Dwanaście - Marcin Świetlicki - ebook + książka

Dwanaście ebook

Marcin Świetlicki

0,0
29,00 zł

lub
  • Wydawca: EMG
  • Kategoria: Kryminał
  • Język: polski
  • Rok wydania: 2006
Opis

Oto mroczny Kraków. Miasto skrywające straszne tajemnice. Na trop jednej z nich wpada dawny gwiazdor kina dziecięcego, mężczyzna przegrany, detektyw z przypadku. Nazywają go mistrzem.

Oto człowiek nieodpowiedzialny. Mężczyzna, który schodzi życiu z drogi. Nie posiada dowodu osobistego, komórki, konta bankowego ani prawa jazdy. Mówią na mieście, że utył, spuchł, posiwiał. I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, w prywatność jego nikomu niepotrzebnego istnienia wkracza zbrodnia...

W cieniu seryjnego zabójcy z przeszłości, Karola Kota, w półmroku zaułków Starego Miasta, przy fałszywych dźwiękach hejnału z wieży mariackiej zaczyna się morderczy wyścig z czasem...

Pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji (str. 167), przekonujących rysów psychologicznych (str. 61), wyrazistych postaci (str.1), znakomitych obserwacji socjologicznych (str. 95), całkowicie nieprzewidywalna (str. 181), trzymająca w napięciu (str. 103 i następne) powieść Marcina Świetlickiego "Dwanaście".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 302

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Copyright © Marcin Świetlicki 2020
Copyright © EMG 2020
Pierwsze polskie wydanie: EMG, Kraków 2006 Niniejsza publikacja na podstawie wydania II z roku 2010
Projekt okładki i strony tytułowej (na podstawie wydania z 2006 roku – autor: Dymitr Szewionkow-Kismiełow)Agnieszka Orłowska
Fotografia na okładceOla Kania
Redaktor prowadzący serięIrek Grin
RedakcjaTomasz Kunz
KorektaEwa Malec
ISBN 978-83-63464-34-9
Polska Kolekcja Kryminalna tom II
Wydawca EMG 31-055 Kraków, ul. Miodowa 6/1www.wydawnictwoemg.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Rozdział pierwszy

– Prawdziwy bohater powinien być samotny.

Tak powiedziała ta pani, wstała i wyszła. Podszedł do okna i patrzył jak idzie. Szła pewnie, niosąc dużą, elegancką torbę. Szła przez ośnieżony plac, w stronę dworca, ta pani.

Nie obejrzała się, nie spojrzała w jego stronę, ani razu. Chociaż na pewno wiedziała, że patrzy.

No, całkiem samotny to nie pozostał. Tuż obok niego stanęła, opierając się obiema łapami o parapet, suka.

– Poszła – powiedział do suki.

– Widzisz, poszła – powiedział.

Ale nie dlatego poszła, że się pokłócili. Nie kłócili się nigdy. Ilekroć pojawiało się jakiekolwiek prawdopodobieństwo, zalążek kłótni, on wstawał, wychodził, szedł do Biura.

A potem wracał i zasypiał.

Nie pokłócili się wcale, zjedli obiad, dali jeść suce, ta pani znienacka po obiedzie umilkła, popatrzyła na zaniedbane mieszkanie, którego nie uratowały żadne jej zabiegi, usiłowania, wietrzenie, odkurzanie. Mieszkanie nie poddawało się jej. A i on się nie poddawał. Nadal chodził nieogolony, nadal palił papierosy w łazience, nadal wrzucał niedopałki do sedesu, nadal nie miał żadnej pracy, oprócz codziennego upijania się.

– To ze szczęścia – tłumaczył – to ze szczęścia, że pani ze mną jest. Nie wierzyła. Jak można wierzyć czterdziestoczteroletniemu człowiekowi, który od dawna nie posiada dowodu osobistego, pracy, paszportu, który nie posiada telefonu, komputera, samochodu, karty do bankomatu, pretensji do bycia zdrowym, pogodnym i zapobiegliwym? Jak można wierzyć człowiekowi, który nie czyta kolorowych warszawskich tygodników, nie chodzi ani do teatru, ani do operetki, jak można takiemu wierzyć?

Wcale się nie pokłócili, ona po prostu wreszcie spojrzała trzeźwym okiem na to mieszkanie, którego nie da się posprzątać, na tego mężczyznę, którego nie uda się ocalić, na sukę, która nigdy nie będzie normalna.

Więc wyszła do drugiego pokoju, spakowała się, a z maleńkiej zaniedbanej łazienki zabrała swoje różne kobiece łazienkowe przedmioty.

Powiedziała, że prawdziwy bohater powinien być samotny, i nie wdając się w szczegóły, wyszła. Ta pani.

Nie zostawiła po sobie w tym mieszkaniu niczego. Żadnego zapachu, żadnego włosa nawet. Przemieszkawszy tu cały niemal styczeń, nie zdołała w żaden sposób oznaczyć tego mieszkania. Nie udało się.

– Teraz słuszne i zbawienne byłoby na pewno wstać, wyjść, pójść do Biura i upić się – powiedział do suki.

Suka nie miała żadnego imienia, nazywała się suka.

– Ona pewnie, ta pani, w tej chwili tak myśli. Że się tak zachowam. Ale jej wyobrażenia o mnie zawsze były banalne. Gdyż my tak nie postąpimy. Gdyż my pójdziemy na spacerek. Gdyż my jesteśmy twardzielami.

Suka, usłyszawszy słowo „spacerek”, podskoczyła, szczeknęła i zamerdała amputowanym ogonem. Ubrał się, otworzył drzwi, ona chwyciła smycz w zęby i runęła schodami w dół. Wyszli na Mały Rynek, minęli mieszkankę sąsiedniej kamienicy, okutaną w tysiące szmat staruchę w peruce, którą omijali z daleka, odkąd potwornie ich zwymyślała z powodu obwąchiwania jej szmat przez sukę. Co mnie wącha? Po co wącha? Kto jej pozwolił?

Ominęli staruchę wielkim łukiem i pobiegli Sienną na Planty w sprawie suczego sikania i robienia kup. Tam suka szarpnęła niespodziewanie, wyrwała mu smycz z ręki, popędziła przed siebie, w stronę Wawelu, krzyczał, biegł za nią, znikła w popołudniowej zadymce, jeszcze przez długi czas miał nadzieję, że gdzieś ją wypatrzy, ale nie, chodził kilka godzin, łaził nad Wisłę i z powrotem, nic. Nagle zatrzymał się, jeszcze raz się rozejrzał dookoła, poczuł całą beznadziejność sytuacji, gwizdnął bezradnie, nic.

Więc poszedł się upić.

– Wróci – powiedział barman.

– No, mam nadzieję – odpowiedział barmanowi.

– One zawsze wracają – powiedział barman i bez pytania nalał mu setkę bułgarskiej brandy. – Jakby nie wracały, to nic nie miałoby sensu – dodał, podając mu kieliszek.

– No, mam nadzieję – uśmiechnął się do barmana.

– No, mam nadzieję – powiedział do wnętrza kieliszka.

– O, a tu karteczkę dla pana mam – przypomniał sobie barman. – Od paru dni wisi.

Podał mu różową, niewielką, niebudzącą zaufania karteczkę.

– Potem przeczytam – stwierdził mistrz i schował ją do kieszeni.

Przesiadł się do swojego stolika i odwrócił plecami do sali. A potem przesiadł się na drugie krzesełko. Przodem do sali. Napił się.

– A to kto? – tak oto zapytał mieszkaniec Warszawy, który w poszukiwaniu krakowskich magicznych atrakcji znalazł się w tym miejscu i w tym właśnie czasie.

– No nie wiesz? – żachnął się barman.

– No, ja od razu pomyślałem, że to on, ale trochę się zmienił, nie? Posiwiał, jakby spuchł, postarzał się. To jest na pewno on? On tu do was przychodzi?

– A niby gdzie ma przychodzić? Ten mały stolik jest jego, zawsze jest tam karteczka „rezerwacja”, właściciel tak wymyślił, bo oni są koledzy z właścicielem, że on tu będzie jako atrakcja bywał, ma tu wódkę w rozsądnych ilościach za darmo, a w zamian przychodzi i siedzi, ale coraz mniej osób go rozpoznaje, a nawet jak go rozpoznają, to raczej mówią mu jakieś złośliwości, czepiają się go, to wszystko trochę jest bez sensu, ta wódka za darmo, to jego przesiadywanie tutaj, no ale z właścicielem są kolegami z dawnych czasów, kiedy jeszcze zajmowali się innymi rzeczami, nie tylko piciem wódki... – barman mówił bardziej do siebie niż do mieszkańca Warszawy, który raczej nie pojął jego refleksyjnego monologu, bo przerwał:

– Piwo z red bullem poproszę.

Wziął piwo z red bullem, zapłacił i podszedł do stolika, najmniejszego w całym lokalu, dwuosobowego, stojącego niemal w oszklonych drzwiach wejściowych.

– Można się do mistrza przysiąść?

– Nie, nie można – odpowiedział człowiek siedzący przy stoliku.

– Nie będę przeszkadzał, posiedzę sobie tylko z mistrzem... – mieszkaniec Warszawy był człowiekiem namolnym. Pachniał jakimś niezmiernie męczącym dezodorantem.

– Idź pan sobie – warknął mistrz. – Idź pan sobie!

Tak naprawdę to dopiero ta pierwsza wódka dała mu jasność myślenia. Dopiero ta pierwsza wódka otrzeźwiła go.

– Ten młody nieprzyjemny człowiek nazwał mnie mistrzem. No może tak, może w jakimś tam sensie jeszcze jestem mistrzem. Pijanym mistrzem zazwyczaj. Dziś środa. Dziewiętnasta trzynaście. Nad barem wisi dworcowy zegar. Krótka wskazówka na siódemce. Długa wskazówka tuż przed trójką. Dziewiętnasta trzynaście. Lokal nazywa się Biuro. Ulica nazywa się Świętego Jana. Lokal Biuro znajduje się pomiędzy Galerią Andrzeja Mleczki a inną knajpą o nazwie Piękny Pies. Przyszedłem tutaj z Małego Rynku. Tam mieszkam. Jest koniec stycznia 2005. Dziś byłem z suką na Plantach i suka uciekła. Szukałem jej przez kilka godzin. Wcześniej jeszcze z mojego mieszkania wyszła ta pani, która mieszkała ze mną przez kilka tygodni. Chyba się rozmyśliła, coś jej się nie spodobało. Przyszedłem tutaj, do Biura, ponieważ przychodzę tutaj codziennie. Tutaj przed laty miałem kilku kolegów, romansowałem tutaj z wieloma dziewczętami, bardziej lub mniej udanie, do tej pory znam tu właściciela, który nie ma nic przeciwko temu, żebym tu przychodził, nawet mnie do tego sam zachęca. Po prostu urzęduję tu. Tu mam swój stolik i swoich klientów, którzy od czasu do czasu mają dla mnie jakieś zlecenie. Nie jest tego za dużo, ale to takie czasy. W takich czasach trudno oczekiwać czegoś więcej. Kiedyś to by było zupełnie nie do pomyślenia.

– Utył, spuchł i posiwiał. Co to w ogóle jest? – powiedział człowiek z Warszawy do barmana.

Tyle wolnych stolików, pomyślał barman, tyle wolnych stolików, a ten musiał od razu usiąść przy barze...

Odwrócił się do klienta plecami, zaczął myć już raz umyte szklanki.

– Wszyscy mu to mówią – bardziej do siebie niż do mieszkańca Warszawy zaczął mówić barman. – Wszyscy mu to mówią, dosiadają się do niego i mówią: spuchłeś, utyłeś, posiwiałeś. Tak jakby niczego więcej nie umieli powiedzieć. Tak jakby mieli do niego pretensje. Tak jakby ich skrzywdził.

Warszawiak nie za bardzo słuchał barmana. Wyjął komórkę i jął wystukiwać esemesa o treści: A JA W KRAKOWKU WLASNIE W TEJ CHWILI WIDZE TWOJEGO BOHATERA TWOJEGO PIERDOLONEGO MISTRZA SPUCHL UTYL POSIWIAL

Prawdę mówiąc, to prawie wszystkie klientki i prawie wszyscy klienci w tej chwili wysyłali esemesy. Szereg główek pochylonych nad aparacikami. Ten szczególny wyraz twarzy.

Skupienie psa robiącego kupę.

Pierwsza wódka skończyła się, podszedł do baru, postawił na kontuarze kieliszek i uśmiechnął się do barmana.

– Nie ma sensu brudzić nowego, do tego poproszę... A kierownictwo dzisiaj będzie?

– Jak przyjdzie, to będzie – uśmiechnął się barman.

– Utyłeś mistrzu, spuchłeś i posiwiałeś – zionął red bullem mieszkaniec Warszawy.

Barman wyszedł zza baru i stanął obok nich. Uśmiechnął się serdecznie.

– Wypierdalaj – zaproponował mieszkańcowi Warszawy.

Warszawiak szedł ulicą Świętego Jana. Szedł rozgoryczony. Szkoda, że nie pracuję w dziale kulturalnym krakowskiej Wyborczej, bo bym ich zniszczył, myślał, ale i tak opiszę to na swoim blogu, ostrzegę kumpli. Nikt tam już nie pójdzie.

omijajcie Biuro na Jana w Krakowie wystrój wieśniacki jak w poczekalni dworcowej muza oldskulowa bez sensu obsługa nieprzyjemna jedyna wątpliwa atrakcja to ten pojebany pijany mistrz ale on się już dawno skończył posiwiał spuchł

Mistrz zamknął oczy.

A kiedy je otworzył, ona siedziała naprzeciw niego.

Mała dziewczynka w wielkiej kolorowej czapce.

O wyrazie przebiegłym.

Jakby krótkowzroczna, ale bez okularów.

Spod czapki wystawał jej jeden, zafarbowany na jakiś anormalny, nieistniejący kolor, kosmyk włosów. Przypatrywała mu się z obelżywym zainteresowaniem.

Zamknął ponownie oczy.

– Oj, tata, nie śpij – odezwała się nieoczekiwanie głębokim i matowym głosem, jakby w jakimś radiu pracowała, audycję nocną na tematy psychologiczne prowadząc.

– No nie śpij, tata, nie wypiłeś chyba jeszcze tyle, żeby spać... – powiedziała tym nieoczekiwanym głosem.

– Przepraszam, ja pani nie znam – zaprotestował.

– A czy ja mówię, że mnie znasz?

Poszukał ręką papierosów, kurtki. Chciał wyjść.

– No, nie idź nigdzie, mam sprawę do porozmawiania...

Przy sąsiednim stoliku zauważył trzy rozbawione znajome gęby.

Podnieśli znacząco swoje piwa.

– Przepraszam – powiedział, wstał, wyszedł na ulicę.

Ale już za chwilę za jego plecami rozległ się tupocik.

Natychmiast przypomniał sobie inny tupocik za plecami.

Tupocik sprzed lat.

Tupocik, który rozpoczął krótką, gwałtowną, złą historię.

Przyśpieszył.

Tymczasem barman tłumaczył cierpliwie następnemu klientowi:

– Tak, ten, co teraz wyszedł, to on. Od kilku lat tu siedzi. Znają się z właścicielem, więc ma tutaj kreskę. Siedzi tu i czasem mam go dosyć, ale bardziej mam dosyć pytań o niego, zresztą i tak od przyszłego miesiąca tu nie robię, pierdolę, jadę do Nepalu... Aon w pijackim widzie kiedyś wymyślił sobie, że tu ma biuro, jak jakiś detektyw z Los Angeles, tak to sobie z właścicielem wymyślili parę lat temu bez sensu, na samym początku, nawet taki niby kryminalny wystrój tu był, nawet prasa pisała, ale to się rozlazło, wszystko przejęła pijąca piwo z red bullem młodzież, bezustanny pierdolony klabing, czilałt i neolingwizm. Tylko on z tamtych czasów został, siedzi tam, gdzie zawsze siedział i czeka. I chleje.

– Ale spuchł, posiwiał i utył, nie? – bystro zauważył klient.

– Wypiłem zaledwie dwieście gramów wódki, to jeszcze nie jest pora na coś takiego, zatoczyłem się, to idiotyczne: zataczać się po dwóch setkach, gdyby tu był Doktor, to by mnie normalnie obśmiał... – mistrz szedł ulicą Świętego Tomasza, mijał właśnie lokal Dym. Za plecami słyszał nadal nieustępliwy tupocik, nie odwracał się, mając ciągle nadzieję, że to jakiś przypadkowy tupocik, jakiś obojętny tupocik, jakiś kompletnie niegroźny tupocik.

– No poczekaj, tata... – powiedziała lekko zdyszanym głosem pannica. – No, nie uciekaj... Mówiłam ci, że mamy do porozmawiania...

– Nie uciekam. Wracam do domu – godnie oświadczył mistrz.

– Ja muszę ci, tata, opowiedzieć, bo to mnie męczy, bo nie wiem, co z tym zrobić. Mówili mi, że jest taki koleś, znaczy się ty, tata, co się zna na problemie, a od wczoraj jest jeszcze gorzej, ja już wcześniej chciałam cię znaleźć, ale jakoś mi się nie udawało, kartkę ci w Biurze zostawiłam, czytałeś ją, prawda? Nie czytałeś!

– Strasznie chaotycznie pani opowiada – zwrócił jej grzecznie uwagę, dotykając jednocześnie małej, nie przeczytanej karteczki w kieszeni.

Kiedyś miał żonę, która o wiele chaotyczniej mówiła, jednak odzwyczaił się już od tego.

– Mówili mi, że interesowałeś się historią Karola Kota, prawda?

– Interesowałem się wieloma historiami. Teraz mam tylko swoją historię. Tylko ona mnie interesuje. Wyłączyłem się.

– Oj, chyba jednak trochę jesteś pijany. Trochę bełkoczesz. Wolałabym, żebyś był zupełnie trzeźwy, ale nie mam już czasu.

Zatrzymali się przed jego kamienicą. Popatrzył w swoje dwa ciemne okna. Głupio zrobił, że nie zostawił zapalonych świateł. Przyjemnie byłoby wrócić do domu, gdzie pali się światło, gra radio i wiruje pralka. Przyjrzał się dziewczynce – bez sensu byłoby ją ciągnąć ze sobą na górę, kompletnie bez sensu.

– Idę na Planty – oświadczył. I ruszył.

Tupocik rozległ się ponownie.

– ...bo wiesz, tata, ja nie jestem stąd, ja jestem z takiego miasteczka, co na pewno nie wiesz, nie znasz, wsiowa prawie jestem właściwie, ja tu przyjechałam do szkoły, na pierwszym roku teraz jestem, pedagogiki, to bez sensu, ale w przyszłym roku zdaję na psychologię, bo o to mi chodziło, przyjechałam do Krakowa już we wrześniu, żeby się rozejrzeć i pomieszkać, wynajęłam z ogłoszenia pokój u takiej rodziny, takie małżeństwo, staruszek ze staruszką, wspólny przedpokój, grzyb, robak, jedzie wilgocią i kapustą...

Westchnął.

Alkohol odstępował od niego.

Odstępował, ale boleśnie.

Dwie bolesne setki.

Szli przez Planty. Cały czas rozglądał się za suką, cały czas. Minęła ich jakaś para, zauważył, że przypatrują mu się, prawie rozpoznał w nich kogoś prawie znajomego, ale nie na tyle, żeby się ukłonić, wychwycił zaciekawione spojrzenia, hoho – pomyślał – wrócę do Biura i za chwilę jakiś inny prawie znajomy zapyta mnie, z jaką to dupą spacerowałem po Plantach, tu nie można nigdzie chodzić, tu nie można nigdzie bywać, nie można niczego robić, bo zawsze zauważą, zawsze skomentują. No, chyba że nie ma się twarzy. Jak oni. Ci, którzy mówią.

– …i, tata, zamieszkałam w pokoju, co jest po ich synu, a gdzie syn? – zapytałam, a oni zrobili takie miny specjalne i powiedzieli, że nie żyje. Nie żyje – to nie żyje. Nic tam w tym pokoju po ich synu nie zostało, takie tam stare syfiaste biureczko, łóżko żelazne z żelaznymi gałkami i tyle, szafa, krzesło, półka, a jak pierwszej nocy spałam, to przyśnił mi się ten ich syn, stał w krzakach za oknem, chociaż tam za oknem nie ma żadnych krzaków, ale we śnie były, i patrzył na mnie, mówił do mnie, jakby mnie znał, jakbym z nim do szkoły chodziła, jakbym była jego koleżanką najlepszą z osiedla, to było tak, jakbym i ja go znała w tym śnie, twarz znajoma, miły, ale wariat, w płaszczu, za dużym, jaśniejszym od spodni, wydaje się, że mówił niegłupio, ale dziwnie, bawił się nożem, potem pokazał mi bagnet, aż wreszcie z kieszeni płaszcza wyjął zeszyt, taki niebieski, w trzy linie i zaczął mi pokazywać jakieś obrazki narysowane ołówkiem, śmiał się, obudziłam się cała mokra i poleciałam napić się wody do łazienki, a tam w korytarzu stała ta staruszka i ja jak głupia powiedziałam: a wie pani, ten pani syn mi się przyśnił właśnie, a ona wrzasnęła i upuściła jakieś naczynia, co je miała, ja też wrzasnęłam, bo ona tak wrzasnęła, że i ja musiałam wrzasnąć...

Z oddali coś biegło w stronę mistrza i panienki, ale to nie było koloru zaginionej suki, to było białawe raczej. Za tym białawym biegł chłopczyk w okularach.

– Przepraszam – mistrz przerwał opowieść panience i podszedł do chłopczyka. – Dobry wieczór. Znacie się z moją suką, prawda?

– Yhy! – przytaknął chłopczyk.

– Uciekła mi dzisiaj i gdzieś przepadła. Bądź tak dobry i przeprowadź śledztwo w tej sprawie, co? Porozglądaj się, popytaj. Może ktoś ją widział...

– Nie ma problemu – dziarsko odpowiedział chłopczyk. – Tam dalej chodzi pan z jamnikiem, pani z husky i trzy wilczury... Pana suki nie widziałem. Pójdziemy jeszcze w stronę Wisły, to się porozglądam.

– Jakby co, to mieszkam na Małym Rynku...

– Wiem. Mało to razy się z panem widziałem?

Mistrz zasalutował chłopcu, a panienka zapytała:

– Piesek zginął?

– Suka. Uciekła.

– Wróci – powiedziała i wróciła do swojej historii.

– Od tego pierwszego dnia, pierwszej nocy, ten chłopak łazi za mną – i we śnie, i na jawie. Jak wejdę do knajpy, to on też tam jest, jak wsiadam do tramwaju, to i on ze mną jedzie, poważnie, zawsze daleko ode mnie, zawsze trochę niewyraźnie, ale jest, jest ciągle...

– Na jawie? – zadziwił się mistrz. – Czy aby pani nie nadużywa narkotyków?

– Oj, tata, tyle co wszyscy, nie więcej. Ale nikomu się nie zwiduje nieżyjący syn właścicieli mieszkania. Kilka razy opowiedziałam o tym koleżankom i mają mnie za idiotkę. Tobie mogę powiedzieć, bo ty też jesteś jakby trochę nieżywy, jak on, tylko ty to zrozumiesz...

– No, nie wiem – burknął mistrz.

– Jak tę staruszkę raz poprosiłam, żeby mi pokazała zdjęcie syna, to się na mnie tak strasznie wydarła... A kiedyś pojechałam na weekend do domu i oglądałam telewizję, bo u staruszków nie oglądam, i był dokument o Karolu Kocie, ja nie wiedziałam, że był w Krakowie taki morderca, że karę śmierci na nim wykonali, nagle pokazali jego zdjęcie – i to był on, ten co mi się śni, co za mną łazi, spojrzał na mnie z telewizora tym samym spojrzeniem, ja nie oszalałam, tak było, dostałam jakichś dreszczy, matka aż pogotowie wezwała... I wtedy zrozumiałam, że ci staruszkowie to są jego rodzice, tylko nazwisko zmienili, oni w ogóle z tego mieszkania nie wychodzą, bo wiedzą, że ludzie wiedzą i tylko ja nie wiedziałam, oni w ogóle nie wychodzą, córka im robi zakupy, raz na parę dni przychodzi, a on nadal jest w tym domu i chodzi po ulicach, nie wiem jak to zrobił, ale żyje, jest, śni się i łazi za mną, on chce mnie zabić, tata, albo jeszcze jakąś gorszą krzywdę chce mi zrobić, wciągnąć mnie do tych swoich zaświatów, dzisiaj też pewnie gdzieś tu jest...

Znienacka okazało się, że stoją na ulicy Loretańskiej. Przeszli kawał drogi. Ciemno, czarny śnieg.

Mistrzowi udzieliło się trochę przerażenie pannicy, rozejrzał się już nie tylko za suką, ale trochę też i za widmowym prześladowcą. Nikogo.

– ...na jawie nie mówi, tylko patrzy, ale we śnie mówi, mówi rzeczy straszne, nie wszystkie zapamiętałam, mówi o krwi, strzela do mięsa i książek, zna mnie, wszystko o mnie wie, pomóż mi, tata...

– Niby co miałbym zrobić?

– Zrób tak, żeby nie wracał. Masz na pewno jakiś sposób.

– A nie próbowała pani po prostu się wyprowadzić?

– No, wyprowadzę się na początku lutego, ale to na pewno nie pomoże, on nie przestanie łazić za mną, wiem, mówił mi o tym...

Szli obok Collegium Novum. Mistrz spojrzał na czarne Planty, westchnął głośno i powiedział do panienki:

– Sto złotych dziennie plus koszty.

Właściciel Biura, Mango Głowacki, mężczyzna łysy, wysoki, z twarzą pooraną twarzowymi bliznami, podszedł do barmana.

– Tutaj wisiała taka różowa karteczka...

– A, tak. Dzisiaj ją zabrał.

– O, był już?

– Ano był.

– No to się sam napiję. Nalej mi, synku, czystej wódki, tak?

Za szybą pojawiła się wykrzywiona twarz. Był to słynny figurant terenowy, który od wielu dni miał zakaz wstępu do Biura. Właściciel wykonał w stronę szyby gest potwierdzający aktualność zakazu. Wariat uczynił jeszcze straszliwszą minę i zniknął.

– Do Biura wrócimy oddzielnie... – mówił mistrz. Szli przez Rynek, właśnie trąbiło dwudziestą pierwszą. – Pani tam pójdzie pierwsza, ja będę za pół godziny. Siądziemy oddzielnie. I jeżeli on tam się pojawi, to proszę dać mi jakiś znak, o, na przykład zdjąć czapkę...

– Włosy mam okropnie ostrzyżone, ostrzegam! – powiedziała troszeczkę rozweselona panienka.

– Hoho, jak niewiele trzeba, żeby się poczuli lepiej, ci ludzie. Wystarczy coś obiecać, powiedzieć: zajmę się tym, i już. Hoho – pomyślał mistrz.

Popatrzył, jak pannica odchodzi w stronę ulicy Świętego Jana – skąd właśnie wytoczył się znany figurant terenowy, coś tam do niej zagadał, ale tak raczej nieagresywnie, więc nie trzeba było interweniować; odprowadził ją wzrokiem aż do momentu, w którym już nie było jej widać, zapalił papierosa i powędrował w stronę swojego mieszkania.

Niewiele się zmieniło. Ale coś jednak się zmieniło.

Po suce pozostało legowisko z kością i piłeczką. Dwie miski: jedna, z wodą, pełna, druga – na jedzenie – wylizana doszczętnie.

Po tej pani nie zostało nic.

A jednak miał uczucie, że ktoś tu był, że ktoś czegoś w jego mieszkaniu szukał. Jakiś ledwie wyczuwalny smród intruza był jednakowoż w powietrzu.

Ale niby co miało zginąć? Psująca się pralka? Psujący się gramofon? Stos płyt, które nigdy nikogo nie zainteresują? Stare, rozpadające się książki? Psująca się lodówka? Całkiem zepsuty telewizor? Nic nie mogło zginąć.

Boże, alkohol!

Podszedł do kuchennej szafki, skąd wydobył pełną, w ogóle nie ruszaną, dużą butelkę jacka danielsa, urodzinowy prezent od Doktora. Odetchnął.

O ile w jakiś tam sposób był alkoholikiem, o tyle nie umiał pić w domu. Jakaś absurdalna przypadłość.

Dlatego też ta butelka była w stanie przeleżeć tu ponad miesiąc, teraz jednak przyszła na nią pora, nalał pełną szklankę i przeszedł do pokoju. Tam, pociągnąwszy solidny łyk, stanął na krześle i, pewnie trzymając szklankę w dłoni, drugą ręką zdjął z szafy starą zniszczoną walizkę. Postawił ją na stole i otworzył.

Stosy starych gazet. Pomiędzy tymi gazetami owinięty w zatłuszczone szmaty leżał pewien ważny, pamiątkowy przedmiot. Ale nie o ten przedmiot mu chodziło. Uniósł jeden ze stosów i wygrzebał spod niego gruby zeszyt. Nieomylnie odnalazł właściwe miejsce.

Upił nieco ze szklaneczki i zaczął czytać:

– Mój przykład jest ostatnim w historii tego miasta. Lepszego ode mnie nie będzie, choć jestem przegrany. Niewiele dni mi zostało, może to i moja ostatnia rozmowa. Co pan chce wiedzieć?

– Proszę powiedzieć coś o sobie.

– No cóż, chyba się najpierw urodziłem. Było to krótko przed Gwiazdką 1946. Tu, w Krakowie. Jestem ze znaku Koziorożca, przez osiem lat byłem jedynakiem. Potem urodziła się siostra. Matka nie pracowała, nie chodziłem do przedszkola. Łatwo zaliczyłem podstawówkę i startowałem do technikum łączności. Z braku miejsc nie zostałem jednak przyjęty. Długo nie mogłem tego zrozumieć. Potem zdawałem do technikum energetycznego na Loretańskiej.

Przyjęli mnie. Chodziłem tam aż do zdania matury. (...)

– W czasie rozprawy mówił pan na temat swojego niecodziennego hobby.

– To długi temat, pewnie nie skończylibyśmy omówić go do kolacji. Powiem tylko, że interesowało mnie to, co służy na wojnie niszczeniu człowieka i jego dobrobytu, a więc: trucizny, noże, broń palna oraz sposoby ich najskuteczniejszego używania. Miałem sporą kolekcję noży: finki, noże sprężynowe, monterskie, rybackie i inne. Milicja zwinęła mi 17 sztuk. Należałem do sekcji strzeleckiej w klubie „Cracovia”. Byłem najlepszym strzelcem z k.b.k.s. w Krakowie. Zbierałem atlasy medyczne i podręczniki medycyny sądowej, studiowałem przebieg żył i umiejscowienie narządów, których rażenie powoduje nagłą śmierć. Czy pan wie, że najłatwiejsza droga do serca prowadzi przez plecy?

Mistrz upił ze szklanki następny łyk.

Czytał wywiad z Karolem Kotem zrobiony tuż przed wykonaniem wyroku, wywiad, który sobie kiedyś skądś pieczołowicie przepisał. W czasach kiedy się przepisywało pieczołowicie. Wiele różnych zupełnie teraz niezrozumiałych rzeczy robiło się przed laty.

Czytał czas jakiś, nalawszy sobie kilka razy.

Czytał i dziwił się, że to on własną rączką przed laty sam przepisał:

– Co pan czuł w momencie zabijania?

– Chce pan dotknąć moich czułych miejsc, a niech tam. Każdy mój czyn poprzedzała dziwna myśl, taka natrętna, drążąca cały mózg, dręczyła mnie, prześladowała, chodziła za mną, krępowała moje poczynania. Nie mogłem spać, uczyć się, cierpiałem okrutnie. Musiałem więc szybko myśleć, gdzie i kogo zabić. Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój.

Przeczytał ostatnie zdanie: – Niedługo spotkam się z ofiarami, tam gdzie się wybieram, to sobie pogadamy, tu na ziemi nie mam z kim rozmawiać.

– Aż wreszcie sobie znalazłeś – powiedział mistrz, zakręcił butelkę, odstawił ją do kuchni, ubrał się i wyszedł. W drzwi wsunął mikroskopijny kawałek papieru.

– Już późno – zamruczał do siebie na schodach.

Po drodze zajrzał do Dymu, w Dymie byli tacy i takie, którym się przestał kłaniać albo też oni pierwsi przestali się kłaniać, nieistotne. W każdym razie nikt nikomu się nie ukłonił. Powędrował do Pięknego Psa, choć wiedział, że się śpieszy, nie mógł się jednak powstrzymać, żeby nie spojrzeć, czy nie ma tam kogoś, kto nie przestał mu się kłaniać i komu on się nie przestał kłaniać. W Psie jednak znajdował się tłum młodzieży oraz byli i obecni pracownicy TVN, takiej komercyjnej telewizji, którzy rozmawiali o tej komercyjnej, bardzo popularnej podówczas w Polsce telewizji TVN, a także iluś tam przyszłych pracowników telewizji TVN, którzy wypytywali byłych i obecnych pracowników TVN, czy warto pracować dla TVN i czy to aby nie jest zdrada ideałów. Wiadomo było, że i tak wszyscy wylądują w TVN, tylko się krygują.

Więc wyszedł. Nawet się nie napił.

Wszedł do gorącego, niezdrowo parującego wnętrza Biura.

Tłum.

Młodzież i pracownicy TVN zazwyczaj.

Przy jego małym, dwuosobowym stoliku z napisem REZERWACJA siedziało ze sześć osób, nie warto się było spierać o miejsce.

Panienki nigdzie nie było widać.

Zaczął przeciskać się więc do baru.

A dookoła krążył tłum.

Kobiety zaczerwienione, mężczyźni o błędnych oczach. Obcy ludzie.

Mój przykład jest ostatnim w historii tego miasta.

– No witam, witam – na ramię mistrza padła ciężko ręka właściciela. – Czego się napijemy?

Mango spłoszył wzrokiem siedzącego obok niego na barowym stołku człowieka, który bez słowa wstał i ustąpił miejsca mistrzowi. Stołki barowe nieodmiennie budziły w mistrzu obawę, ale zaryzykował.

– Oj, nie wiem, czy powinienem jeszcze pić, już trochę wypiłem, może bym kawy poprosił... – mistrz zauważył, że zapowiada się poważniejsze picie, a to troszeczkę nie było mu na rękę.

– Kawę i tequilę, dwa razy – zaordynował Mango.

Ponad barem umieszczony był telewizor. Na ekranie poruszał się muzułmanin. Wśród wielkich różowych kwiatów.

Dźwięk nie był włączony.

Wypili.

– Upijmy się dzisiaj, jest powód – powiedział Mango Głowacki.

– Mianowicie?

– Mianowicie Marzenka wraca.

Mistrz nie był pewien, czy ta Marzenka, o której w tej chwili pomyślał, jest tą Marzenką, o którą chodzi Głowackiemu, który mężczyzną był kochliwym rekordowo i przez przeszło dwadzieścia lat ich znajomości śmiertelnie zakochany był w tak wielkiej ilości Marzenek, że mistrz przestał nadążać i zapamiętywać ich buzie i imiona. Wiadomo było, że Mango jest odwiecznie zakochany, odwiecznie tragicznie. Obiekty zmieniały się niezauważalnie.

– Marzenka wraca pojutrze z Londynu, jutro będę sprzątał mieszkanie, dzisiaj jeszcze mogę się napić. Upijmy się z radości. Marzenka wraca!

– Hurrra... – mruknął mistrz dobrotliwie.

– A co u ciebie? Jeszcze raz tequilę dwa razy. I nalej sobie też, synku – zaordynował właściciel Biura.

Napili się we trzech z barmanem. Ruch chwilowo ustał. Tłum był nadal, ale powoli nieruchomiał. Młodzieży kończyły się pieniądze na red bulla i piwo. Starsi zaczynali przysypiać. Panny nigdzie nie było widać. Albo ta cała historia przywidziała się mistrzowi, albo panna była naćpaną ściemniaczką pierwszej klasy.

– A co u ciebie? – przypomniał swoje pytanie Mango Głowacki.

Wypili.

Jakiś pracownik popularnej podówczas telewizji komercyjnej TVN dosiadł się do nich i opowiedział, co nowego w TVN.

– Może jemu byś dał tam robotę? – Mango wskazał mistrza i razem z mistrzem wybuchnęli śmiechem.

Dymiło i parowało.

Prawdopodobnie już po północy, czwartek. Do lokalu wszedł mieszkaniec Warszawy i, unikając kontaktu wzrokowego z barmanem, dosiadł się do jakichś panien.

– No co u mnie? – pomyślał mistrz. – U mnie niedobrze. Ta pani uciekła. Suka uciekła. Jakieś dziwaczne dziecko naopowiadało mi strasznych historii, a potem też uciekło. Niedobrze.

Wstał i udał się do toalety.

– Ileż wspomnień! – westchnął, patrząc na jej surowe wnętrze.

Ktoś schwycił go z tyłu za ręce. Inny, o twarzy takiej jak wszystkie twarze, o wzroście takim jak każdy wzrost, o znakach szczególnych jak wszystkie znaki szczególne, uderzył mistrza w brzuch.

– Zapamiętaj to sobie, mistrzu – powiedział ten trzymający z tyłu.

Jeszcze jeden cios w brzuch, mistrz padł.

Wyszli.

Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój.

Po chwili mistrz wstał. Bolało. Wszedł do kabiny, zasunął zasuwkę. Kilka dobrych minut przesiedział w zamknięciu. Ktoś się dobijał. Ktoś głośno śpiewał. Krany szumiały, trzaskały drzwi. Powoli wyszedł z kabiny i stanął przed łazienkowym lustrem. Trudno było oczekiwać korzystnego wrażenia.

– Co to się porobiło? – zapytał gęby porośniętej siwym zarostem.

– Co to się porobiło? – ponowił pytanie. – Dawniej zupełnie nie do pomyślenia!

Wrócił na salę – było już mniej klientów. To pora, kiedy piosenki stają się bardziej sentymentalne. Mango siedział nie przy barze, a przy stoliku, suka uciekła, kobieta uciekła, dziewczynka znikła, ktoś bił, może jeszcze tu jest, ktoś bił, dwóch biło, którzy to? przy stoliku z Mangiem Głowackim kilku siedzi, który z nich, można? hoho, gdzieś ty chodził, tutaj ktoś o ciebie pytał, kto? a bo ja wiem, jakaś suka, czego się pan napije? jeśli nie jest pan z tefałenu, to się chętnie napiję, ale czego? pan kombinuje czego, a ile? a niech pan kombinuje, setkę? no, dalej niech pan kombinuje, sto pięćdziesiąt? no, proszę kombinować, dwieście? no, na litość boską, ile pan kupi, będzie dobrze, Marzenka wraca...

Przed mistrzem wylądowała szklanka wódki typu monastyrka.

– On preferuje syfiaste kolorowe wódki – wytłumaczył barman stawiającemu.

– No więc co u mnie... – mistrz zaczął odpowiadać na pytanie właściciela zadane jakiś czas temu. – Ta pani uciekła, suka uciekła, ktoś był w moim mieszkaniu, spał w moim łóżeczku, jadł z mojej miseczki, pannica uciekła albo i wcale jej nie było, dali mi porządnie dwa razy w brzuch w toalecie, w twoim lokalu...

– W moim lokalu? – właściciel wzburzony wstał.

– W twoim lokalu, ale nie wiem, kto i nie wiem, czy naprawdę. Ale brzuch boli. Paskudnie boli.

Głowacki usiadł i zaproponował, by się napili. Więc się napili.

Minęło trochę czasu. Nagle okazało się, że siedzi przy stoliku, przy którym został prócz niego tylko jeden człowiek. Jakby skądś znajomy, prawie znajomy, taki, któremu raczej nie kłania się, ale on kłania się pierwszy, więc trzeba się odkłonić.

– Więc to jest cała moja wiedza? – zapytał mistrz. (Niewykluczone, że zabrzmiało to jak: ENS SO JE SAA MOA FIEA? Alkohol zrobił swoje.)

– Tak, tak – uspokajająco powiedział ten prawie znajomy.

Mistrz usiłował przyjrzeć się rozmówcy trochę trzeźwiejszym okiem. Sweterek ze staromodnym wzorkiem w jelonki.

– Więc to jest cała moja wiedza? – zapytał jeszcze raz mistrz.

Zauważył, że stoi przed nim kilka pełnych kieliszków. Poczuł się raczej bezradny.

– Pif-paf! – powiedział tamten, wstał i zupełnie nie zataczając się, wyszedł z Biura.

Mistrza tknęło. Natychmiast podniósł się, odszukał natychmiast na podłodze, pod stolikiem, swoją kurtkę, spostrzegł dziurę wypaloną na rękawie, poszukał wzrokiem kierownika placówki, nie odnalazł, odgarnął ciężką, purpurową kotarę, osłaniającą drzwi wyjściowe, wytoczył się na ostre zimowe powietrze, oparł się ręką o okienną szybę, wewnątrz Biuro płonęło przedziwnym żółtym blaskiem, spocone, tańczące, nieliczne pary, samotni przysypiający mężczyźni przy stolikach, potem spojrzał mistrz na ulicę Świętego Jana, pusto, wyruszył w stronę Rynku, potykając się o biało-czarno-szarobrudne kopczyki śniegu, jakaś sylwetka zamajaczyła przy kościele na rogu Jana i Tomasza, jakby czytała klepsydry, zaczął iść szybciej, zataczając się pięknie, półkoliście, sylwetka znikła wewnątrz kościoła, o tej porze kościół otwarty? to może wcale nie noc, to może mi się poprzestawiało, pomyślał, może była zmiana czasu z zimowego na wieczność, dotarł pod kościół, potknął się o potężny łańcuch okalający maleńki placyk przed wejściem, padając zauważył nie jedną, a dwie sylwetki przy wejściu, sylwetkę pannicy rozpoznał, ta druga osoba wyjęła nóż i wbiła go w jej plecy, przez plecy łatwiej do serca, odwróciła się i oblizując nóż przebiegła obok leżącego mistrza.

Próbując wstać, mistrz próbował zapamiętać tę twarz.

Prawie znał ją, ale z niczym nie mógł skojarzyć.

Prawie zapamiętał.

Rozdział drugi

A to luty już był. Niebo niebieskie, białe zimowe słońce. Ziemia nieprzychylna łopacie, bo zamarznięta, ale i tak lepsze to zimowe słońce niżby jakieś ponure ciemności miały być.

Ceremonia pogrzebowa już się rozpoczęła, ksiądz już działał, frekwencja była znaczna, mistrz stanął na samym końcu frekwencji, starając się klękać, kiedy wszyscy klękają, wstawać, kiedy wszyscy wstają i wypowiadać wraz z księdzem wszystkie stosowne formuły.

W mniej absorbującym momencie ceremonii mistrz udał się do łazienki. Gdyż nie zapomniano o żywych: w nowocześnie zaprojektowanej kaplicy znajdował się również i ten przybytek.

Siknął, umył ręce, popatrzył w swoją podpuchniętą twarz, upił z buteleczki odrobinę wiśniówki. Wybór trunku nie był przypadkowy.

To właśnie wiśniówkę preferował zmarły, jeden z figurantów terenowych, bohater wielu anegdot, za życia wyklęty przez wielu pijaczyna i wariat, który po samobójczej śmierci zyskał nowy wymiar.

– Co mnie sprowadziło do tych odległych Batowic, na mało kultowy, mało poetyczny cmentarz? – pomyślał mistrz. – Co mnie pociąga w tym pogrzebie szaleńca i dziwoląga?

Legenda. Zagadka życia i śmierci, ma się rozumieć.

Świadomość, że znowu świat się skończył.

To już się zaczęło. Teraz będzie się czas odmierzało przy pomocy pogrzebów. Większych i mniejszych. Teraz to już się posypie... To rzeczywiście się już zaczęło... Kobieta odeszła, suka odeszła, wszyscy odchodzą.

Z tą refleksją powrócił na ceremonię.

A tam organy grały jedną z kompozycji niemieckiego kompozytora Bacha. Grały jak należy.

Mistrz w tej śmierci upatrywał kolejne pożegnanie z rozchełstaną, rozchichotaną młodością, w której – marginalnie, bo marginalnie, ale jednak zawsze – zmarły istniał. Mistrz rozejrzał się po twarzach żałobników. Normalnie: piękne i niepiękne twarze. Przekrój społeczeństwa. Żadnego z bywalców pogrzebów ludzi ważnych. Wszystko jak należy. Przekazano sobie znak pokoju, już „Panie nie jestem godzien...” powiedziano oraz inne istotne komunikaty i kondukt ruszył.

A potem grabarze ubrani dość nieodświętnie uczynili swoje, szybko, sprawnie i bez większych sentymentów, uczestnicy pogrzebu zaczęli się rozchodzić, przeleciał bardzo nisko samolot.

– Halo, halo! – powiedział któryś ze współżałobników w stronę mistrza, który po potajemnym wychyleniu reszty wiśniówki zamierzał już odejść od grobu – a na stypę nie pojedziesz?

– A gdzie będzie?

– A w Psie.

– A o której?

– A zaraz.

– A to dojdę, na razie muszę coś załatwić – odpowiedział mistrz.

– I co? I znowu nie dowiem się niczego, niczego sobie nie rozjaśnię, niczego nie zrozumiem, znowu? – mówił do siebie cicho i bezładnie mistrz, stawiając potężne kroki, dysząc coraz ciężej. Ćwiartka alkoholu na świeżym powietrzu przed laty nie znaczyłaby nic, lecz teraz znaczyła zbyt wiele.

– I co? – pytał sam siebie mistrz. – Utknę w tej zagadce do końca życia? Będę się budził zlany zimnym potem w swoim zimnym łóżku i pytał sam siebie – co się stało? I co się nadal dzieje? Czy ja aby o czymś ważnym nie zapomniałem, czy ja aby czegoś ważnego nie przeoczyłem?

Tak mniej więcej pół-myślał, a pół-mówił do siebie mistrz, idąc szybko w stronę przystanku autobusowego. A pod kaplicą gromadzili się już następni uczestnicy następnych pogrzebów, ulicą szli ludzie, auta jechały.

Coś się skończyło, ale nie do końca wiadomo co.

Dojechawszy do centrum, udał się do Biura.

Wszedł i ukłonił się z daleka barmanowi. Ten odłożył gazetę (zbyt wielu klientów jeszcze nie było, pora wczesna, zaledwie jacyś młodociani, którzy nawet nie próbowali zamawiać piwa, świadomi swojej młodocianości zadowalali się sokami i herbatami) i nalał mistrzowi kolorowego płynu do szklaneczki.

I przyniósł.

– O, pan jeszcze nie w Nepalu? – zdziwił się mistrz.

– Ano jeszcze nie. Opóźnia coś mi się ten Nepal – mruknął barman.

Skoro się opóźnia, to się opóźnia, mistrz nie miał zwyczaju ciągnąć ludzi bez potrzeby za języki. Normalny człowiek zapytałby – a dlaczego się opóźnia? a kto temu jest winien? – i tak dalej.

I byłaby co najmniej godzinna, pasjonująca historia.

Ale mistrz zadowalał się krótkimi informacjami, typu: NIE MA, ZAMKNIĘTE, typu: NIE CHCĘ, NIE KOCHAM. Nie chciał dowiadywać się więcej, te informacje zupełnie mu wystarczały.

Takoż samo było ze śmiercią.

Ludzie, dowiadując się o czyjejś śmierci, natychmiast pytają: kiedy? o której? na co? Nie wystarczy im proste „umarł”.

Mistrz był dziwakiem. Nie był tak bezinteresownie dociekliwy jak inni ludzie. Może przez to jego śledztwo utknęło w martwym punkcie, może przez to nie wiedział niczego konkretnego o tamtej styczniowej pamiętnej nocy, nie mógł tak naprawdę skupić się na niczym, pił od tego czasu jakby inaczej, jakby dramatyczniej, jakby chaotyczniej.

– I jak było na pogrzebie? – zapytał barman.

– Jak to na pogrzebie – odpowiedział mistrz.

– Dużo ludzi?

– Dużo.

Mistrz napił się i gestem zaprosił barmana, by się przysiadł. Ten również gestem odmówił, wskazując – pusty, bo pusty, ale jednak – bar, miejsce jego pracy. Ruszył się stamtąd dopiero wezwany przez pana, który przywiózł beczki z piwem. Po chwili zaczęli we dwóch je wturliwać. Huk był wielki, lecz wcale nie przeszkadzał mistrzowi. Siedział, pił powoli, próbował sobie w głowie wszystko posklejać.

Bo co właściwie stało się z ową pannicą, której wbito nóż w plecy? Mistrz nie słyszał o żadnym zabójstwie. Ale panna nie pojawiła się już więcej.

Barman skończył przetaczanie beczek, pożegnał się z dostawcą, spojrzał w stronę mistrza pytająco.

A ten poprosił go wzrokiem o jeszcze jedną wódkę.

Którą otrzymał.

Z czerwonego auta wysiadł właściciel lokalu, Mango Głowacki, pomachał mistrzowi przez oszklone drzwi i jął rozmawiać przez komórkę, gestykulując. Pili razem poprzedniego dnia znacznie, do późna, ale teraz Mango Głowacki, ceniony, doświadczony restaurator, wkraczał na swoje włości ładnie ubrany, wypoczęty i koherentny.

– No, pięknie pan dzisiaj wygląda! – wyraził swój zachwyt mistrz.