Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Stęszewie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 486
Rok wydania: 1997
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Garry Kilworth
Dom obiecany
Przełożyła
Urszula Grabowska
Prószyński i S-ka
WARSZAWA 1997
Tytuł oryginału:
House of Tribes
Copyright c Garry Kilworth 1995
Redaktor prowadzący serię:
Arkadiusz Nakoniecznik
Opracowanie merytoryczne:
Łucja Grudzińska
Ilustracja na okładce:
© 1995 Paul Robinson
Ilustracje:
Dorota Krall
Korekta:
Anna Załuska
Redakcja techniczna:
Anna Troszczyńska
Opracowanie graficzne i skład:
Zombie Sputnik Corporation
ISBN 83-7180-754-6
PRÓSZYŃSKI i S-KA SA, 02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7
Druk i oprawa:
Wojskowa Drukarnia w Łodzi, 90-520 Łódź, ul. Gdańska 130
Książkę tę dedykuję pieśniarce Suzi Sutherland
Serdeczne podziękowania kieruję do Bernarda Halla i Rega Masona, za dostarczenie mi znakomitego planu domu z lat trzydziestych, na tej podstawie powstała mapa mysiego terytorium; Barbarze Faithfull wyrażam wdzięczność za to, że wprowadziła mnie w tajniki owej mapy. Jak zawsze dziękuję Andrew, którego towarzystwo w czasie naszych regularnych copiątkowych obiadów działało na mnie inspirująco; a także Maggie Noach i Patrickowi Janson-Smith za ich nieocenione wsparcie podczas pisania tej książki. Dziękuję wreszcie mojej ukochanej Annette, która cierpliwie zgadzała się, by przez ponad rok mysie sprawy zdominowały wszystkie nasze rozmowy przy śniadaniu, obiedzie i kolacji, i która wielokrotnie wspierała mnie swoją pomocą i radą.
Do golca
Bestio żarłoczna, podła, chciwa,
Co gębą ruszasz nieustannie –
Nie musisz żłopać tak zachłannie,
Aż ślina toczy ci się z pyska!
Ja, chociaż głód mi trzewia ściska,
W takim wyścigu nie nadążę!
Słowa w nagłym przypływie krasomówstwa wygłoszone przez wierszopisa Snurba, z plemienia Zjadaczy Ksiąg, po zjedzeniu tomu poezji szkockiej
Ser i głód – przysłowie każę – jedno z drugim idą w parze.
Stare przysłowie myszy domowych
GŁÓWNI BOHATEROWIE
MYSZY Z ZEWNĄTRZ
HANDLARZ – mysz zaroślowa z Żywopłotu, wędrowiec, główny bohater powieści
CYNKUŚ – kuzyn Handlarza, mieszkaniec Żywopłotu
STARZEC – stary mędrzec z Żywopłotu, mysz zaroślowa
GŁAZ – koszatka zamieszkała w ogrodzie przy wygódce, głosząca hasła powrotu do natury
STRAŻNICZKA – ryjówka pospolita zamieszkała w labiryncie rozciągających się pod Domem tuneli; obdarzona podłym charakterem, bezlitosna w walce
UŁUG BEG – prastara mysz nieznanego gatunku, samotnica mieszkająca w ogrodzie, w porzuconym domku na drzewie
DZIKIE PLEMIĘ(MYSZY KUCHENNE)
STARY GORM – mysz domowa, herszt Dzikiego Plemienia, zbir i barbarzyńca
ASTRID – mysz domowa, najwyższa kapłanka Dzikiego Plemienia pozostająca w kontakcie z duchami
HAKON – mysz domowa, brat Gorma i jego pierwszy sobowtór
TOSTIG – mysz domowa, brat Gorma i jego drugi sobowtór
TEREJ TRÓJNOGI – mysz domowa, inwalida o paskudnym usposobieniu
GUNHILDA – mysz domowa, zwolenniczka wojskowej dyscypliny, dezerterka, przechodzi na stronę bandy Trzynastu
JAROM WIDŁOWĄS – mysz domowa, morderca samouk
Pozostali członkowie Dzikiego Plemienia: Gita Pięknowąsa,Skuli, Ketil, Elfina
PLEMIĘ ZJADACZY KSIĄG(MYSZY BIBLIOTECZNE)
FRYDA PIEGOWATA – mysz domowa przewodząca plemieniu Zjadaczy Ksiąg, za pan brat z czarami i magią
JAGO – mysz domowa, książkowy smakosz, ekspert w dziedzinie jedzenia papieru
GRUFIT ZIELONOZĘBY – mysz domowa, samozwańczy czarownik i magik
IZYDOR – mysz domowa, młodzik, który odnajduje Małego Księcia
Pozostali członkowie plemienia Zjadaczy Ksiąg: Owain, Zły Hywl, Łysa Etel, Cadwallon, Mefyn, Rodryg, Maruder, Nesta
ŚMIERCIOGŁOWI(WOJOWNICY DUCHA)
I-KUCHENG – mysz leśna, wędrowny sędzia, któremu bogini Unn powierzyła szczególne obowiązki
SKRANG – mysz leśna, opiekunka I-Kuchenga
IBAN – mysz leśna, wyznawca Yo ślubujący czystość i nie mogący tym ślubom sprostać
NIEWIDZIALNI(MYSZY ZE STRYCHU)
CICHOSZEPT – mysz leśna, hałaśliwy i energiczny przywódca swego plemienia
LEKKOSTOPA – mysz zaroślowa o ciężkim chodzie, zostaje partnerką Handlarza
SZYBKONADNO – mysz leśna, wyśmienity pływak i śmiertelny wróg Kelloga, szczura dachowego
SPADAJĄCA – mysz leśna o znakomitym poczuciu równowagi, chodząca po linie w każdych okolicznościach
BEZSENSOWNA – mysz leśna, partnerka Szybkonadno
OKRUTNIK – mysz leśna o łagodnym usposobieniu, przyjaciel Handlarza
PIETRUS – mysz leśna, rywal i przeciwnik polityczny Szybkonadno
WSZECHSŁYSZĄCA – głucha mysz leśna zaprzyjaźniona ze staruszkiem zegarem, pianistka
BIEDACZEK – mysz leśna, brat Szybkonadno
PLEMIĘ ŚMIERDZIELI(MYSZY PIWNICZNE)
PFRUK – mysz domowa, zwana przywódcą tego dwuosobowego plemienia, zapchlony pijak, nikczemnik i łotr
OSPALEC – mysz domowa, popychadło i cień Pfruka, mający te same wady
BANDA TRZYNASTU(BUNTOWNICY Z DREWUTNI)
ULF – mysz domowa, syn starego Gorma, zagorzały terrorysta i spiskowiec, przywódca bandy Trzynastu
ULEWNA – mysz domowa, malkontentka, towarzyszka Ulfa
WYŻYNNIK – mysz leśna, rywal Ulfa odczuwający silny lęk wysokości
POZOSTALI MIESZKAŃCY DOMOSTWA
GOLCY – istoty ludzkie, stworzenia duże i bezużyteczne, spożywające olbrzymie ilości jedzenia
ŁOWCA GŁÓW – okrutny mały golec lubujący się w torturowaniu i mordowaniu myszy
GAŁECZKA – niebieska kotka birmańska, czająca się w mroku, nieprawdopodobnie szybka
PLUJ – stary rudy kocur, mniej łowny niż Gałeczka
DRĘTWY – stary, zgrzybiały spaniel
ŁASKAWA – osiadła na strychu sowa morderczyni, nazwana tak przez Niewidzialnych
KELLOG – stary szczur śniady (albo okrętowy) mieszkający po drugiej stronie zbiornika wody, śmiertelny wróg Szybkonadno
MAŁY KSIĄŻĘ – biała mysz, ulubieniec Łowcy Głów, myszożerca
DUCHY – powiernicy i przyjaciele Astrid
CZĘŚĆ PIERWSZAOd Żywopłotu do holu
STILTON
Myszy, podobnie jak ich odwieczni wrogowie, bywają zżerane przez ciekawość.
Handlarz słyszał o Domu od chwili swych narodzin. Trzy pola dzieliły Dom od Żywopłotu, co stanowiło odległość zbyt wielką, by go stąd zobaczyć; jednak wieści o Domu docierały za pośrednictwem wędrowców. Wędrowne gryzonie opowiadały niestworzone historie, a mieszkańcy rowów i żywopłotów słuchali ich z zapartym tchem.
W Domu myszom przez cały rok żyło się ciepło i wygodnie, a jedzenia miały pod dostatkiem bez względu na pogodę i na porę roku. Różne gatunki myszy robiły tam sobie gniazda ponad ziemią, a mimo to nie zagrażał im deszcz ani wiatr, lis ani łasica, gronostaj ani jastrząb.
Kiedy jednak Handlarz zapytał swego kuzyna Cynkusia o Dom, usłyszał w odpowiedzi:
– Lepiej się do niego nie zbliżaj, roi się tam od golców. To brudasy, podobno nigdy się nie myją, bo z trudem się zginają i języki mają za krótkie. Nie słyszałem jeszcze, żeby golec wylizywał sobie między palcami u nóg... jestem przekonany, że są całkiem zawszeni, na pewno. Śmieszne, nie umieć nawet iskać się po brzuchu... aż ciężko sobie wyobrazić, co?
– Wcale nie myślałem o golcach, wszyscy wiedzą, że to pyszałkowate głupki; nie, zastanawiałem się raczej nad samym Domem. No wiesz, jak tam wygląda w środku. Hej, a może byś się ze mną zamienił? Dam ci owoc głogu za ten kawałek buraka.
Cynkuś pogrążony był w myślach o Domu i z roztargnieniem przystał na tę transakcję.
– Jak może być w miejscu pełnym nie domytych golców? Słyszałem nawet, że organizują sobie konkursy w piciu. Do tego dochodzi ich głupota! Kto wyżłopie więcej farbowanej wody naraz. Jedzą też jak...jak golcy.
Chociaż Cyrkuś golcami pogardzał, stanowili dla niego temat nie kończących się rozważań.
– Nie rozumiem – ciągnął – jak oni mogą stać cały czas na tylnych nogach i nigdy się nie przewrócą. Nie wyglądają na przystosowanych do takiej pozycji, co? Zdawałoby się, że się zaraz wywalą na te swoje wystające nosy, prawda? Słyszałem, że mają tylko odrobinę futerka, coś Jakby kępkę trawy sterczącą na czubku głowy. No a co z resztą? Może mieli pióra i ktoś ich oskubał? A może są jakimś gatunkiem żab, tylko nie mogą znaleźć odpowiedniego stawu?
Handlarza znudziła już rozmowa o golcach; interesował go Dom. Puścił mimo uszu gadaninę Cynkusia i pogrążył się w myślach. Mówiono, że domy są w rzeczywistości pustymi muszlami pozostałymi po jakimś wymarłym gatunku ślimaków olbrzymów. Wierzył, bo wnioskując z opisów, które do niego docierały, przypominały solidne, puste w środku skorupy.
Najbardziej go intrygował kontrast pomiędzy Żywopłotem a wizją Domu, jaką stworzył sobie na podstawie rozmaitych relacji – pod wieloma względami Dom stanowił przeciwieństwo znanego mu świata i Handlarz czuł, że gdyby kiedykolwiek tam trafił, poddałby się sile przyciągania Domu, stałby się jego częścią, podobnie jak teraz stanowił część Żywopłotu. Właściwie czuł się tu zakorzeniony, tak jak krzak głogu zakorzeniony jest w ziemi.
Żywopłot krył w sobie jakąś siłę magnetyczną. Jego mieszkańcy rzadko się zapuszczali gdzieś dalej, a gdy się na to odważyli – wracali pędem, z bijącym sercem, przejęci lękiem pustych przestrzeni. Handlarz wiedział jednak, że jeśli kiedyś, wyłącznie dzięki sile woli, uda mu się stąd wyrwać – dozna czegoś niezwykłego, jakiegoś duchowego przebudzenia i otworzy się na nowe, nieznane światło.
Jeszcze kiedy był małą myszką, matka powiedziała mu:
– W Żywopłocie zdarza się czasem, że duchy myszy i sów przelotnie stykają się ze sobą. Łasice i gronostaje są naszymi wrogami, straszny jest ich język, a sama myśl o ich sposobie odżywiania przerażająca, drżymy na ich widok, a mimo wszystko Żywopłot jednoczy nas ze sobą, jest naszym wspólnym domem.
Zamieszkują go dusze zwierząt, które odeszły, i ptaków, które już nie pofruną, bo ich czas minął. Duchy tych stworzeń trwają tu nadal wplątane w tarninowe gałązki. Żywopłot nas łączy i wprowadza harmonię w dziki świat...
Handlarz urodził się w Żywopłocie, a raczej, ściśle mówiąc, pod nim. I chociaż nie mniej czasu spędził wśród gałązek i cierni niż na ziemi, to przecież przyszedł na świat w gliniastej norce wychodzącej na porośnięte trawą zbocze rowu. Była tam skomplikowana sieć tuneli i nor, gdzie mieszkały pospołu myszy leśne i zaroślowe.
Tu znajdowało się przytulne i bezpieczne, wyścielone sianem rodzinne gniazdo Handlarza, jego braci i sióstr. To tutaj matka Handlarza powiedziała kiedyś sąsiadce:
– W chwili kiedy go urodziłam, u wylotu nory pojawił się chrabąszcz i załopotał skrzydłami.
– No to co? – zapytała sąsiadka, według której jej własne potomstwo znacznie bardziej zasługiwało na uwagę niż potomstwo jakiejkolwiek innej myszy.
– Nie rozumiesz?! – wykrzyknęła oburzona matka Handlarza. – Przecież chrabąszcz zwiastuje sławę! Słyszałam od nornicy wędrowniczki, że mówiła tak sama Fryda Piegowata, wielka czarodziejka mieszkająca w Domu. Otrzymałam znak, że to dziecko wyrośnie na kogoś niezwykłego, wspomnisz moje słowa.
– Chrabąszcze? Małe móżdżki. I do tego Fryda Piegowata! – parsknęła sąsiadka i wycofała się, śpiesząc do własnych, nadzwyczajnych mysząt.
– Uważaj! – wrzasnęła jeszcze za nią matka Handlarza. – Sama możesz się zamienić w chrabąszcza, Jeśli będziesz wzywać imienia czarodziejki nadaremno!
Handlarz wzrastał w cieniu Żywopłotu, godzina za godziną, aż stał się dojrzałą myszą zaroślową – przedstawicielem największych myszy w okolicy. Nazwano go tak, bo lubił wymieniać co smakowitsze kąski, najpierw z braćmi i siostrami, później także z innymi. Było to dość niezwykłe, jako że na ogół myszy zjadały od razu, co miały do zjedzenia.
Śmieszyło je, kiedy Handlarz zamieniał jagódkę na orzecha, ale często godziły się na taką zamianę i z przyjemnością próbowały czegoś nowego.
Dla wielu tutejszych mieszkańców świat zaczynał się i kończył na Żywopłocie. Handlarzowi parę razy w życiu zdarzyło się dotrzeć do wierzchu Żywopłotu i za każdym razem na nowo zdumiewała go jego długość. Wyprawom tym towarzyszyła jednak świadomość niebezpieczeństwa zagrażającego mu ze strony pustułki i innych czyhających tam drapieżników.
Z jednej strony Żywopłot wznosił się i opadał łagodnie, zgodnie z falistym ukształtowaniem brunatno-zielonych pól, z drugiej zaś ginął na stromym wapiennym brzegu, niczym wpełzający do nory wąż.
Handlarz wzrok miał kiepski, jako że myszy kierują się głównie zmysłem węchu i dotyku, wiedział jednak, że Żywopłot to coś trwałego; że jest on tu równie dawno jak drzewa i będzie zawsze.
W świętym zaciszu Żywopłotu żyli i umierali prapradziadowie Handlarza, ich przodkowie i przodkowie przodków, poczynając od czasów, gdy cały świat porastała trawa, a myszy na własność posiadały życiodajną Ziemię. Pozostały po nich jeszcze pradawne zapachy, strzępki futra na kolcach i gałązkach i ten sam co niegdyś poszept traw.
Zbrojny w kolce Żywopłot był także warownym bastionem chroniącym swych mieszkańców przed skrzydlatymi i czworonożnymi drapieżnikami. Sami drapieżcy też chronili się tu czasem w panicznej ucieczce przed golcami, którym towarzyszyły psy.
A jednak to właśnie golcy dbali o Żywopłot i utrzymywali go w porządku; strzygli na wiosnę, sprzątali uschłe liście z biegnącego obok rowu. Dzięki ich zabiegom był dość mocny, by oprzeć się wichrom i burzom. Golcy pod kierunkiem najwyższego Stwórcy byli nawet niekiedy pożyteczni. Strzegli nienaruszalności świata, w którym żył Handlarz.
I tak Żywopłot trwał jako wspólnota. Bez znaczenia był fakt, że najrozmaitsze stworzenia posługiwały się tu różnymi językami; od motyla po jeża i od pająka po gronostaja. Był drugi, uniwersalny język – język alarmujących odgłosów i poruszeń, a także zapachów, który w nagłych wypadkach służył całej społeczności Żywopłotu. Kiedy więc nadchodziła burza, zwierzęta informowały się o tym nawzajem.
– Idzie burza, idzie burza! – krzyczały kosy w swym osobliwym języku; wszyscy jednak, włącznie z Handlarzem, pojmowali w lot, o co chodzi. On sam słyszał już ten okrzyk wielokrotnie.
– Skryjmy się gdzieś – mówił wtedy jego kuzyn Cynkuś.
– Nie, chcę zobaczyć, co się będzie działo – odparł raz na to Handlarz z pełną determinacją. – Zostaję na górze, schowam się w gałązkach tarniny.
– Chyba oszalałeś, masz tak samo źle w głowie jak jakiś golec – wymamrotał Cynkuś.
Handlarz chciał usłyszeć odgłosy burzy nie stłumione przez warstwy torfu i gliny nad jego gniazdem. Chciał usłyszeć dźwięki zawieruchy w całej ich groźbie i majestacie. Żywopłot szeptem zwierzał swe tajemnice, szelestem liści i skrzypieniem gałązek przekazując mu nauki przodków. Teraz Handlarz chciał być świadkiem narodzin gromu i błyskawicy, usłyszeć jęk wichru i deszcz grzechoczący o pień starego wypróchniałego dębu.
– Cynkuś będzie żałował, że nie został tu ze mną – mruczał, dodając sobie ducha. – Pozazdrości mi przygód.
Zapach burzy się przybliżył; potoki deszczu widoczne na horyzoncie wsiąkały w ziemię i wydobywały z niej bogatą gamę nowych aromatów. Handlarz cierpliwie czekał.
Potem zerwał się wiatr chłoszczący okazałe pokrzywy, szarpiący dzikie czosnki i wiotkie pędy powoju. Osa, co przycupnęła na kolcu tarniny, w mgnieniu oka została porwana i uniesiona gdzieś w przestworza. Handlarz wzdrygnął się i mocniej uchwycił gałązkę, na której siedział. Polny szczaw i paprocie chyliły się ku ziemi; kwiaty pierwiosnka z powrotem zwijały się w pąki. Wicher jęczał i zawodził w tarninie. Żywopłot jakby nagle ożył i niczym przerażone zwierzę starał się uciec gdzieś za góry i lasy.
– A więc taki jest wiatr – powiedział Handlarz, przejęty jego siłą. Zastanawiał się, jak to było kiedyś, w pomroce dziejów, gdy nie było jeszcze drzew ani Żywopłotu, a wiatr przedzierał się wśród wysokich traw, do których jak zwykłe myszy polne tulili się jego przodkowie.
Potem lunął deszcz i niebo zasnuło się ciemnością.
Młodziutka nornica wychyliła się na chwilę z jamki w ziemi, przekonana, że już po burzy; zaklęła i wycofała się pędem.
Zalewany potokami deszczu Handlarz z trudem łapał powietrze, starając się tak oddychać, by nie napić się przy tym wody. Grzmoty i błyskawice omal nie zmiotły go z gałązki, aż oczy wyszły biedakowi na wierzch.
Był przerażony.
Gdy burza na chwilę przycichła, zlazł z krzaka tarniny i na brzegu rowu odnalazł wejście do nory. Tunel wznosił się tam najpierw w górę, dzięki czemu nie zalewała go woda, potem zaś opadał, prowadząc do licznych pomieszczeń, wśród których było też gniazdo Handlarza.
Labirynt tuneli rozpościerał się pod przedziwnie poskręcaną, tworzącą liczne pętle gałęzią leszczyny – kudelką – co w mysiej tradycji stanowiło symbol wielki i potężny. Kudełka była sprawiedliwa, nagradzała dobrych i karała złych. Ona chroniła mysie gniazda od łasic i gronostajów, w których budziła respekt.
– No i co? Masz dość? – zapytał Cynkuś, kiedy Handlarz mijał jego gniazdo.
– Na razie – prychnął w odpowiedzi Handlarz.
Przekroczywszy granicę swego terytorium, dokładnie wyznaczoną zapachem moczu, znalazł się wreszcie we własnym gnieździe, na miękkim, ciepłym sianku. Dach z ziemi nad głową i ściany norki dawały mu teraz miłe poczucie bezpieczeństwa. Z Jednej ze ścian wystawał korzeń leszczynowy, który Handlarz z upodobaniem obgryzał, kiedy nie miał nic lepszego do roboty. Było to miłe zajęcie, a przy okazji ścierał sobie zęby. Teraz także się tym zajął, nasłuchując odległych grzmotów, które stąd zdawały się już tylko przytłumionym bębnieniem.
Znużony, zwinął się w kłębek i już po chwili drzemał, zasłoniwszy sobie oczy ogonem; wówczas to po raz pierwszy przyśnił mu się sen. We śnie odwiedzili go przodkowie i nakazali udać się do Domu, gdyż tam miało się spełnić jego przeznaczenie.
– Historia splecie się z mitem, tak jak orlik splata się z bluszczem – powiedzieli.
Ukazali mu się jako strzępki bagiennej mgły, a ich mowa była niczym szelest liści, której znaczenie nie pozostawiało jednak wątpliwości. Miał opuścić Żywopłot i udać się do Domu; tam pozna swą rolę w mających nastąpić wydarzeniach; stanie się Tym, który poprowadzi wielu.
Zaraz po przebudzeniu, zdumiony i drżący, Handlarz udał się do Starca, myszy wiekowej i znanej z mądrości. Zasuszony staruszek miał już czterysta nocy z okładem, swą zgrzybiałością budził lęk w młodych myszach. Mieszkał nieco na uboczu, dzieląc jedno spore pomieszczenie z kilkoma samicami i samcami w podeszłym wieku; tu, z dala od gniazd, wybryki rozswawolonej młodzieży nie zakłócały mu spokoju.
– Nie mam Jedzenia na zamianę, młodzieńcze, nic nie mam, więc idź stąd i handluj gdzie indziej – jął zrzędzić Starzec, gdy tylko Handlarz z bojaźnią przekroczył próg izby.
– Nie przyszedłem tu, żeby się zamieniać, tylko by cię o coś zapytać – odparł z podnieceniem Handlarz.
Opowiedział Starcowi swój sen, chcąc dowiedzieć się od mędrca, czy to prawda.
– Co rozumiesz przez prawdę? – zapytał Starzec.
– No, czy uważasz, że muszę wyruszyć w podróż do Domu?
– Oczywiście, musisz. Nie każdemu śnią się sny. Usłuchaj wezwania przodków, młodzieńcze, albo będziesz tego żałował do końca swoich nocy. – Mędrzec obrzucił Handlarza spojrzeniem pełnym ciekawości, jakby widział go po raz pierwszy.
– Czy myślisz, że mam wyruszyć już teraz?
– Usłyszałeś wezwanie. To oznacza, że masz przed sobą wielki cel i sen przyśni ci się znowu, a twoi przodkowie powiedzą ci, gdy nadejdzie czas, by opuścić rodzinne gniazdo – odparł Starzec. – A teraz odejdź, daj mi spokój, najwyższa pora na drzemkę.
Handlarz opuścił mieszkanie Starca przejęty nabożnym lękiem na myśl, że on, zwykła skromna mysz, został wybrany na spadkobiercę mądrości przodków. Gdy jednak znowu znalazł się wśród rówieśników, a jego przyjaciele Tuptuś i Pikuś biegali dookoła jak szaleni, trudno mu było uwierzyć, że spotkało go coś niezwykłego.
Sen wszakże przyśnił mu się znowu i powracał jeszcze wielokrotnie, a za każdym razem wezwanie było bardziej naglące.
.Jesteś Tym, który poprowadzi wielu”. Handlarz zaczął pojmować, że jego przeznaczenie różni się od przeznaczenia innych myszy...
Kiedy wiosna przyszła na dobre, Handlarz zaczął wypuszczać się w pola, coraz dalej i dalej od Żywopłotu. Chciał się przekonać, jak daleko może odejść od znanych mu dźwięków, zapachów i widoków, nim poczuje się niespokojny i zagubiony. Pewnej nocy oddalił się tak bardzo, że nie czuł już nawet woni Żywopłotu, który w świetle księżyca stał się tylko jedną z ciemnych linii nocnego pejzażu.
W otwartej przestrzeni pól niewiele żyło zwierząt, a w Żywopłocie mieszkały setki i tysiące różnych stworzeń; Handlarz po raz pierwszy w życiu nie czuł ich zapachu. Należały do świata, który zostawił za sobą.
Dopiero tam, wśród pól, Handlarz zrozumiał w pełni, że życie w Żywopłocie przebiega w pewnym ustalonym rytmie, zgodnym z rytmami Ziemi. Teraz pojął, że właśnie ten rytm daje poczucie harmonii. Wprawdzie w Żywopłocie nie brakowało konfliktów, znano tam rozpacz i straszną śmierć; nie naruszały one jednak harmonii całości. Żywopłot przylegał do Ziemi, wiernie powtarzając i przenosząc jej wibracje.
Odkrycie to przeraziło Handlarza; patrząc na swój świat z dala, poczuł się nagle wygnańcem. Ze strachem łączyło się jednak poczucie miłego podniecenia.
Czuł także, że Żywopłot z wielką mocą wzywa go z powrotem, ale dopóki jedzenia wokół było w bród, mógł się temu oprzeć.
– Buraki prosto z pola są znacznie smaczniejsze – rzekł niedbale do Cynkusia po powrocie.
Pszczoły i osy bzyczały w gałązkach tarniny, robiąc wściekły hałas. Cynkuś potrząsnął głową z niedowierzaniem.
– Byłeś tam?! – wykrzyknął. – Chyba oszalałeś! Nie wiesz, że na otwartej przestrzeni pustułka wypatrzy cię nawet sponad chmur?
Handlarz uznał, że kuzyn nieco przesadza.
– To nie jest taka całkiem pusta przestrzeń, mnóstwo tam liści buraczanych, pod którymi można się schować. – Przerwał na chwilę i w zamyśleniu mówił dalej: – Ma się uczucie, że Żywopłot przyciąga cię z powrotem; to bardzo dziwne. Ciekawe, czy można to przezwyciężyć. Czy można się uwolnić spod wpływu Żywopłotu?
Kiedy Handlarz osiągnął wiek stu czterdziestu dwóch nocy, sen nakazał mu pożegnać krewnych i przyjaciół i wyruszyć w drogę do Domu. Nadszedł czas, by zostawić za sobą rów i Żywopłot na skraju pól, znany i bezpieczny świat dzieciństwa; Handlarz miał udać się na poszukiwanie owych tajemniczych „wielu”, by stanąć na ich czele i spełnić żądania przodków. Trawy zakwitły, liście dzikiego szczawiu uschły w piekącym słońcu i obwisły. Nogi same rwały się do drogi.
Przed odejściem musiał odprawić pewne rytuały, sekretne i publiczne.
Za dnia, gdy wszyscy pogrążeni byli we śnie, pod korzeniem pierwiosnka zakopał owoc dzikiej róży. Wymowa tego rytuału była potrójnie symboliczna; po pierwsze, wyrażał pragnienie powrotu, by móc spożywać owoce ziemi; po drugie, składał ofiarę jedynemu Stwórcy, prosząc, by przyjął go tu z powrotem w chwili głodu; na koniec zaś owoc dzikiej róży symbolizował mysie serce, które Handlarz pozostawiał w swej ojczyźnie – u stóp Żywopłotu.
Następny sekretny rytuał dotyczył wody, która jest dla myszy płynem życiodajnym. Handlarz zaczerpnął jej z rowu do pyszczka i zwilżył miejsce, gdzie zakopany był owoc dzikiej róży.
Rytuał publiczny miał miejsce wtedy, gdy przyszedł czas ruszać w drogę. Handlarz zawiadamiał o tym wszystkich, wynosząc na powierzchnię zawartość swego gniazda i powierzając wiatrowi cały dobytek; jego nora pozostała całkiem pusta. Przez godzinę spał tam na gołej ziemi; dostrzegły to inne myszy i zebrały się tłumnie u wylotu tunelu. Kiedy Handlarz był już gotów, opuścił bez słowa swe mieszkanie i oddalił się kawałek od Żywopłotu; następnie wrócił, znowu odszedł – tym razem dalej, posuwając się wzdłuż rowu. Wreszcie wrócił po raz ostatni, żeby powiedzieć do widzenia wszystkim zgromadzonym; teraz, za trzecim razem, odchodził już na dobre.
Wśród odprowadzających go znalazł się także sędziwy Starzec.
– Nie myślcie, że złe warunki życia zmuszają mnie do odejścia z Żywopłotu – mówił Handlarz do krewnych i znajomych w swym przemówieniu pożegnalnym. – Teraz jest wiosna i tu, na obrzeżach krainy zbożowo-buraczanej, jedzenia mamy pod dostatkiem. Nie po to także odchodzę, by szukać samotności, chociaż uważacie mnie za samotnika, jako że zwykle przedkładam własne towarzystwo nad każde inne.
Ani też nie kieruje mną ukryte pragnienie śmierci – ciągnął z przekonaniem – wiecie przecież, że jako mysz zaroślowa mogę dożyć nawet pięciuset nocy, połowy millenium! Podobnie jak większość myszy uważam się za szczęśliwca, obdarzonego przez los długowiecznością. Jętka rodzi się i zaraz umiera, jej istnienie jest jak płomień, często nie trwa dłużej niż dzień; życie myszy zaś zdaje się nie mieć końca.
– Prawda, prawda... – dały się słyszeć pomruki zgromadzonych.
– Nie dlatego więc odchodzę. Usłyszałem głos przodków, którzy nakazali mi udać się w podróż do krainy zwanej Domem; tam oczekują mnie tłumy i dlatego muszę opuścić was i mój ukochany Żywopłot. Może pewnej nocy powrócę i znowu będę wśród was...
– Mój kochany kuzynek! – rozczulił się Cynkuś.
– ...ale wtedy mogę być już w wieku obecnego tutaj Starca, chociaż w mądrości na pewno mu nie dorównam, bo on jest jedyny i wyjątkowy...
– Nie próbuj mnie tu cyganić pochlebstwami – mruknął z widocznym zadowoleniem Starzec.
– Żegnajcie, przyjaciele, strzeżcie się sów, jastrzębi, łasic oraz innych drapieżców.
I odważnie ruszył w drogę, chociaż nogi pętało mu przerażenie i serce tłukło się w piersi.
– Pokaż tym domowym myszom! – krzyknął w ślad za nim młody Pikuś. – Pokaż im, pamiętaj!
Było to trochę nieuprzejme, jako że wiele myszy domowych mieszkało w Żywopłocie i także odprowadzały Handlarza, postanowiły jednak puścić tę uwagę mimo uszu, uznawszy, że smarkacz miał na myśli nie tyle myszy domowe, co raczej myszy z Domu.
Handlarz przyjął ten okrzyk do wiadomości lekkim kiwnięciem ogona.
Rozważając ewentualne niebezpieczeństwa wyprawy, powiedział sobie, że skoro ma dobry słuch, dobry węch i jest szybki, ma taką samą szansę jak każde inne stworzenie, że nie zostanie żywcem pożarty. Poza tym umiał wyskoczyć w górę na wysokość dzikiej marchwi, w ataku był równie szybki jak kąsająca żmija; pomagając sobie ogonem, potrafił zachować równowagę, chodząc po najbardziej niedosiężnych gałązkach, i w niepojęty sposób umiał wtopić się w otoczenie. Miał uważnie nasłuchujące uszy, wrażliwe zmysły i piękne wąsy.
Wyruszając w szeroki świat, obawiał się tylko jednego – że może mu zabraknąć jedzenia. Miał ambicję spełnić oczekiwania przodków i, być może, zapisać się na trwałe w mysiej historii. To prawda, jak większość myszy lubił sobie dobrze podjeść. No, ale czyż nie mógł wrócić?
RIBBLESDALE
Zagłębiwszy się w gęstą dżunglę na brzegu rowu, Handlarz torował sobie tunel wśród traw i chwastów z nadzieją, że nie natknie się na drapieżnika. Mijał tereny obficie znakowane moczem przez różne zwierzęta, ale jak długo się nie zatrzymywał, raczej nie groziło mu bezpośrednie niebezpieczeństwo.
Początkowo posuwał się wzdłuż Żywopłotu, nie czuł się więc zagubiony, w końcu jednak musiał się z nim rozstać i podjąć wędrówkę przez pole porośnięte zbożem. Zagrzewał się do marszu, powtarzając pod nosem: „Poradzisz sobie, poradzisz sobie, poradzisz sobie...” I ku własnemu zdumieniu rzeczywiście sobie poradził.
Wszedł w łan owsa; niestety jeszcze na wpół zielonego i niedojrzałego. Wiechy zwieszały się smutno, tworząc gęsty baldachim ponad lasem zbożowych łodyg. Co chwilę musiał przystawać i wdrapywać się na kolejne źdźbło, by zapytać życzliwe bądź nieżyczliwe mu myszy o dalszą drogę. Spotykał podobne do niego myszy leśne, myszy polne i badylarki o długich chwytnych ogonach.
Czasem kazały mu się odczepić, czasem zbywały go niczym i tylko czasem wskazywały mu drogę.
– Przepraszam – pytał – którędy do Domu?
– Idź tak, żebyś miał słońce z lewej strony, aż dojdziesz do szerokiego rowu – słyszał na przykład. – Wtedy zapytaj znowu.
Łatwo było powiedzieć: „Miej słońce z lewej strony”, tylko jak to sprawdzić, kiedy jest się w gęstwinie zbóż, potem zaś pod liśćmi czerwonej kapusty, skąd słońca w ogóle nie widać! Po dwóch dniach i nocach wędrówki czuł się już jak doświadczony w boju weteran. Cały czas jednak pamiętał, że musi wystrzegać się drapieżników, za dnia szczególnie jastrzębi, a sów w nocy, tak więc starał się trzymać bruzd i rowów, gdzie było mnóstwo nor, lub blisko korzeni drzew. Kiedy musiał odpocząć, zagrzebywał się w miękkim mchu, co było najprostszym sposobem zapewnienia sobie prowizorycznego schronienia.
Pewnego razu zobaczył borsuka, olbrzyma prychającego i wygrzebującego żołędzie u stóp dębu. Omal nie doznał wówczas ataku serca. Borsuki nie miały nic przeciwko schrupaniu myszy, jeśli tylko im się jakaś nawinęła. Na oczach Handlarza borsuk wyciągnął z norki dżdżownicę i zjadł ją z wielkim smakiem.
W końcu znużony wędrówką, czując się, jakby przemierzył świat w tę i z powrotem, znalazł się Handlarz w nieznanej okolicy, na poboczu szerokiej drogi. Pod stopami miał gładką, twardą powierzchnię. Wiedział, że jest na nowym terenie; odtąd obowiązywać będą zupełnie nowe zasady. Pozbycie się drobnego żwiru spomiędzy palców zajęło mu dobrą chwilę, a potem podniósł głowę i rozejrzał się wokoło.
Świtało. Niebo prawie całkiem przesłaniały trawy, które nawet pięciokrotnie przewyższały jego wzrost. A jednak ponad tym lasem wznosiło się coś wielkiego i kwadratowego, wyniosłego jak rosnący dąb. Dotarł do celu. To był Dom, do którego skierowały go głosy przodków.
Coś drgnęło w pamięci Handlarza, przynosząc mu mgliste wspomnienia dawnych doświadczeń jego gatunku. Niektórzy z przodków mieszkali w potężnych budowlach z kamienia, o grubych ścianach i kamiennych podłogach wyścielonych słomą oraz murach i wieżach z wykutymi w nich strzelnicami. Były to wspaniałe siedziby kryjące w sobie wiele mysich mieszkań i tuneli. Co pewien czas golcy z tych wielkich domów ubierali się w odzienie z żelaza, chwytali w dłonie żelazne kije i szli do walki z innymi golcami, którzy tłukli w ich bramy kłodami drewna. Obrazy te ożywały w świadomości Handlarza, pomagając mu lepiej rozumieć teraźniejszość.
Dom rzucał ogromny widmowy cień, jego front rozświetlało wiele tajemniczych kwadratowych oczu, z których spływał oślepiający blask. Wyglądał groźnie i złowieszczo.
Inna mysz mogłaby się zniechęcić i zawrócić, Handlarz jednak powtarzał sobie, że w Domu czeka na niego „wielu”, których dokądś poprowadzi. Zdawał sobie sprawę, że będą to głównie myszy domowe – dzikie stworzenia, które najpierw gryzą, a dopiero potem pytają, o co chodzi. Niewątpliwie znają tu wszystkie zakamarki, mają więc przewagę nad każdym obcym, kto przychodzi z zewnątrz.
Handlarz usłyszał głosy badylarek wśród wysokich traw zarastających teren przed samym Domem; po śladach trafił do jednej z nich, która dyndała, uczepiwszy się ogonem źdźbła. Zwrócił się do niej w swym obcesowym dialekcie z Żywopłotu, pytając bez żadnych wstępów:
– Kto mieszka w tej wielkiej krainie ponad trawami?
Badylarka spojrzała na niego nieco zdziwiona, jako że z pewnością nie dosłyszała niczyich kroków. Ze źdźbła opuściła się na ziemię i przysiadła na tylnych łapkach, w przednich trzymając ziarno; była to pozycja „z nosem do góry”, jak określały ją myszy – szczególnie przydatna przy jedzeniu nasion traw. Kiedy tylko zjadła, natychmiast opadła na cztery łapki, przyjmując pozycję „z nosem w dół”; kręcąc się i węsząc, próbowała ocenić, czy spotkanie to ma charakter przyjazny czy też nie, w końcu zdecydowała, że o wiele od niej większa mysz zaroślowa nie zamierza zrobić jej krzywdy.
– Krainie? – powtórzyła z pełnym pyszczkiem. – Ach, chodzi ci o Dom? Lepiej trzymaj się od niego z daleka, pełno tam barbarzyńskich krwiożerczych plemion. A poza tym – ciągnęła dalej, wspiąwszy się znowu na tylne łapki i sięgając po następne ziarenko – do Domu można się dostać tylko jedną drogą, labiryntem pod podłogą. Labiryntu strzeże złośliwa ryjówka zwana Strażniczką; w okamgnieniu odgryzłaby ci głowę, możesz mi wierzyć.
Handlarzowi zdarzało się już spotykać ryjówki i wiedział, że na ogół są to istoty o złym i gwałtownym usposobieniu.
– Nie pozwoli mi przejść bez walki?
– Przepuści cię za kawałek sera, jeśli masz.
Handlarz nie był przygotowany na płacenie haraczu. Nie bardzo nawet wiedział, co to jest ser; nie chciał jednak zdradzić się ze swą ignorancją i skompromitować się jeszcze bardziej. Znał roślinę, którą nazywano „chleb z serem”, nie była jednak szczególnie smaczna, więc raczej nie o nią chodziło.
Odwrócił się i przyjął pozycję z nosem do góry, żeby się rozejrzeć. Dom robił wrażenie imponujące. Wznosił się pionowo w górę, a dwoma rogami sięgał nieba. Na dachu przysiadały z pewnością najśmiglejsze, mieszkające w chmurach sokoły. Spoglądając z ziemi na frontową ścianę Domu, Handlarz poczuł się bardzo maleńki. Nic dziwnego, że Dom był tak sławny w Żywopłocie.
Pierwsza kondygnacja wystawała nieco ponad parterem. Potężne belki konstrukcyjne z ciemnego drzewa tworzyły w murze trójkątne i kwadratowe wzory. Wielkie, nabijane ćwiekami drzwi skryte były pod mrocznym nawisem ganku. Pnące róże i bluszcz wdzierały się we wszystkie szczeliny, oplątywały okna i dach ganku. Z jednej strony do Domu przylegała drewutnia.
Granica między sferą wpływu Domu a jego otoczeniem nie była wyraźna, sfera ta sięgała nierównomiernie na różne strony, stopniowo ustępując miejsca Naturze. Ogród nie miał żadnych wyraźnych granic, jako że strzyżony trawnik ginął gdzieś wśród długich dzikich traw, a korzenie kwiatów ogrodowych splątane były z korzeniami ostu, dzikiej pietruszki i rumianku. Z pozycji nowo przybyłej myszy trudno było stwierdzić, czy to Natura kroczy naprzód, by zagarnąć Dom w posiadanie, czy też ogród zdobywa sobie nowe tereny, stopniowo wypierając wszystko co dzikie.
Handlarz czuł nieomylnie, że ściany Domu kryją jego przeznaczenie. Przyciągały go te mury. Był ciekaw, co za stworzenia mieszkają w ograniczonej przestrzeni Domu, zadziwiała go ich powszechnie znana brutalność. Naturę miał dociekliwą, kiedy więc raz się czymś zainteresował, musiał zaspokoić swą ciekawość.
Czyścił wąsy, starając się jednocześnie wypatrzyć jakieś wejście do wnętrza. Na linii, wzdłuż której ściana Domu stykała się z ziemią, nie dostrzegł żadnej norki, żadnej szczeliny.
Opadł znowu na cztery łapki, po czym zwrócił się do badylarki:
– Chyba będę musiał spróbować przejść przez labirynt, chociaż nie mam sera.
Skinęła głową.
– No, jeśli zdecydowałeś się tam wejść, może jakoś się przedostaniesz. Dawno temu, kiedy drewutnia była zbudowana z drewna, istniało jeszcze przejście przez nią; teraz jest z cegły i z betonu, w dodatku mieszka tam Trzynastu, pozostaje więc tylko droga pilnowana przez Strażniczkę.
– Trzynastu?
– To banda młodych łobuzów, hołota zebrana ze wszystkich plemion w Domu; przewodzi im Ulf, syn starego Gorma.
Informacja ta była dla Handlarza mało zrozumiała i choć imiona wydały mu się niezwykłe, postanowił na razie nie drążyć tego tematu. Ulf, syn starego Gorma... Drewutnia, która była kryjówką bandy krwiożerczych hultajów, i labirynt korytarzy strzeżony przez nieokrzesaną ryjówkę... Handlarz zapytał, gdzie znajduje się wejście do labiryntu, a przed odejściem życzył jeszcze badylarce smacznego.
Obszedłszy budynek dookoła, Handlarz stwierdził, że informacje były zgodne z prawdą. Odnalazł tylko jedno małe wejście, przy okienku do piwnicy; prowadziło pod fundamenty Domu. Może uda mu się wcale nie spotkać groźnej Strażniczki? Gdyby jednak doszło do spotkania, spróbuje z nią popertraktować. Wiedział, że ryjówki mają kiepski węch i wzrok, a do tego często muszą odpoczywać i coraz to zapadają w drzemkę nawet w czasie polowania na chrząszcze i dżdżownice. Może uda mu się jakoś przemknąć, kiedy Strażniczka uśnie.
Objął jeszcze spojrzeniem bezkresny świat. Daleko, daleko bladobłękitne niebo stykało się z ziemią. Pola wznosiły się nieco ponad trawami na tyłach ogrodu. Po jednej stronie rozciągał się sad, po drugiej otwarta przestrzeń tworzyła jakby okno wśród trawy i drzew, przez które Handlarz widział w oddali zamglony Żywopłot, swój rodzinny dom.
Machnął ogonem. Poczuł, że serce wyrywa mu się do powrotu pomiędzy cierniste gałązki tarniny, do własnej zacisznej norki. Co robił tutaj, w miejscu obcym i pełnym niebezpieczeństw, podczas gdy mógł wylegiwać się teraz między rozwidlonymi gałązkami leszczyny, jedząc głóg i popijając rosą? Wiedział, że będzie tęsknił za Żywopłotem, jednak życie wygodne i pozbawione wrażeń byłoby nudne. Należało podjąć nowe wyzwania, zaznać przygód i poznać świat!
Zakradł się do nory za beczką na deszczówkę.
Natychmiast znalazł się w labiryncie biegnących na wszystkie strony tuneli. Niektóre były owalne w przekroju i należały do ryjówek, inne zaś okrągłe – te wydrążyły nornice. Rozpoznał także tunele myszy leśnych, które i on potrafił kopać, jako że z myszami leśnymi był dość blisko spokrewniony. Badał drogę koniuszkami wąsów i jak na razie czuł się bezpieczny. Był oszołomiony ciemnością, po chwili Jednak przywykł do niej i starał się zbadać otoczenie, posługując się węchem i instynktem. Przenikliwa woń ziemi aż biła Handlarza w nozdrza, gdy drobnym kroczkiem przemierzał tunele. Biegnąc, znaczył drogę własnym zapachem i już wkrótce zauważył, że kręci się w kółko. Chyba się zgubił. Czasami w tunelu czuł świeżą ziemię, kiedy indziej zaś własny zapach łechtał mu nos i wtedy wiedział, że w tym korytarzu już był. Ściany tunelu przenikała też woń innego stworzenia, ryjówki, i Handlarz domyślał się, że zaraz spotka Strażniczkę. Wkroczył w rejon labiryntu, gdzie korytarze były szersze.
Nagle zamarł i zatrzymał się; w ciemnościach przed sobą wyczuł czyjąś obecność, a potem poczuł ostry zapach ryjówki. Głos, który go dobiegł, potwierdzał te podejrzenia – był napastliwy i groźny.
– Kto tam? Odpowiadaj, zanim cię zabiję.
Handlarzowi zależało, by w jego głosie nie było niepokoju.
– Mysz zaroślowa, zwana Handlarzem, w drodze do krainy Domu.
– Mysz zaroślowa?! – wrzasnęła z wściekłością ryjówka. – Co robisz w moim labiryncie? Precz stąd! Precz!
Handlarz poczuł strach. Ryjówka była w walce przeciwnikiem nie lada, on jednak był uparty; teraz do strachu dołączył się gniew. Czyż tej samicy zdawało się, że cały świat do niej należy? Miał takie samo prawo jak ona korzystać z tych tuneli. Sieć podziemnych korytarzy na pewno nie została wykopana przez jedną ryjówkę; cała armia zwierząt musiała być w to zaangażowana. Przypuszczał, że Strażniczka przejęła władzę nad labiryntem, kiedy myszy leśne i nornice przestały go używać.
– Pozwól mi przejść – warknął Handlarz do odźwiernej u przejścia między dwoma światami. – Nie mam zamiaru się z tobą kłócić...
– Okup! – wrzasnęła Strażniczka. – Daj mi coś do jedzenia!
Badylarka wyraźnie zaznaczyła, że chodziło o coś zwanego serem, inaczej Handlarz wziąłby ze sobą jakiś orzech czy słodki owoc. Teraz jednak wypowiedział brzemienne w skutkach słowa:
– Nie mam nic dojedzenia.
Strażniczka z przenikliwym wrzaskiem rzuciła się do ataku. Handlarz poczuł ostry ból w uchu i wiedział, że zatopiła w nim zęby; na szczęście, słabo widząc, chwyciła tylko za koniuszek, kiedy więc z wściekłością starał się ją strącić, brzeg ucha naderwał się i ryjówka poleciała gdzieś daleko.
Nie dbając o ból, Handlarz usiłował odnaleźć Strażniczkę po jej rozmaitych zapachach; potrafił wyczuć ją w ciemności. Z wrażeń węchowych budował mapę otoczenia, czego nie potrafiła wyposażona w słaby węch ryjówka. Handlarz zdawał sobie sprawę, że kierowała się wyłącznie zmysłem dotyku; wędrowała przez życie po omacku i to dawało mu pewną niewielką przewagę. Pozostawał nieruchomy.
Nagle Strażniczka zaczęła rzucać się na wszystkie strony, chcąc zlokalizować przeciwnika; miotała się i skakała z przerażającą wprost energią. Handlarz czynił rozpaczliwe wysiłki, by pozostać poza zasięgiem jej kłapiących szczęk. Dwa razy omal nie schwyciła go za gardło. Wiedział, że nie będzie już łapała za ucho, teraz chciała go ciężko zranić lub nawet zabić.
Handlarz nie czekał na atak bezczynnie i też raz czy dwa złapał ją zębami. W pewnym momencie dość mocno wczepił się strażniczce w kark i zaczął drapać ją silnymi tylnymi nogami. Tarzali się po ziemi, bo ryjówka walczyła jak opętana, aż nie mógł utrzymać jej dłużej; uwolniona ugryzła go jeszcze w nos na odchodne. Nos jest wrażliwą częścią ciała, rana bolała więc piekielnie, a oczy Handlarza napełniły się łzami wściekłości.
Na koniec obie, mysz i ryjówka, doskoczyły do siebie i zwarły się w klinczu.
Żadna nie chciała dać za wygraną. Tę patową sytuację przerwać mogło tylko obopólne porozumienie. Wycofać można się było jedynie za zgodą przeciwnika i bez względu na to, jak bardzo by się szarpali, już po chwili stało się jasne, że zwycięzcy tym razem nie będzie, a zakończyć walkę mogą tylko jednocześnie.
Po długich zmaganiach oba stworzenia usadowiły się na ziemi, nie rozluźniając chwytu. Często śmierć zastawała zwierzęta w takiej pozycji. Jeśli były zbyt uparte i zbyt dumne, by pogodzić się z remisem, trwały w bojowym uścisku i ginęły z głodu i pragnienia.
Oni także trwali w tej pozycji, dopóki Handlarz nie poczuł się znudzony i rozgoryczony głupotą przeciwniczki. Powoli rozluźnił chwyt, a w odpowiedzi Strażniczka uczyniła to samo. Stopniowo i za obopólnym przyzwoleniem rozwarli szczęki i uwolnili się nawzajem; wymagało to oczywiście zaufania z obu stron, jako że po chwili każde z nich mogło rzucić się drugiemu do gardła.
Handlarz był myszą dumną i szlachetną; wolałby umrzeć, niż dopuścić się tak nikczemnego czynu. Ku swemu zdumieniu zauważył, że ryjówka wyznawała te same zasady. Podchwytując jego propozycję rozejmu, dała milczące słowo honoru, że nie zaatakuje ponownie, i dotrzymała obietnicy.
Odsunęli się od siebie, chcąc w spokoju odzyskać siły, i wkrótce dobiegł Handlarza głęboki, równy oddech. Strażniczka zapadła w drzemkę. Nie mógł jej wyminąć, a że nie chciał też wracać na zewnątrz, położył się i odpoczywał. Trwało to przez dłuższą chwilę.
Zaczynał się właśnie zastanawiać, czyby nie obudzić ryjówki i nie zacząć walki od nowa, kiedy Strażniczka gwałtownie rzuciła się naprzód. Tak nagłego ataku wcale się nie spodziewał.
Ryjówka zatrzymała się w pół drogi i chwyciła coś z ziemi, po czym nastąpiło trzepotanie kruchych skrzydełek i trzask. Serce zabiło Handlarzowi jak szalone, gdy usłyszał ostateczne chrupnięcie; potem znów zapanował spokój.
– Co to było? – zapytał.
– Piękny tłusty chrząszcz – odparła jego przeciwniczka i beknąwszy głośno, hałaśliwie się oblizała.
– Przecież spałaś, prawda? – Handlarz nie mógł wyjść ze zdumienia.
– Chrząszcze wyczuwam nawet przez sen. Nie mogłam dopuścić, żeby taka dorodna sztuka przeleciała mi koło nosa.
– To co, pozwolisz mi przejść, czy mamy walczyć dalej? – zapytał znowu po chwili milczenia.
– Mogłeś przecież odejść, kiedy drzemałam.
– Z powrotem tak, aleja chcę iść naprzód. Muszę.
Zapadła cisza, aż w końcu usłyszał:
– Jeśli tak, to idź już. Nie będę walczyć z kimś tak upartym jak ty. Po co idziesz do Domu? Roi się tam od dzikich mysich plemion, są wśród nich myszy domowe, leśne i zaroślowe, takie jak ty; wszystkie mają dużo, a chciałyby jeszcze więcej. Szaleńcy.
– Muszę tam iść – wyjaśnił jej Handlarz. – Moi przodkowie mówili, że w Domu odnajdę swe przeznaczenie, a we śnie miałem wizję...
– Aha, wizjoner – mruknęła Strażniczka sarkastycznie. – No to nadawałbyś się do plemienia Zjadaczy Ksiąg; jeśli jesteś mistykiem, na pewno cię przyjmą.
– Nie, nie jestem ani mistykiem, ani wizjonerem. Nie miałem żadnych objawień, za to we śnie otrzymałem bardzo wyraźne polecenie, które muszę wypełnić zgodnie z radą Starca, myszy mądrej i doświadczonej. Dlatego tu jestem, przebyłem wiele pól, żeby tu dotrzeć, i nie mam zamiaru zawrócić teraz z drogi... Ale, ale, cóż to za plemię Zjadaczy Ksiąg?
– Słuchaj, muszę się zdrzemnąć – powiedziała Strażniczka sennie. – Jesteś pierwszy, który mnie pokonał w walce...
– To był remis – poprawił ją Handlarz.
– Niech ci będzie, że remis – ziewnęła Strażniczka. – Nie będziemy się o to kłócić, w każdym razie odchodzisz; chociaż nie bez uszczerbku na ciele, za to z honorem. Nikt jeszcze tego nie dokonał, zawsze zwyciężam i wolałabym, żebyś się tym za bardzo nie chwalił. Masz mówić, że stoczyliśmy nie rozstrzygniętą walkę i rozstaliśmy się jako wrogowie.
– Wrogowie?
– Chyba nie myślisz, że uważam cię za przyjaciela, co? Jasne, że jako wrogowie; wrogowie, którzy podziwiają się nawzajem, darzą się szacunkiem, a mimo to pozostają wrogami. Ja nie mam przyjaciół; nawet wobec innej ryjówki mogę być namiętna, ale nie tkliwa. Nie lubię żadnych innych stworzeń, nikogo na świecie. Bo tak mi się podoba.
Strażniczka mówiła coraz ciszej i ciszej, aż wreszcie usnęła. Na szczęście znajdowali się w szerokim korytarzu i Handlarz zdołał przejść obok. Przechodząc, musnął ją lekko i zdumiało go, jak jedwabiste miała futerko. Czemu kryła w sobie tyle wrogości? Wydawała się tak miła i cieplutka, że chętnie zwinąłby się przy niej w kłębek, w samą porę przypomniał sobie jednak, że jest to istota nader wojownicza, i pośpieszył naprzód, a prąd powietrza wskazywał mu drogę do wyjścia.
Powiew ten przyniósł także nowy, intensywny zapach moczu. Handlarz wiedział, że zbliża się do granic terytorium innej myszy. Woń ta ostrzegała intruzów, że jeszcze czas się wycofać, on jednak dzielnie wędrował dalej.
ROKFOR
W końcu Handlarz doszedł do miejsca, gdzie korytarze wiodące do Domu zbiegały się z drogami labiryntu.
Zdecydował się wejść w norę, w której poczuł silny przeciąg, spodziewając się, że będzie to tunel dość krótki. Nie zważając na znaczone moczem mysie granice, doszedł do dużego pomieszczenia. Podłoga i ściany były tu kamienne, strop drewniany, wsparty na grubych belkach. Handlarz rozejrzał się uważnie dookoła, pozostając na tyle blisko wyjścia, by w razie potrzeby móc natychmiast ratować się ucieczką.
Znowu zaczął się zastanawiać, czemu właściwie porzucił Żywopłot i wyruszył w nieznane. Pragnienie powrotu aż go dławiło i chwytało za gardło; tęsknił za wonnymi polnymi kwiatami, za rozgrzanymi w słońcu liśćmi koniczyny i za zapachem świeżej ziemi; tęsknił za szorstką korą i za smakiem soku z młodych roślin, za kwiatami głogu, których płatki jak deszcz spadały mu na futerko. Matka Ziemia przyzywała mocnym głosem, a wspomnienia o towarzyszach żywopłotowej doli nie dawały mu spokoju. Nie było łatwo odrzucić to wezwanie, ale silniejszy nakaz popychał go naprzód.
Po przeciwnej stronie pomieszczenia kilka drewnianych schodków prowadziło do drzwi, spod których wąską smugą sączyło się światło. Dzięki niemu Handlarz mógł dojrzeć co nieco w ciemności i zorientować się w sytuacji.
– Wygląda na to, że jestem w Domu! – rzeki do siebie.
Pomieszczenie zdawało mu się olbrzymie; tysiąc razy większe niż mysie mieszkanie, a może nawet jeszcze większe? Prawie wszystko wyłożone tu było kamieniem: i ściany, i podłoga; sufit zaś był drewniany, wysoko, wysoko w górze, co przyprawiało niemal o zawrót głowy. Strachem napawała bezkresna płaszczyzna podłogi.
A przecież było to tylko jedno pomieszczenie spośród wielu. Ponad nim znajdowało się następne, większe, nad nim jeszcze większe, powyżej zaś jeszcze inne przestrzenie – rozległe i niezbadane.
Handlarz z trudem uzmysławiał sobie ogrom Domu. Była to kraina wielkich dolin, przepastnych jaskiń i gór, na których widok kręciło mu się w głowie. Należał przecież do zupełnie innego świata, gdzie było dość miejsca dla całego mysiego narodu i nikt nikomu nie wchodził w drogę. Handlarzowi zdawało się, że Stwórca mówi mu teraz: Spójrz, oto skrzynka, w której mieści się wszechświat!
Zatrzymał się przy wyjściu z tunelu, starając się przezwyciężyć strach, jakim napawał go roztaczający się wokół mroczny pejzaż; zanim ruszył dalej przed siebie, chciał upewnić się, że jest bezpieczny. Każdy mógłby go tu napaść, kot, łasica czy gronostaj. Handlarz zdawał sobie sprawę, że znajduje się na obcym terenie i jeśli ma przeżyć, musi być przygotowany na każdą niespodziankę. Zaszurał ogonem po podłodze, żeby sprawdzić, czy zwróci to czyjąś uwagę, gotów natychmiast rzucić się do dziury na pierwszy znak niebezpieczeństwa.
W ogromnym pomieszczeniu znajdowało się wiele przedmiotów, z których jedne rozpoznawał, innych nie. Przy ścianie ujrzał dwie duże półki i stojące na nich butelki z jakimś płynem. Butelki zdarzało mu się już w życiu widzieć; golcy ciskali je czasem do rowu, podobnie jak skrzynki i pudełka. Były tu także dwie beczułki przypominające nieco beczki na deszczówkę, leżały poziomo na specjalnej podstawie. Z beczułek wyciekał płyn o zapachu zbliżonym do tego, jaki jesienią wydają fermentujące owoce. W pobliżu tych przedmiotów Handlarz dostrzegł dwie żywe istoty, które wyglądały na myszy; jedna była większa, druga mniejsza. Chyba zakłócił im odpoczynek; wpatrywały się teraz w Handlarza uważnie. Nagle jedna z myszy chwiejnym krokiem ruszyła w jego stronę.
– Stój w miejscu i mów, czego chcesz ode mnie – warknął Handlarz, gdy była o parę kroków od niego.
Mysz zatrzymała się i zmrużyła oczy, po czym pazurkiem podłubała sobie w zębach.
– Nie ma ...trzeby, się bać, ...sza wysokość – odezwała się, połykając sylaby, i stanęła słupka. – My tu wszyscy jesteśmy życzliwi, ...wda, Ospalcu? – zwróciła się przez ramię do towarzysza.
– Taa, ma się rozumieć, Pfruku – dobiegła go odpowiedź drugiej myszy, po czym nastąpiło głośne beknięcie i pokorne: – ...szę wybaczyć.
Handlarz z uwagą przyglądał się Pfrukowi; jakkolwiek trudno było określić dokładnie gatunek, wyglądał na mysz domową. Futerko miał wyliniałe i matowe, skórę pokrytą egzemą, resztki sierści sterczały zmierzwione jak zesztywniałe na mrozie kępki trawy. Brakowało mu koniuszka ogona, lewe ucho miał naddarte, a trzy wąsy złamane; oczy przekrwione i łzawiące, policzki obwisłe; zuchwale zadzierał nosa. Mimo sporej tuszy zdawał się słaby i wymęczony, z brzucha zwisały mu fałdy skóry. Co gorsza, śmierdział zgnilizną i trudno było stwierdzić, czy źródłem tego zapachu był jego oddech, czy całe ciało.
– A pan szanowny co robi na terytorium Śmierdzieli? – zapytał butnym tonem Pfruk, nagle przejmując inicjatywę. – Ja tylko pytam, pan rozumie.
– Śmierdzieli?
– Tak ...żywa się tutejsze plemię, którego szczycę się być przywódcą.
Pfruk wyprężył się na całą długość. Handlarz był od niego większy i prezentował się okazalej. Stanął słupka.
– Ilu członków liczy sobie wasze plemię? – zapytał.
– Ha, oto jest pytanie – zaśmiał się drwiąco Pfruk. – Niewielu, jeśli już pan o to pyta; ten oto Ospalec ija, ...ński uniżony sługa. Było nas więcej, ale jakoś się wykruszyli. Za to ja i Ospalec walczymy jak szaleni, co nie, Ospalcu?
– Taa, jak szaleni – dobiegła odpowiedź przerywana siorbaniem.
– Walczymy z każdym, kto ...taj wchodzi i szuka zaczepki, ...syłamy go tam, skąd przyszedł. Ale, ale, Jak się tu ...stałeś?
– Przez dziurę na tyłach tego pomieszczenia.
– Piwnicy. To jest piwnica. Przez dziurę na tyłach, ...władasz? Od strony labiryntu?
– Zgadza się.
– A więc nie spotkałeś Strażniczki? – zapytał Pfruk, znowu dłubiąc w zębach.
– A jakże, spotkaliśmy się.
– No i?
– Nasza walka zakończyła się remisem.
Pfruk zachwiał się nieco, podchodząc bliżej.
– Walczyłeś ze Strażniczką? – zachrypiał szeptem.
– Aż do remisu; rozstaliśmy się jako wrogowie.
– Kurdemol! – odezwał się Ospalec ze swego stanowiska pod beczkami. Niechlujna mała mysz zakasłała i splunęła na podłogę, po czym zwróciła się do swego wodza: – Sprawił lanie Strażniczce, co? W takim razie może i ciebie sprać, Pfruku!
– Zamknij gębę! – odkrzyknął ze złością przywódca plemienia Śmierdzieli.
I nagle znalazł się tuż przy Handlarzu, zbliżywszy swój wstrętny pysk do jego wąsów i ziejąc mu prosto w nozdrza odrażającym oddechem.
– Posłuchaj, wasza wysokość, nie chcieliśmy cię skrzywdzić, chyba rozumiesz? – zaszeptał tonem konspiratora. – Musimy strzec naszej własności, nie? Mamy takie prawo. Ale ty jesteś tu mile widziany; witamy, witamy, wasza wysokość. Tak się cieszymy, aż brak mi słów. Nasza piwnica jest do pańskiej dyspozycji; czy miałbyś ochotę się czegoś napić? Mamy mnóstwo czerwonego wina; sami skosztowaliśmy już trochę, ale prosimy do kompanii, parę łyczków nie zaszkodzi.
– Czerwone wino? – Handlarz nagle poczuł pragnienie. – Chyba nie wiem, co to jest.
Pfruk zaśmiał się półgębkiem.
– ...szałeś, co on ...wiedział, Ospalcu?
– Czemu więc nie spróbujesz, wasza wysokość?! – wykrzyknął Ospalec.
Podążyli do kałuży czerwonego płynu rozlanej na podłodze piwnicy. Płyn ten w smaku przypominał gęsty sok jagodowy. Handlarz już po chwili chłeptał wino. Najpierw zachowywał pewną ostrożność, jednak wkrótce pił zapamiętale, tak jak obie tutejsze myszy.
– On jest z zewnątrz; zapytaj go – zwrócił się Ospalec do Pfruka, wciąż chłepcząc wino.
Pfruk spojrzał na Handlarza i odchrząknął.
– Jesteś z zewnątrz, wasza wysokość?
– Już mówiłem, że tak – odparł Handlarz.
– Tak myślałem. ...dzisz, ja i Ospalec chcielibyśmy wiedzieć, czy nie spotkałeś kiedy fioletowego grzyba w czerwone kropki?
– Co? – Handlarz był zaskoczony.
– Przecież pyta wyraźnie, nie? – warknął Ospalec. – Głuchy jesteś?
– Spokojnie, Ospalcu, jego wysokość niezupełnie zrozumiał, o czym mówię – odezwał się Pfruk, po czym znowu zwrócił się do Handlarza. – No więc to jest tak, wasza wysokość; miałem wujka, ...zywali go Wątrobiarz, kiedyś ...szedł na zewnątrz i znalazł takie grzyby. Po ich zjedzeniu miał piękne wizje i różne takie; zdawało mu się, że wędruje wśród mącznych obłoków, rozumiesz, o co mi chodzi?
– Chyba tak. – Handlarz powoli sam zaczynał się tak czuć.
– No dobra, czy mógłbyś zabrać mnie i Ospalca na takie grzyby? Za to moglibyśmy... moglibyśmy przyjąć cię na honorowego członka plemienia Śmierdzieli.
– Bardzo mi przykro, ale nie znam takich grzybów – powiedział Handlarz. – W każdym razie dziękuję za zaszczyt.
– Zupełnie bezużyteczny – żachnął się Ospalec.
Pfruk wpatrywał się w Handlarza przeciągle, aż w końcu zapytał:
– Na pewno nic przed nami nie ukrywasz?
– Nie wiem, o co ci chodzi – odparł Handlarz dobitnie – ale jeżeli nadal będziesz tak na mnie patrzył, odgryzę ci nos.
– ...praszam, że żyję – mruknął Pfruk i wrócił do rozlanego wina.
Handlarz doszedł do wniosku, że poprzednio przesadzał z ostrożnością, teraz więc oddał się bez reszty przyjemności picia. Po kilku łykach poczuł, że prysły troski, że z łatwością stawiłby czoło nawet całej armii łasic. Był odważny, silny i pełen dobrych myśli.
– Ale to dobre! Du-dużo tego macie? – zapytał Śmierdzieli.
– Och, mnóstwo. Czerwone, białe, musujące, do wyboru, do koloru. ...wsze jest jakaś szczelina i trochę wycieka, a ...śliby nie było, zara ją zrobimy – parsknął śmiechem Pfruk.
– Najlepsze Jest butelkowane, tylko że butelki rzadko się tłuką, a szkoda – wtrąci! Ospalec, trącając przyjaźnie Handlarza, którego niespodziewanie rozzłościła taka poufałość.
– Nie pchaj się na mnie – burknął.
– Co? – Ospalec był najwyraźniej zdumiony, a przyjrzawszy się Handlarzowi dokładnie, wykrzyknął: – O kurczę!
– Co się stało? – Pfruk oblizał wino z wąsów.
– Ten gość po paru łykach już jest wstawiony!
Handlarz chwiał się na nogach.
– Ty-tylko się na mnie nie pchaj, mó-mówię.
– Chyba masz rację Ospalcu – powiedział Pfruk. – Nieźle się zaprawił.
– Nie pchaj mnie! – warknął znowu Handlarz, dziwiąc się, czemu podłoga usuwa mu się spod nóg.
– Rozmowny szczyl – rzucił Ospalec. – Ma gadane, aż miło, a słownictwo dech zapiera.
Obie myszy domowe zaczęły znowu siorbać wino, nie spuszczając jednak oczu ze swego nowego towarzysza, który właśnie wpatrywał się w sufit. Obserwowały z zainteresowaniem, jak powoli przechyla się na bok i pada na podłogę. Leżał teraz w piwnicznym kurzu i ciężko dyszał, patrząc wokoło nieprzytomnie. Już po chwili powieki same mu się zamknęły.
Kiedy po pewnym czasie Handlarz się przebudził, słońce świeciło mu prosto w oczy. Bolała go głowa, a żołądek ciążył jak kamień.
Obie myszy piwniczne kuliły się pod ścianą. A po chwili dał się słyszeć odgłos ciężkich kroków na schodach, coś trzasnęło i smuga słońca znikła.
Pfruk i Ospalec zaraz znaleźli się z powrotem koło Handlarza.
– Mało brakowało i golec by cię rozdeptał – powiedział mu
Ospalec nie bez pewnej satysfakcji. – Wielkie klapiące stopy minęły cię o wąs, bracie. Masz szczęście, że to był ten siwy z futrem na twarzy, ślepy jak kret.
Handlarz usiadł z nosem do góry i tarł oczy łapkami. Głowa ćmiła go niemiłosiernie.
– Otruliście mnie – zachrypiał. – Przez was jestem chory.
– Myśmy cię otruli! Ale dowcip! – krzyknął Pfruk. – A może raczej sam się otrułeś? Nikt ci nie kazał żłopać naszego wina. Piłeś, bo chciałeś, no nie?
– Poczęstowaliście mnie trucizną!
– To nie trucizna, to wino – zaprotestował Ospalec. – Jeśli wino ci szkodzi, lepiej pij piwo.
– Piwo? – stęknął Handlarz, nie rozumiejąc, o czym mowa.
– Mniejsza o to – odezwał się Pfruk. – W przyszłości daj sobie z winem spokój. Przeraziłeś nas śmiertelnie, padłeś na ziemię jak martwy. A ja cię miałem za twardziela. Przecież chwaliłeś się, że pokonałeś Strażniczkę!
– Wcale się nie chwaliłem i wcale jej nie pokonałem. Mówiłem, że walczyliśmy aż do...
– ...do remisu. Tak, tak, ...szeliśmy już to, bratku. Tylko że nikt jeszcze nigdy nie przechytrzył Strażniczki, więc jest co najmniej tak, jakbyś ją zwyciężył, nie?
Handlarz nie miał ochoty sprzeczać się z obydwiema myszami, poczłapał więc w inną stronę piwnicy.
– Poszedł się wyrzygać – ogłosił Ospalec.
Handlarz siedział w kącie na chłodnej posadzce, dopóki nie poczuł się trochę lepiej. Widział, jak tamtych dwóch wraca do kałuży wina i znowu zaczyna pić. Aż dziw, że na nich trucizna nie działała; Handlarz uznał jednak, że po prostu już do niej przywykli i uodpornili się na napój, który dla myszy spoza piwnicy był szkodliwy.
Zastanawiał się też nad światłem słonecznym, które tu widział. W jednej chwili słońce stało w zenicie, a już za moment zrobiło się ciemno. I skąd wzięło się słońce wewnątrz Domu? Musiał poprosić Pfruka o wyjaśnienia.
– Przecież to światło lampy, nie widziałeś nigdy lampy?
– Masz na myśli coś w rodzaju gwiazd?
– Nie – parsknął pogardliwie Pfruk. – Słuchaj, rozumiem, że wychowałeś się w innych warunkach, aleja też wiem co nieco o życiu na zewnątrz, wujciu Wątrobiarz mi mówił. Wiem, że są latarnie uliczne i różne takie. No a jeżdżące pudełka golców? Przecież musiałeś widzieć, jak po ciemku pędzą z zapalonymi reflektorami.
Handlarzowi coś zaczynało świtać w głowie, przypomniał sobie bowiem traktor, który widywał na polu koło Żywopłotu.
– W Domu spotkasz lampy na każdym kroku, czasami świecą, a czasami nie. Na ogół są zapalone, kiedy golec jest w pokoju; chyba że to sypialnia i golec śpi albo jest widny dzień. Pojmujesz?
– Zdaje mi się, że tak – odparł Handlarz. – Czy można to jakoś przewidzieć?
– Czasami – powiedział Ospalec. – Tutaj w piwnicy światło zapala się tylko wtedy, kiedy wchodzi golec. Najpierw otwierają się drzwi, a zaraz potem zapala się światło. Chyba że jest to golec, którego nazywamy Łowcą Głów, ten czasem wchodzi tu po ciemku.
– Dlaczego? I kto to taki ten Łowca Głów? – Handlarz był wystraszony.
– Golec o połowę mniejszy od pozostałych – orzekł Pfruk, po czym pierdnął i beknął jednocześnie. – Co ty na to, Ospalcu? Strzał na obie strony! – Był wyraźnie z siebie dumny.
Handlarz zignorował ten przejaw chamstwa i usiłował dowiedzieć się czegoś więcej o Łowcy Głów.
– Dlaczego on przychodzi tutaj po ciemku?
– Żeby nas łapać – mruknął Ospalec ponuro. – Biada każdemu stworzeniu, którego dopadnie. To potwór. W zeszłym tygodniu złapał Parszywca, też Śmierdziela. No i chyba żywcem biedaka ugotował.
– Łowca Głów lubi się nad myszami znęcać?
– Zadręcza nas, psy, koty, wszystkich. Sam widziałem, jak wyrywał nogi pająkowi, a potem rozgniótł go, aż pyknęło. Łowca Głów nosi mysią czaszkę, jakby to była jakaś odznaka, o tutaj – i Ospalec poklepał się po obojczyku. Golec miałby tu pewnie klapę marynarki.
– Widywałem czasem, jak koty bawiły się martwymi myszami w rowie koło Żywopłotu – zauważył Handlarz.
– To prawda – przyznał Pfruk – tylko że koty nie są takie perfidne. Ten mały golec jest wyjątkowo sprytny, przebiegły i sto razy groźniejszy od każdego kota.
Handlarz uznał, że obaj Śmierdziele przesadzają, chcąc zrobić na nim większe wrażenie. Liczyło się natomiast, że rozumiał już, jak to jest w Domu ze światłem. Bez ostrzeżenia zapalało się i gasło, ale czasem można było to przewidzieć, obserwując zachowanie golców. Handlarz nigdy jeszcze ich nie widział i podobno różnili się od wszystkich innych zwierząt. Cały czas stali słupka albo poruszali się na dwóch nogach, nigdy nie opuszczając się na cztery. Pozycja „z nosem do dołu” służyła im wyłącznie do snu. Cynkuś opowiadał, że kiedy śpią, rozciągają swe cielska na całą długość i zajmują miejsca tyle co tuzin kotów.
– Chciałbym zobaczyć któregoś z golców – zwrócił się do plemienia Śmierdzieli. – Moglibyście mi to zorganizować?
– Może tak, a może nie, wasza wysokość – odparł Pfruk, spojrzawszy przeciągle na Ospalca. – Co nam za to dasz? Powinieneś jakoś wesprzeć naszą plemienną spiżarnię.
– Niby jak miałbym to zrobić? Wyjść stąd i poszukać dla was jedzenia?
– O to mniej więcej chodzi – rzekł Pfruk. – Chociaż nie użyłbym tu słowa „poszukać”, raczej „zdobyć”, co, Ospalcu?
– Bez dwóch zdań: „zdobyć”, tak, tak – potwierdził skwapliwie adiutant.
– Mam walczyć o jedzenie? A z kim?
– Pomyślmy chwilę. – Pfruk stanął słupka i zaczął iskać się po brzuchu. – Może byś tak zaczął od plemienia Zjadaczy Ksiąg... ale nie warto, bo oni nie mają sera. Za to są najsłabsi.
– Prawie tacy słabi jak my – wtrącił z dumą Ospalec, ale wódz uciszył go jednym groźnym spojrzeniem.
– ...No i są jeszcze Niewidzialni, ale do nich trzeba się dostać aż na strych. Zresztą oni też nie mają sera. Mógłbyś spróbować z Trzynastoma.
– Słyszałem już o nich – przypomniał sobie Handlarz.
– I jest wreszcie Dzikie Plemię, ale do nich nie radziłbym ci się zbliżać. Już łatwiej byłoby zabić kota, niż zaatakować Dzikich i wyjść z tego cało. Gorm bez wahania wydarłby ci serce i rzucił dzieciom na pożarcie.
– Dlaczego nazywają się Dzikim Plemieniem? Rozumiem, że są dzicy, ale co sprawia, że są tak okrutni?
– Mają czego bronić – westchnął Pfruk. – Na ich terytorium znajduje się niebiańska spiżarnia. Spiżarnia to magazyn jedzenia, zawsze pełen; tam właśnie jest ser, którego nigdy, ale to nigdy nie braknie. Jak by ci to powiedzieć? Dla ciebie, pochodzącego z zewnątrz, to może coś jak żniwa trwające przez okrągły rok. – Nachylił się do Handlarza, zionąc mu prosto w nos smrodliwym oddechem. – Lepiej nie wchodzić Dzikim w drogę, wasza wysokość. Na twoim miejscu trzymałbym się od nich z daleka. Czasem można coś znaleźć w bibliotece czy w salonie; bywa, że któryś golec zostawia tam po sobie okruchy ciasta, chleba, a nawet troszkę sera czy herbatnik.
– Skoro już o tym mowa – podchwycił Handlarz, rozglądając się wokół – macie tu coś dojedzenia?
Pfruk aż się cofnął.
– Co, chciałbyś się załapać na nasze żarcie? Od razu poznałem, jaki z ciebie złodziejaszek. Przyłazisz tu, żłopiesz nasze wino i jeszcze chciałbyś się nażreć! No nie! A co ty na to, Ospalcu?
– Nie chcemy tu złodziei – zawtórował wierny adiutant.
Handlarz cały się wstrząsnął. Dość miał już kłótni z tymi nędznymi istotami, postanowił odejść i poszukać jedzenia. Był pewien, że w piwnicy uda mu się coś znaleźć, chociażby kilka ziaren. Zaczął biegać i węszyć po podłodze, aż poczuł coś interesującego – woń gnijących warzyw. Ciągle kierując się węchem, w kącie odnalazł worek i przez dziurę wszedł do środka. Jakaż była jego radość, gdy odkrył tam kartofle, pożywienie smakowite i dobrze znane wiejskiej myszy!
Zjadł do syta i od razu poczuł się lepiej, po czym tą samą dziurą wyszedł z worka. Natychmiast natknął się na Pfruka i Ospalca, którzy oczekiwali go ze zbolałymi minami.
– Wstydu żadnego nie masz! Odbierasz nam żarcie od ust! – biadał Pfruk.
– O co ci chodzi? Tych kartofli wystarczyłoby dla całej armii myszy na długie miesiące – odparł Handlarz. – Nie zubożeliście, tylko trochę zjadłem. Zresztą tam, skąd pochodzę, jedzenie jest twoje, dopiero kiedy już mocno trzymasz je w garści. Kto pierwszy, ten lepszy.
– Tutaj jest inaczej i wnet się tego nauczysz – rzeki Pfruk. – Zapasy należą do plemienia, na którego terytorium się znajdują. Jesteś w krainie Śmierdzieli i właśnie podwędziłeś nam żarcie.
– No to weźcie je sobie z powrotem albo mnie ukarzcie – odezwał się Handlarz zmęczony tą całą gadaniną.
– A może przyj mierny go do Śmierdzieli, co? To by załatwiło sprawę – zaproponował Ospalec.
– Nie chcę zostać Śmierdzielem! – Handlarz zaprotestował gwałtownie. – Już wolałbym rzucić się w paszczę lisa, niż być takim parszywym Śmierdzielem jak wy.
W tym momencie z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć potworny huk. Handlarz wyskoczył prawie na metr w górę i spadł, gotów natychmiast rzucić się do ucieczki. Okropny hałas trwał jeszcze przez chwilę. Gdy umilkł, przez szparę pod drzwiami wnikały do piwnicy czarne kłęby pyłu.
Wciąż jeszcze roztrzęsiony, Handlarz nie wiedział, czy ma uciec, czy zostać. Serce waliło mu jak oszalałe, a nogi drżały ze zdenerwowania.
Pfruk i Ospalec przyglądali się temu z obojętnością.
– Ej, spójrz tylko na niego, zaraz się posika ze strachu – zachichotał Ospalec.
Nagle znowu rozległ się grzmot, jeszcze głośniejszy niż poprzednio. I tym razem aż Handlarza podrzuciło, ale już nie tak wysoko.
– No, no! – roześmiał się Pfruk. – Następnym razem walnie w sufit i rozbije żarówkę.
Hałas ustał i znowu pojawiły się czarne kłęby pyłu.
– Co to jest? – jęknął Handlarz.
– Węgiel, zwalają go do pomieszczenia obok przez okienko. Golcy przygotowują się do zimy i robią zapasy opału. – Pfruk uśmiechnął się kpiąco. – Trochę cię to przeraziło, szanowny?
– Już myślałem, że taki z niego twardziel, no nie, Pfruku? – rzucił Ospalec. – Taki twardziel, a boi się odrobinki węgla...
