Dwa życia Kiki Kain - M. A. Trzeciak - ebook
Opis

CO BY BYŁO, GDYBY DWÓCH GENIALNYCH PISARZY ZMIERZYŁO SIĘ W WALCE NA WYOBRAŹNIĘ? A GDYBY STAWKĄ MIAŁO BYĆ ŻYCIE KOBIETY, KTÓRĄ OBAJ KOCHAJĄ...?

M.A. Trzeciak po raz kolejny zaskakuje. Jej powieść wciąga jak wir na niebezpiecznych wodach jeziora, jak tornado, które przechodzi, zostawiając za sobą same zniszczenia. Fenomenalnie opowiedziana historia Kiki, Kary, Karo, Karoliny Klementyny nie pozwoli o sobie zapomnieć.

Wszystko zaczyna się w dniu, kiedy w życiu obu pisarzy pojawia się tajemnicza Kika Kain. Jej przeszłość przepełniona jest niezwykłymi historiami, a ona sama okazuje się odgrywać w życiu twórców znacznie ważniejszą rolę, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać...

Wspaniała, porywająca i zaskakująca lektura! M.A. Trzeciak zabiera Czytelników w fascynującą podróż w głąb ludzkiej psychologii i przekracza granice wyobraźni.

Cóż byłoby warte nasze życie bez fantazji? Fantazji, która potrafi ukryć prawdę i jednocześnie ją wynaturzyć, skazując na wyobcowanie. Gdybyście mieli szansę pożonglować czyimś życiem, zacierając różnicę między tym co rzeczywiste, a co wymyślone – podjęlibyście się tego wyzwania? Zanim odpowiecie na to pytanie, przeczytajcie "Dwa życia Kiki Kain" i poznajcie historię stworzoną piórem Marty A. Trzeciak - pełną zagadek, pełną nieprawdopodobnych sekretów. Być może bowiem fantazja jest bardziej niebezpieczna, niż Wam się do tej pory wydawało...

M.A. Trzeciak – pisarz, naukowiec, refleksyjny żartowniś. Prowadzi warsztaty kreatywnego pisania i myślenia, robi doktorat na międzywydziałowych studiach, pisze w nurcie realizmu magicznego. Trenerka i sędzia Odysei Umysłu, stypendystka Stypendium Kulturalnego Miasta Gdańska, zdobywczyni wyróżnienia COSTERINA. Prywatnie znana po prostu jako „Trzeciak”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 249

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ PIERWSZA

Pierwszy rozdział Radona

Karo Kain i tak nie śpi. Więc kamień, który wybija szybę sypialni, wcale jej nie budzi. Sami widzicie – nadal leży nieruchomo w pościeli – mimo brzdęku bitego szkła. Pod oknem ktoś obrzuca ją wyzwiskami, a Karo tylko spogląda w sufit i spokojnie pali papierosa.

Leży tak na wznak – w samej koszuli i z popielniczką na brzuchu. Wie, że to koniec jej dotychczasowego życia.

Przez okno wpada kolejny kamień – tym razem świst wskazuje, że tor jego lotu przebiega jakieś dwa centymetry od ucha Karo. Kamień pada na maszynę do pisania marki Groma Kolibri – piękne cudo w zaskakujących kolorach kości słoniowej i spokojnej czerwieni. Groma wydaje z siebie zdziwiony jęk, gdy kamień trafia w jej uzębienie. Ale spójrzcie na Karo – nawet na to nie reaguje. W innych okolicznościach skłonna byłaby zabić za najmniejsze zadrapanie Gromy, bo to jej najlepsza przyjaciółka. Jedyna prawdziwa przyjaciółka.

Karo zamyka oczy. Wydaje jej się, że deszcz kamieni pada teraz w jej pokoju regularnie.

– Proszę bardzo – mruczy pod nosem. – Niech mnie któryś trafi – byle porządnie. Dla mnie to już i tak koniec.

Jest upiornie gorąco – tak duszno i parno, że Karo zastanawia się, czy wandale spod okna nie zmokną, gdy zaraz lunie. Burza nadciąga. Grzmoty już były. Błyski też. Choć może to tylko dźwięk niszczonej własności Karo oraz flesze aparatów strzelające w jej okno z parteru. Tak czy inaczej – burza nadciąga.

Wyjrzyjmy przez okno. Duchota wisi w powietrzu i skleja umysły. Jesteśmy na pierwszym piętrze starej, bardzo gustownej kamienicy. To tutaj Karo ma swoje mieszkanie: sypialnię, pracownię i nieduży tarasik. Na dole rezyduje jej babka – Alina, która właśnie zrywa się z łóżka. Ma na głowie wałki, na twarzy jakąś zieloną maseczkę, a na stopach prostowniki do haluksów. Wybiega ze swojej sypialni, zbiega nieco koślawo (spróbujcie biegać w prostownikach do haluksów wciśniętych wraz ze stopą do kaloszy…) do klatki schodowej i odważnie otwiera drzwi wejściowe do kamienicy.

Widzicie wandali, którzy tłuką szyby Karo – to dwaj mężczyźni, z których jeden liczy sobie lat około trzydziestu, a drugi około siedemnastu. Obaj próbowali przespać się z Karo, ale im nie wyszło. Trzydziestolatek występuje tu w charakterze obrońcy lokalnej moralności, a siedemnastolatek w charakterze złojonego wódką gówniarza. Gdy babka Alina otwiera drzwi, obrońca moralności właśnie sika na mur i rzuca najbrzydszymi wyzwiskami, jakimi można obdarzyć kobietę.

Babka Alina wzdryga się na widok strugi moczu oraz organu, z którego owa struga wypływa. W dłoni – czego nie zauważyliśmy w pierwszej chwili, gdy biegła przez ciemny korytarz – trzyma wałek.

– Jeszcze jedna kropla szczochów spadnie na moją kamienicę, a pożałujesz, że matka wydała cię na świat! – wrzeszczy babka Alina, grożąc wałkiem.

Mężczyzna wzdryga się z zaskoczenia. Chowa, co ma do chowania (niezbyt dokładnie i nieszczególnie schludnie) i spogląda groźnie. Widzicie jego przekrwione oczy, które noszą w sobie zawód niedoszłego kochanka. Widzicie – tam, na samym dnie jego rozszerzonych źrenic – potrzebę odwetu i skłonność do linczu. Mężczyzna pochyla się i chwyta pustą butelkę, tę samą, która doprowadziła na dno rozpaczy jego towarzysza (swoją drogą, tamtemu już moc uciekła z kończyn i właśnie osuwa się na ziemię).

Babka Alina unosi w górę wałek.

– Nawet tego nie próbuj, Robercie. Znam ciebie i znam twoją matkę! Nie chcę myśleć, co z tobą zrobi, jeśli odwiedzę ją w przyszłą niedzielę po kościele i powiem, jak się zabawiałeś pod moim oknem.

Spójrzcie na Roberta – jego twarz jest teraz nieskażona refleksją. Chwyta więc mocniej butelkę, zamachuje się i rzuca nią prosto w okno sypialni Karo Kain. Szyby nie wybija, bo ta już dawno poszła w drobny mak.

Przenosimy się tam na górę i widzimy, jak butelka spada na podłogę, gdzie – niestłuczona nawet – pada wśród innych odłamków jak żołnierz na polu bitwy. Karo gasi papierosa, wgniatając filtr w popielniczkę. Sięga po następnego. Miała nie palić, ale pali. Miała zrobić to, ale jak zwykle zrobiła tamto. Ale koniec z tym. Teraz życie rzuciło jej takie wyzwanie, że Karo nie będzie dłużej zwlekać. Jutro rano – to jest za cztery godziny i trzydzieści dwie minuty – będzie już w pociągu do innego życia.

Drugi rozdział Radona

Karo Kain – znana w księgach Urzędu Stanu Cywilnego jako Karolina Klementyna Kain przyszła na świat niecałe trzy dekady temu jako jedyne dziecko swojej szalonej matki artystki. Ojciec N.N., znak zodiaku: Bliźnięta, zwroty potoczne, którymi się ją nazywa: Karo, Kika, Kara.

Odkąd matka zniknęła z jej życia (do tego jeszcze powrócimy) – to jest odkąd Karo skończyła pięć lat, mieszka, żyje i wychowuje się ze swoją babką Aliną. Co dość oczywiste, matką jej matki.

Karo dorastała w specyficznej atmosferze małego miasteczka, w którym jej rodzina (to znaczy: Kara, jej matka i babka) była jedynym ośrodkiem artyzmu, kontrowersji i twórczej refleksji. Toteż wszyscy mieszkańcy ją znali. Babka Alina głównie rzeźbiła, matka Karo była przede wszystkim poetką, a Karo rosła na pisarkę. Owszem, były uważane za latawice i wichrzycielki lokalnej społeczności, ale ponieważ stanowiły wiecznie żywe natchnienie do rozmów, oceniania i krytyki, w zasadzie można rzec, że były akceptowane. Mieszkańcy miasteczka wykorzystywali je, podobnie jak pogodę, do nawiązywania kontaktów i niezobowiązujących rozmów. Mówili:

– Będzie padało, to pewne.

– Nie, przejdzie bokiem…

– A słyszałeś, co ostatnio zrobiły te wariatki…?

– Podobno opalały się bez staników na balkonie…

– Żeby tylko bez staników…!

(I tak dalej).

W związku z niepowtarzalnością trzech kobiet oraz ich szczególną rolą w lokalnej społeczności, mieszkańcy miasteczka niejako hodowali całą tę trójkę na pożywce umiarkowanego, lecz wiecznie żywego zainteresowania. Nigdy nie mogły narzekać na brak zleceń – babka Alina wiecznie otrzymywała prośby o wykonanie jakiejś statuetki do ratusza, pomnika do parku czy rzeźby do fontanny. Inna sprawa, że później wywoływała nimi skandale i często musiała długo procesować się o zapłatę. Z różnych powodów: czasami dlatego, że amorek, który miał pluć wodą, sikał nią wprost z nieosłoniętego przyrodzenia, innym razem dlatego, że rzeźba kobiety, która miała stanąć w miejskim parku, była kompletnie naga (!), a jeszcze kiedy indziej z tego powodu, że diabły wyrzeźbione w drewnie (przeznaczone do ogródka tradycyjnej restauracji serwującej pierogi) do złudzenia przypominały miejscowych radnych.

Poezji matki Karo zasadniczo nikt nie rozumiał, co nie zmienia faktu, że często organizowano spotkania poetyckie i wieczorki literackie z nią w roli głównej. Matka Karo musiała wtedy tylko „być”. Jako jedyna poetka w miasteczku miała wzięcie na wszystkich imprezach kulturalnych, które odbywały się w jednym z dwóch lokali – w Kawiarni Artystycznej (która artystyczna była głównie z nazwy) lub w herbaciarni Cztery Strony Świata (której właścicielka znała tylko jedną stronę świata – tę właśnie, w której mieszkała).

Co jakiś czas matka Kary sprawiała przyjemność lokalnej społeczności, pobudzając ją do dyskusji jakimś występem topless na podwórku za domem albo kolejnym romansem z miejscowym nauczycielem plastyki (substytut artysty) czy „czytelnikiem miesiąca Biblioteki Głównej” (namiastka intelektualisty).

Karo dorastała więc w atmosferze wielkiej sztuki swego domu, którą jakimś cudem trzeba było upakować w granicach małego miasteczka (przypominało to trochę wpychanie dmuchanego materaca do podręcznej torebki). Razem z matką i babką Aliną zamieszkiwały na wyłączność niewielką kamienicę w centrum (spadek po zamożnym mężu, ojcu i dziadku w jednej osobie), która była widoczna niemal z każdego punktu miasteczka – zupełnie tak, jakby trzy kobiety zawsze występowały na scenie.

Karo od dziecka była bardzo uzdolniona – rysowała, malowała, kleiła i lepiła już w wieku czterech lat. Ale kiedy jej matka odeszła, pozostawiając po sobie tylko list pożegnalny i szafy opróżnione z ubrań, Karo zaprzestała działalności twórczej, artystycznej i odtwórczej. Nie chciała się niczego uczyć ani poznawać. Dopiero pod naporem gróźb, próśb i błagań babki Aliny zgodziła się nauczyć czytać, pisać i tym samym obrała swoją przyszłą ścieżkę.

– Będziesz pisarką – powiedziała z ulgą babka Alina, którą przerażała wizja chowania pod swoim dachem „zwykłego” dziecka, takiego, które zapragnęłoby w przyszłości pracować w sklepie, wypiekać chleb lub – nie daj Boże – zostać przedszkolanką.

Karo w zasadzie odpowiadał ten pomysł. Im więcej pisała, tym mniej musiała mówić. A mówienie wydawało jej się często męczące, pretensjonalne i nienaturalne. Spędzała więc kolejne lata na pisaniu. Była wszechstronna – tworzyła prozę, dramaty, ale także skecze i kabarety. Co ciekawe – sama w zasadzie nigdy się nie śmiała, ale potrafiła pisać dość zabawne teksty. Tworzyła inaczej niż jej matka i babka. Chowała się za hiperrealizmem, powściągała swoją fantazję. Jedynym ornamentem, który wtłaczała do swoich tekstów, były cynizm lub ironia. Nigdy nie podwójne dno, nigdy nie poryw wyobraźni. Nigdy nic nierealnego czy choćby nieprawdopodobnego. Karo odtwarzała wyłącznie zdarzenia prawdziwe lub zdarzenia skrajnie prawdopodobne. Nie wybaczyłaby sobie niekonsekwencji w naśladowaniu ludzi lub rzeczywistości.

Jak pisała, tak też dorastała – pozbawiona chęci nawiązywania głębszej więzi z kimkolwiek, jakiejkolwiek płci. Obcowała z ludźmi jedynie po to, aby tworzyć na ich podstawie szablony swoich przyszłych postaci. Obserwowała ich, a potem naśladowała. Nigdy nie wchodziła w bliskie relacje.

Do momentu aż skończyła dwadzieścia lat.

 

Widzicie Karo dwudziestoletnią. Jest tak samo szczupła i blada, jak Karo dwudziestopięcioletnia – ta, którą poznaliście leżącą na łóżku wśród deszczu kamieni wrzucanych przez okno.

Obie te Karoliny, choć mają naturalnie czarne włosy, prezentują się wam w czuprynach o barwach przywodzących na myśl nieudane eksperymenty jakiegoś alchemika. Karo dwudziestoletnią widzicie w kolorze smerfowego błękitu, a Karo dwudziestopięcioletnią w barwie płonącej wiewiórki. Te niecodzienne odcienie to chyba jedyna forma ekstrawagancji, którą uprawiała i nadal uprawia nasza Karo. Poza dzikim kolorem włosów Karo się nie wyróżnia – jak widzicie – nie ma makijażu, nie nosi kolczyków, nie posiada tatuaży. Ubiera się w takie same zestawy ciuchów co jej babka, czyli w męskie koszule na goły tyłek lub w niebieskie dżinsy i biały T-shirt.

Tego dnia widzicie ją w wersji numer jeden, czyli w ogromnej, białej koszuli sięgającej do połowy uda. Jest bardzo gorąco i słonecznie, choć to jeszcze czerwiec. Dzień przed przesileniem letnim. Dzień jej dwudziestych urodzin.

Karo siedzi w miejscowym parku i pali. Oparta o rozgrzaną poręcz butelkowozielonej ławki obserwuje ludzi i stara się zapamiętywać ich wypowiedzi, gesty, zwroty, których używają. Przymyka oczy. Widzicie jej twarz rozgrzaną w czerwcowym słońcu – oświetloną ciepłymi promieniami.

– Karolina Kain? – słyszy nagle Karo.

Na jej twarz pada plama cienia. Ktoś staje nad nią i zasłania słońce.

Karo otwiera oczy i widzi dwie osoby. Spójrzcie na nie. Jedną z nich jest pan Serdel (Karo nie pamięta jego nazwiska, ale wie, że tak nazywa go babka Alina) – człowiek słusznej postury, rumiany iście po słowiańsku i rubaszny. Kojarzony z ciągłym pięciem się na szczyt, nieważne, czy to komitetu blokowego, rady osiedla, czy rady miasta. Drugiej osoby Karo nie zna, choć kojarzy ją z widzenia (jak chyba wszystkich mieszkańców miasteczka). To…

– Izabela, moja córka – mówi pan Serdel i rozpoczyna długą tyradę na temat tego, skąd zna Karo i jej babkę, dlaczego Karo powinna znać jego oraz jego córkę, a także tego, jakim to zawsze był miłośnikiem sztuki, a w szczególności sztuki wytwarzanej przez szanowną babkę oraz znaną i lubianą matkę Kary. Kiedy pan Serdel zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że poruszanie tematu matki może być nieco niezręczne, na scenę wkracza jego córka.

Jak widzicie, Izabela jest całkowitym przeciwieństwem Karo. To blondynka (odcienie łanów zbóż, od których mdleją mężczyźni) o błękitnych oczętach jagnięcia. Ma bardzo kobiece kształty – mogłaby je sprzedawać na kilogramy. Obecnie nosi sukienkę, która dobrze pozwala zorientować się w jej atrybutach. Rumiany biust trochę jej się wylewa, ale Izabela zdaje się być raczej zadowolona z tego powodu. Jest wysoka, można nawet powiedzieć, że jest duża. Zapowiada się na ten typ kobiety, w których lubią tonąć mężczyźni każdej postury i masy ciała – nawet tej dwa razy mniejszej od swojego obiektu westchnień.

– Jestem Izabela – odzywa się, odpychając ojca za siebie. – Chcę ci zaproponować współpracę.

– Izunia jest bardzo uzdolniona – wtrąca się znowu pan Serdel. – Chce być aktorką i piosenkarką. No, ewentualnie artystką, tak jak ty i twoja babcia.

Ojciec przeciera spocone czoło bawełnianą chustą w brązową kratę.

Izabela pochyla się nad Karo i oznajmia:

– Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia…Tak się składa, że ty jesteś utalentowana, ale nie lubisz pokazywać się publicznie; ja za to uwielbiam się pokazywać, ale nie mam talentu. To duet idealny.

Cały zamysł ma polegać na tym, że Karo będzie pisać teksty, a Izabela będzie do tych tekstów występować. Przykładowo:

Karo pisze dramat – Izabela go wystawia.

Karo tworzy tekst piosenki – Izabela ją śpiewa.

Karo stwarza poezję – Izabela ją recytuje.

Karo skleca skecz – Izabela w nim występuje.

Głupie? Ale się sprawdza. W małym miasteczku, w którym poza kinem i teatrem wystawiającym trzy rodzaje przedstawień:

„Opowieść wigilijną” w Boże Narodzenia,

„Skrzypka na dachu” w święta państwowe,

„Ferdydurke” dla szkół (bez okazji),

nie ma żadnej innej pożywki „dla duszy”, występy naszego duetu zaczynają się sprzedawać jak karp w Wigilię. Dziewczyny wymyślają nawet dla siebie chwytliwą nazwę, która wyewoluowała z nazwiska Karo. Nazywają się teraz KAIN i ABEL, co jest niekiedy pisane „(Karo) KAIN & (iz)ABEL(a)”.

Zamysł wszystkich występów Kaina i Abla sprowadza się do tego, że Karo pisze – początkowo pod sugestię, a potem pod dyktando Izabeli, a następnie chowa się za kurtyną, skąd może obserwować swoją przyjaciółkę przy pracy. Szczerze mówiąc, Izabela często zapomina dużych partii (a gdy jest pijana, zapomina po prostu całego tekstu), ale ludzie i tak ją kochają. Wychodzi na scenę w kusych kieckach, rzucając na pożarcie swoje bujne kształty w kolorze zarumienionej porcelany i nie przejmuje się warstwą tekstową występu. Czasami oczywiście jest w stanie powtórzyć duże partie materiału przygotowane przez Karo – niekiedy nawet słowo w słowo. Ale nie zdarza się to często. Śpiewa pisane przez nią piosenki, leżąc na fortepianie (na którym nikt nie gra) w sukni bez pleców, a kiedy zapomina treści jakiejś zwrotki, wstawia po prostu „la lala” lub „na na… mmm…” i wszystko idzie fajnie. Publika szaleje tak czy inaczej.

Podobnie sprawa wygląda, gdy Izabela wystawia dramaty pisane przez Karo. Nigdy nie zgodziła się, by na scenie razem z nią wystąpił choćby jeden dodatkowy aktor, więc wszystkie kwestie muszą być pisane albo w formie monologu, albo dostosowane tak, by zdążyła zmienić perukę lub wyraz twarzy (co miało symbolizować przejście od jednej postaci do drugiej).

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że występy duetu cieszą się niesłabnącym wzięciem przez ładnych kilka lat. W tym czasie dziewczyny dojrzewają, dorośleją, a Izabela rodzi dwójkę dzieci. Stopniowo zmieniają się relacje panujące w ich zespole. Duet początkowo znany jako Kain i Abel zmienił nazwę na Abel i Kain (bo tak jest alfabetycznie, jak tłumaczy Izabela).

Artystyczna sława matki i babki Karo, na której plecach jedzie „Kain i Abel” na samym początku zostaje wymieniona na polityczną sławę ojca Izabeli, który przez te parę lat dopycha się do posady burmistrza miasteczka. Zwięzłość i trafność tekstów tworzonych przez Karo stopniowo zaczyna być niepotrzebna i powoli gubi się w dekolcie Izabeli, która z każdym rokiem rozbiera się na scenie z coraz większym zaangażowaniem, wkraczając tym samym (jak twierdzi) w nowe obszary sztuki, w których słowo nie jest już tak istotne jak obraz.

Z biegiem tych kilku lat, które upływają im na występach, zaczynają zmieniać się nie tylko relacje dwóch kobiet, ale również zapowiedzi na plakatach, które pojawiają się w miasteczku.

Najpierw brzmią:

 

Obchody dnia ryby uświetni występ duetu artystycznego KAIN i ABEL (uzdolnionej Karoliny – potomkini lokalnego klanu artystów oraz pięknej Izabeli – córki miejscowego działacza społecznego)!!!

 

by później ewoluować do:

 

Obchody dnia strażaka uświetni występ duetu artystycznego ABEL i KAIN (pięknej Izabeli – córki miejscowego radnego oraz tajemniczej Karoliny)!!!,

 

a na końcu przybrać formę:

 

Obchody rocznicy założenia miasta uświetni występ pięknej Izabeli – córki naszego burmistrza – znanej pod pseudonimem artystycznym ABEL (i Kain)!!!

 

Z biegiem czasu Izabela nie tyle nawet zaczyna wysuwać się na plan pierwszy (bo to miejsce zajmowała od samego początku)… Chodzi raczej o to, że plan drugi, trzeci i dziesiąty przestają w ogóle istnieć. Staje się rozpoznawalna jako „ta Izabela”, która… w zasadzie nie do końca wiadomo, co porabia na tej scenie. Czasami coś zaśpiewa, innym razem coś wyrecytuje, a niekiedy tylko się uśmiecha i prezentuje swoje wdzięki. Mimo że warstwa tekstowa przestaje odgrywać jakąkolwiek rolę w jej występach, wciąż dzieli się z Karo częścią wpływów za bilety, a także „inspiruje” ją do dalszej pracy.

Mówi na przykład:

– Napisz mi taką piosenkę o dziewczynie, która chce odebrać sobie życie, bo jest tak piękna, a jej uroda marnuje się bez odpowiedniego mężczyzny.

I Karo pisze taką piosenkę.

Innym razem Izabela wskazuje:

– Napisz taki dramat, w którym występują dwie piękne kobiety – jedna jest dobra i szlachetna, a druga zła i chce ją zabić.

I Karo tworzy taki dramat.

A niekiedy Izabela rzuca po prostu:

– Napisz jakiś taki życiowy tekst – wiesz: rozterki, zawody, miłość i zazdrość.

I Karo pisze taki właśnie tekst.

Potem przychodzi czas na występ, podczas którego Izabela albo mówi jakiś fragment tekstu, nad którym Karo spędziła ostatnie tygodnie, albo nie mówi. Niekiedy mówi, ale jakoś inaczej.

Grunt, że tytuł występu się zgadza, a kasa za bilety jest dzielona pomiędzy obie kobiety.

Nie każdemu jednak podoba się ta cała sytuacja.

– Jesteś prostytutką! – wykrzykuje często babka Alina, która nigdy, nawet w pierwszych latach istnienia duetu Kain i Abel, nie była zachwycona postępowaniem swojej wnuczki. – Jesteś zachowawcza, asekuracyjna! Nie tworzysz niczego własnego! W ogóle nie tworzysz! – wydziera się, stojąc nad Karo, która leży na łóżku i jak zwykle pali oraz pisze pod dyktando Izabeli.

– Alina, daj mi spokój – odpowiada spokojnie Karo, która nie wiadomo w kogo się wdała, bo zarówno jej babka, jak i matka były bardzo wybuchowe.

– To jest hańba, Karo! Hańba dla artysty! Prostytucję tego typu wstyd uprawiać nawet w granicach tej zabitej dechami wioski! – krzyczy babka Alina, rzucając na lewo i prawo kawałkami gliny odklejającej się z żywo gestykulujących dłoni, którymi przed chwilą rzeźbiła.

– Dobrze więc: jestem prostytutką – odpowiada Karo. – Ale przynajmniej mam o czym pisać.

Babce Alinie w takich chwilach robi się gorąco.

– Czy nie rozumiesz, że ta tępa dziewucha kastruje twoje natchnienie?! Sterylizuje twoją twórczość! Piszesz o niczym i dla nikogo! To przez nią, nie rozumiesz tego?!

Karo siada wyprostowana na łóżku zasypanym popiołem z papierosów.

– Nie przyszło ci do głowy, że Izabela to jedyne natchnienie, jakie mam? Może po prostu nie nadaję się do tego – wzięłaś to pod uwagę? Może nigdy nie znalazłabym sama natchnienia, bo nie jestem artystką, Alina! Rozumiesz to? Jestem w stanie tylko odtwarzać rzeczywistość, nigdy nie potrafiłam sama jej kreować. A zdaje się, że zawsze mi powtarzałaś: „Po tym właśnie poznaje się artystę”. Więc może po prostu pogódź się z tym, że to jedyne pisanie, na jakie mnie stać.

Babce Alinie opadają ręce. Na podłodze sypialni Karo lądują z plaśnięciem dwie duże porcje gliny, które wcześniej trzymała w dłoniach.

– Dlaczego tak mówisz? Przecież ona nawet nie potrafi poprawnie odtworzyć twoich tekstów. Po co to piszesz? Dla kogo?! Marnujesz czas, który mogłabyś przeznaczyć na pisanie czegoś wielkiego! Ona marnuje twoją wyobraźnię, wżera się w ciebie jak pasożyt. Pasożyt normalności, który wnika w ciebie coraz głębiej!

Karo unosi oczy ku niebu.

– Powiedziałam ci już. Nie jestem jak ty albo mama. Może po prostu nie potrafię. Może po prostu nie mam wyobraźni.

Takie słowa muszą uciszyć nawet babkę Alinę (a uwierzcie mi, że nie jest łatwo jej uciszyć). Brak wyobraźni? Brak wyobraźni?! Naprawdę nie rozumiecie, co te słowa znaczą? To jakby w samym środku obiadu organizowanego dla scholi po niedzielnej mszy któreś dziecko powiedziało: „Boga nie ma”. To jakby ojciec pięcioosobowej gromadki wypalił nagle na spotkaniu rodzinnym: „Dzieci są bez sensu”. To nawet gorzej!

Wyjaśnię wam…

Gdy Karo była mała, wolno jej było robić w zasadzie wszystko, na co zwykle nie pozwala się dzieciakom. Mogła grymasić przy stole, mogła przeklinać. Miała prawo jeść słodycze zamiast obiadu. Pozwalano jej uciekać z lekcji. Mogła mówić do babki Aliny na „ty” (do tej pory tak mówi), podobnie jak miała pozwolenie, aby zwracać się w ten sposób do wszystkich napotkanych ludzi – nawet do statecznych sąsiadek po sześćdziesiątce czy do kustosza muzeum, który przyjmował niekiedy rzeźby babki Aliny na wystawę.

Karo miała prawo brać bezdomne zwierzęta z ulicy i trzymać je u siebie w pokoju – a nawet u siebie w łóżku. Korzystała z tego prawa z nawiązką, przyjmując pod swoją pościel zakleszczone i zabłocone bezpańskie kundle, dzieląc z nimi obiad, pchły oraz zabawki. W najniższej szufladzie jej biurka z zatrważającą regularnością gnieździła się mysz, która zamieszkiwała ich strych oraz ściany. Karo lubiła wtedy otwierać szufladę i liczyć małe oseski (a było ich zawsze co najmniej piętnaście), przekładać je lub podkładać im pod łapy trociny, które wcześniej ich matka wygryzła z wnętrza szuflady.

Karo mogła jeździć na swoich czerwonych wrotkach (które otrzymała w prezencie w wieku sześciu lat od pewnego „wielkiego artysty”, którego babka Alina skwitowała słowami: „całkiem możliwe, że to twój ojciec”) po pokoju, po klatce schodowej kamienicy (włącznie ze schodami), po sklepach, nawet po pracowni babki Aliny, mimo że nieraz zbiła jakąś rzeźbę, która była przygotowana na zamówienie.

To nie wszystko! Karo miała bezwzględne prawo do bazgrania po ścianach – zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Zarówno ich własnej kamienicy, jak i kamienic sąsiednich. Ileż to razy babka Alina wykłócała się ze strażnikami miejskimi, nie chcąc przyjąć mandatu i twierdząc, że to raczej oni powinni zapłacić za oglądanie dzieła, które jej wnuczka łaskawie wykonała i wystawiła na widok publiczny. Ileż to kłótni z sąsiadami, którym pomalowała samochody flamastrem, ileż to sporów ze sklepikarzami, którym Karo porysowała markerem owoce wystawione na sprzedaż: uśmiechnięte jabłka, skwaszone cytryny, obrażone gruszki.

Babka Alina pozwalała na to wszystko, ponieważ chciała, aby Karo „odblokowała swój potencjał twórczy” (cytat dosłowny). Przypomnę, że po odejściu matki Karolina Klementyna Kain odmówiła uprawiania jakiejkolwiek formy twórczości – nie chciała chodzić na lekcje rysunku, malarstwa, rzeźby i tak dalej. Te porywy młodzieńczej pasji (z markerem w garści) babka Alina traktowała więc jak małe oszustwo, które dokonuje się za plecami jej wnuczki. Niby nie chce tworzyć, ale przecież właśnie tworzy. Niby odmawia lekcji rysunku, ale przecież właśnie porysowała całą ścianę jej pracowni.

Karo wolno było bawić się nawet w sposób, który każda „normalna” matka uznałaby za niebezpieczny. Ponieważ kobiety mieszkały same, same również musiały trudnić się naprawami instalacji, przyklejaniem nowych porcji tynku, łataniem dachu i tak dalej. Jak im to wychodziło – to już inna sprawa (czy dach załatany szmatą zawiniętą w worek foliowy można uznać za poprawnie naprawiony…?), ale grunt, że to robiły. W związku z tym babka Alina była zdania, że Karo powinna nauczyć się nie tylko operować narzędziami „wagi lekkiej”, jak je nazywała (to jest: pióro, pędzel, dłuto i tym podobne), ale również przyrządami „cięższego kalibru” (takimi jak młotek, piła, obcęgi czy kombinerki). Tych wszystkich narzędzi używała zresztą babka Alina w swojej pracowni (szczerze mówiąc – z większym powodzeniem rzeźbiła za ich pomocą, niż naprawiała cokolwiek). Toteż Karo wolno było nawet „bawić się” obcęgami czy piłą, jeśli tylko przyszła jej na to ochota. To, że do tej pory ma dziesięć palców u dłoni, należy więc chyba uznać za opatrzność boską. Inna sprawa, że zdarzyło jej się (szczególnie w porywie nastoletnich furii, które przeżywała w wieku lat piętnastu – szesnastu) nieraz rzucić młotkiem w ścianę działową i tym samym doprowadzić do groźby zawalenia się starego budynku.

No, krótko mówiąc – robiła wiele dziwnych rzeczy i wszystkie one nie tylko były wybaczane, ale wręcz uchodziły za normalne. W zasadzie ośmielmy się powiedzieć wprost – Karo jako dziecko była zachęcana do tego typu ekscesów. Miało to pobudzić jej aktywność artystyczną, wyobraźnię twórczą oraz utwierdzić ją w przekonaniu, że sztuka rządzi się innymi prawami niż tak zwane normalne życie.

Babka Alina powtarzała jej często, że pochodzi z wielopokoleniowej rodziny artystów (mimo że nie wszyscy jej przodkowie byli tak do końca znani, bo jak to artyści, często czynili skoki w bok i dawali swoim potomkom życie, lecz niekoniecznie nazwisko). Dziadek Karo – świętej pamięci mąż babki Aliny (ten, który zostawił im kamienicę w spadku) – był znanym performerem jeszcze w czasach, kiedy termin „performance” uważany był za angielskie tłumaczenie słowa „wydajność”. Człowiek ten był w stanie rzeźbić we wszystkim: od gliny, kamienia i drewna po parasole, kobiece gorsety i wieszaki na kapelusze.

Sami więc widzicie, że Karo wychowywała się w domu, w którym większą zbrodnią było pragnienie normalności niż ucięcie sobie ucha obcęgami. Wszystko, absolutnie wszystko zostałoby wybaczone – wszelka sodoma i gomora; tylko nie brak wyobraźni.

Toteż nie dziwcie się: tamtego dnia, gdy Karo oświadcza, że ostatnich parę lat spędziła w toksycznym związku z Izabelą dlatego, że innej formy twórczości po prostu nie potrafi uprawiać, świat babki Aliny zaczyna trząść się w posadach.

Przecież Karo za pięć lat skończy trzydziestkę, a na swoim koncie nadal nie ma żadnych wielkich dzieł (czy nawet prób ich realizacji). Pal licho, że nie legitymuje się partnerem, dzieckiem et cetera, et cetera. To akurat babka Alina ma w głębokim poważaniu. Rzecz w tym, że ona w ogóle nie pracuje nad czymkolwiek doniosłym, nad niczym twórczym. Teksty, które tworzy na potrzeby występów z Izabelą czy też raczej występów Izabeli, są poprawne – to fakt. Ale tak miałkie, tymczasowe, tworzone tylko na potrzeby tych przedstawień…

Karo pisze ze słabnącą pasją, a za to z coraz większą rutyną. Tworzy teksty, które zaczynają przypominać instrukcję obsługi kosiarki albo receptę leku. Równie doniosłe i niepowtarzalne co paragon fiskalny.

W ciągu tych kilku minionych lat babka Alina podejmuje liczne próby przemówienia do wnuczki. Prosi, grozi, rzuca popiersiami, które wyrzeźbiła na zlecenie ratusza. Jednak nic nie skutkuje. Kara wciąż pozostaje oporna na argumenty – czy to słowne, czy siłowe. Zawsze tak samo zrezygnowana – odpala kolejnego papierosa i każe babce Alinie „dać spokój”.

Jednak tamtego dnia, gdy Karo oświadcza, że „może po prostu nie ma wyobraźni”, czara goryczy najwyraźniej się przelewa…

Trzeci rozdział Radona

Wrócimy jeszcze do tej Kary, którą poznaliście na samym początku – leżącej na łóżku wśród deszczu kamieni i butelek; do Kary, której ostatnie godziny dawnego życia dobiegają końca.

Ale najpierw przyjrzymy się Karze, która dokonuje pierwszego przełomu w swoim życiu.

Widzicie, że jest to jeden z tych przedziwnych dni, gdy słońce chowa się za grubą warstwą chmur, a mimo to jest tak gorąco, że czaszka przykleja się do mózgu, a język puchnie w ustach. Jest jakby ciemnawo – zanosi się na burzę, która niebawem lunie i zmyje wszystko co dobre i wszystko co złe.

Karo Kain leży jak zwykle na swoim łóżku, po chwili jednak wstaje z niego i wychodzi na nieduży balkonik, z którego roztacza się widok na pieszo-jezdnię pod spodem – jeden z głównych szlaków miasteczka: brukowany deptak ze sklepami i dwiema knajpkami (jak wspomnieliśmy wcześniej – jedynymi w miasteczku).

Karo ma na sobie zestaw numer jeden – ogromną, białą koszulę, która sięga jej do połowy ud. Jest bosa, o jej nagie łydki i stopy ociera się kot, który właśnie wrócił do pokoju Karo po dwutygodniowej eksmisji, na którą zostaje wysłany zawsze wtedy, gdy mysz dochowuje się potomstwa w szufladzie (kot jest bardzo łowny i czatowałby przy szufladzie w nieskończoność).

Karo wsłuchuje się w stukot obcasów po bruku, w krzyki dzieci właściciela warzywniaka i turkot silnika motoroweru miejscowego zbieracza złomu (zbiera złom w zasadzie z zamiłowania, a nie z biedy). Czuje, że coś wisi w powietrzu. Przypominają jej się słowa babki Aliny, która twierdzi, że jej wnuczka tkwi w twórczym marazmie. Przypomina jej się ewolucja plakatów ogłaszających występy Izabeli (dawniej – ich duetu), która w zasadzie przestała odtwarzać teksty pisane przez Karo i teraz już tylko improwizuje. Trochę potańczy i pośpiewa, trochę pokaże i odsłoni, a trochę powie ludziom, żeby klaskali, i wymruczy do mikrofonu parę słów znanych szlagierów.

I tak jak dotychczas Karo po prostu żyła z dnia na dzień i nie zastanawiała się nad niczym, tak teraz coś skłoniło ją do refleksji. Spójrzcie na nią – jasne czoło marszczy jej się w zadumie nad życiem. Zbliża się do trzydziestki, a nie ma niczego. Nie chodzi o dokonania, o wielkie sukcesy. Chodzi o jakiś kierunek, którym podąża kobieta w swoim życiu – azymut, na który celuje. Azymut ciążowy, karierowy, wyznaniowy, twórczy, odkrywczy – nieważne jaki. Karo nie ma żadnego.

Mocny powiew wiatru zrywa się z północnego końca deptaka i szarpie pomarańczowymi włosami Karo. Podmuch przynosi ze sobą pierwsze, samotne krople nadchodzącego deszczu. Krople tak drobne, że w parnym, gęstym powietrzu znikają w chwilę po opadnięciu na rozgrzaną powierzchnię asfaltu. Taka właśnie kropla – opadłszy na policzek Kary – nagle budzi w niej kogoś, kim nie była od ponad dwudziestu lat.

Widzicie naszą pannę Karolinę – jej rozgrzane minionym dniem policzki. Są gładkie i osamotnione – od dawna nikt ich nie dotykał, nikt nie całował, nie gładził. Karo odwraca się w stronę mocnego podmuchu i czuje zapach dalekich zakamarków świata, czuje woń nadchodzących wyładowań atmosferycznych, zapach ozonu ściągniętego w dół – ku jej małemu balkonikowi. Policzek Karo nastawia się ku tym powiewom i wtedy spada na niego kolejna kropla deszczu. Jedna. Dwie. Trzy. Parują jedna po drugiej i pociągają za sobą woń deszczu, upalnego dnia i rozgrzanej skóry.

I wtedy dzieje się coś dziwnego.

Karo czuje, jak chmury niepamięci rozstępują się. Czuje, jak głuchota i ślepota nabyte przez lata cofają się. Wraz z wonią letniego deszczu, razem z dotykiem kropli przychodzi do Kary melodia. Dwie, trzy nuty – nie więcej. A razem z tymi nutami zjawiają się strzępki słów…

 

Łzą oko wypełni… ust brzeg… pytań echem.

 

Karo stoi oniemiała. Zna te słowa i nie zna ich. Są jej bliższe niż własna tożsamość, a jednocześnie tak dalekie, że nie może ich rozpoznać.

Słowa przemijają niemal w tej samej chwili, w której się pojawiły i Karo nie może przypomnieć sobie ich treści. Nie potrafi ponownie przywołać trzech nut, które zjawiły się razem ze słowami.

Lecz razem z tajemniczym fragmentem, który odchodzi w zapomnienie, odchodzi również jakaś cząstka Karo, która zasłaniała jej oczy, zatykała uszy, kneblowała usta. Karolina Klementyna Kain po raz pierwszy od wielu lat otwiera oczy naprawdę i nagle zdaje jej się, że ktoś rozbił dźwiękoszczelną szybę pomieszczenia, w którym dotychczas siedziała – odcięta od wszelkich bodźców i wrażeń. Nagle dostrzega samą siebie jakby z boku.

Przecież funkcjonowała z dnia na dzień. Przecież nie zajmowała się niczym poza skrobaniem kolejnych tekstów pod dyktando Izabeli. Przecież nie miała ani miłości, ani przyjaźni. W zasadzie to nie miała nawet znajomych. Każdy jej dzień wyglądał tak samo. Samotne poranki. Chwila pogawędki z babką Aliną, która wiecznie zadawała te same pytania:

– O czym dziś piszesz, Karo?

– Kara, masz jakiś nowy pomysł na powieść?

– Co zamierzasz dziś robić przez cały dzień, panno Karo?

– Kiedy wreszcie się trochę rozerwiesz, Karcia?

Lecz Karo nie miała ani pomysłów na powieść, ani na rozrywkę, ani w ogóle na własne życie.