Dwuświat. Księga II. Pokun - Wojciech Wolnicki - ebook

Dwuświat. Księga II. Pokun ebook

Wolnicki Wojciech

0,0

Opis

Część druga cyklu „Dwuświat” - dystopijnej opowieści o pozbawionym ideałów, podzielonym świecie.

Wojna między Inco a Floris jest nieunikniona. Trwają przygotowania, choć po latach pokoju żaden kraj nie wie, jak się do niej przyszykować. 

Przekraczanie granic, nie tylko tych terytorialnych, staje się codziennością. Życie jednostki przestaje mieć znaczenie, gdy mowa o wyższym celu – bez względu na to, ile razy miałby się zmienić z uwagi na obraną politykę. Przyjaciele stają się zdrajcami, wrogowie sprzymierzeńcami. 
Mieszkańcy Floris oczekują narodzin zbawcy, który zmiażdży pokuna. Obywatele Inco stają się tylko marionetkami w rękach rządu. 

Kobieta z dzieckiem na ręku, uciekinierka, usiłuje odnaleźć rodzinę wśród tego szaleństwa. Jak potoczą się losy Jasmin i jej przybranego syna? Czy wyznawcy bogini Patri pozwolą im przeżyć?

Czy wojna przyniesie kres chaosowi? Czy to zaledwie początek zamieszania?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 797

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Wojciech Wolnicki, 2026

Copyright © for the Polish ebook edition by XAUDIO Sp. z o. o., 2026

Projekt okładki: XAUDIO Sp. z o. o.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

Warszawa, 2026

ISBN 978-83-8341-224-5

Wydawca:

XAUDIO Sp. z o.o.

e-mail: [email protected]

www.xaudio.pl

Fragment

Rozdział 1.

Rozdział 2.

Rozdział 3.

Rozdział 4.

Rozdział 5.

Rozdział 6.

Rozdział 7.

Rozdział 8.

Rozdział 9.

Rozdział 10.

Rozdział 11.

Rozdział 12.

Rozdział 13.

Rozdział 14.

Rozdział 15.

Rozdział 16.

Rozdział 17.

Rozdział 18.

Rozdział 19.

Rozdział 20.

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

„Człowieczeństwo jest to suma naszych defektów, mankamentów, naszej niedoskonałości, jest tym, czym chcemy być, a nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy, to jest po prostu dziura między ideałami a  realizacją”.

Stanisław Lem

Rozdział 1.

Debata

Na zewnątrz jeszcze świtało, kiedy z różowego komunikatora wydobył się krótki, choć natrętny sygnał dźwiękowy, przypominający turkot nienaoliwionej machiny. Jasmin leżała pod grubą pościelą, przykryta aż po szyję. Otwarte w pośpiechu oczy zmrużyła na chwilę, choć powinna była nimi poprzewracać w tę i we w tę, by odzyskały ostrość widzenia. W końcu zmusiła się do wzięcia głębokiego wdechu i niespiesznie wypuściła powietrze. Zerknęła z rozrzewnieniem na lewą połówkę łoża, niegdyś zarezerwowaną dla Addama, dziś pustą. Potarła dłonią prześcieradło w miejscu, gdzie jej mężczyzna uwielbiał się wylegiwać, jakby chciała znów poczuć ciepło jego ciała. Z zamyślenia wyrwał ją komunikator, kolejny raz przypominający o wiadomości. Jasmin wyświetliła ją na ścianie. Dłuższą chwilę wpatrywała się, lecz nie mogła jej odczytać. Jakby napisano ją starojęzykiem, którego nie znała. W końcu zdała sobie sprawę, że snop światła rzucony na ścianę wyświetlał się pod kątem. Rozbawiła ją ta poranna niegramotność myślowa. Przekręciła komunikator o ćwierć obrotu wokół osi i wreszcie mogła odczytać treść: „Umówione spotkanie w Ministerstwie Zdrowia. Niestawienie się o czasie spowoduje wykluczenie z narodowego programu. Prosimy o punktualność”. Jasmin poderwała się, bez zastanowienia włożyła pierwszą lepszą sukienkę, upięła białe włosy o długości pół łokcia w niedbały kok i wsunęła czółenka, dość wygodne do pieszej wędrówki, lekkie, choć z podwójną podeszwą. W końcu wybiegła z apartamentu, w którym mieszkała od blisko półtora oczyszczenia, od pewnego czasu już sama.

Przed wejściem do budynku Ministerstwa Zdrowia zderzyła się z tłumem kobiet. Czekały na swoją kolej, błagalnie zerkając w kierunku broniących wstępu, niewzruszonych humanów gardy. Kiedy Jasmin przecisnęła się bliżej, jeden z nich wywołał ją z tłumu.

– Jasmin Kozllov. Z domu. Manduarra – wydobył się świszczący głosik, przerywany pomiędzy słowami.

– To ja, to ja – odpowiedziała z entuzjazmem.

Ku niej powędrowało wiele zazdrosnych spojrzeń kobiet.

– Jest. Pani. Spóźniona.

Human uchylił drzwi do budynku, bacząc, by nikt oprócz Jasmin nie przecisnął się do środka. Weszła. Wewnątrz zaskoczył ją dziwny spokój, tak inny od tego rejwachu przed wejściem. Po chwili namysłu udała się w kierunku lśniącej sterylnością lady recepcyjnej wykonanej z akrylowego szkła. Każde zetknięcie butów z posadzką, podbijane echem przestronnego hallu, górowało nad panującą w budynku bezkresną ciszą niczym odgłos kowalskiego młota. Uśmiechnięta rejestratorka o miłej aparycji skierowała ją do pokoju numer trzy tysiące trzy P. Jasmin dość szybko dotarła na miejsce, jak po sznurku, choć wskazówki rejestratorki sprawiały wrażenie zaszyfrowanego bełkotu. Zapukała do drzwi, krótko, niepewnie, po czym weszła do środka. Wewnątrz czekał białowłosy mężczyzna, młodszy od niej, doskonale umięśniony, z idealnie przystrzyżoną bródką. Siedział na platformie zakrytej białym sztywnym płótnem, przez które przebijały się krawędzie czterech składających się na nią kozetek.

– Jasmin? Jasmin Kozllov z domu Manduarra? – pytał, lustrując jej włosy.

– Tak, to ja.

– Nie masz jakichś przodków we Floris?

– Proszę się nie interesować.

Mężczyzna uśmiechnął się pobłażliwie i powiedział:

– Wybacz. Mam na imię Iharu. Ostatnio trafiają mi się same starsze, brzydsze, no i z ciemnymi włosami.

Zaczął się rozbierać szybko, sprawnie, bezpardonowo, jakby obecność obcej osoby nie robiła na nim wrażenia. Kobietę o bursztynowych oczach i smukłej budowie ciała zamurowało. Widziała wielu nagich mężczyzn, lecz to nie ciało w tym momencie stanowiło dla niej problem.

– Co pan robi, do cholery? – oburzyła się.

– Mamy umówioną… Jak wy to nazywacie? Prokreację.

– Chyba mnie pan z kimś pomylił.

– Nie sądzę. Chce pani tego dzieciaka czy nie?

– Kim pan jest?

– Pochodzę z Floris. Mam dla pani zdrowe nasienie. – Uśmiechnął się. – Proszę się nie krępować. Nie będzie bolało.

– Ale ja… ja nie mogę zajść w ciążę.

Mówiąc ostatnie słowo, zdała sobie sprawę, że nie jest gotowa na dziecko, tym bardziej z obcym mężczyzną. Przecież ona w ogóle nie zamierzała mieć dzieci. Nie trawiła tych rozwrzeszczanych bachorów, wrednych egoistów, dawno temu zaszufladkowanych jako wszelkie zło pociech byłych przyjaciółek. W tym momencie Floriańczyk zdążył obnażyć się całkowicie. Stanął naprzeciwko niej, z dumą prezentując tę część ciała, która powinna być wizytówką, a była raczej miniaturą.

– Mam pani pomóc? – zapytał, podchodząc bliżej.

– Co pan? Odwal się, człowieku, ja jestem w ciąży! – prawie krzyknęła, odsuwając się na bok i odwracając zawstydzone spojrzenie.

Kiedy białowłosy rżał jak rozchwiany emocjonalnie okurai, ona się zamyśliła. Czyżby to, co powiedziała, było tylko rzuconą na odczepne wymówką?

– Z czego się śmiejesz, debilu? Będę miała trojaczki – oznajmiła, nie dowierzając własnym słowom. – I nie potrzebuję zapłodnienia, bo jestem już w ciąży. Nie widać?

Dotknęła swojego brzucha. Był lekko wydęty, ale nie wskazywał na błogosławiony stan. Floriańczyk nie przestawał przesadnie się śmiać , co tylko ją rozsierdziło. Nie trawiła aktorzenia.

– Ech wy, kobiety z Inco, jesteście takie urocze. Jak was nie kochać? – powiedział lekko śpiewnym tonem.

– Zamknij się, kurwa! – warknęła. – Co mi zrobiliście?! Gdzie moje dziewczynki?! – wrzeszczała jak opętana.

Iharu spoważniał w mig, bo do pokoju weszła kobieta o lodowatym spojrzeniu, Claire Gibbondy.

– Proszę się uspokoić. Pani nie urodziła dziewczynek, tylko chłopca – oznajmiła sucho Minister Zdrowia. – Ma na imię Wiktor. Chłopak jak marzenie. Faktycznie – zwróciła się do Floriańczyka – powinniśmy wykreślić ją z narodowego programu. Tyle starania z dopasowaniem hormonalnym i wszystko na nic. A pan niech nie straszy, tylko się ubierze – dokończyła z pogardą, omijając wzrokiem jego nagie ciało.

Jasmin nie rozumiała, co się z nią dzieje. Miała rozbiegane oczy, kręciła nerwowo głową.

– To ja nie urodziłam dziewczynek? – zastanowiła się na głos, lecz kiedy wróciła wzrokiem w kierunku miejsca, w którym przed chwilą stała Gibbondy, nie było widać nikogo. Floriańczyk też nagle zniknął. – Gdzie ja jestem? Co mi zrobiliście? Gdzie jest Wiktorek? – rzucała pytaniami.

– Gdzie jest Wiktorek? – odpowiedziała kobieta o znajomym głosie.

Jasmin otworzyła oczy. Jeszcze przez chwilę nie zdawała sobie sprawy, że wizyta w Ministerstwie Zdrowia to tylko niezdrowy sen. Jeden z wielu podobnych w ciągu ostatnich dni. Nie miała pojęcia, gdzie jest i co tutaj robi. Wokół było szarawo, resztki mgły ograniczały pole widzenia. Jednego Jasmin była pewna – nachylona nad nią zaniepokojona twarz należała do Taryi.

– Wiktorek. Gdzie jest? – zapytała prawie szeptem brązowowłosa znajoma.

Jasmin się zerwała. Zaczęła nerwowo rozglądać się dookoła. Widok śpiących tłumnie, stłoczonych w jedną masę kobiet i niespotykany nigdzie indziej odgłos szumu wody utwierdził ją w tym, że wraz z nimi koczuje blisko wodospadu Pinati, tuż przy granicy z Floris.

– Obudziłam się, bo chciało mi się sikać. Pamiętam, że Wiktorek spał obok ciebie w tym swoim skafandrze.

Jasmin jeszcze była lekko zaspana i oszołomiona, myślami nadal w Ministerstwie Zdrowia. Jeszcze nie docierało do niej, o czym rozprawia Tarya. Nagle zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Zaczęła panicznie rozglądać się na boki, raz w lewo, raz w prawo. Niewiele było widać, więc zrobiła kilka kroków w pierwszym lepszym kierunku. Nie zrażało jej, że kobiety w tym miejscu spały dość blisko siebie i nie było gdzie postawić stopy.

– Aua! – krzyknęła jedna z nich.

– Co za cholera? – zareagowała druga.

– Co jest?! – krzyknęła trzecia.

Jasmin przydeptała kilka rąk i nóg, wywołując wściekłe reakcje leżących. Kilka z nich poraziło ją w oczy snopem światła z komunikatorów, które zadziałały jak latarki oświetlające zbiega. Po chwili zrobił się harmider. Kobiety budziły się jak domino, jedna po drugiej. Jedne, bo zostały nadepnięte, drugie, bo wyrwał je ze snu czyjś krzyk.

– Zamknij się! Śpijcie! Cicho! – Dało się słyszeć kilka głosów niezadowolenia w podobnym tonie.

Jasmin nie zamierzała rezygnować. Sama uruchomiła swój komunikator, którym oświetliła sobie drogę, rażąc śpiące kobiety po zaspanych oczach.

– Tam jest! – krzyknęła Tarya. – Słyszę jego płacz.

Jasmin obejrzała się, lecz nie mogła dostrzec miejsca, z którego dobywał się głos koleżanki. Pobiegła na oślep.

– Gdzie jesteś? – zapytała mocno podniesionym głosem. – Nie widzę cię.

– Tutaj. Idź za moim głosem – nawoływała Tarya.

Jasmin zdała sobie sprawę, że zmierza nie w tym kierunku, co trzeba. Wystartowała jak z procy w przeciwną stronę, przywołana dobiegającymi z oddali przekleństwami koleżanki. Po chwili rozpoznała płacz Wiktorka. Teraz już biegła we właściwym kierunku, nasłuchując głosu dziecka. Kiedy dotarła do celu, ujrzała Taryę trzymającą płaczącego chłopca na rękach.

– Tu leżał. Miał odwinięty kołnierz.

Jasmin wzięła dziecko na ręce i utuliła. Zanim zapięła skafander, pogłaskała go czule palcem po policzku. Szybko przestał płakać, ale przez chwilę był jeszcze rozżalony. Marudził w swoim niepowtarzalnym stylu, jakby chciał się poskarżyć.

– Ciekawe, która franca to zrobiła i po co? – zapytała Tarya.

– Na pewno chciała go porwać – oceniła Jasmin, ruszając w kierunku swojego legowiska.

– Jesteś przeczulona. To dlaczego go zostawiła? Bo zaczął płakać?

– Nie. Bo zobaczyła jego buzię.

– W nocy? Daj spokój. Te twoje teorie spiskowe. Lepiej pomyślmy, co dalej. Już mi się tu nie podoba.

– Tylko jak przekroczymy rzekę?

– Nie będzie łatwo. Kapłanki świetnie strzelają. Mówiłam ci, że widziałam, jak rozprawiły się z całym zastępem facetów? Jedynie kilku przeżyło. Reszta spłynęła rzeką po powierzchni, dupą do góry, ze strzałkami w plecach i głowami w wodzie.

Jasmin otworzyła szeroko oczy, jakby oczyma wyobraźni ujrzała przywołany przez towarzyszkę obraz.

– Za nic nie wrócę do Inco – rzekła pewnym głosem. – Jesteś techniczna, wymyśl coś.

– Jestem informatykiem, nie budowniczym łodzi podwodnej – powiedziała Tarya.

Doszły z powrotem do swojego legowiska. Jasmin zauważyła, że leżąca obok Luka zachowywała się niezwyczajnie. Miała zamknięte oczy, lecz szybki oddech, być może przed chwilą musiała wykonać nadludzki wysiłek, na przykład biec. Jasmin i Tarya wymieniły się spojrzeniami, jakby obydwie właśnie znalazły odpowiedź. W tym momencie Hello wreszcie wychyliło się zza horyzontu. Jego promienie po kolei przedzierały się przez pojedyncze źdźbła traw, puchate liście na niewielkich krzewach oraz drobniutkie, różnobarwne kwiatki, rosnące praktycznie wszędzie. Tęcza soczystych barw pokryła okolicę aż po horyzont.

***

Społeczeństwo Inco w zasadzie przyzwyczaiło się do napiętej sytuacji pomiędzy krajami. Noovack zmieniła wroga narodu z Clifforda na kapłankę Ae, obwiniając ją za wszelkie problemy państwa. Niemal codziennie zadręczała obywateli kolejnymi opowieściami na temat tragedii, jaka w najbliższym czasie spotka ten kraj. Im bardziej jednak moralizowała, tym szybciej traciła audytorium. Z czasem jej nachalnie podkolorowana mieszanina polityki i propagandy obrzydła prawie każdemu. Mieszkańcy byli skupieni na „tu i teraz”, czyli jak związać koniec z końcem przy galopującej inflacji, oraz na tym, co przyniesie któryś z narodowych programów związanych z prokreacją. A było ich kilka. Najbardziej pożądanym przez kobiety i efektywnym rozwiązaniem okazało się wykorzystywanie Floriańczyków. Mimo że do Inco trafiło ich niezbyt wielu, skuteczność tak czystego genetycznie nasienia okazała się zdumiewająca. Nazywano ich pieszczotliwie reproduktorami. Obcokrajowcy nie czuli się z tego powodu gorsi. Wręcz przeciwnie, podobało im się to nowo poznane słowo i nie odnajdywali w nim żadnych negatywnych konotacji.

Kolejnym pomysłem Rządu, niechętnie wykorzystywanym przez panie z uwagi na brak kontaktu fizycznego, była aplikacja nasienia zdawanego do skupu przez rdzennych obywateli Inco. Dużym powodzeniem cieszyła się też męska prostytucja. Mimo że została uznana za pracę i ostatecznie jej zakazano, handel męskim ciałem w szarej strefie kwitł w najlepsze. Z czasem pojawiła się też wersja premium, czyli prostytucja połączona z prokreacją. Kobieta zainteresowana skorzystaniem z tego typu usług musiała tylko udokumentować swój stan zdrowia oraz podpisać glejt, że nie będzie rościć praw alimentacyjnych wobec obywatela płci męskiej. Pomysł się przyjął, choć usługa zwana „donatorem” kosztowała kilkakrotnie więcej niż zabezpieczona forma zadowolenia, czyli zwykła prostytucja.

Tymi problemami żyła kobieca część Inco. Mężczyźni, których rola została ograniczona do celebrowania życia, rozleniwili się na dobre. Co bardziej narzekający głosili, że tylko wojna może ich wybawić od permanentnej nudy. Według ich opinii teatromania wreszcie na coś mogłaby się przydać, relacjonując poszczególne bitwy niczym kanały sportowe live. W związku z malejącym zainteresowaniem krytyką obcego kraju Noovack postanowiła wrócić do sprawdzonej metody wywoływania ognisk zapalnych, czyli uruchomić kolejną aferę. Zapowiedziała ją we wszystkich mediach, komentując, że będzie to wydarzenie bez precedensu. Sprawdziło się. Od dnia, w którym zostało ono przez nią zakomunikowane, nie schodziło z ust mieszkańców zarówno pierwszej, jak i drugiej dzielnicy.

***

Noovack, Davis oraz zaufana młoda, miedzianowłosa reżyserka odpowiedzialna za programy skupiające największą widownię siedziały w montażowni teatromanii i przeglądały zarejestrowane materiały na temat rosnącego konfliktu pomiędzy Inco a Floris.

– A teraz pointa. Można włączać – zadecydowała pani premier.

W tym momencie na małym ekranie wyświetlono obraz granicy pomiędzy krainami. Gdy się patrzyło z perspektywy Inco, po drugiej stronie rzeki można było zobaczyć kapłanki, czujnie obserwujące każdy, nawet najmniejszy ruch na rzece. Miały paskudne, odstraszające buzie i poplamioną krwią broń, archaiczną, a zarazem na swój sposób upiorną. Potem w kółko pokazywano pływające rzeką zwłoki. To były te same truchła, lecz zarejestrowane w różnych ujęciach, z różnej perspektywy. Miało się wrażenie, że Ethne jest nimi zapełniona, choć w rzeczywistości trupów było raptem kilka, może kilkanaście. Potem w akompaniamencie metalicznych odgłosów szczękającej broni nagranych w kuźni jednej z państwowych hut na ekranie pojawiła się Eva Noovack. Spokojna, opanowana, w skromnym żakiecie. Za jej plecami na lekkim wietrze łopotały białe flagi Inco. Chwila wyglądała na wyjątkowo podniosłą.

– W imię obrony gatunku ludzkiego idziemy na wojnę – powiedziała Noovack, ta na ekranie.

– No i może być – skomentowała z uśmieszkiem w lewym kąciku gapiąca się w swą postać na ekranie Noovack, ta w montażowni.

– To hasło będzie powtarzane na wszystkich kanałach teatromanii setki razy dziennie. Zresztą może od razu powinnyśmy je wyświetlać wszędzie, w gazetach, na plakatach, pomiędzy zanętami na deptakach i w galeriach. Uczynimy wszystko, by stało się kultową odezwą, najsłynniejszym wypowiedzianym przez polityka zdaniem w historii. Ludzie nauczą się go na pamięć. – Davis, zachwycona obejrzanym przed chwilą materiałem, pląsała po świeżutkich komplementach, by przypodobać się szefowej.

– Nie chodzi o to, żeby się nauczyli na pamięć, tylko żeby sobie wbili do głów, że robimy to dla ich dobra.

– To kiedy wyemitujemy ten materiał? Już nie mogę się doczekać! – mówiła z ekscytacją w głosie Davis.

– Cierpliwości. Jeszcze musi się wyjaśnić kilka spraw. Nagranie ma czekać na mój sygnał. Jesteście za niego odpowiedzialne – zwróciła się do Davis i reżyserki, grożąc palcem niby w żartobliwym tonie. – A teraz pora na show.

– Mam informację, że dziś deptaki praktycznie opustoszały – rzekła Davis. – Wszyscy zasiedli przed ekranami teatromanii.

– Bardzo dobrze. Doskonale. Ale się zdziwią. Idę zatem do studia.

– Trzymam kciuki. – Davis, pokazując wymowny, szczerze wyglądający gest, zakomunikowała, że wierzy w sukces. – Kiedy pani premier będzie gotowa, przełączamy na live – zwróciła się do reżyserki.

W tym momencie na małym ekranie w montażowni wyświetliły się dwa obrazy. Jeden z nich prezentował zanętę nowego smaku żółtego batona. Można się było domyślić, że był to bieżący obraz z teatromanii, taki, który aktualnie oglądali wszyscy widzowie. Drugi obraz pokazywał kawałek wnętrza studia, w którym zwyczajowo rejestrowane były programy publicystyczne. Kiedy pojawiła się w nim Noovack i stanęła tuż przy mikrofonie, dając znak, że jest gotowa, zanęta z pierwszego obrazu została wygaszona. Od tej pory ekran pokazywał jeden obraz, tylko studio, a w nim panią premier. Dodatkowo na wąskim, dolnym pasku został wyświetlony komunikat: „Live”.

– Drodzy obywatele – zaczęła jak zwykle w patetycznym tonie stojąca w kącie studia Noovack. – Dzisiejszego wieczora nie sposób będzie zapomnieć przez najbliższe oczyszczenia. Za chwilę odbędzie się zapowiadane, historyczne wydarzenie. Nigdy wcześniej żaden z premierów Rządu Inco nie miał tyle odwagi, by zasiąść do rozmów na szczycie w obecności społeczeństwa. Tak, moi mili. To właśnie na waszych oczach odbędzie się debata polityczna na żywo. Z udziałem moim i…

Wstrzymała oddech i zamilkła na chwilę, jakby chciała usłyszeć z milionów gardeł jedno wielkie: „Dokończ wreszcie z kim!”.

– …głównej kapłanki z Floris! – oznajmiła radośnie.

W tym momencie z głośnika wydobył się gromki aplauz. Noovack, odpowiadając sztucznym uśmiechem, przeszła na drugą stronę studia, gdzie ustawione były trzy różniące się kształtem i wielkością mównice. Pierwsza z lewej wyglądała jak sielsko-wiejska ambona, była kolorowa i przystrojona sztandarami Floris. Na każdym z nich widniał biały współksiężyc na burym tle. W środkowej części studia stała skromna szklana mównica, za którą czekała na gości swojego programu Martina Kuna, gwiazda państwowych programów publicystycznych. Po stronie prawej usytuowana była ostatnia z mównic w kolorze gradu widywanego tylko podczas odnowy. Za nią stał rząd białych flag, które łopotały dzięki sztucznemu wiatrowi wywołanemu dmuchawą. Noovack zajęła swoje miejsce właśnie za tą mównicą. Wyglądała elegancko i dostojnie. W tym momencie z miedzianej tuby wydobył się dżingiel traktowany niczym hymn kraju. Brzmiał jak falujące dźwięki połączone z sekwencjami wibracyjnymi. Po jego wyciszeniu do studia weszła niezbyt przystojna, niska, brązowowłosa kobieta w niemodnej, szarej sukience z doklejonymi kolorowymi kwiatami, których łodygi i płatki zostały niedbale wykonane z opakowań po batonach. Mieniły się wściekle, odbijając światła reflektorów. Kobieta stanęła za jedyną wolną mównicą, tą wyglądającą jak wiejska ambona, i która, jak się okazało, była niedostosowana wysokością. Ae, a w zasadzie aktorce odgrywającej jej rolę, wystawał tylko czubek głowy zza wierzchołka. Kuna przez chwilę powstrzymywała się, by nie wybuchnąć śmiechem, lecz w końcu parsknęła.

– Przepraszam – powiedziała i zrobiła udawaną pokorną minę.

– Witam panie – zaczęła po chwili, nadal usiłując kontrolować emocje. – Proszę się przedstawić.

– Nazywam się Eva Noovack – zwróciła się w kierunku kobiety udającej władczynię sąsiedniego kraju. – Jestem premierem Rządu Inco. Nie miałyśmy okazji porozmawiać na osobności, lecz ten pomysł, byśmy podyskutowały na oczach obywateli, wydał mi się bardzo oryginalny i z radością przyjęłam zaproszenie. Dziękuję, że także ty zgodziłaś się, pani, na tę formę rozmowy.

– To ja dziękuję za zaproszenie – odpowiedziała aktorka. – Mam na imię Ae. Jestem Najwyższą Kapłanką Wszechziemi.

Martina Kuna zasłoniła buzię lewą dłonią, by nikt nie widział jej rechotu. Daremnie. Każdy oglądający teatromanię, a można szacować, że przed ekranami siedziało obecnie przynajmniej osiemdziesiąt procent społeczeństwa, mógł bez trudu ocenić brak profesjonalizmu redaktorki. Dopiero karcące spojrzenie Noovack zadziałało. Kuna śmiertelnie spoważniała.

– Wyjdę może zza tej kolumny, bo gówno widzę – powiedziała aktorka, po czym zrobiła kilka niemrawych kroków w kierunku Kuny.

W tym czasie z małych głośniczków wybrzmiała nagrana wcześniej salwa śmiechu. Przerwano ją nagle, bez wcześniejszego wyciszenia.

– Może zacznę od sprawy najważniejszej – odezwała się Noovack, usiłując kontrolować przebieg debaty zgodnie ze scenariuszem. – Dlaczego zabroniła pani migracji mężczyzn? Macie ich tak wielu, a u nas jest problem z prokreacją.

– Z czym? – zdziwiła się aktorka, choć każdy się połapał, że swoje zdziwienie zagrała nieudolnie, jakby pod publikę.

– Robieniem dzieci – odpowiedziała Noovack, puszczając oko do narodu. – W naszym społeczeństwie rodzi się wiele dziewczynek, ale zbyt mało chłopców. Wasza pomoc byłaby nieoceniona.

– Rozumiem, rozumiem. Ale bogini Patri nie pozwala. Naszym mężczyznom nie wolno się mieszać z rozpustnymi bezbożnicami, którym się w dupach poprzewracało. Kobieta ma słuchać męża, a nie wydawać mu polecenia.

– Ależ co pani mówi? – Zdziwienie Noovack było zagrane po mistrzowsku.

– Kobiety mają zajmować się domem, prać, sprzątać, rodzić dzieci, wycierać kupy, nie dyskutować. Jak mąż jest z niej niezadowolony, może jej przyłożyć kijem. Tak mówi nasza bogini. Nasze chłopy, którzy tu mieszkają, też będą was tłuc. Bo tak mają, bez względu na to, czy żyją we Floris, czy tutaj. Tradycji nie da się wyplenić.

Noovack zatkało. Zmarszczyła brwi i zerknęła najpierw w kierunku Kuny, potem kobiety wyglądającej jak kierowniczka studia, a na pewno ktoś bardzo odpowiedzialny.

– Tak, bo my we Floris, to znaczy chłopy biją nasze kobiety i gówno wam do tego – kontynuowała aktorka.

Pani premier w tym czasie dyskretnie odeszła na bok.

– Tego nie było w scenariuszu – szepnęła do kierowniczki studia. – Co ona mówi?

– Nie wiem. Może pomyliła rolę. Przerywamy?

Noovack wróciła na swoje miejsce.

– Skoro tak, to dlaczego w waszym kraju to właśnie kobieta stoi na czele państwa?

– Ja nie jestem kobietą. Jestem kapłanem.

– Widzę, że macie dość kategoryczne poglądy. U nas z pewnością by się nie sprawdziły. Nasze społeczeństwo jest wolne, u nas panuje wolność i demokracja, nikt nikogo nie bije.

– Ale pierdolenie. A po co ci humany, wariatko? – zapytała aktorka i uśmiechnęła się zawadiacko do oka urządzenia rejestrującego obraz, tym samym dowodząc, że wie, do czego ono służy.

Noovack dała znak, że transmisja ma zostać natychmiast przerwana. Bez słowa wyszła ze studia, po czym udała się do swojego apartamentu. Na miejscu wszyscy schodzili jej z drogi, jakby widzieli, co się stało. Pani premier zamknęła się sama w sypialni. Długo nie mogła zasnąć. Czuła się podle, jakby ktoś opluł ją na oczach całego społeczeństwa, a z głośników zamiast aplauzu wydobyły się odgłosy buczenia. Do tej pory pewna siebie, ze wsparciem lojalnych przyjaciółek, niesiona uwielbieniem tłumu realizowała swoją misję, przeżywała każdy sukces, nawet obarczony problemami, jako kolejny krok na drodze do celu. A tu nagle taki blamaż, krok wstecz, i to dokonany ręką durnej, taniej aktorki. Nad ranem postanowiła, że nie da po sobie poznać, że cokolwiek ją zezłościło, a wręcz obróci wszystko w żart. Kłopot polegał na tym, że już od dziecka miała świadomość, że opowiadanie dowcipów nie jest jej mocną stroną. Znana była raczej z cynicznych reakcji podbitych nieszczerym śmiechem. Tym razem wyćwiczona przed lustrem mina miała za zadanie pokazać, że był to celowy zabieg, czyli że nic się nie stało. Pomysł się powiódł. Tłum uwierzył. Szczególnie, że narracja komunikacji ze społeczeństwem poszła w zupełnie innym kierunku. W ciągu najbliższych kilku dni pojawiło się wiele programów publicystycznych mających na celu wyjaśnienie, o co dokładnie chodziło kapłance. Na wszelki wypadek Floriańczykom zakazano opuszczania apartamentów przez jakiś czas.

Tymczasem aktorka odgrywająca rolę kapłanki zarzekała się, że nie zażywała żadnych wersji uppera ani innych środków odurzających. Kiedy zapytano ją o przebieg debaty, twierdziła, że niczego nie pamięta. Musiała przełknąć zniewagę i zniknąć z życia publicznego. Przeszła nawet operację plastyczną twarzy, nawiasem mówiąc, teraz wyglądała atrakcyjnie. Mimo metamorfozy dającej poczucie bezpieczeństwa nie wróciła do pracy na rzecz kanału trzeciego teatromanii. W Inco zawód aktora nie był powszechnie znany, nie kojarzył się z tym, co znali mieszkańcy Floris, czyli udziałem w spektaklach odgrywanych przez wędrujące z osady do osady kuglarskie trupy. W industrialnym kraju zawód ten wiązał się wyłącznie z inscenizowanymi, moralizatorskimi opowiastkami, które miały na celu zobrazowanie nowego prawidła czy państwowego dekretu na konkretnym przykładzie. Każdy z dwunastu aktorów zatrudnionych na etatach w Ministerstwie Indoktrynacji Społeczeństwa za każdym razem był inaczej ucharakteryzowany, wyglądał unikatowo. Dzięki temu miało się wrażenie, że w kolejnej opowiastce brał udział inny naturszczyk.

***

Mężczyźni z drugiej dzielnicy, którzy w wyniku Kaskady Eksmisji zostali przesiedleni do dzielnicy pierwszej, wiedli żywot iście niewolniczy, choć zamknięto ich w luksusowych, wieloosobowych apartamentach. Każdy z nich miał wszyty w nadgarstek specjalny chip chroniący przed ewentualnym przekroczeniem granicy pomiędzy dzielnicami. Chip miał też funkcję dyscyplinowania na wypadek niewłaściwych uczynków. W celu zapobiegania ewentualnym przestępstwom pełny dostęp do sieci chipów otrzymały humany gardy, przedstawicielki tajnych służb oraz funkcjonariuszki UKP. Jeśli zostałoby odnotowane, że którykolwiek z mężczyzn złamałby chociażby najmniej ważne prawo, z chipa wysuwały się igły. Wstrzykiwały delikwentowi trutkę, która powodowała torsje i boleści przez wiele długich dni. Ponadto w ramach odbywanej kary mężczyzna nie mógłby poruszać się po pierwszej dzielnicy samodzielnie, ale tylko w towarzystwie uzbrojonego humana, i w wyznaczonych porach, raz dziennie.

Poza tą niedogodnością życie w apartamentach wiązało się z nudnym luksusem. Obowiązkiem każdego płodnego mężczyzny było pojawienie się w tak zwanym miejscu odosobnienia minimum dwa razy w tygodniu. To właśnie tam w obecności jednej z ponętnych funkcjonariuszek UKP miał za zadanie bezpłatnie oddać swoje nasienie. Było ono rekompensatą za życie w bajecznym ośrodku wypoczynkowym. Tak im wytłumaczono. Funkcjonariuszki zmieniały się codziennie, żeby nie znudzić się mężczyznom. Przychodziły zawsze na wyznaczoną porę. Miały spełniać wszystkie zachcianki zupełnie bez odzieży, chyba że mężczyzna gustował w przebierankach. Ważne, by doszło do kontrolowanego wytrysku. Zebrane nasienie transportowane było przez wyposażonego w chłodziwo humana prosto do UKP. Poza tym niezbyt komfortowym obowiązkiem mężczyźni trzymani na siłę w apartamentach bardzo się nudzili. Wyszukiwali sobie coraz to nowe zajęcia, zmieniane często, by nie zostały potraktowane jako praca.

W jednym z takich apartamentów został osadzony profesor Jullo Anttca wraz z synem Giro i wnukiem Mirosli oraz dziesięcioma mężczyznami spoza rodziny. Kiedy staruszek próbował się dowiedzieć, dlaczego musi przebywać w tym miejscu, mimo że zwolniono go z obowiązkowych zadań z powodu wieku, usłyszał odpowiedź, która wcale go nie zdziwiła. Human odparł zgodnie z prawdą, że było polecenie, by przesiedlić wszystkich, lecz nie było polecenia, żeby bezproduktywnych odrzucić. Dopóki nie pojawi się nowa dyrektywa, ma tam mieszkać, choćby do śmierci. Żeby wesprzeć współmieszkańców w ich bezdusznym obowiązku, profesor odganiał ich myśli od nieludzkiego procederu, którym się parali, opowiadając im o życiu i jego prawidłach. Wygłaszał wykłady zapamiętane z czasów, kiedy jeszcze uczył, a także, czym wzbudzał podziw u niejednego, cytował z pamięci obszerne fragmenty przeczytanych książek i opowieści kolegów po fachu, psychologów, socjologów, historyków i znawców zapomnianej nauki zwanej etyką. W większości przypadków na tapecie był jeden temat: człowieczeństwo. Jedyne prawidło, którego musiał się trzymać profesor, to niezbyt wysoka donośność głosu. Uznał nawet, że aby nie zainteresować wszędzie węszących humanów i funkcjonariuszek swoimi sprzecznymi z aktualnym duchem poglądami, powinien raczej szeptać. A tak w ogóle to zauważył, że myślenie lub obnażanie się z jakąkolwiek wiedzą stało się niezbyt popularne, wręcz niebezpieczne. Najbardziej sprawdzała się metoda durnego, oddanego społecznie, czyli realizującego wszystkie narodowe programy, bezmózgowca.

– Na potrzeby swego celu, wykorzystując dążenie do wygody, ładu społecznego oraz histerycznego poczucia siły wyższej, człowiek wymyślił i szturmem wprowadził w życie trzy wynalazki: prawo, religię i politykę. Czy dziś potrafilibyśmy sobie wyobrazić pęd do władzy i bogactw, który nie wykorzystywałby przynajmniej jednego z tych trzech narzędzi? W rękach człowieka, działając podobnie jak nóż, miecz, kajdany czy zwykła łopata, sprawdzały się zawsze i w każdych okolicznościach. Przecież tylko ludzie mają tyle sprytu, by uprawiać politykę. Tylko ludzie ustanawiają prawo. Wreszcie, tylko ludzi stać na ślepą wiarę w wyimaginowane bóstwa, tak potrzebne do rządzenia. Tym różnimy się od innych stworzeń, które zaledwie walczą o byt. Czym byłaby polityka, jeśli nie narzędziem do zdobycia władzy i dyscyplinowania innych, zwłaszcza w ramach dopasowanego do aktualnych potrzeb prawa? Uporządkowaniem świata, zamknięciem go w pewnych granicach swobód niedanych na zawsze?

Profesor sięgnął po szklankę z wodą, wypił łyczek, zerknął na zaciekawione miny swoich uczniów i wznowił wykład:

– Impet, z jakim człowiek gnał w kierunku swej przyszłości, zamykał mu drogę powrotu. Drwił z niego. To był taki gryzoń, którego on próbował dopaść, a ten co rusz dawał mu sygnały, że goni własny ogon, tylko coraz szybciej. Nie było innej drogi. Zawsze do przodu. Czasem w dół, czasem w górę. Po bezdrożach czy po lodzie. Bez względu na wytartą dumę, katastrofalne porażki, mijane trupy, drobne zdobycze czy spektakularne sukcesy. Człowiek tak miał od zawsze. Pastwił się nad sobą.

Profesor zwilżył usta wodą, oblizał je, po czym wypił duży haust.

– Przepraszam. Zaschło mi w gardle. O czym to ja mówiłem? Aha. Już wiem: definicja rozwoju. Ludziom się wydaje, że dokądś zmierzają, lecz tak naprawdę kręcą się w kółko, zmieniając tylko okoliczności swego jestestwa. Sto pokoleń wcześniej, kiedy nie było machin, a nikt nie potrafił ujarzmiać promieni Hello czy komunikować się za pomocą małych, przenośnych urządzeń, ludzie byli tak samo zachłanni, skąpi, spóźnialscy. Rywalizowali między sobą, kradli, cudzołożyli, mieli ochotę kogoś oszukać, zamordować czy odebrać mu jego wolność. To gdzie tu rozwój, skoro w tym aspekcie nie wyciągnęliśmy wniosków? Postęp technologiczny to tylko sceneria, w której przyszło nam żyć. Jesteśmy nic nieznaczącą drobiną. Dziś my, jutro nasze wnuki, a za kilkaset oczyszczeń, w innych okolicznościach i prawdopodobnie w towarzystwie jeszcze bardziej skomplikowanych urządzeń, będą tu żyli tacy sami ludzie jak my. Tak samo mało ważni.

Jeden ze słuchaczy pokręcił znacząco głową, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z powagi usłyszanych przed chwilą słów. Profesor nie zamierzał na nich poprzestawać.

– À propos wolności, wiecie, dlaczego jedni ludzie odbierają innym ich prawa? Dla władzy? Bo chcą się czuć panami? Oczywiście też. Ale z jakiego powodu? Bo są tacy wielcy? Nie. Czynią tak ze strachu. Trudniej się kieruje ludźmi wolnymi. Odbierając ludziom prawo do swobody, rządzący robią to zawsze z obawy o coś, co jest dla nich ważne i daje im poczucie wyższości. I jeszcze jedno: wolność to też odpowiedzialność. Rządzący, odbierając ludziom wolną wolę, biorą za nich odpowiedzialność. Dlatego muszą się liczyć z konsekwencjami swych wyborów za nich. A w tej materii błędów się nie wybacza. Bo to też jest ludzkie i powinniśmy mieć do tego prawo. Wolność jest droższa niż wszystkie skarby Wszechziemi, jest najcenniejszym prawem ludzi. Dlatego władcy tak chętnie po nią sięgają.

Powiedziawszy ostatnie słowa, profesor ukłonił się delikatnie. Pojawiły się brawa. Ciche, prawie bezszelestne, niczym ich imitacja. Wyglądały, jakby były prezentowane w teatromanii z wyłączonym głosem. Dla zmęczonego życiem starszego człowieka znaczyły jednak wiele.

– Profesorze Anttca – zagadnął brązowowłosy mężczyzna w wieku trzech oczyszczeń. – Czy widzi pan dla nas jakieś światełko?

– Chodzi panu o sytuację w kraju? No cóż. Może jeśli przestaniemy się uczyć, a zaczniemy żyć?

Mężczyźni zareagowali osłupieniem. Anttca zauważył, że była to gremialna reakcja, więc postanowił rozwinąć myśl.

– Powinienem powiedzieć, że wszystko, czego uczyłem, okazało się nieważne, zdezaktualizowało się, przeminęło.

– Życie to jedna wielka zmiana.

– Czyli nie warto się uczyć? – dopytywał się profesor.

– No, ale są pewne kwestie, które nie ulegają modyfikacji, na przykład zasady moralne, prawda historyczna – odpowiedział z przekąsem Giro.

Na twarzy leciwego człowieka pojawił się sztucznie wyglądający uśmiech. Westchnął ciężko i powiedział:

– Prawda historyczna, powiadasz? Niedawno doniósł mi pewien kolega, młodszy, czynny nauczyciel, że zostały zmienione programy nauczania. We władzach wszystkich szkół zasiadają osoby z nadania politycznego. To pracownicy Ministerstwa Indoktrynacji Społeczeństwa. Dzieci, które są przyszłością narodu, powinny się uczyć tego, co jest najważniejsze dla obecnego Rządu. W podręcznikach pojawiły się nowe interpretacje ważniejszych wydarzeń historycznych.

– Na przykład?

– Że Barney Clifford był zdrajcą, a wiecie, że go znałem, i nigdy bym tak nie powiedział. Prędzej, że to wybitny leń, lecz przy tym otwarty umysł. Miałem nadzieję, że znajdzie jakieś rozwiązanie. Nie zdążył. Teraz na jego miejscu jest osoba, hmm, powiedzmy, będąca jego całkowitym przeciwieństwem.

– Może brakuje jej właściwych doradców? – zapytał brązowowłosy.

– Nie sądzę, żeby kogokolwiek słuchała – odparł czarnowłosy syn profesora. – Zresztą ludzie honoru nie trzymają z taką władzą.

– Faktycznie. Kto chciałby im usługiwać? Gnidy. Jak o nich pomyślę, to świerzbi mnie ręka. Ale z drugiej strony może warto się poświęcić dla wyższych idei? Niestety mało jest ludzi, którzy mają coś mądrego do przekazania i jeszcze dysponują wystarczającą wiedzą, doświadczeniem, charyzmą. Nie uważa pan, że na nich spoczywa odpowiedzialność? – Brązowowłosy nie ustępował.

– To byłoby bezcelowe – odparł krótko profesor, lecz szybko zdał sobie sprawę, że nie powinien nikomu odbierać nadziei. Dopiero teraz dostrzegł, że mężczyzna miał na myśli właśnie jego i raczej oczekiwał jakiejś reakcji.

– Premier Noovack na pewno ma jakąś słabość – ocenił Giro, dając ojcu znak, że podziela opinię tego mężczyzny.

– To prawda. – Profesor pokiwał głową. – Pozostaje tylko pytanie, czy ta słabość nie stanie się jej siłą.

***

Claire Gibbondy i Ana Mariya poznały się prawie jedno oczyszczenie wcześniej. Wtedy bardzo się pokłóciły, omal nie pobiły. To było podczas prezentacji nowych funkcjonalności systemu UKP. Gibbondy była pomysłodawczynią jego nowszej wersji, uwzględniającej między innymi możliwość kontrolowania obrotów sklepów farmaceutycznych w celu sprawdzenia, czy pacjentki stosują się do zaleceń lekarskich. Mariya znalazła się tym samym miejscu, by potajemnie zaraportować działalność Czarnych Dłoni swojemu zwierzchnikowi, zaproszonemu na prezentację. Obydwie wpadły na siebie, przewróciły się i każda obwiniała tę drugą za niezdarność. Rozeszło się po kościach, gdyż szybko zostały rozdzielone.

Ich kolejne spotkanie miało zupełnie odmienny charakter. To było ćwierć oczyszczenia później. Gibbondy postanowiła, że poprawi swój lewy sierpowy, na wypadek gdyby musiała bronić pomysłów przed pacjentkami wykazującymi niesubordynację wobec UKP. W tych czasach zdarzało się, że podczas badania wściekła ciężarna, której życie przewracało się do góry nogami, bo na świat miała przyjść dziewczynka, potrafiła zbesztać funkcjonariuszkę lub oficera, a nawet ją pobić. Gibbondy nie zdarzył się taki przypadek, ale wolała być przygotowana na wszelką ewentualność. Zapisała się na zajęcia doszkalające z incoboksu. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że ta dyscyplina bardzo ją wciąga. Nie tylko dlatego, że można komuś przywalić. Poznała również przyjemność wynikającą z otrzymywania ciosów. Wyłącznie ten sport walki miał praktycznie nieograniczone zasady, które warto było wykorzystać do tego celu. Gibbondy, mimo że potrafiła się bronić, czasem celowo się odkrywała, by niby przypadkiem oberwać. Żeby nikt nie rozpoznał w niej oficera UKP, na zajęcia w dzielnicy drugiej uczęszczała incognito. Do tego samego klubu przychodziła też Ana Mariya, żeby odreagować stresy związane z pracą. Tak mówiła skromnie wyglądająca, ciut młodsza, dość ładna pracownica montowni komunikatorów, a w rzeczywistości potajemnie kierująca grupą dywersantek.

Kiedy trener wybrał je do wspólnego sparingu, nie rozpoznały się, nie wiedziały, że miały okazję wpaść na siebie jakiś czas temu. Już pierwsze starcie okazało się początkiem nowej przygody. Gibbondy waliła z całej siły na oślep. Ana bardziej precyzyjnie, lecz dość delikatnie, jeszcze nieświadoma upodobań sparingpartnerki. W końcu przywaliła Claire prawym prostym w nos i widząc w oczach przeciwniczki euforię, poprawiła lewym sierpowym. Gibbondy padła na deski. Była omdlała, lecz na jej twarzy malował się stan ekstazy. Po chwili, kiedy walka została wznowiona, Gibbondy z radością oddała sparingpartnerce z nawiązką. Od tej pory co trening tłukły się zawzięcie, ile miały siły, aż do omdlenia. Z nikim innym, zawsze w tej samej parze. Trenujący w tym klubie slumerzy nazwali je krwawiącymi szlamami, gdyż każda ich walka ciągnęła się podobnie, prawie do ostatniego tchu.

Pewnego dnia, kiedy Gibbondy i Mariya mocno dały sobie w kość, po treningu wyszły razem bez słowa. Na zewnątrz budynku, w miejscu odosobnionym, prawie po ciemku Mariya zlustrowała przeciwniczkę. Miała ochotę ją zaczepić, może lekko poturbować, byle zrobić coś razem, a najlepiej to, co Gibbondy uwielbiała, dać jej solidny wycisk, dlatego uderzyła ją niespodziewanie prosto w nieprzygotowany do ataku brzuch. Nienapięte mięśnie Gibbondy musiały mocno zaboleć, gdyż kobieta jęknęła głośno i zaklęła siarczyście. Nie czekała na kolejny cios. Zrewanżowała się kopniakiem prosto w udo, po czym rozradowana wyszczerzyła krzywe zęby. Zaczęła się szamotanina. Bez kontroli, bez zasad, bez jakiejkolwiek ochrony twarzy, piersi czy dłoni. Kobiety prały się prawie na serio, jakby walczyły o życie, jęcząc przy tym boleśnie po otrzymaniu każdej piąchy, przy czym tylko Claire cieszył każdy cios, zarówno ten zadany, jak i otrzymany. Po dłuższej wymianie razów obydwie były tak zmęczone, że stanęły naprzeciwko siebie z rękami opuszczonymi wzdłuż tułowia i wpatrywały się sobie prosto w oczy, sapiąc jak po morderczym biegu. To nie trwało zbyt długo. Nagle złapały się za włosy i przyciągnęły do siebie głowy, łącząc się ustami. Ściskając w dłoniach czupryny, całowały się długo i namiętnie, gryząc od czasu do czasu swe wargi aż do krwi.

Po tym incydencie obydwie przestały uczęszczać na zajęcia z incoboksu. Biły się potajemnie nadal, lecz w domu Mariyi, po czym lądowały w łóżku. Nad ranem Claire wracała do siebie, wyzwalając u Any całe pokłady tęsknoty. Z czasem ich związek zaczął się rozwijać. Chodziły na spacery, razem, lecz osobno, niczym znajome, tylko po deptakach dzielnicy drugiej, czasem do galerii. Oprócz bijatyk i seksu pojawiły się kolejne wspólne zainteresowania. Często razem ćwiczyły w pomieszczeniach regeneracyjnych na sąsiadujących ze sobą urządzeniach i grały w różne gry. Sielanka trwała prawie pół oczyszczenia, nawet zaczęły snuć plany o rodzinie. I wtedy wyszło na jaw, że Ana Mariya do niedawna pełniła tajną funkcję, pracowała dla Rządu Clifforda. Była kierowniczką grupy dywersyjnej o nazwie Czarne Dłonie, odstawioną na polityczną emeryturę z powodu zamknięcia projektu. Tłumaczyła się, że nie była z tego zadowolona, lecz Gibbondy jej nie uwierzyła. Wściekła się na nią nie dlatego, że Ana pracowała dla oponenta politycznego. Zmierził ją brak szczerości oraz że to ona sama odkryła jej tajemnicę. Wolałaby usłyszeć ją od swojej partnerki. Ich związek mocno na tym ucierpiał. Ana przepłakała niejedną noc. Kilkakrotnie obiecywała, przysięgała na nienarodzone dzieci, że nigdy więcej nie okłamie swojej ukochanej. Długo trwało, zanim Gibbondy jej wybaczyła i znów zaufała. Kiedy Eva Noovack szukała wsparcia w planie obalenia ustroju, Claire opowiedziała o tym Anie. Uznały wspólnie, że razem wezmą udział w tej niecodziennej awanturze. Gibbondy przyznała się przed szefową do znajomości z kimś, kto ma coś do udowodnienia Rządowi. Przyszła pani premier nigdy nie miała świadomości, co łączyło lojalnego oficera UKP z szefową Czarnych Dłoni, ale była tak zdeterminowana, że postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i wykorzystać ten kontakt. Udało się. Między innymi dzięki sukcesowi zmyślnego sabotażu Any dokonał się przewrót w kraju, a Gibbondy została desygnowana na stanowisko Ministra Zdrowia. Wreszcie mogły zamieszkać razem i realizować plan o rodzinie.

Jakiś czas później każdy slumer trenujący incoboks, który rozpoznał w nowej Minister Zdrowia jedną z krwawiących szlam, znikał bez śladu. To było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy uruchomiono Kaskadę Eksmisji, dlatego nikt nie powiązał faktów. Z kolei premier Noovack była przekonana, że Gibbondy jest po prostu zdziwaczałą singielką. Nie wiedziała nic o jej prywatnym życiu. Z radością pomogła w aresztowaniu krnąbrnych bokserów w związku z ich udziałem w eksperymentach. Wszak z pewnością byli naszpikowani testosteronem, tak cennym w dobie kryzysu demograficznego.

***

Od kiedy Eva Noovack została premierem Rządu, jej mąż uzyskał status „dziecka w klatce z circonium”. Rinno miał wszystko to, o czym tylko mógłby zamarzyć. Z jednym wyjątkiem – jako jedynemu mężczyźnie w państwie nie wolno mu było opuszczać apartamentu, nie miał też dostępu do żadnych kobiet. W tym czasie jego żona była zajęta sprawami wagi państwowej, dlatego korzystała z licznej służby. Składała się ona z samych mężczyzn, w tym sprzątaczy, lokajów i kochanków, zwanych „nowymi narzeczonymi”. Dla męża nie miała czasu. On nudził się wybitnie, więc pewnego dnia postanowił przypomnieć o sobie.

– Chciałbym, byś pozbawiła mnie tej wątpliwej przyjemności funkcjonowania w asyście ochrony – powiedział niepewnym głosem.

– Mówiłam ci, żebyś tu nie przychodził. To moja prywatna sypialnia – odparła, kiedy niespodziewanie przyłapał ją prawie in flagranti z jednym z młokosów.

– Tobie wolno wszystko, a mnie nic. Kiedy nie byłaś jeszcze premierem, planowaliśmy zupełnie coś innego.

– Tak, ale się pozmieniało. Jako mój mąż jesteś narażony na niebezpieczeństwo. Widzisz, co się dzieje w kraju.

– Ja tylko chcę swobody. Chcę robić to, co inni mężczyźni.

– Żartujesz, prawda?

– Jak wszyscy, to wszyscy. To twoje słowa. Ja nie mam życia. Ty nie masz dla mnie czasu. Nie mogę się spotykać z kolegami. Nawet córka nie może poświęcić ojcu chwili, bo również jest zajęta sprawami wagi państwowej, czyli robi coś dla ciebie.

– Co ty myślisz, że zgodzę się na drugą żonę? Nie ma mowy.

– Ja potrzebuję miłości.

– Nie zgadzam się! Jak sobie wyobrażasz sytuację, w której ja, premier Rządu, byłabym jedną z wielu żon – prychnęła – swojego gówno wartego męża? Masz świadomość konsekwencji? Nie ma takiej opcji.

– Przecież wiem, że mnie nie kochasz. Ten drugi ślub to był pic na wodę, żebyś w oczach społeczeństwa nie wyglądała na rozwódkę. Weźmy rozwód drugi raz.

– Spieprzaj, bo…

– Bo co? Bo zniknę i odnajdą mnie jak tego dziennikarza, na pustyni?

– Uważaj. To nie twoja liga, mężuniu – dokończyła z pogardą.

Rinno spuścił wzrok, pokręcił głową na znak niedowierzania i westchnął.

– Garda! – krzyknęła.

W mig pojawił się human.

– Odprowadzić na miejsce.

Human nie zdążył zbliżyć się do męża Evy, kiedy tamten ruszył w kierunku drzwi. Noovack pospiesznie weszła do jednej z sypialń, gdzie czekał na nią świeżo sprowadzony nowy narzeczony.

– Muszę się uspokoić. – Wzięła kilka głębokich wdechów nosem, a wydychała ustami. – Masz być dla mnie wyjątkowo czuły – zwróciła się do młodzieńca. – Do dzieła.

***

Nad rzeką Ethne każdy ranek wyglądał niemal identycznie. Pierwsze budziły się starsze panie. Rozpoczynały dzień, cicho krzątając się wokół własnych spraw. Potem otwierał oczy Wiktorek, a za nim Jasmin, żeby go nakarmić, choć najpierw musiała dojść do siebie po koszmarze, który ją męczył od jakiegoś czasu prawie każdej nocy. Zanim ciepłe promienie Hello wysuszyły pojedyncze krople rosy na liściach okolicznych bujnych roślin, a owady wyruszyły na codzienną walkę o przetrwanie, chłopiec był już po śniadaniu. Dopiero potem słychać było kolejne budzące się do życia kobiety. Większość leniwie kręciła się z boku na bok. Część z nich, kołysząc się w objęciach resztek przyjemnego snu, budziła się z rozmarzonymi buziami. Jakby celebrując ten moment, liczyły, że cudownie rozpoczęty dzień przyniesie same dobre chwile.

Tego ranka Jasmin jak zwykle przemyła Wiktorka wilgotną szmatką i ubrała go w termiczny skafander. W rzece pojawiły się pierwsze amatorki porannej kąpieli, czym wzbudziły czujność pilnujących po drugiej stronie kapłanek z napiętymi cięciwami swych łuków i kusz. Widok zupełnie nagich kobiet nadal był dla nich czymś niespotykanym, mimo że proceder ten trwał od wielu dni. Mieszkanki Inco, które tymczasowo wybrały na swój dom to właśnie miejsce, kąpały się codziennie rano w rzece, nago, partiami, żeby nie było tłoku. Wszystkie były przeraźliwie szczupłe. Poniekąd nie było to nic dziwnego, wszak w Inco większość mieszkańców miała niedowagę wynikającą ze sposobu odżywiania i fascynacji sportami. Te konkretnie kobiety po dotarciu na miejsce zmniejszyły dzienną porcję pożywienia do jednego, a niektóre z nich nawet do połowy batona regeneracyjnego. W sumie nie musiały pracować, nie uprawiały sportów, nie wykonywały żadnych obowiązków. Mogły, a w zasadzie musiały, wprowadzić oszczędność.

Jasmin znów miała trudną noc. Śnili jej się Addam i Haenry, obydwaj zachęcali ją, by zostawiła Wiktorka i wróciła. Nie miała pojęcia, skąd jej się wziął taki sen. Przecież wszystko miało być już dobrze. Przed nią zupełnie nowe życie. W Inco nie było ani jednej osoby, dla której warto było wracać. A już na pewno nie do Addama. Rozkapryszony maminsynek, przez całe życie skupiony na sobie. Czemu jednak przyśnił jej się także Haenry? Czy coś się stało Luicey? A może jemu? Nie. To niemożliwe. Jest mężczyzną. Oni są oczkiem w głowie Rządu. Ci lepsi, kurwa. Jasmin zerknęła na Taryę. Spała mocno, choć w jej przypadku to nie było takie oczywiste. Kobieta większość czasu każdej nocy mówiła przez sen, trochę do siebie, trochę jakby do kogoś. Zasypiała nad ranem, na krótko. Dziwna, a na pewno inna niż wtedy, kiedy się poznały. W ogóle jakaś rozgadana. Na szczęście Jasmin szybko odkryła sposób, jak jej przerwać, żeby zyskać chwilę spokoju. Wystarczyło poruszyć temat dziecka. Była drażliwa na tym punkcie. Natychmiast się zamykała. Nie mam pojęcia, czy to dobrze, że się do mnie przyczepiła. Czy powinnam jej zaufać? – głowiła się Jasmin.

Nagle jedna z machin do rozganiania smogu w Inco, latająca tam i z powrotem wzdłuż granicy z Floris, obniżyła znacząco swój pułap i powoli zaczęła lecieć w stronę koczowniczek, z każdym łokciem tracąc wysokość. Jasmin przez chwilę wiodła za nią wzrokiem.

– Wstawaj – powiedziała do Taryi, trącając jej ciało palcami dłoni. – Zepsuła się i leci na nas.

– Mamo, jeszcze chwilę – mamrotała przez sen koleżanka.

– Rusz się! – krzyknęła Jasmin, stawiając na nogi wszystkie wylegujące się w pobliżu kobiety. – Spójrzcie! Spada. Walnie w nas.

Kobiety leżące w promieniu kilkudziesięciu łokci natychmiast zerwały się z legowisk. Wzięły, co miały pod ręką, i w popłochu rozpierzchły się we wszystkich kierunkach. Zanim Tarya się wygramoliła, Jasmin miała już założone nosidło i na ramionach dwie sakwy.

– Spierdalamy! – krzyknęła.

W tym momencie machina osiągnęła wysokość dwustu łokci i zaczęła wyrównywać pułap. Na tej dokładnie wysokości przeleciała nad rozbieganymi kobietami, po czym poszybowała w kierunku Floris. Jasmin i Tarya zatrzymały się, spojrzały na nią. Zauważyły, że kapłanki pilnujące granicy po drugiej stronie rzeki profilaktycznie oddały kilkadziesiąt strzałów z kuszy. Ich strzałki odbiły się od metalowego korpusu i spadły na ziemię. Machina poleciała w głąb kraju i po przebyciu znacznej odległości zaczęła skręcać szerokim łukiem, by, jak się później okazało, wykonać manewr zawracania.

– Czego jeszcze chce ta cholera? – zdziwiła się Jasmin.

– Mój kolega ze studiów mówił, że na zlecenie Rządu projektował do tych machin nowy układ sterujący. Miały służyć jako latające rejestratory obrazu. Nie ma powodu do paniki – uspokajała Tarya.

W tym czasie machina znów doleciała prawie nad kobiety.

– Oj, coś odpadło – zauważyła Jasmin i wskazała na miejsce pozbawione osłony pod grzbietem machiny.

W tym momencie z dziury w kadłubie zaczęła się wysypywać masa zbitych w grudki okruchów, która po pokonaniu kilku łokci w dół rozdzieliła się na mniejsze porcje. Jasmin i Tarya wymieniły spojrzenia i zaczęły przyglądać się niespotykanemu zjawisku. Po kilku sekundach wiatr rozwiewał po okolicy chmary lekkich jak pyłki drobinek. Z daleka nie dało się dostrzec, czym one były. Po wyrzuceniu resztek machina zaczęła się wzbijać.

– Może to jedzenie? – pomyślała na głos Tarya. – Rząd wie, że tu nie ma co jeść.

– Czy ten Rząd jest zdolny do takiego heroizmu? Zejdź na ziemię.

Jasmin zauważyła, że kilka kobiet próbuje schwytać to coś. Im drobiny były bliżej ziemi, tym bardziej można było rozpoznać ich poszczególne kolory. To wyglądało jak taniec różnobarwnych świstków, pasków, jak zwał, chyba kawałków papieru. Po chwili tematem zainteresowały się kolejne koczowniczki. Dość szybko w akompaniamencie achów i ochów prawie każda z nich wystawiła ręce nad głowę i usiłowała złapać przynajmniej jeden z kolorowych papierków.

– To upper. – Dało się słyszeć kilka wypowiedzi w podobnym tonie.

– Upper! – zawołała niejedna.

Jasmin już wiedziała, czym zachwycają się kobiety. Różnokolorowe papierki nasączone narkotykiem służyły do uśmierzania bólu, poprawy nastroju, a także wywołania przyjemnych wizji. Ale po co ktoś miałby go dawać za darmo? W dodatku w takich ilościach? Przecież upper musi być schłodzony. Jasmin natychmiast oceniła, że to jakaś nowa, silniejsza wersja. Zauważyła, że jedna z kobiet zaledwie dotknęła papierka czubkiem palca, a natychmiast coś ją pchało, by go złapać i ścisnąć. Jakby wraz z dotykiem pojawiła się chęć trzymania go przy ciele na dłużej, aż narkotyk uwolni się do końca. W ciągu zaledwie kilku sekund masę kobiet opanowała niesamowita euforia.

– Zobacz. – Tarya wskazała na kapłanki po drugiej stronie rzeki, zachowywały się podobnie jak mieszkanki Inco.

– W nogi! Drugiej szansy nie będzie. – Kiedy Jasmin kończyła mówić to zdanie, zauważyła, że właśnie w tym momencie na głowę Taryi spadł granatowy świstek. Zsunął się po jej twarzy, zostawiając po sobie niewidzialny, błogi ślad.

– Ja tu zostaję – odpowiedziała młoda kobieta, ściskając papierek.

– Idziemy! – krzyknęła Jasmin i uderzyła ją sakwą tak, że papierek wymsknął się z jej dłoni.

– Aua, to bolało! – zareagowała dziecinnie Tarya.

Jasmin chwyciła ją za rękę i pociągnęła w kierunku rzeki. W nosidle miała Wiktorka, na ramionach dwie sakwy. Ociągająca się Tarya, niczym kula u nogi, spowalniała każdy krok. Prawie przed brzegiem na ich drodze stanęła Luka. Wysłała groźne spojrzenie, krótkie jak świst strzałki, po czym uśmiechnęła się błogo.

– Zabierzcie mnie ze sobą – wymamrotała, jakby była również pod wpływem upperu.

– Odpieprz się – zareagowała Jasmin.

– Nie zabieramy jej? – zdziwiła się Tarya, wyglądała, jakby myślami była zupełnie gdzie indziej.

– A dlaczego „nie zabieramy jej”? – zdziwiła się Luka, jakby nie miała pewności, że to o niej mowa.

– Zostajesz, złodziejko dzieci. – Jasmin nie miała ochoty ciągnąć dwóch ogłupionych narkotykiem bab, tym bardziej tej, której wcale nie ufała.

W tym momencie w ich kierunku poszybowała zabłąkana strzałka. Jasmin zauważyła, że wypuściła ją ze swej kuszy dobrze zbudowana kapłanka. Pomimo otępienia upperem zachowywała się tak, jakby obudziły się w niej resztki obowiązkowości. Stała odsłonięta, silna wiarą, nie bacząc, czy ktoś zrobi jej krzywdę. Wpatrywała się w Jasmin, Taryę i Lukę, jakby widziała podwójnie lub co najmniej niewyraźnie i chciała wyodrębnić cel, do którego powinna mierzyć. Jasmin postanowiła wykorzystać niedyspozycję strażniczki.

– Umiesz pływać? – zwróciła się do Luki.

– Oczywiście, ale tylko w lufflinie – wybełkotała.

– Właź do wody. Będziesz tarczą dla Wiktorka.

– Cudownie. Kocham go. – Luka mówiła niewyraźnie, lecz jej głos brzmiał szczerze. Wzbudziła jednak w Jasmin podwójną czujność. – Chciałam ci go zabrać, ale zrobiło mi się go żal. Nie mam pokarmu i pewnie by umarł z głodu. Kiedyś, jak ci się znudzi, to mi powiedz. Ja go przygarnę. I mam to w dupie, że będzie brzydalem. O, nowy upper.

Luka dostrzegła, że po powierzchni rzeki pływało sporo kolorowych papierków. Złapała kilka z nich.

– Chyba się zepsuł. Nie działa – paplała, przykładając poszczególne papierki do twarzy.

W tym momencie skończyło się płytkie dno. Głowa Luki wpadła pod wodę, lecz dość szybko się wynurzyła. Luka zaczęła płynąć, zaraz za nią Jasmin. Asekurując jedną ręką Wiktorka, machając drugą ręką, zaczęła się oddalać. Nagle, jakby sobie przypomniała o koleżance, odwróciła się i zauważyła, że Tarya, której nikt nie ciągnął, zatrzymała się w miejscu.

– Tarya! Chodź! Pomóż mi. Kurwa. Błagam cię. – Jasmin łkała z bezsilności.

Koleżanka zaczęła się słaniać na nogach. W jej kierunku poszybowały jedna za drugą strzałki wystrzelone z kuszy.

– Pudło. Nie trafiłaś! – wołała melodyjnie z zadowoleniem w kierunku drugiego brzegu.

– Tarya! – wrzasnęła Jasmin.

– No już. Idę. To znaczy płynę. Ale ubaw. Będę płynęła slalomem. Ciekawe, czy trafi.

W stronę przedzierających się kobiet poszybowało kilka kolejnych strzałek, po czym nagle wszystko ucichło. Jakby jedyna kapłanka rozumiejąca powagę sytuacji i usiłująca wypełnić swoją powinność poddała się, uległa niedyspozycji albo straciła przytomność. To nie wróżyło dobrze. To oznaczało, że albo upper mógł być zbyt silny dla świeżo upieczonych narkomanek z Floris, albo faktycznie potrafił powalić każdego. Nawet taką siłaczkę. Jasmin popędzała Lukę, by płynęła szybciej. Widziała, jak na unoszący się na powierzchni skafander z Wiktorkiem co jakiś czas bryzgały coraz większe ilości wody. W tym miejscu w rzece nurt okazał się silniejszy i pojawiły się lekkie fale. Jasmin podniosła tę część skafandra, w której znajdowała się twarz dziecka, lecz szybko opadła z sił. Skafander wraz z głową Wiktorka zanurzył się lekko w toni, na moment. Chłopiec napił się wody i zaczął się krztusić. Jasmin, machając tylko nogami, odrzuciła sakwy i podniosła dziecko, by odkaszlnęło. Jedna z nich poszła na dno, ta biała, na guziki. Przezroczysta, szczelnie zapięta na suwak, unosiła się na powierzchni, utrzymywana bańką powietrzną ukrytą wewnątrz. Wiktorek chwilę się krztusił, po czym zaczął płakać, lecz nie trwało to długo. Zamknął oczy i w mig zasnął. Jasmin sprawdziła, czy oddycha. Wzięła do ust kilka kropel wody, lecz szybko wypluła. Już wiedziała, że nikt nie powinien jej pić. Rozejrzała się dookoła. Na powierzchni pływała masa wyblakłych papierków. Obejrzała się za siebie. Nikogo nie było widać.

– Tarya – wyszeptała. – Tarya! – powtórzyła głośniej.

– Co się tak grzebiesz? – odpowiedziała pytaniem towarzyszka.

Dopiero teraz Jasmin zauważyła, że nurt zniósł przezroczystą sakwę w dół rzeki, a Taryę w bok. Płynęła w przeciwnym kierunku, w zasadzie dopływała do brzegu, z którego startowała, tylko kilkadziesiąt metrów dalej, będąc przekonana, że to ona prowadzi. Jasmin wahała się, czy gonić sakwę, czy przywrócić do porządku koleżankę.

– Z powrotem! Pomóż mi – powiedziała błagalnym tonem Jasmin.

Tarya się zatrzymała. Zaczęła się rozglądać dookoła. W końcu dostrzegła Jasmin gapiącą się w kierunku Luki. Ciało starszej slumerki z głową w wodzie płynęło z nurtem w dół rzeki.

– Rusz dupę! Nie mam już siły – mówiła z wysiłkiem Jasmin, utrzymując skafander chłopca na powierzchni wody w taki sposób, by ani jedna kropla nie zmoczyła jego buzi.

Tarya podpłynęła do nich. Od tej pory obydwie asekurowały Wiktorka, dzięki czemu szybciej dotarły na drugą stronę rzeki. Tam wypełzły na brzeg i opadły z sił. Jasmin strzepywała ręce, by je rozluźnić. Była wyczerpana. Tarya leżała na plecach z wypisanym na twarzy błogostanem. Odwróciła twarz w kierunku Hello.

– Jesteśmy w obcym kraju – powiedziała Jasmin.

– Dokładnie tak jak mówisz, stara – skwitowała Tarya i uśmiechnęła się szeroko. – Zajebiście.