wyjścia.
Razem z tym mężczyzną i modelką zamawiamy jedzenie na wynos z budki przy plaży. Jemy – ja pożeram swoją porcję jak dzikie zwierzę – i słuchamy fal. Później Eppinger oznajmia, że chce mnie zabrać na zakupy. Jedziemy do pobliskiego GapKids, gdzie pokazuje na króciutkie spodenki, które nie zasłaniają mi pupy, i zbyt małe topy. Z wyrazu twarzy ekspedientki łatwo wywnioskować, co sobie myśli: dziadkowie na ogół kupują wnuczkom inne ubrania. Następnie idziemy do sklepu z bielizną, który Eppinger odwiedza chyba regularnie. Wybiera stringi i inne koronkowe elementy; jak dotąd widziałam takie tylko w filmach, na dorosłych kobietach. Przykłada je do mojego ledwie rozwiniętego ciała i przygląda się lubieżnie. W końcu szofer zawozi nas do domu.
Z ogromnego apartamentu w Key Biscayne rozciąga się widok na Miami po drugiej stronie Rickenbacker Causeway, Eppinger przedstawia mnie tam pięciu dziewczynom, które albo mają na sobie jedynie bieliznę, albo są zupełnie nagie. Tylko kilka z nich mówi po angielsku. Później mężczyzna prowadzi mnie do pokoju z tyłu – swojej sypialni. Znajduje się w niej okrągłe łóżko, a sufit jest wyłożony lustrami. Pytam, gdzie mogę położyć się spać.
– Ze mną – odpowiada.
Jedna część mnie odczuwa znajomy strach. Czy jest już za późno na ucieczkę? Ale druga, ta większa część, przypomina sobie, jak wyglądało życie na odwyku, w rodzinach zastępczych i, co najgorsze, podczas ucieczki. Może wszyscy mężczyźni zachowują się w taki sposób? Jestem zmęczona. Nie chcę już niczego czuć. Staruch nazywa mnie „Dziecinką”. Jestem tu najmłodsza, więc takie przezwisko nawet do mnie pasuje. Tak bardzo chcę stać się kimś innym, że je przyjmuję. Od teraz jestem Dziecinką.
Jest pora śniadania. Moje dzieci: jedenastolatka, czternastolatek i piętnastolatek, ganiają po domu, już niemal spóźnieni do szkoły. Piję pyszną kawę przy nasłonecznionej części naszej wyspy kuchennej i rozkoszuję się tym chaosem. Mój mąż Robbie rozdaje dzieciom przygotowane przez siebie lunche: trzy zdrowe przekąski i wielka kanapka (rodzina Robbiego pochodzi z Sycylii i nic nie pobije włoskich kanapek). Moim zadaniem jest sprawdzić, czy wszyscy zabrali prace domowe, podpisane zgody, stroje na zajęcia ze sztuk walki, które mają po lekcjach. Gdy mąż zagania dzieci do samochodu, obejmuję mocno córkę i synów, nie zważając na to, że chcą się uwolnić z mojego uścisku.
– Pospieszcie się! – krzyczy Robbie. – Zaraz będzie dzwonek!
Pod wpływem impulsu postanawiam jechać z nimi. Choć nadal mam na sobie piżamę, gdy Robbie otwiera bramę automatyczną, zajmuję miejsce pasażera z przodu i zachwycam się tym, jak teraz wygląda moje życie.
Później idę na pilates i przygotowuję na kolację coq au vin, dając Robbiemu (który na ogół pełni funkcję szefa kuchni) zasłużony dzień urlopu. Ale najpierw muszę przyjrzeć się temu, co wydarzyło się wcześniej. To zadanie wcale nie jest przyjemne, lecz jest koniecznością. Czy łatwiej byłoby spędzać całe dnie, spacerując po plaży z Juno, moim buldożkiem francuskim, albo zabierając moją córkę Ellie na zakupy i wybierając kolczyki, albo przesadnie przygotowując się do dekorowania domu na święta? (Mój mąż co roku narzeka, ale nie potrafię się powstrzymać). Owszem, byłoby łatwiej. I robię też wszystkie te rzeczy.
W końcu nastał jednak ten moment, gdy postanowiłam, że uporządkuję całą tę układankę, jaką jest moje życie. Nie mogłam tego zrobić w dzieciństwie, co też stanowi część tej opowieści. Dzieci nie mogą sobie pozwolić na tego typu refleksje, zwłaszcza jeśli znajdują się w tak kiepskiej sytuacji jak ja. Wtedy muszą poświęcić całą energię na to, by przeżyć. Obecnie moje życie kręci się wokół dwóch rzeczy: oddania mężowi i dzieciom oraz determinacji, by moi oprawcy zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Część mnie chciałaby zacząć tu i teraz, od opisania wdzięczności, jaką czuję, układając figurki świętego Mikołaja czy rozwieszając anielskie włosy. Jednak moja przeszłość domaga się uwagi. Zbyt długo pozostawała w ukryciu.
Jak w takim razie w wieku piętnastu lat znalazłam się w Miami? Bez grosza, poturbowana, samotna? Istnieje wiele odpowiedzi na to pytanie, jednak gdyby zadano mi je w 1998 roku, udzielenie ich sprawiłoby mi wiele bólu. Wyjaśniłabym więc najkrócej, jak się da: „Uciekłam z Growing Together”.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
