Wydawca: Wydawnictwo Klin Kategoria: Kryminał Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Duża Polka - Joanna Chmielewska

Nowe wydanie powieści. "Bodzio milczał przez dłuższą chwilę. Mechanicznie otworzył drugą butelkę piwa i spróbował całą zawartość wlać do jednej szklanki. Zdążyłam usunąć spod stołu plażową torbę. - To mógł być ten sam - rzekł wreszcie - Niedźwiedź, mam na myśli. Dał babie, żeby sobie przytrzymała, może lubi bawić się czymś takim. Potrzyma, a potem panda przejdzie do mnie." - fragment powieści.

Opinie o ebooku Duża Polka - Joanna Chmielewska

Fragment ebooka Duża Polka - Joanna Chmielewska

JOANNA CHMIELEWSKA
DUŻA POLKA
© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011
ISBN 978-83-62136-26-1
Wydawnictwo Klin Warszawa, ul. Bruzdowa 117H tel. +48 501 686 786, fax +48-22-885-19-53 e-mail: m.g.klin@op.plwww.wydawnictwoklin.pl
Szczegółowe informacje dotyczące wydawnictwa i następnych książek Joanny Chmielewskiej na stronie www.joannachmielewska.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Na dmuchanym materacu, plecami do góry, leżało wielkie i grube cielsko. Przyszło i położyło się krótko po obiedzie, po czym chyba zasnęło, bo nie poruszyło się, nie zmieniło pozycji, nawet nie drgnęło. Ludzie zaczęli schodzić z plaży, zbliżała się pora kolacji, na śpiące cielsko nikt nie zwracał uwagi.

Widziałam je z daleka od momentu, kiedy padło na ten materac. Nadmuchało go przedtem. Zauważyłam scenę tylko dzięki temu, że wypatrywałam mojego głupkowatego kuzyna w celu ukrycia się przed nim, jeśli przyjdzie na plażę, gapiłam się zatem w tamtym kierunku. Kuzyn nie był podobny, prezentował się raczej chudo, wręcz tyczkowato, ale to cielsko było takie wielkie i zwaliste, że aż mnie zaciekawiło. Pomyślałam nawet z zawiścią, że problem noszenia ciężkich walizek dla takiego potężnego byka nie istnieje, wobec czego wszystkie ma pewnie na kółkach. I był to mój jedyny wniosek, nic więcej nie przyszło mi do głowy. Musiałam mieć zaćmienie wzroku i umysłu. Poprzyglądałam mu się z dużej odległości, aż nadmuchał i padł, zamierając w bezruchu, po czym wróciłam do kuzyna.

Późnej, zapewne już po kwadransie, przeniosłam się bliżej z dwóch powodów. Kuzyn wylazł z lasku na wydmach i ruszył w moim kierunku. Dostrzegłszy go, schowałam się za cudzym parawanem. Przeszedł obok i udał się dalej, nie widząc mnie na szczęście, jednakże miejsce plażowe znalazł sobie niezbyt odległe i bałam się, że w końcu mnie dojrzy. Szczególnie że ów cudzy parawan należał do rodziny z trojgiem dzieci, upiornie hałaśliwych i ruchliwych, nasypały mi piasku na głowę, za pomocą mokrej piłki wyrwały z ręki książkę, przejechały po nogach jakimś cholernym wiatraczkiem na kółkach, darły się przy tym przeraźliwie tuż nad uchem i nawet bez kuzyna też bym przy nich nie wytrzymała. Ponadto dzieci przeciągały uwagę, każdy na nie spoglądał, kuzyn ślepy nie był, wreszcie by mnie wyłowił.

W ten sposób znalazłam się zaledwie o parę metrów od cielska i na własne oczy widziałam, że przez cały czas leżało samotnie i nieruchomo. Mogło sobie leżeć, nie moje kwiaty, było już trochę opalone, więc porażenie mu nie groziło, a słońce na bałtyckiej plaży nie jest znowu takie dobijające.

Kichałam na wczesną kolację, nie zależało mi, postanowiłam opuścić plażę ostatnia, pilnując tylko, którędy pójdzie kuzyn, który na ogół stosował się do godzin posiłków. Te antyrodzinne podchody indiańskie musiałam kultywować, bo inaczej dostałabym obłędu.

Mój kuzyn, Zygmuś, nie po raz pierwszy zatruwał mi życie. Zaczął dość dawno, kiedy miałam piętnaście lat, on zaś dziewiętnaście. Zakochał się we mnie, czysta rozpacz, przysięgam na kolanach, że bez cienia wzajemności. Nie podobał mi się zupełnie wyjątkowo, niby normalny facet, żadnych odrażających szczegółów nie posiadał, ani zeza, ani zajęczej wargi, ani nawet przesadnych pryszczy, a jednak! Prawie patrzeć na niego nie mogłam, on zaś uparcie próbował chwytać mnie w objęcia i nosić na rękach, nie kryjąc zamiarów matrymonialnych. Nie byliśmy spokrewnieni, tylko spowinowaceni przez małżeństwa starszego pokolenia, więc mógł się ze mną żenić ile chcąc, bez dyspensy, ale taka perspektywa już wtedy budziła we mnie myśli na zmianę, to samobójcze, to mordercze. Sama się dziwiłam, skąd ten gwałtowny wstręt. Później wyszło szydło z worka, nerwowiec, megaloman i w ogóle półgłówek, wiódł mnie zapewne zdrowy instynkt.

Skłonność ku mnie wcale mu z wiekiem nie przeszła, a powiązania rodzinne stwarzały okazje kontaktów. W chwili bieżącej był na etapie wiary w siebie. Geniusz się w nim objawił, szalał w rozmaitych dziedzinach, a wszystko co robił nosiło znamiona boskości. Musiał mi oczywiście prezentować dowody talentu, które włóczył ze sobą wszędzie, nawet na plażę, i koniecznie miałam czytać pisma urzędowe i rękopisy własne różnej treści, w tym poezje. Ratunku. I nagminnie łapał mnie za łokieć albo za kolano, albo przyciskał do męskiej piersi. Złośliwy przypadek sprawił, że spędzał urlop akurat tutaj, gdzie z istotnych powodów znalazłam sobie świetne lokum i nie miałam ani ochoty, ani możliwości odjeżdżać gdzie indziej.

Z Zygmusiem przy boku musiałabym chyba całe popołudnie przesiedzieć w wodzie. Bałtyk to nie Polinezja, poza tym Zygmuś wlazłby za mną i w morskich falach recytował swoje utwory, co drugie zdanie chwytając mnie za nogi i ciągnąc w toń, uważając to w dodatku za dowcip wysokiej klasy i przejaw błyskotliwego poczucia humoru. Nie miałam potrzeby snuć żadnych przypuszczeń, robił to, dysponowałam doświadczeniem.

Ludzie opuszczali plażę, jedna z ostatnich schodziła rodzina z trojgiem żywych dzieci. Zygmuś szczęśliwie wybył wcześniej. Cielsko wciąż leżało bez zmian i prawie o nim zapomniałam.

Odkrycia dokonał ten średni, czteroletni chłopczyk. Usiłowałam przyrównać go do czegoś, ale nic równie ruchliwego nie istnieje w przyrodzie. Mnie przypadkiem ominął, potknął się kawałek dalej i zwalił na cielsko. Poderwał się z wrzaskiem.

– Mama, zimne! Ten pan jest zimny! Ten pan jest lody! Ja chcę lody!

Rodzice zlekceważyli okrzyk, ale zimnym panem zainteresowała się rok starsza siostrzyczka, w pełni godna braciszka. Symulując potknięcie, runęła na cielsko przy akompaniamencie piskliwego chichotu.

No i teraz już nie było siły. Piskliwy chichot w mgnieniu oka przeistoczył się w autentyczny wrzask trwogi.

– Tatusiu!!! Ten pan jest sztuczny!!! Ten pan jest mrożony kamień!!!

Nie tyle może mrożony kamień, ile kompletny brak reakcji na dwoje kolejnych dzieci, zaintrygowały zarówno rodziców, jak i dwie przechodzące obok osoby, faceta i dziewczynę. Także mnie.

– Czy nie dostał udaru? – powiedział facet, zatrzymując się. – Przepraszam państwa, jestem lekarzem.

– Niektórzy to mają szczęście – odezwała się zawistnie jakaś baba tuż za mną. – Byle co, a już doktór pod ręką.

– Boże drogi, on jest rzeczywiście lodowato zimny! – wykrzyknęła równocześnie mamusia ruchliwych dzieci, macając plecy nieruchomej figury. – Małgosiu, Grzesiu, odejdźcie!

Małgosia i Grześ, gdyby mogli, rozszarpaliby mrożonego pana na drobne kawałki własnymi rączkami i ząbkami. Najmłodszy braciszek rwał się do pomocy z rąk mamusi.

– Proszę mi pomóc – zwrócił się energicznie lekarz do tatusia dzieci. – Trzeba go odwrócić!

Dusza powiadomiła mnie o stanie faktycznym, zanim jeszcze doktór wygłosił swoją opinię. Przelotnie zaciekawiłam się, jaki też jest teraz pogląd na szczęście owej zawistnej baby za mną. W niewielkiej odległości rósł już krąg ludzi, których, zdawałoby się, prawie wcale na plaży nie było.

Był natomiast prawdziwy trup, leżący parę metrów ode mnie. Mogłam wstać, wypuścić powietrze z materaca i pójść sobie, taki duży i gruby trup to żaden widok. Nie uczyniłam tego z grzeczności. Osoba, która spędziła parę godzin w bliskości zwłok, z natury rzeczy musi być jednostką podejrzaną lub też cennym świadkiem, gliny musiałyby mnie szukać, niepotrzebnie marnując czas, niech już mnie mają pod ręką. On mógł umrzeć na serce, ale okoliczności wymagają dochodzenia.

– Nieprzyjemna sprawa – powiedział lekarz, marszcząc brwi. – Trzeba wezwać policję. Stwierdzam, że nie żyje, a w ogóle jestem na urlopie.

Karetka do przewożenia zwłok i gliny nadjechały równocześnie. Całe te trzy kwadranse spędziłam nie ruszając się z miejsca, tyle że włożyłam kieckę i z materaca zrobiłam fotel. Doktór odesłał swoją dziewczynę i zaczekał przy nieboszczyku.

Policja zachowała się właściwie, przyjechała z fotografem, pstryknęli zdjęcia. Zauważyli mnie od razu. Komendant podszedł zaraz po krótkiej konferencji z doktorem.

– To formalność, proszę pani, znam panią, ale może ma pani dowód? I może zna pani denata? Chociażby z widzenia?

Dowód i prawo jazdy miałam przy sobie, podniosłam się, dla formalności podeszłam i spojrzałam, bez żadnych złych przeczuć. Doznałam szoku i omal również trupem nie padłam.

Jezus kochany, Gaweł...!!!

***

– Pani sama dobrze wie, że ojciec wytrzymywał tropikalne upały bez mrugnięcia okiem – powiedział do mnie dziko zdenerwowany syn Gawła, Jacek. – Jakby go miał szlag trafić od słońca, to nie tu, tylko na takiej Florydzie. Albo w Casablance. W Brazylii, do cholery! Nic mu nie było, dbał o siebie, ciśnienie w normie, serce jak dzwon! Co tu się stało, od czego, do diabła, człowiek może umrzeć nagle bez żadnej katastrofy?!

– Od morderstwa – odparłam ponuro. – Nie chcę ci wmawiać, ale nie widzę innego powodu. Samobójstwo mu nie leżało w charakterze.

– A oni tu co...?

– A oni zrobią sekcję, bo w takich wypadkach zawsze robią. Nie tu, w Nowym Dworze. Przyznam ci się, że znałam twojego ojca i też się dziwię.

– Zeżarł coś...?

– Możliwe. Lubił ryby.

– To ja tam lecę. Sekcję można zrobić różnie, porządnie i na odpierdol. Przypilnuję...

Poleciał. Zostałam sama, nieźle wytrącona z równowagi i przede wszystkim zastanowiłam się, dokąd by tu pójść, żeby mnie Zygmuś nie dopadł. Koniecznie chciałam trochę pomyśleć.

Nie podobało mi się to zejście Gawła na plaży o parę metrów ode mnie. Znałam go od przeszło trzydziestu lat i cały czas lubiłam, chociaż w ostatnim okresie widywałam rzadko. Niegdyś wyświadczyliśmy sobie wzajemnie duże przysługi i na zawsze pozostaliśmy w zwyczajnej przyjaźni.

Nie rozpoznałam go z daleka, bo nie był moim gachem i nigdy w życiu nie oglądałam go bez odzieży, w samych kąpielówkach, a do tego w czapeczce z daszkiem. Głowa bez czapeczki, być może, wpadłaby mi w oko. Potem, kiedy już znalazłam się bliżej, leżał plecami do góry, a jego pleców też osobiście nie znałam, pomijając już to, że wielu rzeczy mogłam się spodziewać, ale nie Gawła w Krynicy Morskiej. Urlopy spędzał w kurortach egzotycznych i nie zdziwiłby mnie jego widok w Rio de Janeiro, w Miami, w Biarritz, w Palermo... Nie tu!

Dziwnie jakoś umarł...

W dodatku powody, dla których sama przebywałam w tak swojsko sielankowym miejscu jak Krynica Morska, wcale nie były równie sielankowe. Główną przyczyną mojej lokalizacji była presja moralna.

Presję wywarł na mnie niejaki Bodzio, z którym już dawno miałam ciężki krzyż pański.

W jakimś stopniu czułam się za niego odpowiedzialna, od lat bowiem szalały po mnie komplikacje uczuciowe, związane z jego ojcem. Kochałam się w tym ojcu śmiertelnie jako jednostka niezupełnie pełnoletnia, Bodzia zaś, rzecz jasna, nie było wtedy na świecie. Jego przyszły ojciec nawet zwracał na mnie uwagę, ale w sensie negatywnym, widział w mojej osobie podziwu godzien zestaw wad. Zrezygnowałam z niego z nadłamanym sercem, straciłam go z oczu, ożenił się z kim innym i Bodzia urodziła mu inna osoba, nie ja. Po latach i licznych rozwodach tatuś Bodzia nagle zmienił zdanie, na dość długi czas stałam się bóstwem, dzieci innej osoby zaś przywykły do mnie. Szczególnie Bodzio. Rozstanie z jego ojcem, raczej dość okropne i wielce dramatyczne, nie zmieniło sytuacji, moje uczucia bowiem nie miały już szesnastu lat i zgodziłam się pozostać ratunkiem życiowym, zwłaszcza że ojciec, rozstając się ze mną, rozstał się zarazem ze swoimi dziećmi, co było już zupełnym kretyństwem. Reakcje mężczyzn bywają niepojęte... W każdym razie ojca Bodzio stracił tak, jakby go w ogóle nigdy nie miał i siłą rozpędu liczył na mnie.

Przyleciał jeszcze w Warszawie, błagając, żebym spędziła urlop w Krynicy Morskiej. Nie miałam nic przeciwko Krynicy Morskiej, lubiłam ją bardzo od dawna, ale zazwyczaj bywałam tam w porach roku niezbyt turystycznych, w listopadzie, w lutym, w marcu... Letni tłok mnie zniechęcał. Pomysł, że raz wreszcie mogłabym się tam znaleźć w lipcu, z jednej strony przestraszył mnie, a z drugiej zainteresował.

– Bo co? – spytałam podejrzliwie, pełna mieszanych uczuć. – Dlaczego mam jechać akurat do Krynicy Morskiej?

– Bo ja też tam będę – odparł Bodzio posępnie. – I chyba czai się na mnie coś śmierdzącego. Nie wiem co, więc pani nie powiem. Na razie węszę.

– I co ci z tego wychodzi? W co się tym razem wdałeś?

– Zdawałoby się, że w porządny interes. Ale zaczyna zalatywać. Mówiłem pani o nim parę tygodni temu.

Przypomniałam sobie. Rzeczywiście, przed kilkoma tygodniami pochwalił się, że zatrudniła go w charakterze pośrednika, czy też dystrybutora, na doskonałych warunkach potężna firma farmaceutyczna. Z miejsca zalęgła się wtedy we mnie mglista nieufność. Powodów do niej nie było żadnych, poza osobliwym niefartem Bodzia. Im lepiej coś albo kogoś oceniał, im bardziej był czymś albo kimś zachwycony, im wspanialej zapowiadał mu się jakiś interes, tym gorsze okazywały się wszystkie rezultaty. W tym wypadku też pomyślałam... pomyślałam to za duże słowo, zamajaczyło mi, że pewnie ta firma paskudzi produkty, sprzedaje świństwo i kiedy wyjdzie to na jaw, całe odium spadnie na dystrybutora.

– To są takie kosmetyki lecznicze – opowiadał wówczas Bodzio, płonąc zapałem. – Krem na parchy, na przykład, albo na oparzenia, upiększa przy okazji, pasta do zębów przeciwko próchnicy, jak szminka, to na spierzchnięcie, jak puder, to też na coś tam, jak szampon, to na łupież i tak dalej. Pani to pewnie rozumie lepiej niż ja...

Rozumieć rozumiałam, ale entuzjazmem nie udało mi się zapłonąć. Bodzio wdał się w interes i oto teraz okazywało się, że nie taki on piękny, jak na to wyglądał.

– No? – spytałam ogólnie. – Pamiętam, co mówiłeś. Co się porobiło?

– Właśnie nie wiem. Aluzje słyszę jakieś takie... Pojawił się boss, który coś paskudzi, tak zrozumiałem. Dowiem się konkretnie w Krynicy Morskiej i wolałbym, żeby pani też tam była.

Zastanowiłam się.

– I co ci ze mnie przyjdzie?

– Nie wiem. Przyda mi się świadek. Pomoc w nagłych wypadkach. Pani jest mało strachliwa.

– A tam będą grasować upiory. Nie możesz powiedzieć więcej?

– Nie mogę. Nie potrafię. Tyle że mi śmierdzi. Na wszelki wypadek, tam, na miejscu, nie znamy się wcale...

Opór w stosunku do dziwnej afery czułam w sobie wyraźny, ale pobyt nad morzem nęcił. Kręciłam nosem, Bodzio zaś nalegał coraz bardziej desperacko. Eksponował tajemniczego bossa, wreszcie wyjawił, że w tej Krynicy Morskiej czekają na niego chyba elementy kontrastowe, może wielka forsa, a może nieduża trumna.

W obliczu tak urozmaiconych ewentualności złamałam się wreszcie, zgodziłam się jechać na Mierzeję i tak się ta cała polka zaczęła.

Nie mając zielonego pojęcia, o co właściwie chodzi z tym Bodziem, na wszelki wypadek wolałam nie robić wokół siebie wielkiego szumu, przynajmniej do chwili, kiedy połapię się w sytuacji. Już sam Zygmuś stanowił niepożądany nadmiar, jeszcze mi tylko brakowało znajomego nieboszczyka! Do Gawła już się przyznałam, gdyby okazało się, że umarł podejrzanie, ulgowo mi to nie przejdzie. Dusza we mnie ocknęła się nagle i z wyraźnym naciskiem zaczęła informować, że coś tu jest okropnie nie w porządku, nie zrobiła jednak tej grzeczności, żeby konkretnie powiedzieć co. Naprawdę powinnam się spokojnie zastanowić...

Nie miałam fartu. Kiedy zamykałam na klucz drzwi pokoju, Zygmuś chwycił mnie w objęcia.

– No-no-no, nie uciekniesz! – zakomunikował z radosną satysfakcją. – Gdzieś ty była, szukam cię, chcę ci pokazać mały esej, właśnie go znalazłem, opinię-opinię, cenię sobie twoje zdanie, wracamy do ciebie...

Już się rozpędziłam, akurat.

Zwyczajne chęci i upodobania nie wchodziły w rachubę, na Zygmusia działały tylko argumenty solidne. W ułamku sekundy rozważyłam, jakie też mogę mieć gwałtowne potrzeby. Stwierdziłam właśnie, że mam wszy i lecę po naftę. Albo po sabadyl, istniało kiedyś coś takiego. Strułam się i dostałam wściekłego rozstroju... a, nie, to byłby powód do przebywania w pobliżu łazienki. Śmierdziel... Karaluchy...!!!

– Mowy nie ma – odparłam stanowczo, z wielką nadzieją, że gospodyni mnie nie słyszy. – Wyobraź sobie, zobaczyłam w moim pokoju karalucha i napsikałam arabską trucizną. Przez parę godzin tam nie wejdę, no, ze trzy, do dziesiątej. Karalucha szlag trafił, okno otwarte, do wieczora wywietrzeje. Chodźmy gdzie indziej.

– Do mnie! – ucieszył się Zygmuś.

– Wolę pobyć na świeżym powietrzu.

Kwestiami zdrowotnymi Zygmuś interesował się również i dokonywał na tym tle rozmaitych odkryć. Przejął się tak, że wypuścił mnie z objęć, z czego natychmiast skorzystałam i stworzyłam między nami pewien dystans.

– Tlenu-tlenu – głosił autorytatywnie, idąc za mną przez hol. – Słusznie, masz właściwe podejście, dotlenione oskrzeliki stawiają opór, głęboko oddychaj, głęboko-głęboko...

Odetchnęłam głęboko, niekoniecznie na skutek jego wskazań, i przypomniałam sobie, że nie jadłam kolacji. Zawsze wieczorem bywam głodna, co stanowi obrzydliwą właściwość organizmu, od kolacji się tyje. Być może, zrezygnowałabym z niej, gdyby nie Zygmuś.

– Muszę coś zjeść – zawiadomiłam go ponuro. – Nie byłam na kolacji, miałam gościa...

Ugryzłam się w język za późno. Adres Gawła podałam policji wczoraj, alternatywny, nie pamiętałam numeru domu, 115 czy 117, willa na Sadybie, listonosz powinien takie rzeczy wiedzieć. Do Jacka wysłano wiadomość, dowiedział się o nieszczęściu rano, zdążył przyjechać przed czwartą, porozumiał się z policją i ze szpitalem w Nowym Dworze Gdańskim, a potem blisko godzinę spędziliśmy na rozmowie. Nie miałam najmniejszego zamiaru informować o sprawie Zygmusia.

Skoro już mi się wyrwało, przepadło, całkiem zełgać nie mogłam, Zygmuś by nie darował.

– Jeden znajomy facet był tu na wczasach i umarł nagle – wyjaśniłam z rezygnacją. – Jego syn przyjechał i odwiedził mnie. Już poszedł.

Zygmuś chciał wiedzieć, po co mnie odwiedzał, dokąd poszedł, co teraz robi i na co umarł znajomy. Poza wszystkim, był wścibski. Miałam straszliwą ochotę powiedzieć, że Gaweł wpadł pod tramwaj, ale pohamowałam się jakoś. Opisując wydarzenie ogólnikowo, rozglądałam się za jakimś pożywieniem. Smażone ryby sprzedawano wszędzie, ale o tej porze panował tłok, znalazłam wreszcie krótką kolejkę do patelni i wolny stolik na świeżym powietrzu, usiadłam nad sandaczem z piwem.

Zygmuś natychmiast obliczył, ile pieniędzy tracę, żywiąc się w ten sposób. Obliczenia przeplatał wtrętami na temat różnych objawów czci, jaką przytłaczają go wprost wszystkie redakcje i wydawnictwa, czytał swój esej, każąc mi zapamiętać na zawsze co piękniejsze sformułowania, co parę zdań nawracał do Gawła i Jacka. Dziw, że mi ten sandacz nie zaszkodził, chyba tylko dzięki temu, że zdołałam nie słuchać. Ogłupiło mnie jednakże to wszystko do tego stopnia, że popełniłam kolejny błąd, mianowicie wyjawiłam mu, że Jacek jest upiornie bogaty.

Powiedziałam prawdę. Był bogaty sam z siebie, ponieważ Gaweł zadbał o syna i nauczył go robić interesy już w siedemnastym roku życia, teraz zaś spadł na niego cały majątek ojca. Inni spadkobiercy nie istnieli, Gaweł zostawił testament, Jacek dziedziczył wszystko. Wedle mojego rozeznania mógł sobie sprawić eskadrę prywatnych odrzutowców, flotyllę jachtów pełnomorskich i nabyć parę zamków nad Loarą. Zygmusia zainteresowało to do szaleństwa i od razu zaproponował, żeby Jacek własnym kosztem wydał zbiór jego felietonów w niezwykłej szacie graficznej. Wymusił na mnie obietnicę załatwienia z nim tej cudownej inwestycji.

Odczepić się od Zygmusia i zyskać chwilę spokoju... Jak to zrobić? Gadał bez przerwy swoją ogłuszającą manierą bardzo-bardzo, tylko-tylko, za dobre, za-za-za, jego utwory, rzecz jasna za dobre, żeby je drukować, ogół nie zrozumie, perły-perły przed wieprze. O Jezu. Kamień by tego nie wytrzymał. Żądał ponadto, żebym na niego patrzyła, bo inaczej stracę wątek. Usilnie starając się nie słuchać, od samego początku nie miałam pojęcia, o czym właściwie rozmawiamy, o ile ten jednostronny klekot można nazwać rozmową.

Posłusznie spoglądałam na Zygmusia, próbując go nie widzieć. Oko tęsknie biegło ku wszystkiemu, co znajdowało się za jego plecami. Akurat był to pawilonik z bursztynami w przyjemnie urządzonym plenerze, ale gdyby na jego miejscu wznosiła się kupa gnoju z rojowiskiem przynęty na ryby, też bym wolała ten widok.

Dookoła bursztynowego pawiloniku błąkał się jakiś facet. Dokładnie i wnikliwie oglądał wyeksponowany towar, przechodził z jednej strony na drugą i co chwila zwracał się ku mnie twarzą. Ta twarz zaczynała mnie męczyć. Bardzo długo patrzyłam na nią idealnie bezmyślnie, czując tylko jakieś delikatne i niewyraźne drgawki pamięci, aż wreszcie pamięć musiała zdenerwować się moim brakiem reakcji, bo drgnęła silniej. Boże drogi, ależ ja znam tego człowieka! Seweryn Wierzchowicki!

Wpatrywałam się w faceta nadal, a całe gadanie Zygmusia przeistoczyło się w nierozpoznawalny, brzękliwy turkot. Nie do wiary, jednak Seweryn Wierzchowicki! Pamiętałam człowieka doskonale, widywałam go we wczesnym dzieciństwie prawie codziennie przez blisko dziesięć lat i nienawidziłam żywiołowo, co zapewne pomogło wizerunkowi zagnieździć się we mnie na mur. Co to miało znaczyć, sobowtór...? Też idiotyzm, sobowtór w odstępie pokolenia!

Zaskoczenie i zdumienie zaczęły mi przechodzić, nagle odgadłam, że musi to być jego syn. Ostatni raz widziałam tego syna, kiedy miał jedenaście lat i już wtedy przejawiał szalone podobieństwo do ojca. I syn oglądał teraz bursztyny w pawiloniku, bezwzględnie syn, bo nie można być do tego stopnia podobnym do drugiego człowieka bez bliskiego pokrewieństwa! A w dodatku jeszcze przy tym rodzaju urody!

– I co ty-co ty na to? – dopytywał się Zygmuś z naciskiem. – Teraz chcę usłyszeć twoje zdanie. Słucham-słucham. No mów-mów, proszę bardzo, co ty na to? No-no-no?

Ciekawe, co ja na co? Słowa jednego nie słyszałam, diabli nadali...

– Masz absolutną rację – zapewniłam go stanowczo, żeby przypadkiem nie próbował ze mną polemizować. – Dokładnie to samo myślę, co i ty.

Zygmuś rozpromienił się wielkim blaskiem, co z miejsca zaniepokoiło ten szczątek mojej świadomości, który nie był zajęty facetem przy pawiloniku.

– Świetnie-świetnie! Tak się spodziewałem! Zatem tworzymy spółkę i zaraz-zaraz rozpoczynasz! Materiały mam przy sobie, konspekt, fragmenty opracowane, początek doskonały, sama-sama się przekonasz, bierzesz-bierzesz ze sobą, tylko nie zgub, niech ci-niech ci-niech ci przypadkiem nie zginie! Już ci daję, od razu-od razu!

Namiętnie ucałował mnie w łokieć i niczym furia jął przekopywać swoją walizkę. Teoretycznie miała to być aktówka, ale rozmiarami przypominała raczej kufer. Nosił w niej swoje wszystkie osiągnięcia wszędzie, chyba nawet do lasu na grzyby. Nie widziałam Zygmusia bez tego bagażu, prawdopodobnie zabierał go do łazienki i ustawiał w głowach łóżka, bo pod poduszką z pewnością się nie mieścił.

Korzystając z jego zaabsorbowania zawartością owej kobyły, nieznacznie wytarłam łokieć o kieckę na kolanach i znów poświęciłam uwagę facetowi przy pawiloniku. Tajemnicza spółka z Zygmusiem spłoszyła mnie nieco, ale miałam nadzieję, że się jakoś wyłgam. Nie po raz pierwszy Zygmuś wpadał na pomysł współpracy ze mną i zawsze udawało mi się tego szczęścia uniknąć.

Coś gadał dalej, wyszarpując z walizki pliki papieru. Znów przestałam słuchać. Facet przy pawiloniku odwrócił się akurat twarzą do mnie i skrzywił lekko, unosząc jedną brew. Wypisz wymaluj identycznie krzywił się jego ojciec, co zapadło mi w pamięć, bo zbyt często się przytrafiało, że przybierał ten wyraz twarzy, spoglądając na mnie. Nie stanowiłam dla niego upragnionego widoku. Prawie pozbyłam się teraz resztek wątpliwości, to musiał być jego syn!

Znałam doskonale pochodzenie rodziny, rdzenne Mazowsze. Skąd im się wzięła ta idealnie włoska uroda, Bóg raczy wiedzieć. Czarne włosy, czarne oczy, oliwkowa cera, rysy znad Morza Śródziemnego, koci wdzięk w sylwetce. Nie gorzej znałam charakter tatusia i od razu przypomniało mi się, że syn od urodzenia zapchany był ojcowskimi genami, powinien był wyrosnąć na to samo. A jeśli jeszcze dodatkowo wplątała się mamusia... Konglomerat eksplozywny.

Nagle poczułam się rzetelnie zaintrygowana i postanowiłam nie zostawiać go odłogiem.

Niejeden raz w przeszłości doznawałam błysku zaciekawienia, co też się z nimi dzieje. W mojej rodzinie byli wspominani dość rzadko, ale jednak. Syn był pierwszym w moim życiu konkurentem, oświadczał mi się już w wieku lat dziewięciu i uzyskał nieco mętną odpowiedź odmowną. Potem znikł mi z oczu całkowicie i jedyna informacja, jaka przed kilku laty otarła się o mnie, to to, że ojciec już podobno nie żyje. Nic więcej. Skoro nie żyje, tym bardziej nie może latać dookoła kiosku... Syn mnie rozpoznać nie miał szans, od czasów dzieciństwa zmieniłam się nieco, a moje podobieństwo do matki w ogóle się nie liczyło w obliczu jego podobieństwa do ojca. Nazwisko też nosiłam inne...

– Tu-tu-tu – ćwierkał Zygmuś. – Patrz, no patrz, numeracja stron przechodzi, a, to jest a, później be. Tu zmiana, nowa-nowa paginacja...

Pomyślałam, że cholery dostanę. Mieć Zygmusia nad karkiem akurat w takiej chwili! Facet mnie ciekawił, wątpiłam w pomyłkę, ale chciałam popatrzeć na niego porządnie i z bliska, przyjrzeć się, upewnić ostatecznie, że to istotnie on, syn dawnego przyjaciela rodziny, chociaż tego przyjaciela należałoby może upiększyć cudzysłowem. Bezczelnie żerował na moim ojcu, uroki roztaczał na konto matki, która na szczęście nie była zbytnio skłonna do uwielbień, przeciwnie, w każdym mężczyźnie widziała raczej potencjalnego niewolnika. Pewnie dlatego stosunki zostały w końcu zerwane. Tenże właśnie osobnik, ujrzany nagle w postaci własnego syna, bo, do licha ciężkiego, musiał to być jego syn, rąbnął mnie trochę. Cholera. Czy ten Zygmuś zamknie wreszcie gębę...?!!!

Zygmuś zawalił stolik stosem papierów, część lokując w talerzu po sandaczu.

– Rozumiesz? – pytał natrętnie. – Już rozumiesz? Powtórz-powtórz, jesteś roztargniona, jak wszyscy twórcy, nie słuchasz uważnie, ja ci to jeszcze raz-jeszcze raz...

Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz, ptaszku mój, leć a piej. O mało tego Ptasznika z Tyrolu nie zacytowałam na głos. Podniosłam się od stolika.

– Na razie muszę iść do wychodka – oznajmiłam brutalnie, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy, a poza tym wiedziałam, że jest to jedyne miejsce, do którego Zygmuś nie podąży za mną. – Zaraz wrócę. Zamów mi jeszcze jedno piwo.

Facet popatrzył na zegarek, porzucił pawilonik i ruszył powoli alejką w kierunku morza. Nieco szybszym krokiem poszłam za nim i wyprzedziłam go, bo jeszcze raz chciałam zobaczyć tę twarz, wyraźnie i z bliska. Czułam go za plecami.

W chwili kiedy już miałam się odwrócić i dokonać tych oględzin, nagle ujrzałam przed sobą Bodzia, bladego i zgnębionego. Jego widok zaskoczył mnie dokładnie, spodziewałam się go dopiero pojutrze, tak było umówione. Skąd się tu wziął, do licha?! Mimo woli, odruchowo i całkowicie bezmyślnie, uniosłam rękę w powitalnym geście.

Prawie mi tę rękę sparaliżowało.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki