Droga na Mundial - Marcin Pietkiewicz, Mateusz Wiśniewski, Paweł Pierlak, Filip Bujakowski, Jan Pietrzak, Michał Jeleń - ebook
NOWOŚĆ

Opis

Droga na Mundial. 48 piłkarskich historii to książka o reprezentacjach narodowych i ich drodze na największy piłkarski turniej świata. Każdy rozdział pokazuje inną drużynę przez ludzi, mecze, kryzysy, przełomy i tło wykraczające poza sam wynik. To propozycja dla kibiców, którzy chcą lepiej zrozumieć współczesny futbol, jego bohaterów i historie ukryte za awansem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 371

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Droga na Mundial

48 piłkarskich historii

Autorzy: Pietkiewicz Marcin, Pierlak Paweł, Bujakowski Filip, Pietrzak Jan, Wiśniewski Mateusz, Jeleń Michał

Projektant okładkiMarcin Pietkiewicz, z wykorzystaniem narzędzi AI (OpenAI)

© Marcin Pietkiewicz, 2026

© Paweł Pierlak, 2026

© Filip Bujakowski, 2026

© Jan Pietrzak, 2026

© Mateusz Wiśniewski, 2026

© Michał Jeleń, 2026

© Marcin Pietkiewicz, z wykorzystaniem narzędzi AI (OpenAI), projekt okładki, 2026

Droga na Mundial. 48 piłkarskich historii to książka o reprezentacjach narodowych i ich drodze na największy piłkarski turniej świata. Każdy rozdział pokazuje inną drużynę przez ludzi, mecze, kryzysy, przełomy i tło wykraczające poza sam wynik. To propozycja dla kibiców, którzy chcą lepiej zrozumieć współczesny futbol, jego bohaterów i historie ukryte za awansem.

ISBN 978-83-8455-307-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Mundial, mimo postępującej komercjalizacji i coraz wyraźniejszego spadku ekskluzywności, pozostaje świętem futbolu. Raz na cztery lata reprezentacje z całego globu walczą o miejsce w kronikach, a miliony kibiców oklaskują swoich idoli, opłakują ich porażki i kłócą się o decyzje sędziów. A przecież mistrzostwa świata to nie tylko wydarzenia boiskowe. To także historia rywalizujących sąsiadów, którzy nie chcieli zgodzić się na porażkę i ostatecznie razem zorganizowali turniej. Opowieść o francuskiej kolonii, która doprowadziła do jednej z największych sensacji w dziejach piłki nożnej. Dumnej Argentyny balansującej między różnymi koncepcjami futbolu, Niemców zazdroszczących Polakom Roberta Lewandowskiego czy Urugwaju przekonanego, że jego mundialowa historia jest bogatsza, niż zwykle przyjmuje reszta świata.

Tą książką chcemy nieśmiało dołożyć swoją cegiełkę. Nie jest ona przewodnikiem po turnieju ani skarbem kibica opisującym kadry i największe gwiazdy poszczególnych drużyn. Nie jest to także historyczna podróż przez wcześniejsze mundiale — śp. Leszek Jarosz zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że pychą byłaby próba zrobienia czegoś równie dobrego. Razem z kolegami z redakcji Mistrzowie Polski postanowiliśmy pójść inną drogą i pokusić się o nieoczywiste przedstawienie każdego z uczestników mistrzostw. W przypadku jednych skupiliśmy się na historiach z przeszłości, u innych opisaliśmy wydarzenia całkiem świeże, a czasem spojrzeliśmy także w przyszłość ambitnych projektów — jak ten, który tworzy obecnie Arabia Saudyjska.

Droga na Mundial to 48 opowieści o uczestnikach mistrzostw świata. Autorskie spojrzenie na reprezentacje, ale także ich traumy, ambicje i nieoczywiste postacie, które zmieniły historię futbolu. Każda droga ma swój początek. W przypadku wielu nacji awans na mistrzostwa świata poprzedziły lata niepowodzeń, a dla innych sam udział w turnieju dawno przestał być sukcesem.

Mistrzostwa świata to arena, na której spełniają się piłkarskie marzenia. Jeśli, drogi Czytelniku, trzymasz tę książkę w rękach, jedno z naszych właśnie się spełnia. Przyjemnej lektury!

Paradoks Iranu. Futbol w cieniu polityki

Marcin Pietkiewicz

21 listopada 2022 roku reprezentacja Iranu stanęła na murawie stadionu Chalifa w Dosze, by rozpocząć kolejny mundial. Rywalem była Anglia, jeden z faworytów turnieju i drużyna, którą wielu widziało w gronie kandydatów do medalu. Miliony widzów z całego świata czekały na widowisko sportowe, ale chyba nawet bardziej na polityczny manifest, którego oczekiwano od Irańczyków. Gdy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki hymnu Islamskiej Republiki Iranu, zawodnicy w czerwonych koszulkach stali w ciszy. Żaden z nich nie otworzył ust. Kamery telewizyjne długo zatrzymywały się na twarzach piłkarzy, jakby realizatorzy nie byli pewni, czy wolno pokazywać ten moment zbyt długo. Na trybunach pojawiły się gwizdy, ale też pojedyncze oklaski. Jedni kibice próbowali skandować, inni patrzyli na murawę w milczeniu. Przed telewizorami miliony ludzi próbowały odczytać sens tej ciszy. Mundial dopiero się zaczynał, a Iran bez kopnięcia piłki był już na nagłówkach portali z całego świata.

Kilka tygodni wcześniej kraj ogarnęła fala protestów po śmierci Mahsy Amini, młodej kobiety zatrzymanej przez policję obyczajową za rzekome naruszenie zasad dotyczących stroju. Jej śmierć szybko przestała być jednostkową tragedią. Stała się symbolem gniewu, który narastał od dawna i wreszcie wylał się na ulice. Demonstracje zaczęły się w Teheranie, ale szybko rozlały się na inne miasta. W Internecie krążyły nagrania ze starć z policją, relacje o ofiarach, wezwania do protestu i obrazy kobiet, które publicznie zrzucały chusty. W takiej atmosferze reprezentacja Iranu przygotowywała się do mundialu. Piłkarze wiedzieli, że jadą na turniej w chwili, gdy ich kraj przeżywa jeden z najpoważniejszych kryzysów społecznych ostatnich lat. Każde ich zachowanie miało zostać odczytane. Każda mina, każde zdanie, każda cisza.

Kapitan reprezentacji Ehsan Hajsafi na konferencji prasowej złożył kondolencje rodzinom ofiar protestów i podkreślił, że kadrowicze „są z ludźmi w Iranie”. W wielu państwach taka wypowiedź zostałaby uznana za gest empatii. Jeszcze mocniej wybrzmiał głos Sardara Azmouna, jednego z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy tego pokolenia, który w mediach społecznościowych pisał o wstydzie i o tym, że nawet wyrzucenie z kadry byłoby niewielką ceną wobec cierpienia kobiet i protestujących. Jego słowa potwierdziły, że irański piłkarz nie jest po prostu sportowcem. Jest jednocześnie reprezentantem państwa, twarzą społeczeństwa i uczestnikiem konfliktu, od którego nie da się uciec.

Nie był to jednak pierwszy taki moment. Historia irańskiego futbolu jest pełna sytuacji, w których sport stawał się sceną dla spraw znacznie większych niż wynik. Najsłynniejszy przykład pochodzi z 1998 roku, gdy Iran na Mistrzostwach Świata we Francji trafił do grupy ze Stanami Zjednoczonymi. Samo zestawienie tych drużyn wystarczyło, by mecz natychmiast został uznany za jedno z najbardziej politycznie obciążonych spotkań w historii mundiali. Od rewolucji islamskiej w 1979 roku oba państwa pozostawały w konflikcie dyplomatycznym. Retoryka po obu stronach była ostra, a wzajemne relacje wykraczały poza chłód polityczny. Dla zachodnich mediów było to spotkanie o ogromnym ładunku symbolicznym. Dla wielu Irańczyków — możliwość pokazania swojej wyższości nad „amerykańskim szatanem”, jak nazywano wówczas USA. Sam awans na tamten mundial zapisał się w kronikach irańskiej piłki nożnej. W barażu z Australią Irańczycy zremisowali pierwszy mecz 1:1, a w rewanżu w Melbourne przegrywali już 0:2. Wydawało się, że marzenie o mundialu nie zostanie zrealizowane. Tymczasem w drugiej połowie zdobyli dwa gole i wyrwali remis 2:2, który dał im awans dzięki bramkom wyjazdowym. W Iranie spotkanie to do dziś funkcjonuje jako „mecz stulecia”. Już wtedy było widać, że reprezentacja narodowa nie jest zwykłą drużyną piłkarską, ale nośnikiem emocji, które potrafią jednoczyć społeczeństwo.

Na mundialu we Francji przed meczem ze Stanami Zjednoczonymi Irańczycy wyszli na murawę z białymi kwiatami dla rywali. Ten gest, prosty i z pozoru niewinny, stał się jedną z najbardziej pamiętnych scen tamtego turnieju. Miał symbolizować pokój i normalność, próbę oddzielenia ludzi od państw, sportowców od konfliktu dyplomatycznego. Iran wygrał 2:1 po bramkach Hamida Estiliego i Mehdiego Mahdavikii. W kraju wybuchła euforia. Ulice wielu miast zapełniły się ludźmi świętującymi zwycięstwo, które dla wielu znaczyło więcej niż trzy punkty. Był to niewątpliwie symboliczny moment, który nie przyniósł jednak sportowego happy endu. Iran mimo pokonania USA, zakończył swój udział w turnieju na fazie grupowej.

Na tym właśnie polega paradoks tej reprezentacji. Sportowo od lat należy do najsilniejszych drużyn Azji. Regularnie kwalifikuje się na mistrzostwa świata, ma stabilną pozycję na kontynencie, jej piłkarze coraz częściej trafiają do mocniejszych europejskich lig, a jednak mundialowa historia pozostaje opowieścią ubogą w sukcesy. Drużyna przyjeżdża z nadziejami, wzbudza zainteresowanie, po czym po trzech meczach wraca do domu. Nigdy nie wyszła z grupy. Na mistrzostwo Azji czeka od 1976 roku. Kiedy mówi się o Iranie, znacznie częściej wracają sceny pozaboiskowe niż konkretne sportowe osiągnięcia. Czy piłkarze staną po którejś ze stron konfliktu? Czy zdecydują się na polityczne manifesty? A może w ogóle reprezentacja nie zostanie dopuszczona do gry? Tego typu pytania przytłaczają te o walory taktyczne czy konkretne wybory personalne w kadrze narodowej.

Czysto sportowy wymiar tej historii pozostaje w tle, a przecież w ostatnich latach dokonywała się spora zmiana w postrzeganiu futbolu w tym kraju. Iran przez lata próbował znaleźć model, który pozwoli mu przetrwać starcia z silniejszymi rywalami, a zarazem nie odbierze mu przewagi nad zespołami z Azji. Najmocniej było to widać za kadencji Carlosa Queiroza. Portugalczyk uczynił z tej drużyny zespół zdyscyplinowany, cierpliwy i niezwykle trudny do złamania. Jego Iran nie chciał prowadzić otwartej gry z mocniejszymi przeciwnikami. Starał się przetrwać, ograniczać przestrzeń, minimalizować ryzyko i czekać na jeden moment, który może odwrócić losy meczu. To podejście miało sens, bo na poziomie mundialu Iran nie był drużyną zdolną do dominacji nad Hiszpanią, Portugalią czy Argentyną. Mógł natomiast sprawić, by rywal tego poziomu długo musiał zapracować na wygraną. Najbardziej wymowny był mecz z Argentyną na mundialu w 2014 roku. Iran przez niemal całe spotkanie utrzymywał bezbramkowy remis i bardzo długo wyglądał jak drużyna, która jest w stanie wywalczyć sensacyjny punkt. Dopiero w doliczonym czasie gry Lionel Messi zrobił to, co wielcy piłkarze robią w takich momentach najczęściej — jednym zagraniem rozstrzygnął spotkanie. Cztery lata później w Rosji Iran znów był blisko. Zdobył cztery punkty w grupie z Portugalią, Hiszpanią i Marokiem, a więc wynik, który w wielu innych turniejach wystarczyłby do awansu. W końcówce meczu z Portugalią Mehdi Taremi miał sytuację, po której Iran mógł po raz pierwszy w historii wejść do fazy pucharowej mistrzostw świata. Przez ułamek sekundy wydawało się, że właśnie dzieje się coś przełomowego. Piłka trafiła jednak w boczną siatkę.

Po Katarze Iran zaczął szukać nieco innej drogi. Selekcjoner Amir Ghalenoei podjął próbę odejścia od skrajnego pragmatyzmu i większą chęć dominowania z piłką, ale to są już kwestie drugiego planu. W Iranie trudno skoncentrować się wyłącznie na wydarzeniach boiskowych. Tu selekcjoner nie odpowiada wyłącznie za wyniki, a piłkarz nie odpowiada wyłącznie za formę. Każdy ruch kadry natychmiast zostaje wpisany w szerszą narrację. W Iranie mecz rzadko zaczyna i kończy się na boisku. Kadra gra pod presją sportową, społeczną i polityczną jednocześnie. Gesty piłkarzy są natychmiast interpretowane, a sam fakt bycia reprezentantem oznacza funkcjonowanie w polu napięć, którego europejskie drużyny zwykle nie znają. Sportowo Iran ma argumenty, by przestać być „drużyną eliminacji”. Chce mierzyć coraz wyżej, osiągać coraz więcej. Trudno jednak skupić się na ambitnych celach, gdy kraj znajduje się w stanie wojny ze współgospodarzem mundialu. I znowu boisko schodzi na dalszy plan…

Przeklęta ziemia gospodarzy. O dwóch najbardziej traumatycznych klęskach Brazylii

Paweł Pierlak

Myślisz mundial, mówisz Brazylia. Żaden kraj nie wygrał mistrzostw świata częściej, żaden nie zbudował wokół tego turnieju równie silnej części własnej piłkarskiej tożsamości. Pięć złotych medali to dorobek, z którym nie może równać się żaden inny kraj. Brazylijczycy na hasło „mundial” nie mają jednak wyłącznie pozytywnych wspomnień. Co więcej, te najbardziej pamiętne turnieje — rozgrywane na ich własnej ziemi — kończyły się historycznymi kompromitacjami. Gdy ciśnienie na trofeum było największe, piłkarze Canarinhos dwukrotnie nie wytrzymali presji. W 1950 i 2014 roku Brazylia przegrała nie tylko spotkania. Przegrała swoje własne wyobrażenie o tym, czym powinna być na oczach świata.

Po raz pierwszy mistrzostwa świata w Brazylii rozegrane zostały w 1950 roku, gdy powrócono do mundialowych zmagań po 12-letniej przerwie spowodowanej wybuchem II wojny światowej. Brazylia przystępowała do nich jako bezapelacyjny faworyt. O tym, jak mocny był wówczas ten zespół, niech świadczy fakt, że w rozgrywanym rok wcześniej Copa América strzelili 46 goli w 8 meczach, a w decydującym spotkaniu pokonali Paragwaj aż 7:0.

Organizatorzy turnieju stworzyli nietypowy format rozgrywania mistrzostw świata. Po tym jak w 1934 i 1938 roku nie było fazy grupowej, a od razu tworzono drabinkę pucharową, tym razem wrócono do podziału na grupy. Wątpliwości budził jednak dalszy system, w którym zwycięzcy grup tworzyli kolejną, czterozespołową grupę finałową, a zespół z pierwszego miejsca otrzymywał puchar dla najlepszej drużyny globu. Można spierać się, czy taki format rzeczywiście zwiększał szanse gospodarzy, ale dla tej historii ważniejsze jest coś innego: Brazylia miała poczucie, że cały turniej prowadzi ją prosto do koronacji. To właśnie dlatego późniejsza porażka tak mocno wrosła w narodową pamięć.

Dla gospodarzy wszystko układało się zgodnie z planem. Fazę grupową zakończyli z dwoma zwycięstwami oraz jednym remisem, którym nikt się jednak nie przejmował, ponieważ w starciu ze Szwajcarią, rozgrywanym w São Paulo, Flavio Costa dokonał sporych rotacji w składzie, dając zagrać głównie miejscowym zawodnikom. Prawdziwą siłę pokazali jednak w dwóch pierwszych meczach fazy finałowej. Do mistrzostwa świata potrzebny był im tylko remis w ostatnim meczu z Urugwajem, który najpierw zremisował 2:2 z Hiszpanią, a w starciu ze Szwecją rzutem na taśmę zwyciężył. Wyniki w rundzie finałowej ułożyły się tak, że mecz pomiędzy Szwecją i Hiszpanią decydował o brązowym medalu, a starcie Brazylii z Urugwajem — o złocie.

Brazylijczycy przed „finałem” byli pewni siebie do tego stopnia, że gubernator stanowy, Angelo Mendes de Moraes podczas wygłaszania mowy przed meczem pogratulował piłkarzom wygrania całego mundialu, a gazeta „O Mundo” w dzień finałowego starcia wydrukowała zdjęcia reprezentacji Canarinhos z nagłówkiem: „Oto mistrzowie świata”. Kapitan Urugwaju, Obdulio Varela podobno tak się wściekł, widząc te gazety, że wykupił wszystkie, rozłożył je w pokoju i zachęcił kolegów z reprezentacji, aby oddali na nie mocz.

Kluczowe, jak się później okazało, wydarzenie przed samym finałem miało miejsce w szatni Urugwaju. Z powodów wojny w Europie Ameryka Południowa była kilka kroków w tyle w kwestii nowinek taktycznych, jednak dzięki swojemu trenerowi w Peñarolu, Węgrowi Imre Hirschlowi Varela dowiedział się o nowych sposobach bronienia. Konkretnie chodzi tu o szwajcarski „rygiel”, czyli system 1-3-3-3 (Szwajcaria zagrała też w ten sposób w zremisowanym meczu z Brazylią). Varela miał być zachwycony postawą Szwajcarii, która jako jedyna zdołała zatrzymać ofensywę gospodarzy. Za to Brazylia pod wodzą Flavio Costy grała swoim zwyczajowym systemem W-M (przekładając to na cyferki, moglibyśmy opisać to ustawienie jako 3-2-2-3).

Kiedy rozległ się pierwszy gwizdek na Maracanie oficjalnie znajdowało się 173 850 widzów. I mimo że nieoficjalnie mówi się, że w rzeczywistości liczba ta mogła sięgać nawet 200 tysięcy, to i tak po dziś dzień jest to rekord frekwencji na jakimkolwiek meczu piłkarskim. Cała Brazylia była gotowa do świętowania, jednak w najczarniejszych myślach nie spodziewali się tego, co później zobaczyli na własne oczy.

Gospodarze od początku przejęli kontrolę nad meczem, ale do przerwy nie zdołali wyjść na prowadzenie. Udało się to dopiero dwie minuty po zmianie stron za sprawą króla strzelców mundialu, Ademira. Brazylijczyków dzieliły od zwycięstwa 24 minuty, kiedy wszystko zaczęło sypać się, jak domek z kart. Najpierw do siatki trafił napastnik Schiaffino, a decydujący cios zadał prawoskrzydłowy Ghiggia. „Tylko trzy osoby zdołały uciszyć Maracanę — Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja” — powtarzał później strzelec bramki na 2:1.

Ceniony brazylijski dziennikarz Nelson Rodrigues nazwał klęskę z Urugwajem „naszą Hiroszimą”, co celnie oddawało nastroje, jakie zapanowały w narodzie. Pomocnik reprezentacji Canarinhos Zizinho przyczyn porażki dopatrywał się w ustawieniu W-M. „W ostatnich czterech meczach mistrzostw świata po raz pierwszy w życiu grałem w tym systemie. Hiszpania stosowała W-M, Szwecja stosowała W-M, Jugosławia stosowała W-M. Pokonaliśmy drużyny, które grały W-M. Ale Urugwajczycy grali inaczej. Mieli jednego obrońcę głębiej i drugiego przed nim” — mówił w wywiadzie z Alexem Bellosem. Ponadto warto zauważyć, że dwie bramkowe akcje Urugwaju były efektem ataków prawą stroną, którą zabezpieczać miał pomocnik Danilo. Tego jednak ciągnęło do przodu i przez to często powstawała tam luka.

Brazylijczycy za winnych porażki uznali jednak trzech zawodników — Bigodę, Juvenala i Barbosę. Przypadkowo, czy nie — fakty są takie, że było to trzech czarnoskórych zawodników Canarinhos. Najgorzej miał ten ostatni — bramkarz, którego obwiniano za błąd przy decydującym trafieniu Ghiggii. Brazylia tak zraziła się do czarnoskórych golkiperów, że następnym o takim kolorze skóry, który trafił do kadry był dopiero w 1999 roku Dida. Barbosa został już na zawsze skreślony. W 1993 roku nie pozwolono mu odwiedzić kadry Brazylii, ponieważ obawiano się, że przyniesie pecha przed nadchodzącymi MŚ 1994, a 20 lat po „Maracanazo” — jak nazywa się porażkę z Urugwajem — robiąc zakupy w sklepie pewna kobieta wskazała na niego palcem i powiedziała do syna: „Spójrz na niego. To człowiek, przez którego płakała cała Brazylia”. W 2000 roku, jeszcze przed śmiercią Barbosa wypowiedział słynne słowa: „W Brazylii maksymalna kara, jaką można orzec, to 30 lat. Moja trwała 50”.

Na okazję do rehabilitacji przed własną publicznością Brazylia musiała czekać aż 64 lata. W 2014 roku po raz drugi uzyskali prawo zorganizowania mistrzostw świata. Naród zwariowany na punkcie piłki nożnej dostał od losu drugą szansę, aby odegrać się za dawne wydarzenia. Na własnej ziemi liczył się tylko złoty medal.

Seleção rozpoczęło turniej od… gola samobójczego. Marcelo strzelił pierwszą bramkę na turnieju, ale do własnej siatki, jednak później było już lepiej. Podopieczni Luiza Felipe Scolariego wygrali swoją grupę z bilansem dwóch zwycięstw i jednego remisu. W 1/8 finału po rzutach karnych pokonali Chile, a w ćwierćfinale okazali się lepsi od Kolumbii (2:1). Ostatnią przeszkodą w drodze do finału byli Niemcy. Brazylijczycy mogli patrzeć optymistycznie na ten pojedynek, ponieważ reprezentacja Canarinhos ostatnią porażkę u siebie w meczu o stawkę poniosła 39 lat temu, gdy w rozgrywkach Copa América przegrali z Peru.

To, co stało się w Belo Horizonte, przeszło najśmielsze oczekiwania wszystkich. Pokolenie, które dorastało na opowieściach o porażce z Urugwajem w 1950 roku przeżyło swoje Maracanazo. Niemcy zdeklasowali Brazylijczyków, wygrywając aż 7:1. To był mecz, w którym zespołowi Joachima Löwa wychodziło dosłownie wszystko. Die Mannschaft objęli prowadzenie w 11. minucie, a po pół godziny gry było 5:0. Pomiędzy 20. a 30. minutą gry Brazylijczycy dostali zbiorowego zaćmienia. W tym przedziale czasowym rywale strzelili im cztery bramki. Nie tylko Brazylia, ale i cały piłkarski świat był w ciężkim szoku. Siedem straconych bramek nie było tylko wynikiem. Było rozpadem drużyny na oczach własnych kibiców.

Brazylijczycy zagrali naiwnie. Selekcjoner Luiz Felipe Scolari w 2002 roku wygrywał z tą reprezentacją mistrzostwo świata dzięki m.in. świetnej organizacji gry w defensywie. W turnieju rozgrywanym na własnej ziemi być może dał się ponieść emocjom i przeszarżował. Die Mannschaft tworzyli zagrożenie wykorzystując wolną przestrzeń po ich prawej stronie za plecami bardzo ofensywnie grającego Marcelo. To Brazylia prowadziła grę, mając wyższe posiadanie piłki, oddając więcej strzałów (w tym także celnych), notując więcej dośrodkowań, podań w pole karne, wykonując więcej rzutów rożnych oraz mając więcej niebezpiecznych ataków. Ale po stracie piłki zostawiali sporo wolnej przestrzeni. A Niemcy Joachima Löwa byli mistrzami w jej wykorzystywaniu.

Brazylijczycy mogą zastanawiać się, co by było, gdyby Neymar nie doznał kontuzji w meczu z Kolumbią po brutalnym faulu Zúñigi, czy Thiago Silva — inny niekwestionowany lider kadry — nie był zawieszony za kartki. Ale równie dobrze mogą dziękować Bogu, że Niemcy w pewnym momencie odpuścili. „Powiedzieliśmy sobie jasno, że musimy nadal być skoncentrowani i nie będziemy próbować upokorzyć Brazylii” — mówił Mats Hummels w szatni w trakcie przerwy w meczu. Do poleceń nie zastosował się jedynie André Schürrle, który po wejściu z ławki wyczuł szansę, że dobrym występem może wywalczyć sobie miejsce w wyjściowej jedenastce na finał i strzelił dwa gole, a Brazylię było stać jedynie na honorowe trafienie w samej końcówce meczu, które nie wystarczyło kibicom nawet na otarcie łez.

Wśród przyczyn tak wysokiej porażki Brazylii wymienia się stan emocjonalny piłkarzy Canarinhos. Spoczywała na nich ogromna presja, aby przynieść całemu narodowi Puchar Świata zdobyty na własnej ziemi, a szybko wyprowadzane ciosy rywali położyły ich na deski. Ogromnym ładunkiem emocjonalnym — jak zaznaczali piłkarze — był brak Neymara. Kontuzja gwiazdora reprezentacji była naprawdę poważna. Jak sam piłkarz później opowiadał, lekarz powiedział mu, że gdyby otrzymał uderzenie dwa centymetry bliżej boku, prawdopodobnie do końca życia nie mógłby już chodzić. Narracja wokół reprezentacji Brazylii przez cały mundial toczyła się wokół Neymara. Po jego kontuzji w kraju zapanowała żałoba. Można było odnieść wrażenie, że gospodarze jeszcze przed pierwszym gwizdkiem w Belo Horizonte dźwigali nie tylko presję ze strony Niemców, ale też własny strach przed powtórką z historii.

Dla Seleção było to wyrównanie najwyższej porażki od blisko 100 lat, gdy w 1920 roku przegrali 0:6 z Urugwajem. Fakt, że stało się to w najgorszych możliwych okolicznościach — w półfinale mistrzostw świata, przed własną publicznością, na oczach milionów kibiców przed telewizorami — tylko dopełnia obraz ogromnej tragedii. Następnego dnia gazeta „O Globo” wystawiając noty pomeczowe, każdemu zawodnikowi przyznała ocenę 0. Nie brakowało też nawiązań do słynnego Maracanazo. „Extra” — inna brazylijska gazeta — złożyła ironiczne gratulacje wicemistrzom świata z 1950 roku, że już nie do nich należy największa klęska w dziejach brazylijskiego futbolu. „Folha de São Paulo” pisała natomiast, że jeśli tamten mecz z Urugwajem był tragedią, to ten z 2014 roku jest upokorzeniem. Maracanazo zostało przykryte przez Mineirazo, jak nazwano porażkę z Niemcami na stadionie Estádio Mineirão w Belo Horizonte.

Klęska z Niemcami zebrała swoje żniwa i zmusiła do przeprowadzenia rewolucji w kadrze narodowej. Selekcjoner Luiz Felipe Scolari zrezygnował ze swojej funkcji tuż po turnieju. 10 zawodników z kadry powołanej na turniej później nie zagrało już ani minuty w reprezentacyjnej koszulce. Zmiany były jednak konieczne, ponieważ Scolari powołał na mundial głównie wiekowych piłkarzy. Tylko dwóch zawodników z wyjściowej jedenastki przeciwko Niemcom było przed 26. urodzinami (Oscar i Bernard), natomiast aż czterech miało już „trójkę z przodu” (Júlio César, Maicon, Dante, Fred). Gdy Júlio César niespełna cztery lata później ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, napisał: „Nawet dzisiaj, kiedy kładę się spać, nie mogę przestać o tym myśleć. Już wyobrażam sobie dzień mojej śmierci, za wiele lat, kiedy w wiadomościach ogłoszą: «Júlio César, bramkarz z przegranego meczu 1:7, nie żyje»”. Obie klęski różniło wiele: format turnieju, epoka, przeciwnik, sposób gry i skala wyniku. Łączyło je jednak to, że wydarzyły się w miejscu, w którym Brazylia chciała potwierdzić własną wielkość. Maracanazo i Mineirazo nie są tylko dwoma bolesnymi datami. To dwa momenty, w których najbardziej utytułowana reprezentacja świata przekonała się, że mundial u siebie bywa nie przywilejem, lecz wyzwaniem i presją, która potrafi złamać nawet największych.

Farbowane kangury. Niby Australia, a reprezentuje Azję

Mateusz Wiśniewski

Geografia to prosty przedmiot szkolny. Dzieci na początku swojej edukacji uczą się, gdzie leży Polska. Zaraz potem dowiadują się, że największą jednostką podziału lądów na Ziemi jest kontynent, a na mapie świata wyróżniamy ich siedem. Najmniejszym z nich jest Australia, do której dokooptowywany jest obszar zwany Oceanią. I może siedmiolatek nie wymieni wszystkich państw leżących na wyspach znajdujących się na Oceanie Spokojnym, za to będzie potrafił wskazać ojczyznę kangurów. Później ten siedmiolatek obejrzy z rodzicami mecz Australii na Mistrzostwach Świata 2026 i będzie się zastanawiał, dlaczego kadra Socceroos poleciała do Ameryki Północnej jako reprezentant innego kontynentu — Azji.

Takie pytanie potencjalnie może też zadać widz w każdym wieku. Jeśli Australia sama w sobie jest kontynentem, to skąd się wzięła Azja? Geograficznie niby nie jest tak daleko, ale Australijczycy kulturowo i historycznie różnią się od Azjatów. Australia, a formalnie Wspólnota Australii to przecież była kolonia brytyjska. Mówi się tam po angielsku, a i imigrantów najwięcej było zawsze z państw europejskich. Można nawet powiedzieć, że Australia jako reprezentant Azji po prostu głupio brzmi. Sytuacja nie jest tożsama z przypadkiem Izraela, który występuje pod egidą UEFA ze względów stricte politycznych. Temat australijski jest trochę bardziej złożony.

Powodem takiego stanu rzeczy jest poziom piłkarski w Konfederacji Piłkarskiej Oceanii (OFC), a co za tym idzie — przepisy FIFA dotyczące zasad kwalifikowania się na mistrzostwach świata. Każda z sześciu kontynentalnych federacji ma określoną pulę miejsc, jakie da się wywalczyć w eliminacjach. Najsłabszą pod względem jakości drużyn jest właśnie ta najmniejsza, która obecnie zrzesza 16 członków z regionu. Nie ma już w tym gronie Australii. Już, bo do końca 2005 roku przebywała w tym towarzystwie. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie odrzucenie przez azjatycką konfederację wniosków o członkostwo Australii i Nowej Zelandii w 1964 roku. Tam ich nie chcieli, więc pacyficzne państwa założyły swoją federację. I tak przez prawie czterdzieści lat piłkarze z kraju kangurów brali udział w Pucharze Narodów Oceanii, a także rywalizowali o przepustkę na mundial z Nową Zelandią czy Tahiti. Gdzieś w siedzibie krajowego związku piłkarskiego mieszczącej się w Sydney z pewnością znaleźlibyśmy półkę z zakurzonymi trofeami za kontynentalne rozgrywki. Piłkarze Socceroos w historii zdobywali je czterokrotnie. Jedno nawet na pożegnanie z federacją. W 2004 roku Australia pokonała w finałowym dwumeczu Wyspy Salomona, a już dwa lata później opuściła oceaniczne towarzystwo. Po co mierzyć się z reprezentacjami Kiribati czy Vanuatu, jak można toczyć boje z Japończykami lub Irańczykami. Nikt nie powinien być zaskoczony, że druga para przeciwników pod względem poziomu piłkarskiego to inna liga.

Patrząc natomiast we wspomniane reguły kwalifikacyjne, wszystko prezentuje się klarownie. Do Mistrzostw Świata 2026 piłkarska federacja Oceanii nie mogła się pochwalić gwarancją ani jednego mundialowego biletu. Dzięki zwiększeniu liczby uczestników do 48, drużyny z tamtej części piłkarskiego świata mają możliwość wywalczenia bezpośredniego awansu na światową imprezę poprzez kontynentalne eliminacje. Wcześniej takiej opcji po prostu nie było. Zwycięzca kwalifikacji dostawał promocję, tyle że do kolejnego etapu walki o mundial. Nawet pokonanie wszystkich oponentów nie powodowało, że odpowiedzialny za logistykę człowiek w związku piłkarskim musiał szukać bazy treningowej czy biletów lotniczych. Nie wystarczało więc być najlepszą drużyną na własnym podwórku. Zasady zmuszały do rozegrania meczu bądź meczów przeciwko drużynom z innego zakątka świata. To było bardzo problematyczne dla australijskiej federacji. Mocna kadra, zmuszona ze względów geograficznych do grania ze słabymi ekipami wyspiarskich krajów, miała ogromne trudności z dostaniem się na światowy czempionat poprzez baraż interkontynentalny.

To trochę tak, jak wychowywanie się na małym osiedlu, na którym większość dzieci jest młodsza. Musisz grać z nimi w piłkę, bo rodzice nie pozwalają Ci opuścić terenu. Przewyższasz poziomem wszystkich pozostałych, choć wiesz, że to Cię niczego nie uczy. A kiedy idziesz do szkoły, to okazuje się, że chłopcy z innego osiedla ogrywają Cię bez ceregieli, bo mieli większe możliwości rywalizacji. Do takiego wniosku doszli też decyzyjni Australijczycy.

Na mistrzostwa przed zmianą obozu reprezentacja z Antypodów pojechała tylko dwa razy — w 1974 roku wybrała się do Republiki Federalnej Niemiec po awansie wywalczonym w łączonych eliminacjach drużyn ze strefy Azji i Oceanii, zaś w 2006 roku wywalczyła przepustkę, pokonując Urugwaj po rzutach karnych w dwumeczu barażowym. We wcześniejszych latach marzeń o występie na mistrzowskiej imprezie pozbawiały ją Szkocja, Argentyna, Iran i właśnie Urugwaj. Australia wreszcie powiedziała basta— a może raczej done — i doszła do porozumienia z Azjatycką Federacją Piłkarską (AFC). Może to być uważane za paradoks, bo Australia zamieniając macierzystą federację na jej azjatycki odpowiednik czysto piłkarsko utrudniła sobie zadanie. Łatwiej zapakować parę bramek Fidżi niż walczyć o punkty z Japonią. Zadowolony z pewnością jest przewoźnik narodowy — Qantas Airways — gdyż lot do Arabii Saudyjskiej czy Jemenu jest o wiele dłuższy niż podróż do Nowej Zelandii. Patrząc jednak z trochę odleglejszej perspektywy, łatwiej było zająć jedno z czterech miejsc przewidzianych dla uczestników azjatyckich eliminacji niż powierzać los mundialu kwestii rozstrzygnięcia dwumeczu. A teraz jest jeszcze łatwiej, bo po zwiększeniu liczby uczestników Azja ma aż 8 bezpośrednich przepustek. Australijski gambit związany ze zmianą federacji bardzo szybko okazał się trafiony. Od Mistrzostw Świata 2010 w Republice Południowej Afryki piłkarzy Socceroos oglądamy na każdym turnieju. Nowym dominatorem eliminacji w Oceanii została Nowa Zelandia, która przez długi czas borykała się z takim samym problemem, co wcześniej sąsiad.

Wróćmy jednak do samego procesu, jakim było wstąpienie do AFC. Nie odbyło się to przecież na pstryknięcie palcem, bo w takiej sytuacji co chwilę na świecie reprezentacje zmieniałyby federacje na własne widzimisię. Australijscy dyplomaci piłkarscy musieli przekonać do swojego pomysłu zarówno władze azjatyckiej federacji, jak i zniwelować sprzeciw krajowych związków swoich przyszłych rywali, a także uzyskać zgodę „Wielkiego Brata” — FIFA. Australia nie musiała zbyt długo przekonywać największych reprezentacji tej części świata — te szybko pojęły, że zwiększenie rywalizacji sportowej może wydatnie pomóc w promowaniu ich futbolu po zyskaniu dużego gracza. Swoje poparcie wyraził także ówczesny prezes federacji — Mohammad bin Hammam. Nietrudno jednak sobie wyobrazić, że nie wszyscy członkowie AFC byli zadowoleni z potencjalnego nowego przeciwnika. Przeciwko roszadom były te słabsze piłkarsko kadry, które bały się marginalizacji swojej roli. Trzeba pamiętać, że zmiana federacji na azjatycką oznaczała, iż kluby z Australii także będą partycypować w pucharach kontynentalnych, takich jak azjatycka Liga Mistrzów. Głosy sprzeciwu sukcesywnie były jednak wyciszane, aż po paru latach starań i szukania sojuszników udało się wprowadzić proces na drogę formalną. W 2005 roku w Kuala Lumpur odbyło się głosowanie nad przyjęciem kandydatury Australii, które zakończyło się sukcesem. Decyzja była jednogłośna. Pozostało więc poczekać na zgodę FIFA i można było oficjalnie odtrąbić pełen sukces. W 2006 roku reprezentacja Socceroos weszła już jako reprezentant Azji i mogła zacząć budować swój wizerunek na tym rynku.

O tym, że federacja osiągnęła wymierne korzyści związane z awansami na mistrzostwa świata, już pisaliśmy. Warto jeszcze wspomnieć o Pucharze Azji, gdyż na tym polu Australijczycy również zdążyli osiągnąć sukcesy. Największym z nich niewątpliwie było mistrzostwo kontynentu zdobyte na własnych boiskach. W 2015 roku azjatycki czempionat odbył się właśnie w Australii i choć gospodarze wyszli z grupy dopiero z drugiego miejsca (pierwsza była Korea Południowa), to w dalszych fazach turnieju byli niezwyciężeni. Po pokonaniu do zera Chin oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich o końcowy triumf zmierzyli się ponownie z Tygrysami Azji. Bohaterem Australijczyków został James Troisi — strzelec zwycięskiego gola w dogrywce — dzięki któremu Socceroos mogli na stadionie w Sydney wznieść premierowe trofeum. Sukces przed własną publicznością świetnie smakował, tym bardziej że cztery lata wcześniej Australijczycy ulegli w finale turnieju Japończykom (też po dogrywce).

Zmiana federacji z perspektywy czasu przyniosła Australijczykom ogromne korzyści. Rywalizacja z lepiej zorganizowanymi futbolowo państwami sprawiła, że futbol na Antypodach bardzo się rozwinął. Rósł poziom piłkarski, rozrastała się infrastruktura. Bez opisanego powyżej impulsu byłoby o to bardzo trudno. Obecnie Australia jest jedną z najlepszych reprezentacji w strefie azjatyckiej. Pomyśleć, że gdyby nie udało się dopiąć zmiany federacji z Oceanii na Azję, to Socceroos najprawdopodobniej kisiliby się jak ogórki w beczce, dominując rozgrywki o Puchar Narodów Oceanii, ale mając problemy z wywalczeniem kwalifikacji na największą futbolową imprezę świata. A brak awansów oznaczałby, że publiczność mogłaby nie poznać Ange’a Postecoglou czy zobaczyć pięknego gola Tima Cahilla w meczu grupowym z Holandią na Mundialu w Brazylii. Biorąc jednak politykę FIFA z rozszerzaniem mistrzostw świata, Australia ma „autostradę na mundial” w strefie azjatyckiej i podobnie byłoby w oceanicznej.

Japońsko-koreańska rywalizacja, która zakończyła się wspólnym mundialem

Marcin Pietkiewicz

Co powinieneś zrobić, gdy nie potrafisz dostać się na wymarzony turniej? Logiczne rozwiązanie to praca nad poprawą jakości swojej gry i pokonanie kwalifikacyjnych rywali. Alternatywnie — możesz postarać się, by zostać jego gospodarzem. Reprezentacja Japonii przez lata nie była w stanie awansować na piłkarskie mistrzostwa świata, a na jej drodze często stawała Korea Południowa. Japończycy wyrazili więc zainteresowanie organizacją własnego turnieju, co popierał ówczesny prezydent FIFA, João Havelange. Pomysł miał jednak jedną wadę. Koreańczycy, najwyraźniej niechętni temu, by lokalny rywal zyskał spektakularny przywilej, również postanowili zawalczyć o organizację mundialu.

Niewielu kibiców zdaje sobie pewnie sprawę, że wybór dwóch gospodarzy mistrzostw w 2002 roku nie był objawem wzajemnej przyjaźni, a raczej wynikał z chęci uniknięcia „wojny” między tymi nacjami. Rywalizacja była zacięta, a rozwiązanie wzbudziło potężne emocje. Co więcej, sam kompromis był swoistym wotum nieufności wobec Havelange’a, który publicznie deklarował, że nie pozwoli na wybór dwóch gospodarzy. Japończycy zamierzali wydać 5,5 miliarda dolarów na budowę i remonty stadionów (Koreańczycy około jednej czwartej tej kwoty), a także ponad 60 milionów dolarów na promocję własnej kandydatury. Ostatecznie musieli jednak zadowolić się połowicznym sukcesem. 31 maja 1996 roku Korea Południowa i Japonia wywalczyły miejsce na mistrzostwach świata jako współgospodarze pierwszego mundialu XXI wieku. Był to kolejny przełom w ciekawej historii wyboru organizatorów największej piłkarskiej imprezy na Ziemi.

O organizację pierwszych oficjalnych mistrzostw świata starało się aż sześć państw. Węgry, Włochy, Holandia, Hiszpania oraz Szwecja zgłosiły swoje kandydatury, jednak od początku za faworyta uznawano Urugwaj. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych był najmocniejszą reprezentacją globu, zwycięzcą turniejów olimpijskich z 1924 i 1928 roku, które w tamtej epoce miały rangę nieformalnych mistrzostw świata. W 1930 roku kraj obchodził setną rocznicę uchwalenia konstytucji i chciał uczcić jubileusz organizacją wydarzenia o znaczeniu międzynarodowym. FIFA otrzymała od Urugwajczyków obietnicę budowy stadionów oraz pokrycia kosztów pobytu i podróży uczestników. Co więcej, gdyby mundial zakończył się finansową klapą, Urugwajczycy mieli zrekompensować poniesione straty. Wybór właśnie tego państwa bronił się sportowo, ale w oczach osób decyzyjnych był także bezpieczniejszy pod względem ekonomicznym. Podróż z Europy do Ameryki Południowej była kosztowna, długa i logistycznie skomplikowana, ale to samo działało w drugą stronę, gdyby Brazylia, Argentyna czy Urugwaj miały uczestniczyć w turnieju organizowanym na Starym Kontynencie.

Ograniczony udział europejskich potęg w pierwszym mundialu przeważył przy wyborze gospodarza mistrzostw świata 1934. Kandydatura Szwecji wydawała się mocna, jednak rząd włoski zadeklarował przeznaczenie 3,5 miliona lir włoskich na organizację turnieju w Italii. Rozegranie najważniejszej imprezy piłkarskiej w faszystowskich Włoszech Benito Mussoliniego spotkało się ze sporą krytyką w kierunku prezydenta FIFA Julesa Rimeta. Francuz przy wyborze kolejnego gospodarza preferował więc „spokojniejszą” opcję. Ojczyzna Rimeta zdobyła 19 na 23 możliwe głosy, wygrywając z Niemcami i Argentyną. Ta druga nacja domagała się równego traktowania Europy i Ameryki Południowej, sugerując, by turnieje odbywały się na zmianę na obu kontynentach. Zasady — szczególnie te niepisane — okazały się łatwe do naginania wedle własnych korzyści.

Dyskusje nad wyborem gospodarza mundialu 1942 uprzedził wybuch II wojny światowej, jednak za faworyta uchodziła Brazylia. Jej konkurentem mogli być Niemcy, którzy z oczywistych względów nie mieli prawa oczekiwać przychylności władz piłkarskich. Te zadecydowały o rozegraniu mistrzostw jak najszybciej po zakończeniu zmagań wojennych — planowo w 1949 roku. Brazylijczycy posiadali w swoich rękach wszelkie argumenty — szykowali się do organizacji od kilku lat, a jednocześnie państwo nie było zniszczone działaniami wojennymi. Jedyną zmianą było przesunięcie zawodów na 1950 rok. Ciekawe, że już wtedy pojawił się pomysł skrócenia okresu między mistrzostwami. Kolejny mundial miał odbyć się w 1951 roku, a jedynym kandydatem do jego organizacji była Szwajcaria. Ostatecznie rozgrywki miały miejsce trzy lata później, a czteroletni odstęp został utrzymany.

Wydawać by się mogło, że organizacja piłkarskich mistrzostw świata to wielki prestiż, o który toczy się zażarty bój. Tymczasem w 1950 roku na kongresie FIFA w Rio de Janeiro, gdy wybrano gospodarza mundialu 1958 roku, kandydat był jeden — Szwecja. Było to o tyle zaskakujące, że po raz kolejny walki nie podjęły państwa Ameryki Południowej, które domagały się wcześniej równego traktowania z Europą. To zmieniło się przed turniejem 1962, gdy po wycofaniu Niemiec Zachodnich w boju pozostały Argentyna oraz Chile. Nieoczekiwanie stosunkiem głosów 32:11 wybrano ten drugi kraj. Mimo trzęsienia ziemi i sporych wątpliwości, czy Chile podoła wyzwaniu, po trzech edycjach przerwy mistrzostwa wracały do Ameryki. Z tym wyborem wiąże się zresztą jedna z najsłynniejszych opowieści w historii mundiali. Przez lata powtarzano, że Chilijczycy przekonali FIFA słowami: „Ponieważ nie mamy nic, zrobimy wszystko”. Dziś trudno rozstrzygnąć, czy dokładnie tak brzmiała ta wypowiedź w pierwotnej formie, ale sama legenda dobrze oddaje klimat tamtej kandydatury. Logika wskazywała, że inni są lepiej przygotowani i mają lepsze perspektywy na organizację udanego turnieju, jednak działacze pokusili się o nieoczywisty krok.

Koncepcja Europa–Ameryka była od tej pory podtrzymywana. Anglia była zdecydowanym faworytem do organizacji mundialu w 1966 roku mimo konkurencji ze strony Hiszpanii oraz Niemiec Zachodnich. Ostatecznie pokonała tych ostatnich 34:27. Państwa z Ameryki Południowej uszanowały przyjętą regułę, ale rywalizacja o organizację kolejnych mistrzostw rozegrała się między Argentyną oraz Meksykiem. Znowu ci pierwsi uchodzili za faworyta, ale zostali przegłosowani 32:56.

Ważnym dniem w historii mistrzostw świata był 6 lipca 1966 roku. Wtedy właśnie wybrano gospodarzy trzech kolejnych mundiali. Niemcy, Argentyna oraz Hiszpania dopięły swego. Wybór był formalnością, bowiem obie europejskie nacje porozumiały się, by wzajemnie wspierać swoje kandydatury i nie wchodzić sobie w drogę. Po tym rozdaniu FIFA przez dłuższy czas trzymała się ustalonego porządku. Mundial 1974 trafił do Republiki Federalnej Niemiec, która nie miała poważniejszej konkurencji i mogła oprzeć swoją propozycję na nowoczesnej atmosferze i zapleczu finansowym. Cztery lata później turniej wrócił do Ameryki Południowej. Gospodarzem została Argentyna, choć w tym przypadku sama decyzja sportowo-organizacyjna szybko zeszła na dalszy plan. Mundial 1978 odbywał się bowiem w cieniu wojskowej junty, a turniej stał się dla reżimu okazją do poprawy własnego wizerunku. Trudno nie odnieść wrażenia, że wybierając kolejnych organizatorów, FIFA była mocno nielogiczna. Raz stawiała na bezpieczne kandydatury, chcąc unikać jakichkolwiek kontrowersji, by w innym przypadku postawić na państwo, które miało wewnętrzne problemy i wzbudzało międzynarodową krytykę. Oczywiście, były to inne dekady, często inne osoby dokonujące wyboru, ale za każdym razem był on subiektywny. Próba narzucenia konkretnych zasad działała jedynie w teorii.

Hiszpania, wybrana jeszcze w pakiecie decyzji z 1966 roku, zorganizowała mundial 1982. Była to edycja przełomowa nie tylko dlatego, że turniej wrócił do Europy. Po raz pierwszy wystąpiły na nim 24 reprezentacje, co dobrze oddawało rosnące ambicje FIFA i postępującą globalizację futbolu. Jeszcze ciekawszy był jednak przypadek mistrzostw z 1986 roku. Ich gospodarzem miała być Kolumbia, lecz z powodów ekonomicznych wycofała się z organizacji. FIFA musiała szukać rozwiązania awaryjnego i ponownie zwróciła się ku Meksykowi. Ten stał się pierwszym krajem w dziejach, który zorganizował mundial po raz drugi. Decyzja wydawała się ryzykowna, zwłaszcza że kraj dotknęło potężne trzęsienie ziemi, ale ostatecznie Meksykanie udowodnili, że są w stanie unieść ciężar imprezy.

W 1990 roku mistrzostwa wróciły do Italii, chociaż grono kandydatów było rekordowo liczne. Na różnych etapach rozmów dotyczących organizacji turnieju przewijały się Iran, ZSRR, Jugosławia, Austria, Anglia, Francja, Grecja, Niemcy Zachodnie, Jugosławia oraz Włochy. Mocnym kandydatem wydawał się Związek Radziecki, co byłoby kolejnym krokiem w kierunku zdobywania „nowych rynków” dla światowej piłki. Warto zwrócić uwagę, że samo głosowanie nad wyborem gospodarza mundialu 90. miało miejsce w maju 1984 roku, czyli zanim ZSRR znalazł się u progu rozpadu. FIFA obawiała się jednak tego wyboru, szczególnie po bojkocie radzieckich igrzysk olimpijskich 1980 przez państwa z bloku zachodniego i „rewanżu” cztery lata później, gdy kraje bloku wschodniego nie brały udziału w igrzyskach organizowanych w Los Angeles. FIFA nie mogła pozwolić sobie na podobne kontrowersje, stąd wygrana Włoch stosunkiem głosów 11 do 5.

Cztery lata później FIFA zdecydowała się na ruch znacznie odważniejszy. Mundial 1994 przyznano Stanom Zjednoczonym, choć piłka nożna nie należała tam do najważniejszych sportów i to najdelikatniej rzecz ujmując. Dla władz światowego futbolu ważniejsze od tradycji okazały się jednak potencjał rynku, siła marketingowa i perspektywa przyciągnięcia zainteresowania milionów amerykańskich kibiców. „Jest oczywiste, że FIFA uznaje potrzebę znalezienia sposobów, by uczynić tę grę bardziej atrakcyjną dla Stanów Zjednoczonych i reszty świata. To pokazuje gotowość FIFA do zerwania z tradycją i podnoszenia jakości gry” — zapowiadał w 1990 roku Scott LeTellier, prezes Komitetu Organizacyjnego Mistrzostw Świata 94’. W tamtym czasie poważnie rozważano radykalne zmiany w postaci chociażby rezygnacji z rozgrywania dwóch 45-minutowych połów i wprowadzenia czterech kwart po 25 minut. Pomysłodawcą takiej koncepcji był sam prezydent FIFA João Havelange. Pokazuje to, że światowa organizacja nie chciała uczyć Amerykanów, jak powinno się grać w piłkę, a wręcz planowała dostosować własne zasady do standardów sprawdzonych m.in. w NBA. Pomysły Havelange’a zostały zbojkotowane, ale część z nich przesunięto jedynie w czasie — już wtedy proponował poszerzenie liczby uczestników turnieju do 32. Konkurentami USA w walce o mundial były Maroko oraz Brazylia, ale wydatek ponad 500 milionów dolarów przesądził o wyborze amerykańskiej kandydatury. Ta otrzymała 10 głosów, przy 7 dla przedstawiciela Afryki i 2 dla państwa z Ameryki Południowej.

Maroko z determinacją walczyło o organizację pierwszego afrykańskiego mundialu, jednak to Francja wygrała rywalizację o turniej 98’ stosunkiem głosów 12 do 7. Ciekawe, że FIFA po raz drugi w historii postawiła na Francuzów zamiast promować Marokańczyków, którzy dotychczas zawzięcie walczyli o swoją szansę. Być może nawet zbyt zawzięcie, bowiem po latach pojawiły się doniesienia o łapówkach dla głosujących na ten kraj. O ile więc w przypadku Stanów Zjednoczonych ich wybór tłumaczono chęcią promocji futbolu na nowym kontynencie, o tyle ta sama reguła nie działała w kontekście Maroka i rynku afrykańskiego.

João Havelange wielokrotnie powtarzał, że nie zgodzi się na organizację mistrzostw w więcej niż jednym kraju. W pewnym momencie pojawił się pomysł, by mundial 2002 zorganizować na terenie aż trzech państw. Koncepcja z dokooptowaniem Korei Północnej okazała się jednak utopią niemożliwą do realizacji z powodów politycznych. Prezydent FIFA długo wspierał samodzielną kandydaturę Japonii. Jego wsparcie prawdopodobnie okazało się jednak niedźwiedzią przysługą, bowiem konkurenci Brazylijczyka niejako na złość zaczęli wspierać Koreę Południową. Lennart Johansson — ówczesny prezydent UEFA, mający aspiracje, by zastąpić Havelange’a w światowej organizacji (w głosowaniu z czerwca 1998 roku przegrał stosunkiem głosów 80 do 111 z Seppem Blatterem) — poparł Koreę Południową, co doprowadziło do impasu w prowadzonych rozmowach. Rywalizacja była zacięta. Pelé wspierał Japończyków, Diego Maradona stawał po stronie Koreańczyków. Gdy ci pierwsi zaproponowali budowę wirtualnych stadionów, czyli obiektów z ogromnymi ekranami, na których kibice mogliby wspólnie oglądać mecze rozgrywane w innych miejscach (czyli de facto nowoczesnych stref kibica), drudzy najpierw podchodzili do tego z ironią, by następnie zadeklarować, że sami też są w stanie wprowadzić tego typu innowację — z zastrzeżeniem, że całość środków zyska FIFA. Po decyzji o podzieleniu mundialu na dwa państwa obie strony początkowo ostrożnie oceniały pomysł, a Ken Naganuma, przewodniczący japońskiego komitetu ds. przetargów zamiast okazywać radość, opowiadał o wielu problemach, które trzeba będzie rozwiązać. Przed Mundialem 2002 relacje japońsko-koreańskie były dalekie od sielanki, bo wciąż obciążała je pamięć o japońskiej kolonizacji Korei z lat 1910–1945 oraz spory o status Koreańczyków mieszkających w Japonii i wzajemne uprzedzenia. Jednocześnie pod koniec lat 90. nastąpiło polityczne ocieplenie. W październiku 1998 roku premier Keizō Obuchi i prezydent Kim Dae-jung ogłosili budowę „nowego partnerstwa”, a Japonia wyraziła „głęboki żal i serdeczne przeprosiny za kolonialne rządy”. Wspólna organizacja mundialu stała się politycznym narzędziem poprawy relacji, ale nie zlikwidowała głębokiej historycznej nieufności między oboma państwami.

Mundial 2006 wrócił do Europy. Gospodarzem zostały Niemcy, które pokonały Republikę Południowej Afryki jednym głosem. Sama końcówka wyboru do dziś należy do najbardziej kontrowersyjnych w historii. Kluczowe okazało się wstrzymanie od głosu Charliego Dempseya z Oceanii, który zgodnie z sugestią własnej federacji miał oddać głos na RPA. We wcześniejszych rundach głosowań odpadły kandydatury Anglii oraz — znowu — Maroka. Cztery lata później FIFA wykonała kolejny symboliczny krok. Turniej w 2010 roku po raz pierwszy odbył się w Afryce, a jego organizację powierzono Republice Południowej Afryki. Marokańczycy latami walczyli o pierwszy afrykański mundial, a gdy FIFA zgodziła się na taki wybór, przegrali czterema głosami z RPA. Teoretycznie istniała jeszcze kandydatura Egiptu, ale tej nie poparła nawet jedna głosująca osoba.

W 2014 roku mistrzostwa wróciły do Ameryki Południowej, a gospodarzem została Brazylia — jako jedyny kandydat. Cztery lata później turniej trafił do Rosji, co już na etapie przyznania praw organizacyjnych budziło liczne kontrowersje. Konkurenci? Anglia, Holandia/Belgia oraz Portugalia/Hiszpania. Ta ostatnia opcja była najpoważniejszą alternatywą dla Rosjan, jednak w drugiej rundzie głosowania wszystko było już jasne. Jeszcze więcej emocji wywołał Katar. Mundial 2022 był pierwszym rozegranym na Bliskim Wschodzie, ale co ciekawe — historia mogła zatoczyć koło. Swoje kandydatury zgłosiły bowiem Japonia oraz Korea Południowa. Ponownie osobno, tym razem jednak nikt nie wpadł na pomysł kolejnej „narzuconej współpracy”. Szans nie miała także Australia, z kolei Indonezja po raz kolejny ograniczyła się do zapowiedzi bez złożenia oficjalnej oferty. Katar rywalizował jedynie z USA, ale przekonał działaczy właściwie nieograniczonym budżetem na budowę stadionów i organizację turnieju. Amerykanie nie musieli rozpaczać, bowiem wbrew zapowiedziom, że co drugi mundial odbędzie się w Europie, zostali gospodarzem turnieju 2026 wraz z Kanadą i Meksykiem, przy mistrzostwach z udziałem aż 48 drużyn. Kto był konkurentem? Oczywiście Maroko, które i tym razem musiało obejść się smakiem.

Jeszcze bardziej niezwykły będzie mundial 2030. FIFA zatwierdziła, że głównymi gospodarzami turnieju będą Hiszpania, Portugalia i Maroko (tak, doczekali się!), a dodatkowo Urugwaj, Argentyna i Paragwaj zorganizują po jednym meczu jubileuszowym z okazji stulecia mistrzostw świata. W praktyce oznacza to, że rocznicowa edycja zostanie rozpisana na sześć państw i trzy kontynenty. Trudno o lepszy dowód na to, jak bardzo mundial oddalił się od swojej dawnej, znacznie prostszej formuły. Następny mundial? Arabia Saudyjska, przyjęta przez aklamację w grudniu 2024 roku. Trzeci w XXI wieku zorganizowany w Azji.

Piłka nożna trafia do kolejnych nowych miejsc — powiedzą jedni. Wygrywają ci, którzy zapłacą najwięcej — uznają inni. Wybory gospodarzy mistrzostw świata często wzbudzały kontrowersje, o czym na przełomie tysiącleci przekonała się Japonia, która walczyła o swój moment, ale musiała się nim podzielić z Koreą Południową. Mundial 2002 miał być symbolem współpracy. W rzeczywistości był efektem rywalizacji, która zaszła tak daleko, że FIFA nie potrafiła wskazać jednego zwycięzcy. Japonia dostała swój mundial, ale nie na własnych warunkach. Korea Południowa również dopięła swego, choć musiała zaakceptować dzielenie się sceną z największym regionalnym rywalem. Ostatecznie obie strony mogły ogłosić sukces, ale trudno nie odnieść wrażenia, że był to sukces połowiczny. O trofeum mistrza świata walczy się na murawie, wywalczenie prawa do organizacji mistrzostw to jednak skomplikowany proces, w którym sam futbol odgrywa marginalną rolę. Do kibiców trafia jedynie slogan „był jeden kandydat, ale to najlepszy możliwy wybór”. Tego, co dzieje się za kulisami, możemy się już tylko domyślać.

Ściany pomagają gospodarzom. Jak Korea Południowa dotarła do półfinału na MŚ 2002?

Paweł Pierlak

W historii mistrzostw świata nie brakuje przypadków, gdy opinia publiczna jednogłośnie twierdzi, że sędziowie sprzyjali gospodarzom. Już po drugim turnieju tej rangi, w 1934 roku twierdzono, że Włosi zostali najlepszą drużyną na świecie za sprawą wpływów Benito Mussoliniego. Bardzo podobna narracja dominuje odnośnie do mundialu w 1978 roku w Argentynie, gdy władzę w kraju również przejęła dyktatura, a triumf sportowy miał być postrzegany jako sukces całego państwa. Ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski, Jacek Gmoch twierdzi nawet, że niemożliwym było pokonanie Argentyńczyków na tym turnieju. W XXI wieku najbardziej kontrowersyjna była natomiast droga Korei Południowej na współorganizowanych przez nią Mistrzostwach Świata w 2002 roku. Gospodarze zajęli 4. miejsce na turnieju, a wśród piłkarskiej społeczności panuje przekonanie, że dwunastym zawodnikiem Koreańczyków byli sędziowie. Ile w tym jest prawdy?

Walka o światowy czempionat w pierwszym turnieju nowego tysiąclecia została zapisana w kronikach jako „Mistrzostwa Świata 2002 Korea i Japonia”, mimo że według zasad to Japonia powinna być pierwsza, zgodnie z kolejnością alfabetyczną. Niemniej jednak, Korea Południowa mocno walczyła o „pierwszeństwo” i ostatecznie dopięli swego, a oficjalna wersja głosi, że w języku francuskim — jednym z oficjalnych w FIFA — to Korea jest pierwsza w alfabecie (Corée/Japon). Władze Korei traktowały tę sprawę poważnie, bowiem uważały to za zadośćuczynienie za to, że w latach 1910—1945 byli pod okupacją Japonii. Choć oba kraje organizowały wspólnie największy turniej piłkarski na świecie, to wzajemnie się nie znosiły. W Korei wówczas japońska muzyka, filmy czy anime były zakazane. Korea Południowa widziała więc w organizacji turnieju coś więcej niż jedynie ugoszczenie najlepszych futbolowych reprezentacji.

Korea Południowa trafiła do „polskiej” grupy. Pierwsze spotkanie Biało-Czerwoni rozegrali właśnie z gospodarzami turnieju, które zakończyło się porażką 0:2 dla Polaków. Wspominając MŚ 2002, uczestnicy tamtych wydarzeń twierdzą, że zlekceważyli Koreę Południową. Piotr Świerczewski w książce „Mistrzowskie rozmowy” po latach wspominał, że Polacy przed spotkaniem z Koreą Południową byli przekonani, iż trafiają na przeciwnika słabszego fizycznie, niższego, mniej ogranego i dodatkowo obciążonego presją gospodarza turnieju. Taką ocenę mieli słyszeć również od sztabu. Mundialowa rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała jednak te wyobrażenia.

W Polsce niesprawiedliwie tworzono obraz Korei Południowej jako reprezentacji o niewielkim potencjale piłkarskim, której awans do fazy pucharowej już był niespodzianką. W rzeczywistości jednak powyższa wypowiedź Piotra Świerczewskiego pokazuje tylko, jak nieprzygotowana pojechała na mistrzostwa świata reprezentacja Polski. Korea Południowa przed mundialem zajmowała w rankingu FIFA 22. miejsce, czyli wyższe od Polaków aż o 17 pozycji. Choć ranking nie odzwierciedla idealnie siły reprezentacji, to można traktować go jako dość ogólny wyznacznik, a według niego na mundial przyjechało 14 słabszych drużyn. Co więcej, żadna azjatycka drużyna nie znajdowała się wyżej w rankingu FIFA od Korei Południowej.

Od 1986 roku Koreańczycy byli regularnym uczestnikiem mistrzostw świata. Kwalifikowali się na każdy turniej, jednak ani razu nie potrafili wyjść z grupy. Przed mundialem we własnym kraju podpisali kontrakt z Guusem Hiddinkiem, który wcześniej prowadził PSV, Fenerbahce, Valencię oraz Real Madryt, zdobył wiele trofeów, w futbolu reprezentacyjnym był selekcjonerem Holandii, z którą na wcześniejszym mundialu zajął 4. miejsce, a w fazie grupowej spuścił lanie Korei Południowej, wygrywając 5:0. Doświadczony trener pracę z Tygrysami Azji rozpoczął od początku 2001 roku. Na 12 miesięcy przed inauguracją mundialu, w czerwcu 2001 roku Korea wzięła udział w Pucharze Interkontynentalnym. Wprawdzie swoje zmagania zakończyli na fazie grupowej, ale w trzech meczach zdobyli 6 punktów. Bilans bramek zadecydował, że znaleźli się za Francją i Australią (którą pokonali). Zwycięstwo odnieśli także z Meksykiem. W zimie, na pół roku przed startem MŚ zameldowali się natomiast na Gold Cup, czyli turnieju pomiędzy reprezentacjami ze strefy CONCACAF. W grupie z USA i Kubą zdobyli tylko punkt, ale dało im to przepustkę do fazy pucharowej. W ćwierćfinale znów pokonali Meksyk po rzutach karnych. W półfinale musieli już jednak uznać wyższość Kostaryki, a w meczu o 3. miejsce nie dali rady Kanadzie. W meczach towarzyskich przed Mistrzostwami Świata 2002 prezentowali się raczej przyzwoicie. W ostatnim półroczu z dziewięciu sparingów przegrali tylko z Francją (2:3) oraz Urugwajem (1:2), a potrafili zremisować z Anglią (1:1), dość wysoko wygrać ze Szkocją (4:1) czy zrewanżować się Kostaryce (2:0) za porażkę na turnieju Gold Cup.

Faza grupowa mistrzostw świata potwierdziła, że z Koreą Południową trzeba się liczyć. Piłkarze napędzani dopingiem kibiców nie potrzebowali (jeszcze) pomocy sędziów, aby dobrze rozpocząć turniej. Po zwycięstwie z Polską (2:0) zremisowali z USA (1:1). W ostatniej kolejce w meczu z Portugalią potrzebowali co najmniej remisu, aby znaleźć się w fazie pucharowej, natomiast ich rywale musieli wygrać, aby awansować do następnej rundy (byłaby też na to szansa przy remisie, ale wówczas musieli liczyć na porażkę USA z Polską). To pierwszy mecz, w którym można dopatrywać się ingerencji gospodarzy w decyzje sędziego. Angel Osvaldo Sanchez z Argentyny w 27. minucie pokazał czerwoną kartkę João Pinto, a w 66. minucie wyrzucił z boiska kolejnego Portugalczyka — Beto. Zespół Antonio Oliveiry grając w dziewiątkę, stracił w końcu bramkę. Istnieje również teoria, że sędziowie w meczu Polski z USA bardziej przychylnie patrzyli na nasz kraj, ponieważ Koreańczykom na rękę była strata punktów Amerykanów.

Zwycięstwo w grupie nie dało Koreańczykom spodziewanych przywilejów, ponieważ w 1/8 finału trafili na reprezentację Włoch. „Wiedziałem, że sytuacja nie jest dobra, gdy kilka godzin wcześniej odpadli Japończycy. Miałem złe przeczucia. Powiedziałem wtedy mojemu asystentowi, Pietro Ghedinowi: «to zły znak, poczekaj, aż zobaczysz, co się stanie»” — wracał pamięcią do tamtych wydarzeń ówczesny selekcjoner Italii, Giovanni Trapattoni. Już w 4. minucie Koreańczycy otrzymali rzut karny, którego jednak nie wykorzystali. Włosi objęli prowadzenie w 18. minucie, ale na 120 sekund przed końcem podstawowego czasu gry Korea wyrównała. Największa kontrowersja miała miejsce w dogrywce, gdy arbiter ukarał drugą żółtą kartką Francesco Tottiego i w konsekwencji wyrzucił go z boiska, podczas gdy według kibiców na całym świecie Włochom należał się rzut karny. W 117. minucie Koreańczycy zdobyli złotego gola. Do siatki trafił Ahn Jung-Hwan, który grał wówczas w Perugii. Z tym golem wiąże się ciekawa historia, ponieważ prezes włoskiego klubu oświadczył, że rozwiązuje kontrakt z zawodnikiem. „Nie mam zamiaru płacić pensji komuś, kto zrujnował marzenia włoskich kibiców i zadał cios naszemu futbolowi” — oświadczył. Luciano Gaucci. Później wycofał się ze swoich słów i ustalono oficjalną wersję, że o zwolnieniu Ahna zadecydowano już przed mundialem.

Trapattoni był wściekły, włoska prasa oskarżała Byrona Moreno o wydrukowanie meczu, ale czy rzeczywiście tak było? „Nie było tak, jak niektórzy sugerują, że Byron Moreno ewidentnie sprzyjał Korei Południowej i starał się nie zauważać kompletnie przewinień zawodników Guusa Hiddinka. One były często odgwizdywane, podobnie jak w przypadku włoskim. Tutaj był balans. (…) Nie było tak, że jeśli Koreańczycy faulowali w ten sam sposób, co Włosi to Byron Moreno nie gwizdał. Nie odniosłem w ogóle takiego wrażenia” — oceniał na kanale YouTube Piłkarzyki w specjalnym materiale dedykowanym spotkaniu Korei Południowej z Włochami Adam Targowski, sędziujący mecze w niższych ligach i często pełniący rolę eksperta w sprawach kontrowersji sędziowskich w mediach.

Ten punkt widzenia jest o tyle cenny, że warto skonfrontować powszechnie zapamiętaną narrację z chłodną oceną pracy sędziego. Jak Adam Targowski oceniał kluczowe kontrowersyjne decyzje? Rzut karny dla Korei Południowej był zasłużony. Włoski obrońca trzyma rywala w polu karnym przy rzucie rożnym, nie jest w ogóle zainteresowany piłką, a współtwórca kanału Piłkarzyki zwraca uwagę, że na mundialu 2002 od fazy pucharowej sędziów uczulano na takie przewinienia. Kim Tae-Jung powinien otrzymać czerwoną kartkę za uderzenie łokciem Alessandro Del Piero, gdy wymierzył mu cios w odwecie za trzymanie za koszulkę. Największą kontrowersją było natomiast wyrzucenie z boiska Francesco Tottiego, mimo że kontakt napastnika z Koreańczykiem był oczywisty, aczkolwiek podyktowanie rzutu karnego nie było w tej sytuacji oczywiste. Zresztą, nawet sam selekcjoner Włochów przyznawał, że rozumie brak wskazania na „wapno”, ale nie jest w stanie pojąć, dlaczego Byron Moreno uznał symulkę Tottiego.

„Ja w takie oczywiste szycie, takie podszyte pieniędzmi, osobiście nie wierzę” — podsumował Adam Targowski. Z jego materiału wynika wniosek, że choć Italia została skrzywdzona przez sędziego, który tamtego dnia popełnił wiele błędów, to Włosi, sfrustrowani wynikiem, z wielu sytuacji zrobili propagandę. Squadra Azzurra przy lepszej skuteczności wygrałaby ten mecz, a selekcjoner Korei, Guus Hiddink był zdziwiony ich bardzo defensywnym nastawieniem przy bronieniu prowadzenia. „Wszystkie europejskie drużyny, które odpadają, są zbyt defensywne, jakby się bały. To straszne, że tak grają” — mówił po meczu.

W ćwierćfinale również nie obyło się bez skandalów sędziowskich na korzyść Korei Południowej. Gospodarze dotrwali do rzutów karnych z Hiszpanami, a w nich okazali się lepsi i awansowali do półfinału. Największe kontrowersje były przy dwóch nieuznanych bramkach dla Hiszpanii. Przy pierwszym trafieniu La Furia Roja wiele osób nie miało pojęcia, gdzie sędzia Gamal Al-Ghandour z Egiptu dopatrzył się faulu, natomiast Adam Targowski znów zwraca uwagę na nakaz dla sędziów, aby bardziej zwracali uwagę na trzymanie za koszulki w polu karnym, a przy tej bramce Baraja naciągnął koszulkę Kim Tae-younga, więc — zdaniem aktywnego arbitra — są podstawy, aby obronić decyzję arbitra, choć nie uważa jej jednoznacznie za słuszną. Trudno też dopatrywać się, że Al-Ghandour celowo nie chciał uznać bramki Hiszpanów, ponieważ gwizdek wybrzmiał jeszcze zanim reprezentant Hiszpanii oddał strzał. Podobnie było przy drugim nieuznanym golu. Guus Hiddink zauważył również, że jego obrońcy odpuścili już Fernando Morientesa, który po gwizdku trafił do siatki. Błąd sędziego asystenta był jednak ogromny, ponieważ piłka wyraźnie nie wyszła za linię końcową, a ten zasygnalizował, iż futbolówka opuściła boisko. Decyzja ta miała ogromną wagę, ponieważ miało to już miejsce w dogrywce, a na mundialu w 2002 roku panowała zasada „złotego gola”. Dyskusje wywołał też konkurs jedenastek, gdy bramkarz Koreańczyków Woon-jae Lee obronił strzał Joaquina, ewidentnie wychodząc obiema stopami przed linię. Niemniej jednak, wówczas przepis ten był „martwy” i z tamtego okresu można znaleźć mnóstwo takich przykładów.

Z materiału na kanale Piłkarzyki możemy wyciągnąć podobne wnioski, jak z meczu Korei Południowej z Włochami. To był bardzo słaby występ sędziego (z Hiszpanią również arbitra liniowego z Trynidadu i Tobago), który mylił się w obie strony, jednak kluczowymi decyzjami pomógł Koreańczykom. Przez przebieg całego spotkania autor filmu nie dopatruje się jednak oczywistego wspomagania gospodarzy, co stoi w przeciwieństwie do twierdzeń opinii publicznej. Gamal Al-Ghandour też nie miał sobie nic do zarzucenia. „To jeden z najlepiej posędziowanych przeze mnie meczów w życiu. Nie mam żadnych wyrzutów sumienia, bo i brak ku takowym powodów. Mimo że jako zespół sędziowski popełniliśmy kilka poważnych błędów. Od obserwatora otrzymałem ocenę 8,7/10. Nie wiem, dlaczego po tak wielu latach Hiszpanie dalej są na mnie wściekli. Ja nie robiłem błędów, tylko sędziowie liniowi” — mówił w wywiadzie dla Canal+. Wśród argumentów za korupcją wymienia się fakt, że Egipcjanin niedługo po MŚ 2002 zakończył karierę, natomiast wówczas miał już 45 lat, więc nie był już najmłodszym arbitrem.

Korea Południowa w półfinale zmierzyła się z Niemcami, ale ich nie zdołała już przejść. Przegrała też w meczu o 3. miejsce z Turcją. Niemniej jednak półfinał i tak był wielkim sukcesem dla kraju. Korea została pierwszą azjatycką reprezentacją, która dotarła do strefy medalowej na mistrzostwach świata.

Osiągnięcie to przez większość świata nie zostało docenione tak, jak powinien być doceniony awans do półfinału mundialu kraju, któremu daleko do bycia futbolową potęgą. Sukces odtrąbiono natomiast w Korei Południowej, a nad selekcjonerem Guusem Hiddinkiem piano z zachwytu i zrobiono z niego narodowego bohatera. Holender zmienił nie tylko zespół, ale także całą kulturę w koreańskim futbolu. Zbudował reprezentację według własnej koncepcji — odsunął kilku zawodników, którzy byli wcześniej liderami kadry, a postawił na nieoczywiste nazwiska. Wiele decyzji nie podobało się kibicom, ale selekcjoner konsekwentnie robił swoje. Wykorzystał możliwość, że dostał więcej czasu przed turniejem niż sternicy innych reprezentacji. Na czteromiesięcznym zgrupowaniu jego wybrańcy ćwiczyli nie tylko zgranie i odpowiednie schematy. Hiddink postawił przede wszystkim na motorykę i fizyczną gotowość zespołu, co wyraźnie odróżniało go od poprzednich selekcjonerów. Koreańczycy odbyli pełnowartościowy okres przygotowawczy do mistrzostw świata, dlatego podczas turnieju imponowali wydolnością — o czym najlepiej przekonali się Polacy — oraz świetną organizacją gry w defensywie. „Gdybyśmy mieli jeszcze w ofensywie takiego gracza jak Son Heung-min, zdobylibyśmy złoto” — taką tezę postawił 20 lat po turnieju Guus Hiddink.

Przygotowanie fizyczne, nastawienie mentalne, zgranie, organizacja gry, doping kibiców, ale także korzystne decyzje sędziów — to były kluczowe czynniki sukcesu Korei Południowej na Mistrzostwach Świata w 2002 roku, dzięki czemu to oni, a nie Japonia są pierwszym skojarzeniem jako gospodarz turnieju. A taki był cel Koreańczyków. Jaki udział miało w tym wsparcie sędziów — już każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Haiti — bezdomna reprezentacja z wielkimi marzeniami

Filip Bujakowski

Swoje mecze „domowe” rozgrywają na Curaçao, około 800 kilometrów od ojczyzny. Tyle że Haiti od lat pozostaje państwem upadłym, najbiedniejszym w obu Amerykach, w którym o władzę walczą nie politycy, lecz gangsterzy. Selekcjoner nigdy nie widział tego kraju na własne oczy, za to pomógł skompletować wybrakowaną kadrę, sprowadzając do niej piłkarzy z zagranicy. Trudno wyobrazić sobie, jak w takich warunkach można w ogóle grać w piłkę. Jeszcze trudniej pojąć, jak da się awansować na mistrzostwa świata i odnieść największy sportowy sukces od dekad. Dla haitańskich zawodników nie ma jednak rzeczy niemożliwych. Choć na co dzień mierzą się nie tylko z rywalami ze strefy CONCACAF, lecz także z polityką i biedą, ich największymi atutami pozostają zaangażowanie, determinacja i odrobina szczęścia.