12,99 zł
Franciszek Kalinowski stał się bohaterem obławy na złodziei drewna w lesie. Nie dał się zwieść fałszywym podejrzeniom, bezbłędnie wytypował sprawców grabieży i przyłapał ich na gorącym uczynku. Pułkownik jest z niego dumny i wynagradza go pieniężnie. Dumni są również rodzice. Tylko Franio wydaje się zaskakująco posępny. Młody bohater wie, że podczas obławy wydarzyło się coś, czego nikt nie zauważył, a co nie przysporzy mu chwały. Wydaje się, że niechcący postrzelił rudą Julkę Stankiewicz. Dumna kobieta nie chce jednak przyjąć jego przeprosin. W jej interesie leży, żeby nikt nie dowiedział się, że tego dnia była w lesie...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 88
Marian Piotr Rawinis
Saga
Dworek pod Malwami 67 - Julka
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788726801347
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.
Pamięci mojej Matki
Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)
Lato 1937
Obława w lesie prowadzona przez ludzi leśniczego Kowalewskiego doprowadziła do zatrzymania kilku złodziei drewna. Ku zaskoczeniu zainteresowanych sprawcami kradzieży okazali się mieszkańcy wsi Zajezierce a nie Stankiewicz z synami. Leśniczy odzyskał łup, zabrał wozy z drewnem i kazał je zawieść do Majówki pułkownika Kawelina.
– Tam odbierzecie konie i wozy.
Złodzieje byli z tego niezadowoleni, ale nie pozostawiono im wyboru. Ludzie leśniczego zagarnęli wszystko pod pretekstem, że nie poniosą przecież drewna na plecach. Pułkownik dowiedziawszy się o efektach obławy zatelefonował na komendę policji w Białymstoku i jeszcze tego dnia funkcjonariusz upoważniony do przeprowadzenia śledztwa stawił się w Majówce.
– Już on z nich wyciągnie wszystko, gdzie i kiedy rabowali – stwierdził Kowalewski z satysfakcją.
Rozglądał się za swoim pomocnikiem, ale Franio nie wchodził mu w oczy. Pomylił się co do nazwiska sprawców, choć winowajców schwytano i zleceniodawca był zadowolony z roboty.
– Niechaj zostaną przykładnie ukarani. Może to na innych podziała i przestaną rabować po moich lasach.
Wypłacił leśniczemu nagrodę z przykazaniem, by podzielił się nią z ludźmi, którzy uczestniczyli w obławie. Tym sposobem Franio zarobił osiemdziesiąt złotych.
Młody Kalinowski wyprowadził się z leśniczówki, a pan Mieczysław obiecał, że jeśli tylko zdarzy się podobna okoliczność, natychmiast go powiadomi, a tymczasem ustalili sposób dalszej współpracy. Franio raz w tygodniu będzie się stawiał do dyspozycji leśniczego, by prewencyjnie przeczesywać las i odstraszać ewentualnych następców schwytanych złodziei.
– Pułkownik jest z ciebie bardzo rad – powiedział pan Michał, gdy w Kalinówce omawiano ostatnie efekty pracy Frania. – Tamci dwaj wreszcie dostaną za swoje, a podobno podejrzewano kogo innego. Tego Stankiewicza z Zajmy co ma silnych synów, ale okazało się, że niewinny.
Franio ledwo odpowiadał na ojcowskie pytania, udając, że leśniczy nie wtajemniczał go w swoje przypuszczenia co do tożsamości złodziei.
– Działaliście sprawnie i skutecznie, to bardzo chwalebne. – ocenił pan Michal Kalinowski. – Leśniczy bardzo z ciebie kontent. „Frania zasługa” powiada.
– Gdzie tam moja – mruknął niewyraźnie Franio. – Ja tylko pomagałem.
Był dziwnie osowiały i wcale nie cieszył się z dobrego zakończenia obławy. Nie ujawnił jednak rodzicom powodu złego humoru.
– Zawsze był trochę dziki, to nie nowina – powiedziała Franciszka. – Będzie chciał co sam opowiedzieć, to powie. Inaczej i wołami z niego nie wyciągniesz.
Chłopak nikomu nie wspomniał o znalezionej w lesie wstążce. Trzymał ją w kieszeni kurtki, a czasem w ukryciu wyjmował i oglądał. Plama na wstążce zbrązowiała i zrudziała.
Pilnie nasłuchiwał plotek o ostatnich wydarzeniach, ale nie dotarło do niego, żeby w lesie ktokolwiek został ranny, więc odetchnął z ulgą. Pewnie osoba, którą postrzelił wtedy grubym śrutem, odniosła powierzchowne obrażenia nie zagrażające zdrowiu. Nie ma powodu do niepokoju.
***
Franio Kalinowski przystanął przed sklepikiem w Zabłudowie, w którym sprzedawano wyroby pasmanteryjne.
– Panicz czegoś życzy? – zapytał kupiec.
Stał w progu malutkiego sldepiku, czekał na klientów i nie chciał stracić żadnego, wiadomo, nawet najmniejszy zarobek się liczy. Kłaniał się i gestem ręki wskazywał na swój sklep.
– U mnie towar pierwsza klasa, każdy wie. Najpierwsza klasa.
Franio nigdy nie robił podobnych zakupów i teraz wstydził się przed kupcem, bo nie wiedział, jak ma się zachować.
– Wstążkę chciałem – powiedział.
Kupiec spojrzał z zaciekawieniem.
– A jaką? Mam tu wybór z najlepszych produktów. Niech tylko panicz się rozejrzy.
– Nie wiem – bąknął chłopak.
Kupiec podniósł brwi.
– Dla dziewczyny może? – domyślił się.
– Nie! – Franio gwałtownie zaprzeczył. – Dla siostry. To znaczy dla dwóch sióstr.
– Aaaa, panicz wejdzie, pani się rozejrzy... Ja chętnie pomogę wybrać. Jakiego koloru ma być?
– Niebieska, nie, to znaczy... czerwona.
– Niebieski i czerwona? – upewnił się kupiec. – Panicz dwie chyba siostry ma, to dla każdej taka sama ma być czy inna?
Kalinowski zmarszczył brwi, bo nie wiedział, jak powinien postąpić. Jeśli ma kupić dla Jadzi i Marysi to dla obu najlepiej jednakowe.
– Dwie niebieskie, na dwa warkocze dla każdej – zdecydował. – I jedną czerwoną, też na dwa.
Kupiec znowu się zdziwił.
– To dla jednej siostry dwie będą? Ona starsza pewnie.
– Właśnie – chłopak potaknął bez namysłu. – Jedna jest starsza.
Kupiec zręcznie zmierzył wstążki, odwijając je z drewnianej szpulki, odciął nożyczkami, zapakował w papier.
– Trzydzieści groszy. Za jedną parę.
Franiowi wydało się drogo, ale bez dalszych dyskusji zapłacił żądaną kwotę. Chciał jak najspieszniej opuścić sklepik i wyjść na ulicę. Tu dopiero odetchnął z ulgą.
Gdy wrócił do domu i wręczył wstążki siostrom, wzbudził podarunkiem wielkie zdziwienie. Dziewczynki były zaskoczone i natychmiast pobiegły pochwalić się matce.
– Z jakiej okazji te prezenty? – zdumiała się Franciszka.
– A tak, bez okazji – burknął Franio. – Zarobiłem przecież.
– O, jak ładnie, że pomyślałeś o siostrach – ucieszyła się matka. – Sobie też coś kupiłeś?
– Jeszcze nie.
***
Dwa dni później Frania Kalinowskiego posłano po naftę do Zabłudowa. Wychodził właśnie z pięciolitrową bańką ze sklepiku, gdy spostrzegł rudą Julkę Stankiewicz. Wrzucił bagaż do bryczki i pospieszył za dziewczyną. Chciał z nią koniecznie pogadać, dotąd nie trafiła się okazja, a nie pasowało mu specjalnie jechać do Zajmy.
W sklepie żelaznym Silbersteina Julka Stankiewicz kupowała hufnale do podków. Oglądała je uważnie, podnosząc każdy pod światło.
– A panienka co tak ogląda i deliberuje? – niepokoił się kupiec. – U mnie towar najprzyd... najprzed... najlepszy.
– Właśnie patrzę, czy najlepszy – mruknęła, wpatrując się w kolejny gwóźdź.
Miała na sobie chustę z szarej wełny, spod której wystawał gors białej bluzki, bryczesy i wysokie buty. Rude włosy zebrane nad karkiem były spięte długą stalową szpilką.
Oglądała towar, niektóre gwoździe odrzucając jako nieprzydatne.
– A czemu to panienka tak wybrzydza? – zmarszczył się kupiec.
Stankiewiczówna nie podnosząc wzroku szybko sortowała hufnale.
– Sama podkuwam, to wiem, które są co warte – zauważyła.
Żyd zdziwił się na takie oświadczenie, ale już zobaczył nowego gościa i zachęcająco giął się w jego kierunku.
– Uszanowanie paniczowi.
– Dzień dobry, Silberstein – mruknął Franio, a w kierunku znajomej klientki skłonił się zdawkowo.
Dziewczyna zerknęła spod oka, ale widząc Kalinowskiego szybko odwróciła się, rezygnując z przeglądania kolejnych hufnali.
– Tych już wystarczy – powiedziała, dając gestem znak, że bierze towar.
Położyła na ladzie pięciozłotowy banknot. Franio zbliżył się i przystanął obok niej tak blisko, że poczuł zapach jej włosów – ziołowy czy kwiatowy. Przyjemny... – pomyślał.
– Dzień dobry, Julka.
Burknęła coś w odpowiedzi, pospiesznie wzięła resztę i zawróciła szybko do drzwi.
– Zaczekaj! – zawołał za nią.
Dogonił ją dopiero na ulicy.
– Czemu uciekasz? – spytał.
– Ja? - wzruszyła ramionami.
– Nie pędź tak, poczekaj...
– Na co?
Szła szybko naprzód, on tuż obok, ledwo nadążając, bo prawie biegła. Na skraju rynku znajdował się umocowany pół metra nad ziemią długi drąg, do którego wiązano konie, pojedyncze i zaprzężone przy wozach. Stał tu także wierzchowiec Stankiewiczówny.
Franio przyspieszył i dzięki temu w ostatniej chwili znalazł się między dziewczyną a jej koniem.
– Zaczekaj – poprosił. – Przecież musimy pogadać.
– Niby o czym?
– O lesie – Franio uśmiechnął się z poczuciem przewagi. – I o jednej takiej pannie, która zostawiła coś na krzaku.
Stankiewiczówna wzruszyła ramionami, jej wyraz twarzy wskazywał, że nie ma ochoty na rozmowę.
– Znalazłem twoją wstążkę – powiedzial Kalinowski, dotykając kieszeni na piersi.
Popatrzyła nieprzyjaźnie.
– Mnie żadnej nie brakuje – oświadczyła. - Coś ci się pomyliło.
– Przecież widziałem, jak wtedy rąbałaś drewno i wiem, że to twoja.
Wyjął wstążkę z kieszeni, ale dziewczyna nie wykazała zainteresowania.
– To nie moja.
– Skąd wiesz, skoro nawet nie popatrzyłaś.
– Widziałam. Po za tym mnie tam nie było, to i wstążka nie moja!
Chłopak rozejrzał się bezradnie. Julka nie zamierzała się przyznać, że to ją tropił w lesie i prawdopodobnie postrzelił. Mogła mieć żal, chciał się wytłumaczyć.
– Nie chciałem strzelić – gorączkowo próbował się usprawiedliwiać. – Skąd mogłem wiedzieć, że tam siedzisz? Jakbyś krzyknęła, to na pewno bym nie...
Wzruszyła ramionami. Odrzuciła kosmyk włosów, który zsunął się jej na czoło i spojrzała zimno.
– Nie wiem, o czym mówisz – stwierdziła dobitnie, odwiązując konia. – A teraz muszę iść. Do widzenia.
Ale Franio nie dał się łatwo odpędzić. Nie zastanawiając się chwycił jej lewą rękę. Przy przegubie zobaczył świeże zadrapanie. A nawet coś więcej. Wprawne oko Kalinowskiego dostrzegło pod skórą czarną wypukłość.
– To przecież śrut – powiedział. – Mój?
– Nie pozwalaj sobie! – szarpnęła się.
Puścił ją, ale nie przeprosił. Założył kciuki za pasek spodni. Tuś mi, rudy ptaszku - pomyślał z radością.
– Kiedy się spróbujemy? – spytał prowokująco. – No, wiesz, na rękę.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
