Dwuświat. Księga IV. Odnowa - Wojciech Wolnicki - ebook

Dwuświat. Księga IV. Odnowa ebook

Wolnicki Wojciech

0,0

Opis

Finałowy tom dystopijnej tetralogii o podzielonym, pozbawionym ideałów świecie.

Czas mija i leczy rany, a przynajmniej pozwala o nich zapomnieć. Dzieci dorastają, dorośli się starzeją. Nikt już nie chce zmian, wywracających ponownie do góry nogami życie, któremu z takim trudem udało się przywrócić jeśli nie normalność, to chociaż jej pozory. Ale zmiany zbliżają się nieuchronnie. Władczyni Floris, kapłanka Ae, pogrąża się w szaleńczych rojeniach o swym boskim pochodzeniu. Ster rządów coraz częściej przejmują od niej inni. W sąsiednim Inco społeczeństwo coraz mocniej odczuwa skutki kryzysu wywołanego kosztowną wojną. Absolutta zaś nie czuje się usatysfakcjonowana pokojem. Wierzy, że zdoła podbić Floris i objąć swym panowaniem cały świat. Atak przyjdzie z niespodziewanej strony i dotknie boleśnie obydwa skonfliktowane państwa. W cieniu gór, z dala od oczu ludzkich i mechanicznych szpiegów obu społeczeństw, wyrosła nowa, potężna siła.

Kto będzie władał Wszechziemią? Która ideologia przetrwa zawieruchę? Czy w tym szalonym czasie istnieje cień nadziei, że Jasmin odzyska córki?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 625

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Wojciech Wolnicki, 2026

Copyright © for the Polish ebook edition by XAUDIO Sp. z o. o., 2026

Projekt okładki: XAUDIO Sp. z o. o.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

Warszawa, 2026

ISBN 978-83-8341-226-9

Wydawca:

XAUDIO Sp. z o.o.

e-mail: [email protected]

www.xaudio.pl

Fragment

Rozdział 1.

Rozdział 2.

Rozdział 3.

Rozdział 4.

Rozdział 5.

Rozdział 6.

Rozdział 7.

Rozdział 8.

Rozdział 9.

Rozdział 10.

Rozdział 11.

Rozdział 12.

Rozdział 13.

Rozdział 14.

Rozdział 15.

Rozdział 16.

Rozdział 17.

Rozdział 18.

Rozdział 19.

Rozdział 20.

Od autora

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

„Jeszcze nigdy ludzkość nie żyła w takim lęku jak obecniei nigdy nie miała po temu tylu powodów”.

Bertrand Russell

Rozdział 1.

Idylla

Wszystko jest po coś – pomyślała Jasmin, lustrując wnętrze domu Ghaidenga Ru. Zatrzymała wzrok na stercie zwojów zapisanych starojęzykiem. Każdy zawierał relację z jednego dnia życia Patri, a także jakieś ukryte przesłanie. Dziś nie chciało jej się czytać, choć kawałki papirusu kusiły, by odkryć ich zawartość. Zerknęła w stronę kredensu lśniącego patyną wielu pokoleń. Dziesiątki malusieńkich szufladek z fikuśnymi uchwytami przypominającymi ludzkie gałki oczne zerkały zalotnie, zapraszały, by ktoś je otworzył i zaczął w nich buszować. Jasmin przeszła obok mebla i stanęła w progu sąsiedniej izby. Tam, przy stole, siedział kościotrup jej byłego męża, Addama. Poznała go po ulubionej pozie. Pokrywała go niemal przezroczysta skóra, mgiełka, a może ochronny woal. Głowę miał zwróconą w stronę wiadomości wyświetlanych na ścianie z podręcznego komunikatora. Ich lista zdawała się nie kończyć. To były same dobre wieści. O tym, że zakończyła się wojna, że wynaleziono lekarstwo przedłużające człowieczy żywot, że we Wszechziemi jest tyle samo mężczyzn i kobiet, a poprzednie złe wieści były tylko politycznym żartem ironizującej w kółko teatromanii. Addam uśmiechnął się do Jasmin, figlarnie wyginając nieco opadniętą szczękę, po czym mrugnął niewidzialnym okiem, a w zasadzie tym, co powinno się znajdować w oczodole. Odwzajemniła uśmiech, wróciła na korytarz i weszła do sąsiedniej izby, w której stała na baczność Claire Gibbondy w pełnym rynsztunku: ciężkich buciorach oraz dobrze skrojonym i wyprasowanym w kant mundurze Urzędu Kontroli Płci. Wyglądała na spokojną. Z radością wręczyła Jasmin trzy blaszki wielkości wizytówek.

– Jeśli pani nie pasuje, mogę dać talony na chłopców. Proszę zdecydować – powiedziała przyjaznym głosem.

Jasmin przyjrzała się badawczo trzymanym w dłoni kawałkom metalu. Lśniły bielą, a informacja o tym, czego dotyczą, była wygrawerowana kursywą: Zdrowe dziecko płci żeńskiej o białych włosach – 1 sztuka.

– Dziękuję za fatygę. Wezmę te – odparła.

Gibbondy dygnęła zaledwie, dając znak, że to wybór najlepszy z możliwych.

Trzymając w dłoni talony, Jasmin udała się do kolejnego pomieszczenia, które było jednym wielkim urządzeniem, maszynerią, na środku której znajdowała się wąska szpara, akurat o wymiarach odpowiadających krótszemu bokowi talonów. Wsunęła jeden z nich. Coś zabrzęczało, zapiszczało i po chwili otworzyły się niewielkie drzwiczki. W sam raz na jedno dziecko w wieku niecałego oczyszczenia. Po chwili wyszła przez nie dziewczynka o długich białych włosach. Jej buzia była niewyraźna, jakby w wyniku zbyt szybkiej produkcji nie zdążyła się uformować. Jasmin włożyła drugi talon i wydarzyło się to samo, a potem trzeci. Po chwili przed machiną do wydawania dzieci stały trzy dziewczynki w tym samym wieku. Każda o rozmazanej twarzy.

– Jak macie na imię? – zapytała Jasmin.

– Córki. – Usłyszała trzy dziewczęce głosiki odpowiadające chórem.

– Czy chcecie, bym była waszą mamą?

– Tak.

Jasmin podeszła bliżej, by się przyjrzeć. Chciała znaleźć choćby delikatne rysy którejkolwiek twarzy. Liczyła na odkrycie genetycznego podobieństwa. Niestety, im bardziej się zbliżała, tym obraz stawał się mniej wyraźny.

– Mamusiu, kochamy cię – usłyszała trzy dziewczęce głosiki.

– Ja też was kocham – odpowiedziała, roniąc łzę.

– Pobawisz się z nami w dom?

– O, tak. Bardzo chętnie.

– Zaprosisz nas do siebie, mamusiu?

– Oczywiście. Tata i ja będziemy szczęśliwi, kiedy przyjmiecie nasze zaproszenie. Bardzo chcemy zamieszkać z wami – powiedziała Jasmin, choć zdziwiły ją własne słowa.

Wcale nie chciała się dzielić córkami z mężem. Przypomniała sobie, że przecież on wybrał życie bez dzieci, wieczną zabawę u boku tej gówniary, Vicky.

Nagle ktoś stojący za plecami dotknął jej ramienia. Odwróciła się, by zobaczyć, kim jest. Był to Wiktorek. Też wyglądał na niecałe oczyszczenie, choć był nieco niższy od dziewczynek.

– Mamusiu, pobawisz się ze mną? – zapytał chłopiec ze spiczastymi ząbkami i wyschniętą skórą.

– Tak, synku. Pobawmy się razem. Poznaj swoje siostrzyczki – powiedziała, powstrzymując wzruszenie.

– Kogo mam poznać? – zdziwił się Wiktorek.

– Moje córeczki – odpowiedziała i spojrzała w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą stały. – Gdzie jesteście? – zapytała przejmującym głosem.

– Musisz nas odnaleźć. – Usłyszała ich szepty.

– Gdzie jesteście? – zapytała głosem pełnym niepokoju.

– Żeby nas znaleźć, musisz się obudzić.

– Ale ja nie chcę. Tu jest mi dobrze.

– Mamo! Nie zostawiaj mnie! –Lament Wiktorka dobiegał jakby z oddali.

– Jestem przy tobie – odpowiedziała, łkając.

– Mamusiu, to ja, twój syn. – Głos Wiktorka brzmiał przejmująco.

– Mamo, obudź się – zażądały chórem dziewczynki.

– Nie chcę się obudzić! Ja chcę tu zostać! – krzyczała.

W tym momencie pomieszczenie zaczęło pękać. Maszyneria rozpadała się na różnej wielkości kawałki, masywniejsze elementy spadały w otchłań, te drobne fruwały niesione wiatrem, jakby nie były wykonane z metalu, lecz z pierza. Jasmin zdała sobie sprawę, że znajduje się wewnątrz trąby powietrznej, która przetacza się przez środek domu Ghaidenga Ru. Nie czuła się zagrożona, obserwowała, jak wszystko się rozpada. A kiedy nie było już nic, nastała ciemność.

Otworzywszy zaczerwienione od płaczu oczy, Jasmin nabrała tchu, jakby wynurzyła się z odmętów szaleństwa. Szybko zdała sobie sprawę, że to jednak był sen. Podobny do wczorajszego i wielu innych, które przywoływały zmarłe córki, choć nieco inny od pozostałych. Pierwsze, co przyszło jej do głowy, to symbolika. Co taki sen mógł oznaczać? Czy chodziło o faktyczne i definitywne zniszczenie otaczającego nas świata, czyli spełnienie jednej z wielu floriańskich przepowiedni? A może właśnie odwrotnie, czyli zamknięcie pewnego etapu? „Dlaczego córki chciały, bym je odnalazła? Czy istnieje życie po śmierci i są tam nieszczęśliwe? Jedno nie ulega wątpliwości: mimo przerażającej scenerii warto było choćby przez chwilę poczuć się ich matką. Wszystko jest po coś” – miała wrażenie, że słyszy echo pomyślanych we śnie słów.

***

Choć zapowiadało się, że rozejm potrwa krótko, od czasu jego podpisania minęło pół oczyszczenia. Wszystkie żyjące we Wszechziemi społeczności, zarówno te osadzone mentalnie w swych odwiecznych tradycjach, jak i te, które przechodziły swoistą metamorfozę, zdążyły przyzwyczaić się do nowego układu granic, a także do tego, że nic już nie będzie takie jak kiedyś.

Na terenie Absolutorium Inco rozprzestrzeniła się roślinność i stała się nieodłącznym elementem krajobrazu. Nikt z nią nie walczył, a nawet została doceniona, gdyż według klimatologów dzięki niej smog zaczął się rozrzedzać. Podobnie było z przedstawicielami fauny. Regularne polowania na dziką zwierzynę stały się codziennością. Niektóre niegroźne zwierzątka udomowiono, co więcej, brak choćby niewielkiego dzikiego stworzenia w bogatym domu był oznaką życia niezgodnego z bieżącą modą. Słyszało się, że w slumsach organizowano walki specjalnie tresowanych, rozjuszonych z powodu głodu gatunków. Stawiano zakłady o spore kwoty, które zwierzę zwycięży i pożre to drugie.

W międzyczasie Gibbondy z łatwością zdławiła kilka zgrupowań ruchu oporu składających się z niezbyt szkodliwych przeciwników absolutyzmu. Winnych skazano na utylizację transmitowaną na żywo w teatromanii, dając solenny przykład potencjalnym naśladowcom. Pojawiły się pierwsze prywatne pojazdy, zarówno rodzinne, jak i jednoosobowe. Nie było ich zbyt wiele, więc nadal rzucały się w oczy. Rozważano rozbudowę sieci deptaków, tak by ruch samojezdny nie kolidował z ruchem pieszych. Doceniono kilka przydatnych wynalazków, między innymi pompy ciepła pozyskujące energię podczas przerobu ścieków na wodę. Zarządzeniem Absolutty wynikającym z ogromnej poprawy sytuacji demograficznej zlikwidowano funkcję obowiązkowego dawcy, a także drogi w utrzymaniu system pobierania nasienia. Uzyskane w ten sposób oszczędności zostały przekierowane do budżetu integracyjnego. Od tej pory miało ono wyłącznie naukowy charakter. Sporadyczne przypadki wspierały rozwój i rozpowszechnienie alternatywnych metod zapładniania, szczególnie kobiet mających problemy z zajściem w ciążę metodą tradycyjną.

Należy nadmienić, że wymiana kulturowa trwała w najlepsze. Pojawiły się sale koncertowe, domy tańca, restauracje z floriańskim jedzeniem, a także karczmy z najwyborniejszym tinghao lux o wielu smakach. W centrum pierwszej dzielnicy otwarto sklep, w którym można było kupić rzeczy codziennego użytku rodem z Floris, w tym nowoczesne maski inhalacyjne z wymiennymi wkładami zapachowymi o nieinwazyjnym stężeniu. Każdy z nich był na swój sposób wciągający, wręcz uzależniający. Wśród nich największą popularnością cieszyły się wonie wilgotnego powietrza z okolic wodospadu Pinati, na drugim miejscu plasowała się woń łąkowa, na trzecim zapach skoszonej trawy. Najsłabiej sprzedawał się zapach nadrzeczny. Trącił mułem i dziko rosnącym okolicznym zielskiem, choć niczym tabaka wywoływał przyjemne swędzenie przedsionka jamy nosowej. Pojawił się też biznes turystyczny związany z podróżami do terenów podbitych. Oferowano dwie opcje: zwiedzanie oraz wakacje bez wygód. Można było przeżyć tydzień w jednym z pięćdziesięciu skansenów, w zachowanych w niezmienionym kształcie domostwach, lub w którymś z nowo utworzonych rezerwatów, wszystko na łonie natury. Równocześnie teatromania gloryfikowała absolutyzm jako najdoskonalszy ustrój w historii Wszechziemi.

W tym czasie na terenie obecnego Floris zrodził się podział społeczeństwa na dwa nurty: tradycjonalistów, wierzących w stary układ, zabobonnych i religijnych farmerów, a także śmiałków, czyli dopuszczających, a nawet gloryfikujących mieszaninę kulturową. Mimo że ci drudzy stanowili niewielki odsetek, należało się z nimi liczyć, gdyż stale rośli w siłę. Ich rozwój wspierali doradcy Najwyższej Kapłanki Wszechziemi, w praktyce stanowiący władzę wykonawczą kraju, czyli bracia Cliffordowie oraz Jasmin Manduarra, niegdyś nosząca nazwisko Kozllov.

Na Terenach Zewnętrznych Inco czasem słyszało się o dramatach wynikających z łączenia na siłę dwóch skrajnie różnych społeczności. Mariaż kobiet z Inco i mężczyzn z Floris nie zawsze się sprawdzał. Na szczęście coraz rzadziej któryś z łączonych na siłę małżonków stawał się wdowcem, więc można powiedzieć, że szło ku dobremu. Wart odnotowania był fakt, że rdzenni Floriańczycy nie potrafili ni w ząb pojąć opracowanego na nowo prawa, niby uniwersalnego dla wszystkich. Na przykład, mimo że religia nie została zakazana, życie w zgodzie z nią było karane, najczęściej chłostą lub dybami. Wolno było odwiedzać świątynię, ale tylko raz w tygodniu, i nie po to, by się pomodlić, ale by ją zwiedzić. Nie zezwalano także na obnoszenie się z symbolami religijnymi, a już publiczne wyznawanie wiary mogło zostać potraktowane jak zdrada stanu. W ramach równowagi społecznej wprowadzono też kilka zasad, w których dobrze się czuli ludzie pochodzenia floriańskiego. Były to zapożyczone z ich kanonu niektóre prawidła, między innymi zakaz publicznego obnażania się. Tego z kolei nie potrafiły zrozumieć obywatelki Inco, które w wyniku przesiedlenia musiały osiąść na nowym terenie i wyjść za mąż za wstydliwych, religijnych chłopów. Łamały to prawo regularnie, gorsząc sąsiadów i narażając się na dotkliwe kary. Wolność związana ze stosowaniem zmiennej odzieży dostosowanej do warunków, zwłaszcza skąpej, była tak silnie zakorzeniona w ich umysłach, że wolały zostać zakute w dyby, niż chodzić w kółko z zakrytymi do kostek nogami lub w takich samych sukienkach.

Z punktu widzenia zwyczajnego obywatela Terenów Zewnętrznych można uznać, że istniał cały szereg dobrych stron życia po nowemu. I naprawdę wiele z tych aspektów zostało docenionych przez mieszaną społeczność. Między innymi wprowadzono lekkie pieniądze. Od czasu ich emisji nie trzeba było dźwigać szarych kamieni. Na każdym banknocie wykonanym z niejadalnego plastiku bez względu na nominał widniała podobizna Absolutty, choć formalnie Tereny Zewnętrzne nadal nie zostały połączone z zarządzanym przez nią krajem. Pieniądze można było wymieniać na byty rodem z Inco, ale tylko w jednym banku, który podłączono niewidzialną, cybernetyczną nitką do cyfrowej bazy. We wszystkich osadach pojawiły się przekaźniki teatromanii i sieci telekomunikacyjnej umożliwiającej korzystanie z komunikatorów. W każdej mieścinie zbudowano też posterunek gardy, dzięki czemu dwa tuziny humanów na okrągło pilnowały porządku. Powstały szpitale i system opieki społecznej. W przypadku czyjejś śmierci rodzina mogła zadecydować, czy chce, by ciało nieboszczyka zostało spalone, zdehumanizowane czy zmumifikowane i wrzucone do Asaranu. I najważniejsze: stworzono szkoły dla dzieci i dorosłych, w których uczono pisać i czytać, ale tylko znaków Inco, a nie starojęzyka. Nauka powszechna stała się obowiązkowa dla wszystkich.

Niestety nikt nie miał pojęcia, że mimo rozejmu zarówno włodarze Floris, jak i Absolutorium Inco wraz z przynależnymi Terytoriami Zewnętrznymi stale przygotowywali swoje krainy do potencjalnego wznowienia działań zbrojnych. Nikt także nie miał świadomości, że w zaciszach okalających południową ćwiartkę gór, jaskiń i w głębinach martwych jezior rósł w siłę zupełnie nowy, potężny wróg.

***

Po zabiciu wszystkich z Rady Kościoła Ae zadecydowała, że od tej pory religia związana z kultem bogini Patri będzie zarządzana jednoosobowo przez nią, a po jej śmierci przez boga Alanisa. Tak też zapisano w kanonie. Od tej pory zabroniła mówić do siebie „Najwyższa Kapłanka Wszechziemi”, tłumacząc wiernym, że sama także stała się boginią i że to jej należy bić pokłony niczym samej Patri. Wielu mieszkańców stolicy obawiało się, że ich pani błądzi. Szczególnie kiedy jej się wyrywało, że ona sama jest najprawdziwszą Patri, a ta w Diamentowym Sanktuarium to oszustka. Szeptano, że władczyni zbzikowała po śmierci Harisa, z dnia na dzień pogrążając się w samotności. Stała się karykaturą siebie. Nie dbała o wygląd, gdyż nie miał już dla niej znaczenia, wszak była chodzącą boginią. Z tego samego powodu nie jadała regularnie i tyle ile trzeba, bo przecież boginie nie muszą się posilać. Żeby ludzie nie wzięli swej pani za kompletną wariatkę, a bardziej, by pomóc małemu jeszcze Alanisowi zrozumieć, o co tu chodzi, Jasmin wpadła na pomysł, żeby to jakoś wyjaśnić. Trzeba ludziom zamknąć usta – powiedziała wtedy Barneyowi.

– Nasza umiłowana Patri występuje w dwóch osobach. Jest sobą i jest Ae. To jakby dwa byty. Ten niewidzialny, w postaci czystego ducha, to Patri, jaką znamy. Ta zaś kobieta z krwi i kości to także Patri. Jest jej materialnym, a dokładniej mówiąc, człowieczym odpowiednikiem. Należy się modlić zarówno do jednej, jak i do drugiej – wytłumaczyła podczas uroczystości ku czci Alanisa, po raz kolejny robiąc wrażenie na Barneyu Cliffordzie za tak zręczne przedstawienie sprawy.

Nie wszyscy wierni zrozumieli ten przekaz, ale z czasem uznano, że widocznie tak musi być, bo tego sobie zażyczyła sama bogini. Nikt nie śmiał zwracać się do Ae inaczej jak tylko Patri. Kapłance także spodobała się ta wizja i szybko w nią uwierzyła. Od tej pory skupiła się na sprawach wiary, rozdzielając dotychczasową funkcję na dwa stanowiska. Drugim było rządzenie krajem, tyle że nikt się nie kwapił, by przejąć po niej owo brzemię na swoje barki. Sama władczyni zapomniała, by je komukolwiek przekazać, bo skupiona była na bożych sprawach. Wierzyła, że urodzone przez nią dziecko o imieniu Alanis także jest potomkiem Patri, czyli również najprawdziwszym bogiem. Jej syn jednak nie potrafił dokonywać żadnych cudów. Żeby się co do tego upewnić, a także by udowodnić całemu światu, że posiada boską moc, od czasu do czasu wystawiała go na próbę. Tego dnia podpaliła mu szatę, przekonana, że skoro chłopiec i dziewczynka w jednym jest bogiem, z pewnością się uratuje. Tak się nie stało. Dziecko w przerażeniu zaczęło krzyczeć. Na szczęście w pobliżu stała Adila i zdążyła zareagować. Oblała Alanisa wodą z sundryjskiego flakonu. Skończyło się na niewielkim poparzeniu i spaleniu kilku kosmyków. Barney zadecydował, że Ae należy zamknąć na klucz, żeby nie zrobiła nikomu krzywdy. To nie było ani pierwsze przewinienie szalonej władczyni, ani jej pierwsza przymusowa alienacja.

– Znów to się stało – powiedziała na głos Ae, siedząc samotnie w swojej komnacie.

– Mówiłem ci, że Alanis jest naszym dzieckiem, człowiekiem, nie jakimś potomkiem Patri – odpowiedział jej głos zmarłego Harisa. – Ono jest moją klątwą – dodał.

– Córeczko, kochanie, powinnaś rządzić krajem, przygotowywać go do obrony przed zgniłym Inco, a nie zajmować sprawami bogów. Od tego jest Patri – wtrącił się kolejny głos, tym razem żonglera, ojca Ae.

– Nie! To ja jestem Patri! Dlaczego oni mi nie wierzą? Dlaczego nie widzą cudów? Dlaczego sądzą, że Alanis to człowiek? – rzucała pytaniami Ae, łkając nieprzerwanie.

– To obmyślmy przynajmniej wspólnie plan odbicia naszych terenów. Niepotrzebnie uległaś tym zdrajcom, Cliffordom, i tej wiedźmie Gibbondy. Pozwoliłaś im oskubać Floris z najbardziej płodnych pól – odezwał się głos jej matki, kobiety o imieniu Gleu.

– A co ty możesz wiedzieć o płodności pól, skoro zajmowałaś się kuglarstwem. To twoje kolejne kłamstwo? – wściekała się Ae.

– Przecież wiesz, że to prawda. Jesteś zdrajczynią – skomentowała Gleu.

– A ja uważam, że dobrze się stało. Dzięki temu można było przerwać rozlew krwi. Ile niewinnych ofiar pochłonęła ta głupia wojna. – Haris jak zwykle potrafił znaleźć taki argument, który trafił do serca jego wybranki.

– Co prawda, to prawda. Jednakowoż twoje zdanie, mój miły, liczy się dla mnie tylko w kwestiach ludzi, nie polityki. Nie masz o tym pojęcia. Wszak byłeś tylko zwykłym asystentem – odgryzła się Ae, lecz po chwili pożałowała tych słów.

Wiedziała, że od dziś Harisa i ją czekają kolejne ciche dni.

***

Dzień później w Patrix miała się odbyć ważna uroczystość: szóste urodziny Barneya. Nie tak huczne jak osiem miesięcy temu, kiedy swoje święto obchodziła Jasmin. Skończyła wtedy czwórkę, wyżłopano wiele beczek wyśmienitego tinghao, przetańczono całą noc. Do swoich obchodów były premier podszedł ze skromnością, której nauczyło go dopiero życie we Floris. Dobrze zapamiętał, co się działo, kiedy, mieszkając jeszcze w Inco, kończył piątkę. W teatromanii poświęcono mu wtedy cały dzień i na samą myśl o tym nieludzkim przepychu do dziś czuł zażenowanie.

Żeby tradycji stało się zadość oraz by Jasmin miała szansę wykazać się przedsiębiorczością, co uwielbiała z czasów życia w starej ojczyźnie, białowłosa otrzymała zadanie zorganizowania przyjęcia. Uczyniła to z radością, bo z Barneyem połączyło ją coś na wskroś magicznego. Był on pierwszym mężczyzną, o którym mogła powiedzieć, że jest jej przyjacielem. A skoro tak o nim myślała, angażowała się podwójnie. Do pracy zaprzęgła także dzieciaki i młodzież. Prawie dorosła, czyli w wieku półtora oczyszczenia, Tamadur oraz Wiktor i Alanis wrócili właśnie z targu znajdującego się u podnóża Saandreal, gdzie mieli zdobyć kilka nietuzinkowych smakowitości.

– Macie wszystko, o co was prosiłam? – zapytała Jasmin, machając przed twarzą wachlarzem.

Wiktor zdjął kaptur chroniący przed słońcem i zaciemnione okulary. Uśmiechnął się do niej szelmowsko, obnażając zaledwie trzy spiczaste zęby i odpowiedział, sepleniąc:

– Mamy nawet mazidło z dirszny.

Kobieta posłała mu matczyny uśmiech. Nie przeszkadzało jej, że z wiekiem choroba chłopca coraz bardziej dawała się we znaki. Wiktor miał cienkie, łatwo wypadające, rzadkie włosy. Na lekko wykrzywionej w grymasie twarzy nie można było dojrzeć brwi i rzęs. Paznokcie wyrosły mu tylko u stóp i na kciuku prawej dłoni. Jego łuszczącej się skórze brakowało odporności na wyższą temperaturę. Nie mógł jej narażać na promieniowanie Hello, więc poza Patrix wychodził niemal kompletnie okryty peleryną wykonaną z tkaniny, z której robi się worki łodygowe. Z powodu światłowstrętu musiał nosić przyciemnione okulary, które zrobił mu Goeffrey. W wiecznym półmroku i chłodzie stolicy Floris czuł się jednak najlepiej.

– Jak to załatwiliście? – Jasmin zwróciła się do Tamadur.

– Nie patrz na mnie. To jego zasługa – powiedziała wysoka jak na młodą kobietkę białowłosa, po czym, uśmiechając się, wskazała palcem na Wiktora.

Chłopiec w wieku trzy ćwierci zdążył już zdjąć pelerynę i puszył się niczym dorodny samiec jaszczura sahadi.

– Mów, pieronie, skąd wytrzasnąłeś mazidło z dirszny – powiedziała Jasmin, niewinnie grożąc palcem.

W duchu ucieszyła się, że Wiktor odziedziczył spryt nie po rodzonej matce, lecz przyszywanej, i ta myśl wydała jej się onieśmielająca.

– Powiedziałem jednej takiej gospodyni, która sprzedawała ser na gomółki, że mama mnie ukarze, jeśli nie przyniosę jej mazidła.

– Ależ to kłamstwo – oburzyła się Jasmin.

– Posłuchaj, co będzie dalej, ciociu – wtrącił Alanis, dziecko z rysami dziewczynki, dłuższymi, brązowymi włosami i chłopięcą budową ciała.

– I na to mi ta gospodyni odpowiedziała, żebym się nie ważył łgać, bo ona wie, kto jest moją mamą, i na pewno by tak do mnie nie powiedziała – kontynuował Wiktor.

– A to ci miła niespodzianka. Czyli mnie zna – zareagowała rumieńcem na twarzy Jasmin. – I co było dalej?

– Powiedziałem jej, że to prawda, bo tak mi się śniło i że muszę dla ciebie załatwić mazidło z dirszny, bo inaczej ten sen będzie mnie prześladować do końca życia.

– Toś poszalał, młody – skomentowała rozpromieniona Jasmin.

– O tu. – Wiktor pokazał na kącik ust. – Tu miała taki ślad po dirsznie. Wiedziałem, że ma. Wygrzebała je z sakwy.

– Bo zajmuje się sprzedażą obwoźną, na poprzednim targu kupiła dla siebie garniec, żeby sobie czasem coś słodkiego pokosztować – wtrąciła się Tamadur.

– I sprzedała wam? – zapytała Jasmin, znów się wachlując.

– Dała za darmo, połowę swojej porcji.

– Trzeba było jej zapłacić. – Kobieta zmarszczyła brwi.

– Wcale nie za darmo – wtrącił Alanis, po czym zaczerwienił się ze wstydu.

– Wiktor jej zaproponował, że ją pocałuje. Ona nie z takich, co się boją pokunich zębów, ale wolała, żeby to Alanis ją pocałował. A on trochę pomarudził i w końcu się zgodził. Nadstawiła policzek i ją cmoknął – powiedziała Tamadur.

– Bo ta kobieta wierzy, że Alanis to święty potomek Patri i jego słodki buziaczek jest wart więcej niż całe mazidło tego świata – podsumowała Jasmin. – Dobrze to rozegraliście. Jestem z was bardzo dumna. Zostawcie tobołki i jazda do pomocy dziewczynom. Adila i Fatima wszystkiego nie zrobią.

Impreza urodzinowa, choć z założenia miała być skromna, zmieniła się w nadętą uroczystość. Stoły uginały się od jadła. Były serowe warkocze, suszone żeberka hydapi, kiełbasa z filusa, gęsta zupa krem z kiszonych wilunii i pasta z surffli, a także ogrom placków z mąki mao z mazidłem z malinty i po jednym dla każdego z dirszny, bo przecież w tych okolicach był to rarytas nad rarytasy. Kiedy zaczęli grać muzykanci, na środek wyszły trzy siostry: Tamadur, Adila i Fatima, i zatańczyły w koło. Potem dołączyła do nich Jasmin, a że nie miała za grosz poczucia rytmu, kołysała się niezdarnie, udając, że dobrze się bawi. Żeby nie czuć się osamotniona, złapała za rękę Barneya. „Niechże się pan premier wykaże” – pomyślała o nim ciepło. Specjalnie z okazji urodzin solenizant nauczył się po kilka podstawowych kroków podskakolca, korowodziaka i pingola. Jego edukacją zajęła się Tamadur jako najwyższa spośród sióstr, najbardziej pasująca wzrostem, ale też najbardziej doświadczona. Niestety, widząc, że jej wysiłki poszły na marne, kręciła tylko głową z niezadowolenia. Jasmin uznała, że pora zakończyć te męki, i zmieniła Barneya na jego brata. ­Goeffrey bronił się, jak mógł, tłumacząc, że nie potrafi, a w ogóle to wcale nie zamierzał świętować. Wpadł tylko, by coś skubnąć z uroczyście przygotowanego stołu. Od kiedy ukończył pracę nad energetyczną osłoną góry Saandreal, wiecznie przesiadywał w sterowni i eksperymentował z ustawieniami. Jasmin była jednak nieugięta. Nie dała mu uciec. ­Goeffrey swym marnym popisem dał dzieciakom sporo radości, pokazując dobitnie, że wybitni inżynierowie posiadają co prawda elastyczne umysły, ale nie ciała.

– A gdzie jest Alanis? – zapytała nagle Jasmin, przebiegając wzrokiem po rozbawionych buziach.

– Pewnie tam, gdzie zwykle – odpowiedziała Tamadur.

Jasmin wiedziała, a bardziej się domyślała, gdzie mógł się schować. Poszła więc sprawdzić, czy dziewczyna ma rację. Za każdym razem, kiedy zamykano Ae, jej potomek siadał przy drzwiach komnaty i nasłuchiwał. Czasem kładł się na posadzce, przytulony do zimnych, okutych metalem drzwi. Tak stało się i tym razem. Widok smutnego dzieciaka rozdarł serce Jasmin na strzępy. Sama była matką i wiedziała, że każdemu dziecku należy się uwaga. Jakież to musi być dla niego bolesne, że nie może pobawić się z mamą, bo albo sama go odtrąca, albo robi coś tak niegodziwego, że należy ją zamknąć w odosobnieniu.

– Alanisku, chodź do nas. Nie ślęcz tutaj. Tańczymy. Lubisz tańce, prawda? – zapytała ciepłym, matczynym głosem.

– Mama cały czas mówi do siebie, nikogo oprócz niej tam nie ma – odpowiedział.

– Wiem. Nie martw się. To nic. Chodź, pobawimy się.

– Ciociu, kiedy ją wypuścicie?

– Mama musi odpocząć. Wiesz, że jest chora.

– Nie jestem chora! – wrzasnęła Ae tak głośno, że Alanis aż zerwał się na równe nogi.

– Chodźmy już – zwróciła się niego Jasmin i wystawiła w jego kierunku ręce.

Malec podszedł do niej, by się przytulić. Objęła go czule, zastanawiając się, który to już raz trzeba było odizolować jego matkę wariatkę. Wypuszczano ją dopiero wtedy, kiedy przepraszała i obiecywała, że więcej nie zrobi dziecku krzywdy. Przez jakiś czas był spokój, aż znów czyniła coś, co według niej przystoi tylko bogom. W tej grze najbardziej cierpiał Alanis. Z jednej strony kochał swoją matkę, z drugiej bał się, co jeszcze wpadnie jej do głowy. Coraz częściej wstydził się też za nią, choć do tej pory nikt przy nim nie okazał Ae ani krzty pogardy. A nieraz zasłużyła na taką ocenę za to, co robiła.

***

Raamil nie lubił, kiedy ojciec wzywał go do siebie, posyłając humana. W tej sytuacji nie miał szans na zbycie posłańca, którego celem było doprowadzenie go żywego lub martwego. Idriis zaczął wykorzystywać do tego i innych celów roboty, zdając sobie sprawę, że tylko nieczuły, mechaniczny twór jest w stanie zawsze wykonać powierzone zadanie. W przeciwieństwie do niektórych szczerbatych, którzy wykazywali się czasem większą empatią i lojalnością wobec syna władcy niż jego samego. Stało się tak po tym, kiedy Idriis ukarał śmiercią niewinnych kuzynów i osobiście wyrżnął swoich szwagrów. Stracił w oczach szczerbatych resztki szacunku. Wykonywali jego zadania z niechęcią, ale nie odeszli, bo nie mieli dokąd. Większość trzymała się z dala pałacu. Kiedyś praca przy zbiorze glonów harann była najgorszą z możliwych, wszyscy jej unikali. Teraz z uwagi na sytuację niemal bili się o nią, jak o przywilej.

– Synu, wczoraj skończyłeś dwa oczyszczenia i dwadzieścia dwa miesiące, a zatem jesteś już dojrzały na tyle, bym wtajemniczył cię w bardzo ważną dla naszej rodziny kwestię – powiedział Idriis, kiedy Raamil pojawił się w jego komnacie.

Młody, rosły mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego. Na jego twarzy można było dostrzec mieszaninę pogardy i obojętności. Spoglądał w lico swego ojca, w duchu wspominając moment, w którym wypuścił na niego pokuny. Jakże chętnie zrobiłby to jeszcze raz. Niestety, od kiedy w pałacu pojawiły się humany, ojciec nie ruszał się bez obstawy składającej się z pięciu uzbrojonych w mechaniczną broń strażników.

– Jakaż to tajemnica, ojcze? – zapytał Raamil, udając względne zainteresowanie.

– Nie wiem, czy pamiętasz, opowiadałem ci kiedyś o twoich przodkach. Twój praprapradziadek dostał od Pana naszego Akhme radę, jak dorobić się majątku. Pamiętasz?

– Tak. Obiecaliśmy sobie, że strącimy Patri z tronu i wtedy wróci nasz Pan.

– Dokładnie. A więc wiesz także, że nigdy nie można było oficjalnie obnosić się z miłością do niego, bo wyznawcy Patri mogliby to ocenić jako zdradę. Nasz przodek założył więc tajny zakon. Nazwał go Zakonem Mściwego Pana i ogłosił siebie Najwyższym Kapłanem. Od tamtej pory to stanowisko jest piastowane zawsze przez najstarszego mężczyznę z naszego rodu. Obecnie ja nim jestem, ale kiedyś ta rola przypadnie tobie. Zanim odejdę do Akhme, nauczę cię wszystkiego, naszych rytuałów, świąt oraz czytania skryptów i przepowiedni.

– Po co mi to teraz mówisz?

– Bo chcę zwołać pilne zebranie zakonu i jesteś mi do tego potrzebny. Nie mogę się ruszać z pałacu bez obstawy, a nie chcę, żeby Inco dowiedziało się o naszej religii. Zgodnie z decyzją, tfu, dekretem Taaridy, jesteś nadzorcą w naszym pseudorodzinnym biznesie zajmującym się wydobywaniem glonów harann. Nikt nie potraktuje twojej wyprawy jako coś dziwnego. Tak więc proszę, byś się udał na zwyczajową kontrolę na Równinę Meeru, z tą różnicą, że tym razem odnajdziesz jednego z naszych braci, Jeenisa, który tam pracuje, i zapowiesz nocny zlot. Ale użyjesz szyfru, żeby nikt się nie połapał. Powiesz, żeby za dwa współksiężyce szykowano nocną dostawę. Jeenis będzie wiedział, co zrobić. Na tym twoja misja się zakończy i będziesz mógł wrócić. A potem po raz pierwszy weźmiesz udział w naszym zlocie. Wszystkiego cię nauczę, na przykład, jak należy czytać nasze księgi. Bo jak się domyślasz, są inne od tych, które ­czytają wyznawcy Patri.

Na Raamilu nie zrobiło wrażenia mówienie o nocnych zlotach, księgach i że kiedyś będzie Najwyższym Kapłanem. Zdziwił się, że usłyszał słowo „proszę” i na nim się skupił. Przenigdy nie usłyszał z ust ojca żadnej szczerze wypowiedzianej prośby. Zawsze były to polecenia. „Co on knuje?” – rozmyślał młody mężczyzna.

– Dobrze, ale powiedz mi, jak zamierzasz urządzić ten zlot, skoro humany nie odstępują cię na krok – wyraził obawę.

– Mam na to rozwiązanie, ale na razie nie chcę cię wtajemniczać. A przynajmniej nie dziś. Tymczasem udaj się na Równinę Meeru i zrób to, co powinieneś.

Syn władcy nie był zadowolony z powodu tego zadania. Od kiedy poznał pieśniarkę o imieniu Sumi, jego serce biło rytmem zsynchronizowanym z jej sercem. Nie wiedział, co się stanie, jeśli zanadto się od siebie oddalą. Z powodu tej uroczej niewiasty unikał zadań związanych z opuszczeniem Sundrii. Wyprawa na Równinę Meeru i z powrotem zabierała zwyczajowo tydzień. Zdarzyło mu się to zrobić raptem dwa razy, lecz za każdym rozłąka niczym gorzka żółć rozlewała się w całym jego ciele. Cierpiał jak zbity za krnąbrność tine, nierozumiejący powodu kary. I długo potem dochodził do siebie, odbierając z nawiązką to, co stracił, czyli wspólnie spędzony czas.

Postanowił, że zanim wyruszy, wpadnie do domu Fuu, gdzie mieszkała jego ukochana. Wychodząc z pałacu, jak zwykle upewnił się, że nikt go nie śledzi, po czym wybrał się na peryferia miasta, dosiadając żwawego okurai.

– Kochany mój, to tylko tydzień – powiedziała pocieszającym tonem Sumi.

– To już trzeci raz. Nie wiem, jak to zdzierżę. Nie potrafię żyć bez ciebie.

– Ja bez ciebie też.

– Mam pomysł. Udaj się tam ze mną. Przebierzemy cię za mężczyznę. Nikt cię nie pozna – powiedział Raamil, choć po chwili zdał sobie sprawę, że Sumi, choćby nie wiadomo jak sprytnie się zamaskowała, nie mogłaby udawać przedstawiciela płci męskiej.

Powabne lico, idealne proporcje ciała, kształtny biust i długie, gęste, białe włosy czyniły z niej boginię. Na samą myśl, że mógłby ją kiedyś stracić, Raamil rozważał ukrycie jej choćby na końcu świata.

– Wiesz, że nie mogę, mój miły. Muszę zostać w pobliżu pałacu na wypadek, gdyby twój ojciec mnie wezwał.

– Ależ co ty mówisz. Kiedy ostatnio to się wydarzyło?

Sumi doskonale zapadł w pamięć ten dzień. To właśnie wtedy Idriis zamordował na jej oczach swoich szwagrów, i to z wściekłości na wiadomość, którą z Inco przywiozła mu Gleu. Mimo dramatycznej sytuacji pieśniarce nie wolno było wtedy przestać śpiewać. Do końca życia ten dzień będzie do niej wracał w sennych koszmarach.

– Kiedy jeszcze nie było mechanicznego wojska – odpowiedziała na ściśniętym gardle.

– Czyli dawno. Ojciec o tobie zapomniał. Mówiłem ci, że kiedy się dowiedział, że podlega Taaridzie i nie ma nic do powiedzenia w sprawie własnej krainy, podupadł na zdrowiu. Zrobił się zrzędliwy, zamknięty w sobie. Nie jest już tym samym Idriisem.

– Mów, co chcesz, ale jestem jego własnością, nie twoją – odpowiedziała zasadniczym tonem Sumi.

Raamil wiedział, że nie może posunąć się o krok. Ona taka była. Jak już coś sobie ubzdurała, nikt nie mógł jej przekonać. I może właśnie dlatego tak bardzo ją pokochał. Bo miała zasady. Na pożegnanie przywarł wargami do jej ust, a ona odwzajemniła pocałunek. Zatopili się w sobie niczym wyschnięte rośliny spragnione wody.

– To tylko tydzień – powiedziała.

***

Sumi faktycznie nie bywała w pałacu Idriisa. Cały ten czas ćwiczyła śpiew na wypadek, gdyby jednak została wezwana. O skrytym w tajemnicy przed władcą romansie z Raamilem wiedziała tylko Yamaya i kilku usłużnych. Ich miłość mogła kwitnąć, bo władca Sundrii stracił przyjemność w obcowaniu ze sztuką. A wszystko przez to, że zyskał miano zastępcy Taaridy. Zaledwie zastępcy. To był policzek. Poczuł się oszukany, lecz nic nie mógł zrobić, bo Gibbondy zainstalowała w jego pałacu mechanicznych żołnierzy. A z nimi akurat nie można było dyskutować, nie dało się ich przekupić czy zmanipulować. Najsilniejsza broń Idriisa, czyli knucie, straciła na skuteczności. Stał się cieniem własnego siebie. Nawet Gleu, którą trzymał dla rozrywki, nie poprawiała mu nastroju, choć traktował ją jak trefnisię, zabawkę, która wszystko zniesie. Jak się okazało, Gibbondy wcale nie przysłała swojego wojska, by chroniło Idriisa, lecz by zapewnić bezpieczeństwo Taaridzie, a także biznesowi, który aż się prosił o przejęcie. Szczerbaci kuzyni także czuli się pohańbieni. Od czasu do czasu któryś tracił życie z powodu niesubordynacji wobec nowych porządków. Ci bystrzejsi szukali sobie zajęcia poza pałacem. Idriisa otaczały tylko ostatnie głupki.

W międzyczasie wysiudano go z biznesu, bo nie chciał się dzielić zyskami. Powstała spółka komandytowa, której udziałowcami zostali Absolutorium Inco i Taarida. Stało się tak, ponieważ kobieta w masce, dawniej kapłanka Patri, także pochodziła z rodziny od wielu oczyszczeń zajmującej się wydobywaniem glonów harann. W ramach zadośćuczynienia dorosły syn Idriisa, Raamil, otrzymał posadę nadzorcy w spółce. Jego zadaniem było doglądanie inwentarza, wszak magazyn z glonami znajdował się w Sundrii. Raamil obchodził wszelkie dobra niemal codziennie, a raz na trzy współksiężyce odwiedzał Równinę Meeru, by sprawdzić, jak pracują zbieracze i czy transporty glonów wychodzą o czasie.

Dwa dni po tym, jak Raamil wyruszył na Równinę Meeru, Idriis wezwał do pałacu Sumi. Jakże się zdziwiła, kiedy szczerbaty przyniósł tę wiadomość. On także na widok pieśniarki oniemiał. Nie wyglądała jak wtedy, kiedy była w pałacu ostatni raz. Stała się dorosła. Wyglądała na osobę, która ukończyła jedno oczyszczenie i trzy ćwierci, czyli wiek, w którym we Floris wiele kobiet miało już przynajmniej trójkę dzieci. A przy tym była piękna niczym poranek. Szczerbaty przez chwilę się pogapił, po czym nie dał jej ani chwili na przebranie, tylko kazał natychmiast iść ze sobą. Sumi wpadła w popłoch. Wolałaby, by spotkanie z Idriisem odbyło się w obecności Raamila, ale groźna mina posłańca przemówiła jej do rozsądku.

Kiedy dotarli na miejsce, Sumi zauważyła, że gdy była tu pierwszy i zarazem ostatni raz, wszędzie kręcili się tak zwani kuzyni władcy, dziś w każdym niemal kącie stał human. Wiedziała o tym od swego lubego, bo regularnie opowiadał jej, co się dzieje w pałacu, a także w światowej polityce. A przynajmniej to, co usłyszał. Sumi, wchodząc, ukłoniła się nisko i rozejrzała. Oprócz humanów zobaczyła Idriisa i kilku szczerbatych pochlebców, a także siedzącą przy ścianie Gleu. Od Raamila słyszała, że jego ojciec trzymał ją dla zabawy. Miała tylko jedną nogę, a zamiast drugiej można było zobaczyć jedynie obciętego, zaszytego dratwą i zabliźnionego kulasa. Na widok pieśniarki aż zagwizdała z podziwu. Pozostałych także zatkało. Mężczyźni porozdziawiali gęby. Idriis, lekko oszołomiony, dopiero po chwili powiedział:

– To jest moje zwierzątko?

– Przypominam, że mam na imię Sumi, mój panie.

– Ach, Sumi. Gdzie moje maniery? Bądź mi muzą, skarbie. Nie traktujże mnie jako swojego pana.

– Jakbyś nie chciał jej pokosztować, to ja się pierwszy zgłaszam – powiedział mężczyzna z zaledwie kilkoma zaczernionymi zębami o wyblakłej barwie.

– Też coś. Ona nie jest dla ciebie – wtrąciła Gleu, sepleniąc. – To chodząca doskonałość, a ty jesteś tylko pokunim bękartem.

– Zamknij się, zwiędła ruto – odgryzł się szczerbaty.

Stara, bezzębna kobieta z długimi siwymi włosami zaśmiała się teatralnie, po raz kolejny usiłując dowieść, że postradała zmysły. Każdy by się połapał, że jej reakcja jest udawana, od wielu miesięcy jednak nikomu nie chciało się tego dowodzić. Większość traktowała Gleu jak sporadycznie przemieszczający się mebel. Tylko Idriis używał jej jak worka treningowego, tłukąc ją w nerwach po wytatuowanej twarzy, przez co z czasem pozbawił ją reszty uzębienia.

W tym momencie do komnaty weszła Yamaya. Widok stojącej niemal na baczność Sumi ją zaskoczył. Znały się doskonale, cały czas utrzymywały ciepłe relacje, niczym matka i przysposobiona córka. Żona Idriisa ujrzała oczyma wyobraźni jednak coś więcej – efekt spotkania swojego męża z piękną pieśniarką. Znany był z tego, że z zasady nimi gardził, ale kiedy miał dobry nastrój, brał, gdzie popadło. Oddawały mu się do czasu, kiedy zaczynały go nudzić lub znajdywał kolejną muzę. Wtedy ich los był przesądzony. Dziś niewiele by zdziałał, bo wiek zrobił swoje, ale nigdy nie wiadomo, co takiemu przyjdzie do głowy. Ta zaś pieśniarka była wyjątkowa. To jej oddał swe serce ich syn Raamil. Tej młodej kobiecie nie mogła się wydarzyć żadna krzywda.

– Nie waż się jej tknąć – powiedziała Yamaya, siląc się na spokojny ton głosu.

– Bo co? Jesteś zazdrosna? Dopiero teraz? – drwił Idriis.

Z marnego żartu zaśmiali się nieco sztucznie zwyczajowi pochlebcy. Gleu obserwowała z daleka oboje małżonków, zerkając raz na Idriisa, raz na Yamayę. „Skoro żona władcy ma tak zaciętą minę, musi to oznaczać coś ważnego” – pomyślała. Przeczuwając nieswoje kłopoty, postanowiła się wmieszać. Nienawidziła Idriisa szczerze i chętnie stanęłaby w obronie wszystkich jego oponentów.

– Idę sobie popatrzeć z bliska – powiedziała i korzystając z obydwu dłoni i jedynej nogi podczołgała się bliżej pieśniarki.

– Kochana Gleu, przecież ty nie możesz chodzić, więc nie mów, że idziesz – zażartował Idriis, po czym puścił oko w stronę szczerbatych.

Jego żart znów spotkał się z udawaną radosną reakcją. Tymczasem Gleu przeczołgała się dookoła Sumi, po czym ze wzrokiem zawieszonym na kształtnym tyłku została za jej plecami.

– Cóż za kibić. Dorodna panna, powabna. I pewnie utalentowana. Ale sukienka taka sobie – powiedziała.

Idriis wstał i zrobił kilka kroków w stronę Sumi. Stanął naprzeciwko niej, cały czas bacznie się przyglądając.

– Nie wiem, czy utalentowana, ale na pewno dorodna – powiedział. – To dlatego wybrał cię mój syn.

Konsternacja. Yamaya i Sumi wymieniły się przepełnionymi strachem spojrzeniami. Gleu wodziła wzrokiem między nimi a Idriisem.

– Myślicie, że nie wiem? Ano wiem. – oznajmił. – A teraz pójdziesz ze mną do mojej komnaty. Zobaczymy, czy mój syn ma dobry gust. A jeśli się sprawdzisz, od dziś będziesz tylko moja.

– Może najpierw sprawdź jej talent śpiewaczy – usiłowała się wtrącić Gleu.

– Z tym zawsze się zdąży.

Sumi w geście rozpaczy znów spojrzała w stronę Yamayi. Kobieta kręciła znacząco głową, dając znać, żeby się nie godziła.

– Poślijcie po Raamila – poleciła żona władcy, nie odrywając wzroku od Sumi.

– Nie ma go – zareagował triumfalnie Idriis.

– Gdzie jest? Co z nim zrobiłeś?

– Ja? Nic. Ma swoje obowiązki, pan nadzorca – powiedział z ironią w głosie. – Wyruszył z poselstwem na Równinę Meeru – dodał.

– Zrobiłeś to specjalnie – oceniła z pogardą jego żona.

– Milcz, głupia, bo w pysk zdzielę – wysyczał przez zęby Idriis i złapał pieśniarkę za rękę. – A ty chodź – warknął.

Nagle Gleu wysunęła się zza Sumi, wyjęła z rękawa zakrzywiony nóż i dźgnęła nim Idriisa najwyżej, jak była w stanie sięgnąć, w brzuch. Zanim się zorientował w sytuacji, poprawiła drugi raz w krocze i jeszcze raz w brzuch, tym razem prując skórę na dwa płaty. Z rany wysypały się zakrwawione jelita i plasnęły na kamienną posadzkę, chlapiąc dookoła czerwoną mazią. Idriis wypuścił z ręki dłoń przerażonej Sumi i runął jak długi. Szczerbaci wymienili się spojrzeniami. Gleu przyłożyła sobie nóż do szyi i czekała, co zrobią. Była gotowa na ostateczność.

– Nie ważcie się – powiedziała Yamaya, patrząc w stronę kuzynów męża. – Ty także – zwróciła się do Gleu.

Nagle z jednego z humanów wydobył się piskliwy głos:

– Specjalna konferencja odbędzie się za dziesięć, dziewięć, osiem…

Wszyscy zamarli. Kiedy human odliczał, Yamaya, Gleu i Sumi spojrzały na siebie nerwowo. W ich oczach można było dostrzec przepotężny niepokój.

– Dwa, jeden – zakończył human, po czym z jego głowy wydostał się snop światła.

Wyświetlony na ścianie obraz przedstawiał Jenny Pillow. Mimo upływu czasu niewiele się zmieniła. Na widok rzezi oniemiała. Zanim się odezwała, po minie można się było domyśleć, że jej mózg produkuje wiele pytań. W końcu kilka z nich wyartykułowała:

– Dlaczego mnie wzywacie? Co tu się stało? Czy to Idriis?

– Tak, pani – odpowiedziała Yamaya, równie przerażona. – Proszę, nie karzcie tej nieszczęsnej kobiety. Zrobiła to na moją prośbę.

– Dlaczego chciałaś go zabić? – zapytała Pillow.

Yamaya spuściła wzrok.

– Czy ktoś jeszcze ucierpiał?

– Nie.

– Przypominam, żadnych samosądów. Podlegamy prawu. Nie jesteśmy barbarzyńcami. Proszę nic nie ruszać. Muszę to skonsultować z Absoluttą. Odtworzymy obraz zarejestrowany przez humana i jutro przekażę wam jej decyzję. Ale jaja – dodała na końcu, nie mając świadomości, że transmisja nadal trwa.

Dopiero po chwili obraz zanikł.

***

Namiestniczka z ramienia Inco pełniła szereg obowiązków administracyjnych wyznaczonych przez Absoluttę. Podobało jej się to zajęcie. Wreszcie została doceniona według swojej miary, czyli wiodła życie adekwatne do potencjału. A najważniejsze było to, że podlegał jej kuzyn Idriis, zarządca Sundrii i okolicy należącej do Inco, geograficznie położonych we wschodniej ćwiartce. Nie łączyła ich ciepła relacja, raczej służbowa. Choć inaczej widział to Idriis, ze strony Taaridy skończyły się złośliwe przytyki. Była kapłanka Kościoła Patri skupiła się na merytoryce. Wyznaczała mu zadania związane z kontrolą i eliminacją potencjalnych ognisk zapalnych, a także podniesieniem wydajności w wydobyciu glonów harann.

Praca namiestnika wiązała się z wieloma przywilejami. Taarida miała na swoje skinienie zarówno humany, jak i ludzi. Karmiła się niewymuszonym uwielbieniem. Wśród pospólstwa zyskała status legendy, była pierwszą Florianką, która stała na równi z Gibbondy oraz Ae, a także pierwszym człowiekiem dosiadającym mechanicznych stworów. A zaczęło się jeszcze pół oczyszczenia temu, kiedy to pierwszy raz przyleciała na Wielkim Tuli, by zrobić pokaz siły w Vatili Soll. Potem regularnie widywano, jak fruwała po niebiesiech. Po wielu miesiącach zademonstrowała, jak ujeżdża Wielkiego Pokuna. Mechaniczny stwór miał dziesięć łokci w kłębie i niemal dwa razy tyle długości. Jego największe, wykonane z circonium kły mierzyły prawie pół łokcia. Mogły przebijać żelazo, kruszyć najtwardszy bidryt. Pokun potrafił też strzelać z oczu wiązkami laserów. Ich precyzja nie była tak oszałamiająca jak daleki zasięg. Wynosił nawet do dwóch tysięcy łokci. Obydwa mechaniczne potwory dla Taaridy stworzyła Tarya. Kiedy dowiedziała się o tym Gibbondy, uznała, że namiestniczka dobrze wykorzystała potencjał szalonej inżynierki mieniącej się szpiegiem Inco. Zgodziła się także na przekazanie jej sporej ilości potrzebnych materiałów do wykonania kolejnych projektów, w tym niektóre gotowe rozwiązania nowoczesnej broni. Tarya regularnie podtrzymywana przez Taaridę w hipomanii, szczególnie dzięki tinghao i upperowi, w pocie czoła pracowała obecnie nad Wielkim Sahadi. Dla kobiety, która całymi miesiącami nie wychodziła ze stodoły, praca i alkohol, bez którego nie potrafiła funkcjonować, stanowiły odskocznię od depresji. W międzyczasie zapomniała o Jasmin, o Goeffreyu i o swojej misji ratowania świata. Powiedziała nawet, że dopóki nie ukończy swego dzieła, nie będzie w stanie myśleć o niczym innym. Tarya nie miała pojęcia, że stała się niewolnicą, a pani jej życia i śmierci nie bez powodu faszeruje ją środkami uśmierzającymi egzystencjonalny ból. A że nie było widać końca tych zadań, to trudno. Taarida zwyczajnie nie zamierzała zadowalać się tylko Wielkim Tuli i Wielkim Pokunem. Na jej liście życzeń oprócz Wielkiego Sahadi znajdowało się jeszcze pięć kolejnych budzących strach mechanicznych stworów.

W przyrodzie prawdziwy jaszczur większość swego życia spędzał pod ziemią. Potrafił się wkopać na głębokość kilku łokci, nawet w najtwardsze podłoże wypełnione niewielkimi głazami. W przypadku wersji mechanicznej nie było to takie proste i to zadanie przerastało konstruktorkę. Wielki animarobot w ogóle nie potrafił wkopać się pod ziemię. Kończyło się na zdarciu wierzchniej warstwy darni, zagarnięciu jej pod siebie sześcioma parami kończyn wyposażonych w metalowe, podobne łopatom szpony i wbiciu głowy na głębokość zaledwie łokcia. Taarida podchodziła do mizernych efektów z pobłażliwością. Śmiała się z niezdarności ruchów mechanicznego stwora, pocieszając Taryę, że kiedyś wszystko się ułoży.

Aż pewnego dnia pojawiła się niespodziewana wiadomość od Absolutty: „Droga Taarido, przybądź pilnie do Inco. Musimy porozmawiać na osobności”.

***

Wreszcie nadszedł dzień, w którym Goeffrey Clifford zamierzał przetestować system ochrony Góry Saandreal. Miał działać na zasadzie świetlistej powłoki w kształcie półsferycznym. Zadaniem wyświetlanej z kilkuset rzutników łuny była obrona, by nic nie dostało się z zewnątrz. Osłona działała tylko w jednym kierunku.

Na pokaz świetlistej bariery ochronnej zostali zaproszeni wszyscy mieszkańcy Patrix, łącznie z Ae, zwaną ostatnimi czasy Patri. Zajęto wszelakie tarasy i okna, z których z zasady nie było zbyt wiele widać. Także droga częściowo wypełniła się mieszkańcami. Goeffrey obiecał, że łunę będzie widać z każdego miejsca góry.

– Witaj, pani – powiedziała Jasmin i ukłoniła się nisko na znak szacunku.

Ae odwzajemniła tylko lekkim skinieniem głowy.

– Dopiero w tym świetle widzę. Aleś się spasła na pańskim wikcie – oceniła, lustrując Jasmin.

Twarz białowłosej spłonęła czerwienią. Jasmin wiedziała, że życie we Floris, zwłaszcza w Patrix, ma swoje zalety i wady. Zaletą było pyszne jedzenie, wadą brak ruchu. Faktycznie zaokrągliła się nieco i choć maskowała to luźnymi szatami, ktoś, kto ją kojarzył z czasów Inco, z pewnością by jej nie poznał. Była dwa razy krąglejsza. Dla niepoznaki, a może by stać się prawdziwą Florianką, nosiła rozpuszczone włosy, długie do pasa. Czasem się stroiła, ale tylko po to, by poczuć, że jest nie tylko matką, lecz także kobietą. I tylko wtedy, kiedy cieplej pomyślała o Barneyu.

– Co słychać w moim państwie? Widzę, że robicie, co chcecie – zwróciła się Ae do byłego premiera Inco.

– Floris rozwija się jak nigdy. Mamy coraz więcej broni. Wprowadziliśmy wiele udogodnień – odpowiedział, po czym spojrzał w stronę Jasmin, jakby oczekiwał potwierdzenia.

Ae, mimo że z reguły zachowywała się jak dziwadło, nadal miała rozwinięty zmysł obserwacji. W mig pojęła, że w stojącej obok parze to białogłowa wiedzie prym. „Czy ona już zaprosiła go do łoża? Raczej nie. Za stary dla niej” – pomyślała Ae.

– A tamci? Co robi ta gnuśnica, Taarida? Dalej sobie lata mechanicznym ptakiem moree? – zapytała, by odgonić nieczyste myśli.

– Nasi szpiedzy donoszą, że namiestniczka Inco ma do dyspozycji także mechanicznego pokuna – odparła Jasmin. – Ponoć straszna bestia, jeszcze gorsza niż jej naturalny odpowiednik. Goeffrey mówi, że też mógłby takiego zrobić, ale wiadomo, teraz są inne priorytety.

– Żałuję, że pozwoliłam jej wyjść z cienia. Kifor, ten zdrajca, mi ją zepsuł – złorzeczyła Ae.

– A czy ona nie była jakąś rodziną dla Idriisa? – zapytała Jasmin.

– Skąd wiesz?

– Andrus mówił. Sądziłam, że pani wie.

– Sami zdrajcy – powiedziała szorstko Ae i na nią także spojrzała z pogardą.

W tym momencie rozległ się głośny, przenikliwy gwizd. Kobiety spojrzały w niebo. Było osłonięte mieniącą się kolorami tęczy łuną.

– Ale to piękne – dało się słyszeć wiele głosów zachwytu.