Droga do raju - Helen Dickson - ebook
Opis

Lady Shona po czterech latach spędzonych w Londynie dowiaduje się w liście od brata, że jej czas panieństwa minął. Jako siostra bogatego i wpływowego Anthony’ego McKenzie’ego, gubernatora karaibskiej wyspy, musi wrócić do domu i poślubić wybranego przez niego kandydata. Przyzwyczajona do swobody, poprzysięga, że nie pozwoli narzucić sobie woli w najważniejszej dla niej kwestii. Na statku w drodze powrotnej poznaje przystojnego kapitana Fitzgeralda i wpada na pomysł, który ma pokrzyżować plany despotycznego brata...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Helen Dickson

Droga do raju

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

1800

Niemal wszyscy mieszkańcy maleńkiej wyspy Santamaria podnieśli głowy, gdy rozległ się huk armaty zwiastujący przybycie statku. Odgłos wystrzału wyrwał z letargu marynarzy i tubylców przesiadujących w zadymionych tawernach o białych murach i w licznych burdelach. Ludzie gromadnie zebrali się na nabrzeżu, by obserwować, jak ogromny kupiecki bryg wyposażony w trzydzieści dwa działa majestatycznie wchodzi do zatoczki.

Załoga zwinęła żagle, a statek znieruchomiał na głębokich wodach przystani, tuż przy brzegu. Mężczyźni na pokładzie rzucili grube cumy i już po chwili tłum gapiów usłyszał łomot szerokiego trapu. Wszyscy ucichli w oczekiwaniu na kapitana, który pierwszy miał zejść na ląd.

– Wielkie nieba! – mruknął pierwszy oficer John Singleton, mrużąc oczy przed słońcem. – Trzeba przyznać, że komitet powitalny robi wrażenie. Po tylu tygodniach o sucharach i słonym mięsie mam chrapkę na pieczyste oraz chętne turkaweczki.

Uchylił kapelusza i uśmiechnął się do apetycznej młódki o karmelowej skórze i kruczoczarnych, sięgających wąskiej talii włosach.

Kapitan posłał mu cierpkie spojrzenie.

– Ufam, że w takiej właśnie kolejności, John – zwrócił się do oficera, który cieszył się opinią niepoprawnego kobieciarza.

– Jak najbardziej – odparł Singleton, puszczając te słowa mimo uszu, gdyż krew w nim wrzała, kiedy przyglądał się zalotnej dziewczynie.

Trzeci z żeglarzy miał na sobie czarny frak, siwą perukę i czarne, nieco sfatygowane trzewiki. Jego szare pończochy wyraźnie obwisały, czarne spodnie były wymięte i stare. Jegomość, znany jako wielebny Cornelius Clay, przypominał nieco ogromnego, niezadowolonego niedźwiedzia, który dopiero ocknął się z zimowej drzemki. Zauważywszy, w kogo wpatruje się pierwszy oficer, z dezaprobatą zmarszczył brwi.

– Lepiej miej się na baczności, Singleton – burknął. – Osoba, którą sobie upatrzyłeś, wygląda na mężatkę.

– Co racja, to racja, ale przyznam, że niespecjalnie mnie to zraża. Tym zabawniejsze będą podchody!

– Pójdziemy się rozejrzeć – zadecydował kapitan. – Santamaria należy do jegomościa o nazwisku McKenzie, człowieka kształconego i syna Colina McKenziego. Jak mnie uprzedzano, młody McKenzie bywa porywczy i surowy wobec każdego, kto się ośmieli nie okazać mu należnego szacunku. Jego słowo jest na wyspie prawem, on sam zaś uchodzi za obytego i ogólnie życzliwego. Cóż, wkrótce się przekonamy, ile warta jest jego gościnność.

Wielebny z zainteresowaniem zerknął na tawerny.

– Ten piekielny huragan narobił sporo szkód na statku. – Pokręcił głową. – Ile czasu zajmą naprawy i uzupełnianie zapasów?

– Niewiele. Możemy sobie pozwolić na co najwyżej dwa tygodnie postoju. I tak mamy opóźnienie.

Godzinę po sjeście Shona McKenzie jechała konno po wzgórzach i polach trzciny cukrowej. Cieszyła się, że może na pewien czas oddalić się od domu i od Carmelity, swojej nieokrzesanej bratowej.

Shona ani myślała wracać przed kolacją. Ruszyła kłusem ku budynkom nad zatoczką; jak inni, była ciekawa, do kogo należał wielki bryg. Jej brat Antony często zapraszał na kolację oficerów ze statków zawijających do portu Santamarii, dając tym samym siostrze i żonie sposobność do wystrojenia się i zabawiania gości rozmową. Statki handlowe regularnie docierały do Santamarii, a kupcy chętnie nabywali surowce, za które oferowali piękne jedwabie i świecidełka. Rzadko jednak się zdarzało, by do miejscowego portu zawijała jednostka takich gabarytów.

Zbliżywszy się, Shona odczytała jej nazwę – „Perła Oceanu” – i dopiero wtedy zrozumiała, czyj statek przybył na wyspę. Jego właścicielem był magnat kupiecki, kapitan Zachariasz Fitzgerald, jeden z najpotężniejszych ludzi na Karaibach, człowiek bajecznie bogaty i żądny przygód. Powiadano, że dysponował wielkimi połaciami gruntu w Wirginii i sprawił sobie flotyllę statków, dla których wzniósł magazyny we wszystkich ważniejszych portach. Krążyły też pogłoski, że wdawał się w potajemne konszachty z piratami i że sam parał się piractwem. Nikt jednak nie wiedział, co jest prawdą, a co legendą.

Karaibskie wyższe sfery uwielbiały plotki o romantycznym awanturniku, który rzadko pojawiał się na eleganckich przyjęciach i spotkaniach. Jako drugi syn hrabiego nie mógł liczyć na majątek po ojcu. Starszy brat Zachariasza, wicehrabia Fitzgerald, miał pewnego dnia przejąć olbrzymią posiadłość w Kencie, więc Zachariasz opuścił Anglię, by szukać szczęścia i bogactw na morzu.

Na nabrzeżu roiło się od ludzi. Panował tu wielki gwar, zewsząd słychać było głośne śmiechy małych obdartusów. Marynarze leniwie spacerowali po ulicach, a ladacznice z zapałem wdzięczyły się do przechodniów. Shona wzdrygnęła się z obrzydzeniem i pomyślała, że co prawda nie musi wieść takiego życia, ale nie może liczyć ani na miłość, ani nawet na sympatię własnej rodziny.

Zatrzymała się nad wodą i wbiła wzrok w pokład statku. Pojawił się na nim jakiś mężczyzna, a potem jeszcze dwóch. Z zachowania pierwszego wywnioskowała, że to kapitan brygu.

Wysoki i dostojny, ubrany był w kapelusz z białym piórem, długi szkarłatny frak i wysokie do kolan, wywijane buty. Przykurzone białe spodnie wsunięte w cholewy opinały się na mocnych udach mężczyzny. Poruszał się lekko i sprężyście, krokiem wytrawnego żeglarza; Shona zrozumiała, że to Zachariasz Fitzgerald we własnej osobie.

Gdy schodził po trapie, ludzie rozstąpili się z szacunkiem, a serce Shony mocniej zabiło z podziwu. Miał wyrazistą twarz o bardzo interesujących rysach i wydał się jej najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała. Liczył sobie około trzydziestu lat, był wysoki i mocno zbudowany; biły od niego energia i spokojna pewność siebie.

Shona doskonale wiedziała, że dama nie powinna pokazywać się w mieście bez osoby towarzyszącej, a od siostry najważniejszego człowieka na wyspie oczekiwano nienagannych manier. Tego dnia jednak postanowiła machnąć ręką na konwenanse i z ciekawością wpatrywała się w niezwykłego mężczyznę, który szedł w jej kierunku.

Zachariasz z umiarkowanym zainteresowaniem wodził wzrokiem po twarzach gapiów, gdy nagle zauważył olśniewająco piękną młodą kobietę na białym koniu. Wbił w nią wzrok, a ona popatrzyła mu prosto w oczy.

Oboje odnieśli wrażenie, że gwar wokół nich nagle przycichł.

Zack uśmiechnął się do siebie. Ta cudowna istota wydała mu się niebiańsko urodziwa; wyglądało na to, że jego pierwszy oficer jest tego samego zdania, gdyż gapił się na nią z szeroko otwartymi ustami. Zachariasz podszedł nieco bliżej, a kiedy zatrzymał się przed Shoną, zlustrował wzrokiem jej szczupłą sylwetkę, śliczną twarz w kształcie serca oraz wielkie zielone oczy. Złociste włosy spływały jej lokami na plecy. Wytworna błękitna suknia podwinęła się lekko i odsłaniała nieco większy fragment łydki, niż wypadało. Zack naturalnie nie miał nic przeciwko temu.

Shona poczuła się zakłopotana tymi oględzinami. Wiedziała doskonale, że jazda w męskim siodle, z rozczochranymi włosami i częściowo odsłoniętymi nogami żadną miarą nie przystoi damie. Inna rzecz, że po czterech latach nauk w najlepszych angielskich szkołach, gdzie wpajano jej reguły dobrego zachowania, była znudzona do granic możliwości i marzyła o odmianie.

– Witam piękną damę. – Zack cofnął się o krok i ukłonił. – Zachariasz Fitzgerald, do usług. Proszę wybaczyć mi śmiałość, ale jest pani ukojeniem dla oczu spragnionych tak uroczego widoku.

– Doprawdy? – spytała ostrożnie, świadoma, że zapewne ma do czynienia z mężczyzną, który traktuje kobiety jak zabawki i źródło chwilowej uciechy. – Jak to możliwe?

Zack zmarszczył brwi. Jej odpowiedź go zdumiała, gdyż nie spodziewał się, że dziewczyna zachowa zimną krew. Inna spłoszyłaby się w konfrontacji z gromadką wygłodniałych marynarzy, którzy od wielu tygodni nie mieli okazji nawet spojrzeć na kobietę.

– Na Boga, młoda damo. – Podszedł bliżej, żeby poklepać konia, a jednocześnie musnąć odsłoniętą łydkę Shony. – Jesteś tak piękna, że zdołałabyś skusić każdego zdrowego mężczyznę. Bardzo mi pochlebia możliwość zawarcia z tobą znajomości i przyznam szczerze, że pragnąłbym ją zacieśnić. Dlatego pozwól, że zaproszę cię na pokład mojego statku, byśmy jeszcze serdeczniej się polubili.

Wbrew sobie rozbawiona bezczelnością kapitana Shona z wyższością uniosła brwi.

– Obawiam się, panie kapitanie, że byłoby to wielce niestosowne – zauważyła. – Sądzę ponadto, że powinien pan zabrać dłoń z mojej nogi, nim użyję pejcza.

W srebrzystoszarych oczach Zacka zamigotały ogniki. Uwielbiał temperamentne karaibskie dziewczęta.

– Bardzo mnie rozczarowuje pani brak przychylności – westchnął. – Cóż mam uczynić, aby zaskarbić sobie pani życzliwość?

– Już pana poinformowałam – odparła lodowato. – Proszę natychmiast zabrać dłoń z mojej łydki.

Zack niechętnie cofnął rękę, ale nadal stał w tym samym miejscu i z fascynacją wpatrywał się w Shonę. Nie miał pojęcia, że jego dotyk rozpalił ją i wytrącił z równowagi. Nigdy dotąd nie czuła tak silnych emocji, nawet przy Henrym Bellamym, przystojnym synu księcia, w którym kochała się cała jej szkoła w Anglii.

Zaskoczona swoją reakcją momentalnie nabrała dystansu do kapitana.

– Radzę darować sobie gładkie słówka, panie kapitanie. Próżny trud. Nie tak łatwo zyskać moje względy. Santamaria należy do mojego brata, Antony’ego McKenziego. – Popatrzyła na niego wyzywająco. – A ja jestem Shona McKenzie, jego siostra.

– W takim razie niezmiernie mi miło poznać panią – odparł Zack.

To nazwisko obiło mu się o uszy, słyszał też o pięknej Shonie. Mężczyźni często prowadzili gorące dyskusje o córce zmarłego McKenziego, powszechnie uważanej za lodową księżniczkę, nieprzystępną i oschłą. Była obiektem westchnień wielu adoratorów.

Niezrażony świadomością, z kim ma do czynienia, Zack uśmiechnął się szczerze, odsłaniając białe zęby.

– O ile wiem, pani wyspa jest nie tylko piękna, ale i niebywale żyzna – oznajmił. – Pani brat robi z niej dobry użytek.

– To przede wszystkim zasługa mojego ojca, Colina McKenziego. Dzięki niemu wyspa jest taka, a nie inna. Po śmierci ojca brat kontynuuje jego dzieło.

W tej samej chwili tłum rozstąpił się jak na zawołanie, żeby zrobić miejsce eleganckiej bryczce z Antonym McKenziem i jego żoną Carmelitą. Była ona jedyną córką zamożnego hiszpańskiego kupca, rozpieszczaną i hołubioną od dnia narodzin. Gdy Shona uczyła się w Europie, Carmelita poznała Antony’ego przy okazji wizyty na Santamarii, na którą przypłynęła wraz z ojcem. Po krótkiej znajomości Antony i Carmelita wzięli ślub.

Bryczka zatrzymała się przy wierzchowcu i już po chwili wysiadł z niej Antony, ubrany w nienagannie skrojony frak i białą koszulę. Na wstępie posłał siostrze pełne dezaprobaty spojrzenie, choć i bez tego wiedziała, że nie powinna sama przebywać na nabrzeżu, gdzie roiło się od ladacznic i pijanych marynarzy. Takie zachowanie nie przystało szlachetnie urodzonej damie.

Trzydziestopięcioletni Antony był wysokim blondynem, raczej eleganckim niż przystojnym, a do tego uchodził za wyrachowanego i nieugiętego człowieka interesu, gotowego zrobić wszystko, żeby osiągnąć to, co sobie zaplanował. Za cztery miesiące Carmelita miała urodzić mu pierwsze dziecko – Antony liczył na chłopca, dziedzica i godnego następcę.

– Sugeruję, Shono, byś niezwłocznie wróciła do domu – odezwał się ostrzegawczym tonem. – Młodej damie nie wypada bez towarzystwa bawić w mieście.

Shona zaczerwieniła się, słysząc te publiczne połajanki.

– Właśnie zmierzałam do domu, kiedy zobaczyłam statek – odparła. – Po prostu musiałam zobaczyć, jak cumował.

Brat odwrócił się od niej i skierował spojrzenie na gości, uśmiechając się do nich życzliwie. Carmelita obrzuciła niechętnym spojrzeniem Shonę, jej rozpaloną twarz i niedbały wygląd.

– Jak ty wyglądasz? – spytała bezceremonialnie. – Jesteś nieodpowiednio ubrana, a twoje włosy rozwiały się na wszystkie strony!

Mówiła cicho, z silnym hiszpańskim akcentem. Jej oczy były ciemne i zimne jak szkockie jezioro.

– To dlatego że jechałam konno, Carmelito – wyjaśniła Shona.

– Jaśnie pani – przemówił kapitan Fitzgerald chłodno. – Ta młoda dama nie zasługuje na ani jedno słowo krytyki. Jest zdecydowanie najbardziej nadobną panną spośród wszystkich, które miałem okazję poznać.

Carmelita rozchyliła usta, żeby wygłosić jakiś zjadliwy komentarz, ale napotkawszy surowe spojrzenie kapitana, uśmiechnęła się tylko. Kusiło ją, by poinformować go, że Shona McKenzie to pomiot szatana, lecz po namyśle tylko odgrodziła się od Zacka elegancką parasolką.

– Robisz się coraz bardziej niemożliwa! – warknęła do szwagierki.

– Spróbuję się poprawić.

– Drwisz ze mnie? – spytała Carmelita ostro.

– Ależ skąd, Carmelito. Gdzieżbym śmiała!

Shona już dawno temu odkryła, że najlepszą odpowiedzią na złośliwości bratowej jest ignorowanie jej lub traktowanie z chłodną uprzejmością.

Carmelita nie wydawała się przekonana.

– Masz zbytnią skłonność do obracania się w towarzystwie marynarzy oraz pospólstwa – wycedziła. – Nie tak zachowuje się młoda dama z dobrego domu. Twój brat tego nie pochwala. Jesteś nam kulą u nogi. Jak śmiesz przynosić wstyd Antony’emu! Naprawdę mogłabyś się postarać.

Shona dumnie uniosła głowę. Wiedziała, że przez wzgląd na brata powinna odnosić się do Carmelity z uprzejmością, ale wszystko miało swoje granice.

– Daj sobie spokój, Carmelito – odparła chłodno i popatrzyła na Antony’ego, który właśnie przedstawiał się kapitanowi Fitzgeraldowi. – Nie musisz mi przypominać, jakie zachowanie jest stosowne, a jakie nie. Mogę się tłumaczyć przed bratem, ale nie przed tobą.

– Nie zachowuj się impertynencko, Shono, bo ludzie zaczną gadać.

– Doprawdy? Nic nowego.

Carmelita najwyraźniej uznała, że nie warto przeciągać struny, bo umilkła i tylko pokręciła głową.

Antony przedstawił żonę kapitanowi Fitzgeraldowi, a następnie powitał go na wyspie. Nick z kolei przedstawił swojego pierwszego oficera oraz pastora.

– No cóż – odezwał się Singleton wesoło, kiedy wielebny wymknął się chyłkiem do najbliższej tawerny. – Pan kapitan uważa za konieczne dbać o potrzeby duchowe załogi podczas długotrwałego rejsu.

Antony pokiwał głową.

– Czy dzięki temu marynarze nie tracą ducha? – spytał.

– Zaiste, nie tracą. – Pierwszy oficer chciał dodać, że załoga traci wiarę jedynie w obliczu braku rumu, ale ugryzł się w język.

– Gdy tylko powiadomiono mnie o przybyciu pana kapitana, natychmiast postanowiłem powitać go osobiście – podkreślił Antony. – Wiele o panu słyszałem. Pańska godność jest dobrze znana w tej części świata.

Nick uniósł brew.

– Doprawdy? Pan mi schlebia – odparł.

– Pańska jednostka najwyraźniej dużo doświadczyła.

– W istocie, kilka dni po opuszczeniu Wirginii wpadliśmy w sztorm o sile nietypowej dla tej pory roku. Zwiało nas dwieście mil z kursu i straciliśmy kontakt z naszymi towarzyszami z drugiego statku. Na szczęście zniszczenia na pokładzie są powierzchowne i wkrótce się z nimi uporamy.

– Jaki jest cel pańskiej podróży?

– Płyniemy na Martynikę, a potem do Londynu. Zamiast zwlekać przez miesiąc lub dwa w oczekiwaniu na inny statek towarzyszący, postanowiłem dogonić ten, z którym wypłynąłem.

– Bardzo roztropnie – zauważył Antony.

Statek kupiecki rozmiarów „Perły Oceanu”, w dodatku obciążony ładunkiem, musiał wzbudzić zainteresowanie piratów. Korsarze stali się prawdziwą plagą zarówno na wodach amerykańskich, jak i europejskich, więc od dawna podróżowano w konwojach.

– Zawinęliśmy do pańskiego portu także po to, by uzupełnić zapasy żywności i wody – ciągnął Nick. – Chcemy jak najszybciej wznowić podróż, więc byłbym wdzięczny za pańską pomoc.

– Chętnie jej panu udzielę, panie kapitanie – zapewnił go Antony. – Ponadto pragnąłbym zaprosić pana na kolację. Z przyjemnością wysłucham nowin o koloniach. Docierają do mnie gazety z Wirginii i z Londynu, co mnie cieszy, bo lepsze nieaktualne wieści niż żadne, ale zawsze najlepiej jest dowiedzieć się czegoś z pierwszej ręki. Później przyślę powóz po panów.

Nick zerknął na Shonę, ukłonił się, a następnie ruszył w kierunku miasta.

Shona nie zamierzała czekać, aż Antony znowu zacznie ją strofować. Sama zawróciła konia i skierowała go w stronę domu.

Przygotowując się do kolacji, Shona zasiadła przed toaletką i cierpliwie czekała, aż pokojówka Morag ułoży jej włosy w elegancką fryzurę. Nie wiedzieć czemu, Shona pragnęła wyglądać jak najlepiej. Czyżby z powodu gościa, którego zaprosił Antony? – zastanawiała się.

Gorset był już ściągnięty do granic możliwości, co mocno wyeksponowało biust. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, więc Shona nie mogła się doczekać kolacji. Na ten wieczór wybrała atłasową suknię w kolorze kości słoniowej, z koronką i bufiastymi rękawami, które odsłaniały ramiona. Talię przewiązała granatową szarfą.

– Panienka wygląda wspaniale – westchnęła Morag, gdy Shona przeglądała się w wielkim lustrze. – Aż miło spojrzeć. Panienka jest najprawdziwszym ukojeniem dla oczu.

Shona się uśmiechnęła do starej, dobrej służącej. Morag urodziła się w Glasgow i w młodości przybyła na wyspę jako pokojówka matki Shony. Po śmierci swej pani przelała całe uwielbienie na córkę.

– Ciekawe, że tak to ujęłaś, Morag. Słyszałam już dzisiaj podobne słowa na swój temat.

– No proszę! Czy powiedział to ktoś, kogo znam, panienko? – spytała Morag, poprawiając koronkę na rękawach sukni.

Shona opuściła głowę, czując, że mimowolnie się rumieni na myśl o kapitanie Fitzgeraldzie. Jej tętno gwałtownie przyśpieszyło, gdy uświadomiła sobie, że wkrótce będzie się cieszyła towarzystwem atrakcyjnego gościa.

– Obawiam się, że nie, ale spodziewamy się go na dzisiejszej kolacji – odparła. – To kapitan „Perły Oceanu”, pan Fitzgerald.

– Czy jest przystojny? – chciała wiedzieć Morag.

Już wcześniej dostrzegła błysk w oczach Shony i doszła do wniosku, że coś się święci.

Shona uniosła głowę i uśmiechnęła się promiennie.

– O tak, Morag, jest bardzo przystojny. Naprawdę bardzo – podkreśliła z nieskrywaną aprobatą.

– Zatem dobrze, że panienka tak pięknie wygląda.

Zajęta zapinaniem guziczków na plecach sukni Shony Morag nie zauważyła, że nie są już same. W drzwiach stanęła Carmelita.

– Jesteś gotowa? – spytała ostro, z trudem maskując zazdrość na widok Shony w olśniewającej sukni.

Morag pośpiesznie dopięła ostatni guzik i wyszła z pokoju.

Carmelita była drobną, zmysłową kobietą o długich czarnych włosach i ciemnobrązowych oczach. Shona dopiero po powrocie z Anglii dowiedziała się, że Antony się ożenił. Relacje między obiema kobietami nigdy nie układały się zbyt dobrze. Gdy się poznały, Carmelita zamarła, wyprężyła ramiona i zmarszczyła brwi. Shona pomyślała wtedy, że jej bratowa zachowuje się jak podejrzliwa, rozzłoszczona kotka.

– Dzisiejszego popołudnia zrobiłaś z siebie widowisko – oznajmiła Carmelita, wchodząc do pokoju. – Doprawdy, przysparzasz swemu bratu nieustających trosk. Powinnaś wiedzieć, że jest bardzo niezadowolony z twojej postawy.

Shona miała ochotę się odgryźć, ale milczała ze świadomością, że jakakolwiek próba dyskusji z Carmelitą sprowokuje ją do jeszcze bardziej nieprzyjemnego zachowania. Nie lubiły się, rzadko jednak dochodziło między nimi do wybuchów otwartej wrogości. Shona wolała cierpliwie znosić złośliwości bratowej, licząc dni do swojego powrotu do Anglii.

– Jeśli nadal będziesz zachowywała się w tak haniebny sposób, Antony będzie musiał cię prosić, byś zaniechała wyjazdów do miasta – ciągnęła Carmelita. – Gdybyś nie była siostrą mego męża, nigdy nie zagościłabyś na salonach. Najwyższy czas, żebyś się ustatkowała, zamiast przy lada sposobności szwendać się bez sensu po wyspie.

Zirytowana Shona nagle porzuciła maskę obojętności, za którą ukrywała się w obecności Carmelity. Na szczęście udało się jej zachować milczenie.

– Nie możemy obie kierować domem – wysyczała Carmelita i groźnie zmrużyła oczy. – Musisz wreszcie przyjąć to do wiadomości. Jestem tutaj panią i nie życzę sobie, żebyś mi wchodziła w paradę.

Najwyraźniej dążyła do starcia i Shona doszła do wniosku, że miarka się przebrała.

– Zapewniam cię, Carmelito, że na pewno nie wyjdę za mąż tylko po to, by cię usatysfakcjonować – oświadczyła. – Melrose Hill to mój dom i lepiej się z tym pogódź.

– Może i jesteś u siebie w domu, ale teraz ja nim rządzę. Jeśli uważasz inaczej, możesz wyjechać. – Carmelita odwróciła się do drzwi. – Posiadłość jest duża, lecz za mała dla nas obu, dlatego nie prowokuj mnie, przebrzydła dziewczyno, bo wkrótce skończysz bez dachu nad głową! Ciekawe, na co ci wtedy będą ten tępy upór i pycha!

W tym momencie na progu stanął Antony. Carmelita natychmiast do niego podeszła.

– Porozmawiaj ze swoją siostrą! – zażądała. – Sam widzisz, że mnie nie chce słuchać. Im szybciej wyjdzie za mąż i urodzi dzieci, na których skupi uwagę, tym lepiej będzie dla nas wszystkich!

Po tych słowach wymaszerowała z pokoju, a zmęczona awanturą Shona zwiesiła głowę. W takich chwilach ogromnie tęskniła za ojcem. Jego nagła śmierć zszokowała ją i na długo całkiem wytrąciła z równowagi. Nawet teraz nie potrafiła się pogodzić ze stratą. Mimo sześćdziesięciu pięciu lat wydawał się energiczny i pełny życia, a teraz już nie mogła liczyć na jego wsparcie. Gdy przypłynęła z Anglii na Santamarię, okazało się, że Melrose Hill nie jest już jej domem.

Spojrzała na brata i postanowiła postawić sprawę jasno.

– Czy i ty ponad wszystko pragniesz wydać mnie za mąż? – spytała wprost.

Zawahał się, a Shona przez moment widziała smutek w jego oczach. Potem jednak zacisnął usta.

– Tak – potwierdził. – Chcę, żebyś wyszła za mąż.

Jego słowa zabolały Shonę. Wiedziała, że Antony mówi szczerze, i ogarnęło ją głębokie rozczarowanie.

– Ten problem trzeba rozwiązać, i to jak najszybciej – dodał. – Wiesz, jaka jest Carmelita, zwłaszcza teraz, w odmiennym stanie. Między wami nigdy nie zapanuje zgoda, więc jestem zdania, że powinnaś wyjść za mąż i wyjechać. To najlepsze wyjście. Odkąd powróciłaś na wyspę, nieustannie ciosasz Carmelicie kołki na głowie. Posłuchaj…

– Nie, Antony, to ty posłuchaj – przerwała mu stanowczo Shona. – Nie byłoby mowy o żadnych kołkach na głowie, gdybyś nie ożenił się z tą kobietą. Wcześniej nazwała mnie ciężarem, a to oznacza, że chce się mnie pozbyć.

– Pozbyć się ciebie?

– Tak, wyrzucić mnie, odesłać dokądkolwiek, bylebym tylko trzymała się z dala od Santamarii.

Antony poczerwieniał ze złości.

– Dość tego! – krzyknął. – Przecież wiesz, że niewiele mogę zrobić, by was pogodzić! Niby jak mam rozwiązywać wasze spory?

– Może na dobry początek przestaniesz opowiadać się po jej stronie? – Shona również kipiała z gniewu.

– Nie chcę opowiadać się po niczyjej stronie. Nie chcę ani nie czuję takiej potrzeby. Obie zasługujecie na szacunek, ale Carmelita ma słuszność. – Przeczesał dłonią włosy. – Do diaska, Shono! Czy naprawdę postawiłaś sobie za punkt honoru zostać starą panną? Nie możesz odrzucać każdego kawalera, który uderza w konkury. Wyglądasz, jak należy, i masz odpowiedni majątek, by przebierać w kandydatach jak w ulęgałkach. Panowie z najlepszych rodzin Europy i Karaibów starają się o twoje względy, a ty tylko snujesz się niczym we śnie i marzysz o rycerzu na białym rumaku, który nigdy nie przybędzie!

– Nie jestem głupiutką dzierlatką i wcale się nie snuję – burknęła.

– Tak czy inaczej, nie możesz dłużej zwlekać. John Filligrew nie ma zobowiązań, jest zamożny i młody, a w dodatku go oczarowałaś. To dobra partia, ale nie będzie czekał wiecznie.

Shona posłała bratu spojrzenie pełne najwyższej wzgardy.

– Ja i John Filligrew? – Pokręciła głową. – Jest przystojny, nie przeczę, a że znam go od urodzenia, mogę przyznać, że lubię go i darzę przyjaźnią, ale doprawdy, wolałabym umrzeć w staropanieństwie niż spędzić resztę życia u boku kogoś takiego. Już lepiej pozwól mi wrócić do Anglii, Antony. Chcę tego, a poza tym wreszcie przestałabym denerwować Carmelitę swoją obecnością.

– Absolutnie wykluczone! Ojciec wyraźnie podkreślił, że nie mogę odesłać cię do Anglii, póki nie znajdziesz sobie męża. Zamierzam spełnić wolę papy. Nie zapominaj, że doskonale wiem, co z ciebie za ziółko. Nawet nie chcę myśleć, co ci strzeli do głowy, jeśli nie będziesz miała u boku mężczyzny gotowego prowadzić cię prostą drogą.

– Dziękuję ci za zaufanie i wiarę we mnie – powiedziała Shona cierpko. – Nie myśl sobie jednak, że złożę broń. Wrócę do Anglii bez względu na wszystko i jestem gotowa czekać tak długo, aż osiągnę wiek, w którym stracisz nade mną władzę. Poza tym mógłbyś przecież napisać do ciotki Augusty bądź do Thomasa i poprosić ich, by zechcieli sprawować nade mną pieczę – zasugerowała śmiało.

Pastor Thomas był ich ciotecznym bratem i skończył dwudziesty dziewiąty rok życia, co oznaczało, że liczył sobie sześć lat mniej niż Antony. Dotąd dwukrotnie bawił na Santamarii, na którą przypłynął wraz z rodzicami, ciotką Augustą i wujem Jamesem. Shona uwielbiała Thomasa i bardzo jej go brakowało; podczas pobytu w Anglii spotykała się z nim i świetnie bawiła w jego towarzystwie.

– O ile mi wiadomo, Thomas zrobił sobie przerwę w pełnieniu obowiązków, a wychodząca z żałoby ciotka Augusta jest zbyt zajęta życiem towarzyskim, żeby brać na siebie obowiązki związane z niezamężną krewną. – Antony popatrzył surowo na siostrę. – I jeszcze jedno, nim zejdziesz powitać naszych gości, bardzo cię proszę, byś starała się nie rozzłościć Carmelity.

– Postaram się – mruknęła niechętnie.

Antony skinął głową, jakby nie miał co do tego wątpliwości.

Shona doszła do wniosku, że wysłuchała dość reprymend jak na jeden dzień, więc minęła brata i ruszyła długim korytarzem ku schodom. Musiała się zastanowić nad opcjami, a dopiero potem podjąć decyzję na temat swojej przyszłości. Jedno było pewne: należało coś zmienić. Nie miała złudzeń co do Antony’ego – z pewnością już postanowił wybrać jej męża, jeśli sama nie zdecyduje się na jednego z kandydatów.

Marzyła o powrocie do Londynu. Chciała tańczyć walca w salach balowych, wśród wytwornie ubranych gości. Pragnęła chodzić na zakupy do modnych sklepów, spacerować po Hyde Parku i obserwować, jak przystojni kawalerowie gapią się na nią i z wrażenia potykają o własne stopy. Wiedziała jednak, że nie ma szans na to wszystko, jeśli nie wybierze sobie męża.

Podczas pobytu w Londynie zaznała przyjemności niezależnego życia, lecz podobnie jak większość młodych kobiet, w głębi serca była romantyczką i już dawno temu oswoiła się z perspektywą zamążpójścia. Nie miała nic przeciwko temu, a nawet cieszyła się na ślub, lecz tylko z mężczyzną wybranym przez siebie. Z mężczyzną, którego pokocha.

Tytuł oryginału

Mishap Marriage

Pierwsze wydanie

Harlequin Mills & Boon Ltd, 2014

Redaktor serii

Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne

Dominik Osuch

Korekta

Lilianna Mieszczańska

© 2014 by Helen Dickson

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2015

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-1429-2

ROMANS HISTORYCZNY – 429

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com