Dzieci rozwiedzionych rodziców. Utrata rodziny jako utrata siebie - Andrew Root - ebook

Dzieci rozwiedzionych rodziców. Utrata rodziny jako utrata siebie ebook

Andrew Root

0,0

Opis

Zawirowanie społeczne, samotność i długotrwałe cierpienie – widzimy, że tego doświadcza dziecko rozwiedzionych rodziców. Ale to nie wszystko. Niezależnie bowiem w jak przyjaznych warunkach dochodzi do rozstania rodziców, dziecko – ponieważ jest owocem związku matki i ojca – ma poczucie utraty siebie, utraty sensu swojego istnienia.

Andrew Root, uznany ekspert w dziedzinie duszpasterstwa młodzieży, sam będący dzieckiem rozwiedzionych rodziców, wyjaśnia, że rozwód podważa podstawową tożsamość dziecka. Twierdzi, że pomagając dzieciom rozwiedzionych rodziców, wpierw należy się zająć właśnie tym fundamentalnym doświadczeniem.

W przywołanych w książce świadectwach dzieci słyszymy, że to nie sam moment rozwodu jest tak trudny do zniesienia, ale fakt, że ogłoszenie końca wspólnoty rodziny rozciąga się zarówno w przyszłość, jak i w przeszłość („Dlaczego pojawiłem się na świecie, skoro oni nie są w stanie być ze sobą razem?”), odrywając tym samym dziecko od jego historii.

Ta wyjątkowa książka analizuje skutki rozwodu nie tylko z perspektywy teologicznej i duchowej, ale także z perspektywy młodego człowieka. Pomoże zarówno tym, którzy przechodzą lub przechodzili przez rozwód rodziców, jak i tym, którzy posługują w duszpasterstwie dzieci i młodzieży, w którym znajdują się takie osoby.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 339

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­nałuThe Chil­dren of Di­vorce: The Loss of Fa­mily as the Loss of Be­ing
Co­py­ri­ght © 2010 by An­drew Root Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Fun­da­cja Pro­do­teo, War­szawa 2025
Re­dak­tor pro­wa­dzącyKA­TA­RZYNA ŁO­PA­CIUK
Re­dak­cja ję­zy­kowaKA­TA­RZYNA ŁO­PA­CIUK
Ko­rektaMAG­DA­LENA MI­SIE­WICZ
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wychWOJ­CIECH SO­BO­LEW­SKI
Pro­jekt gra­ficzny książkiSTA­NI­SŁAW TU­CHOŁKA, Pan­book.pl
SkładMAŁ­GO­RZATA JAN­CZAK
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-67634-72-4 (PDF) ISBN 978-83-67634-64-9 (EPUB)
Fun­da­cja Pro­do­teo ul. Wy­brzeże Gdyń­skie 27, 01-531 War­szawapro­do­teo.pl e-book do­stępny na:con­tra­gen­ti­les.pl/ksie­gar­nia

Pa­mięci mo­jego na­uczy­ciela,Raya S. An­der­sona, który na­uczył mnie my­śleć

PRZED­MOWA

Wi­dzia­łem w jego oczach ból i mrok. Gdy roz­mowa scho­dziła na dzieci, spo­wal­niała. Był pierw­szym moim przy­ja­cie­lem, który się roz­wo­dził, bę­dąc oj­cem. Mia­łem wielu przy­ja­ciół, któ­rych ro­dzice się roz­wie­dli i któ­rzy stali się dziećmi „po roz­wo­dzie” (im przede wszyst­kim de­dy­ko­wana jest ta książka), ale on był pierw­szym moim przy­ja­cie­lem prze­cho­dzą­cym przez roz­wód jako ro­dzic. Gdy mó­wił o swych dzie­ciach, słowa ujaw­niały jego roz­darte serce. Le­d­wie mógł znieść ból, jaki wią­zał się z ca­łym tym do­świad­cze­niem. Uważ­nie słu­cha­łem, sie­dząc przy nim i współ­czu­jąc jego cier­pie­niu. Każdą ko­mórką, każdą tkanką mego or­ga­ni­zmu chcia­łem mu po­wie­dzieć to, co mó­wią wszy­scy roz­wo­dzący się ro­dzice i ich przy­ja­ciele, pra­gnący zła­go­dzić ból prze­szy­wa­jący im serca. Czu­łem, jak słowa ci­sną się na usta; jak moje wargi ukła­dają się, by wy­po­wie­dzieć to jedno zda­nie. Spo­wity gę­stym cie­niem cier­pie­nia przy­ja­ciela tak bar­dzo chcia­łem mu po­wie­dzieć: „Twoim dzie­ciom nic nie bę­dzie. Dzieci są od­porne. Tak długo, jak je­steś przy nich i po­wta­rzasz im, że je ko­chasz, nic im nie bę­dzie. Nie martw się”.

Te lub po­dobne słowa stały się man­trą, którą po­wta­rzamy roz­wo­dzą­cym się ro­dzi­com. Wtedy zro­zu­mia­łem dla­czego. Roz­wód jest bar­dzo bo­le­sny i nikt nie chce spoj­rzeć praw­dzie w oczy, że wy­da­rze­nie, za które w du­żym stop­niu sam po­nosi od­po­wie­dzial­ność, krzyw­dzi i bę­dzie krzyw­dzić jego uko­chane dzieci. Ale tak prze­cież jest! W ni­niej­szej książce pre­zen­tuję ro­zu­mo­wa­nie, które wielu uzna za nie­wy­godne. Ar­gu­men­tuję w niej bo­wiem, że roz­wód ro­dzi­ców po­zo­sta­wia w dzie­ciach (ta­kich jak ja) nie­za­tarty ślad; ślad na po­zio­mie eg­zy­sten­cjal­nym, do­ty­czący ich ist­nie­nia. Książka zmu­sza do zmie­rze­nia się z naj­głęb­szymi, naj­su­row­szymi i naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­cymi py­ta­niami, ja­kie sta­wiają so­bie osoby do­świad­cza­jące roz­wodu ro­dzi­ców; py­ta­niami tak fun­da­men­tal­nymi, że aż przy­tła­cza­ją­cymi: czy ta osoba może w ogóle ist­nieć, skoro ci, któ­rych zwią­zek jest od­po­wie­dzialny za jej za­ist­nie­nie, nie są już ra­zem? Je­śli jest ona owo­cem re­la­cji tych dwojga, to co dla ist­nie­nia tej osoby ozna­cza ze­rwa­nie owej re­la­cji i jej unie­waż­nie­nie?

Zdaję so­bie sprawę, że ci, któ­rzy, po­dob­nie jak mój przy­ja­ciel, stoją wo­bec groźby roz­bi­tego mał­żeń­stwa, mogą czuć się za­ata­ko­wani przez tę pracę. Nie jest moim za­mia­rem – po­wtó­rzę to jesz­cze raz – nie jest moim za­mia­rem ko­go­kol­wiek (w tym mo­ich ro­dzi­ców) za­smu­cać czy też w ko­goś ude­rzać na ko­lej­nych stro­nach. Uwa­żam jed­nak, że w obec­nej pu­blicz­nej (i ko­ściel­nej) de­ba­cie na te­mat ro­dziny i roz­wodu po­mija się coś waż­nego. To dla­tego pre­zen­tuję tę książkę „z bo­jaź­nią i drże­niem”. Za­pew­niam, że nie opie­ram się w niej na su­biek­tyw­nych od­czu­ciach, lecz wy­ko­nuję rze­telną pracę po­le­ga­jącą na włą­cze­niu prze­my­śleń wielu dys­cy­plin na­uko­wych i licz­nych per­spek­tyw do mo­ich roz­wa­żań. Uwzględ­niam w niej rów­nież wła­sne do­świad­cze­nia, lecz za­wsze za­cho­wu­jąc in­te­lek­tu­alną dys­cy­plinę. Wy­jąt­ko­wość tego pro­jektu po­lega nie tylko na tym, że po­ka­zuje nowy punkt wi­dze­nia na zja­wi­sko roz­wodu, ale także na tym, że czyni to po­przez uwzględ­nie­nie w dys­ku­sji so­cjo­lo­gii, psy­cho­lo­gii i teo­lo­gii oraz po­przez uka­za­nie związku mię­dzy re­flek­sją tych dzie­dzin a re­al­nym do­świad­cze­niem dzieci roz­wie­dzio­nych ro­dzi­ców.

Je­stem wi­nien po­dzię­ko­wa­nia wielu oso­bom, które przy­czy­niły się do po­wsta­nia tej książki. Wspa­niale pra­co­wało mi się z re­dak­to­rem Rod­neyem Clap­pem. Taki re­dak­tor, który nie tylko wie­rzy w pro­jekt, ale dzięki in­te­li­gen­cji, wie­dzy i współ­czu­ciu jest w sta­nie uchro­nić au­tora przed prze­sadą i po­waż­nymi błę­dami, daje po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. To praw­dziwe bło­go­sła­wień­stwo, że Rod­ney nad­zo­ro­wał tę pracę.

Je­stem rów­nież wi­nien go­rące po­dzię­ko­wa­nia Lu­ther Se­mi­nary, które za­pew­niło mi wa­runki do roz­wi­ja­nia tego i in­nych pro­jek­tów. Ukoń­czy­łem pi­sa­nie pod­czas urlopu na­uko­wego, szczo­drze udzie­lo­nego mi przez uczel­nię. Książka ta, po­dob­nie jak dwie moje po­przed­nie, pod wie­loma wzglę­dami od­po­wiada sta­no­wi­sku, na które zo­sta­łem po­wo­łany w Lu­ther Se­mi­nary: ad­iunkta w Ka­te­drze Dusz­pa­ster­stwa Ro­dziny i Mło­dzieży. Jej głów­nym te­ma­tem jest bo­wiem ro­dzina i bo­le­sna rze­czy­wi­stość roz­wodu.

Lu­ther Se­mi­nary za­pew­niło mi nie tylko czas na na­pi­sa­nie, ale także na­ukowe śro­do­wi­sko wspa­nia­łych ko­le­gów i stu­den­tów, któ­rzy ze­chcieli za­an­ga­żo­wać się w jej po­wsta­nie. Je­stem wi­nien wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia moim dwóm dro­gim przy­ja­ciół­kom i ko­le­żan­kom, The­re­sie La­tini i Amy Mar­dze, za prze­czy­ta­nie i sko­men­to­wa­nie ma­szy­no­pisu. Ich spo­strze­że­nia były nie­oce­nione. Jedna z mo­ich bar­dziej uta­len­to­wa­nych stu­den­tek, Me­gan Ko­ep­nick, rów­nież była na tyle uprzejma, że prze­czy­tała tekst przed dru­kiem, do­star­cza­jąc po­moc­nych in­for­ma­cji zwrot­nych na te­mat tre­ści i spo­so­bów uczy­nie­nia jej bar­dziej czy­telną.

Naj­więk­sze po­dzię­ko­wa­nia i mi­łość kie­ruję w stronę mo­jej ro­dziny: naj­pierw do Owena i Ma­isy, mo­ich dwóch naj­więk­szych skar­bów, oraz do mo­jej żony Kary, któ­rej hi­sto­ria rów­nież po­ja­wia się na tych stro­nach. Na­sze mał­żeń­stwo roz­po­częło się w pie­kle śmierci mał­żeństw na­szych ro­dzi­ców, ale w tym pie­kle, jako świad­ko­wie na­szego Pana, stwo­rzy­li­śmy ży­cie pełne piękna i cu­dów. Przed nami jesz­cze wiele, wiele de­kad...

WPRO­WA­DZE­NIE

Sie­dzia­łem przy oknie w sa­mo­lo­cie li­nii Nor­th­west le­cą­cym z Los An­ge­les do Min­ne­apo­lis, a mój nie­po­kój był więk­szy niż wy­so­kość lotu. Gdy prze­la­ty­wa­li­śmy nad pu­sty­nią w Ne­va­dzie, sku­pi­łem wzrok na gó­rach ry­su­ją­cych się na tle ró­żo­wego nieba i po­my­śla­łem so­bie: „Mam na­dzieję, że spad­niemy”. Myśl o sa­mo­lo­cie pę­dzą­cym ku pu­styn­nemu dnu i roz­bi­ja­ją­cym się o zie­mię w kuli ognia była bar­dziej po­cią­ga­jąca niż to, co cze­kało na mnie w Min­ne­apo­lis.

Sa­mo­lot się nie roz­bił. Gdy sze­dłem ode­brać ba­gaż, ogar­nął mnie strach. Za­uwa­ży­łem wyj­ścia awa­ryjne i za­czą­łem się za­sta­na­wiać, co by się stało, gdy­bym przez nie prze­biegł i za­kradł się na lot do Pe­kinu. Zje­cha­łem scho­dami ru­cho­mymi, wie­dząc, że wiodą mnie wprost w ob­ję­cia kosz­maru. Gdy do­tar­łem na pię­tro, gdzie od­biera się ba­gaże, a po­tem sze­dłem da­lej, czu­łem, jak na­pina się każdy mię­sień mo­jej szyi i ple­ców. Serce za­częło mi wa­lić, nogi stały się cięż­kie, a w ustach zro­biło się su­cho. I wtedy mój kosz­mar się ode­zwał: „Wi­taj w domu! Tak się cie­szymy, że cię wi­dzimy”. To byli moi ro­dzice.

Kosz­mar w za­sa­dzie za­czął się już sześć mie­sięcy wcze­śniej.

Po­przedni raz by­łem w Min­ne­apo­lis w Boże Na­ro­dze­nie. Pod­czas dwóch ty­go­dni spę­dzo­nych w domu moja dziew­czyna i ja (wtedy oboje by­li­śmy stu­den­tami) zde­cy­do­wa­li­śmy, że się po­bie­rzemy. Pod­eks­cy­to­wani po­wie­dzie­li­śmy o tym na­szym ro­dzi­nom, od któ­rych otrzy­ma­li­śmy słowa za­chęty i do­bre ży­cze­nia na przy­szłość. Gdy wra­ca­łem do Los An­ge­les, prze­la­ty­wa­łem nad tymi sa­mymi gó­rami, które kilka mie­sięcy póź­niej w stra­chu oglą­da­łem z okien sa­mo­lotu, ale na ra­zie nie­cier­pli­wie wy­cze­ki­wa­łem swo­jej przy­szło­ści. Kiedy na ter­mi­nalu lot­ni­ska LAX otwo­rzyły się drzwi sa­mo­lotu i ude­rzyło we mnie cie­płe po­wie­trze po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii, po­czu­łem się speł­niony, szczę­śliwy i pe­łen na­dziei.

Jed­nak pew­nej zim­nej, desz­czo­wej nocy w Los An­ge­les wszystko się zmie­niło. Wró­ci­łem późno do domu po za­ję­ciach i od­słu­cha­łem na po­czcie gło­so­wej wia­do­mość od mo­jej roz­go­rącz­ko­wa­nej na­rze­czo­nej. Po­bie­głem do jej miesz­ka­nia, gdzie szlo­chała, le­żąc sku­lona na łóżku. Jej matka zna­la­zła w kom­pu­te­rze ojca, bo­ha­tera mo­jej na­rze­czo­nej, kom­pro­mi­tu­jące ma­te­riały, w tym li­sty mi­ło­sne do i od in­nej ko­biety. Mał­żeń­stwo jej ro­dzi­ców roz­pa­dło się kilka mie­sięcy przed tym, za­nim my się po­bra­li­śmy.

Na­sze ży­cie zdo­mi­no­wał żal. Roz­pad mał­żeń­stwa ro­dzi­ców mo­jej dziew­czyny zże­rał ją od środka. W wieku dwu­dzie­stu trzech lat Kara za­częła kwe­stio­no­wać to, kim jest i ja­kie jest jej miej­sce w świe­cie. Nie były to zwy­kłe py­ta­nia o geo­gra­ficzną lo­ka­li­za­cję na­szego przy­szłego ży­cia, typu: „Gdzie bę­dziemy spę­dzać Boże Na­ro­dze­nie?” czy „Co zro­bimy z do­mem, w któ­rym do­ra­sta­łam?” – choć rów­nież i te my­śli były bo­le­sne. Bar­dziej nie­po­ko­jące py­ta­nia miały cha­rak­ter eg­zy­sten­cjalny; zda­wały się po­cho­dzić z sa­mego rdze­nia jej ist­nie­nia. Czę­sto dzwo­niła do mnie w środku nocy prze­ra­żona, obu­dzona z głę­bo­kiego snu. Czuła się tak, jakby roz­łam w mał­żeń­stwie jej ro­dzi­ców był roz­ła­mem w jej wła­snej eg­zy­sten­cji. Wie­lo­krot­nie po­wta­rzała: „Mu­szę za­cząć wszystko od nowa. Na se­rio, kim je­stem?”.

Był Me­mo­rial Day[1], kiedy jej py­ta­nia stały się mo­imi. Wró­ci­li­śmy z Kan­sas City, gdzie sio­stra Kary wła­śnie wy­szła za mąż. Był to pierw­szy raz, kiedy Kara wi­działa się z oj­cem, od­kąd roz­stał się z jej matką. Myśl o spo­tka­niu z nim pa­ra­li­żo­wała ją przez wiele ty­go­dni i choć było ono trudne, prze­ży­li­śmy. Sie­dzia­łem nad ar­ty­ku­łem, gdy za­dzwo­nił te­le­fon. To był mój oj­ciec. Po­nie­waż dzwo­nił w święto, nie by­łem za­sko­czony te­le­fo­nem. Za­czął od py­ta­nia, co u mnie sły­chać, więc my­śla­łem, że za­czy­namy cał­kiem zwy­czajną roz­mowę. Z tym prze­ko­na­niem zre­la­cjo­no­wa­łem mu wszyst­kie błahe wy­da­rze­nia z ostat­niego czasu, a na­stęp­nie od­po­wie­dzia­łem tym sa­mym ru­ty­no­wym: „A co tam u was?”.

„Wła­ści­wie to bar­dzo wiele” – od­po­wie­dział. Przez na­stępne dwa­dzie­ścia mi­nut tłu­ma­czył, że za­równo moja matka, jak i on mieli ro­mans w trak­cie trwa­nia mał­żeń­stwa. Wy­ja­śnił, że nie wie­dzą, co bę­dzie da­lej, ale chcą, że­bym był na bie­żąco. W ciągu kilku na­stęp­nych dni oboje ro­dzice za­pew­niali mnie w roz­mo­wach te­le­fo­nicz­nych, że za­mie­rzają przez to przejść wspól­nie, że spró­bują ura­to­wać swoje mał­żeń­stwo. Od po­czątku w to wąt­pi­łem. Ni­gdy nie by­łem wta­jem­ni­czony w szcze­góły, ale od lat zda­wa­łem so­bie sprawę z kru­cho­ści ich związku. Te­raz, do­wia­du­jąc się o ich nie­wier­no­ści, po­czu­łem się, po­dob­nie jak Kara, jak­bym zo­stał we­ssany w ciemną ot­chłań. Za­czą­łem się au­ten­tycz­nie za­sta­na­wiać, kim je­stem i czy moje ist­nie­nie opiera się na czymś trwa­łym? Nie mo­głem się oprzeć wra­że­niu, że ich czyny były ata­kiem na moją osobę; że do­tknęły jej rdze­nia. W końcu cał­kiem do­słow­nie by­łem owo­cem ich mi­ło­ści i po­świę­ce­nia. Po­wsta­łem z ich związku, z ich obo­pól­nego pra­gnie­nia, które stwo­rzyło wspól­notę zwaną „ro­dzi­cami”, po to, aby mnie ko­chać i się mną opie­ko­wać. Ist­nia­łem dzięki ich wy­bo­rowi, a te­raz ich wy­bo­rem było znisz­czyć wspól­notę, która mnie stwo­rzyła. Roz­pad ich związku za­gra­żał mi na po­zio­mie on­to­lo­gicz­nym, to zna­czy wstrzą­snął moją eg­zy­sten­cją, moim ist­nie­niem.

To wła­śnie dla­tego pod­czas tam­tego lotu do Min­ne­apo­lis chcia­łem, aby co­kol­wiek, choćby ka­ta­strofa lot­ni­cza, prze­szko­dziło w moim pierw­szym spo­tka­niu z ro­dzi­cami od czasu ich wy­zna­nia. Kara i ja wra­ca­li­śmy do Min­ne­apo­lis, aby sfi­na­li­zo­wać na­sze ślubne plany. Co za iro­nia losu, że w tym krót­kim, sze­ścio­mie­sięcz­nym okre­sie od na­szych za­rę­czyn zdą­żyły się roz­paść oba prze­szło dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nie mał­żeń­stwa na­szych ro­dzi­ców!

Kara i ja po­bra­li­śmy się kilka mie­sięcy póź­niej. Na przy­ję­ciu we­sel­nym jej ro­dzice za­jęli miej­sca po prze­ciw­nych stro­nach sali. Moi ro­dzice co prawda sie­dzieli obok sie­bie, uda­jąc, że wszystko jest w po­rządku, lecz po po­wro­cie do domu spali w róż­nych po­ko­jach. Po pew­nym cza­sie na­pię­cie stało się zbyt duże i ich roz­wód oka­zał się nie­unik­niony. Gdy nad­cho­dził wiel­kimi kro­kami, moja matka sta­rała się o nim ze mną roz­ma­wiać. Pró­bo­wała wy­ja­śnić, że wy­szła za mąż młodo i że przez wiele lat czuła się nie­szczę­śliwa. Tłu­ma­czyła, że gdyby mo­gła cof­nąć czas, to nie po­ślu­bi­łaby mo­jego ojca. Wi­dzia­łem, jak to wszystko bo­le­śnie prze­ży­wała. Ro­zu­mia­łem, że roz­sta­nie bę­dzie dla niej ulgą i wy­zwo­le­niem, ale jed­no­cze­śnie czu­łem, że jej wy­zwo­le­nie ozna­cza mój ucisk.

Gdy ona mó­wiła o uldze i bólu zwią­za­nym z przy­zna­niem, że jej mał­żeń­stwo skoń­czyło się po­rażką, ja od­czu­wa­łem wy­łącz­nie prze­graną wspól­noty, która była źró­dłem mo­jego ist­nie­nia. Kiedy słu­cha­łem jej ci­chych i szcze­rych wy­ja­śnień, do­świad­cza­łem, jak po­now­nie osu­wam się w nie­byt. Czu­łem się otę­piały, zo­bo­jęt­niały, ode­rwany. Moja ro­dzina ni­gdy nie była ide­alna, ale była moją ro­dziną. Te­raz, gdy się roz­pa­dała, wy­da­wało mi się, że tracę grunt pod no­gami. Jak w koń­co­wej sce­nie Po­wrotu do przy­szło­ści, kiedy wszystko wska­zuje na to, że Marty’emu nie uda się po­łą­czyć swo­ich na­sto­let­nich ro­dzi­ców, więc chło­pak staje się prze­zro­czy­sty. Czu­łem, jak­bym roz­pły­wał się w ni­co­ści.

ROZ­WÓD JAKO DO­ŚWIAD­CZE­NIE PO­KO­LE­NIOWE

Od lat sie­dem­dzie­sią­tych roz­wód stał się w na­szej kul­tu­rze czymś po­wszech­nym. Wraz z wpro­wa­dze­niem roz­wo­dów bez orze­ka­nia o wi­nie wiele osób uwol­niło się od nie­szczę­śli­wych i nie­speł­nia­ją­cych ocze­ki­wań mał­żeństw. Dla po­ko­le­nia lu­dzi uro­dzo­nych w póź­nych la­tach sześć­dzie­sią­tych i na­stęp­nych roz­wód jest czymś tak pro­za­icz­nym, jak płatki śnia­da­niowe czy te­le­wi­zja ka­blowa. Ro­dzi­com po­wta­rza się, że je­śli spraw­nie prze­pro­wa­dzą sprawę roz­wo­dową, to ich roz­sta­nie bę­dzie tylko mi­ni­mal­nym za­kłó­ce­niem w ży­ciu dzieci, po­rów­ny­wal­nym ze zmianą szkoły lub prze­pro­wadzką do no­wej dziel­nicy. Jed­nak mło­dzi, któ­rzy prze­żyli roz­wód swo­ich ro­dzi­ców, co­raz czę­ściej kwe­stio­nują tę tezę. Bio­gra­fie typu The Love They Lost au­tor­stwa Ste­pha­nie Staal, filmy ta­kie jak Walka ży­wio­łów w re­ży­se­rii Noah Baum­ba­cha czy pio­senki wy­ko­naw­ców mu­zyki pop, jak Stay To­ge­ther for the Kids Blink 182, Bro­ken Home Papa Ro­ach czy Fa­mily Por­trait Pink, bar­dzo wy­ra­zi­ście przed­sta­wiają za­równo po­cząt­kowy, jak i cią­gły ból spo­wo­do­wany roz­wo­dem ro­dzi­ców. Być może ra­cję ma Staal, gdy twier­dzi, że roz­wód jest ele­men­tem de­fi­niu­ją­cym po­ko­le­nia Ame­ry­ka­nów uro­dzo­nych po 1970 roku, tak jak za­bój­stwo pre­zy­denta Ken­nedy’ego de­fi­nio­wało po­ko­le­nie ich ro­dzi­ców, a zbom­bar­do­wa­nie Pe­arl Har­bor po­ko­le­nie ich dziad­ków.

W tej książce przy­glą­dam się roz­wo­dowi z per­spek­tywy dziecka, ba­da­jąc wpływ tego wy­da­rze­nia na dzieci (za­równo małe, jak i star­sze). Nie będę wy­da­wać są­dów o mo­ral­no­ści lub nie­mo­ral­no­ści roz­wodu. Nie prze­czę, że w nie­któ­rych sy­tu­acjach jest on nie­zbędny do tego, by skoń­czyło się znę­ca­nie czy też od­czło­wie­cza­nie. Uznaję, że z per­spek­tywy ro­dzica roz­wód może się nie­kiedy wy­da­wać roz­pacz­li­wie wy­cze­ki­wa­nym wy­zwo­le­niem. Po­wtó­rzę jed­nak, że w tej książce nie sku­piam się na punk­cie wi­dze­nia ro­dzica, lecz dziecka. Na­wet wtedy, gdy roz­wód jest bło­go­sła­wień­stwem dla jed­nego lub obojga ro­dzi­ców, może być on ci­chym kosz­ma­rem dla dziecka. Sta­wiam w tej pracy tezę, że wszyst­kie roz­wody po­zo­sta­wiają w dzie­ciach trwałe ślady, które do­ty­kają rdze­nia ich bytu. (Choć głów­nym te­ma­tem ni­niej­szej książki są roz­wody, to ar­gu­men­ta­cja w niej za­warta od­nosi się rów­nież do osób, które co prawda ni­gdy nie prze­żyły roz­wodu swo­ich ro­dzi­ców, ale albo nie miesz­kały z oboj­giem swo­ich bio­lo­gicz­nych ro­dzi­ców, albo ich nie znały).

Je­stem prze­ko­nany, że na­sze czło­wie­czeń­stwo (i samo na­sze ist­nie­nie) jest pod­trzy­my­wane przez wspól­notę. A dla każ­dego z nas naj­bar­dziej zna­czącą i pod­sta­wową wspól­notą jest ta, którą two­rzą bio­lo­giczna matka i bio­lo­giczny oj­ciec. Bez ich związku nie by­łoby dziecka. Znisz­cze­nie tej wspól­noty sta­nowi więc za­gro­że­nie dla jego bytu.

Roz­wód nie po­wi­nien być za­tem po­strze­gany jako roz­pad jed­nostki spo­łecz­nej, lecz jako roz­pad wspól­noty, od któ­rej za­leży toż­sa­mość dziecka. Roz­wód to coś znacz­nie wię­cej niż re­alia psy­cho­lo­giczne czy so­cjo­lo­giczne. Cho­dzi w nim o coś po­waż­niej­szego niż straty eko­no­miczne lub utrata sta­bil­no­ści psy­cho­lo­gicz­nej czy też ka­pi­tału spo­łecz­nego. Roz­wód jest za­gro­że­niem dla sa­mej on­to­lo­gii dziecka, jego bytu. Wła­śnie to za­gro­że­nie od­czu­wa­li­śmy z Karą; wła­śnie o tym za­gro­że­niu śpiewa się w pio­sen­kach i przed­sta­wia się je w fil­mach. Roz­pad związku, który zro­dził dziecko, na­raża je nie tylko na szkody psy­cho­lo­giczne i spo­łeczne, ale rów­nież eg­zy­sten­cjalne[2].

W swych roz­wa­ża­niach in­spi­ruję się my­ślą fi­lo­zo­fów (przede wszyst­kim Mar­tina He­ideg­gera), so­cjo­lo­gów (przede wszyst­kim An­thony’ego Gid­densa) i teo­lo­gów (przede wszyst­kim Karla Bar­tha). Wszy­scy oni twier­dzą, że czło­wiek może ist­nieć tylko w od­nie­sie­niu do in­nych lu­dzi. Ist­nieć można tylko w ja­kimś kon­kret­nym miej­scu. He­ideg­ger okre­śla ta­kie by­cie mia­nem je­ste­stwa (Da­sein), „by­cia-tu-oto”. Dziecko ist­nieje dzięki związ­kowi swo­ich bio­lo­gicz­nych ro­dzi­ców. Bez nich nie ma też i dziecka. Kiedy do­cho­dzi do roz­wodu, se­pa­ra­cji czy też je­den z bio­lo­gicz­nych ro­dzi­ców jest przez dłuż­szy czas nie­obecny w domu, to swoim dzia­ła­niem owi ro­dzice wy­ra­żają, a cza­sem na­wet wprost ko­mu­ni­kują, że chcą, by ich związku już nie było. Jed­nak dziecko jest owo­cem ich związku. Jego pier­wotną re­la­cją jest sto­su­nek do wspól­noty zwa­nej ro­dziną.

Ba­da­niem roz­wo­dów zaj­mują się psy­cho­lo­go­wie i so­cjo­lo­go­wie. Z uwagi na spo­łeczny cha­rak­ter roz­wodu oraz ze względu na to, że wpły­wają nań oso­bi­ste emo­cje i de­cy­zje, wy­daje się, że to wła­śnie te dwie na­uki są naj­le­piej przy­go­to­wane do zmie­rze­nia się z tym za­gad­nie­niem. Twier­dzę jed­nak, że osoby do­świad­cza­jące roz­wodu swo­ich ro­dzi­ców prze­ży­wają go na głęb­szym po­zio­mie eg­zy­sten­cjal­nym, a w związku z tym w ni­niej­szej pracy po­wo­łuję się nie tylko na prace so­cjo­lo­gów, ta­kich jak An­thony Gid­dens, lecz rów­nież na fi­lo­zo­fię eg­zy­sten­cjalną Mar­tina He­ideg­gera i teo­lo­gię Karla Bar­tha. An­tro­po­lo­gia teo­lo­giczna Bar­tha po­może nam do­strzec, w jaki spo­sób by­cie we wspól­no­cie jest istot­nym ele­men­tem na­szego czło­wie­czeń­stwa.

Książka ta nie jest ana­li­zo­wa­niem roz­wodu środ­kami teo­lo­gicz­nymi, lecz ra­czej za­sto­so­wa­niem roz­wa­żań teo­lo­gicz­nych do prak­tyki. Ozna­cza to, że cho­ciaż to teo­lo­gii (dzia­ła­niu Boga) po­świę­cam naj­wię­cej uwagi, to do zro­zu­mie­nia na­szego do­świad­cze­nia (ludz­kiego dzia­ła­nia) będę się sta­rał wy­ko­rzy­stać inne per­spek­tywy i dys­cy­pliny na­ukowe. Teo­ria spo­łeczna, psy­cho­lo­gia, hi­sto­ria i fi­lo­zo­fia zo­staną włą­czone do dia­logu z teo­lo­gią w celu do­głęb­nego zba­da­nia wpływu i zna­cze­nia roz­wodu dla ży­cia dziecka.

Moja ogólna teza głosi, że roz­wód jest za­gad­nie­niem eg­zy­sten­cjal­nym, wpły­wa­ją­cym na na­sze by­cie-w-świe­cie. Z tego względu w pierw­szym roz­dziale ana­li­zuję hi­sto­rię ro­dziny z kręgu kul­tury Za­chodu, przy­glą­da­jąc się, jak na prze­strzeni wie­ków ro­zu­miano dzie­ciń­stwo i samo mał­żeń­stwo. Roz­wód jest in­sty­tu­cją tak starą jak mał­żeń­stwo, ale, jak jesz­cze zo­ba­czymy, daw­niej w ni­czym nie przy­po­mi­nał dzi­siej­szego. W prze­szło­ści za­równo mał­żeń­stwo, jak i roz­wód rzadko były de­cy­zjami po­wo­do­wa­nymi mi­ło­ścią i oso­bi­stym speł­nie­niem, lecz ra­czej zy­skiem eko­no­micz­nym lub po­li­tycz­nym. Od­kąd mo­ty­wem mał­żeń­stwa i roz­wodu stały się, od­po­wied­nio, mi­łość lub jej brak, mamy do czy­nie­nia z kom­plet­nie in­nym zja­wi­skiem. W pierw­szym roz­dziale przyj­rzymy się, jak te zmiany wpły­nęły na mło­dych lu­dzi do­tknię­tych roz­wo­dem ro­dzi­ców.

W dru­gim roz­dziale zba­dam, w jaki spo­sób kul­tu­rowe prze­miany póź­nej no­wo­cze­sno­ści roz­po­wszech­niły roz­wód w na­szej co­dzien­no­ści. Opie­ra­jąc się na teo­rii spo­łecz­nej An­thony’ego Gid­densa, prze­ana­li­zuję, w jaki spo­sób późna no­wo­cze­sność zmie­nia spo­sób for­mo­wa­nia toż­sa­mo­ści na kon­stru­owa­nie jej po­przez in­tym­ność i jak to wpływa na na­sze by­cie i spraw­czość w świe­cie. W trze­cim roz­dziale, po­dą­ża­jąc za my­ślą Gid­densa, przyj­rzę się te­ma­towi ży­cia spo­łecz­nego jako za­pew­nia­ją­cego lu­dziom bez­pie­czeń­stwo on­to­lo­giczne i temu, jak roz­wód w tym kon­tek­ście ude­rza w ich byt.

Czwarty roz­dział po­świę­cony bę­dzie teo­lo­gii, a w szcze­gól­no­ści dziełu Karla Bar­tha. Teo­log ten twier­dził, że na­sze czło­wie­czeń­stwo jest zwią­zane z re­la­cyjną wspól­notą spraw­czo­ści, po­dob­nie jak re­la­cyjny jest byt Trójcy Świę­tej, która działa z nami i dla nas. Od­kry­jemy w tym roz­dziale, ja­kie kon­se­kwen­cje ma ta re­la­cyjna per­spek­tywa teo­lo­giczna dla na­szego ro­zu­mie­nia wpływu roz­wodu na mło­dych lu­dzi.

Głów­nym te­ma­tem pią­tego roz­działu jest idea imago Dei (ob­razu Boga). Teo­lo­gia Bar­tha wpływa na jego po­glądy an­tro­po­lo­giczne (stu­dium tego, co to zna­czy być czło­wie­kiem w re­la­cji do Boga). Aby po­wią­zać teo­rię Bar­tha z za­gad­nie­niem roz­wodu, umiesz­czam jego myśl w kon­tek­ście teo­rii re­la­cji z obiek­tem.

We wszyst­kich roz­dzia­łach będę od­no­sił po­wyż­sze teo­rie in­ter­dy­scy­pli­narne do do­świad­cze­nia mło­dych lu­dzi do­tknię­tych roz­wo­dem ro­dzi­ców. Na ko­lej­nych stro­nach po­ru­szę ta­kie za­gad­nie­nia, jak mit do­brego roz­wodu, ży­cie po­mię­dzy dwoma świa­tami, kwe­stia oj­czyma i ma­co­chy oraz przy­bra­nych ro­dzin, róż­nica mię­dzy roz­wo­dem a śmier­cią ro­dzica oraz kwe­stia obaw od­czu­wa­nych przez wielu mło­dych lu­dzi w sto­sunku do wła­snych zo­bo­wią­zań i po­szu­ki­wa­nia mi­ło­ści. Umiesz­cza­jąc te te­maty w kon­tek­ście licz­nych teo­rii na­uko­wych, chcę po­ka­zać, że po­win­ni­śmy wi­dzieć roz­wód jako coś wię­cej niż tylko pro­blem pra­wi­dło­wego spo­sobu my­śle­nia (na przy­kład: „roz­wód nie był twoją winą”) czy też utrzy­ma­nia spo­łecz­nej so­li­dar­no­ści (co so­cjo­lo­go­wie na­zy­wają ka­pi­ta­łem spo­łecz­nym). Win­ni­śmy ra­czej po­strze­gać go jako rze­czy­wi­stość osa­dzoną głę­boko w na­szej eg­zy­sten­cji i wpły­wa­jącą na na­sze by­cie-w-świe­cie.

Wresz­cie w ostat­nim, szó­stym roz­dziale po­dzielę się swo­imi uwa­gami na te­mat tego, co wspól­noty ko­ścielne, li­de­rzy tychże wspól­not, ro­dzice lub dziad­ko­wie mo­gliby zro­bić, aby po­móc tym, któ­rzy cier­pią z po­wodu utraty swo­jej pier­wot­nej wspól­noty ro­dzin­nej.

ZA­STRZE­ŻE­NIE ORAZ WNIO­SEK Z MO­JEJ OSO­BI­STEJ HI­STO­RII

Za­nim przejdę do wła­ści­wych roz­wa­żań, po­wi­nie­nem jesz­cze od­nieść się do waż­nego pro­blemu, który może nie­po­trzeb­nie roz­pra­szać czy­tel­nika w trak­cie lek­tury. Kwe­stię tę naj­le­piej przed­sta­wić w for­mie py­ta­nia: czy je­stem prze­ciwny in­nym ro­dzi­nom niż te bio­lo­giczne? Wska­zy­wa­łem już, że do­pusz­czam moż­li­wość, iż nie­które pełne ro­dziny są tak prze­nik­nięte nie­na­wi­ścią i wza­jem­nym lek­ce­wa­że­niem, że cho­ciaż ro­dzice są po­zor­nie ra­zem, to ro­dzina ta jest tylko sko­rupą i nie ma w niej we­wnętrz­nego ży­cia wspól­noty, na któ­rym mógłby się oprzeć byt dziecka. Dla­tego ro­dziny te można uznać za de facto roz­wie­dzione. W tym miej­scu chciał­bym do­dać, że ro­dziny mie­szane, ro­dziny przy­brane, ro­dziny ad­op­to­wa­nych dzieci, ro­dziny two­rzone przez ro­dzi­ców przy­bra­nych lub ho­mo­sek­su­al­nych mogą być zdrowe i ży­wotne. Nie chcę ich dys­kre­dy­to­wać, ale, jak to czę­sto wi­dać w przy­padku dzieci ad­op­to­wa­nych, tę­sk­nota za wię­zią z bio­lo­gicz­nymi ro­dzi­cami jest bar­dzo silna. Dzieci ad­op­to­wane, mimo iż czę­sto są wdzięczne swoim obec­nym ro­dzi­nom i za­do­wo­lone z nich, pra­gną ja­kiejś formy re­la­cji z bio­lo­gicz­nymi ro­dzi­cami. Można po­wie­dzieć, że ich byt tę­skni za łącz­no­ścią ze swoim źró­dłem. Dla­tego też, choć re­la­cje bio­lo­giczne nie de­fi­niują ro­dziny (co po­twier­dzam), to mimo wszystko za nimi tę­sk­nimy, jako że po­zwa­lają nam one po­łą­czyć swój byt z by­tem tych, któ­rzy są od­po­wie­dzialni za na­sze za­ist­nie­nie.

To po­wie­dziaw­szy, zwra­cam uwagę, że książka ta nie po­winna być od­czy­ty­wana jako we­zwa­nie do po­wrotu do tak zwa­nej tra­dy­cyj­nej (nu­kle­ar­nej) ro­dziny pa­triar­chal­nej. Sku­piam się ra­czej na do­świad­cze­niach dzieci. Uwa­żam, że w bio­lo­gicz­nej wspól­no­cie ojca, matki i dziecka (dzieci) jest pewna ta­jem­nica, ale po­nie­waż to ta­jem­ni­cze wza­jemne od­nie­sie­nie ist­nień jest na­ra­żone na nad­uży­cia, to roz­wód i se­pa­ra­cja po­zo­stają ja­kąś ewen­tu­al­no­ścią. Ni­niej­szą pracą mam na­dzieję po­ka­zać, że po­moc dzie­ciom zma­ga­ją­cym się z roz­wo­dem ro­dzi­ców, ich se­pa­ra­cją lub nie­obec­no­ścią bio­lo­gicz­nego ro­dzica to coś wię­cej niż tylko po­moc psy­cho­lo­giczna i spo­łeczna. Pod uwagę na­leży wziąć rów­nież kwe­stie eg­zy­sten­cjalne. Po­dej­mo­wane przez nas dzia­ła­nia winny mieć na celu nie tylko za­pew­nie­nie dziecku sta­bil­no­ści emo­cjo­nal­nej i eko­no­micz­nej, ale rów­nież (a ja uwa­żam, że na­wet przede wszyst­kim) za­pew­nie­nie mu miej­sca we wspól­no­cie cier­pią­cej mi­ło­ści.

Być może naj­lep­szym pod­su­mo­wa­niem mo­jego sta­no­wi­ska w tych za­wi­łych spra­wach bę­dzie chwi­lowy po­wrót do mo­jej oso­bi­stej hi­sto­rii. Mał­żeń­stwo mo­ich ro­dzi­ców prze­trwało pra­wie dwa lata, po tym jak mój oj­ciec po raz pierw­szy za­alar­mo­wał mnie o ta­ra­pa­tach w ich związku. W ciągu tych dwóch lat moja żona i ja stwo­rzy­li­śmy dla sie­bie dom, po­dró­żo­wa­li­śmy ra­zem po świe­cie i dzie­li­li­śmy się na­szymi naj­głęb­szymi na­dzie­jami i lę­kami. Pew­nego póź­nego wie­czoru za­dzwo­niła do mnie moja matka. W jej gło­sie wy­ra­żał się smu­tek: „Chcia­łam tylko, że­byś wie­dział, że nasz roz­wód w końcu do­szedł do skutku. To ko­niec i jest mi smutno z tego po­wodu; ni­gdy tego nie chcia­łam, ale to ko­niec”. Współ­czu­łem jej, ale by­łem już kimś in­nym. Te­le­fon od ojca dwa lata wcze­śniej po­grą­żył mnie w kry­zy­sie toż­sa­mo­ści i spo­wo­do­wał go­rącz­kowe po­szu­ki­wa­nia so­lid­nego gruntu pod no­gami. Te­raz, sły­sząc wie­ści od matki, by­łem znacz­nie spo­koj­niej­szy. Dla­czego? Być może dla­tego, że tym ra­zem wia­do­mość była mniej za­ska­ku­jąca niż pierw­szy te­le­fon ojca, ale prze­cież o ich kło­po­tach mał­żeń­skich wie­dzia­łem na długo przed tą pierw­szą roz­mową. Mo­gło być też tak, że by­łem po pro­stu star­szy, choć z dru­giej strony róż­nica mię­dzy dwu­dzie­stocz­te­ro­lat­kiem a dwu­dzie­sto­sze­ścio­lat­kiem nie wy­daje się aż tak duża.

Gdy matka kon­ty­nu­owała roz­mowę, mój wzrok sku­pił się na Ka­rze. Słu­cha­jąc złych wia­do­mo­ści, moje spoj­rze­nie od­na­la­zło jej spoj­rze­nie. Wie­dzia­łem, że na­leżę do niej, że moja osoba i mój byt mają swoje miej­sce obok jej bytu i osoby. Mia­łem nową wspól­notę; nowy stały grunt pod no­gami. Mój byt był w niej za­bez­pie­czony. Bli­zny i żal po roz­wo­dzie mo­ich ro­dzi­ców po­zo­stały, ale nie czu­łem się już nie­wi­dzialny czy zra­niony. Zna­la­złem nową wspól­notę dla mo­jego bytu, stwo­rzoną z mi­ło­ści i wspól­nego cier­pie­nia. Jako teo­log mam na­dzieję, że wspól­noty wie­rzą­cych mogą stać się ta­kimi wspól­no­tami cier­pią­cej mi­ło­ści, stwo­rzo­nymi wo­kół cier­pią­cej mi­ło­ści Boga w Je­zu­sie Chry­stu­sie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

WPRO­WA­DZE­NIE
[1] Ame­ry­kań­skie święto pań­stwowe ob­cho­dzone w ostatni po­nie­dzia­łek maja, upa­mięt­nia­jące oby­wa­teli Sta­nów Zjed­no­czo­nych, któ­rzy zgi­nęli w trak­cie peł­nie­nia służby pań­stwo­wej (przyp. tłum.).
[2] Śmierć ro­dzica nie po­wo­duje ta­kiego eg­zy­sten­cjal­nego pęk­nię­cia w dziecku jak roz­wód, po­nie­waż w tym pierw­szym przy­padku zwią­zek mał­żeń­ski nie zo­stał ze­rwany ce­lowo, lecz przez tra­ge­dię, a wspól­nota ro­dzinna jako ca­łość opła­kuje utra­co­nego ro­dzica i o nim pa­mięta, pod­trzy­mu­jąc w ten spo­sób ca­łość wspól­noty na­wet wo­bec jej uszczerbku. Kwe­stia ta zo­sta­nie sze­rzej omó­wiona w pierw­szym roz­dziale.