Duchowość zdrowa emocjonalnie dla lidera - Peter Scazzero - ebook

Duchowość zdrowa emocjonalnie dla lidera ebook

Peter Scazzero

0,0

Opis

W książce Duchowość zdrowa emocjonalnie dla liderów autor bestsellerów Peter Scazzero pokazuje liderom, jak rozwinąć głębokie życie wewnętrzne z Chrystusem. Analizuje jednocześnie, w jaki sposób przekłada się to na umiejętność radzenia sobie ze stresem, planowania i podejmowania decyzji, budowania zespołów, tworzenia zdrowej kultury, czy wpływania na innych.

 

W książce „Duchowość zdrowa emocjonalnie dla liderów” znajdziesz:

• Krótkie testy pozwalające ocenić na ile zdrowe jest przywództwo twoje oraz twojego zespołu
• Praktyczne, sprawdzone strategie opracowane w toku dwudziestoośmioletniej służby w lokalnym Kościele i w pracy z liderami na całym świecie
• Pomocne rady, jak zmierzyć się z własnym cieniem, budować przywództwo na małżeństwie lub życiu w pojedynkę, zwolnić tempo i nauczyć się, że każdy koniec to nowy początek.

 

Duchowość zdrowa emocjonalnie dla liderów to coś więcej niż zbiór prostych porad lub łatwych technik. Książka sięga głęboko pod powierzchnię problemów związanych z chrześcijańskim przywództwem. To lektura, do której będziesz powracać i regularnie czerpać z jej zasobów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 495

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla Geri – to Ty nauczyłaś mnie, co oznacza i co ze sobą niesie słowo integralność

Moja podróż przez przywództwo niezdrowe emocjonalnie

Wychowałem się w rodzinie włosko­-amerykańskiej. Mieszkaliśmy na przedmieściach New Jersey, rzut kamieniem od drapaczy chmur na Manhattanie. I chociaż z naszego domu dało się w zaledwie kilka minut dostać do ścisłego centrum miasta tak znanego ze swej różnorodności, nasze życie definiowały wąskie ramy przynależności etnicznej, społecznej i duchowej. Któregoś dnia – miałem wtedy może dziesięć lat – tata wspomniał w rozmowie, że jesteśmy katolikami żyjącymi w mieście zdominowanym przez białych Anglosasów wyznania protestanckiego, tak zwanych WASP1. Nie wiedziałem, co mam o tym sądzić, ponieważ w kręgu naszych znajomych byli wyłącznie katolicy, w większości Włosi. Dało się w ogóle być kimkolwiek innym?

Mój ojciec był zagorzałym katolikiem, ale mama nie przywiązywała aż takiej wagi do Kościoła. Fascynowały ją Cyganki wróżące z ręki, jasnowidze, karty tarota i rozmaite przesądy przekazywane z pokolenia na pokolenie w jej włoskiej rodzinie. Kiedy na przykład któreś z nas zachorowało, pierwsze, co robiła mama, to dzwoniła po Grubą Josie. Kobieta była medium i odprawiała wtedy nad nami różne modły, żeby ustalić, czy mamy na sobie „oczy”, czyli niewidzialny znak, że ktoś rzucił na nas diabelską klątwę. Potem szczegółowo instruowała mamę, co należy zrobić, żeby usunąć „nieszczęście”.

Ja i moje starsze rodzeństwo jeszcze w wieku nastoletnim odrzuciliśmy zarówno Kościół, jak i przesądy o włoskim rodowodzie. Rodzice przerazili się na wieść o tym, że mój brat Anthony rzucił college i wstąpił do Kościoła Zjednoczeniowego, założonego przez samozwańczego mesjasza Sun Myung Moona. Ja sam w wieku szesnastu lat byłem już agnostykiem z przekonania, ale równie dobrze mogłem pójść w ślady brata. Żaden z nas nie przypuszczał, że dokonane wtedy wybory skierują nas na drogi życia duchowego, którymi do dziś podążamy – Anthony pozostaje wiernym członkiem Kościoła Zjednoczeniowego, zaś ja przeszedłem w życiu niejeden przełomowy duchowy zwrot.

Duchowa podróż przez cztery nawrócenia

Kiedy mówię, że nawróciłem się kilka razy, należy to traktować dosłownie. W gruncie rzeczy przeżyłem cztery potężne nawrócenia i każde z nich nadało mojemu życiu zupełnie nowy kierunek.

Nawrócenie pierwsze: Od agnostyka do gorliwego chrześcijańskiego lidera

Podobnie jak wielu moich przyjaciół, w wieku nastoletnim szukałem doskonałej miłości w miejscach jakże dalekich od doskonałości. Wszystko zmieniło się w drugim roku nauki w college’u, kiedy zaproszono mnie na koncert do małego Kościoła Zielonoświątkowego, który znajdował się w pobliżu kampusu. Pod koniec koncertu lider uwielbienia poprosił, żeby podniósł rękę każdy, kto chce przyjąć Chrystusa do swojego życia. Opowiadając tę historię, często powtarzam, że Bóg wziął wtedy moją rękę i podniósł ją bez mojego pozwolenia – bo naprawdę tak się wówczas czułem. Kiedy usłyszałem wezwanie do ołtarza, wystrzeliłem z siedzenia i z rękami w górze pobiegłem do przodu, wielbiąc Boga. I chociaż nie rozumiałem nawet, czym się różni Stary Testament od Nowego, wiedziałem jedno: byłem ślepy, a teraz widzę. Bez cienia wątpliwości wiedziałem też, że Bóg mnie przemienił i okrył swoją miłością. Dziewięć miesięcy później przewodniczyłem już grupie sześćdziesięciorga chrześcijańskich studentów i nauczałem ich rzeczy, o jakich sam dowiadywałem się tydzień wcześniej.

Był rok 1976.

Przepełniała mnie tak ogromna wdzięczność za miłość Jezusa, który dla mnie żył i za mnie umarł, że nie mogłem powstrzymać się od głoszenia tej wspaniałej nowiny każdemu, kto tylko zechciał mnie słuchać, również członkom mojej rodziny. Najwięcej długich rozmów na tematy duchowe odbyłem z ojcem. Pamiętam, jak w któryś weekend siedzieliśmy w salonie, a ja po raz kolejny opowiadałem tacie o Jezusie. On był jednak sceptyczny:

– Słuchaj, Pete, skoro mówisz, że całe to chrześcijaństwo i Jezus to prawda – powiedział – to dlaczego nigdy wcześniej nie słyszałem o żadnej „osobistej relacji”?

Na chwilę przerwał i wyjrzał przez okno, a ja zauważyłem na jego twarzy mieszankę złości i smutku.

– I dlaczego nie znalazł się nikt, kto by porozmawiał z twoim bratem, zanim postanowił zniszczyć sobie życie? Zanim zniszczył naszą rodzinę – powiedział, wykonując przy tym zamaszysty gest, i znów spojrzał mi w oczy. – Gdzie się podziewają ci wszyscy chrześcijanie, o których mi opowiadasz? Jak to możliwe, że mam pięćdziesiąt sześć lat i nigdy żadnego nie spotkałem?

Nic na to nie odpowiedziałem, bo dobrze znałem odpowiedź. Większość chrześcijan, zwłaszcza tych pochodzących z ewangelicznych domów, nie miała dostępu do naszego amerykańsko­-włoskiego świata. Chociaż mój ojciec później oddał życie Chrystusowi, ta rozmowa na zawsze zapadła mi w pamięć. Rozpaliła w moim wnętrzu ogień i powziąłem wówczas postanowienie: zbuduję pomost nad tą przepaścią i będę głosił Ewangelię każdemu, kto zechce mnie słuchać.

Moja kariera przywódcza w służbie rozwijała się. Dołączyłem do zespołu InterVarsity, chrześcijańskiej grupy ponaddenominacyjnej pracującej ze studentami na kampusach uniwersyteckich. Organizowałem otwarte ewangelizacje w Nowym Jorku i New Jersey, podczas których zachęcałem studentów, żeby opowiadali o Jezusie znajomym. W ciągu trzech lat pracy dla InterVarsity byłem świadkiem wielu radykalnych nawróceń. Jednocześnie zaczynałem odczuwać pragnienie służenia Kościołowi. Zastanawiałem się, co zaczęłoby się dziać, gdyby doświadczenia równie bogate i ożywcze, jak te widziane przeze mnie w pracy ze studentami, stały się udziałem członków lokalnej wspólnoty. O ile szerzej rozlałaby się chwała Jezusa, gdyby cały Kościół doświadczył radykalnej przemiany i zmobilizował swoje zasoby?

Zacząłem przygotowywać się do pracy w charakterze lidera Kościoła: podjąłem trzyletnie studia podyplomowe w seminariach Princeton i Gordon­-Conwell. Po ośmiu latach znajomości poślubiłem Geri, która tak jak ja była pełnoetatową pracowniczką InterVarsity. Tuż po tym, jak skończyłem studia, przenieśliśmy się na rok do Kostaryki, żeby nauczyć się hiszpańskiego. Przez cały ten czas towarzyszyła mi wizja powrotu do Nowego Jorku, gdzie założymy Kościół stanowiący pomost ponad wszelkimi barierami rasowymi, kulturowymi, ekonomicznymi i płciowymi.

Po powrocie z Kostaryki przez rok usługiwałem jako pastor pomocniczy w hiszpańskojęzycznym Kościele dla imigrantów oraz nauczałem w tamtejszym seminarium. W tamtym okresie Geri i ja szlifowaliśmy nasz hiszpański, ale przede wszystkim mieliśmy okazję zanurzyć się w świecie dwóch milionów nielegalnych imigrantów przybyłych do USA z każdego zakątka globu. Zaprzyjaźniliśmy się z osobami, które zbiegły z Salwadoru przed atakami paramilitarnych bojówek, z Kolumbii przed kartelami narkotykowymi, z Nikaragui przed wojną domową czy też przed skrajnym ubóstwem z Meksyku i Dominikany. Dokładnie takiego przygotowania potrzebowaliśmy, aby zbudować nowy Kościół w robotniczej, wieloetnicznej części dzielnicy Queens, gdzie siedemdziesiąt procent z liczącej 2,4 miliona ludzi populacji to osoby urodzone poza granicami Stanów Zjednoczonych. To doświadczenie ukształtowało również nasze spojrzenie na potęgę Ewangelii i Kościół oraz pokazało nam, jak wiele ta na ogół niedostrzegalna, uboga społeczność może zaoferować zamożnym wspólnotom białej Ameryki.

We wrześniu 1987 roku na pierwsze nabożeństwo Kościoła New Life Fellowship przyszło czterdzieści pięć osób. Bóg potężnie działał w tych wczesnych latach naszej działalności i Kościół szybko urósł do stu sześćdziesięciu członków. Po trzech latach stworzyliśmy zgromadzenie dla osób hiszpańskojęzycznych. Pod koniec szóstego roku naszej działalności na nabożeństwo anglojęzyczne przychodziło czterysta osób, a na hiszpańskojęzyczne dwieście pięćdziesiąt.

Dla mnie jako młodego pastora było to niezwykle ekscytujące i satysfakcjonujące doświadczenie. Ludzie przychodzili do Chrystusa. Ubogim usługiwano w nowy, kreatywny sposób. Kształtowaliśmy liderów, powstawały coraz to nowe grupy domowe, karmiliśmy bezdomnych i zakładaliśmy nowe Kościoły. Pod powierzchnią nie wszystko jednak układało się dobrze, zwłaszcza w moim życiu osobistym.

Nawrócenie drugie: Od emocjonalnej ślepoty do emocjonalnego zdrowia

Moja dusza obumierała.

Tak się składało, że zawsze mieliśmy za dużo do zrobienia w zbyt krótkim czasie. Chociaż sam Kościół nadal był miejscem bardzo ekscytującym, w naszej służbie przywódczej zaczęło brakować radości, pozostał już tylko nigdy niekończący się szereg żmudnych obowiązków. Po pracy zostawało mi niewiele energii na bycie rodzicem dla naszych córek; nie miałem też siły czerpać radości z towarzystwa Geri. Szczerze mówiąc, skrycie marzyłem o emeryturze – w wieku zaledwie trzydziestu pięciu lat! Zacząłem również zadawać sobie pytania o naturę chrześcijańskiego przywództwa: Czy żeby inni mogli doświadczać radości w Bogu, ja mam chodzić przygnębiony i być pod ciągłą presją? Tak się przecież czułem.

Zmagałem się z tym, że zazdroszczę innym pastorom, którzy mieli większe Kościoły, ładniejsze budynki i łatwiejszą sytuację. Nie chciałem być pracoholikiem jak mój ojciec i znani mi pastorzy. Chciałem po prostu być zadowolony w Bogu, wykonywać swoją służbę w nieśpiesznym tempie Jezusa. Pytanie brzmiało: jak to się robi?

Zacząłem być świadomy kryzysu w 1994 roku, kiedy hiszpańskojęzyczna część naszego Kościoła przeżyła rozłam. Nigdy nie zapomnę, w jakim byłem szoku, kiedy pewnego dnia przyszedłem na hiszpańskojęzyczne nabożeństwo i brakowało tam dwustu osób – zostało tylko pięćdziesiąt. Reszta odeszła, żeby założyć nowy Kościół. Ludzie, których przyprowadziłem do Chrystusa, nauczałem i przez wiele lat prowadziłem, odeszli bez słowa.

W obliczu rozłamu wziąłem na siebie całą winę za problemy, które do niego doprowadziły. Próbowałem zastosować metodę Jezusa: kiedy cię oskarżają, nie otwieraj ust i bądź jak baranek prowadzony na rzeź (Iz 53,7). Powtarzałem sobie w myślach: Po prostu się z tym pogódź, Pete. Jezus tak by zrobił. Targały mną jednak sprzeczne emocje, z którymi nie potrafiłem sobie poradzić. Czułem się głęboko zraniony przez młodszego pastora, który zainicjował rozłam; byłem na niego zły. Jak ujął to psalmista, wstrząsnęła mną zdrada człowieka, „z którym byłem w słodkiej zażyłości” (Ps 55,15). Miałem w sobie mnóstwo złości oraz nienawiści i nie potrafiłem się ich pozbyć pomimo wielokrotnych prób przebaczania i odpuszczania. Kiedy byłem sam w samochodzie, z moich ust niemal odruchowo sypały się przekleństwa: „Co z niego za @#&%!”.

Stałem się „tym pastorem, który przeklina”. Moja teologia nie potrafiła wyjaśnić, co się ze mną dzieje. Nie dysponowałem też biblijnym schematem radzenia sobie ze smutkiem i żalem. Dobry chrześcijański pastor powinien kochać ludzi i im wybaczać – ja nie umiałem. Kiedy opowiedziałem o moich rozterkach naszym pozostałym pastorom, naprawdę się przerazili: w ich oczach staczałem się w otchłań, z której nie było powrotu. Wiedziałem wprawdzie, że jestem rozgoryczony i zraniony, ale nie byłem świadom, jakie uczucia kryją się głębiej pod powierzchnią i co tak naprawdę dzieje się w moim wnętrzu. Większym problemem niż to, jak poradzić sobie z konsekwencjami rozłamu, było to, że mój ból wylewał się ze mnie w sposób destrukcyjny i wysoce niekontrolowany. Zawzięcie krytykowałem pastora, który odszedł. Powiedziałem Geri, że nie wiem nawet, czy chcę nadal być chrześcijaninem, a co dopiero pastorem! Najmądrzejszą radą, jaką wówczas otrzymałem, była sugestia, aby zwrócić się po pomoc do chrześcijańskiego terapeuty.

Geri i ja umówiliśmy się na wizytę. Kiedy jednak dotarliśmy na miejsce, czułem się upokorzony, jakbym przeniósł się do czasów szkolnych i trafił na dywanik dyrektora. W toku kolejnych sesji doszukiwałem się najrozmaitszych przyczyn moich kłopotów – winne było wszystko: skomplikowane życie i służba w Queens, wymagające okoliczności zakładania Kościoła, Geri, czwórka naszych małych dzieci, walka duchowa, inni liderzy, brak ochrony modlitewnej… Nie przychodziło mi wtedy do głowy, że powodem moich problemów mogę być ja sam.

Nie wiem jak, ale udało mi się przeżyć kolejny rok, a nawet utrzymać służbę. Przyszedł jednak dzień, kiedy uderzyłem głową o dno. Geri, 2 stycznia 1996 roku, powiedziała mi, że odchodzi z naszego Kościoła2. To był koniec iluzji, jaką żyłem; iluzji, że w całym bałaganie, jaki rozlał się na moje życie, ja jestem jedynym niewiniątkiem. Poinformowałem starszych Kościoła o decyzji Geri, przyznając jednocześnie, że nie wiem, co powinno się w związku z tym wydarzyć. Starsi zasugerowali, żebyśmy z Geri na tydzień wyłączyli się z życia i postarali w skupieniu znaleźć rozwiązanie zaistniałej sytuacji. Spakowaliśmy więc walizki i kolejne pięć dni spędziliśmy w towarzystwie dwóch terapeutów z pobliskiej poradni. Moim celem na ten tydzień było szybko rozwiązać problemy Geri, żeby położyć kres naszym rozterkom, a w konsekwencji móc sprawnie i bez przeszkód wrócić do prawdziwego życia i służby. Nie przewidziałem jednego: czekało nas przełomowe spotkanie z Bogiem, które miało wywrócić nasze życie do góry nogami.

To było moje drugie nawrócenie i przeżyłem wówczas coś podobnego jak podczas pierwszego: miałem wrażenie, jakbym był ślepy i w jednej chwili odzyskał wzrok. Bóg otworzył mi oczy i zobaczyłem, że jestem istotą ludzką, a nie maszyną. To dało mi przyzwolenie na odczuwanie trudnych emocji, takich jak złość czy smutek. Uświadomiłem sobie również, że to, z jakiej rodziny pochodzę, miało i ma określony wpływ na moje życie, małżeństwo i służbę lidera. Mimo że początkowo byłem tym wszystkim wstrząśnięty, nowa perspektywa dała mi obietnicę nieznanej dotąd wolności. Przestałem udawać, że jestem kimś, kim nie byłem i postawiłem pierwsze kroki na drodze do zadowolenia z bycia Peterem Scazzero, z pełnym wachlarzem moich atutów, pasji i słabości. Wraz z Geri odkryliśmy też, że miłość jest najistotniejszym wskaźnikiem dojrzałości i przeorganizowaliśmy nasze zajęcia tak, aby postawić małżeństwo ponad służbą3.

Drugie nawrócenie odsłoniło przede mną także bolesne fakty, których nie mogłem dalej wypierać. Byłem emocjonalnym niemowlęciem, próbującym wychowywać matki i ojców wiary. Wiele obszarów mojego życia pozostawało nadal nietkniętych przez Jezusa Chrystusa. Nie potrafiłem na przykład być prawdziwie obecny dla drugiego człowieka i uważnie go słuchać, co wydawałoby się umiejętnością z kategorii tych najprostszych. Jak na starszego pastora w dużym, rozwijającym się Kościele, absolwenta dwóch czołowych seminariów teologicznych, uczestnika najlepszych konferencji dla liderów i oddanego naśladowcę Chrystusa z siedemnastoletnim stażem, byłem emocjonalnym i duchowym karłem.

Przez niemal dwadzieścia lat ignorowałem emocjonalny aspekt mojego duchowego rozwoju i relacji z Bogiem. Nie ma znaczenia, ile książek przeczytałem i jak bardzo byłem rozmodlony – tkwiłem w błędnym kole bólu i niedojrzałości. Zmieniło się to dopiero, kiedy pozwoliłem Jezusowi Chrystusowi dokonać gruntownej transformacji wszystkich obszarów mojego życia, które do tej pory pozostawały ukryte głęboko pod powierzchnią.

Odkryłem, że moje życie w dużej mierze przypomina górę lodową. Byłem świadom istnienia jedynie jej ułamka i nie zdawałem sobie sprawy, jak wielki jej ogrom skrywają wody oceanu. To właśnie ta niewidoczna masa była źródłem zamętu w moim życiu rodzinnym i służbie.

Dopiero gdy zrozumiałem, że ukryte pod powierzchnią aspekty mojego życia nie zostały przemienione przez Jezusa, odkryłem nierozerwalne połączenie pomiędzy zdrowiem emocjonalnym i dojrzałością duchową: nie sposób być duchowo dojrzałym, będąc jednocześnie niedojrzałym emocjonalnie. W kolejnych miesiącach oraz latach Geri i ja wiele zmieniliśmy w naszym życiu i służbie. Na początek ograniczyliśmy pracę z sześciu i pół do pięciu dni w tygodniu. Naszą główną wartością stało się wychodzenie ze zranień i słabości. Ze wszystkich zadań, jakie wykonywaliśmy dla Boga, najważniejszym było teraz kochać – i robić to dobrze. Zwolniliśmy tempo służby w Kościele New Life. Eksplorując kolejne fragmenty naszych gór lodowych, zapraszaliśmy liderów, aby się do nas przyłączyli. Efekt w mojej osobistej podróży z Chrystusem, w mojej rodzinie, w mojej służbie lidera okazał się równie piorunujący jak rewolucja kopernikańska4. Kościół New Life Fellowship zaczął rozkwitać.

Nawrócenie trzecie: Od ożywionej aktywności do nieśpiesznej duchowości

Na samym początku mojej chrześcijańskiej drogi zakochałem się w Jezusie. Niezwykle sobie ceniłem czas spędzony z Nim sam na sam na modlitwie i czytaniu Biblii. Mimo to aktywny aspekt mojego życia („robienie rzeczy” dla Jezusa) niemal natychmiast zaczął mi przysłaniać wymiar kontemplacyjny („bycie” z Chrystusem). Od początku wiedziałem, jak istotna dla pielęgnowania mojej więzi z Nim jest codzienna modlitwa, ale okazało się, że codzienny krótki czas z Bogiem to za mało, zwłaszcza odkąd zostałem liderem. Szybko doszło do tego, że angażowałem się w więcej aktywności dla Boga, niż była w stanie udźwignąć moja relacja z Nim.

Do mojego trzeciego nawrócenia doszło w latach 2003–2004. Zdecydowaliśmy wówczas z Geri, że zrobimy sobie czteromiesięczną przerwę od służby. Wcześniej, już w seminarium, czytałem co nieco na temat ruchów monastycznych, a teraz mieliśmy czas i przestrzeń, żeby w praktyce zaczerpnąć z ich mądrości. Odwiedziliśmy kilka klasztorów protestanckich, prawosławnych i katolickich, gdzie uczyliśmy się, jak żyć w samotności i ciszy w rytm medytacji nad Biblią i modlitwy.

Pod koniec naszego urlopu powzięliśmy decyzję, że chcemy radykalnie zwolnić tempo życia. Wprowadziliśmy szereg dyscyplin duchowych, w tym te najważniejsze: czas ciszy i samotności, przestrzeganie czterech pór modlitwy wedle liturgii godzin5 oraz cotygodniowy szabat. Doświadczyliśmy tak wielkiej radości i wolności – na naszych indywidualnych drogach z Chrystusem oraz wspólnie, w małżeństwie – że rozważaliśmy, czy Bóg nie powołuje nas do tego, abyśmy pozostawili wytężoną służbę w Nowym Jorku na rzecz pracy dla Niego w innym, spokojniejszym miejscu. Szybko jednak stało się dla nas jasne, że te duchowe dyscypliny są w istocie fundamentalne właśnie w kontekście naszej pracy w Queens i w dalszym pełnieniu służby liderów Kościoła.

Zaczęliśmy nauczać o kontemplacyjnym aspekcie duchowości (definiuję to jako zwolnienie tempa życia w celu przebywania z Jezusem), co w połączeniu z wcześniejszymi nauczaniami na temat zdrowia emocjonalnego tchnęło w cały nasz Kościół potężną moc i życie. Ludzie zaangażowani w każdą służbę – od małych grup domowych po niedzielne nabożeństwa i duże wydarzenia kościelne – zaczęli doświadczać radykalnego ożywienia życia w Chrystusie. Ja sam ­byłem jedną z tych osób.

Przestałem się modlić, by Bóg pobłogosławił moje cele, a zacząłem modlić się o Jego wolę.

Nauczyłem się czekać na Pana przez wzgląd na Niego samego, a nie na błogosławieństwo.

Zacząłem pracować mniej. Bóg zaczął pracować więcej.

Przyjąłem bardziej zrównoważony obraz Wszechmocnego jako jednocześnie immanentnego oraz transcendentnegoi w pełni uznałem, że działa On zarówno w nas, jak i poza nami.

Zacząłem mierzyć sukces w służbie miarą jakości przemienionego życia konkretnych osób zamiast ich obecnością na nabożeństwie czy ofiarnością finansową. Wywarło to na nas tak ogromny wpływ, że poczułem się w obowiązku napisać książkę na temat wszystkiego, co Bóg pośród nas robił. Tak powstała wydana w 2006 roku Duchowość zdrowa emocjonalnie. Kościół się rozrastał. Ludzie zmieniali swoje życie. Ja czułem się silniejszy osobiście i duchowo. Jednak pewien obszerny fragment mojej góry lodowej pozostawał niezdobyty. Było to przywództwo.

Nawrócenie czwarte: Od ślizgania się po powierzchni do integralności w przywództwie

Kościół New Life na wielu płaszczyznach rozkwitał, jednak nadal dało się zauważyć istotny rozdźwięk pomiędzy tym, czego dowiedziałem się o zdrowiu emocjonalnym i duchowym, a moją rolą przywódczą jako starszego pastora. Znajdowało to wyraz zwłaszcza w tym, że chociaż w moim życiu osobistym, rodzinnym, w ramach małych grup domowych i uczniostwa w Kościele stosowałem się do zasad duchowości zdrowej emocjonalnie (DZE), nie przestrzegałem tych zasad w mojej służbie przywódczej. Miałem świadomość, że należałoby wpleść zasady DZE w materię całej naszej organizacji, nie wiedziałem jednak, jak to zrobić. Po lekturze wielu książek i uczestnictwie w licznych seminariach stało się dla mnie jasne, że grono osób, które podjęły się dążenia do tego rodzaju integralności, jest bardzo wąskie. Ja również zarzuciłem to zadanie – i to na wiele lat.

Wystrzegałem się podejmowania decyzji w sprawach kadrowych, zarządzania zespołem i kluczowymi wolontariuszami, nie tworzyłem wyczerpujących opisów stanowisk, nie poświęcałem czasu na planowanie spotkań ani nie nadzorowałem realizacji poszczególnych etapów projektów. Przy rzadkich okazjach, kiedy już się tego podjąłem, robiłem to nad wyraz niechętnie. Dostrzegałem wszystkie zadania, które wołały o wykonanie, ale bardzo chciałem, żeby zrobił to ktoś inny.

Ponieważ czułem się przytłoczony nadmiarem rzeczy do zrobienia i dopilnowania (kazania, decyzje pasterskie, szkolenia dla liderów, kryzysy wewnątrz zespołu i w zgromadzeniu), działałem w pośpiechu i nie przykładałem się należycie do wielu trudniejszych odpowiedzialności związanych z moją służbą przywódczą.

Unikałem spotkań, które zapowiadały się trudno lub stresująco.Naginałem prawdę, kiedy całkowita szczerość była niewygodna.Unikałem oceniania realizacji zadań, kiedy ktoś źle wykonywał swoją pracę.Nie zadawałem trudnych pytań i milczałem, kiedy coś szło ewidentnie nie tak.Przychodziłem na ważne spotkania, nie poświęciwszy czasu na ustalenie, jaki jest w zasadzie mój cel i co konkretnie chcę powiedzieć; nie myślałem nad tym, jakie podjąć decyzje, nie modliłem się o nie.Poświęcałem zbyt mało czasu na realizację tego, do czego sam się zobowiązałem. W konsekwencji wiele inicjowałem, ale niewiele doprowadzałem do końca, utrudniając skuteczną pracę mojemu zespołowi.W okresach wzmożonego planowania i wielu spotkań było mi trudno znaleźć czas na przebywanie w ciszy z Jezusem.A co najgorsze, konsekwentnie lekceważyłem bolesne oznaki tego, że moje życie i moja służba nie układają się tak dobrze, jak sobie tego życzyłem lub sobie to wyobrażałem.

Punkt kulminacyjny wszystkich tych zachowań nastąpił w roku 2007, kiedy to splot niefortunnych zdarzeń przełamał mój trwający już dwadzieścia lat przywódczy impas, który zresztą skutecznie wypierałem. Musiałem przyjąć do wiadomości, że Kościół zderzył się ze ścianą. Chociaż wzrośliśmy liczebnie i wprowadziliśmy zasady zdrowej emocjonalnie, kontemplacyjnej duchowości w życie członków naszej wspólnoty, zespół przywódczy nadal funkcjonował w sposób z grubsza niezmieniony. Teraz stało się oczywiste, że trzeba będzie naprawić ten błąd – zaczynając ode mnie.

Mimo to wciąż chciałem, żeby zjawił się ktoś, kto „zrobi tu porządek”: odwali za mnie całą brudną robotę, będzie zatrudniał i zwalniał, nada nam nowy kierunek i przeprowadzi Kościół przez cały bolesny proces zmian, a wtedy ja przyjdę na gotowe i będę mógł wrócić do moich przyjemnych zajęć, takich jak głoszenie kazań. Uchylając się jednak od tych trudnych zadań przynależnych liderowi, postawiłbym pod znakiem zapytania integralność zarówno własną, jak i całego Kościoła. Koniec końców przyznałem się przed samym sobą do trudnej prawdy: największą przeszkodą hamującą Kościół New Life Church przed zajęciem miejsca przeznaczonego mu przez Boga jestem ja sam.

Kolejny raz musiałem zajrzeć pod powierzchnię własnego życia, i nie był to miły widok: zobaczyłem ukryty tam ogrom bólu i porażek związanych z moją rolą lidera. Kiedy zacząłem się zastanawiać, jakie zmiany muszę wprowadzić, szybko stało się dla mnie jasne, że wdrożenie zasad duchowości zdrowej emocjonalnie na płaszczyźnie przywódczej oraz zbudowanie zdrowej kultury organizacyjnej będzie o wiele trudniejsze niż mógłbym przypuszczać. To był proces, który doprowadził mnie do wzmożonej i ustawicznej analizy mojego życia wewnętrznego, a w konsekwencji do czwartego nawrócenia.

W obszarze przywództwa powszechnie stosuje się praktykę delegowania dziedzin, w których jesteśmy słabi, osobom posiadającym w tej sferze silne kompetencje. Ja wiedziałem jednak, że nie tego mi potrzeba. Postanowiłem zadziałać odwrotnie: skoncentrowałem wysiłki na najsłabszym aspekcie mojego przywództwa, formalnie przyjmując na siebie obowiązki związane z zarządzaniem zespołem. Wiem, brzmi to niedorzecznie, ale zostałem pastorem zarządzającym. Byłem zdeterminowany i chciałem nauczyć się pełnić tę rolę, choćby miało to trwać rok. Odwołałem wszystkie wizyty w innych Kościołach, gdzie miałem wygłosić kazania. Wyznaczyłem osoby, które przejmą ode mnie nauczanie w New Life. Odmówiłem podpisania umowy na nową książkę. Zapisałem się na kilka sesji terapeutycznych, żeby przyjrzeć się blokadom wewnętrznym ukrytym głęboko u podstaw mojej góry lodowej. Wszystko po to, żeby usunąć wszelkie przeszkody stojące mi na drodze do stania się zdrowym i skutecznym liderem.

Na przestrzeni kolejnych dwóch lat opanowałem kilka kluczowych umiejętności, co nie zawsze przychodziło mi łatwo. W międzyczasie popełniłem błędy, które zraniły kilka osób. Jednocześnie nauczyłem się odważniej i chętniej inicjować trudne rozmowy, kończyć to, co rozpocząłem, oraz gromadzić dane i fakty przed podjęciem istotnych decyzji. Zrozumiałem, że utrzymanie integralności jest istotniejsze niż to, że ktoś mnie nie zrozumie albo odejdzie z Kościoła wskutek moich decyzji. Uświadomiłem też sobie, że – jakkolwiek byłoby to bolesne – chcę nie tylko dostrzegać prawdę i ją uznawać, ale aktywnie do niej dążyć bez względu na to, dokąd mnie to zaprowadzi.

Nie byłem ani nie jestem utalentowanym zarządcą, więc nie mogę być świetnym pastorem zarządzającym. Jednak dzięki temu, że przez pewien czas zaangażowałem się w tę rolę, Bóg mógł pracować nad aspektami mojego charakteru, które należało przemienić, aby pchnąć Kościół naprzód. To właśnie w ogniowej próbie przywództwa Pan odarł mnie z warstw fałszywej tożsamości, a także nauczył mnie, jak osiągnąć integralność pomiędzy gruntowną wewnętrzną transformacją a zadaniami i odpowiedzialnościami wynikającymi z roli lidera.

Zostaniesz wypróbowany

Książka Duchowość zdrowa emocjonalnie dla liderów narodziła się w wyniku doświadczeń, przez które przechodziłem po moim czwartym nawróceniu w roku 2007 – zarówno trudnych, jak i budujących. Przez ostatnie osiem lat prowadziłem szczegółowy dziennik, w którym notowałem moje pytania, wewnętrzne zmagania z Bogiem, błędy oraz sporadyczne sukcesy. Niemniej kusiło mnie, żeby nie pisać tej książki. Mam pełną świadomość, że jestem w tej podróży niedoskonałym kompanem. Szczerze piszę o trudnych lekcjach, które wyciągnąłem z własnych porażek. Żałuję, że mając lat dwadzieścia, trzydzieści czy czterdzieści, nie wiedziałem tego, czego teraz jestem świadomy.

Każdą stronę tej książki napisałem z myślą o tobie – chrześcijańskim liderze. Pracując nad tekstem, często wyobrażałem sobie, że siedzę naprzeciwko ciebie przy stoliku i pijemy razem kawę; pytam cię o twoje plany, ale i zmagania i wyzwania, przed którymi stajesz jako lider. Czerpiąc z własnych rozmów z wieloma duchowymi przywódcami, dla których przez wiele lat byłem coachem, mentorem i doradcą, wyobrażałem sobie, że mógłbyś mi powiedzieć coś takiego:

Chcę być lepszym liderem. Chcę się uczyć, jestem otwarty, ale nie wiem, od czego zacząć.

Wiem, że coś jest nie tak. Czuję, że to tylko kwestia czasu, aż stanie się coś złego.

Nie dam rady dłużej tak żyć. Doszliśmy do ściany i potrzebuję kogoś, kto pomoże mi zrozumieć, co poszło nie tak, żebym mógł stanąć na nogi i zacząć prowadzić ludzi w inny sposób.

Utknąłem w środowisku, którego nie potrafię zmienić. Jestem liderem średniego szczebla, znajduję się w niekorzystnej sytuacji i czuję się bezsilny, więc nie potrafię nic z tym zrobić.

Staram się najlepiej jak mogę, ale nie mam na nic wpływu. Prowadzę projekty, ale nie zmieniam życia ludzi. Czuję, że poruszam się po płyciźnie, a w moim życiu panuje stagnacja.

Jestem zbytnio przytłoczony pracą, żeby cieszyć się życiem – z Bogiem, z samym sobą, z innymi ludźmi. Ze względu na wysokie wymagania, jakie niesie za sobą przywództwo, brakuje mi radości życia.

Czy mógłbyś się podpisać pod którymś z tych stwierdzeń? Jeśli tak, oznacza to, że jesteś doskonałym kandydatem do pójścia o krok dalej w transformacji i rozwoju swojego przywództwa. Mam nadzieję, że na kolejnych stronach tej książki odkryjesz prawdy o sobie i swoim przywództwie, które cię otrzeźwią, nie chciałbym jednak, żebyś zwątpił w swoje przyszłe możliwości. Jestem żywym dowodem na to, że naprawdę da się pogrzebać stare sposoby myślenia o chrześcijańskim przywództwie, by zrobić miejsce nowym. Pragnę, byś poszerzał swoje granice teologiczne, emocjonalne i duchowe, odkrywając w Piśmie Świętym nowe treści dla swojego życia i służby przywódczej.

Jeśli potraktujesz tę książkę poważnie, będzie cię to dużo kosztować – wiele pracy, wytrwałości, szczerości aż do bólu, pokory oraz chęci zmiany. Jedno jest pewne: zostaniesz wypróbowany. Modlę się jednak, żeby towarzyszyła temu przekonująca wizja tego, jak odmiennie może wyglądać sytuacja, jeśli dokonasz śmiałych wyborów, które pozwolą Bogu przeobrazić zarówno ciebie, jak i charakter twojego przywództwa. Mam nadzieję, że już wkrótce zaczną kiełkować ci w głowie takie myśli:

Wow, bycie liderem może być o wiele lepsze, niż myślałem.

Czuję, jakbym przekroczył próg innego świata i nie chcę już go opuszczać.

Trudno mi się przyznać, że w tylu sprawach nawaliłem, ale odzyskałem nadzieję, że mogę jeszcze być dobrym liderem.

W końcu czuję, że wzrastam. Idę w jakimś kierunku i nie potrafię już wrócić do starego sposobu życia i liderowania.

Na nowo rozpalił się we mnie zapał do służenia jakolider!

Poprzez moją historię i przerobione przeze mnie trudne lekcje mam nadzieję ukazać ci unikalną i osobistą perspektywę pastora, który od ponad dwudziestu ośmiu lat jest głęboko zaangażowany w życie lokalnego Kościoła. Przez dwadzieścia sześć lat byłem starszym pastorem; przez ostatnie dwa – odpowiadam za nauczanie i pełnię funkcje mniej ściśle związane z duszpasterstwem. Członkowie naszego Kościoła w nowojorskiej dzielnicy Queens to przedstawiciele niższej klasy średniej, uboższej warstwy społecznej – gromadzimy osoby pochodzące z około siedemdziesięciu trzech krajów świata. Pod żadnym względem nie jest to sytuacja wygodna, jednak stanowiła ona dla mnie, i nadal stanowi, bogaty, żyzny grunt do rozwoju i transformacji, zarówno osobistej, jak i w mojej służbie lidera.

Napisałem tę książkę kierowany głębokim pragnieniem, żeby ujrzeć Kościół wierny i owocny w wypełnianiu swej długofalowej misji. Jeśli jednak mamy nadzieję przemienić świat dobrą nowiną o Jezusie, wpierw musimy sami wyruszyć w osobistą podróż poprzez głęboką, sięgającą niewidzialnych warstw transformację naszego własnego życia. Przedstawiam ci mapę tej podróży, uzupełnioną o konkretne pomysły i praktyczne działania, mające pomóc ci dostrzec kolejne kroki przewidziane dla ciebie przez Boga. Jest to plan przeznaczony nie tylko dla pastorów, ale dla każdego chrześcijańskiego lidera. Modlę się, żebyś bez względu na swoją funkcję – niezależnie czy jesteś starszym pastorem, pastorem zarządzającym, administratorem zespołu, starszym, członkiem rady kościelnej, liderem grupy domowej, liderem służby, osobą odpowiedzialną za współpracę z innymi Kościołami, misjonarzem czy liderem marketingu – znalazł tu prawdy i wskazówki, które pomogą ci skuteczniej realizować zadania, a przede wszystkim poprowadzą cię do osobistej transformacji.

Jak czytać tę książkę

Rozdziały tej książki zostały podzielone na dwie kategorie: jedna dotyczy życia wewnętrznego, a druga zewnętrznego. W części pierwszej zajmiemy się czterema głównymi zadaniami związanymi z życiem wewnętrznym, których każdy lider musi się podjąć. Są to: zmierzenie się z własnymi strefami cienia, przywództwo wypływające z małżeństwa lub życia w pojedynkę, zwolnienie tempa, by nawiązać więzi miłości oraz praktykowanie szabatu. Jeśli mamy na celu zbudowanie silnej służby i organizacji, te praktyki i wartości muszą znaleźć się u podstaw naszej duchowości.

W części drugiej, bazującej na zasadach emocjonalnie zdrowego życia wewnętrznego, odkryjemy cztery główne zadania związane z życiem zewnętrznym, z którymi stykamy się na co dzień w życiu lidera. Obejmują one proces planowania i podejmowania decyzji, budowanie kultury i zespołu, definiowanie władzy i ustalanie mądrych granic oraz kończenie starego i wchodzenie w nowe.

Duchowość zdrowa emocjonalnie dla liderów nie jest książką lekką i przyjemną. Należy ją czytać uważnie i z modlitwą. Zachęcam cię, żebyś miał przy sobie dziennik lub zeszyt, w którym będziesz mógł prowadzić zapiski i notować pytania, jakie na pewno przyjdą ci do głowy, kiedy Bóg będzie do ciebie mówił. Jeśli chcesz z lektury wyciągnąć jeszcze więcej, zachęć co najmniej jedną osobę, żeby czytała ją wspólnie z tobą. Bądźcie w tym procesie razem.

Mam głęboką nadzieję, że ta książka otworzy przed tobą drzwi do zupełnie nowego sposobu patrzenia na siebie i do radykalnie nowego charakteru przywództwa. Podobnie jak Bóg powołał Abrahama, wierzę, że powołuje każdego z nas do opuszczenia dobrze nam znanych krain i ruszenia za Jego zachętą ku nieznanym lądom nowych obietnic. Modlę się, żebyś czytając tę książkę, spotkał się w nowy i świeży sposób z żywym Bogiem i tak jak Abraham odkrył, że Pan był tutaj przed tobą i przygotował dla ciebie bogactwa oraz objawienia, które przemienią życie nie tylko twoje, ale również osób, które prowadzisz jakolider.

Rozdział 1 | Lider niezdrowy emocjonalnie

Co pierwsze przychodzi ci do głowy, kiedy myślisz o liderze niezdrowym emocjonalnie? A może pytanie powinno brzmieć: Kto pierwszy przychodzi ci do głowy? Szef, członek personelu, współpracownik? A może nawet ty sam? Jak opisałbyś taką osobę? Czy jest to ktoś wiecznie zdenerwowany, kontrolujący, agresywny? A może unikający, nieautentyczny i bierny? Wprawdzie przywództwo niezdrowe emocjonalnie wyraża się na wszystkie te i wiele innych sposobów, to jednak podstawowa definicja lidera niezdrowego emocjonalnie jest być może prostsza, a zarazem bardziej wielowymiarowa niż można by się tego spodziewać:

Lider niezdrowy emocjonalnie to osoba funkcjonująca w trybie stałego emocjonalnego i duchowego deficytu, pozbawiona emocjonalnej dojrzałości; jej „bycie z Bogiem” nie dorasta do pułapu rzeczy, jakie „robi dla Boga”.

Mówiąc o niezdrowych emocjonalnie liderach chrześcijańskich, mam na myśli emocjonalne i duchowe deficyty mające wpływ na każdy aspekt ich życia. Deficyty emocjonalne przejawiają się na ogół w dojmującym braku świadomości. Niezdrowym liderom brak na przykład świadomości własnych uczuć, własnych słabości i ograniczeń, wpływu ich przeszłości na teraźniejszość oraz tego, jak odbierają ich inni ludzie. Nie mają też zasobów i umiejętności pozwalających na głębsze zrozumienie uczuć i perspektywy drugiej osoby. Tego rodzaju niedojrzałość przenoszą na swoje zespoły i wszystko, czym się zajmują.

Z kolei deficyty duchowe zazwyczaj ujawniają się pod postacią nadmiernej aktywności. Niezdrowi liderzy podejmują więcej działań niż pozwala im udźwignąć ogół ich zasobów duchowych, fizycznych i emocjonalnych. Dają dla Boga więcej niż odNiego przyjmują. Służą ludziom, aby mieli udział w radości Chrystusa, jednak dla nich samych radość ta jest czymś zgoła nieuchwytnym. Wymogi i presje związane z rolą lidera w zasadzie uniemożliwiają im ustabilizowanie rytmu życia. W chwilach szczerości przyznają, że ich kielich jest pusty lub w najlepszym razie do połowy pełny, jednak nadal daleki od przepełnienia nadprzyrodzoną Bożą radością i miłością, którą głoszą innym.

W rezultacie liderzy niezdrowi emocjonalnie budując swoje służby, ślizgają się po powierzchni. Zamiast iść za przykładem apostoła Pawła i wznosić budowle z trwałych materiałów – złota, srebra i drogich kamieni (1 Kor 3,10–15) – zadowalają się konstrukcjami z drewna, trawy i słomy. Budują z materiałów podrzędnej jakości, które nie przetrwają próby jednego pokolenia, nie mówiąc o próbie ognia sądu ostatecznego. W rezultacie swoją osobą przysłaniają piękno Chrystusa, które pragną ponoć pokazać całemu światu. Żaden działający w dobrej wierze lider nie poprowadziłby ludzi w taki sposób, a jednak dzieje się to nagminnie.

Przytoczę kilka przykładów z codziennego życia liderów, które być może zabrzmią znajomo.

Sara to przeciążona pracą pastorka młodzieżowa potrzebująca pomocy, ale zawsze znajdująca powód, żeby odrzucić wsparcie dorosłych wolontariuszy, którzy mogliby u jej boku współtworzyć tę służbę. Przyczyną nie jest jej brak zdolności przywódczych, ale przewrażliwienie: Sara przyjmuje postawę obronną i łatwo się denerwuje, kiedy ktoś się z nią nie zgadza.Grupa młodzieżowa popada w stagnację i powoli obumiera.

Joseph to dynamiczny lider uwielbienia, który mimo to traci kluczowych wolontariuszy, ponieważ jest spóźnialski i spontaniczny. Nie zauważa, że jego „styl” zniechęca osoby o innych temperamentach. W swoim mniemaniu jest po prostu „autentyczny” i działa w zgodzie ze sobą, więc nie zamierza nic zmieniać ani dostosowywać się do ludzi o innym stylu bycia czy temperamencie. Ponieważ z zespołu uwielbienia odchodzą utalentowani muzycy i realizatorzy dźwięku, spada jakość muzyki, która w efekcie przestaje skutecznie przyprowadzać ludzi do Jezusa na niedzielnych nabożeństwach.

Jake zgłosił się na ochotnika jako lider służby grup domowych w swoim Kościele. Pod jego przywództwem służba rozkwitła – tylko w ostatnim kwartale powstały cztery nowe grupy! Dwadzieścia pięć niezwiązanych ze sobą dotychczas osób spotyka się teraz co drugi tydzień, opowiadając o swoim życiu w wierze i wspólnie wzrastając w Chrystusie. Pod powierzchnią ekscytacji zaczynają się jednak pojawiać pęknięcia. Lider najszybciej rosnącej grupy jest nowy w Kościele i wygląda na to, że prowadzi ludzi w kierunku innym niż ten obrany przez całe zgromadzenie. Martwi to Jake’a, jednak unika rozmowy z obawy, że coś pójdzie nie tak. Inny lider przelotnie wspomniał, że ma w swojej grupie problemy. Jeszcze w innej grupie kłopot sprawia zbyt gadatliwy uczestnik, przez co ludzie przestają przychodzić na spotkania. Lider poprosił Jake’a o pomoc w tej sprawie, jednak on stara się w to nie angażować. Ubóstwiany przez wielu Jake boi się konfliktów. Skrycie ma nadzieję, że problemy rozwiążą się same, bez jego ingerencji. W ciągu pół roku trzy z czterech grup się rozpadają.

Mógłbym mnożyć przykłady, ale sądzę, że wiesz, o co mi chodzi. Jeśli poświęcamy się zadaniu zdobywania świata dla Chrystusa, a jednocześnie ignorujemy własne zdrowie emocjonalne i duchowe, to w najlepszym razie będziemy liderami krótkowzrocznymi. W najgorszym zaś – staniemy się niedbali, będziemy niepotrzebnie ranić ludzi i przeszkodzimy realizacji Bożego pragnienia, żeby poprzez nas rozszerzało się Jego królestwo. Trudno jest być liderem – w tę rolę wpisane jest cierpienie. Jest jednak ogromna różnica pomiędzy cierpieniem dla Ewangelii opisanym przez Pawła (2 Tm 2,9), a cierpieniem niepotrzebnym, powstałym wskutek naszej niechęci do podejmowania się trudnych i wymagających zadań przynależnych liderowi.

Cztery cechy lidera niezdrowego emocjonalnie

Deficyty emocjonalne niezdrowych liderów mają wpływ w zasadzie na każdy aspekt ich życia i służby. Największą szkodę wyrządzają cztery cechy: niska samoświadomość, nadawanie służbie wyższego priorytetu niż małżeństwu / życiu w pojedynkę, nadaktywność dla Boga oraz nieprzestrzeganie szabatu.

Niezdrowy lider ma niską samoświadomość

Niezdrowy emocjonalnie lider zwykle jest nieświadomy tego, co się dzieje w jego wnętrzu. Nawet jeśli rozpozna u siebie silne emocje, takie jak złość, nie potrafi ich szczerze i odpowiednio wyrazić lub przepracować. Ignoruje powiązane z emocjami sygnały wysyłane przez ciało: zmęczenie, choroby wywołane stresem, przybieranie na wadze, wrzody żołądka, bóle głowy czy depresję. Nie zastanawia się, dlaczego się boi, jest smutny lub zły. Nie bierze pod uwagę, że być może Bóg chce mu coś poprzez te „trudne” emocje zakomunikować. Ciężko mu ustalićprzyczyny swoich emocjonalnych reakcji; nie widzi, że są one przesadzone ze względu na trudne doświadczenia z przeszłości.

Nawet jeśli taki lider korzystał z narzędzi rozwoju osobistego i przywództwa, na przykład testu Myers­-Briggs, testu StrengthsFinder czy narzędzia do samooceny DiSC, nie ma on świadomości, jak problemy obecne w jego domu rodzinnym wpłynęły na to, kim jest dzisiaj. Ów brak świadomości na poziomie emocjonalnym przekłada się na jego relacje osobiste i zawodowe: nie potrafi odczytywać emocjonalnych światów innych osób ani z nimi rezonować. Często wręcz nie widzi, że ma wpływ na emocje innych, zwłaszcza będąc w roli przywódczej. Być może zauważysz tę dynamikę w poniższej historii.

Sam ma czterdzieści siedem lat i jest starszym pastorem w Kościele, który w ostatnim czasie przestał wzrastać liczebnie. Jest wtorek rano i Sam siedzi na swoim zwyczajowym miejscu u szczytu stołu, przy którym za chwilę odbędzie się cotygodniowe zebranie pracowników Kościoła. Oprócz niego są tu również asystentka Sama, pastor pomocniczy, szef służby młodzieżowej, pastor dziecięcy, lider uwielbienia i administrator Kościoła. Po krótkiej modlitwie na początek spotkania Sam przedstawia zespołowi statystyki frekwencji i finansów za ostatnie dziewięć miesięcy. Ten temat był już wcześniej poruszany, ale tym razem w zachowaniu Sama daje się odczuć pewną surowość i wszyscy wiedzą, że nie jest on zadowolony.

– Jak mamy kupić nowy budynek, żeby zdobyć więcej ludzi dla Chrystusa, jeśli już teraz przestaliśmy się rozwijać? – pyta. Wszyscy nagle się uciszają, a w pomieszczeniu narasta atmosfera bolesnego napięcia. – Od stycznia przyszło do Kościoła tylko dwadzieścia nowych osób, co nawet nie jest bliskie celu, jaki sobie założyliśmy: siedemdziesięciu pięciu dorosłych do końca roku.

Frustrację i złość Sama daje się wyczuć niemal namacalnie. Jego asystentka próbuje złagodzić napięcie, wspominając, że z uwagi na złą pogodę ostatniej zimy trzeba było zamknąć Kościół na dwa tygodnie, a to z pewnością przełożyło się na statystyki. Sam szybko ucina jej komentarz, wtrącając, że na pewno chodzi o coś więcej. Chociaż nie wypowiada tego wprost, jest jasne, że za niepowodzenie obwinia cały zespół.

Sam czuje się uprawniony do zadawania trudnych pytań i konfrontowania współpracowników z suchymi statystykami. Ja tylko chcę nam pomóc dobrze zarządzać Bożymi zasobami, tłumaczy się sam przed sobą. Z dziesięcin tych ludzi są opłacane nasze pensje. Wszyscy musimy ciężko i mądrze pracować, żeby zarobić na wypłatę. Nie mamy tu przecież wolontariuszy, którzy pracowaliby za darmo przez dziesięć czy piętnaście godzin tygodniowo! Nawet on sam jest jednak zaskoczony tym, jak bardzo się zdenerwował i jak ostry przybrał ton.

Samowi nie przyszło jednak do głowy, że jego wzmożona frustracja może mieć związek z e­-mailem, który dostał poprzedniego dnia. Ktoś z innego miasta wysłał mu link do artykułu opisującego dynamiczny wzrost nowego Kościoła kilka kilometrów stąd i zapytał, czy Sam zna ich pastora. Mężczyznę aż ścisnęło w żołądku. Niby wie, że jeśli idzie o służbę, nie powinien z nikim się porównywać ani konkurować, a mimo to poczuł ukłucie zazdrości wobec nowego pastora i jego sukcesu. I chociaż nie przyznałby tego nawet przed sobą samym, poczuł się też zagrożony – a co, jeśli młodsze rodziny odejdą, żeby budować bardziej ekscytujący Kościół?

Sam daje wszystkim tydzień: mają wymyślić trzy sposoby, jak poprawić wyniki i dopracować programy, po czym pomija pozostałe punkty do dyskusji i niespodziewanie ogłasza koniec spotkania. Nie ma najmniejszego pojęcia, jak negatywnie jego brak samoświadomości wpływa na niego samego, na zespół współpracowników i na cały Kościół.

Niezdrowy lider nadaje służbie wyższy priorytet niż małżeństwu / życiu w pojedynkę

Większość niezdrowych emocjonalnie liderów, zarówno tych żyjących w małżeństwie, jak i w pojedynkę, uznaje intymność za istotny element relacji i stylu życia. Niewielu jednak jest skłonnych uznać, że małżeństwo lub życie w pojedynkę to największy dar, jaki mogą oferować wiernym. Postrzegają swoje życie osobiste jako konieczny i stabilny fundament znacznie istotniejszej budowli – skutecznej służby, uznając ją tym samym za swój absolutny priorytet. W efekcie inwestują większość czasu i energii w rozwijanie zaplecza przywódczego, zaś niewiele zasobów poświęcają pielęgnowaniu wspaniałego małżeństwa lub życia w pojedynkę, które mogłoby objawiać światu miłość Jezusa.

Liderzy niezdrowi emocjonalnie mają tendencję do oddzielania życia osobistego (w małżeństwie lub w pojedynkę) zarówno od służby lidera, jak i od relacji z Jezusem. Podejmują na przykład brzemienne w skutki decyzje, nie rozważywszy tego, jak w dłuższej perspektywie wpłyną one na jakość i integralność ich życia osobistego. Wkładają najwięcej energii, namysłu i zasobów twórczych w bycie liderem dla innych, nie inwestują natomiast w bogate i spełnione życie jako małżonek lub singiel. Zilustrujmy to na przykładzie młodego pastora.

Luis, dwudziestosiedmioletni pastor młodzieży, służy w małym, ale dynamicznie rosnącym Kościele – trzy lata temu na nabożeństwa przychodziło sto pięćdziesiąt osób, dziś jest ich już prawie dwieście pięćdziesiąt. Jest czwartek wieczór, godzina dwudziesta druga. Luis pracuje do późna – znowu. Grupa biblijna dla studentów zakończyła się już prawie godzinę temu, a on ciągle siedzi przy biurku, wysyła e­-maile i nadrabia zaległości. Poza swoimi podstawowymi zajęciami zobowiązał się uruchomić kilka nowych inicjatyw mających wyjść naprzeciw lokalnej społeczności, której przedstawiciele w tak rekordowej liczbie zjawili się na ostatnich nabożeństwach wielkanocnych. Kiedy Luis trzy lata temu zaczynał pracę w Kościele, myślał, że zawrotne tempo działania z czasem się uspokoi, lecz tak się nie stało. Zdaje mu się wręcz, że jeszcze bardziej przyspieszyło.

Luis kocha swoją pracę i nie ma nic przeciwko temu, żeby brać na siebie dodatkowe projekty, ale to, że regularnie siedzi po godzinach, zaczyna przeszkadzać domownikom. Przez całe cztery lata małżeństwa żona Luisa, Sofia, zawsze była jego największą podporą; doceniała jego obdarowanie i zachęcała go, żeby realizował Boże powołanie do służby. Jednak ostatnimi czasy wsparcie z jej strony zmalało. Przyznała nawet, że bywa zazdrosna o pracę męża i zastanawia się, czy Luis nie kocha Kościoła bardziej niż jej. Luis tłumaczy sobie, że Sofia pewnie jest przemęczona. Za sześć miesięcy ma się urodzić ich pierwsze dziecko, a żona ciężko znosi ciążę. Może to dlatego przestała zauważać, jak istotna jest jego praca.

Luis myśli: Jak mógłbym przestać dawać z siebie wszystko Kościołowi, skoro gra toczy się o życie i wieczność konkretnych ludzi? Ona musi to zrozumieć. W końcu zamyka laptop i kieruje do nieba krótką modlitwę: Boże, proszę, rozpal w Sofii nową wizję tego, co robisz w Kościele. Nie zdaje sobie sprawy, że rani żonę i że taka modlitwa nic nie zmieni.

Niezdrowy lider robi dla Boga więcej, niż może udźwignąć jego relacja z Nim

Lider niezdrowy emocjonalnie jest przewlekle przeciążony. Chociaż na ogół ma za dużo do zrobienia w zbyt krótkim czasie, nawykowo strzela sobie w kolano i godzi się na nowe wyzwania, nie poświęciwszy czasu na modlitwę i rozeznanie Bożej woli. Idea nieśpiesznej duchowości – lub nieśpiesznego przywództwa – wedle której robienie rzeczy dla Jezusa wypływa z bycia z Jezusem, jest mu całkowicie obca.

Jeśli w ogóle się nad tym zastanawia, to dochodzi do wniosku, że czas spędzony w ciszy i samotności jest rodzajem luksusu przynależnego innemu typowi lidera, a nie częścią normalnej praktyki duchowej lub elementem niezbędnym dla skutecznego przywództwa. Jego głównym priorytetem jest bycie liderem organizacji, zespołu lub służby, ponieważ w ten sposób wpływa na świat dla Chrystusa. Gdyby spytać go, jak głównie spędza czas jako lider, są małe szanse, że w pierwszej trójce odpowiedzi znalazłoby się pielęgnowanie głębokiej, transformującej relacji z Jezusem. W efekcie „normalnym” stanem w jego życiu i służbie jest rozproszenie i wyczerpanie. Być może rozpoznasz siebie lub kogoś ci znajomego w poniższej historii.

Carly ma trzydzieści cztery lata i jest liderką uwielbienia w Kościele liczącym osiemset osób. Zaczynała jako muzyk­-wolontariusz dziesięć lat temu, kiedy we wspólnocie była niecała setka ludzi. Oprócz prowadzenia złożonej z wolontariuszy grupy uwielbienia i planowania niedzielnych nabożeństw, Carly nadzoruje służbę medialną. To bardzo rozwinięty dział, w który angażuje się kilkudziesięciu wolontariuszy i czterech etatowych pracowników, ale dzięki Carly wszystko wygląda prosto. Radzi sobie z tym tak dobrze, że Barry, pastor pomocniczy i jej przełożony, co roku rozszerza jej zakres odpowiedzialności.

Ostatnio jednak Carly nie nadąża. Spóźnia się na spotkania, wykonała kilka mniejszych zadań z opóźnieniem i nie oddzwoniła w kilku ważnych sprawach. Pomimo tych potknięć nadal jest przekonana, że wszystko układa się dobrze, bo praca w Kościele idzie jej doskonale. Jednak w chwilach szczerości zdarza jej się w to wątpić. Jak to możliwe, że z zewnątrz wszystko wygląda tak dobrze, skoro czuję, że w środku umieram?

Pomiędzy poranne spotkania, mniej lub bardziej regularne kryzysy osób z jej zespołu i rzeczy do zrobienia w domu trudno jest jej wcisnąć czas na modlitwę i czytanie Biblii; nie ma czasu ani energii dla siebie ani dla Boga. Każdy tydzień to walka o to, by zrobić zakupy, ugotować coś zdrowego, poćwiczyć i zrobić pranie. Mandat za przekroczenie prędkości, który dostała w zeszłym tygodniu, doskonale odzwierciedla jej życie – toczy się ono w zdecydowanie zbyt szybkim tempie. „Kiedy buduję Kościół i stwarzam innym środowisko do spotykania się z Bogiem”, powiedziała niedawno Barry’emu, „czuję się, jakbym ugrzęzła w bagnie i zaczynam się zastanawiać, czy gdzieś po drodze nie zgubiłam Jezusa. Potrzeba mi czegoś, co pomoże mi znów poczuć więź z Bogiem”.

Barry okazał Carly zrozumienie i współczucie. Polecił jej kilka książek, które jemu samemu pomogły i zaproponował, że opłaci jej udział w konferencji szkoleniowej dla liderów uwielbienia. Żadna książka ani konferencja nie rozwiąże jednak prawdziwych problemów Carly ani nie da jej tego, czego naprawdę potrzebuje – czasu bez pośpiechu dla Boga, dla innych, a co najważniejsze, dla siebie samej.

Niezdrowy lider nie ma ustalonego rytmu pracy i szabatu

Lider niezdrowy emocjonalnie nie praktykuje szabatu – cotygodniowego, dwudziestoczterogodzinnego okresu powstrzymania się od pracy, przeznaczonego na odpoczynek, rozkoszowanie się Bożymi darami i cieszenie się życiem z Nim. W jego oczach szabat to oderwany od rzeczywistości, opcjonalny – czy wręcz uciążliwy – legalizm należący do zamierzchłej przeszłości lub też odpowiednik dnia wolnego od pracy, przeznaczonego na załatwianie rozmaitych życiowych spraw, takich jak płacenie rachunków czy robienie zakupów. Jeśli lider taki w ogóle przestrzega szabatu, robi to nieregularnie, sądząc, że musi najpierw ukończyć wszystkie rozpoczęte zadania lub pracować wystarczająco ciężko, żeby „zasłużyć sobie” na prawo do odpoczynku. Możemy zauważyć tę dynamikę w życiu kolejnego przywódcy.

John ma pięćdziesiąt sześć lat i jako lider odpowiada w swojej denominacji za nadzór nad ponad sześćdziesięcioma Kościołami. Już od kilku lat nie miał prawdziwych wakacji – takich bez sprawdzania skrzynki mailowej i pisania sprawozdań – nie mówiąc o cotygodniowym szabacie. Jest sobotni poranek i John pije kawę z Craigiem, swoim długoletnim przyjacielem i pastorem. Za chwilę uda się do biura, gdzie planuje sprawdzić e­-maile i napisać miesięczny raport, który miał być gotowy na zeszły tydzień.

– Wyglądasz mizernie, John – mówi Craig. – Kiedy ostatnio wziąłeś sobie wolne i naprawdę wypocząłeś?

– Odpoczniemy w niebie. A przynajmniej tak mawiał jeden z moich profesorów trzydzieści lat temu. Bóg działa zawsze, a my mamy Mu w tej pracy pomagać, prawda?

Widać jednak gołym okiem, że John jest na skraju wyczerpania.

– Wiem, że kochasz swoją pracę – odpowiada Craig – ale co poza nią daje ci w życiu radość i zadowolenie?

John siedzi chwilę ze zwieszoną głową, po czym odzywa się ściszonym głosem:

– Już od tak dawna się nad tym nie zastanawiałem, że zupełnie nie wiem, co ci odpowiedzieć. – Znów zapada dłuższa cisza, aż w końcu John dodaje: – Ale cóż na to poradzić? Wszyscy pastorzy i liderzy denominacji, których znam, tak pracują.

– Serio? – Craig przygląda mu się z niewyraźnym uśmiechem. – Taką masz wymówkę?

– No dobrze, masz rację – przytakuje John. – Postaram się znów robić sobie wolne poniedziałki.

Godzinę później, już w biurze, John zerka w kalendarz i zauważa, że pięć z najbliższych sześciu poniedziałków ma wypełnionych spotkaniami i terminami. Kogo ja próbuję oszukać?, myśli. Dzień wolny raz w tygodniu to dla mnie teraz niepraktyczne rozwiązanie. Po prostu spróbuję trochę odpocząć, kiedy kalendarz mi na to pozwoli. Bardzo możliwe jednak, że nie nastąpi to nigdy, zaś sporadyczny jednodniowy urlop nie wystarczy, żeby John wykształcił rytm pracy i odpoczynku potrzebny mu do bycia zdrowym, skutecznym liderem dla swojego zespołu i Kościołów, które nadzoruje.

Na początku tego rozdziału spytałem, co lub kto przychodzi ci do głowy, kiedy myślisz o liderze niezdrowym emocjonalnie. Jak zatem cztery przedstawione tu charakterystyki mają się do twoich początkowych przemyśleń? Czy w którymś z opisów rozpoznałeś siebie? Być może myślisz teraz: Tak, mogę się utożsamić z większością tych osób. A może wciąż jesteś sceptyczny i myślisz raczej: Takie już są uroki przywództwa. Znam osoby dużo bardziej niezdrowe, niż te tutaj opisane, które mimo to są skutecznymi liderami. Istotnie, przedstawione tu osoby i ich historie nie są szczególnie dramatyczne, jeśli jednak podobne zachowania przejdą bez echa, z czasem zarówno takim liderom, jak i całym służbom przyjdzie za to zapłacić wysoką cenę.

Skoro możemy się zgodzić, że długofalowe konsekwencje niezdrowego przywództwa zagrażają zdrowiu i efektywności Kościoła, powinniśmy zadać sobie następujące pytanie: Dlaczego uparcie trwamy w niezdrowych schematach? Można by zakładać, że Kościół i jego liderzy całym sercem opowiedzą się za zdrowym przywództwem i będą wszelkimi sposobami do niego dążyć. Prawda jest jednak taka, że pewne aspekty kościelnej kultury przywódczej stanowczo temu przeciwdziałają. Jeśli zdecydujesz się świadomie promować przywództwo zdrowe emocjonalnie, niechybnie zmierzysz się z „przyjacielskim oporem”. Będziesz musiał stoczyć walkę z czymś, co nazywam „czterema niezdrowymi przykazaniami o przywództwie w Kościele”.

Czy jesteś zdrowym liderem?

Przywództwo niezdrowe emocjonalnie nie jest kategorią zero­-jedynkową; da się je stopniować na pewnym kontinuum od postaci lekkiej do ostrej, a to, gdzie się na nim znajdujesz, może ulegać zmianom w zależności od etapu życia i służby. Korzystając z listy poniższych stwierdzeń, sprawdź, w jakim punkcie kontinuum obecnie się znajdujesz. Obok każdego stwierdzenia zapisz cyfrę odpowiedzi, z którą najbardziej się zgadzasz:

5 – Zawsze

4 – Często

3 – Od czasu do czasu

2 – Rzadko

1 – Nigdy

1. Poświęcam wystarczająco dużo czasu na doświadczenie i przepracowanie trudnych emocji, takich jak złość, strach czy smutek.

2. Potrafię dostrzec, jak kwestie związane z moim domem rodzinnym wpływają na moje relacje i przywództwo – zarówno pozytywnie, jak i negatywnie.

3. (Dla małżonków) To, jak spędzam czas i na co poświęcam energię, odzwierciedla moją hierarchię wartości: małżeństwo, a nie służba lidera, jest moim najważniejszym priorytetem.

(Dla singli) To jak spędzam czas i na co poświęcam energię, odzwierciedla moją hierarchię wartości: zdrowe życie w pojedynkę, a nie służba lidera, jest moim najważniejszym priorytetem.

4. (Dla małżonków) Doświadczam bezpośredniego związku pomiędzy moją jednością z Jezusem a moją jednością z małżonkiem.

(Dla singli) Doświadczam bezpośredniego związku pomiędzy moją jednością z Jezusem a moją bliskością z przyjaciółmi i rodziną.

5. Bez względu na to jak jestem zajęty, regularnie praktykuję duchowe dyscypliny samotności i ciszy.

6. Regularnie czytam Pismo Święte i modlę się, by zjednoczyć się z Bogiem, a nie tylko po to, by w służbie prowadzić innych.

7. Praktykuję szabat – dwudziestoczterogodzinny okres powstrzymywania się od pracy, kiedy odpoczywam i rozkoszuję się licznymi Bożymi darami.

8. Rozumiem szabat jako duchową dyscyplinę niezbędną zarówno dla mojego życia osobistego, jak i przywództwa.

9. Poświęcam czas na modlitwę przed podjęciem decyzji i zaplanowaniem zajęć, żeby rozeznać, co będzie dobre.

10. Mierzę sukces danego planu czy podjętej decyzji przede wszystkim w kategoriach rozpoznania i wykonania Bożej woli (a nie tylko na podstawie wzrostu liczebności Kościoła, doskonałej realizacji nabożeństwa lub rozszerzenia wpływu na świat).

11. W pracy z podwładnymi regularnie poświęcam część czasu na pomaganie im w ich życiu wewnętrznym z Bogiem.

12. Nie unikam trudnych rozmów z członkami zespołu na temat ich wyników lub zachowania.

13. Potrafię swobodnie rozmawiać o kwestiach związanych z władzą w związku z rolą pełnioną przeze mnie i inne osoby.

14. Nazwałem i ustanowiłem zdrowe granice w relacjach z osobami, które pełnią nachodzące na siebie role (na przykład z członkami rodziny będącymi jednocześnie pracownikami lub kluczowymi wolontariuszami).

15. Zamiast unikania strat prowadzącego do rezygnacji z danych działań, przyjmuję je i postrzegam jako fundamentalny element Bożego sposobu działania.

16. Poprzedziwszy to modlitwą i rozmyślaniem, potrafię zrezygnować z inicjatyw, wolontariuszy lub programów, kiedy nie funkcjonują jak należy, informując o tym jasno i z empatią.

Poświęć chwilę i przeanalizuj swoje odpowiedzi. Czemu poświęcasz najwięcej uwagi? Chociaż nie istnieje żadna konkretna punktacja dla tego zadania, na końcu rozdziału (strona 62) znajdziesz ogólne obserwacje, które pomogą ci zrozumieć, w jakim miejscu się obecnie znajdujesz.

W którymkolwiek punkcie kontinuum jesteś, mam dla ciebie dobrą wiadomość: możesz pójść do przodu i nauczyć się, jak być coraz zdrowszym liderem. Co więcej, Bóg tak zaprojektował nasze ciała i procesy neurochemiczne w organizmie, żeby zmiana i transformacja były możliwe zawsze – nawet w wieku dziewięćdziesięciu lat! Zatem nawet jeśli prawda o obecnym stanie twojego przywództwa zadziałała na ciebie jak kubeł zimnej wody, nie zniechęcaj się. Skoro osoba taka jak ja potrafi uczyć się na swoich błędach i wzrastać, to każdy może krok po kroku stawać się liderem coraz zdrowszym emocjonalnie!

Cztery niezdrowe (i niewypowiedziane) przykazania o przywództwie w Kościele

Każda rodzina ma swoje „przykazania” – niewypowiedziane reguły dotyczące tego, co wolno, a czego nie wolno mówić i robić. Dorastając, w sposób naturalny przyswajamy te reguły rządzące zachowaniem bliskich i wedle nich postępujemy. Jeśli nasz dom rodzinny był miejscem ciepłym, bezpiecznym i pełnym szacunku, nasiąkamy tymi wartościami jak gąbka. Na ich podstawie kształtuje się nasze wyobrażenie o nas samych i nasz sposób interakcji ze światem. Jeżeli zaś w naszej rodzinie na porządku dziennym był chłód, zawstydzanie, zniechęcanie oraz perfekcjonizm, to tymi wartościami nasiąkniemy i to one ukształtują nasz obraz siebie i relacje ze światem.

W podobny sposób zostaliśmy włączeni do rodziny Kościoła, mającej własne niezdrowe i w dużej mierze niewypowiedziane przykazania dotyczące przywództwa. Jeśli pragniesz być liderem zdrowym emocjonalnie, prędzej czy później będziesz musiał zatrzymać wpływ tych przykazań na swoje życie.

Niezdrowe przykazanie pierwsze: Więcej i lepiej – oto prawdziwy sukces

Większość z nas nauczyła się mierzyć sukces wskaźnikami zewnętrznymi. W kontekście Kościoła są to zwykle: frekwencja na nabożeństwach, liczba chrztów, liczba członków, liczba usługujących, liczba grup domowych oraz poziom ofiarności finansowej. I bądźmy szczerzy, w samych liczbach nie ma nic złego. Mierzenie wpływu danej służby wartościami liczbowymi jest w zasadzie biblijne. Jezus nakazał nam czynić uczniamiwszystkie narody. W Dziejach Apostolskich wielokrotnie używa się liczb dla opisania zasięgu wpływu Ewangelii – około trzech tysięcy ochrzczonych (Dz 2,41), około pięciu tysięcy wierzących (Dz 4,4), tłumy mężczyzn i kobiet przyjmujących wiarę (Dz 5,14). Mamy w Biblii całą Księgę Liczb. To naturalne, że ja, a także każdy pastor, którego znam, mamy w sobie pragnienie, aby Kościół wzrastał liczebnie, a do Chrystusa przychodziło jak najwięcej nowych osób.

Jednocześnie należy jasno powiedzieć, że obchodzimy się z liczbami w niewłaściwy sposób. Jeśli wykorzystujemy je w celu porównywania się z innymi lub przechwalania się wielkością naszych zborów, przekraczamy pewną granicę. Kiedy król Dawid zlecił Joabowi przeliczenie wszystkich mężczyzn zdolnych do walki, skończyło się to katastrofą dla niego i jego przywództwa. Dawid, kierowany dumą, zaufał nie Bogu, a rozmiarom armii Izraelitów. Jego koncentracja na liczbach nosiła znamiona bałwochwalstwa, więc Pan zesłał na cały Izrael zarazę jako karę za ten grzech (1 Krn 21; 2 Sm 24). Umarło wówczas siedemdziesiąt tysięcy ludzi.

Świat utożsamia wzrost liczebny z potęgą i władzą. Wielkość stanowi wartość absolutną – większe jest zawsze lepsze. Jeśli prowadzisz dużą firmę lub organizację, ludzie cenią cię bardziej niż właściciela jednoosobowego start­-upu. Jeśli jesteś milionerem, możesz się spodziewać, że ludzie okażą ci większy respekt niż osobie na zasiłku. Jeśli pracujesz w Kościele, liczebność twojego zespołu lub zasięg twojej służby wpływa na to, jak inni cię postrzegają.

W kontekście liczb w Kościele problemem nie jest to, że przeliczamy, lecz to, że kierujemy się świeckim poglądem „im więcej, tym lepiej” do tego stopnia, że liczby stają się jedynym, na co zwracamy uwagę. Jeśli coś nie jest większe i lepsze, uznajemy to – a często również i siebie – za porażkę. W całym tym przeliczaniu umyka nam jedno: wartość, jaką Pismo Święte przypisuje wskaźnikom wewnętrznym. Coś, co w oczach świata może świadczyć o porażce, nie zawsze nią jest w królestwie Bożym.

Na przykład po oszałamiającym sukcesie Jezusa z początku Ewangelii św. Jana, gdzie nauczał On i nakarmił pięć tysięcy ludzi, jeszcze w tym samym rozdziale czytamy o równie oszałamiającej porażce w kategoriach liczbowych: „Od tego czasu wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło” (J 6,66). Tymczasem Jezus nie załamał rąk i nie zaczął kwestionować swojej strategii nauczania; był nadal zadowolony, wiedząc, że wykonuje wolę Ojca. Patrzył z szerszej perspektywy na to, co robi Bóg.

Sukces to nie zawsze coś większego i lepszego.

Nauczanie Jezusa mówi, że mamy trwać w Nim oraz przynosić owoce (patrz: J 15,1–8). Nie chodzi o to, że musimy się na coś zdecydować – przynosić owoce albo trwać w Jezusie. Nasze trwanie i owocowanie będzie różne w zależności od indywidualnego charakteru naszego przywódczego powołania. Klasztorny mnich spędzający większość czasu na modlitwie i udzielający innym przewodnictwa duchowego przyniesie inny rodzaj i inną ilość owocu niż ja, pastor Kościoła zlokalizowanego w sercu Nowego Jorku.

Sądzę, że najlepszy tekst biblijny poruszający ten temat to rozdział dziesiąty Ewangelii św. Łukasza. Jezus rozsyła parami siedemdziesięciu dwóch uczniów. Po powrocie podekscytowani relacjonują konkretne, podparte liczbami działania oraz opowiadają, że demony były im podległe w imieniu Chrystusa. Jezus afirmuje ich działanie na rzecz budowania królestwa, jednak przypomina im również o czymś znacznie ważniejszym: „Jednakże nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie” (Łk 10,20). Innymi słowy, chce, aby zapamiętali, że ich radość powinna pochodzić z relacji z Nim, nie zaś z osiągnięć w pracy dla Niego6.

Jak zatem oprzeć się pokusie przestrzegania przykazania „im więcej, tym lepiej”? Wierzę, że jest na to tylko jeden sposób: zwolnić tempo życia na rzecz głębokiej i pełnej miłości relacji z Jezusem (więcej na ten temat w rozdziale 4) oraz znaleźć kilku zaufanych towarzyszy, którzy będą czuwać nad tym, żebyśmy nie zwodzili samych siebie. Kiedy orientuję się, że zaczynam myśleć schematem „im więcej, tym lepiej”, często zadaję sobie następujące pytanie: „Czy ta wizja wzrostu ma źródło w moich osobistych ambicjach, czy pochodzi z ust Pana?” (patrz: Jr 23,16–20).

Niezdrowe przykazanie drugie: To, co robisz, jest ważniejsze niż to, kim jesteś

To, co robimy, ma znaczenie – do pewnego stopnia. Bez względu na to, czy należysz do rady starszych, jesteś pastorem, usługującym, liderem grupy domowej, członkiem zespołu uwielbienia, członkiem grupy powitalnej czy liderem marketingu, twoje kompetencje i umiejętności potrzebne do tego zadania są niezwykle istotne. I, miejmy nadzieję, pragniesz je rozwijać, aby działać jeszcze skuteczniej.

To, kim jesteś, ma jednak o wiele większe znaczenie niż to, co robisz. Dlaczego? Ponieważ miłość Jezusa w tobie jest największym darem, jaki możesz dać innym ludziom. To, kim jesteś jako osoba – a zwłaszcza to, jak kochasz – zawsze będzie miało większy i trwalszy wpływ na otaczających cię ludzi niż to, co robisz. Koniec końców twoje bycie z Bogiem (lub jego brak) zawsze bije na głowę robienie rzeczy dla Boga.

Nie możemy dawać tego, czego sami nie mamy. Ale nie możemy się powstrzymać od dawania tego, co już posiadamy.

Możemy wygłaszać inspirujące przemówienia o tym, jak ważna jest duchowa transformacja i czerpanie radości z podróży z Chrystusem. Możemy cytować znanych autorów. Możemy głosić głębokie prawdy zaczerpnięte z Pisma Świętego i wrzucać na bloga mądre sentencje. Dopóki jednak nie będziemy żyć głoszonymi przez nas prawdami i nie zostaniemy przez nie osobiście przemienieni, duchowa transformacja osób, którym służymy, utknie w martwym punkcie. Nie twierdzę, że zupełnie się nie dokona. Będzie jednak bardzo ograniczona.

Zaufaj mi, wiem, co mówię.

We wczesnych latach mojej posługi pasterskiej głosiłem kazania, których nie miałem czasu cierpliwie i świadomie wprowadzać w życie. Myślałem: Czy istnieje jakikolwiek lider, który potrafiłby żyć głoszonymi co tydzień prawdami, nadążając jednocześnie za wszystkimi wymaganiami wpisanymi w służbę przywódczą? Nie pracowałem dostatecznie nad moim życiem wewnętrznym ani nie brałem pod uwagę, jak mój dom rodzinny wpłynął na to, kim jestem jako lider. Nie byłem skłonny z pomocą dojrzałych mentorów lub doradców przyjrzeć się temu, co siedzi mi pod skórą. Byłem zbyt zajęty budowaniem Kościoła; chciałem wprawić tę machinę w ruch. Zakładałem, że dopóki wykorzystuję moje obdarowanie dla Bożych celów, a owoc mojego przywództwa da się zobaczyć gołym okiem, wszystko jest w porządku – nawet jeśli wewnątrz mnie panował chaos i lęk.

Myliłem się.

Moje życie wewnętrzne zaczęło się ostatecznie odbijać na służbie, co – jakże by inaczej – było nieuniknione. Zwłaszcza że nie dostrzegałem zasadniczej prawidłowości: to, jak wygląda moje życie wewnętrzne z Bogiem, jest ważniejsze niż to, co robię dla Niego.

Jezus miał mocno zakorzenioną tożsamość – wiedział, że jest ukochanym Synem Ojca – zanim cokolwiek zrobił w związku ze swoją publiczną działalnością. Przez pierwsze trzydzieści lat życia nie dokonał niczego nadzwyczajnego. Zanim jednak rozpoczął publiczną służbę, Ojciec skierował do Niego następujące słowa: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Łk 3,22).

Trzy kuszenia, jakie diabeł wymierzył w Jezusa po czterdziestu dniach na pustyni, koncentrowały się właśnie na kwestii robienia zamiast bycia (Mt 4,1–11). Dwa z trzech kuszeń rozpoczynają się słowami: „Jeśli jesteś Synem Bożym… [zrób to i to]”. Trzecie to propozycja łapówki, którą Jezus otrzyma, jeśli „upadnie i odda pokłon” szatanowi. Zły chciał doprowadzić do tego, żeby uczynki Jezusa – a nie Jego byciez Bogiem – stały się fundamentem życia i służby Chrystusa. Jest to, jak sądzę, jedna z pierwszych diabelskich pokus dotykająca każdego lidera. Kiedy jej ulegamy, pędzimy na oślep w działania, o jakie Bóg nas wcale nie prosił i stopniowo odłączamy się od miłości Ojca.

Jak oprzeć się wpływom tego przykazania? Powtórz za mną: To, co robię, jest ważne. To, kim jestem, jest o wiele ważniejsze. Pamiętaj, priorytetem Jezusa było przebywanie z Ojcem. Rozpoznawaj wewnętrzne oznaki tego, że przekroczyłeś swoje granice i robisz dla Boga więcej niż może unieść twoja relacja z Nim (na przykład brak pokoju, nerwowość, pośpiech). Niech szukanie Jego oblicza i codzienne wykonywanie Jego woli stanie się twoim priorytetem.

Niezdrowe przykazanie trzecie: Powierzchowna duchowość jest w porządku

Przez wiele lat snułem rozmaite przypuszczenia. Zakładałem, że każdy, kto chodzi do Kościoła i słucha biblijnych nauczań – w naszym Kościele i innych – doświadcza przemiany. Myślałem, że obdarowani liderzy uwielbienia chwalą Jezusa z taką samą pasją w domowym zaciszu, jak na publicznym nabożeństwie. Zakładałem, że pastorzy, personel administracyjny, misjonarze, członkowie rady i pracownicy okołokościelni na pewno są nastawieni na pielęgnowanie głębokiej, osobistej relacji z Chrystusem.

Byłem w błędzie.

Teraz już nic nie przypuszczam. Zamiast tego – pytam.

Proszę liderów, żeby opowiadali mi, w jaki sposób pielęgnują swoją relację z Bogiem. Mówię: „Opisz mi swój rytm dnia; powiedz mi, jak studiujesz Biblię, nie licząc tego, kiedy przygotowujesz się do służby; kiedy i jak długo przebywasz sam na sam z Bogiem”. Pytam ich, jak planują swój czas z Bogiem i co wtedy robią. Im więcej takich pytań zadaję pastorom i chrześcijańskim liderom na całym świecie, tym bardziej jestem zaniepokojony. Lwia część liderów nie ma na to dobrych odpowiedzi.

Problem w tym, że w większości środowisk wszyscy są zadowoleni, dopóki lider wywiązuje się ze swoich zadań (etatowych lub wolontaryjnych). Jeśli jego służba się rozwija, wszyscy są podekscytowani. Kim jednak jesteśmy, żeby osądzać, czy czyjaś relacja z Chrystusem jest powierzchowna lub niepełna? I tu się zgadzam, nie powinniśmy osądzać – mamy jednak rozeznawać. To, że ktoś ma dary i umiejętności do przyciągania tłumów i organizowania działań, nie musi automatycznie oznaczać, że buduje Kościół czy służbę zbliżającą ludzi do Jezusa.

Bardzo podobają mi się wytyczne, jakich Pan udzielił Samuelowi: „Nie tak bowiem, jak człowiek widzi, widzi Bóg, bo człowiek widzi to, co dostępne dla oczu, a Pan widzi serce” (patrz: 1 Sm 16,7). Innymi słowy – mamy nie patrzeć na zewnętrzną otoczkę, ale troszczyć się o serce, w szczególności nasze własne.

Przyjrzyjmy się przykładowi historycznemu. W VII wieku Kościół na Półwyspie Arabskim i w Afryce Północnej sprawiał wrażenie silnego. Jego historia sięgała I wieku, mógł się poszczycić wyrafinowaną teologią, słynnymi liderami i biskupami, wywierał znaczący wpływ na kulturę. Mimo to w bardzo krótkim czasie został zdominowany przez islam. Większość historyków zajmujących się tym tematem zgadza się co do tego, że Kościół jako całość przeniknęła powierzchowna duchowość, która nie zdołała przetrwać wzmożonego naporu nowej religii. Wśród lokalnych wspólnot nastąpił rozłam spowodowany nieistotnymi różnicami doktrynalnymi: zaczęły się lic