Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
"Dzieli nas tylko czas…" to oparte na prawdziwych wydarzeniach poruszające świadectwo rodzica, który po stracie dziecka odnalazł drogę do życia, wiary i nadziei. Autor prowadzi czytelnika przez osobistą historię żałoby, która z czasem staje się opowieścią o miłości silniejszej niż śmierć.
Ta książka nie daje prostych odpowiedzi, ale niesie ukojenie. W każdym zdaniu wybrzmiewają szczerość, wdzięczność i głęboka duchowość. "Dzieli nas tylko czas…" przypomina, że nawet w największym cierpieniu można odnaleźć sens i pokój – jeśli pozwoli się Bogu działać w sercu.
Dla tych, którzy tęsknią. Dla tych, którzy uwierzą. Dla tych, którzy chcą znów zacząć żyć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 307
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Książka ta jest prawdziwą historią, która zmieniła moje życie. Wszystko, co opisałem, jest prawdą, choć niektóre wątki oparte są na moich odczuciach osobistych i wspomnieniach bliskich mi osób. Nie chciałem pominąć także tych wydarzeń, które mogą być niezgodne z nauką Kościoła, jednak zdaję sobie sprawę z tego, jak przebiega żałoba i że każdy z nas wybiera swoją, czasem bardzo długą i krętą, drogę do jej przebycia. Najważniejszy jednak jest jej cel, i to chciałem Wam, drodzy Czytelnicy, przedstawić.
Gdy zacząłem spisywać te wspomnienia, przyświecała mi myśl, że robię to dla Syna. Z czasem stwierdziłem, że jest to też sposób na wyrzucenie z siebie emocji i znalezienie ukojenia. Jednakże ostateczna wersja tej książki jest dla Was, drodzy Rodzice po stracie dziecka. Chciałbym pokazać Wam drogę, którą ja wspólnie z żoną podążam, z największego mroku ku nowemu światłu w naszym życiu. Przed dniem, który zmienił wszystko, byłem prawie na dnie, mimo że wielu widziało mnie na szczycie. Miałem majątek, bliskich, szczęście i korzystałem z przyjemności tego złudnego świata. Powoli jednak staczałem się, nie widząc wielu swoich słabości, z których największą był brak prawdziwej wiary w Boga. Nie zdążyłem zmienić i nawrócić się za życia Syna i przekazać mu celu naszego istnienia na tym świecie. Wiem jednak, że to właśnie dzięki modlitwie za Mikołaja i Nicole zrozumiałem sens doczesności, którym jest zbawienie nas wszystkich. Podążanie drogą, która prowadzi do życia wiecznego, jest przyjemniejsze, gdy mamy obok siebie partnera, ale nawet samemu można dojść do celu. Nauczyłem się żyć, nie myśląc tylko o sobie, ale także o tym, jak mogę przyczynić się do zbawienia moich bliskich. Kiedy zrozumiałem prawdziwy sens naszego życia tutaj, na ziemi, zapragnąłem podzielić się tym z Wami w tej książce. Wiara w Boga i życie wieczne nadają sens życiu i śmierci, pozwalają przejść trudną drogę doczesności, dźwigać krzyż, który jest dla nas przeznaczony. W końcu każdy z nas musi w pewnym momencie życia wziąć swój krzyż na barki i może okazać się to oczyszczającym doświadczeniem. Ten czas tutaj, na ziemi, to dla nas tylko krótki przystanek do wieczności, spotkania z ukochanymi po śmierci cielesnej, do której tylko w ten sposób można się przygotować. Warto już dziś zadać sobie pytanie: Jak przeżyć czas, który nam pozostał? Nie będę odkrywczy, jeśli odpowiem z całkowitą pewnością siebie: żyj z miłością do Boga i bliźniego, naprawiaj błędy, oddając dobro, bo właśnie to zabierzemy ze sobą do domu naszego Ojca w Niebie.
Kiedy wydaje Ci się, że straciłeś wszystko, właśnie wtedy możesz zdobyć więcej. Święty Paweł, który stał się dla mnie i dla wielu autorytetem, tak mówi w Liście do Filipian: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13).
Ja się pod tym podpisuję.
Rafael Wojciechowski
Nie płacz, jeśli mnie kochasz
Na inną stronę̨ po prostu przeszedłem.
Lecz jestem wciąż sobą. Jak ty jesteś tobą.
Kim dla siebie byliśmy – pozostaniemy.
Nazywaj mnie tak, jak zawsze.
I mów do mnie jak zawsze, najmniejszej różnicy nie czyniąc.
Nie zasmucaj się zbytnio ani nie nadymaj.
Niech cieszy cię to, co nas wspólnie cieszyło.
Módl się, uśmiechaj, myśl o mnie i módl się wraz ze mną.
Niech moje imię będzie wspominane w domu, jak to zawsze było,
Bez jakiejś wyniosłości i bez cienia smutku.
Życie bowiem oznacza to, co zawsze oznaczało,
i jest tym, czym zawsze było: nić się nie przecina.
Dlaczego miałbym nie być w twoich myślach?
Tylko dlatego, że mnie nie widzisz?
To nie tak, gdyż jestem tuż obok, jedynie z drugiej strony drogi…
Uspokój się, przecież wszystko będzie dobrze…
Odnajdziesz moje serce, odnajdziesz ciepło mych uczuć.
Otrzyj twe łzy i nie płacz, jeśli mnie kochasz.
(Święty Augustyn, Nić się nie przecina)
Był czwartek, dziesiąty grudnia 2020 roku. Szary, ponury poranek nie zapowiadał niczego dobrego. Za trzy tygodnie miałem świętować czterdzieste siódme urodziny, jednak wtedy o tym nie myślałem. Zjadłem śniadanie i zacząłem szykować się do wyjścia. Słyszałem, jak mój syn Mikołaj ze swoją dziewczyną Nicole wstali z łóżka, któreś z nich wyszło z pokoju na piętrze i udało się do łazienki. Oboje szykowali się do wspólnego wyjazdu. Włożyłem kurtkę i wyszedłem do samochodu, było krótko przed dziewiątą. Ruszyłem w drogę na stadion. Od początku października miałem za dużo obowiązków i stresu, który nie ustępował. Podjąłem się prowadzenia klubu żużlowego, przejąłem całą odpowiedzialność na siebie i podchodziłem zbyt emocjonalnie do sytuacji związanych z nowymi zadaniami. Dziś wiem, że były to niepotrzebne nerwy, jednak wtedy moje myśli i działania ukierunkowane były wyłącznie na Start Gniezno. Dojechałem do biura klubu sportowego po piętnastu minutach, o godzinie dziesiątej czekało mnie spotkanie na Skypie z biegłym rewidentem.
W czasie, gdy wyjechałem, Kasia – moja małżonka – pracowała w naszym domowym biurze. Żona – o rok ode mnie młodsza – jest prezeską jednej z moich spółek. Firmy przez pandemię COVID-19 od marca praktycznie nie funkcjonowały, jednak pracy biurowej było sporo w związku z pozyskiwaniem pomocy i subwencji na utrzymanie działalności. Mniej więcej kwadrans po dziewiątej na dole pojawiła się Nicole, dziewczyna Mikołaja. Była ładną młodą kobietą z długimi włosami koloru ciemny blond. Zawsze trochę skryta i małomówna. Studiowała germanistykę na trzecim roku na uniwersytecie w Poznaniu.
– Już jedziecie? Może śniadanie… lub chociaż herbatę zdążycie wypić? – zapytała Kasia.
– Mikołaj jest jeszcze na górze. Zrobię herbatę, myślę, że zdążymy wypić – odpowiedziała Nicole.
Po paru minutach pojawił się Mikołaj, miał na sobie żółty sweterek, spodnie dresowe i trampki. Dłuższe włosy zebrane w kitkę na czubku głowy – taką stylówkę nosił od paru miesięcy. Ten wizerunek sceniczny obrał jako Migz0ne, wokalista i autor piosenek. Szczerze mówiąc, brakowało mu też czasu na wizytę u fryzjera, ponieważ pochłonięty był pracą nad swoim albumem muzycznym. W „Kotłowni”, studiu nagrań jego kolegi Alkomajstra, przebywał całe noce i dnie, często zapominając o tym, jak ważnym elementem jest zdrowy sen. Ostatnią noc spędzili z Nicole u nas w domu. Tylko jego dziewczyna potrafiła oderwać go od muzyki i wprowadzić więcej normalności. Mikołaj wszedł do kuchni, herbata zaparzona przez Nicole była jeszcze ciepła. Kasia przygotowywała kotleciki, które chciała zapakować, aby mogli zjeść w drodze. Rozmawiali chwilę w kuchni we troje, w miłej atmosferze, wszyscy pogodni i uśmiechnięci. W pewnym momencie Mikołaj stwierdził ze spokojem:
– Powinniśmy wyjechać pięć minut temu.
Odstawili herbatę i zaczęli się ubierać. Kasia zdążyła zapakować posiłek do plecaka syna, po czym spojrzała na niego i żartobliwie zwróciła uwagę:
– Wyjeżdżasz w spodniach dresowych do stolicy na randkę z dziewczyną?
Mikołaj cofnął się do pokoju po spodnie, po chwili zbiegł po schodach i wyszli z Nicole do auta. Kasia spojrzała na pozostawione kubki z herbatą, oba w połowie pełne i oba w połowie puste, były identyczne. Wpatrywała się w nie jeszcze kilkanaście sekund zdziwiona, szukając różnic. W końcu odpuściła i pomyślała, że ci dwoje pasują do siebie. Wtedy jeszcze ten znak nie miał dla niej głębszego znaczenia.
Tymczasem na stadionie w biurze klubu zdążyłem zamienić kilka słów ze współpracownikami Radkiem i Agnieszką, uruchomiłem komputer, zrobiłem kawę i poszedłem zapalić papierosa. Zacząłem palić po kilku latach przerwy, mój powrót do nałogu palacza przybierał powoli na sile. Spotkanie online, rozpoczęte około godziny dziesiątej, przebiegło dość sprawnie i po godzinie mieliśmy ustalone tematy związane ze sprawozdaniem z działalności spółki akcyjnej. Kolejne spotkanie i inne obowiązki zleciały mi w mgnieniu oka i nim się zorientowałem, była już pora obiadowa. Udałem się w drogę do domu i po godzinie czternastej byłem na miejscu.
Wszedłem do domu, Kasia czekała już z posiłkiem. Usiedliśmy przy stole w kuchni, zaczęliśmy jeść i rozmawiać. W ostatnich tygodniach Kasia zainteresowała się firmą kosmetyczną prowadzącą sprzedaż jako MLM i była tym podekscytowana. Tego dnia pozyskała pierwszego klienta. Opowiadała mi o tym przez pewien czas, podając szczegółowe informacje na ten temat.
Dzień był wyjątkowo szarawy, wydawał się już kończyć, choć do zachodu pozostawała jeszcze ponad godzina. Kasiazmieniła temat i z troską rozpoczęła rozmowę o wyjeździe Mikołaja i Nicole. Udali się autem na dworzec kolejowy, żeby pociągiem dotrzeć do Warszawy. Niestety z Gniezna nie było połączenia i musieli dojechać około dwudziestu pięciu kilometrów do Wrześni. Mikołaj wyjechał w podróż razem ze swoją dziewczyną, aby odebrać stypendium rektora uczelni Społecznej Akademii Nauk na Wydziale Organizacji Produkcji Filmowej i Telewizyjnej, gdzie od ponad roku studiował specjalizację reżyserską. Żona zapytała, czy Mikołaj się do mnie odzywał i czy dotarł do Warszawy, ponieważ nie odbiera i nie odpowiada naSMS-y. Czasami bywało tak, że nie odpowiadał od razu, zapominał lub nie miał zwyczaju nas informować o wszystkim. W lipcu skończył dwadzieścia jeden lat i był już dorosłym synem… Napisałem do niego wiadomość: „Wszystko OK?”. Spojrzałem na ekran. Czekałem, aż wyświetli się informacja sygnalizująca, że wiadomość dostarczono. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, była taka, że może zgubił telefon. Poszedłem do toalety, a Kasia spojrzała w okno. Przed dom podjechał radiowóz policyjny. Wychodziłem z łazienki, gdy usłyszałem krzyk:
– Rafał, policja przyjechała!
Po chwili rozległ się dźwięk, to był dzwonek domofonu. Zamarłem w bezruchu, poczułem ogromny niepokój, przekląłem ze zdenerwowania i pobiegłem do drzwi. Dwóch policjantów zbliżało się do wejścia, a Kasia cichym głosem pytała:
– Czy to chodzi o syna? Czy coś się stało z moim synem? Czy to chodzi o mojego syna…?
Zadawała pytania coraz rozpaczliwiej, a po chwili wiedzieliśmy już, że nasz syn nie żyje. Przytuliłem żonę, kiedy zaczęła łkać, lecz ona po chwili się obróciła i zapytała z nadzieją:
– A Nicole? Nicole żyje?
Policjant odpowiedział, że zginęli oboje. Ponieśli śmierć na miejscu. Wiedzieliśmy więc już, że nasz syn i jego dziewczyna zginęli w wypadkusamochodowym. Prawdopodobnie wpadli w poślizg i zderzyli się czołowo z tirem około dziesiątej w miejscowości Gulczewo. Dla nas to była informacja, która dosłownie zwaliła nas z nóg. Nie potrafiliśmy płakać, byliśmy w szoku. Na koniec usłyszeliśmy jeszcze, że możemy jutro skontaktować się z prokuraturą we Wrześni, i jeśli potrzebujemy pomocy, możemy otrzymać wsparcie psychologa. Czas się zatrzymał. Policjanci odjechali, a my, opierając się o sofę, zsunęliśmy się na podłogę. Skuleni na kolanach z twarzami ukrytymi w dłoniach tkwiliśmy tak przez kilka minut.
– Musimy być silni, mamy siebie, kochanie – powiedziałem i przytuliłem Kasię, myśląc o tym, że nasz jedyny syn jest gdzieś obok nas. – Nie mogę płakać, nie potrafię.
– Ja też – odpowiedziała.
– Musimy poinformować naszych rodziców i Natalię, zanim dowiedzą się z mediów. Zadzwońmy do Natalii – powiedziałem.
Kasia wybrała numer telefonu córki, ale nie odbierała. Po chwili zawahania zdecydowała się na kontakt z zięciem, mężem Natalii. Bartek był zawsze wyważony i rozsądny, to bardzo poważny człowiek jak na swoje wówczas dwadzieścia sześć lat. Bartosz i Natalia pobrali się w sierpniu 2019 roku. Ponieważ mieszkali w Poznaniu, kontakt przez telefon był najszybszym sposobem informacji. Po chwili już rozmawiali.
– Tak? – odebrał Bartek.
– Jest z tobą Natalia? – spytała Kasia.
– Nie, jest u lekarza, ma ściągane szwy po zabiegu.
Nasza córka kilkanaście dni wcześniej miała zabieg usunięcia kilku pieprzyków na plecach w ramach profilaktyki zdrowotnej. Była studentką dietetyki na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu po licencjacie, szczęśliwą dwudziestoczteroletnią kobietą, mamą Gai. Wnuczka urodziła się siedem miesięcy wcześniej i była naszym oczkiem w głowie. W tamtej chwili jednak nie myśleliśmy o wnuczce, choć Kasia wiedziała, że tego dnia Bartek opiekował się nią. Kontynuowała rozmowę z trudnością:
– Mikołaj nie żyje, zginął w drodze do Wrześni. Chciałabym, abyś przekazał to Natalii i zaopiekował się dziewczynami. My musimy powiadomić dziadków, zanim dowiedzą się od znajomych lub z Facebooka.
Nastała cisza. Tak naprawdę nie pamiętamy, co odpowiedział, wiemy, że potwierdził wiadomość. Byliśmy wszyscy w ogromnym szoku i to wszystko wydawało się nierealne. Wiedzieliśmy bez słów, że musimy zadbać o siebie wzajemnie, wspierać się i kochać – tak jak często powtarzał nam Mikołaj. On często potrafił nas przytulić bez powodu przed wyjściem z domu i powiedzieć „Kocham cię”.
Po rozmowie z Fickiem, tak często nazywaliśmy naszego zięcia, ubraliśmy się i wsiedliśmy do samochodu. Pojechaliśmy do moich teściów, którzy mieszkali kilka kilometrów od nas. Dojechaliśmy na miejsce po kilku minutach. Zaparkowałem auto w pobliżu bloku, w którym mieszkali, chwilę później byliśmy pod drzwiami. Otworzyła moja teściowa Gosia. Jej mina zdradzała niepokój, zapytała, czy coś się stało.
– Mamo i tato, usiądźcie, proszę. – Zwróciłem się też do teścia Kazia, mężczyzny sprawiającego zawsze surowe i oschłe wrażenie, pod którym kryła się wrażliwość dziecka.
Teść miał siedemdziesiąt jeden lat, był już po operacji wstawienia bajpasów, którą miał w 2003 roku. Moja Kasia zawsze się martwiła o stan jego zdrowia. Teściowa była pięć lat młodsza, zawsze miła. Była dobrą kobietą i moją drugą mamą. Lubiła palić papierosy, a ten nałóg odziedziczyła moja żona.
– Mikołaj nie żyje, razem z Nicole zginęli dzisiaj w wypadku samochodowym. Wpadli pod tira. Nie zmienimy już tego, musimy się modlić za niego i zadbać o siebie nawzajem.
Rodzice Kasi rozpaczliwe próbowali coś powiedzieć, żeby dodać nam otuchy i wyrazić ból oraz współczucie, ale brakowało w tym momencie słów, które mogłyby złagodzić nasze cierpienie.
Wszystkie wypowiedziane przeze mnie słowa do rodziców żony wychodziły z moich ust, ale mój mózg jeszcze tego nie akceptował, nie zdążył przetworzyć i zrozumieć. Moje serce krwawiło i bolało, ale szok był tak wielki, że tego nie czułem i nie potrafiłem wyrazić cierpienia. Jednak to, co najgorsze, było dopiero przed nami. Chciałem wspierać wszystkich, Kasię, rodziców i córkę. Wiedziałem już wtedy podświadomie, że śmierć Mikołaja to ogromny cios dla nich i krzyż dla mnie na całe życie. Wtedy jeszcze nie rozumiałem tego, co się stało. Dopiero po kilku miesiącach uświadomiłem sobie fakty, które w tym momencie były niezrozumiałe. Po kilkunastu minutach otrzymaliśmy środki uspokajające od Gosi, wyszliśmy i udaliśmy się w drogę do mojej mamy. Halina była siedemdziesięcioletnią babcią Mikołaja, jej ukochanego wnuka, miała męża, a mojego tatę Wiesława przykutego od ponad dziesięciu lat do łóżka. Razem z nim mama pokutuje na tym świecie, a informacja, którą miałem jej przekazać, była dodatkowym, niewyobrażalnym cierpieniem.
Po drodze do mamy Kasia odebrała telefon z nieznanego numeru. To była mama Nicole. Znalazła nas przez znajomych, wcześniej nie mieliśmy okazji się poznać. Nicole wraz z rodzicami mieszkała w Obornikach. To mama Nicole na wieść o śmierci swojej jedynej córki rozpoczęła gorączkowe poszukiwania nas jako jedynej szansy na uzyskanie odpowiedzi na pytanie: „Co się stało?”. Widziałem, jak Kasia płacze i opowiada przez łzy o ostatnich chwilach spędzonych z naszymi dziećmi. Nie znaliśmy szczegółów wypadku. Po krótkiej rozmowie zdecydowały, że musimy się spotkać.
Dojechaliśmy do domu mojej mamy, ale niestety nie zastaliśmyjej, więc postanowiłem do niej zadzwonić. W rozmowie telefonicznej, nie zdradzając niczego, co było bardzo trudne, dowiedziałem się, że będzie dostępna za godzinę. Postanowiłem więc z Kasią, że wrócimy do niej. W tym czasie o tragedii poinformowałem swojego brata Tomka, którego poprosiłem, aby przyjechał do matki najszybciej, jak będzie to możliwe. My natomiast udaliśmy się w drogę do domu, gdzie pierwszy raz zostawiliśmy samą naszą suczkę, boksera o imieniu Asha, która miała zaledwie trzy miesiące. Tego dnia mieliśmy umówioną wizytę u weterynarza.
Pół roku po stracie poprzedniej naszej ukochanej suczki boksera o imieniu Jenny zdecydowaliśmy się w końcu na kolejnego psa. Asha była z nami od sześciu tygodni, jako szczenię wymagała opieki. Wróciliśmy do domu, nie wiedząc, jak mamy zagospodarować upływający bardzo wolno czas. Te straszne chwile były dla nas jak godziny, minuty wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Postanowiliśmy więc jechać z Ashą na wizytę do weterynarza, który przyjmował w sąsiednim osiedlu domów jednorodzinnych, więc droga zabrała nam niewiele czasu. Dłużej trwało oczekiwanie na przyjęcie, przed nami w kolejce było kilka osób ze swoimi zwierzakami. Zaczęło się ściemniać. Czas dłużył się niesamowicie, a każda kolejna minuta wydawała się wiecznością, w której byliśmy zagubieni jak te zwierzęta czujące niepokój przed gabinetem weterynaryjnym. W końcu jednak udało nam się dostać na wizytę, która przebiegła sprawnie, prawie w całkowitym milczeniu. Znaliśmy prawdę, ale cały czas jej nie zaakceptowaliśmy, nie potrafiliśmy jeszcze zrozumieć, jak wielką stratę ponieśliśmy. Zginął nasz jedyny syn ze swoją ukochaną dziewczyną, która była jego rówieśniczką. Cierpienie dopiero zaczęło wyciskać na nas swoje piętno. Wróciliśmy od weterynarza do domu, po raz kolejny zostawiliśmy naszego małego towarzysza i pojechaliśmy jeszcze raz do mojej mamy.
Babcia Halina była, jak na swój wiek, osobą bardzo elegancką, energiczną i często angażującą się w sprawy biznesowe oraz firmowe; w jednej z nich była moim wspólnikiem. Otworzyła nam drzwi, nie spodziewając się żadnych złych informacji, jednak to, co miałem jej do przekazania, było dla niej nie do zaakceptowania.
– Mamo, usiądź, proszę – powiedziałem.
Usiadła, dało się zauważyć niepokój na twarzy.
– Mikołaj nie żyje, zginął w wypadku samochodowym ze swoją dziewczyną w drodze do Wrześni. Już tego nie zmienimy – wykrztusiłem.
– Nie, nie on, dlaczego nie ojciec… – zajęczała z bólem w głosie.
– Musimy być silni, musimy się modlić i wierzyć, że na tym drugim świecie będzie szczęśliwy. Był dobrym człowiekiem – powiedziałem na tyle spokojnie, na ile potrafiłem.
– Jak to się stało, nie… Dlaczego…? – padły retoryczne pytania.
Chwilę później pojawił się mój brat Tomek, który wszedł i usiadł z nami. Od razu zaczął nas wspierać, zaoferował pomoc. Prosiłem go, aby zaopiekował się najpierw mamą.
– My jesteśmy razem z Kasią, będziemy się wspierać, modlić, przyjedzie Natalia, poradzimy sobie. Zostań z mamą, proszę – poprosiłem.
– Okej. Gdybyś czegoś potrzebował, jestem, dzwoń – odpowiedział.
Wiedziałem, że nasza matka będzie zdruzgotana tą informacją. Nawet Tomek wiedział, że Mikołaja traktowała szczególnie, był dla niej wyjątkowym wnukiem. Zresztą ta relacja była wzajemna. Halina dobrze pamiętała, jak jeszcze kilka dni wcześniej żegnała się z nim i przytulała go. Podświadomie wiedziała coś, czego nie dopuszczała do siebie. Jednak nie sądziła, że wydarzy się najgorszy z możliwych scenariuszy. Siedzieliśmy jeszcze kilkanaście minut, próbując wspierać się nawzajem. Pocieszenie jednak nie było możliwe i nie było na to żadnej recepty.
Wracaliśmy z Kasią do domu i zaczęliśmy rozważać wszystko, co nas niepokoiło. Postanowiliśmy razem i każde z osobna, że nie dopuścimy do tego, aby obwiniać sami siebie lub siebie nawzajem. Jednak do głowy zaczęły napływać wspomnienia, czarne scenariusze i historie z przeszłości dotyczące naszych lęków, a także przeczuć i wspomnień dotyczących Mikołaja. Nasz pierwszy potworny wieczór w żałobie dopiero się rozpoczął. W międzyczasie odezwała się Natalia, która była zdruzgotana wiadomością, jednak poprosiliśmy, aby nie przyjeżdżali do nas po zmroku, tylko poczekali do następnego dnia. Zapewniliśmy naszą córkę, że sobie z Kasią poradzimy. Dotarliśmy do domu jakby zamroczeni całą sytuacją. Postanowiliśmy odebrać maile, odpisać i poinformować, kogo można, póki jeszcze mamy na to siłę i czas. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w kolejnych dniach zaczną się wszystkie formalności związane z wizytami na policji i w prokuraturze, załatwianiem pogrzebu i pewnie wieloma innymi kwestiami, o których w tamtej chwili w ogóle nie mieliśmy pojęcia. Nigdy nikogo nie pochowaliśmy, poza naszym psem, co i tak było dla nas ogromnie smutnym przeżyciem i wielką stratą. Ból z powodu śmierci syna był dla nas jeszcze nie do wyobrażenia. Cała sytuacja znajdowała się poza naszą świadomością postrzegania tej nowej rzeczywistości. Wydawało się to wszystko nierealne, niczym zły sen…
Około godziny dziewiętnastej zaczęły spływać pierwsze SMS-y, większość w podobnym stylu, przytoczę jeden z nich: „Nawet nie wiem, co powiedzieć… Przykro nam… Trzymajcie się… Gdyby potrzeba było w czymś pomóc, to piszcie”. W większości odpowiedzi zacząłem wstawiać tylko jedno bardzo krótkie zdanie o treści: „Proszę o modlitwę”. Tylko tego potrzebowaliśmy, modlitwy za dusze Mikołaja i Nicole. Sami nie mieliśmy dość siły, aby modlić się nieustannie, byliśmy zagubieni, sięgnąłem po whisky i zrobiłem dwa drinki – dla siebie i żony. Czułem, że bez tego ciężko byłoby nam zasnąć. Alkohol i leki uspokajające zadziałały, otumaniły nas po jakimś czasie, położyliśmy się obok siebie na kanapie w salonie. Odpływałem w myślach, chyba prosząc Boga, aby syn mnie przytulił. Poczułem ciepło, jakby moje modlitwy zostały wysłuchane, czułem dotyk uczuć, których nie potrafiłem zrozumieć. W końcu uznaliśmy, że trzeba spróbować zasnąć. Nogi same poprowadziły nas prosto do pokoju Mikołaja i jego łóżka, tam już czekała na nas nasza suczka Asha. Odczuwałem żal i cierpienie, strach i ból straty, ale jednocześnie bliskość swojego syna. Nie obwiniałem Boga ani nikogo za stratę, może trochę siebie, że w ostatnim czasie poświęciłem Mikołajowi mniej uwagi. Przytuliłem Kasię, wiedząc, że będąc blisko siebie, mamy cząstkę naszego syna w nas samych. Ta wiara pozwoliła nam przetrwać najsmutniejsze chwile. Cisza, ból i zmęczenie zapanowały w naszych sercach, domu i życiu.
Obudziliśmy się wcześnie rano. W pokoju Mikołaja panowała cisza i porządek, jaki po sobie zostawił. Na jego biurku leżały aparaty fotograficzne i akcesoria. W narożniku stały lampy oświetleniowe, a nad łóżkiem wisiały plakaty bohaterów z jego ostatniej produkcji filmowej zatytułowanej Ostatnia paczka. Jeszcze kilka dni temu wspólnie cieszyliśmy się z wyróżnienia, jakie otrzymał na dwudziestym drugim festiwalu filmów amatorskich w Ostrołęce pod nazwą Filmowe Zwierciadła oraz jego nagrody w wysokości pięciuset złotych. Kwota nie miała znaczenia, liczył się fakt, że to była jego pierwsza nagroda finansowa. Do tego stypendium naukowe na uniwersytecie, które miał odebrać w dniu śmierci. Całość tej sumy rozplanował na inwestycje związane z dalszą twórczością filmową, był z tego powodu niezmiernie szczęśliwy. Wszystko to było doskonałym prezentem imieninowym, które wspólnie z Nicole obchodzili szóstego grudnia.
Byli parą około pół roku, choć poznali się wcześniej. Ich związek wydawał mi się trochę burzliwy, jednak w środę, dzień przed wypadkiem, rozmawiałem z Mikołajem i otrzymałem zapewnienie z jego strony, że wszystko, co ich poróżniało do tej pory, wyjaśnili sobie i nadal chcą być razem. To była moja ostatnia poważna rozmowa z synem i cieszę się, że zapewnił mnie o tym, bo wcześniej za często wiele kwestii sprowadzało się do pytania z mojej strony: „Mikołaj, wszystko okej?”, na co otrzymywałem prostą odpowiedź: „Okej” lub „Tak”. Miałem wyrzuty sumienia, że przez ostatnie dwa miesiące nie znajdowałem zbyt wiele czasu na rozmowę z moim ukochanym i jedynym synem. Było to spowodowane dużą ilością obowiązków z mojej strony i jego zaangażowaniem w realizację pasji muzycznych. Po prostu często mijaliśmy się w domu lub nasza egzystencja odbywała się w różnych i odmiennych porach dnia bądź nocy.
Otwierając rano oczy, nie liczyłem na nic więcej, jak tylko na to, że mogę przytulić się do żony. Jej obecność i bliskość dodawały mi otuchy i nadziei w to, że Mikołaj żyje w nas. Wszystkie obowiązki i marzenia straciły sens. Wiedziałem, co muszę zrobić: pochować syna. Łzy napływały do oczu, serce krwawiło, a ja chciałem jak najszybciej dowiedzieć się, co dzieje się z ciałem mojego dziecka. Musiałem być silny psychicznie i nie okazywać słabości. Nie chciałem, aby w domu zapanowały depresja i rozpacz, które mogłyby zaburzyć logiczne myślenie. Nic dla nas nie było łatwe, a do tego nie było żadnego planu działania. Znalazłem w Internecie numer Prokuratury Rejonowej we Wrześni i parę minut po ósmej chwyciłem za telefon. Dowiedziałem się, że mam zadzwonić około godziny dziesiątej. Kolejne minuty się dłużyły. Przyjechał do nas teść, tego dnia miała też dotrzeć nasza córka, a my nadal nic nie wiedzieliśmy. Nie chcieliśmy czytać informacji, jakie pojawiają się w mediach internetowych, interesowały nas fakty. Mój teść, Kaziu, znał szczegóły wypadku, zdążył przeczytać informacje pojawiające się online. Po przyjeździe chwilę rozmawialiśmy, pocieszał nas, szczególnie moją żonę, zawsze był dla niej autorytetem i wsparciem w trudnych sytuacjach. W tym smutnym dniu chciał być pomocny. Zasugerował mi:
– Poproś, aby wydali ciało bez sekcji zwłok.
– Czy to jest możliwe? – odpowiedziałem.
– Słyszałem, że na życzenie rodziny prokurator może się zgodzić – odparł.
Wreszcie nastała godzina dziesiąta. Ta godzina na zawsze będzie już pewnym symbolem wydarzeń, które miały miejsce dzień wcześniej. Wykonałem kolejny telefon do prokuratury, połączono mnie i w krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że sekcja zwłok odbędzie się w poniedziałek rano, a później możemy odebrać ciało z Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu. Nie ma innej możliwości przy tego rodzaju wypadkach drogowych ze skutkiem śmiertelnym, zwłaszcza dwóch osób, kierowcy i pasażera. Takie procedury to norma, od której nie ma wyjątków. Rozłączyłem się i przekazałem wiadomość Kasi i teściowi. Nie widziałem sensu wpływać na decyzje, które były niezależne ode mnie, pozostało oczekiwanie.
Po kilku godzinach przyjechali Natalia z Bartkiem i naszą wnuczką Gają. Ich wizyta i informacja, że zamierzają u nas zostać kilka tygodni, wniosły dużo nadziei, wiary oraz otuchy w nasze serca. Siedmiomiesięczna Gaja wciąż się do nas uśmiechała i tym samym sprawiła, że mogliśmy uciec od rozmyślania tylko nad tragedią, która nas spotkała. Rodzinna wizyta u nas wywołała trochę uśmiechu, przyniosła nam potwierdzenie i wiarę w to, że Mikołaj cały czas jest pośród nas. Uśmiech wnuczki, pogodne nastawienie, reakcje i gaworzenie były pierwszym znakiem i nadzieją, że jego duch czy dusza jest w naszym domu i oczekuje modlitwy, a nie płaczu. Natomiast dojrzałość i cierpliwość zięcia pozwoliły nam wspólnie przeżyć tragedię i zjednoczyć się rodzinnie, wzajemnie się wspierając. Cała rodzina była razem i mogliśmy na siebie liczyć w każdej minucie, godzinie i kolejnych dniach.
Wieczorem odwiedzili nas przyjaciele: Rafał z Iwonką, z którymi często spędzaliśmy wakacje w ostatnich latach, Czarek z Asią – rodzice Ramzesa, przyjaciela syna – Jacek – ojciec chrzestny Mikołaja – i sąsiedzi Darek z Asią. Dla wszystkich było to trudne spotkanie, przytulili nas i chcieli wesprzeć dobrym słowem, dodając otuchy. Ukojenie nie było jednak możliwe, choć spotkanie dało nam do zrozumienia, że mamy w nich wsparcie, co było dla nas ważne. W kolejnych godzinach przyjechało nasze rodzeństwo, które przywiozło różne rzeczy, jedzenie, świece. Jedni wchodzili, inni wychodzili, troszcząc się w ten sposób o nas. Tego też dnia odebraliśmy mnóstwo kondolencji, zwłaszcza SMS-owych, na które odpowiadałem krótkim tekstem: „Proszę o modlitwę”. Czułem, że modlitwa była wtedy nam najbardziej potrzebna, a zwłaszcza Mikołajowi.
Chwilę po tym, gdy wszyscy nasi bliscy wyszli od nas, pojawili się mama Nicole ze swoją kuzynką i jej mężem. Ania miała trochę powyżej czterdziestu lat, była wysoką szatynką z długimi włosami, o sympatycznym usposobieniu. Przyjechała do nas, mimo że nas nie znała, zareagowała impulsywnie i postanowiła złożyć nam wizytę. My chyba też potrzebowaliśmy tego spotkania. Od samego początku poczuliśmy jej pozytywne i wręcz ciepłe nastawienie do nas, empatię pełną energii, która od niej biła. Przyjechała, aby nas pocieszyć i dać do zrozumienia, że jej córka i nasz syn byli w sobie zakochani. Rozmowa była trochę krępująca, trudna i bolesna, ale jednocześnie dała nam minimum ukojenia. Obawialiśmy się z jej strony agresji, pretensji i żalu, a otrzymaliśmy wsparcie i pocieszenie, tak jakby natchnął ją Duch Święty. W tym dniu było to dla nas naprawdę bardzo ważne, a Ania dała nam nadzieję na szczęście naszych dzieci po drugiej stronie. Była w tym czasie wręcz oparciem dla nas, przeświadczona o tym, że tak widocznie miało być i że nasze dzieci wciąż są szczęśliwe nawet na tamtym świecie. Odwiedziła pokój Mikołaja, spędziła w nim sporo czasu z Kasią, odebrała rzeczy, które zostawiła u nas Nicole. Wiedzieliśmy, że to dopiero początek naszej wspólnej drogi przez żałobę, która nastała w sercach naszych rodzin.
Tego wieczoru nie chciałem brać leków uspokajających, ale sięgnąłem do zapasu marihuany, jaki posiadałem w garażu. Zapaliłem wcześniej przygotowanego jointa. Usiadłem na kanapie i zacząłem słuchać utworów Mikołaja, tych wszystkich, do których miałem dostęp na telefonie. Myślami wróciłem do syna i jego twórczości jako Migz0ne. Zdałem sobie sprawę, że tak mało wiem na ten temat. Melancholijny nastrój i przesłanie, jakie niosły ze sobą piosenki Mikołaja mówiące o problemach, błędach, ale także o szukaniu sensu życia oraz realizacji planów i marzeń, wprowadziły mnie w stan zamroczenia i smutku. Chciałem iść spać, czułem zmęczenie i chęć, aby jak najszybciej położyć się w łóżku. Pomodliłem się i wkrótce usnąłem.
Przyszła sobota i kolejny trudny poranek po nocy spędzonej z Kasią i psem w pokoju Mikołaja. Mimo że łóżko dla naszej trójki było za małe, to wspólne w nim przebywanie dawało nam poczucie więzi i bliskości z synem. Nasza wnuczka Gaja nadawała barwę każdemu porankowi, jej uśmiech i niewinność wydawały się niczym blask wschodzącego słońca, tak właśnie było także w tamtym okresie. Myślę, że było nam łatwiej, gdy dzieliliśmy dni z Natalią, Gają i Bartkiem troszczącymi się o nas wszystkich. Zaczęliśmy rozmawiać o planach związanych z wydaniem wszystkich utworów, jakie stworzył Mikołaj pod swoim artystycznym wcieleniem jako Migz0ne. Tego dnia mieli nas odwiedzić przyjaciele syna, a my z niecierpliwością oczekiwaliśmy ich. Ja i Kasia w tym czasie paliliśmy dużo papierosów, przez to często wychodziliśmy z Ashą do ogrodu. Nałóg nikotynowy pochłonął nas bez reszty. Będąc na zewnątrz domu, patrzyłem w niebo, rozmyślałem o synu, modliłem się i rozpaczałem. Chciałem ukrywać ból i nie wyrażać go przy wnuczce, zresztą zauważyłem, że moja żona zachowywała się podobnie. Cały czas spływały do nas kondolencje, a my prosiliśmy o modlitwę za Mikołaja i Nicole. Tego dnia wspominaliśmy także ostatnie dni przed śmiercią syna i jego zachowanie w nocy, gdy wracał do domu i kładł się spać.
– Wstałam w środę nad ranem i zgasiłam światło w jego pokoju – powiedziała Kasia.
– Dlaczego spał przy zapalonej lampie? – zapytałem.
– Tłumaczył mi, że ma koszmary – wyznała.
Później dowiedzieliśmy się od przyjaciółki syna, Oli, że śniła mu się przerażająca kobieta. Pomyślałem wtedy, że mógł to być anioł śmierci Samael, w artystycznych wizjach często przedstawiany jako kobieta. W tradycji chrześcijańskiej to upadły anioł wypędzony z nieba za sprzeciwienie się Bogu.
