Dziecko podroznika - Igor Kaleta - ebook

Dziecko podroznika ebook

Igor Kaleta

0,0

Opis

Po nieudanej misji kolonizacyjnej kapitan Maurice Hilario i jego załoga wracają na Ziemię z niedoszłymi kolonistami w komorach hibernacyjnych na pokładzie. Od czasu kiedy wyruszyli z Ziemi minęło ponad pięćdziesiąt lat.

Zbliżając się do ojczystej planety, Hilario dowiaduje się, że ominęła ich epokowa zmiana cywilizacyjna: podczas ich nieobecności, udało się wynaleźć lek na wszelkie choroby. Ludzkość dokonała przeskoku ewolucyjnego w praktyce pokonując śmierć. Ostatnie pokolenie starych ludzi właśnie wymiera na Ziemi zastąpione przez nieśmiertelnych, gotowych do stawienia czoła wieczności. Nie ma już potrzeby, aby rodzili się nowi ludzie skoro nieśmiertelni w zupełności wystarczą, a nowe urodzenia to niebezpieczeństwo przeludnienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 156

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Igor Kaleta, 2025

Korekta:

Dorota Łakomiak

Skład i łamanie:

Kamil Potęga Studio Grafpa, www.grafpa.pl

Projekt okładki:

Julia Zagała

Wydanie 1

Miejsce i data wydania: Tychy, 2025

ISBN 978-83-974537-0-8

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Z dedykacją dla mojej żony – dziękuję Ci za to, że wspierasz mnie na każdym kroku pisarskiej (i nie tylko) drogi.

Rozdział 1

– Major Hilario do kontroli naziemnej, odbiór. Powtarzam, tu major Hilario do kontroli naziemnej, odbiór. Czy ktoś mnie słyszy?

Przez chwilę wstrzymał oddech, nasłuchując odpowiedzi, ale słuchawki uparcie milczały. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, mimo poprzednich kilkunastu nieudanych prób nawiązania kontaktu, spodziewał się w końcu usłyszeć ludzki głos. Niestety, ciszę przerywały tylko charakterystyczne dźwięki statku – miarowe buczenie silników, elektroniki i systemów filtrowania powietrza.

– Tutaj major Maurice Hilario – powiedział, wzdychając ciężko. – Czy mnie słyszycie? Odbiór.

Ponownie cisza.

– Odezwijcie się, jeśli tam jesteście. Odbiór. – Zrobił krótką pauzę i głośno przełknął ślinę. – Proszę…

Westchnął ponownie i ściągnął zestaw słuchawkowy. Oparł łokcie o pulpit i palcami przetarł oczy. Zaczynała go boleć głowa. Spróbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio dobrze spał – krótkich drzemek pomiędzy próbami wywołania Ziemi nie mógł z czystym sumieniem nazwać spaniem. Przynajmniej jedzenia miał wystarczająco dużo. Statek był wyposażony w zapasy dla dwóch setek ludzi na miesiąc – tyle miał trwać okres od wybudzania pasażerów z hibernacji do lądowania w nowej kolonii. Hilario przed wylotem widział listy załadunkowe – sam dopilnował, żeby wszystkiego starczyło. A teraz… no właśnie, co teraz?

Przelotnie zastanowił się, jak długo będą działać chłodziarki w przedziale magazynowym – wtedy te wszystkie góry jedzenia zaczną się psuć. Sięgnął po słuchawki… jednak zatrzymał rękę wpół ruchu.

„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów”. Kto to powiedział? Nie potrafił sobie przypomnieć. Skłodowska-Curie? Ghandi? W każdym razie chyba miał – albo miała – rację. Maurice sprawdził jeszcze raz koordynaty i trajektorię lotu. Już dawno minął orbitę Marsa, Ziemia powinna być co najwyżej kilka tygodni lotu stąd. Plan misji zakładał nawiązanie kontaktu z kontrolą naziemną, jak tylko wejdzie w zasięg konwencjonalnych przekaźników, a potem, już przy pomocy wskazówek z Ziemi, najpierw orbitowanie wokół Księżyca i w końcu powrót do domu.

Hilario skrzywił się, wstając z fotela pilota. Oczywiście, tak brzmiał awaryjny plan misji – pierwotne założenia były zupełnie inne, ale skoro już wszystko i tak poszło w diabły, to niby dlaczego powrót miałby być łatwy i przyjemny? Ruszył w stronę ładowni.

Czuł, że coś jest nie tak, jak tylko maszyna wybudziła go ze snu. Był przyzwyczajony – jeśli w ogóle można się do tego przyzwyczaić – do hibernacji, bo to nie był jego pierwszy kriosen, czego nie można było powiedzieć o innych pasażerach. Wiedział jak długo powinien był spać i na to był przygotowany jego organizm: na wybudzenie po czterech latach, a potem razem z resztą załogi, na budzenie i przygotowanie kolonistów. Po wyjściu ze zbiornika nie powinien być obolały i zdrętwiały… i nie powinien był upaść na ziemię, nabijając sobie bolesnego guza na powitanie Nowego Wspaniałego Świata.

– Poza tym, nie było żadnego Nowego Świata… – mruknął do siebie, szybko przemierzając korytarze statku. Spojrzał na CommWatch na lewym nadgarstku, upewniając się, że nikt nie próbuje się skontaktować ze statkiem. Weszło mu to w nawyk, a wkrótce miało się przekształcić w tik nerwowy.

Zamiast obudzić się po podróży w nowoodkrytej części galaktyki, w okolicach czerwonego olbrzyma, bliźniaczo podobnego do rodzimego Słońca, obudził się po ponad pięćdziesięciu latach lotu. Kiedy minął pierwszy szok, sprawdził trasę przelotu – okazało się, że ominęli punkt przeznaczenia i przez pół wieku dryfowali dalej. Kontrola naziemna nie zauważyła, albo nie wiedziała, że coś poszło nie tak. Komputer pokładowy wybudził Maurice’a dopiero kiedy zatoczyli ogromne koło – mówiąc w uproszczeniu – i znaleźli się w okolicy pasa asteroid między Marsem a Saturnem. Może dopiero wtedy odczytał, że zaszły warunki niezbędne do obudzenia kogoś z załogi? Hilario tego nie wiedział. Wiedział tylko, że ten, kto programował parametry lotu zawalił… a teraz Maurice pewnie nawet nie będzie mógł go za to ochrzanić, bo jest na emeryturze albo na cmentarzu.

Arka wracała do domu, nie wykonawszy zadania. Ładunek – dwieście osób, mężczyzn i kobiet, czekających na nowe życie, jako pionierzy kolonizacji kosmosu – wracał do domu. Hilario miał płonną nadzieję, że to nie on będzie musiał im wyjaśniać co się stało.

Kiedy upewnił się, że wszyscy pasażerowie żyją, próbował skontaktować się z Ziemią – i dopiero wtedy poważnie się wystraszył. Spodziewał się zaskoczenia z ich strony, kiedy nagle, po tylu latach, pojazd kosmiczny zażąda pomocy przy wejściu w atmosferę, ale nie myślał, że trafi na ciszę. Ten brak odpowiedzi go przerażał i spędzał mu sen z powiek. Czy pięćdziesiąt lat to dużo z perspektywy planety? Co musiało się zmienić, że nikt mu nie odpowiadał? Chodzi o barierę technologiczną? Może słyszeli go, ale sprzęt na statku był przestarzały i nie mógł usłyszeć ich odpowiedzi? A może jego sygnał był za słaby – choć sprawdzał nadajnik już kilkanaście razy i nie znalazł żadnej usterki. Czy pięćdziesiąt lat to dość, by planeta umarła? Myśl, że tam w dole nie ma już nikogo kto mógłby mu odpowiedzieć, była niedorzeczna… i natrętna.

– Nie, niemożliwe – powiedział sam do siebie Hilario. – Naczytałeś się głupot i fantastyki naukowej.

W ciągu ostatnich kilku dni coraz częściej gadał do siebie i zaczynało go to niepokoić. Zamilkł i ruszył w stronę komór hibernacyjnych. Pasażerowie byli w części ładownej statku, zgrupowani porządnie i schludnie w równych szeregach. Maurice nie lubił tam zaglądać. Dziesiątki komór zbyt przypominały trumny w jakimś masowym grobie. Dlatego zmienił zdanie i zamiast do ładowni skierował się do części dla załogi – tam, gdzie sam spędził ostatnie pięćdziesiąt lat w kriośnie.

Oprócz niego i komputera pokładowego, statek potrzebował do obsługi tylko dwóch osób: technika pokładowego i lekarza. Ten pierwszy miał dbać o utrzymanie sprzętu w sprawności, a ten drugi – o utrzymanie ładunku przy życiu. Hilario jako kapitan, robił tylko za wysoce wykwalifikowanego taksówkarza. Miał bezpiecznie doprowadzić Arkę z punktu A do punktu B, a teraz… Major westchnął. Patrzył w twarze doktor Irminy Stawowej i Starszego Inżyniera Gusa Jorgensena. Zamknięci w komorach kriogenicznych wyglądali jak martwi. Maurice zwlekał z wybudzeniem ich, chociaż protokół zakładał, że powinien zrobić to niemal od razu po własnej pobudce. Ale co by im powiedział?

– Słuchajcie, nie przestraszcie się, ale mamy prawie pół wieku spóźnienia – powiedział do zamkniętych komór. – A, i ­Ziemia nie odpowiada. Jakieś pomysły?

Pokręcił głową zniechęcony, spojrzał jeszcze raz przelotnie na twarze kolegów, minął pustą komorę, w której sam wcześniej spał i powolnym krokiem ruszył w głąb kabiny dla załogi. Była urządzona w minimalistycznym stylu. Trzy niemal identyczne kajuty, połączone wspólnym korytarzem wejściowym. Hilario miał środkową kajutę, Stawowa po lewej, a Jorgensen po prawej. Przeszedł przez krótki korytarz, a drzwi na wprost rozsunęły się automatycznie z cichym świstem. W środku było proste łóżko z szafką nocną, biurko z krzesłem, niewielka wisząca półka i kolejne drzwi, prowadzące do miniaturowej łazienki. Miało być efektywnie i ergonomicznie – ograniczenie miejsca dla załogi, to więcej kubatury dla ładunku i sprzętu. Jedynym ozdobnym elementem wystroju był plakat na ścianie tuż obok biurka: rozgwieżdżona przestrzeń kosmiczna w tle, a na pierwszym planie hasło reklamowe Fundacji Williamsona „Dla lepszej przyszłości!” oraz uśmiechnięte popiersie samego Roberta Williamsona, założyciela Fundacji, oraz pracodawcy Maurice’a i fundatora tej nieudanej ekspedycji. Hilario w życiu nawet nie spotkał się z samym Wielkim Szefem, ale plakat zaczynał działać mu na nerwy. Chciał nawet przerobić napis na coś dowcipnego, ale tusz z wszystkich długopisów na statku zbyt łatwo się ścierał ze śliskiej powierzchni plakatu. Hilario zrezygnował ostatecznie, kiedy nie udało mu się dorysować wąsów na gładkiej twarzy Williamsona. Pociechą była dla niego myśl, że nie on pierwszy wpadł na taki pomysł. Wiedział, że plakaty na pierwszych statkach Fundacji były ze zwykłego papieru, a nudząca się w przestrzeni kosmicznej załoga musiała gdzieś dać upust kreatywności. To niegroźne i pomaga rozładować napięcie, uważał. Ale kiedy kolejne statki wracały z takimi autorskimi „przeróbkami”, ktoś w zarządzie Fundacji musiał wziąć to do siebie… no i kolejne statki miały już plakaty odporne na niespodziewane napady artyzmu.

Hilario uśmiechnął się przelotnie na tę myśl. Rozejrzał się po pokoju, nagle zdezorientowany. Po co tu właściwie przyszedł? Przez chwilę nie potrafił sobie przypomnieć.

– Dziennik – powiedział głośno. – Miałem wziąć dziennik i sprawdzić stan ładunku. – Pochylił się przy biurku, ale nie znalazł tego, czego szukał. Rozejrzał się znowu, teraz już zirytowany. – Tu jesteś. – Hilario usiadł na łóżku i wziął niewielki elektroniczny notes z szafki nocnej. Dziennik był prostokątny, wielkości mniej więcej dziesięć na piętnaście centymetrów i składał się z jednego przycisku i dotykowego wyświetlacza. Komendy wydawało się głosowo, podobnie jak hasło do odblokowania urządzenia.

– Major Maurice Thomas Hilario, dwa, cztery, sześć, zero, jeden.

Identyfikacja głosowa zakończona. Dzień dobry, Majorze Hilario

pojawiło się okno z napisem na wyświetlaczu.

„Dla kogo dobry, dla tego dobry”, pomyślał Maurice i wszedł w pliki rejestrowe.

...

Nie wiedział, kiedy zasnął, ale obudziło go wibrowanie elektronicznego dziennika. Pewnie znowu padała bateria. Półprzytomnie zaczął macać ręką po szafce nocnej w poszukiwaniu ładowarki. Wciąż leżąc, drugą ręką sięgnął do przycisku w dzienniku, chcąc wyłączyć powiadomienia w ustrojstwie. Zdziwił się, kiedy zrozumiał, że wibracja nie pochodzi od notesu, ale od urządzenia na jego lewym nadgarstku. Oparł się na łokciu i przecierając oczy dłonią, spojrzał na wyświetlacz:

2 nieodebrane transmisje od FW-A1

Transmisja przychodząca od FW-A1

Hilario zerwał się na równe nogi, uderzając boleśnie głową o półkę zawieszoną nad łóżkiem.

– Kurwa! – zaklął i złapał się za obolały łeb. Udało mu się usiąść i przeklikać na CommWatchu przekierowanie połączenia na mostek. FW­-A1 to był kod Wydziału Astronautyki Fundacji Williamsona. – Kurwa, nareszcie!

Drogę na stanowisko dowodzenia pokonał w rekordowo krótkim czasie, na przemian klnąc i śmiejąc się głośno. Gdyby nie znał statku jak własnej kieszeni, co najmniej dwa razy wywaliłby się na zbity pysk w wąskich korytarzach Arki. Dysząc, opadł na kapitański fotel, sięgnął po zestaw słuchawkowy i… zamarł. Razem z ekscytacją pojawił się strach przed tym, co może usłyszeć. Szybko zdusił te emocje i włożył słuchawki.

– …zidentyfikuj się. Numer lotu i punkt przeznaczenia, powtarzam… – Usłyszał.

Hilario nie mógł powstrzymać uśmiechu. Ludzki głos, niezapętlony automat. Kobieta, sądząc po głosie, dosyć młoda.

– Boże, jak dobrze cię słyszeć! – Maurice nie posiadał się z radości.

Głos po drugiej stronie zamilkł zaskoczony.

– Halo? – powiedziała kobieta. – Halo, czy mnie słyszysz? Zidentyfikuj się, proszę.

– Z największą chęcią! – odkrzyknął uśmiechnięty Hilario. – Major Maurice Thomas Hilario, kapitan floty AFW. Numer lotu… moment… Alfa, Foxtrot, Whiskey, Alfa, zero, jeden, jeden, trzy.

– Dziękuję, Alfa, Foxtrot, Whiskey, Alfa, sprawdzam…

– Około tydzień temu wyszliśmy z zasięgu pola grawitacyjnego Marsa i zmierzamy w stronę Ziemi. Mam tutaj cenny ładunek, który…

– Majorze Hilario, nie mam sygnatury waszego lotu w rejestrach. Może pan powtórzyć?

Maurice otworzył usta, po czym zamknął je na moment.

– Zero, jeden, jeden, trzy… – powiedział w końcu, już bardziej nad sobą panując. – Ale na pewno jesteśmy trochę spóźnieni. Niech pani sprawdzi po dacie startu misji…

– Słucham…

– Dwudziesty czwarty stycznia dwa tysiące dwudziestego szóstego roku.

Cisza po drugiej stronie wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Kiedy głos odezwał się ponownie, był wyraźnie zniecierpliwiony.

– Czy to żart? Kto mówi? Zidentyfikuj się natychmiast! To rządowa linia i bezprawne naruszanie bezpieczeństwa łączności to…

– Nie! – krzyknął Hilario przestraszony. – Nie, nie, nie, mówię prawdę, przysięgam! Jestem major Maurice Hilario, kapitan we flocie Astronautyki Fundacji Williamsona. Latam dla was już osiem lat, od skończenia Szkoły Oficerskiej w dwa tysiące osiemnastym.

– Astro…nautyki? – Ton głosu kobiety przeszedł ze zniecierpliwionego w ostry i otwarcie wrogi. – To ostatnia szansa, proszę się zidentyfikować albo powiadomię odpowiednie służby!

Tego było za wiele dla Maurice’a.

– To powiadom, ty cholerna biurwo! – wrzasnął do mikrofonu. Nawet nie zauważył, że zgarbiony pochylał się nad pulpitem i kurczowo ściskał pałąk zestawu słuchawkowego. – Masz ich powiadomić i powiedzieć im, że ich Arka to jedno wielkie fiasko! Fiasko, słyszysz?! Właśnie wracam na Ziemię z dwoma setkami ludzi w komorach hibernacyjnych. Na pewno się ucieszą, kiedy dowiedzą się, że Fundacja okradła ich z pięćdziesięciu lat życia!

– Nie rozumiem skąd…

– Wiem, że nie rozumiesz! – Nie dał jej dokończyć Hilario i wziął głęboki oddech. Udało mu się trochę uspokoić. – Wiem. Dlatego proszę, skontaktuj się z kimś, kto rozumie, dobrze? Moim bezpośrednim przełożonym jest… był pułkownik Cathcart, a misję Arki nadzorował generał Olivieri. Błagam, proszę ich powiadomić, dobrze?

Cisza w słuchawkach ponownie się przedłużała. Hilario miał ochotę wrzeszczeć i rwać włosy z głowy. Wydawało mu się, że w tle słyszy jak jego rozmówczyni pospiesznie z kimś rozmawia.

– Dobrze, spróbuję – powiedziała w końcu kobieta z Ziemi. – Pozostawiam otwarte łącze komunikacyjne. FW-A1, bez odbioru.

– I ten… no… przepraszam, że nazwałem cię biurwą – powiedział Hilario, ale odpowiedziała mu już tylko cisza. Zamyślił się. Wciąż był zagubiony, ale teraz powoli dostrzegał wyjście z beznadziejnej sytuacji. Odłożył zestaw słuchawkowy i potarł oczy ze zmęczenia. Teraz, po tej przemiłej pogawędce, czekała go kolejna. Musiał wybudzić resztę załogi.

...

Hilario wpatrywał się w milczeniu w stół, kiedy Irmina ostrożnymi łykami piła ciepły koktajl energetyczny. Składał się głównie z elektrolitów, witamin i podstawowych składników odżywczych – pozwalał relatywnie szybko odzyskać sprawność organizmu po hibernacji. Lekarka siedziała po drugiej stronie stolika, owinięta w koc termiczny. Pod spodem miała tylko szorty i sportowy stanik, w których weszła do komory. Długie, brązowe włosy w nieładzie opadały na koc. Podkurczała rytmicznie palce u stóp, choć Hilario wiedział, że podłoga nie była zimna. To normalna reakcja, sam też przez to niedawno przechodził.

– Pięćdziesiąt lat? – Przerwała ciszę Stawowa.

– Tak. – Hilario pokiwał głową. – Pięćdziesiąt lat.

Siedzieli w mesie kapitańskiej – co wydawało się Maurice’owi zbyt szumną nazwą, jak na niewielki, ascetycznie urządzony pokoik z aneksem kuchennym dla załogi. Początkowo chciał przeprowadzić tę rozmowę w jednej z kajut, ale to byłoby nieodpowiednie. W końcu był bezpośrednim przełożonym Stawowej.

– Czyli teraz miałabym na karku… – podjęła cicho Irmina – ponad osiem krzyżyków. Nieźle, nie?

Parsknęła krótkim śmiechem, co wzbudziło w Hilariu złe przeczucia. Chyba wolałby, żeby była wściekła albo zrozpaczona. Wisielczy humor rzadko bywał dobrym towarzyszem na statkach. Maurice zaczynał żałować, że ją wybudził jako pierwszą, ale nie chciał budzić Gusa bez pomocy lekarza.

– Słuchaj, wiem, że to bardzo dużo informacji… – zaczął Hilario. – Jeśli potrzebujesz chwili dla siebie, to nie ma problemu. Do Ziemi dotrzemy nie wcześniej niż za dwa tygodnie. Odpocznij, dojdź do siebie, a ja…

– Mówiłeś, że skontaktowałeś się z Williamsonem, prawda? – zapytała Irmina. Wciąż wpatrywała się głównie w przestrzeń.

– Tak, ale sami nie są pewni co się dzieje – odparł Maurice.

– Jak to? A Cathcart i… jak mu tam było…

– Olivieri – podpowiedział Hilario i westchnął. – Prawdopodobnie już od jakiegoś czasu nie żyją. Cathcart wyglądał na pięćdziesiątkę, a generał był jeszcze starszy, kiedy wyruszaliśmy, pamiętasz? Mam tylko nadzieję, że przekazali komuś informację o nas.

W kapitańskiej mesie ponownie zapadła cisza.

– Czy oni o nas… wiesz… zapomnieli? – zapytała Irmina.

Hilario wzruszył ramionami. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. W oczach Stawowej pojawił się błysk wściekłości.

– Jak można było zapomnieć o statku pełnym ludzi?! – krzyknęła, zrywając się od stolika. Kubek z koktajlem energetycznym roztrzaskał się o ścianę, obryzgując pleksi gorącym płynem barwy błota. – Dwieście osób! Plus załoga i statek wart miliard dolarów! Sam sprzęt do hibernacji kosztował połowę z tego! No jak?! Jak oni mogli to zrobić?!

Lekarka krążyła między stołem a aneksem kuchennym, zaciskając i rozwierając pięści. Koc termiczny spadł na podłogę – kopnęła go wściekle w kąt.

– Nie wiem, Irmina – powiedział Hilario, również wstając. Mówił spokojnie, ale jemu też udzieliły się jej emocje, bo miała sporo racji. – I jak tylko wylądujemy zamierzam znaleźć idiotę, który za to odpowiada. Ale teraz… teraz potrzebuję cię w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Popatrz na mnie. Irmina!

Lekarka zatrzymała się w pół kroku. Jej pierś unosiła się szybko, a ciemne oczy wpatrywały się wrogo w twarz kapitana.

– Sama to powiedziałaś – mówił powoli Hilario. – Mamy w ładowni dwie setki cywilów, nieprzyzwyczajonych nawet do krótkiej hibernacji. Odczyty wydają mi się w porządku, ale to ty jesteś specjalistą, nie ja. Musisz o nich zadbać, bo nikt inny tego nie zrobi.

Spojrzał na CommWatch.

– Do tego za około kwadrans komputer skończy wybudzanie Jorgensena. Nie wiem w jakim będzie stanie, bo jego wskaźniki są dziwne. Coś jest nie tak z jego…

– Ma wrodzoną wadę serca – powiedziała nagle spokojnie Irmina. – Ukrywał ją, bo taki lot zdarza się raz w życiu.

Hilario nie musiał kontynuować. Wiedział o przypadłości Jorgensena, ale nie wiedział, że Stawowa wiedziała.

– Nim też musisz się zająć. Dlatego ciebie obudziłem najpierw. Bo wiem, że mogę na tobie polegać. Mogę na tobie polegać, prawda?

Doktor Irmina Stawowa westchnęła ciężko, po czym z godnością podniosła koc termiczny i narzucając go na plecy, szybko oddaliła się w stronę kajut załogi.

...

– Pięćdziesiąt lat? – Przerwał ciszę Jorgensen.

– Tak. – Pokiwał głową Hilario. Siedział przy tym samym stoliku co pół godziny temu ze Stawową. Posprzątał potłuczony kubek i rozlany koktajl. Irmina na razie nie wróciła. – Pięćdziesiąt lat.

Gus nieobecnym wzrokiem podniósł do ust kubek z gorącym płynem, ale zatrzymał się w pół ruchu, patrząc na swoje ręce.

– To nie mój kubek – powiedział. – Gdzie mój kubek?

– Potłukł się – uciął Hilario. – Jak się czujesz? Dochodzisz do siebie? Bo będziemy cię potrzebować.

– Co? – Jorgensen wciąż wydawał się nieobecny. – Do czego?

– Do lądowania – odparł cierpliwie Maurice. – Za dwa tygodnie powinniśmy wejść na orbitę Ziemi. Wszystkie systemy muszą być sprawne, a od kilku dekad nikt ich nie konserwował.

– Nie, chyba nie.

– No, to będziesz miał coś, żeby zająć myśli, co? – Hilario spróbował się uśmiechnąć.

– Ja… – Gus przełknął ślinę. – Tak, chyba tak.

– No to świetnie. – Hilario klepnął Jorgensena po plecach. Koc termiczny zsunął mu się z lewego ramienia. Minęła kolejna chwila zamyślonego milczenia.

– Maurice?

– Tak, Gus?

– To nie sen, prawda?

To dopiero przestraszyło Hilario nie na żarty. Ani on, ani Stawowa nie mieli kwalifikacji, żeby radzić sobie z delirium.

– Czemu pytasz, stary? – odparł ostrożnie Maurice.

– Bo wiesz, tam w Lodówce… miałem sny – powiedział Jorgensen. Jego wzrok zrobił się spokojny i prawie rozmarzony. – Piękne sny, ale też trochę straszne. Ty tam byłeś i Irmina, i Ziemia, i…

– To były tylko sny, Gus – powiedział Hilario łagodnie. – Tylko sny. A to już nie sen, to rzeczywistość. Wracamy do domu, naprawdę.

– Tak, naprawdę do domu. Choć mieliśmy chyba nie wracać, nie? – Jorgensen zaśmiał się krótko, ale nie było w tym nerwowego napięcia, jak wcześniej u Stawowej. – Chłopaki u Williamsona się zdziwią, nie?

„A żebyś wiedział”, pomyślał Hilario, ale zanim zdążył się odezwać, zapiszczał jego CommWatch. To była Irmina, chciała się pilnie spotkać w ładowni. Hilario wstał i przyjaźnie poklepał Jorgensena po ramieniu.

– Myślę, że czeka ich naprawdę wielka niespodzianka.

...

Hilario wpatrywał się z niedowierzaniem to w ekran tabletu medycznego, to w doktor Stawową. Wiedział na co patrzy, ale mimo to nie mógł uwierzyć. Potarł oczy dłonią.

– Jeszcze raz, ale powoli… – powiedział do Irminy. – Dziecko? Żywe dziecko?

– W komorze hibernacyjnej, tak! – Gorączkowała się Stawowa.

– Ale…, ale jak, skąd? Przecież… – Hilario rozłożył ręce.

– Musiała ukryć to przed startem – powiedziała Irmina. – Albo sama jeszcze nie wiedziała o ciąży.

Maurice wpatrywał się tępo w lekarkę.

– Dziecko miało wszystkie niezbędne substancje odżywcze, tak jak matka – mówiła dalej Irmina. – Rozwój mógł zostać spowolniony przez proces hibernacji, ale EKG nie wykazuje żadnych wyraźnych deformacji…

– Ale nie jest też w stu procentach dokładne…

– Nie, dopóki nie wyjmiemy jej z komory. No i nie wiem jak z rozwojem komórek mózgowych. Dziecko w trakcie ciąży potrzebuje dotyku, głosu matki i bodźców zewnętrznych. A tutaj… była tylko cisza.

– Cisza i sny…

– Co?

– Nie, nic – powiedział Hilario, łapiąc się za głowę. – To co proponujesz?

– Stan obojga jest stabilny, nie ryzykowałabym wybudzania ich teraz, to mogłoby wywołać poród – podjęła Stawowa. – Ale jak tylko wylądujemy, muszą zająć się nią specjaliści.

Hilario pokiwał głową i ponownie spojrzał na wyświetlacz tabletu. Wracają na Ziemię z całą ładownią niedoszłych osadników i jednym małym dodatkiem – pięćdziesięcioletnim nienarodzonym dzieckiem. Chryste Panie!

Rozdział 2

Kolejne dni były dla Hilaria jednocześnie nudne i przepełnione aktywnością. Nudne, ponieważ z całej trzyosobowej załogi miał najmniej do roboty – kurs na Ziemię był ustawiony, wymagał tylko drobnych korekt od czasu do czasu i tyle. A przepełnione aktywnością, bo cały czas ktoś czegoś od niego chciał. Zdążył odzwyczaić się od regularnych interakcji z innymi ludźmi i teraz powrót do normalności utrudniał jego wewnętrzny introwertyk, istnienia którego nie podejrzewał.

– Kapitanie, niech pan spojrzy na raport medyczny kolonistów. – To Irmina, drobiazgowa jak zawsze. – U niektórych widać oznaki atrofii. Nie powinni byli tak długo zostawać w kriośnie. Na Ziemi trzeba będzie ich od razu oddać pod opiekę medyczną.

– Ile mamy takich osób? – spytał Maurice.

– Dwadzieścia trzy spośród dwustu. To i tak nieźle, jak na okoliczności.

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Epilog

Punkty orientacyjne

Okładka