Saga rodu z Lipowej. Saga rodu z Lipowej 12: Odina - Marian Piotr Rawinis - ebook + audiobook

Saga rodu z Lipowej. Saga rodu z Lipowej 12: Odina ebook i audiobook

Marian Piotr Rawinis

4,1

Opis

Kolejna część sagi o rodzie polskich rycerzy.

Odina - córka Ostasza i Zofki, to bękarcie dziecko, które przed laty schorowany dziadek oddał do klasztoru. Jest niezwykle oddana i wierna biskupowi, księciu Henrykowi. Naiwnie spełnia każdą jego zachciankę.

Gdy książę postanawia poślubić kniaziównę Ryngałłę, Odina wpada w rozpacz. Jednak za wszelką cenę pragnie zostać przy swoim panu... Kim tak naprawdę jest ta młoda dziewczyna?

Tymaczasem w tle rozgrywa się podstępna walka Zakonu z królem Jagiełłą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 50 min

Lektor: Joanna Domańska

Oceny
4,1 (54 oceny)
24
17
10
3
0

Popularność



Podobne


Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 12: Odina

Saga

Saga rodu z Lipowej 12: Odina Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2001, 2019 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166927

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

SPADKOBIERCY KRÓLA ARTURA

Okolice Wilna, 1 września 1391

Stoły stanęły na lewo od dębów, za którymi dymiła jeszcze zdobyta wieś. Zbito je naprędce, kładąc surowe deski na pieńkach. Ustawione w koło, jeden obok drugiego, stanowiły teraz wielki okrągły stół. Służba położyła lniane, a na wierzch jedwabne obrusy i rozpoczęła układanie naczyń – cynowych mis, talerzy i dzbanów i nie, jak było we zwyczaju, jedno naczynie na dwóch lub trzech biesiadników, ale przy każdym miejscu oddzielne. Zapalono grube świece z białego wosku.

Miejsc zaś było dwanaście, dokładnie jak przy uroczystym stole legendarnego króla Artura, gdzie zasiadali najznamienitsi rycerze na świecie. Szlachetni panowie Kay, Lancelot, Gawain i sam król Brytanii...

Właśnie nadchodzili biesiadnicy. Prowadzili ich pod ręce, wolno, z najwyższym uszanowaniem, najważniejsi dostojnicy Zakonu – wielki szpitalnik, wielki szatny, wielki marszałek i komturowie, ubrani w czyste nowe szaty, z włosami uładzonymi, z rozczesanymi brodami.

Goście szli wolno, przejęci, nie oni narzucali tempo, oni się stosowali do kroku prowadzących ich dostojników. Nie mieli na sobie uroczystych szat, ale te, w których przybyli na miejsce, które rano jeszcze było litewską wioską. Mieli na sobie te same kolczugi i te same tuniki z krzyżem, w jakich uderzali na osadę. Brudne, zakurzone, pochlapane krwią, rozdarte od ciosów i uderzeń pogańskiej broni. Tylko włosy uczesali im inni bracia, a na ich ramiona zarzucili czyste paradne płaszcze.

Stanęli za stołem i czekali w wielkim uszanowaniu, aż sam wielki mistrz Zakonu Najświętszej Maryi Panny podejdzie i gestem da znak, żeby zajęli miejsca.

Zagrzmiały blaszane trąby, a wtedy zbliżyli się komturowie i podawali misy z wodą, aby bohaterowie mogli obmyć ręce unurzane we krwi.

Bo byli to bohaterowie. Ludzie, których jedynym powołaniem stała się walka z poganami i którzy podporządkowali jej całe życie. Których powołaniem było ślepo słuchać przełożonych, trafiać w przeciwnika tak, żeby go zabić, a w przerwach pomiędzy walkami ćwiczyć się w dyscyplinie, bezustannie odmawiając Ojcze Nasz. Rozsiani po twierdzach, zamkach, posterunkach, pełnili swoją służbę w dzień i w nocy, spali w ubraniach, z bronią pod ręką, dziesiątki razy budzeni z krótkiej drzemki głosami dowódców, każącymi iść naprzód, nieść chrześcijaństwo do tego zapóźnionego, nadal tkwiącego w pogaństwie, zakątka Europy.

Bohaterowie. Brat Waldo, który pierwszy wdarł się do wioski. Brat Erwin, który zwyciężył w krwawym pojedynku z naczelnikiem osady. Brat Albert von Neuburg, który poprowadził wypad. Brat Henryk, który nie opuścił wyznaczonego miejsca w szeregu i przyjął na siebie odwetowy atak, a odniósł jedenaście ran. Brat Zygfryd, który choć kulawy po pierwszej potyczce, wykazał się wielkim męstwem. Brat...

Już odbito szpunty z wielkiej beczki najlepszego wina, jaką przywieziono aż ze stolicy, już napełniano nim dzbany.

– W twoje ręce, mój bracie! – mówił mistrz Konrad Wallenrod, osobiście napełniając puchary.

Podano potrawy, najwymyślniejsze, jakie sobie można tylko wymarzyć, nad przygotowaniem których mozolili się od rana kuchmistrzowie, a mistrz Konrad i komturowie osobiście kroili mięsiwa, bogato przyprawiane imbirem i szafranem, zachęcali do próbowania pasztetów, ptactwa, ryb, jaj przepiórczych, ciast wreszcie.

Na dyskretny znak mistrza wystąpili do przodu muzycy i śpiewacy. A że reguła zabraniała pustych rozrywek, wykonywali kościelne hymny i nabożne pieśni, sławiące Chrystusa i Jego Matkę.

Siedzieli wielkim kręgiem, niczym bohaterowie dawnych opowieści, początkowo niepewni jeszcze, onieśmieleni blaskiem, przepychem, wystawnością, szacunkiem, jaki im okazywano. Z wolna, gdy wino żywiej zaczęło w nich krążyć, przyzwyczajali się do sytuacji, o której każdy z nich marzył po nocach, śnił na jawie. Oto byli bohaterami. Nie tylko w oczach Boga, ale także w ocenie ludzi, swoich zakonnych braci, rycerzy–gości, oglądających zazdrośnie ten piękny i wielki ceremoniał. Niejeden, patrząc na nich, zawstydził się w duchu, że w boju nie był dostatecznie odważny, szybki, stanowczy. Bo przecież to on mógłby się znaleźć za tym stołem, to jemu świadczono by grzeczności, jemu składano by hołdy za odwagę, za dzielność.

– Zakon dziękuje za wasze męstwo, bracie – mówił wielki mistrz Wallenrod i skłaniał głowę przed zwykłym bratem, co dziesięć czy więcej lat służył w pogranicznym zamku i poza dzikimi poganami, czającymi się po lasach, niczego więcej nie znał i nie widział.

Serca bohaterów przepełniała radość. Taką radość i dumę daje tylko dobre wykonywanie obowiązków wobec Boga, doceniane również i przez ziemskich przełożonych.

– Nie zginie Zakon, mając w swoich szeregach takich bohaterów, bracie – mówił Konrad Wallenrod, a Albert von Neuburg czerwienił się, waleczny i skromny.

A wino pieniło się już w ich głowach, uznanie i uzyskane dopiero co rozgrzeszenie czyniło duszę lekką, gotową na przyjęcie nowych wyzwań i nowych obowiązków. I byli gotowi wstać od świątecznego stołu, by nieść w straszne litewskie puszcze światło nowej wiary i nowej cywilizacji.

***

Holsztyn, październik 1391

W wielkiej sali holsztyńskiego zamku szykowano ucztę pożegnalną. Stoły już zastawiono, goście zjeżdżali na dziedziniec i trzeba ich było prowadzić na miejsce.

Starosta holsztyński, pan Jeno z Krasawy, patrzył, jak synowski giermek, któremu powierzono ten obowiązek, dwoi się i troi, aby wszystko wypadło jak najlepiej.

Zamek był nieco nadkruszony po niedawnym oblężeniu, ale pan Jeno miał nadzieję, że wkrótce doprowadzi go do właściwego stanu. Środki obiecał między innymi kupiec Natan syn Izaaka, który dostarczył też wszystkiego, czego potrzebowali, żeby godnie uczcić zakończenie pertraktacji.

– Już nie kulejesz, Oset? – zapytał pan Jeno.

Giermek z zadowoleniem poklepał się po prawym udzie.

– Wygoiło się jak należy, panie starosto – odpowiedział z zadowoleniem. – A już najbardziej z powodu dobrych wieści.

Pan z Krasawy przytaknął. Po czterech dniach targów, przypominania wzajemnych pretensji, obrażania się i trudnych przeprosin, biskup poznański Dobrogast doprowadził wreszcie do porozumienia polskiego króla z książętami Śląska. Spieszył się, bo na Litwie sprawy nadal wyglądały źle i trzeba było jak najszybciej kończyć wojnę na południu. I właśnie się udało. Książę Konrad z Oleśnicy, w imieniu wszystkich krewnych sprzymierzonych z Opolczykiem, podpisał pergamin, oznaczający pokój na pograniczu śląskim.

– Czy mój syn już przyjechał? – pan Jeno rozglądał się za Mikołajem.

– Tylko go patrzeć, panie starosto.

Mikołaj z Lipowej wkrótce nadjechał, przystrojony w błękitny kaftan i takiż zawój na głowie, uczyniony wzorem francuskim. A obok niego Hedwiga, w zielonej, obcisłej sukni, zdobionej złotą nicią i czerwonym jaskrawym pasem. Miedziane włosy pani na Lipowej były okryte cienkim, przeźroczystym welonem, a ona sama wyglądała jak uosobienie piękności.

– Nie ma tu dziś piękniejszej niewiasty – powiedział pan Jeno, podając dłoń synowej i pomagając jej zejść z siodła.

Hedwiga pokraśniała z zadowolenia.

– To dlatego, że wasza żona nie mogła przyjechać, ojcze – odpowiedziała ze śmiechem.

Pochyliła się i pocałowała teścia w rękę, a zaraz potem to samo uczynił Mikołaj.

– Witajcie – pan Jeno przygarnął oboje na chwilę do siebie. – Idźcie z Ostem, pokaże wasze miejsce. Ciebie, Mikołaju, proszę, abyś powściągnął gniew, gdyby książę Konrad powiedział co przykrego. Podpisał traktat, ale pod przymusem i może być trudny w obejściu. Pokłócili się znowu z biskupem Dobrogastem co do ważności chrztu Litwy, a ponieważ książę wie, że tam byłeś, pewnie zechce ci dogadywać.

Mikołaj uśmiechnął się łagodnie.

– Możecie na mnie liczyć, ojcze.

W biesiadnej sali, przy stołach ustawionych w podkowę, zasiadło już dwie dziesiątki gości, wedle porządku, po obu stronach dwóch najdostojniejszych osób: biskupa poznańskiego Dobrogasta i księcia Konrada z Oleśnicy. Biskup pobłogosławił stół i wszystkich przy nim obecnych, a potem wzniósł puchar.

– Za pokój! Za wieczną przyjaźń między królestwem a śląskimi książętami!

Wszyscy zgodnie spełnili toast i uczta pobiegła swoim torem, a jej uczestnicy nie odeszli od biesiady aż do białego rana. Tylko biskup Dobrogast upewnił się na jej początku, czy posłańcy niosący dobre wieści do króla zostali już wyprawieni.

– Posłałem najszybszych, jakich miałem – wyjaśnił pan Jeno. – Za kilka dni miłościwy pan będzie wiedział o wszystkim.

– Chwała Bogu! – biskup ochoczo napełnił swój puchar. – W wasze ręce, panie starosto. Dobre przyjęcie posłów to połowa sukcesu w pertraktacjach. Teraz nam się tylko weselić.

– Mam nadzieję, że książę Konrad myśli podobnie – odrzekł pan Jeno, zerkając na siedzącego w pobliżu Ślązaka.

Konrad z Oleśnicy sprawiał wrażenie zadowolonego. Pięćdziesięcioletni, nieco ponury, ubrany całkowicie na czarno niby jaki mnich, uśmiechał się jednak i żywo rozmawiał z siedzącą po jego lewej ręce damą.

– Któż to ta piękna niewiasta? – zapytał biskup zaciekawiony. – Mieliście dobry pomysł, żeby ją tutaj posadzić. Księciu widać bardzo przypadło do smaku jej towarzystwo.

– To Hedwiga – odpowiedział pan Jeno. – Moja synowa.

Tymczasem książę Konrad patrzył na Hedwigę i kręcił w zadziwieniu głową.

– Jakże to może być, że to wy? – pytał. – Przecież dobrze was pamiętam z Krakowa. W głowę zachodzę, co to się z wami stało? Czy to nie jaki czarownik was tak odmienił?

Hedwiga śmiała się zadowolona z uznania i gładkich słówek księcia, posyłając czasem uspokajające spojrzenie mężowi.

– Czarownik – mówił Konrad. – Na pewno. Bo jakże mogłem was nie zauważyć wtedy?

– Włosy miałam krótkie niczym dworski paź – uśmiechnęła się Hedwiga. – I byłam nieledwie dzieckiem, a teraz jestem zamężna.

– No tak, rozumiem. Sprawka to waszego teścia, o którym powiadają, że umie czarować. Ukrywał was, bo dla syna przeznaczył.

– Pan Jeno nie jest czarownikiem – zaprzeczyła Hedwiga. – A wasza łaska dla mnie, książę, chyba od nadmiaru wina pochodzi.

– Od wina? Co też mówicie, najpiękniejsza? To w Krakowie niby nie było przednich trunków? Tam to dopiero piliśmy! A wasz teść, sprytna sztuka, żeby taki klejnot dla swojego rodu zdobyć! I nie mówcie mi, że bez czarów się obeszło. Holsztyn też może bez czarów zdobył, co? Jakim to sposobem w studni nie utonął? Tylko dzięki czarom to możliwe, tylko dzięki czarom!

Im więcej pił, tym stawał się rozmowniejszy i łaskawszy. I nawet prosił o wstawiennictwo u pana Jeno, aby się u niego jakich sztuk wyuczyć.

– Poproście o to swego teścia – nachylał się ku Hedwidze. – Jeśli taki potężny to czarownik, wolałbym mieć w nim przyjaciela.

– Nic łatwiejszego, książę – uśmiechała się Hedwiga. – A że wszyscy dość już chyba mamy wojny, uczyńcie nam zaszczyt i odwiedźcie w Lipowej. Będzie sposobność nawiązać prawdziwą przyjaźń i prawdziwe sąsiedztwo.

– Przednia myśl! – ucieszył się Konrad. – Naprawdę przednia. A gdybym wcześniej was tu spotkał, wcześniej byśmy ugodę podpisali. Bo choćby tylko patrzeć na was, sama radość! Dla takiej radości wojny się prowadzi, ale po co je prowadzić, skoro tak wdzięcznie można cieszyć się z pokoju?

***

Malbork, zima 1392

Posłowie polscy czekali dość długo, aż Wielki Mistrz Zakonu Najświętszej Maryi Panny zechce ich przyjąć na posłuchaniu. Trzymając obu rycerzy ponad miarę w oddzielnej izbie, Konrad Wallenrod zamierzał dać im odczuć, jak sobie niewiele ceni wysłanników króla, którego uważał za poganina.

W końcu poproszono ich jednak do sąsiedniej sali, gdzie Konrad przyjął ich, siedząc za stołem, mając za plecami liczną świtę zakonnych panów w białych płaszczach oraz kilku obcych rycerzy, służących zbrojnie w wyprawach przeciw poganom. Posłowie musieli przejść pod czujnymi spojrzeniami obecnych całą długość sali, aby się zbliżyć do stołu, na którym stał prosty drewniany krzyż.

Podeszli, złożyli stosowny ukłon, a wtedy zakonnik wyszedł nagle zza stołu, biorąc z niego metalową puszkę i kropidło. Zbliżył się do posłów i z namaszczeniem pokropił obu święconą wodą. Wojewoda poznański, Bartosz z Odolanowa, obruszył się na takie traktowanie, ale wielki mistrz uprzedził jego pretensje.

– To przez waszego towarzysza – powiedział z przejęciem. – Syn czarnoksiężnika! Mamy wprawdzie rozmaitych czarodziejów w zamkowej wieży, ale nigdy jeszcze ktoś taki nie przekroczył tego progu. Apage satanas! Nie do was się to odnosi, panie Bartoszu, ale do złych sił, jakie mogły wniknąć tu razem z waszym towarzyszem.

I ponownie pokropił Mikołaja.

Przypatrywał się mu z ciekawością, szczególnym rodzajem zadziwienia i obawy jednocześnie. Prawdopodobnie żałował, że kiedyś, mając ku temu okazję, nie polecił dokładniej go wybadać. Teraz nie mógł tak postąpić wobec posła.

– Mój ojciec nie jest czarownikiem – odpowiedział Mikołaj z naciskiem, choć jednocześnie ukłonił się z szacunkiem. – To tylko złe języki tak to przedstawiają.

– Doprawdy? – nie dowierzał Konrad. – Cóż więc robi u boku owego pogańskiego księcia, w imieniu którego tu przybywacie? Czy to nie on wieszczył mu powodzenie w polskim kraju, namawiał na przyjęcie korony i zapowiadał pognębienie świętego Zakonu? Nie on w polskich puszczach rozkazuje wilkom, by napadały na podróżnych?

Mikołaj zamierzał odezwać się, ale mistrz dał znak, że jeszcze nie skończył.

– Wiem, co powiecie – ciągnął. – Że wilki tylko złych ludzi napadają. Ale któż dał waszemu ojcu prawo oceniać, kto jest dobry, a kto nie zasługuje na łaskę?

– Wszystkie te gadki są zwyczajną nieprawdą – odpowiedział spokojnie pan Bartosz. – Rozgłaszają je ludzie nieżyczliwi i dziwię się, że wy, szlachetny mistrzu, poddajecie się takim plotkom.

Konrad Wallenrod przeżegnał się – na wszelki wypadek.

– W każdej plotce jest pono ziarno prawdy – zauważył. – A moje doświadczenie mówi mi, abym był ostrożny. Czy wy, panie Bartoszu, możecie zapewnić, że ów młody rycerz nie zaczaruje mnie w jakie straszne zwierzę...

Zanim pan z Odolanowa udzielił odpowiedzi, uprzedził go Mikołaj.

– Wy, wielki mistrzu – oświadczył głośno – dla swojej przyrodzonej dobroci i szlachetności, moglibyście być zamienieni jedynie w gołębia.

I ukłonił się uprzejmie.

Konrad zbaraniał, poruszony bezczelnością odpowiedzi, ale docenił odwagę mówiącego i docenił też żart. Jego usta ułożyły się na kształt uśmiechu.

– Dobra odpowiedź – stwierdził z uznaniem. – Dobra odpowiedź, która dowodzi, że nie myliłem się w swoich obawach. Choć młody, możecie być niebezpiecznym przeciwnikiem. Być może popełniłem błąd, wypuszczając was z mocy Zakonu...

– Przychodzimy jako wysłannicy pokoju – przypomniał Bartosz z Odolanowa. – Czy pozwolicie, dostojny panie, przedstawić nasze poselstwo?

– Mówcie – polecił mistrz. – Dziwno mi tylko, że to właśnie wy, którzy tyle krzywd od Litwy doznaliście, teraz w imieniu jej księcia posłujecie.

– Ów książę został polskim królem – odpowiedział pan Bartosz dumnie. – Od niego też do was zanoszę pokojowe posłanie, szlachetny mistrzu. Król uważa, że dość już popłynęło krwi i chciałby pomówić z wami, szlachetny panie mistrzu, o pokoju i takim ułożeniu stosunków, jakie przystoją chrześcijańskim sąsiadom. Prosi was także, byście uczynili mu ten zaszczyt i zechcieli pomóc w chrzcie jego kraju.

Konrad popatrzył na posłańca zdziwionym wzrokiem, jak gdyby chciał się upewnić, czy rycerz nie kpi z niego w żywe oczy. Odwrócił się do swojej świty, a ta wydawała się nie mniej zaskoczona.

– Czy się przesłyszałem? – zapytał po chwili. – Ja miałbym zostać pomocnikiem tego zatwardziałego poganina?

Pan Bartosz nie podniósł głowy, zgiętej w pokornym pokłonie.

– W imieniu polskiego króla proszę was o ten zaszczyt. A sami osądźcie, czy jest zatwardziałym poganinem ktoś, kto nie tylko ochrzcił się wraz z swoją rodziną, ale przywiódł na łono Kościoła cały wielki kraj.

– Znam te gadki! – mistrz zamachał rękami. – Znam je! Czytałem list, a i mam własny wywiad.

– Tedy musicie wiedzieć wszystko o zamiarach króla Jagiełły – podchwycił pan Bartosz.

– Wiem – zgodził się Wallenrod. – Wiem i to, że to jedynie wybieg taki, aby zyskać sprzymierzeńców przeciw nam...

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.