Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1481 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Droga - Zbigniew Ściubak

Droga” to relacja z pieszej pielgrzymki z Lublina do Santiago de Compostela i dalej nad Atlantyk. Pielgrzymka ta miała miejsce pomiędzy 15 maja a 21 września 2015 roku.

Droga” to sto trzydzieści, następujących po sobie, splatających się ze sobą, przywołujących się nawzajem poprzez czas i przestrzeń, dni. To urzekająca podróż przez Europę, przez jej dziedzictwo, ale także przez obszary duszy i serca.

Jedyną jej powtarzalnością, jest jej niepowtarzalność.
Niepowtarzalność każdego dnia, każdego zdarzenia, każdego doświadczenia.
Droga” jest zniewalająco piękna, brutalnie prawdziwa, głęboko metafizyczna. Jest drogą przez życie, przez kulturę, przez poznanie. Droga wiedzie ludzi do Santiago, do świętego Jakuba.
Wiedzie ich do prawdy o sobie, o Europie, o Bogu, o życiu.
Wobec „Drogi” nie można przejść obojętnie. Można ją odrzucić albo się nią zachwycić. Można wreszcie na nią wejść. Aby samemu doświadczyć wszystkiego, co ma do zaoferowania.

Opinie o ebooku Droga - Zbigniew Ściubak

Fragment ebooka Droga - Zbigniew Ściubak

Droga

Copyright © by Zbigniew Ściubak, 2016

Wydanie pierwsze

ISBN:  978-83-7859-735-3

wrzesień 2015 - sierpień 2016, Lublin

Nieznajomemu mężczyźnie,

który podał mi szklankę wody

Dzień 1 Nałęczów

– To cześć.

– Cześć.

Coś ściska mnie za gardło. Stoję w przedpokoju. Mam na sobie buty, spodnie, plecak. Krótki gest pożegnania. Przecież się nie zatrzymam. Nie zawrócę. Buty są czerwone. Plecak jest niebieski. Naciskam klamkę. Przechodzę przez drzwi. Idę po schodach. Stopień za stopniem. Ręka łapie poręcz odruchowo. Przechodzę przez drzwi klatki schodowej. Idę przez osiedle. Teraz dopiero czuję wagę plecaka. Pakowałem go wczoraj. Włożyłem wszystko, co potrzebne. Na koniec płatki owsiane i półtora litra wody mineralnej. Zastanawiam się, którędy iść. Spoglądam na mapę wyświetlaną przez komórkę. Dziwnie wskazuje. Pnę się do góry. Lublin położony jest na wzgórzach, jak zresztą cała Lubelszczyzna. Dochodzę do Lubartowskiej. Idę w dół. Mijam ludzi, samochody. Każdy czymś zajęty. Każdy zmierza w jakimś kierunku. Życie wrze jak gdyby nigdy nic. Jest piątek, dochodzi dziewiąta. Ten cholerny plecak uciska mnie z tyłu. Prawda jest taka, że nigdy nie szedłem z wypełnionym plecakiem. Trzy miesiące wcześniej poważnie uszkodziłem sobie kostkę, tak się chciałem przygotować. Ostatnie półtora miesiąca, może nieco dłużej, oszczędzałem się maksymalnie, żeby staw skokowy doszedł do jakiej takiej sprawności. Więc teraz idę w ciemno. Bez przygotowania. Bez testów, jakie powinienem zrobić. Przejść kilkadziesiąt kilometrów z pełnym plecakiem. Zobaczyć, jak to jest.

Boże, jak mnie uwiera. Skrzyżowanie. Trolejbusy czekają na światłach. Tylko dwa miasta w Polsce mają trolejbusy. Zielone. Ruszam. Nie dam rady. Przechodzę przez wysepkę, a potem na drugą stronę. Skręcam pod pobliski mur. Zdejmuję plecak. Po prostu mnie boli. Boli i już. Kręgosłup. Te dwanaście kilogramów. Na początku, jak wyszedłem z domu, nic nie czułem. Teraz, po około godzinie, nie mogę dalej z tym iść. Choć trochę muszę zmniejszyć ciężar. Odkręcam butelkę. Wylewam połowę wody. Zakręcam. Trawa jest zielona. Podnoszę plecak. Zakładam go. To wcale nie jest proste. Zapinam wszystkie pasy. Biorę kijki. Idę pod górę, w kierunku ratusza.

Stojące przed ratuszem tablice obrazują wydarzenia z historii. Unię dwóch dużych państw, Polski i Litwy. Powstanie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Unię zawierano w Lublinie. Tablica jest czarna. Czcionka wyraźna. Jest pogodnie. Znajomy mężczyzna w ciemnym garniturze zmierza w stronę wejścia do ratusza. Poznaję go.

– Cześć – wyciągam rękę.

– Cześć – odpowiada i patrzy z lekkim zakłopotaniem. Jest elegancki, wyprasowany. Buty się błyszczą.

– Nie poznajesz mnie? – pytam.

– No... nie – dodaje z pewnym zakłopotaniem.

– Jesteś Zdzisiek – uzupełniam nazwiskiem.

– No... nie. – Jego zakłopotanie staje się jeszcze większe, ale w tym momencie rozumiem cały komizm i niedorzeczność sytuacji oraz mojego pozdrowienia. – Ale znam Zdzisława. – Nieznajomy ratuje sytuację.

– A. No to pozdrów go. Przepraszam.

– Nic się nie stało – uśmiecha się rozluźniony.

Znów uścisk ręki. Obracam się w prawo. Idę deptakiem. Patrzę na te budynki i ludzi. Na jak długo was zostawię? Czy to istotne? Ból u dołu z prawej strony kręgosłupa staje się nie do zniesienia. Więc to tak? Więc to tak się skończy? Tutaj? Naprawdę? Siadam na ławce. Odpoczywam. Przeszedłem jakieś cztery, może pięć kilometrów. Wyjmuję tę butelkę. Nic z tego. Nie mogę iść bez wody. Ale nie mogę iść z wodą. Po prostu nie mogę. Dlaczego się nie przygotowałem? Dlaczego nie trenowałem? Dlaczego nie chodziłem z pełnym plecakiem? Dlaczego znalazłem się w tak głupiej sytuacji? Piję, ile mogę. Chłodna woda wpada do mojego gardła. Jacyś dwaj przebierańcy kwestują na chwalebny cel. Wnoszę o jego chwalebności z ich przebrań. Dobrze zrobione. Historyczne. Przechylam butelkę. Wylewam całą resztę wody do kratki ściekowej. Jeśli nie mogę iść, to po co mi woda? No po co? Przecież jeszcze nie zacząłem, a już klapa, porażka. Mnę plastik. Robię kilka kroków w kierunku kosza. Ponownie zakładam plecak. Idę przez Krakowskie Przedmieście. Gołębie kołują nad budynkiem poczty z lewej strony. TerazAleje Racławickie. Po prawej duży miejski park. Po lewej uniwersytet imienia Jana Pawła drugiego, czyli popularny KUL. Nic z tego nie będzie. Znowu mnie boli kręgosłup. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego mnie to spotyka. Jak śmieszny jestem?

Boli mnie na odcinku kręgów krzyżowych. Rozpinam pas biodrowy. Całkiem. Łapię od spodu zwiniętą karimatę, która jest przymocowana do dna plecaka. W ten sposób jego ciężar rozkłada się pomiędzy moje barki, a wyciągnięte dłonie, na których trzymam karimatę, a na niej plecak. Chce mi się wyć. Ale się zacinam. Zacinam się w uporze. To przekonanie, ten dotyk klęski. To doświadczenie przemożnej niemocy i niemożności obezwładnia mnie. Ale wciąż idę. Idę. Dokąd idę? Po co idę? Do Ciebie?

– Wierzysz we mnie?

– Wierzę. – Moja odpowiedź jest wyuczona. Poprawna. Właściwa. Bez cienia ognia i prawdy.

– Wierzysz we mnie?

– Wierzę – powtarzam po raz drugi. Bo co mam zrobić. Taka jest prawda. W tym bólu. W tej beznadziejnej i głupiej sytuacji, w tej walącej się na głowę porażce. Ta odpowiedź jest prawdziwa.

– Wierzysz we mnie?

Ile razy jeszcze padnie to pytanie? Czy to naprawdę jest pytanie? Czy ono naprawdę do mnie dociera?

– Wierzę. – Tym razem odpowiedź jest prawdziwa. Bo już nie ma w niej kalkulacji. Nie ma w niej powtarzania ani próby spełnienia oczekiwań na poprawną odpowiedź. Nie ma w niej już nic poza prawdą. Głupią. Prostą. Ale jednak prawdą.

– Dojdziesz.

Żarty. Jak to? Dojdę. Jestem osiem kilometrów od domu. Jak to – dojdę? Ale jak to – wierzę? Więc wierzę czy nie? Czy to tylko gra? Na wszelki wypadek. Więc mam się złapać tego „Dojdziesz” czy mam kombinować jak przez całe życie? Zostaję z tymi pytaniami i odpowiedziami. Idę przez półtorej godziny, niosąc plecak w ten dziwny sposób. Potem puszczam go, ale nie zapinam pasa biodrowego. Ramiona zaczynają mnie boleć. Tak się nie nosi plecaków turystycznych. Dojdę? Wierzę? Wierzę. Ale czy dojdę? Jak można dać, takie zapewnienie, w takiej sytuacji? Czy można je przyjąć? Co to właściwie wszystko znaczy i do czego to prowadzi?

Biedronka po lewej stronie to miejsce wytchnienia. Zdejmuję plecak i wkładam go do wózka. Kupuję kefir. Na zewnątrz, na przystanku wyjmuję z plecaka sztućce z tworzywa sztucznego i płatki owsiane. Jem. To pierwszy przystanek. Chwila spokoju. Patrzę na swoje stopy. Wyjmuję komórkę i piszę krótkie zdanie na blogu. Może przeczytają. Może się niepokoją. Ponownie ruszam. Teraz zapinam pas biodrowy. Jakoś idzie wytrzymać, to znaczy na razie mnie nie boli.

Na drodze straszny ruch. Gdy rozmawiałem telefonicznie z siostrą przełożoną w Nałęczowie, mówiła z zaniepokojeniem o drodze, którą wybrałem. Może trzeba było naokoło. Ale tędy krócej. Trzydzieści kilometrów to dla mnie aż nadto. Szosa nie ma pobocza. Trzydzieści centymetrów od brzegu jezdni grunt opada ostro w dół, a wszystko porasta wysoka trawa. Z naprzeciwka jedzie TIR. Rozpędzony. Ogromny. Cały się chwieje. Schodzę w dół. Stopy zsuwają się po nierównościach. Plecak kołysze mi się na plecach. Szum. Minął mnie. Krok w górę. Idę dalej. Kolejne samochody. Kolejne uniki. Wreszcie miejscowość. Kilometr chodnika. Wszystko się powtarza. Wysiłek. Zejścia z szosy. Chodniki w miejscowościach. Tomaszowice. Rozglądam się. Skręcam w lewo. Idę w kierunku kościoła. Patrzę teraz na niego. Z prawej strony przygląda mi się kobieta.

– A pan to jakimś globtroterem jest? – ni to pyta, ni to stwierdza.

– Nie. Pielgrzymem – odpowiadam. Widzę niedowierzanie na jej twarzy. Coś próbuję tłumaczyć. – A widzi pani tę mozaikę na frontonie kościoła? – Mozaika przedstawia Chrystusa z rozłożonymi ramionami. – Wie pani, że kiedyś ją układałem? – Czuję się dumny.

Wchodzę do kościoła. Klękam na chwilę. Zanurzam się w ciszy. Nic nie mówię. Pewnie nie ma takiej potrzeby. Wstaję. Najgorzej jest wstać. Po krótkim zatrzymaniu albo po dłuższym odpoczynku. Wtedy jest najgorzej. Ciało natychmiast wysyła dziesiątki sygnałów bólu i dyskomfortu. Gdy się idzie, to pomimo zmęczenia, wszystko osiąga jakąś równowagę. Ale przecież nie można ciągle iść.

Roboty drogowe. To znaczy jakaś poważna inwestycja obok drogi. Wszystko w kurzu. Każdy przejeżdżający samochód ciągnie za sobą małą chmurę rdzawego koloru. Idę przez tę pomarańczowobrązową mgłę. Robotnicy ustawiają coś na stalowych rusztowaniach. Modernizacja kraju.

Tuż przed Nałęczowem robię trzeci przystanek. Wyciągam foliowy worek na śmieci. Będzie mi służył jako mata, wszędzie tam, gdzie siadać będę na trawie, na ziemi. Kładę się. Czuję, jak nogi mi odpoczywają. Szedłem stosunkowo ostrożnie, więc staw bardzo mi nie dokucza. Jestem jednak strasznie zmęczony. Nogi pulsują tym zmęczeniem. Zamykam oczy. Oddycham.

Gdy wstaję, jest znowu źle. Gorzej, niż gdy się kładłem na tej trawie. Idę przez ból. Widzę tabliczkę z napisem „Nałęczów”. Matko. Więc jednak. Więc jednak doszedłem. Ten pierwszy dzień. Boże, jak było ciężko. To ciągłe zatrzymywanie się, by przepuścić jakiś samochód. To kołysanie plecaka. Ale teraz go niosę i nic się nie dzieje. Nie mam w nim wody. Płatki prawie zjadłem. Jest lżejszy. Od czasu do czasu, na zmianę, to rozpinam, to zapinam pas biodrowy. Długa aleja. Ile ona ma? Kilometr, dwa? Ciągle idę. Bolą mnie stopy. Bolą mnie nogi. Bolą mnie plecy. Gdzie to właściwie jest? Nałęczów minąłem dawno temu, to jest znak drogowy informujący, że to Nałęczów. Skręcam w prawo, potem w lewo. Jest ta ulica. Teraz pod górę. Każdy krok to mały płomyk bólu. Boże jak ciężko. Dlaczego pod górę? Idę krok za krokiem. Coraz wolniej. Coraz krótszymi krokami. Dochodzę ostatkiem sił do ogrodzenia. Naciskam dzwonek. Mówię do kratki. Słyszę buczenie. Otwieram furtkę. Wchodzę. Siostry witają mnie.

Siadam. Doszedłem. Co za błogosławieństwo, że można usiąść. Serdeczne przyjęcie. Uśmiechy. Rozmawiam z siostrą przełożoną. Tak. Znamy się. To dlatego właśnie tu przyszedłem. W ten swój pierwszy dzień. To mój pierwszy i jedyny umówiony, i zaplanowany nocleg. Nie mam żadnego poza nim. Gdzie będę spał? Bóg pokaże. Poprowadzi. Pomoże. Jakoś to będzie. Musi jakoś być. W końcu Polska to chrześcijański, katolicki kraj. Idę do Jakuba Apostoła. Pójdę na parafię. Wszędzie są jakieś parafie. Będzie dobrze. Zasypiam. Bez snów. Bez pamięci. Zdrowym leczniczym snem.

Dzień 2 Janowiec

Droga do Wąwolnicy jest wspaniała. Piękna, wygodna. Taka autostrada dla pieszych. Podobno świeżo oddana. Śniadanie miałem dobre. Nawet dostałem kanapki na drogę. Kochane siostry. Dziwna sprawa z tymi siostrami. To chyba tylko w Kościele Katolickim takie sympatyczne zakony. W każdym razie może jeszcze kiedyś wrócę, tym razem turystycznie, do Nałęczowa, do sióstr. Mają piękną kaplicę. Rano msza święta. Było jasno. Ksiądz mówił wyraźnie. Wszystko blisko. W drodze dzwoniła rodzina. Jak wychodziłem, to powiedziałem, że plan jest do Wąwolnicy. To sanktuarium maryjne pod Lublinem. Rok w rok, idą do niego pielgrzymki piesze. Więc to taki mój realny, mały cel. Gdzie jak gdzie, ale do Wąwolnicy chcę dojść. Przynajmniej tam. Pomodlę się, a potem zobaczymy.

Robi się gorąco. Wchodzę do Wąwolnicy. Zatrzymuje mnie mężczyzna. Starszy. Pomięta twarz, pomięta marynarka. Czapka, spodnie, półbuty. Widać. Niestety widać. Że pod wpływem. Chce dwa złote. Na papierosy. No bo przecież nie na wódkę. Po prostu, na papierosy. Rozmawiam z nim. Niebo za jego sylwetką jest błękitne. Słońce rozjaśnia rzędy zabudowań. Kościół jest na prawo. Pewnie niecały kilometr. Nie wiem, czy dać, czy nie dać. Dwie chęci szarpią mnie w dwie strony. Patrzę mu w oczy. Najchętniej uciekłbym z tym wzrokiem. Dać. Oczywiście, że dać. Jestem pielgrzymem i spotkałem biednego człowieka.

– Nie – mówię i kręcę przecząco głową. – Myślę, że pan tego nie potrzebuje.

Zdziwienie na jego twarzy.

– Myślę, że to panu nie jest potrzebne. Te papierosy.

Co mu jest potrzebne? Czy on sam nie wie tego najlepiej? Ale faktycznie myślę, że nie tego potrzebuje. Potrzebuje czegoś, co wyleczy go z pragnienia zapomnienia. Z pragnienia zrobienia sobie na chwilę dobrze. Alkoholem. Może i papierosami, choć w to jakoś wątpię. Facet się chwieje. Chwieje się nie tylko fizycznie. Chwieje się psychicznie. Tak naprawdę, to wypadł z trasy, szoruje po poboczu sercem. Pewnie mu krwawi, więc musi zapominać. Ale to nic nie da. Nic nie dadzą kolejne dwa złote. Czy pięć złotych. Dadzą mu tylko kolejne wepchnięcie go w rzeczywistość, w której wcale nie jest szczęśliwy, w której wcale nie stoi na nogach, w której donikąd nie zmierza. Nie wiem, czy dobrze robię. Nie daję mu tych dwóch złotych. Jestem zły? Zostawiam te pytania za sobą. Skręcam w prawo. Pod górę. Widzę kościół. Cały z czerwonej cegły. Figura matki Bożej jest jednak w kaplicy po prawej stronie. Wiem to, bo tu bywałem. Robię zdjęcie przed wejściem do kaplicy. Wchodzę. Jest cicho i cień. Klękam. Nic nie mówię. Nie wiem co powiedzieć. Jestem. Po prostu jestem. Czy potrafimy wytłumaczyć to wszystko, co się kryje za tym jednym słowem: jestem?

W niewielkim okienku przy wyjściu z kościoła proszę o pieczątkę do paszportu pielgrzyma. To trzecia w moim paszporcie. Pierwsza jest od dominikanów z Lublina. Druga od urszulanek z Nałęczowa. Teraz mam trzecią. Idę dalej. To jakiś przełom. To początek wyzwania. Wychodzę poza Wąwolnicę. Poza ten etap, który, jak deklarowałem, miał być minimum mojej pielgrzymki. Nogi mnie bolą, ale pogoda jest piękna. Wchodzę w jakiś wąwóz. Jest głęboki. Drzewa z obu stron pochylają się zielenią nad wyżłobionym w ziemi korytarzem. Z góry słońce gdzieniegdzie przeziera, zaglądając do środka. Jest cicho, spokojnie. Nikogo oprócz mnie. Wąwóz pnie się pod górę. Ta prześwietlona zieleń liści nade mną i przede mną, te bajecznie wystające ze zboczy wąwozu korzenie i pnie drzew, wszystko jakieś nierzeczywiste i piękne. Mógłbym tak iść i iść, bez końca.

Wychodzę na przestrzeń, na niebo, na pola. Daleko przede mną, lśniąca żółcień kwiatów. Nie wiem, co to. Rzepak czy jakieś inne rośliny? Gruntowa droga prowadzi mnie w ich kierunku. Wszystko skrzy się od kolorów. Wiatr jest delikatny, słońce dosłowne, widzę traktor. Mężczyzna podjeżdża. Ciągnie za sobą jakąś maszynę. Mijamy się bez słów, za to ze skinięciem głowy. Cieszę się. Cieszę się, że wreszcie nie ma samochodów. Że idę swobodnie. Chociaż, gdy patrzę pod nogi, to widzę zbryloną ziemię, grudy zaschniętego błota. Gdyby padało... Nie pada. Tak naprawdę cały czas jest ze mną obawa. Gdzieś za ścianą ekranu świadomości, na którym doświadczam całego tego piękna dookoła mnie, całego tego uroku natury, ciągle jest. Myśl i wiedza, że przecież nie wiem, gdzie będę spał. Czy będę spał? Jak to będzie? Przecież ten dzień jest tak naprawdę wyzwaniem. Pierwszym wyzwaniem. Idę w ciemno. Idę przed siebie. Jestem prawdziwym pielgrzymem, który idzie bez zabezpieczeń. Bo tak powinno się żyć. Bo tak powinno się iść. Bo Bóg czuwa nad ludźmi. Moja świadomość odgrywa przede mną sceny. Widzę siebie, jak wchodzę do kościoła albo na plebanię i proszę o nocleg. Widzę księdza, który mi odpowiada. Sprawdzam, czy to odpowiedź twierdząca. Tak bym chciał, aby była to odpowiedź twierdząca. Droga się dłuży. Zmęczenie dokucza mi o wiele bardziej niż wczoraj. Wczoraj, to był pierwszy dzień. Pierwszy dzień w ogóle. Po długim okresie odpoczywania i unikania zbytniej aktywności ruchowej. Noga mi w zasadzie nie dokucza. Staram się stąpać ostrożnie. Zatrzymuję się. Siadam na trawie, na moim służbowym worku na śmieci. Wyjmuję kanapki od sióstr. Po prawej, tuż nade mną, na słupie elektrycznym jest gniazdo. Bocian patrzy na mnie stamtąd ciekawie. Tak sobie przynajmniej mówię. Odwijam pozłotko. Przeżuwam kęsy kanapki. Siostry się postarały. Jak dobrze. Jak dobrze coś zjeść. Gwałtowny szum. Silnymi uderzeniami skrzydeł bocian zlatuje z gniazda i tuż koło mnie, wzbija się w górę. Jaka szkoda, że nie mogę go sfilmować. Zrobić zdjęcia. Nie zdążyłbym. Zrobienie zdjęcia zajmuje mi co najmniej minutę. Ciągle uczę się obsługiwać tę komórkę. A tak bym chciał. Chciałbym zachować. Zapamiętać. Zapisać. Wszystko, czego doświadczam. Może nie wszystko. Wszystko co piękne. Co uderzające, jak ten wielki ptak, tłuczący skrzydłami o powietrze.

Nogi bolą mnie coraz bardziej. To się staje już nieznośne. Dochodzę do Kazimierza nad Wisłą. Nie wiem, co ludzie w nim widzą. To jedna z najbardziej znanych miejscowości. Może nawet w Polsce. Wisła piękna. Ale piękna jest wszędzie. Zabudowa dość urocza. Zabytki. Ale z czego ma być ten zachwyt? Ciągle myślę. Ciągle myślę, jak to będzie z noclegiem. Planuję co mam powiedzieć, żeby zostać przyjęty. Analizuję, jak ksiądz może zareagować. Czy może powiedzieć – nie? Może powiedzieć – nie – taka myśl uparcie gdzieś przesuwa się między innymi, choć staram się ją wykluczać, odsuwać, zasłaniać. To niemożliwe. Nie powie – nie. W życiu trzeba mieć pozytywne nastawienie. To przede wszystkim. Gdy jesteśmy pozytywnie nastawieni, wszystko się udaje. Wizualizuję pozytywne przyjęcie mnie przez księdza. Przecież gdyby mnie nie przyjął, to znalazłbym się w dupie. To znaczy nigdzie. To znaczy nie wiem, co miałbym ze sobą zrobić. Upominam siebie za wulgaryzmy w moich myślach. To wszystko z lęku, ze strachu, niepotrzebnego przecież. Wstaję z trawnika, na którym odpoczywałem. Nie idę na rynek w Kazimierzu, moim celem jest Janowiec. To po drugiej stronie Wisły. Nigdy tam nie byłem. Czytałem w internecie, że jest przeprawa promowa. Nawet zadzwoniłem dwa dni temu. Potwierdzili. Więc przez Wisłę się przeprawię. Tylko, co ile jest prom? Ile będę musiał czekać? Po lewej stronie dwóch facetów gra na gitarach i śpiewa. Są nieźli. Zatrzymuję się i słucham. Brawo. Na żywo. Nie z radia, a muzyka, że palce lizać. Na szerokim słupku z prawej strony, niemal na wysokości mojej twarzy, leży czarny kot. Po prostu leży, wygrzewa się albo leniuchuje. Idę wzdłuż Wisły na południe do przeprawy promowej. Skręcam na wał. Obserwuję rzekę. Gdzie ta przeprawa? Docieram. Prom właśnie czeka. Pędzę. To znaczy usiłuję. Jestem kompletnie wykończony po tym drugim dniu marszu. Plecak jest ciężki. Nogi bolą niemożliwie. Wykonuję jakieś pokraczne gesty, usiłując przyspieszyć. Mijają mnie młodzi ludzie na rowerach.

– Camino?

– Tak – opowiadam.

– To wszystkiego dobrego!

Wchodzę na prom. Kilka złotych. Zdejmuję plecak. Siadam z przodu. Mrużę oczy. Na rzęsach słońce rozsnuwa się tysiącem świetlnych nici. Prom pracuje. Spod powierzchni wynurza się lina. Rzeka płynie. Odpoczywam. Drugi brzeg. Tam czekający ludzie i samochody. Nigdy tam nie byłem. Przekraczam największą rzekę Polski. Pozwalam umysłowi odpocząć, zostać w tej mieszance słońca i wody. Tak długo, aż lekki wstrząs nie oznajmia, że dotarłem.

Droga jest wyraźna. Pytam na wszelki wypadek. Widzę z daleka ruiny zamku. Piękne. Szkoda, że nigdy tu nie przyjechałem, a przecież nie mam daleko. Ściemnia się. Chłodno. Coraz chłodniej. Jak sprawdzałem pogodę, to w nocy miało być osiem stopni. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze – niemal krzyczę temu kołowrotkowi myśli, który mówi mi: – Gdzie ty się wybrałeś? Czyś ty szalony? A co, jak nie znajdziesz noclegu? Rozglądam się. Szukam wyobraźnią miejsca. Miejsca do spania. Niczego takiego nie widzę. Widzę za to chmury. Prognoza pogody mówiła o możliwym deszczu. Widzę kościół. Nareszcie. Wejście na plebanię przez solidny mur. Kościół na wprost. Plebania na prawo. Ale co za plebania. Wow. Mają dochody z turystyki czy co? Pełny wypas, piętra i antena satelitarna. Naciskam dzwonek. Rozglądam się. Nic się nie dzieje. Serce wali mi znacznie szybciej, niżbym chciał. Więc jak to będzie? Dobrze będzie – raz jeszcze krzyczę swemu wnętrzu. Naciskam dzwonek ponownie. Sekundy mijają leniwie. Słyszę odgłos. Drzwi otwierają się.

– Szczęść Boże – witam się przepisowo.

– Szczęść Boże.

– E... Czy ksiądz chciałby przenocować pielgrzyma? Jestem pielgrzymem.

– Nieee... – Mężczyzna w średnim wieku robi pół kroku do tyłu w trakcie wypowiadania tego słowa.

– Ale ja mogę spać gdziekolwiek. Mogę spać na podłodze – uzupełniam jak automat, któremu urwał się jakiś tryb i który nagle przyspiesza swoje działanie.

– Nieee... nie mamy – odpowiada mężczyzna, odsuwając się o następne dziesięć centymetrów i przymykając lekko drzwi.

Czego nie macie? – brzmi w moim umyśle. Czego nie macie? Podłogi nie macie? Bo antenę satelitarną przecież macie. Niewiarygodność sytuacji spada mi potokiem przez głowę, gardło, aż do wnętrza. Wszystko we mnie wrze i kipi. Ze strachu. Z obawy. Z przerażenia. Ze złości.

– No to... z Panem Bogiem – mówię.

– Z Panem Bogiem – odpowiada mężczyzna i zamyka drzwi.

Stoję. Stoję przed drzwiami z solidnego drewna. Przed piękną plebanią. To niemożliwe. Odwracam się. Idę w kierunku wyjścia. Nogi skarżą się bólem i zmęczeniem. Czego nie macie? Czego nie macie – krzyczy mi w środku. Rozglądam się. Ulica małego miasteczka. Domy. Są jeszcze ludzie. Nie jestem sam. Skupić się na najważniejszym.

– Dzień dobry.

– A dzień dobry.

– Przepraszam. Ja mam takie nietypowe pytanie. Jestem pielgrzymem, czy mogłaby pani mnie przenocować? Mogę spać gdziekolwiek, na podłodze...

Kobieta robi minę, jakby zauważyła, że coś ze spodni mi się wylewa. Pomieszanie niesmaku i odrazy. Kręci głową. Mi się też w głowie trochę kręci. Następna to samo. Gdy pytam za trzecim razem, słyszę na pożegnanie radę:

– To do księdza proboszcza niech pan pójdzie.

– Ale ja stamtąd właśnie idę. Od księdza proboszcza.

Kobieta rozkłada ręce. Między nami cisza. Gdzie ja mam pójść? Nikt mnie nie chce. Matko święta. Gdzie ja się znalazłem? Ściemnia się coraz bardziej. Idę uliczką przeżuwając jakieś ziarna rozpaczy. To niemożliwe. Po prostu niemożliwe. Nie mam gdzie spać. To niemożliwe. Tak nie miało być. Wszystkie obawy materializują się teraz w koszmarnej rzeczywistości. Zapytane, za którymś razem, kobiety naradzają się ze sobą.

– Ale gdzie by pan chciał spać?

– Gdziekolwiek proszę pani.

– A za pieniądze?

– Może być za pieniądze. Nie mam gdzie spać, a gdzieś spać muszę.

– Pan idzie – mówi jedna z nich.

Pokazuje mi dom, kilkadziesiąt metrów dalej.

– Ona ma agroturystykę. Pan tam zapyta.

Pytam. Jest pokój. Wchodzę. Próbuję negocjować. Zasoby finansowe nie są moją mocną stroną. Bezskutecznie. Płacę. Łóżko. Stolik. Siadam. Chce mi się wyć. Wyć na cały świat. Wyć na siebie. Na swoją głupotę. Wyć na tych ludzi. Cudem, ostatnim rzutem kostki – mam pokój. Mam miejsce. Kupiłem sobie. Czy cud zdarzy się ponownie? Internet nie działa. Ale warunki dobre. Czysto, ładnie, tylko zimno bardzo. Dzwonię do domu. Że mam nocleg. Na parafii? Nie. Nie na parafii. W gospodarstwie agroturystycznym. Zasypiam bez pamięci.

Dzień 3 Zwoleń

Pada. Pierwszy raz idę w intensywny deszcz. Padało też pierwszego dnia, gdy szedłem do Nałęczowa, ale to był przejściowy i nieśmiały opad. Teraz jest inaczej. Mam ponczo. Kaptur na głowie. Cały jestem w tym ponczo schowany. Poruszam się w nim. Pocę. Idę jak najszybciej, jak najmocniej. Idę do Zwolenia. Nie mogę dopuścić. Nie mogę dopuścić jeszcze raz do takiej sytuacji, w której będzie już ciemno, a ja będę bez noclegu. Jeszcze ten deszcz. Więc dojdę wcześniej. Sprawdzę. Jakieś możliwości awaryjne. Bo co będzie, jak ksiądz znowu powie – nie? Wszystkiego bym się spodziewał, ale nie tego. A może zupełnie przeciwnie, właśnie się tego spodziewałem, czy obawiałem. Chciałem wierzyć w dobro, w świat, w ludzi. Do jasnej cholery jestem pielgrzymem, który idzie do Santiago. Tylko, że to... nic nie znaczy. Tutaj, to nic nie znaczy.

Mijam tablicę z nazwą miejscowości i pierwsze zabudowania. Wzrok łapczywie przesuwa się po ulicy w poszukiwaniu awaryjnej możliwości noclegu. Jest. Hotel po lewej. Matko... wywiesili cenę na plakacie. Przecież mnie nie stać. Najzwyczajniej w świecie nie stać. Mam mało pieniędzy. Tak mało. Tak mało, że może mi nie starczyć. A wtedy. Co wtedy? Co wtedy? Ci, co siedzą w ciepłych fotelach, powiedzą – jakoś będzie, głowa do góry. I inne takie. To cholernie wkurzające, iść z niewielką sumą pieniędzy. Ciągle musisz liczyć, ciągle ścibolić, ciągle w stresie. Po prawej wskazanie na kościół. Dochodzę. Jest wcześnie. Wchodzę na chwilę do środka. Teraz szukam plebanii. Tuż obok. Dzwonię. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Siadam na ławce pod drzwiami. Nie mam nic do zrobienia. Wyjmuję płatki. Moje jedzenie na pielgrzymce. Tanie i zapychają. Długo leżą w żołądku, więc nie chce się jeść. No i zdrowe, bo czyszczą brzuch. Świeci słońce. Przymykam oczy. Zatrzymuje się samochód. Ksiądz. Wstaję.

– A kogo my tu mamy? – pyta ksiądz.

– A pielgrzyma.

– A dokąd to pielgrzym idzie?

– A do Jakuba.

– A do którego?

– A do starszego. Apostoła. – Dokształciłem się. Wiem, że w Santiago jest pochowany Jakub zwany starszym. Jeden z dwunastu apostołów Jezusa.

– Ale tak... – ksiądz robi pauzę – za jednym razem?

– A za jednym – odpowiadam z nutą dumy.

– A to zapraszam do środka.

Rozmawiamy w dużej sali. Ksiądz oferuje coś do jedzenia. Jestem wdzięczny.

– No a co z noclegiem? – pyta.

– No właśnie... szukam. Nie mógłby ksiądz coś doradzić? Mogę spać na podłodze – mówię ostrożnie.

Frasunek. Analiza.

– No ten tam – tu pada nazwisko – no ale on by chciał za pieniądze. No i w ogóle. – Kolejne możliwości pojawiają się w trakcie jedzenia. – Właściwie, to ja mam taką salę. Tam jest teraz spotkanie. Więc jakby pan chciał.

Pytanie. Matko kochana. Jak bym chciał? Mogę nawet księdza pocałować. W policzek rzecz jasna.

– Bardzo chętnie.

– To pan zaczeka, pójdę sprawdzić.

Wszystko jest posprzątane, czyste, eleganckie. Jem pomidory. To witaminy. Sala okazuje się możliwa, do stania się moim domem na noc. Jest położona trochę z boku budynku parafii. Zestawione ławki mogą robić za łóżko. Postanawiam spać na podłodze. Ksiądz zaprasza, jeszcze do siebie. Jest debata. Oglądamy. Telewizor jakiś przedpotopowy. Argumenty polityków mnie mijają. Rozmawiamy. Prawdę mówiąc, czuję się jak w domu. Normalnie. Swobodnie. Przyjęty. Może jak brat. Żegnam się i idę do salki. Zawijam się w czerwony śpiwór. Wcześniej zgasiłem światło. Życie nie jest jednak takie złe.

Rano śniadanie. Rozmawiamy na luzie. Ksiądz pyta o decyzje, o moje przygotowanie. O języki. Więcej mam zapału niż zasobów. Z języków to trochę po angielsku. Parę słów po niemiecku, po francusku i hiszpańsku ani słowa. Ale się nauczę – zapewniam.

– No i co tu robić, idąc tak samemu? – rozważa ksiądz proboszcz. – Chyba się trzeba modlić. Na różańcu. No bo co robić? Tyle godzin.

Faktycznie, wydaje się mieć rację. Z drugiej strony. Gdy się idzie, to człowiek cały czas się zastanawia, co dalej. Gdzie spać? Co będzie? Czy ja się modliłem na różańcu, jak szedłem? Pewnie, że nie. Czy się modliłem w ogóle? Jeśli przyjąć moje próby zwracania się do Boga, czy pewnych rozważań, to oczywiście. Jednak uwagi o tym, że nie będzie co robić z czasem w trakcie pielgrzymki, do mnie nie trafiają. Nigdy w życiu się nie nudziłem. Nigdy nie było tak, że nie miałem co zrobić z czasem. Po prostu tak nie było. Nie wiem dlaczego. Nie rozumiem ludzi, odczuwających tak zwaną nudę. Nie wiem jak się nudzić. Nigdy nie wiedziałem. Umysł to w końcu taka cudowna zabawka, która zawsze pracuje.

– A wie pan, gdzie pan dzisiaj pójdzie? – Ksiądz zawiesza głos, a ja robię zdziwioną minę. Jak to, czy ja wiem, gdzie ja pójdę? – Do Skaryszewa – kontynuuje proboszcz – a wie pan dlaczego?

– No... nie wiem – uśmiecham się.

– Bo tam jest parafia pod wezwaniem świętego Jakuba Apostoła i proboszcz tej parafii właśnie składa projekt o budowę schroniska dla pielgrzymów. On chce zrobić schronisko dla tych, co chodzą po ścieżkach świętego Jakuba, więc pana przyjmie z honorami.

Rozluźniam się. Horror, który przeżyłem w Janowcu, zdaje się być tylko przykrym wypadkiem przy pracy. Żegnamy się. Normalnie. Po polsku. Można by rzec jak Polak z Polakiem. Dziękuję Bogu za takich księży. Ruszam do Skaryszewa.

Dzień 4 Skaryszew

Zepsuła mi się noga. Nagły, kłujący, ostry ból w stawie. Jeszcze jeden krok. Jeszcze jeden. Nie mogę. Cholera jasna. Małe miasteczko. Wioska bardziej. Sklep. Kupuję kefir i płatki. Kuśtykam z bólem do ławki przy kościele. Siadam. W środku chyba coś się odprawia. Noga wyprostowana. Odpoczywa. Mieszam płatki z kefirem. Wyciągam plastikową łyżkę. Patrzę. Wiatr kołysze gałęziami. Słońce opiera się o mury kościoła. Czerwona cegła. Wszystko jakieś senne, zawieszone w powietrzu. Gryzę płatki. Jeszcze nie zmiękły dostatecznie. Rozglądam się. Spragniony wciąż jestem tego, co wokół. Świata? Pozwalam, by czas płynął. Siedzę z tym pytaniem, co będzie, jak wstanę, gdzie dojdę? Kolejne porcje płatków lądują w moich ustach. Koniec końców, bo koniec w naszej rzeczywistości zawsze ma kiedyś miejsce, zbieram się. Staję na obu nogach. Nie jest dobrze. Zakładam plecak. Biorę kije, idę. Bardzo. Bardzo powoli. Każdy krok ma długość dwudziestu, trzydziestu centymetrów. Robię je delikatnie. Jeszcze bardziej delikatnie. Powolutku przesuwam się do przodu. Między gałęziami drzew istnieje niebo. Z rzadka jakiś samochód. Jestem tym leniwym poruszaniem się. Sennym przesuwaniem się w czasie i przestrzeni, która wysycona jest wczesną wiosną. A może późną wiosną? A co to ma za znaczenie?

Skręcam w lewo. Teraz droga prowadzi mnie wśród pól. Płaskich niemal jak stół. Szeroki na dwa metry asfalt jest zupełnie pusty. To znaczy nie ma na nim samochodów. Idę już nieco szybciej. Zupełnie bezwiednie. Patrząc na zieleń pól i traw, zapomniałem o nodze. Kroki stają się normalniejsze. Jest nieskończenie cicho. Da się słyszeć odgłosy owadów, pewnie rozradowanych wiosennym słońcem. Wchodzę w las. Las to taki ocean zieleni. Nie taki jak ten prawdziwy, co się ściele u stóp i pędzi w nieskończoność. Leśny ocean po prostu obejmuje cię. Jest zewsząd i wszędzie. Wszędzie potoki światła, setki migoczących liści, dywan miękkiej ściółki. I ten szum. Przenikający człowieka. Nikogo nie ma, przede mną, za mną. Wędruję przez ten prześwietlony światłem las zupełnie sam. Jestem w każdym liściu, w każdej igle poszycia, w każdym pochyleniu się drzewa. Jestem tu w pełni. Jestem ruchem. Ruchem przesuwającym się przez las. Ruchem kołyszących się źdźbeł trawy, łodyg krzewów, wysoko zawieszonych gałęzi.

Gdy wychodzę z lasu, widzę samotne ludzkie zabudowania. Gospodarstwo. Długo tu szedłem. Nogi mnie bolą prawie niemożliwie. Rozkładam worek. Kładę się na nim. Zakładam czapkę na czoło, tak by przysłaniała słońce. Przez cały ten czas, drogą przez las i teraz, gdy leżę opodal opłotków jakiejś zagrody, nikt mnie nie minął, żaden samochód, żaden człowiek. Tylko cisza i wiatr. W oddali widzę drugie obejście. Jakieś sto, może więcej metrów. Jakieś dzieci tam biegają. Może grają w piłkę. Może bawią się w chowanego. Szczęśliwy czas, szczęśliwe miejsce, wyjęte z rzeczywistości. Z mojej rzeczywistości. Z rzeczywistości – świata – ostrej, pędzącej, natarczywej, nie cierpiącej zwłoki, wymagającej, grożącej, oferującej, ciągle w napięciu, stresie i pośpiechu. Słyszę ptaka śpiewającego nade mną. Skowronek. Tak mnie przynajmniej mama uczyła. Że tak nazywa się ptak, co tak śpiewa. Pozwalam mu śpiewać, to jest pozwalam, żeby ten śpiew wpadł do mojej głowy, wsączył się do mojej świadomości, zapadał w moją przytomność, głęboko. Cisza. Słońce jest ciepłe. Może tu jest raj? Może tak właśnie ludzie powinni żyć? Z dala od wszechogarniającej gonitwy? Od walki o przeżycie, o lepsze życie. Od walki o przyjemność, awans, przetrwanie czy satysfakcję? Może to jest pierwotny stan, nam właściwy, gdzie słońce, gdzie cisza, gdzie ptaki, gdzie śmiech dzieci brzmi jak nigdzie indziej, bo nie jest krępowany stalowymi obcęgami cywilizacji. Trójka dzieciaków podjeżdża do mnie na rowerach. Mają mniej niż dziesięć lat. Chłopiec i dwie dziewczynki. Pytają, odpowiadam. Uśmiechają się. Jadą dalej. Dzieci nie mają hamulców. Jeszcze nie wiedzą, co wypada i co powinny. A czego należy się bać i unikać. Jeszcze ich nikt może nie skrzywdził, jeszcze życie i świat jest dla nich taki, jaki mógłby być. Jeszcze są ludźmi. Czy my jesteśmy ludźmi? Gdy już dorośniemy. Czy automatami, maszynami posiadającymi dziesiątki wdrukowanych programów, tak że przewidzieć następne zachowanie tej czy innej osoby, to nic łatwiejszego.

Wstaję. Idę w słońcu polną drogą. Kurzy się. Krowy leniwie wyłożyły się na trawie po mojej lewej stronie. Są czarne, brązowe, jedna ma jasne umaszczenie. Mówię do nich. Zawsze mówię do zwierząt. To znaczy jak nikt nie widzi, no i nie słyszy. Czasem, jak się wyda, to trochę głupio to wygląda. Z krowami nie ma o czym pogadać. Ot zwykłe pozdrowienia. Zapytanie co słychać i zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Trawa zielona i soczysta, wydojenie na czas, much nie za wiele.

Droga się wije i rozdwaja. Pytam napotkaną kobietę o kierunek. Podążam za wskazaniem. Tym razem w prawo. Zieleń pól, okolona ścianami lasów, wydaje się nie mieć końca. Dobrze mi tu. Cicho. Można odpocząć, przynajmniej psychicznie. Piękna ta Polska. Miejscami.

Wchodzę do jakiegoś miasteczka. Nawet nie znam nazwy. Wszystko tonie w promieniach słońca. Przed domami, tu i ówdzie, siedzą starsi mężczyźni. Staromodne czapki. Szczupłe ciała. Niektórzy palą. Mijam ich. Pozdrawiam.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry.

Sprawdzam pozycję na GPS-ie. Tu nie ma drogowskazów ani oznaczeń drogi. Pomyliłem się. Poszedłem kilkaset metrów za daleko. Zawracam. Klnę. Ale niezbyt szpetnie. Nie dziś. Nie tutaj. Ponownie napotykam tych mężczyzn. Pytam o drogę.

– Pójdziesz pan tędy i tam skręcisz.

Patrzę za wyciągniętą ręką. Rzeczywiście, przeoczyłem. Niewielka dróżka w prawo. Kolejne kilometry mijają mnie w podobny sposób. Nasuwa mi się jedno skojarzenie na określenie tego wszystkiego, czego doświadczam i poznaję, na określenie tej zielonej krainy, wyrwanej z pędzącej rzeki cywilizacji, na określenie tej wyspy lasów i pól, gdzie czas staje w miejscu, zwierzęta leniwie zalegają w słońcu, a dzieci są szczęśliwe, tak po prostu, zwyczajnie. Kojarzy mi się to z Shire, baśniową krainą stworzoną przez brytyjskiego pisarza w jego powieściach. Jest w takich krainach coś pierwotnego, coś prawdziwego. Choć nie są szczytem osiągnięć czy oczekiwań, choć życie tu zwalnia tempo i czas zdaje się rozciągać, to przecież tak naprawdę wszyscy żyją tu normalnie. To jest, mają swoje troski i emocje. Mają swoje miłości i lęki. Tyle że nie wyolbrzymione, jak to jest trochę kilometrów dalej. Nie wyolbrzymione koniecznościami, pośpiechem, pragnieniami ponad miarę.

Dochodzę do Skaryszewa. Na drzewie obok przystanku ogłoszenie: Kury nioski. Po czternaście złotych. I te odchowane. I kurczaki. „Sprzedaż odbędzie się przy: Kościele, sklepie, osp”. Sklep i remiza skreślone. Znaczy kościół zostaje. Centrum życia miejscowości. Widzę go, ten kościół. Wchodzę do środka. Figura Jakuba Apostoła. Idę do plebanii. Niewielka. Bardzo skromna. Jak różne bywają plebanie. Młody ksiądz pyta, o co chodzi. Przedstawiam się i mówię, dokąd idę. Patrzy na mnie chwilę bez słowa.

– Niemożliwe.

– Możliwe – kiwam głową.

On swoją kręci i się uśmiecha.

– No nie. Niech pan zaczeka. Muszę pójść po księdza proboszcza.

Stoję przed drzwiami. Słyszę spoza nich słowa.

– To pielgrzym, idzie do świętego Jakuba.

Wychodzą we dwóch. Proboszcz w sile wieku, krótko przystrzyżone włosy. Patrzy badawczo.

– Więc idzie pan do Świętego Jakuba.

– Ano.

– Do Santiago de Compostela?

– No właśnie.

Cisza.

– No to dobrze się składa, bo my tu mamy parafię pod wezwaniem Jakuba.

Lody pękają. Dostaję butelkę jakiegoś napoju do picia.

– A nie wie ksiądz, czy mógłbym gdzieś przenocować? Może przy parafii? – lękliwie, dlaczego lękliwie? – zagajam.

Frasunek. Gesty. Wodzenie wzrokiem.

– No my tu budować będziemy schronisko dla pielgrzymów, ale to dopiero za jakiś czas. Teraz nic nie mamy.

Oferuję swoją zdolność spania na podłodze i pytam, czy może gdzieś indziej, gdzie ksiądz „wie”.

– Wie pan co, może w takiej sali. Tam na co dzień są budowlańcy, wie pan, prowadzimy remont. No ale teraz ich tam nie ma, a jakby pan wstał przed siódmą, to wszystko będzie w porządku.

Uśmiecham się. Wewnątrz i na zewnątrz.

– Jasne. Bardzo chętnie.

Ksiądz prowadzi mnie do salki. Otwiera, pokazuje. To duża sala. Walają się w niej ubrania i jakieś przybory murarskie. Na łóżku stos gazet. Tych najgorszego sortu. Robię mały porządek. Przenoszę ubrania na fotel, a gazety na stół. Rozkładam śpiwór na kozetce. Włączam komórkę. Zrobię małą relację wideo, gdzie doszedłem, co i jak. Mam pokój. Mam miejsce. Mam gdzie spać. Napięcie, to niewidoczne napięcie spada mi z serca. Mówię do małego urządzenia. Z tyłu, za mną, otwierają się drzwi. Wchodzi siostra.

– Ksiądz proboszcz mówił, że pan tu będzie. Nie będę przeszkadzać, tylko zabiorę te rzeczy.

– Wszystko w porządku – odpowiadam.

Zostaję sam. Siadam przy stole. Wyjmuję mapę. Długopis. Rysuję po niej linię. Gdzie doszedłem, gdzie jestem. Gdzie dalej iść? Nie mam pojęcia. Analizuję możliwe kierunki. Staram się szukać, w sensownym zakresie odległości, jakichś miejsc. Czytam kolejne nazwy. Drzwi za moimi plecami otwierają się.

Wchodzi siostra, niosąc talerz. Wspaniała, ciepła pomidorowa i kawałek kurczaka. Życie bywa piękne.

– Pan czyta te gazety? – Zakonnica wskazuje z niesmakiem na stos, który zostawili poprzedni bywalcy tego lokum.

– Nie, to nie moje. Po prostu je przełożyłem.

Siostra uśmiecha się. Wychodzi. Ja rejestruję wzrokiem kolejne możliwe miejscowości, do których mógłbym pójść. Podniebieniem wielbię pomidorową. Przegryzam udko. Matko, jak bardzo mi potrzeba tego jedzenia. Płatki to przecież nie wszystko. Przebierając się do snu, myślę jeszcze o jutrze. Uzgodniłem z księdzem, że rano wstanę przed siódmą, pójdę na mszę i ruszę dalej. Tak, żeby budowlańcy nie mieli problemu. Ciemno i cicho. Podchodzę do łóżka, wsuwam się w śpiwór. Zaciągam suwak. Mam czapkę na głowie. Chłodno trochę. Wcale nie myślę. Spadam w sen, z szybkością pocisku karabinowego.

Dzień 5 Wieniawa

– Może trochę słodyczy?

W moją stronę wędruje talerz pysznych ciastek.

– Nie. Dziękuję. Nie jem słodyczy na pielgrzymce.

Wcześniej byłem na mszy. Odprawiał jeden z księży:

– I życzymy ci bracie, dobrej drogi i dobrych ludzi na tej drodze. Żebyś doszedł i żebyś znalazł pomoc, gdy będzie ci potrzebna.

Pięknie to brzmiało. Zostałem wyróżniony. Doceniony. Zauważony. Przyjęty jak swój. Ksiądz mówił płynnie, profesjonalnie i dostojnie. W tych szatach, przed ołtarzem, przed tymi wszystkimi ludźmi. Jego słowa i sylwetka nabierają mocy. Znaczenia. Tym bardziej. Odczułem. Te życzenia. Jak przetarcie drogi. Oto od tej pory, idę już jako pełnowartościowy pielgrzym. Kościół to widzi i dostrzega, ludzie... ludzie będą dobrzy. Dobrze jest być pielgrzymem. Tylko ta noga.

– To takie zobowiązanie, czy dla zdrowia? – pyta ksiądz proboszcz, słysząc moją odmowę. Tłumaczę, że to jedno i drugie. Taką zasadę przyjąłem. Nie zjem słodyczy, aż wrócę do domu. Tak będzie dobrze. Tak będzie i zdrowiej, i szlachetniej.

– No a gdzie pan planuje dzisiaj?

– Może do Wieniawy – wymieniam nazwę jednej z kilku miejscowości, jakie leżały w kręgu moich poszukiwań po mapie. Od razu łapię się, że może niepotrzebnie, bo ta akurat leży najdalej. Prawie czterdzieści kilometrów. Ale słowo się rzekło i uniosło się ono w powietrze, jak strzęp chmury, pary wodnej swobodnie dryfującej między ludźmi.

– A to się dobrze składa. – Cień nadziei w moim sercu. – W Wieniawie urzęduje mój uczeń. Wie pan, byłem nauczycielem w seminarium. Kształciłem księży. Teraz jestem tu. Chcemy zbudować schronisko dla pielgrzymów. – Jem jajecznicę i słucham. – Ja wiem, że przychodzą różni. Jedni się modlą, inni nie. Nie ważne. Ważne, że ktoś chce iść. Więc staram się wybudować dla nich schronisko. Bo to przecież parafia świętego Jakuba.

Jajecznica jest dobra. Syta. Biorę kromkę, smaruję masłem.

– Jak pan dojdzie do Wieniawy, to pan zajdzie do proboszcza i przekaże mu pozdrowienia ode mnie. To może pana przyjmie. – Ksiądz się uśmiecha.

Ja też się uśmiecham. Opowiadam trochę o sobie, o tym, dlaczego idę. Ile już przeszedłem. Myślę cały czas, że jednak mam szczęście. Że wszystko będzie dobrze. Oto kolejny raz, los podsuwa mi nocleg. Będę miał gdzie spać. Tylko trzeba dojść do tej Wieniawy. A to strasznie daleko.

– Czego panu trzeba na drogę? – Słyszę pytanie.

– Niczego, dam sobie radę.

– No... wody to na pewno. Gorąco będzie w dzień.

Dostaję dwie nałęczowianki, po zero siedem litra. Jakieś inne, nowoczesne butelki. Pakuję je do plecaka. Żegnam się. Wychodzę.

Plecak jest strasznie ciężki, a robi się niemożliwie gorąco. Idę w koszulce pozbawionej rękawów. To na nic. Spływam potem. Muszą być duże wahania temperatury między nocą a dniem. Jeszcze w granicach Skaryszewa wypijam własną resztkę wody mineralnej. Idę przez pół kilometra, rozpaczliwie poszukując jakiegoś kosza, by móc wrzuć tam opróżnioną butelkę. Nic. W rękach trzymam też kije, których przez nią nie mogę używać. W końcu, chcąc nie chcąc, rzucam ją na pobocze. Skoro gmina nie stawia nigdzie kosza, to może posprząta. Co mam z tą butelką zrobić? Nieść ją do Wieniawy trzydzieści osiem kilometrów?

– Gdzie pan tą butelkę rzucasz? – Dobiega mnie od miejscowego rowerzysty, przejeżdżającego za moimi plecami. Obracam się.

– A gdzie mam ją rzucić?

– W dupę pan se ją wsadź!

Cierpka rada. Niewykonalna. Z jednej strony facet ma rację, że przychodzę i śmiecę. Z drugiej. Gdzie? Gdzie naprawdę mam ją wyrzucić? Tam fizycznie po prostu nie ma śmietników. Pot, rodzący się z upału, zalewa mi oczy. Nie mam co pić, bo nałęczowianek od proboszcza nie chce mi się wyciągać z plecaka. Poza tym będzie długi dzień. Jest cholernie ciężko. Ciężko i gorąco. Dyszę. Jak pies. Krok za krokiem wychodzę z terenu zamieszkałego. Skręcam w lasek. Spoza ogrodzenia z lewej strony dobiega mnie jakiś głos. Łysawy mężczyzna w średnim wieku stoi, przyglądając mi się.

– Gorąco?

Kiwam głową.

– Chce się pan napić?

Zatrzymuję się. Cud jakiś? Podchodzę do ogrodzenia.

– No. Jeśli można.

– Zapraszam. – Mężczyzna otwiera bramkę. – Wody czy soku?

– Wody, jeśli można.

Mężczyzna znika w obejściu. Typowe gospodarstwo na planie kwadratu. Dziwne. Dziwne to zaproszenie. Nie mam żadnych emblematów. Wcale nie wiadomo, czy jestem pielgrzymem, czy jestem turystą. Jestem zwykłym człowiekiem, który w ten cholerny upał wędruje z dużym plecakiem. Mężczyzna wychodzi z domu. Niesie butelkę wody mineralnej i karton soku pomarańczowego. Wybieram wodę. Piję. Rozmawiamy. Na tym polu zdarzeń i ludzi, gdzie wciąż grozi mi odepchnięcie, gdzie spotykam się z obojętnością, odrzuceniem i niechęcią. Gdzie żebrzę o dar noclegu, gdzie czasem mi się żebranina udaje, a czasem zostaję odepchnięty, spotykam człowieka, który ni z tego, ni z owego, tak po prostu podaje mi szklankę wody. Bez proszenia, bez pytania, bez niczego.

– I dokąd to?

– Idę bardzo daleko.

– Gdzie?

– Do Hiszpanii. – Sam czuję pewne zażenowanie, gdy to mówię. Przecież tam nie dojdę. To tylko takie marzenie. Fanaberia domowego kota, któremu coś się w głowie pomieszało. A jak wrócę wcześniej, to będzie wstyd.

– Tak, turystycznie?

– Nie. To pielgrzymka. Idę do Santiago de Compostela. Tam pochowany jest apostoł Jakub.

Mężczyzna kiwa głową. Opowiada, że kiedyś biegał. I też było gorąco. Jeszcze kilka słów. Pożegnanie. Ruszam w stronę lasu. Otaczają mnie sosny. Są jeszcze młode. Posadzone kilka lat temu. Będzie z tego z czasem las. Czas to przestrzeń. Możliwość. Szansa na zrealizowanie się różnych rzeczy. Czas to dar. Bez niego nic nie mogłoby się stać, wydarzyć, urosnąć, zakwitnąć. Często mamy pretensje do czasu, że zabiera, nasze życie, to co kochamy, to co chcielibyśmy zachować. Ale to błąd. Błąd tego chcenia. Bo czas to dar. Niczym niezasłużony. Całkiem jak nasze życie. Może jedno jest trochę drugim. Bo czym, jak nie danym nam czasem, jest nasze życie? Więc w tym czasie, właśnie, rośnie las. Jest teraz młody. Ciemnozielony. Za dziesięć, dwadzieścia lat, sosny wystrzelą ku górze. Ptaki będą wśród nich szybować. Ich cień osłoni, może czasem za dokładnie, ściółkę pod nimi. Jakiś przechodzień, może pielgrzym, może turysta będzie szedł między nimi, podziwiając kolor nieba, przebijający się z góry. Teraz myślę raz jeszcze o tym człowieku. Dał mi szklankę wody. Nie proszony. Nie dlatego, że byłem pielgrzymem. Dlaczego? Dlatego, że byłem człowiekiem i że było gorąco. W ten prosty sposób, ten mężczyzna uratował człowieczeństwo. Bo być człowiekiem, to być dla innych. W końcu cała religia o tym jest. W końcu, to jest istotą chrześcijaństwa, a nie odprawianie kolejnych nabożeństw. Bo ludzie są ze sobą. To co jest między nami, to wszystko, co jest. Istniejemy dla siebie, choć tak często chcemy się odgrodzić, zamknąć, zachować, to co mamy. Ten mężczyzna pozwolił mi zachować wiarę w ludzi. Gdy stawiam kolejne kroki, czuję się lepiej. Na ludzi można liczyć. W ludziach jest po prostu dobro. Tylko należy pozwolić temu dobru się pokazać. Polacy są dobrzy.

Kładę się na trawie koło jakiegoś ogrodzenia. Jest ładnie skoszona, więc wygodnie. Słońce niemożliwie świeci z góry. Męczy skórę swoim ciepłem. Mam dość. Czuję pulsowanie krwi. Na swoich skroniach, w swoich nogach. Pies przeraźliwie ujada, tuż za moją głową. Broni swojego terenu. Przymykam oczy. Ujadanie potężnieje. Rozsadza mi głowę. Chyba tam się wścieknie za chwilę. Dzieli mnie od niego metr przestrzeni i stalowe ogrodzenie. Ale łączy mnie z nim jego wściekłe szczekanie. Po piętnastu minutach charkot z jego gardła nadal wydobywa się z niezmienioną intensywnością. Gdyby mógł, to by mnie zamordował. Albo tak mu się przynajmniej wydaje. Leżę tak dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut. Nie dam rady więcej. Wypijam wodę od księdza. Ujadanie nie ustaje. Patrzę w stronę źródła tego hałasu. Jeden pies tuż przy ogrodzeniu. Drugi dwa metry dalej. Nie wytrzymam dłużej. Wstaję, zakładam plecak. Ruszam mimo bólu i zmęczenia. Charkot za moimi plecami powoli cichnie. Bolą mnie nogi. Idę powoli. Wchodzę na asfalt. Pochmurnieje.

Ostatni odcinek do Wieniawy biegnie wzdłuż drogi krajowej. Założyłem kamizelkę odblaskową. Duży ruch. Huk samochodów. Konieczność zachowania uwagi. Droga wzdłuż jezdni jest męcząca. Nie trzeba jednak się zastanawiać, gdzie skręcić, którą drogą iść. Wiodą człowieka znaki. Powoli niebo nachyla się i zaczyna ronić łzy. To oczywiście taki żart. Po prostu pada. Procesy fizyczne. Skraplanie się pary wodnej. Gdzieś tam – wysoko, w ciężkich i sinych chmurach, które zasnuły niebo. Mam problem. Mam problem taki, że jeśli włożę ponczo, to nie będzie widać mojej kamizelki odblaskowej. A marsz ściemniającym się wieczorem –  czy takie istnieją? – poboczem drogi krajowej o dużym natężeniu ruchu, bez kamizelki odblaskowej, za to w ciemnym ponczo, to przepis na coś gorszego niż kontuzja, to przepis na katastrofę. Nie. Nie zrobię tego. Nie mogę założyć tego ponczo. Nie mogę iść w deszcz, bo cały zmoknę i plecak mi zamoknie i wszystko będzie w wodzie. Nie mogę iść i nie mogę stać. I nie mogę się osłonić. Przyroda zdaje się kpić ze mnie. Gdybym był gdzie indziej. Nie w tym miejscu, gdzie po taśmie asfaltu, którą się przemieszczam, suną rozpędzone samochody. Moknę. Z kolejnym krokiem bardziej i bardziej. Gryzę własną niemoc, niemożliwość. Jestem coraz bardziej zmęczony. Psychicznie i fizycznie. Najgorsze jest to, że od śniadania niczego nie jadłem. Przez cały dzień. Przez cały ten marsz. Brak pożywienia najwyraźniej odbija się na moich procesach psychicznych. Moje myśli stają się ciemne jak ten krajobraz wokół. Myślę powoli. Zawile. Pesymistycznie. Idę. W padającym powoli deszczu. Jak czołg. Który jedyne co wie i potrafi, to poruszać się naprzód. Nawet już nie jestem głodny. Nie odczuwam głodu jako takiego. Odczuwam tylko nierównowagę. Psychiczną nierównowagę. Jakiś ból. Rozczarowanie.

Jest. Jest odbicie w prawo. Lokalna droga, którą dojdę do Wieniawy. Zdejmuję plecak. Zakładam ponczo. W sumie tak bardzo nie padało. Zmokłem tylko trochę. Plecak chyba nie przemókł. Kaptur przesłania mi widok. Teraz dopiero deszcz rozkręca się na całego. Słyszę jego bębnienie o materiał mojego okrycia. W butach robi mi się jezioro. Droga jest boczna, ale też asfaltowa. Od czasu do czasu mija mnie samochód. Boże, jaki jestem zmęczony. To już ponad słowa. Jestem tylko marszem. Już niedaleko. Wszystko sine, zalane kroplami deszczu. Domy pozamykane. Nieobecne. Mijam jakieś uliczki. Szukam wzrokiem wieży kościoła. Gdzieś musi być. Kościół to najłatwiejsze miejsce do znalezienia w każdej miejscowości. Jednak. Nigdzie go nie ma. Skręcam w prawo. Między dachami domów, wydaje mi się, że widzę wieżę. Idę sto metrów, dwieście, trzysta. Gdzie to jest? Czy ja się zgubiłem? Szukam jakiejś sylwetki człowieka, by móc zapytać. Daremnie. Jest wieczór i pada. Nikogo nie ma na ulicach. Jestem zdezorientowany. Nie wiem dokąd dalej iść. Widzę otwarte wejście do ogrodu i dom z otwartym garażem. Przechodzę przez uchyloną bramkę. Podchodzę do drzwi wejściowych. Naciskam przycisk dzwonka. Słyszę buczenie wewnątrz. Czekam. Krople deszczu spływają po moim kapturze, po moich spodniach. Nasiąkają nimi moje buty. Nie wiem nawet jaki kolor ma ten dom. Ten dom nie ma koloru. W tym deszczu wszystkie kolory się rozpuszczają i przestają istnieć. Są tylko zarysy. Kontury budynków. Naciskam przycisk ponownie. I jeszcze raz. Wciąż bez efektu. Naciskam klamkę. Drzwi uchylają się. Nie wchodzę do środka, tylko trzymając uchylone skrzydło drzwi, wołam:

– Hop hoop.

Młoda kobieta idzie korytarzem z naprzeciwka. Blondynka. Ma zaciśnięte usta.

– Przepraszam. Nie wie pani, gdzie tu jest... – Jej twarz jest wykrzywiona grymasem. Trzaska mi drzwiami przed nosem. – kościół? – dokańczam.

Jest mi mokro. Mokro i zimno. Odwracam się. Nie mam kogo zapytać. Tu ludzie nie lubią obcych. Nie wiem, gdzie iść. W tym deszczu, w tym chylącym się ku nocy dniu. Widzę kilku chłopców. Pytam o drogę do kościoła. Pokazują mi. Nie pomyślałbym. Idę za ich wskazaniem. Odnajduję. W końcu. Jest dziwnie. Jakoś posępnie. Mam na myśli otoczenie kościoła i parafii. Jakby po trochu z jakiegoś horroru. A może to mój głodny i zmęczony mózg, produkuje już takie wrażenia. Ale tak czuję. Nieprzyjemnie. Dzwonię do drzwi.

– Szczęść Boże.

– Szczęść Boże.

– Proszę księdza. Jestem pielgrzymem. Idę do Santiago de Compostela, do świętego Jakuba. Czy mogę prosić o pieczątkę do paszportu pielgrzyma? – Uznałem, że lepiej jest zaczynać od tego dokumentu. Ksiądz zobaczy dokument. Zobaczy, że nie jestem przybłędą, tylko pielgrzymem. Zobaczy pieczątki z wcześniejszych parafii. To łatwiej przyjmie. Muszę tak podchodzić do księży, żeby być skutecznym. W przeciwnym razie, może się to skończyć jak w Janowcu. Może tamten proboszcz po prostu wziął mnie za włóczęgę, obiboka, który szukał sobie noclegu kosztem parafii?

Ksiądz patrzy na mnie dłuższą chwilę w milczeniu.

– Pan da ten papierek. – Jego słowa nie wydają się być zachęcające. Jak to, papierek? Przecież to jest paszport pielgrzyma. A może każdy sobie może taki wydrukować? Papierek... Stoję przed drzwiami w deszczu i czekam. Czekam na Godota? Czekam na księdza. Na dalszy ciąg rozmowy. Gdy powiem, że idę ze Skaryszewa i że przynoszę pozdrowienia od księdza proboszcza, i wtedy zostanę uznany za swojego, i zaproszony, i będę miał gdzie usiąść, i schronić się przed tym deszczem, bo już wieczór, i za moment noc, i leje, i robi się zimno, a ja jestem straszliwie wręcz zmęczony.

– Proszę – ksiądz podaje mi paszport.

– Przynoszę też pozdrowienia od księdza proboszcza ze Skaryszewa.

– Dziękuję. – Odpowiedź jest sucha. Kompletnie bez entuzjazmu. Ani cienia zainteresowania. Stoję w deszczu, ważąc co dalej robić albo mówić.

– Nie wie ksiądz, czy mógłbym gdzieś w okolicy, czy przy parafii, przenocować?

Nie wiem dlaczego, ale ten ksiądz sprawia na mnie wrażenie smutnego. Tak jakby jego życie, było jak mój dzisiejszy marsz. Wyczerpujące i mielące, mielące psychikę i emocje na miał, w którym tylko zmęczenie i smutek dają się zauważyć.

– Nie wiem. Niech pan szuka.

– Rozumiem – odpowiadam i zaczynam się odwracać. Przerażająca rzeczywistość dociera do mnie z siłą rzeki. Więc to tak. Więc znów zostanę sam. Leje. Pada. Nie mam gdzie pójść. Jest wieczór. Gdzie niby pójdę? Ludzie zatrzaskują przede mną drzwi. Robi się chłodno. Gdzie ja mam pójść? Przede mną karłowate drzewa, niewyraźnie widoczne w zapadającym zmroku i siąpiącym nieustannie deszczu. Wszystko wewnątrz mnie się ściska. Ściska w jakiś jeden punkt. W jedno miejsce. Zamykam to miejsce całą siłą woli. Zamykam je, bo jakby się otwarło, to wydarłby się z niego krzyk. Krzyk i wycie. Wycie na cały świat. Na tych ludzi. Na to przedsięwzięcie. Na ten głupi pomysł. Na ten deszcz. Na to zmęczenie. Na tę beznadziejność. Na to wszystko.

– Niech pan zaczeka – słyszę zza pleców. Odwracam się. – Mam tutaj taką małą salę. Proszę, niech pan pójdzie ze mną.

Idziemy kilkadziesiąt, a może kilkanaście, metrów. Wchodzimy z innej strony do parafii. Strasznie tu biednie.

– Tu mieszka ksiądz kanonik. Powiem mu, że pan będzie.

Skręcamy w drzwi, w prawo. Sala do nauki religii. To znaczy dawniej taka by była. Czuję zapach farby.

– Tu, jak pan chce, może pan przenocować. Tu jest czajnik. Wodę znajdzie pan w toalecie.

Zostaję sam. Jest ciemno. Siedzę na ławce. Za wysokimi oknami bębni deszcz. Jest mi zimno. Chce mi się płakać. Tak po prostu. Płakać. To wszystko jest bez sensu. Bez najmniejszego sensu. Żebrzę. Jestem sam. Tak naprawdę jestem cholernie sam. Nikt nie jest ze mną. „I życzymy ci bracie dobrych ludzi na tej drodze” – przypominam sobie pożegnanie ze Skaryszewa. Nie poruszam się. Gryzę w sobie głód i rozpacz, i zmęczenie. Przeżuwam to. Poszedłem chyba przeciw wszystkim. Nikogo nie obchodzę. Zostałem sam z całą moją podróżą. Podnoszę się. Zdejmuję mokre rzeczy. Przesuwam ławki. Uchylam okno. Mimo wszystko zapach farby jest dokuczliwy, więc wolę trochę chłodu i wilgoci, by przynajmniej zmienić powietrze. Wyciągam śpiwór. Otwierają się drzwi.

– A to, przyniosłem do jedzenia. Wie pan... późno. Tyle mam. Trochę chłodne, bo z lodówki. – Ksiądz kładzie na stole zawinięte w pozłotka przedmioty.

Dziękuję mu. Mam bułkę, chleb, ciasto, wędlinę, konserwę i nawet jabłko. Wkładam do ust. Łapczywie jem. Pierwszy raz od śniadania. Po blisko czterdziestu kilometrach ciężkiego marszu. Jestem w takim stanie, że zjadłbym wszystko. Na końcu waham się nad ciastem. Zjeść, nie zjeść. Ślubowałem sobie, że nie zjem niczego słodkiego w czasie pielgrzymki. W końcu już się najadłem trochę. Odsuwam ten kawałek ciasta. Gotuję wodę. Robię sobie herbatę. Za oknami ciemno. Gaszę światło. Wsuwam się do śpiwora. Naciągam czapkę na oczy. Tracę kontakt z rzeczywistością.

Dzień 6 Opoczno

Jest mi zimno. Kleję się do samego siebie. Msza o siódmej, więc wstałem piąta czterdzieści pięć. Wszystko mnie boli. Z trudem składam swoje rzeczy. Śpiwór trzymam na dnie plecaka, bo jest najlżejszy. Tak przeczytałem w internecie, że powinno być. Skutek jest taki, że muszę wszystko z plecaka wyjmować, żeby dostać się do tego śpiwora, a następnie cały plecak pakować od początku. Ręce mi sztywnieją, jestem trochę niewyspany. Przebieram się i idę na mszę. Potem znowu dzień drogi. Tym razem... Tym razem naprawdę nie wiem dokąd. Po raz pierwszy tak zupełnie nie wiem dokąd. Nie mam żadnego zaczepienia, żadnego noclegu, nic. Tylko kraj przede mną. Ale przecież – pocieszam się – do tej pory jakoś się udawało. Zawsze znajdowałem miejsce. Przesadzam z tymi obawami. Czas przestać. Czas zawierzyć, zaufać i po prostu iść. Czas odrzucić ciągłe kunktatorstwo, ciągłe martwienie się, gdzie będę spał. Odgrywanie w wyobraźni scen, jak proszę o nocleg, jak mam to zrobić, jak zareaguje ten, do którego prośbę skieruję. Czas otrzeźwieć. Wszystko będzie dobrze, tylko trzeba trochę więcej odwagi. Odwagi i nadziei. Tylko tak można żyć, a nie w ciągłej obawie, w ciągłym stresie – co będzie, czy znajdę wieczorem miejsce do spania. Znajdę. Znajdę na pewno. Pan Bóg pomoże.

Msza w Wieniawie bardzo ładna. Kościół niewielki. Ksiądz pod koniec wspomina o mnie. Miło. Gdy wychodzę, podchodzi do mnie. Uratował mnie poprzedniego wieczoru. Przyjął. Żegnamy się. W najbliższym sklepie kupuję jedzenie. Najem się za wszystkie czasy. Gdy napotykam stację benzynową, widzę obok niej drewniany stół i ławę do siedzenia. Rozkładam swoje skarby. Jem. Robię zdjęcie. Źle zrobiłem wczoraj, że przez cały dzień nie jadłem. Pogoda niezdecydowana. Jakby miało padać, ale jednak nie, wychodzi słońce i robi się ciepło.

Zastanawiałem się, którędy iść. Według prognozy z internetu, możliwe są burze i opady. Nie pójdę wzdłuż szosy. Nie. Drugi raz nie wpakuję się w tę sytuację, gdzie mam wybór, albo moknąć albo iść bezpieczniej w kamizelce. Jak leje to kierowcy źle widzą. Jeszcze mnie któryś przejedzie. Poza tym... gdy w czasie deszczu mija człowieka rozpędzony TIR, to robi się mało przyjemnie. Taki poziomy, nagły prysznic. Nie nie pójdę szosą. Sprawdzałem mapę. Jeśli skręcę na południe, to zejdę z ruchliwych dróg i wejdę w duży las. Przejście przez las liczy jakieś dziesięć kilometrów. Gdy z niego wyjdę, to są jakieś wioski. Znajdę tam kościół i poproszę o nocleg. Ludzie na wsi lepsi niż w miastach i miasteczkach. Będzie dobrze.

Po zejściu z głównej trasy jest cicho. Dużo przyjemniej. Na tej drodze wiodącej do dalekiego Opoczna był duży ruch. Ciągle huk i szum. Teraz idę przez niewielkie miejscowości. Mijam domy i ogrody. Wszędzie pusto. Żywego człowieka nie widać. Wszyscy w pracy albo gdzieś pochowani. Czasem pies ujada. Gorąco. Słońce wysoko. Widzę ścianę lasu. Idę wprost do niego. W jego mroczne, zielone objęcia. Mogą być problemy z drogą. Idę według mapy ściągniętej na komórkę, ale nie mam pewności, czy jest dobra i dokładna. Gdy wchodzę do lasu, droga zaczyna biec pod górę. Wspinam się. Coraz wyżej i wyżej. To nie jest las. To ogromne wzniesienie pokryte lasem. Kije ostro pracują, przyjmując ciężar mojego ciała. Spływam potem. Ciągle w górę. Kiedy to się skończy? Czuję ból. Tak. Teraz dokładnie czuję ból. W tym samym miejscu i w tej samej nodze, którą uszkodziłem trzy miesiące temu. Boże jak boli. To przez to podejście. Inna praca stawu. Jestem wściekły na siebie. Powinienem iść wolniej. Wolniej podchodzić. Ale mi się spieszy. Chciałem przejść przez ten las. Zwalniam. Patrzę. Dokoła cisza, drzewa, przestrzeń, królestwo zieleni. Idę powoli. Oddycham. Kocham zapach lasu. Nie wiem, skąd on się bierze, z jakich zapachów składa, ale kiedy wdycham powietrze, przymykam na chwilę oczy. Zatrzymuję się. Staję w bezruchu. Słucham. Słucham lasu. Co ma mi do powiedzenia. Nikogo tu, jak okiem i uchem sięgnąć, nie ma. Jestem sam. I ten dziki niemal las. Jego szum mnie przenika. Oddaję mu się. Pozwalam moim myślom i mojej świadomości przemykać wśród omszałych drzew, przesuwać się z nićmi pajęczyny po gałązkach krzewów, szybować za ptakami, drżeć jak niepewny liść, w potoku słońca. Po prostu jestem. Dobrze mi tu. W tym lesie. Który, przecież żyje. Jest jednym wielkim życiem, zbudowanym z setek i tysięcy małych istnień, dla których jest domem.

Idę dalej. Po jakiś czasie dostrzegam z oddali wóz. Ciągnie go orzechowego koloru koń. Na wozie starszy mężczyzna.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry – odpowiadam.

– A gdzie to pan idzie?

– A na Kurzacze.

– A to daleko. Tak pan podróżuje? Chce się panu? Może lepiej podjechać.

– To pielgrzymka. Muszę na piechotę.

Mężczyzna zdejmuje czapkę z głowy:

– A to przepraszam.

– Nie ma za co – uśmiecham się.

– To z Panem Bogiem.

– Z Panem Bogiem – odpowiadam.

Wóz zostaje w przestrzeni za mną. Miałem rację. Ludzie na wsi są lepsi. Śmieję się sam do siebie, na przypomnienie tego gestu zdjęcia czapki. Czuję się kimś trochę ważniejszym. Jestem w końcu pielgrzymem, który wyszedł z domu i zaryzykował drogę nieskończenie daleką. I ludzie to doceniają. Będzie nocleg. Będzie dobrze. Oddycham trochę swobodniej. Tylko ta noga coraz bardziej dokucza.

Nie mogę iść dalej. Po prostu nie mogę. Tego bólu nie da się znieść. Siadam obok drogi. Jestem sam. Ugrzązłem. Muszę jakoś wyjść z tego lasu. Nie mogę tu przecież zostać. Odpocznę. Robiłem tak wiele razy. To przechodzi. Tylko trzeba delikatnie. Wyciągam kefir. Sypię do niego płatki. Plastikową łyżką mieszam i zaczynam jeść. Słyszę brzęczenie owadów i jakiś szum. Nie wiem, skąd się bierze. Niebo zaczyna ciemnieć, przykrywać się chmurami. Czy to daleki odgłos burzy? Zastanawiam się, nasłuchując. Wiatr przykrywa ten dźwięk szumem liści i gałęzi. Cisza w lesie nigdy nie jest głucha, jest żywa, pełna dźwięku, tyle że takiego delikatnego, kojącego. Po około pół godzinie się podnoszę. Boli. Robię pół stopy. Naprawdę pół stopy. Potem następne pół. Robię całą stopę. Czuję ból. Jeszcze jedną. Cały ciężar przenoszę na kijki. Bez nich. Po prostu bym tu został. Śmiesznie tak. Gdy nikogo wokół nie ma. Kilka kilometrów do brzegu lasu i ja, w samym środku.

Spadają pierwsze krople deszczu. Miało padać – przypominam sobie. Zatrzymuję się i wciągam ponczo. Deszcz pada coraz intensywniej. Powoli stawiam stopy. Jedna za drugą, jedna za drugą. Rozlegają się grzmoty. Jeszcze daleko stąd. Może kilometr, może więcej. Idę w tempie żółwia, cały czas obciążenie przenosząc na kije trekkingowe. Maksymalnie odciążam bolącą nogę. Leje na całego. Droga przez las, pokrywa się rosnącymi w siłę, małymi strumykami. Wszystko szumi. Muszę lawirować między tymi potoczkami. Nie chcę wejść w sam środek wody. Piorun. Trzasnęło jakieś sto metrów ode mnie. Aż mnie ciarki przeszły. Jeszcze raz. Czuję się niespecjalnie. Czytałem, że w czasie burzy nie wolno chować się pod drzewa. Tylko że tu jest las. Kolejna błyskawica uderza tuż przede mną. Za mną. Obok. Droga tonie w deszczu. Nachylone drzewa tworzą po obu jej stronach zamglony szpaler. Pioruny walą bez opamiętania. Boję się. Najzwyczajniej na świecie boję się. Nie wiem co robić. Schować się? Gdzie? Iść środkiem drogi? Iść pod drzewami? Wybieram środek. Zaczynam odmawiać różaniec. To śmieszne. Jak trwoga to do Boga. To śmieszne dla tych, co siedzą wygodnie, konsumują dobre wino albo aromatyczną herbatę. To śmieszne, gdy bezpieczeństwo chroni nasz tyłek i na horyzoncie zdarzeń nie ma niczego groźnego. Gdy jesteś zupełnie sam, nie możesz iść, a wokół walą pioruny, to percepcja się zmienia. Po prostu. Nie ma gwarancji, że jakiś nie strzeli na tyle blisko mnie, że... Że... Nie ważne. Zdrowaś Mario, łaski pełna. Pan z tobą. Idę i mówię. Moje kroki stają się modlitwą. Nie modlę się o nic konkretnego. Po prostu odmawiam różaniec. Jakie to głupie. Ale nic tu, na tym pustkowiu, w tym odosobnieniu, gdzie kilkadziesiąt metrów ode mnie padają losowo gromy z nieba, nic innego mi nie zostało. Idę naprzód. Droga zmienia się w płytką rzeczkę z niewielkimi wysepkami. Stopy mam już całe mokre. Czuję, jak w butach zaczyna mi chlupotać. Podpieram się na kijach. Te wbijają się coraz głębiej w grząską powierzchnię leśnej drogi. Zdrowaś Mario. Kolejne kroki. Jeszcze jeden. Jeszcze jeden. Burza cichnie. Odchodzi w lewo. Stopniowo. Coraz rzadziej słychać grzmoty. Zostaję z deszczem. Szumiącym dookoła. Rozlewającym szarość. Rozmywającym widok. Mija mnie jakaś postać. Pierwszy pieszy, od kiedy wszedłem do lasu. Więc nie jestem sam? Mija mnie szybko. Bardzo szybko. Przez chwilę widzę jego plecy majaczące w gęstniejącej szarości. Za chwilę go nie ma. Wlokę się przez ten las. Wlokę się, uważając na staw skokowy. Uważając bardzo. By za chwilę nie zostać całkiem unieruchomiony. Cała ta pielgrzymka to jeden absurd. Jeden wymysł. Idę. Odsuwam te myśli. Chyba trochę lepiej. Chyba trochę łatwiej idę. Czas się wlecze niemiłosiernie. Przez tę kontuzję i przez to ostrożne stawianie kolejnych kroków, strasznie zwolniłem. Kiedy widzę pierwsze zarysy szerszej przestrzeni przez drzewa, wraca nadzieja. Boże. Dotarłem. Dotarłem do końca. Do końca tego lasu. Widzę tabliczkę z nazwą miejscowości. Deszcz rzednie. Jest szaro, mglisto. Wychodzę z lasu. Chlup, chlup, odgłos w butach, przy każdym stąpnięciu. Dom jest za ogrodzeniem, jakieś dwadzieścia metrów. Następny w oddali tak samo. Jeszcze jeden. Wszędzie brak żywej duszy. Wszystko pozamykane. Przemykam się tym deszczowym wieczorem jak jakaś zjawa, wśród bezludnych zabudowań. Tam musi ktoś być. Coś wołam zza ogrodzenia. Cisza.

Jest. Widzę człowieka.

– Dzień dobry – zagajam.

– Dzień dobry.

– Przepraszam, szukam noclegu. Nie wie pan, czy tu w okolicy można gdzieś przenocować? – Mężczyzna wzrusza ramionami. – A u pana? – Odwraca się, mrucząc coś pod nosem.