Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Długa droga do domu, autobiografia najważniejszego białoruskiego pisarza XX wieku, na początku słodko smakuje gruszkami z wiejskiego sadu pod Witebskiem. Sielanka szybko ustępuje miejsca kataklizmom, które dotknęły Białoruś w ubiegłym stuleciu: kolektywizacji, radzieckim czystkom, wyniszczającej walce z niemieckim najeźdźcą. Dramatyczne doświadczenia wojenne położyły się cieniem na reszcie życia pisarza, ale przyniosły mu też światową sławę. Im późniejszych lat dotyczy opowieść, tym mniej ochoczo autor pisze na swój temat, a tym chętniej o innych. Zawdzięczamy mu portrety najważniejszych twórców literatury radzieckiej, wgląd za kulisy komunistycznej cenzury uprawianej rękoma własnych kolegów, wiedzę o rozpalającym się płomieniu białoruskiego odrodzenia narodowego pod koniec lat osiemdziesiątych. Na przekór wszelkim przeciwnościom losu Długa droga do domu przesycona jest przekonaniem o uniwersalnym wdzięku białoruskiej kultury i jej zasłużonym miejscu w Europie.
WASIL BYKAU (1924–2003) jest uznawany za najważniejszego białoruskiego pisarza XX wieku. Walczył na frontach II wojny światowej, był kilkukrotnie ranny. Z jego żołnierskich doświadczeń zrodziła się przenikliwa, bezkompromisowa proza, rozprawiająca się z propagandowymi mitami. Przeszedł niezwykłą życiową drogę: od kołchozowego dzieciństwa, przez wojenne piekło i zmagania z radziecką cenzurą, do sławy i autorytetu, bycia głosem Białorusi w świecie.
JOANNA BERNATOWICZ – tłumaczka, redaktorka. Tłumaczy z języka białoruskiego prozę, literaturę faktu, adaptacje teatralne i eseje. Współtwórczyni portalu Rozstaje.art. Przekłady i recenzje publikowała m.in. w „Fabulariach”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Znaku”, „Dwutygodniku”. Przetłumaczyła m.in. Ślad motyla Alaksandra Łukaszuka, W szponach GPU Franciszka Alachnowicza.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 588
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Доўгая дарога дадому
Vasil Bykov’s Belarusian text copyright © by the heirs, 2023
Polish publishing rights are acquired via FTM Agency, Ltd., Russia, 2023
Copyright © for the Polish translation by Joanna Bernatowicz, 2023
Copyright © by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wroсławiu, 2023
Zdjęcia i szkice wewnątrz książki i na skrzydełkach pochodzą z archiwum Autora. Wydawnictwo serdecznie dziękuje Siarhiejowi Szapranauowi za udostępnienie materiału ilustracyjnego.
Tłumaczenie: Joanna Bernatowicz
Redakcja: Magdalena Jankowska
Korekta: Patrycjusz Pilawski
Weryfikacja merytoryczna: Alaksandr Raspapou
Skład: Daniel Malak
Opracowanie wydania elektronicznego: Karolina Kaiser,
Okładka: Katja Niklas
Redaktorka prowadząca: Ewa Vaičiūnienė
ISBN: 978-83-7893-332-8
ISBN (e-book): 978-83-7893-082-2
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Tłumaczenie powstało przy wsparciu Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu i fundacji S. Fischer Stiftung w Berlinie w ramach programu Paul Celan Fellowship for Translators.
Kolegium Europy Wschodniej
im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu
ul. Zamkowa 2, 55-330 Wojnowice
Wasil Bykau, mistrz literatury białoruskiej, kandydat do Literackiej Nagrody Nobla, pisał autobiografię w 2002 roku, na rok przed śmiercią. Podjął jedną z pierwszych prób wykorzystania na gruncie białoruskim możliwości literatury pamiętnikarskiej. Taka forma pozwoliła harmonijnie połączyć wiele cennych świadectw czasów, w których autorowi przyszło żyć i tworzyć, z jego najskrytszymi przemyśleniami i odczuciami. Linie autobiograficzna i historyczna współistnieją na równych prawach, często wzajemnie się uzupełniając, a opowieść nie traci na aktualności. Polski czytelnik otrzymał dzieło tym bardziej wyjątkowe, że przekład oddaje wielowymiarowość biografii pisarza, a jednocześnie przybliża szczegóły historyczne i obyczajowe, nieraz zawiłe.
Twórczość Bykaua ewoluowała od form właściwych realizmowi ku parabolicznej przypowieści, charakteryzującej się skupieniem na uniwersalnych prawdach ludzkiej egzystencji. Długa droga do domu, jego ostatnia książka, jest najpełniejszym wyrazem dążeń artystycznych. Już tytuł niesie kilka znaczeń: można go odczytywać w kontekście duchowej podróży w głąb siebie i czasu, ku źródłom własnej tożsamości; można dostrzec ścisły związek z biografią autora, rzucanego przez życie w różne strony świata, na starość wygnańca na obczyźnie, pragnącego powrotu do domu. Tworzy też Bykau archetypiczny obraz współczesnego Białorusina, bezdomnego, bo pozbawionego swojego miejsca na ziemi, który czuje się obco u siebie i nieustannie jest w drodze do domu – do Białorusi wolnej i demokratycznej.
W autobiografii rozwija się panorama losów XX-wiecznej Białorusi: od tragicznych losów białoruskiej wsi w okresie kolektywizacji i rozkułaczania (lata dwudzieste–trzydzieste XX wieku), przez obłęd II wojny światowej, absurdy powojennej armii radzieckiej, po rozpad imperium radzieckiego, odrodzenie niepodległej Białorusi i proces celowego niszczenia przez reżim Łukaszenki wszystkiego, co rdzennie narodowe. Na odrębny temat składają się życie literackie i rola pisarza w radzieckiej Białorusi (lata sześćdziesiąte–dziewięćdziesiąte). Konsekwencją obranej przez Bykaua drogi życiowej będzie ciąg nieprzypadkowych spotkań ze znaczącymi przedstawicielami świata literatury, kultury i polityki, którzy odcisnęli ślad na historii XX wieku. Szczególne miejsce w tych wspomnieniach zajmują pisarze: Nił Hilewicz, Ryhor Baradulin, Alaksiej Karpiuk, Uładzimir Karatkiewicz, Wiktor Astafjew, Aleksandr Sołżenicyn, Wieniedikt Jerofiejew, ale przewijają się również działacze polityczni: Zianon Paźniak, Andriej Sacharow, a nawet Michaił Gorbaczow.
Dla wielu współczesnych pisarzy białoruskich Bykau pozostaje wzorem i źródłem inspiracji. Białoruska noblistka Swietłana Aleksijewicz często wspomina, że to Bykau z Alesiem Adamowiczem umożliwili jej zakup pierwszego dyktafonu, bo znacząco wsparli ją finansowo. Dzięki temu urządzeniu ukończyła pierwszą książkę z cyklu „Głosy utopii” – Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Poniekąd za sprawą nagrywania wypowiedzi swoich rozmówców Aleksijewicz przyczyniła się do powstania nowej metody twórczej, polegającej na artystycznym połączeniu możliwości dokumentu i fikcji; jest wykorzystywana do dzisiaj. Nad anegdotką unosi się duch wojny. To sposób postrzegania i pisania o niej czyni Bykaua autorem wyjątkowym. Zdaniem Aleksijewicz spośród pisarzy wyłącznie Bykau uczynił Wielką Wojnę Ojczyźnianą na zawsze współczesną. U niego wojna zawsze jest czymś więcej niż wydarzeniem historycznym i wykracza daleko poza „prozę lejtnancką”.
W utworach podejmujących tematykę wojenną Bykau powtarza ważne pytania: czy człowiek zdolny jest przeciwstawić się ciężarowi okoliczności zmuszających go do określonego typu zachowań? czy potrafi wyjść naprzeciw fatum, a może nawet przezwyciężyć je siłą woli? W literaturoznawstwie w odniesieniu do poetyki Bykaua utrwaliły się pojęcia „moralny eksperyment” i „sytuacje bykauowskie” – w nich każda decyzja lub czyn obnażają istotę człowieka. Dramatyczny konflikt wpycha jednostkę między Scyllę a Charybdę, każdy wybór jest zły. Wojna nieustannie prowokuje takie okoliczności i po wielekroć je pomnaża. Bykaua jednak interesuje przede wszystkim konflikt wewnętrzny, zmuszający do wyboru. Do końca życia nie zrezygnował z badania dramatycznej walki między wolą człowieka i wrogą siłą okoliczności zewnętrznych. Poddając swoich bohaterów próbie, budując misterne systemy kontrapunktów, dotarł do najgłębszych źródeł siły i chęci człowieka do przeciwstawiania się losowi. „Sytuacje bykauowskie” wyraźnie korespondują z „sytuacjami granicznymi” u egzystencjalistów.
Uwieńczeniem autobiograficznej opowieści Bykaua są rozważania o najważniejszej wartości w życiu człowieka – wolności. Filozofowie i pisarze europejscy zwrócili się ku pojęciom wolności, wyboru i odpowiedzialności w reakcji na wstrząsy w postaci rewolucji i wojen, które zmusiły człowieka do nowego spojrzenia na świat i poszukiwania w nim swojego miejsca. Bykau, podobnie jak zachodnioeuropejscy myśliciele i twórcy, na przekór ogarniającym społeczeństwo poczuciu bezsensu, rozpaczy, niepewności oraz wbrew chaosowi czasu powojennego pragnie odnaleźć człowieka w człowieku. Twórczość białoruskiego pisarza zdominował problem wolności i odpowiedzialności w warunkach systemu totalitarnego. Refleksja filozoficzna Bykaua o istocie wolności rezonuje z rozważaniami Sartre’a i Camusa. Z obydwoma myślicielami czuł głęboką ideową więź i prowadził nieustający dialog.
Ważne miejsce we wspomnieniach autora Ballady alpejskiej zajmują podszyte ironią zmagania z radziecką cenzurą. Z właściwym sobie dystansem opowiada o niekończącej się serii „dobrych rad” od wszelkiej maści życzliwych krytyków i redaktorów, specjalistów od zgodności z estetyką socrealizmu. Uwagi te sprowadzały się głównie do tego, że wśród bohaterów kreślonych przez Bykaua było za mało partyzantów, czekistów i komunistów, a gdy już się pojawili, brakowało im patriotyzmu i afirmacji życia. O skali ingerencji w jego teksty dowiedzieliśmy się dopiero niedawno za sprawą skrupulatnej pracy tekstologicznej związanej z rekonstrukcją i wydaniem pierwowzorów. Wykonał ją Siarhiej Szapran, wybitny znawca twórczości Bykaua. Strona po stronie ujawnił wycięte fragmenty i cenzorskie uwagi dotyczące sposobu pisania i konstruowania bohatera. Gorliwość cenzorów nie znała granic, nie cofali się nawet przed zmianą tytułu utworu.
Wasil Bykau spisywał kronikę swojego życia na emigracji, z dala od ojczyzny, kolejno w Finlandii, Niemczech i Czechach, zmagając się z ciężką chorobą. Długa droga do domu nawiązuje więc także do mitologicznego opowiadania o perypetiach i tułaczce Odyseusza: nie mógł odnaleźć drogi do ojczyzny, a gdy po wielu latach wreszcie mu się to udało, zastał ją marniejącą. On nie może jej poznać, a ona w pełni go przyjąć. Podobnie jest w Białorusi – edukacja, literatura, sztuka i język białoruski stały się zakładnikami kursu reżimu politycznego. Bykau od początku uważał go za największe zagrożenie dla białoruskości.
Obecnie kolejne karty tej odysei zapisują wszyscy Białorusini, którzy musieli porzucić kraj, uciekając przed represjami. Miejmy nadzieję, że w dążeniu do wolności kiedyś odnajdą drogę powrotną do domu.
Alaksandr Raspapou
Przede wszystkim uprzedzam czytelnika, że będzie miał do czynienia z dziełem intymnym, subiektywnym, jednostronnym, co zresztą dotyczy chyba wszystkich pamiętników, wspomnień, świadectw. W powyższych cechach tkwi, jak sądzę, siła mojej książki, a jednocześnie słabość, podstawa do pretensji i sporów. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że nie miałem zamiaru nikogo obrazić, czegokolwiek wypaczyć ani celowo przedstawić w niewłaściwym świetle.
Nie zmieniałem personaliów większości osób wspomnianych w tej książce. Jedynie w wyjątkowych przypadkach bohaterowie występują pod zmienionymi imionami – z szacunku dla nich lub w interesie autora. W miarę możliwości starałem się trzymać chronologii, choć nie zawsze mi się to udawało, zwłaszcza w sytuacjach, gdy wydarzenia rozgrywały się równocześnie lub wymykały z logicznego łańcucha.
Wszystkich ludzi, o których wzmianki zabrakło w tej książce, o których napisałem za mało lub tym bardziej nie tak, jak na to zasługują, proszę o wybaczenie. Przepraszam także osoby, które poczuły się zasmucone z powodu przytoczonych faktów lub zbyt emocjonalnych określeń. Nie było to moim celem – nikomu nie chciałem sprawić przykrości.
Moja rodzinna miejscowość nie jest chyba typowa dla równinnej północy Białorusi. Przycupnęła w pagórkowatym terenie, pośród wzniesień i zagłębień, rozpadlin, trzęsawisk i jezior. Jezior tu bez liku – są polne i leśne, okrągłe i o zakrzywionej linii brzegowej, o brzegach niekiedy nagich, lecz w większości porośniętych trzciną. No i wiadomo, lasy. Modrzewiowych borów co prawda zostało niewiele – drzewa wycinano, szczególnie podczas wojen, na budowę, na opał, na sprzedaż. Pola niemal wszędzie są wąskie, ściśnięte na pagórkach i nizinach, często poprzecinane parowami o zboczach porośniętych olszyną. Na spłachetkach pod lasem, w otoczeniu błot, z dostępem do rzeczek czy jezior, rozsypały się wsie – niewielkie, z krzywymi uliczkami albo bez ulic; w tych drugich od domu do domu prowadzą ścieżki. Ani to chutory, ani wsie, ale tak zapewne wygodniej było gospodarzyć, bo zagrody składały się z domu, chlewa, obory, spichlerza, schowka, stodoły z klepiskiem, wiaty na siano i szopy. Nawet niewielka wieś z daleka sprawiała wrażenie całkiem gęstej. Z biegiem lat budynków ubywało – płonęły, popadały w ruinę, obory i stajnie przenoszono na kołchozowe podwórza. Osady się wyludniały. Dziś w moich Byczkach stoi dwadzieścia samotnych domów, połowa z nich opustoszała; w pozostałych swoich dni dożywają niedołężni emeryci.
Nasze domostwo przycupnęło na skraju wsi. Za podwórkiem rozciągały się pola, przecinał je zarośnięty olszyną i leszczynami jar. Z nim przede wszystkim związane jest moje najwcześniejsze dzieciństwo; fascynował mnie i interesował, szczególnie latem. W miejscu, gdzie zlewały się dwa strumienie, kamienie utworzyły niewielką tamę; pod ścieżką wiecznie ryły krety, a nieco dalej, na zboczu, borsuki wykopały sobie doskonale widoczną norę. Niżej, pod urwiskiem, pod kamieniami, tętniło źródełko. Przez wszystkie przedwojenne lata braliśmy z niego wodę. Niełatwo było ją nosić po stromych ścieżkach, szczególnie zimą, lecz na podwórku nie mieliśmy studni, a woda ze źródełka tryskała znakomita – czysta, zawsze chłodna i smaczna, jak mówiła mama. W studniach taka się nie zdarza.
Nasze podwórko, rysunek Wasila Bykaua
Daleko nad jarem widniały ciemne kępy świerków – Gaje Bliższe i Gaje Dalsze. Dzieciarnia zaczynała chodzić tam po Wielkanocy, kiedy ścieżki podeschły. Między drzewami rozpościerał się całkiem inny świat – leśny, mroczny i tajemniczy. Przed Bożym Narodzeniem, w czasie Filipowego postu, dobiegało stamtąd wycie wilków, choć wilki szczególnie upodobały sobie inne miejsce – nazywane Wilkowszczyzną, nieco z boku, dalej od Gajów, za innym, jeszcze głębszym jarem. W ogóle parowów u nas nie brakowało, wszystkich strome, urwiste zbocza porastał gąszcz krzewów.
Najdalej sięgam pamięcią do czasów, gdy miałem może pięć lat. Moje pierwsze świadome przeżycia związane są z jeziorem.
Wałodzia Haławacz, kolega starszy ode mnie o trzy–cztery lata, powiedział kiedyś: Chodźmy nad jezioro. Złożył mi kuszącą propozycję, ale wiązała się z nią konieczność przebycia sporej odległości – może ze dwóch kilometrów. Dla pięciolatka to jak cały świat. Wyprawa oczywiście na własną rękę, bez pozwolenia. No i poszliśmy. Najpierw przez pole, łan lnu. Potem musieliśmy przedostać się przez głęboki, straszny rów i wspiąć się na stromą górę. Z niej już było widać jezioro, rozłożyło się w lesie nierównym, błyszczącym trójkątem. Po drugiej stronie urwisty stromy brzeg porastały świerki i dęby, a po naszej krzewy, młodniak, osłaniały dogodne zejście z piaszczystą płycizną. Obok ta wielka stroma skarpa porośnięta dębami. Podobno kiedyś stała tam pogańska świątynia. Po raz pierwszy zobaczyłem taki cud. W pogodny, cichy letni dzień świerki i dęby na stromym brzegu spokojnie zwisały sobie nad wodą do góry nogami. Zamarłem w zachwycie.
Wszystko, co najbardziej romantyczne w moim dzieciństwie, wiąże się właśnie z tym jeziorem. Później tam się kąpaliśmy, łowiliśmy ryby, łapaliśmy raki – wtedy jeszcze były. Pamiętam, że kiedy trochę podrosłem, chodziliśmy nocą z łuczywem. Raki złaziły się ze wszystkich stron na płyciznę do ognia i trochę się baliśmy. Albo wsuwało się rękę w podmyte kłącze na brzegu, a rak – cap za palec, i wyciągaliśmy go za szczypce. Trochę dalej, w zaroślach na błotnistym brzegu, mieszkały bobry. Czasem udawało się zobaczyć, szczególnie wieczorem, jak płyną, ciągnąc coś do żeremi.
Od czasu moich pierwszych wrażeń znad jeziora wiele – jeśli nie wszystko – się zmieniło. Zniknęły pobliskie wsie, zniszczone podczas wojny. Nie wróciły do życia miasteczka, a ludzie poodchodzili na tamten świat. Tylko jezioro nie zmieniło się nic a nic. Brzeg jest ciągle taki sam, przetrwały jego zarysy, płytkie zejście i zarośla trzcin. Nawet trzy stare olchy na brzegu jak rosły na początku ubiegłego wieku, tak rosną do dziś. Wysoki brzeg, niezmiennie stromy i zalesiony, wciąż jest niedostępny zarówno zimą, jak i latem. Moje najmilsze jeziorko, zastygłe w czasie i nieśmiertelne, na zawsze ukochane. Nazwę Bielakowskie wzięło od pobliskiej wsi, zresztą ocalałej po wojnie. Jego historyczna nazwa – Haradzień – może pochodziła od wspomnianego miejsca pogańskiego kultu. Niedaleko leży podwójne Jezioro Kamarowskie – większe, z wysepką, a to mniejsze jakby do pary. Łączy je rzeczka, między nimi przez mostek prowadzi droga. W latach dwudziestych, kiedy nasze gospodarstwo jeszcze było samodzielne, w jakiś świąteczny dzień, chyba w Zielone Świątki, wybraliśmy się całą rodziną do Stajek na nabożeństwo. Krążyły pogłoski, że przyjechał sam biskup. Na tej drodze z górki poniósł koń i mnie, malutkiemu, zdawało się, że ciągnie nas prosto do jeziora. Bardzo się przeląkłem, a ten strach sprawił, że zapamiętałem i wyprawę, i jezioro, i siebie małego. Drugie jezioro też jest piękne, na wysepce archeolodzy z Mińska odkryli stanowisko człowieka neolitycznego. Okolice były więc zamieszkiwane od tysiącleci.
Niegdyś nad jeziorem niedaleko wsi Bielakowszczyzna rozciągał się majątek pana Rudomina, potomka słynnego rodu z czasów Wielkiego Księstwa Litewskiego. We dworze od paru lat mieściła się szkoła. Później przeniesiono ją do miejscowości Dwór-Słobodka, a siedzibę Rudominów rozebrano na belki i przewieziono do Uszacza pod budowę rejonowego komitetu wykonawczego; stał tam aż do wojny. Jezioro bez okolicznych mieszkańców pozostało osierocone, choć niedaleko znajdowały się wsie Sawczenki Dolne i Sawczenki Górne. Dziś o ich minionym istnieniu świadczą jedynie kamienne fundamenty zarosłe krzakami malin. Dalej w górę rzeczki tętniła życiem wieś Witowo z mostem, groblą i murowanym młynem. Witowa i młyna też od dawna już nie ma, ale położona wyżej wieś Czerepowszczyzna na razie trwa, przytulona do zdziczałego sadu i dworu pana Malinowskiego. Jeszcze w latach dwudziestych ten przestronny budynek zdobiła weranda przeszklona różnokolorowymi szybkami, a przede wszystkim na drugie piętro prowadziły metalowe kręcone schody. Cuda te niezmiennie wprawiały dzieciarnię w zachwyt. Biegaliśmy tam, żeby pozaglądać chociaż przez okno. Do środka nas nie wpuszczano, ponieważ w budynku urzędowała ważna instytucja – rada wiejska – a po ganku dostojnie kroczył milicjant z naganem przy boku.
O swoich przodkach wiem mało. Zapewne niewiele informacji zachowało się w rodzinnej pamięci, a może też rodzice nie czuli potrzeby, by opowiadać dzieciom o tym wycinku przeszłości. Rzeczywiście, dzieci temat nie interesował, a potem już nie miał kto słuchać. Wiem tylko, że jeden dziadek był zagorzałym rybakiem, całe życie łowił. Po nim to zajęcie przejął syn, brat mojej matki – Lawon. Dziadek ze strony ojca był chłopem i sezonowym robotnikiem, co jakiś czas jeździł pracować do fabryk w Kurlandii, pod koniec życia awansował tam na kierownika cegielni. Babcia mieszkała na wsi, umarła młodo i nie przetrwały o niej żadne wspomnienia. Mój ojciec, Uładzimir Chwedarawicz, w młodości sporo nabłąkał się po świecie i dopiero na starość osiadł w rodzinnej wsi. Dziś widzę, że jego pokolenie trafiło chyba najgorzej, przez całe życie zmagało się z losem. Wokół ciągły chaos, rewolucje, wojny. Kolektywizacja, walka z wrogami narodu. Głód, krew i cierpienia.
Ziemi mieliśmy mało, jakieś dwa nadziały, więc ojciec każdego lata pracował dorywczo w cegielniach na Łotwie. Potem odsłużył cztery lata w carskiej armii, w Grodnie, mieście, w którym i ja potem zamieszkałem. Ledwie wrócił ze służby, zaczęła się I wojna światowa. Został zmobilizowany i służył w armii Samsonowa. Gdzieś w Puszczy Augustowskiej trafił do niewoli, a potem do Niemiec. Pracował u bauera. Mówiło się, że w niewoli było różnie, zależy, gdzie kogo los rzucił – w fabrykach i kopalniach strasznie, a u prywatnych gospodarzy zdarzało się, że całkiem nieźle. Oczywiście pracy nie dało się uniknąć, ale Niemcy zapewniali jedzenie i ubrania, dbali o robotników, inaczej niż zarządcy w ojczystych kołchozach po wojnie. Ojciec często wspominał niewolę dobrym słowem, na co ja, wiecznie głodny podrostek, reagowałem niezrozumieniem i zazdrością. Potem brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, szturmował Warszawę. Wcześniej Polacy atakowali nas. Niedaleko wsi rozegrała się bitwa, obie strony poniosły w niej duże straty. Miejsce pochówku poległych jeszcze długo nazywano ścierniskiem zabitych.
Mama opowiadała, że niektórzy chłopi zdzierali z poległych buty i ubrania. Mówiła o tym z wyrzutem, prawie ze strachem – bo to przecież wielki grzech – i pokazywała w kącie domu dziurkę po zbłąkanej kuli, co przyleciała aż tutaj ze ścierniska. Też nie lubiłem tego miejsca, ale bardziej z powodu porastającej je trawy, bo kłuła i boleśnie raniła bose stopy.
Ojciec wspominał moment, kiedy w Prusach Wschodnich, w Puszczy Augustowskiej, trafił do niewoli. „Co zrobiłeś z karabinem?” – pytałem. „Zawiesiłem na gałęzi” – odpowiadał ojciec. A mnie było żal: dlaczego zostawił go w lesie, zamiast przynieść do domu, miałbym czym się pobawić. Taka logika pięciolatka.
Matka, Hanna Ryhorowna, pochodziła ze wsi Zaułek. Wieś została po drugiej stronie granicy, w Polsce, a wraz z tymi ziemiami został brat matki, ten, który łowił ryby. Bardzo tym się martwiła, szczególnie gdy agitatorzy opowiadali, w jak trudnych warunkach, bez żadnych praw i w nędzy, żyją robotnicy w Polsce. My, dzieci, także przeżywałyśmy jakiś dramat, dotknął nas w zbyt młodym wieku. Byłem najstarszy. Miałem, co prawda, starszą siostrę, Antoninę, ale zmarła w wieku piętnastu lat… Po mnie urodziła się Wala, a w 1930 roku na świat przyszedł Mikołaj (zmarł w 2000 roku). Co jeszcze mogę powiedzieć o rodzicach? Ojciec odnosił się do nas, dzieci, dość surowo, trochę się go baliśmy. Matka wręcz przeciwnie – łagodna i czuła, nigdy nie podnosiła na nas głosu, miła i serdeczna. Uważam, że to źle. Życie jest bezlitosne i warto zahartować charakter już w dzieciństwie. Przejąłem od matki zbyt wiele łagodności, nieraz mi szkodziła – na wojnie i po wojnie, zwłaszcza w wojsku, gdzie brutalność i twardy charakter są w cenie. Nasza wieś leżała jakieś dwa kilometry od granicy z Polską. Bliskość zakazanego obszaru czuło się w wielu wymiarach – życiu codziennym, polityce, nastrojach ludzi.
Z granicą wiąże się wiele romantycznych lub dramatycznych przeżyć mojej młodości. W Kubliczach obok szkoły znajdowała się komenda straży granicznej, przy szkolnym podwórzu – stajnia, a w sąsiadującej z nią strzelnicy dowódcy straży ćwiczyli celność z rewolwerów. Po drodze do szkoły i ze szkoły widzieliśmy pograniczników, ciągle gdzieś się przemieszczali – konno, grupami, w parach, uzbrojeni w karabiny i szable, siedzieli w pięknych skrzypiących siodłach. Dowódcy stacjonowali w miasteczku, ich żony uczyły nas w szkole. Strażnicy od czasu do czasu organizowali pokazy filmowe we wsiach, w pewnym sensie to oni nadawali ton. W świąteczne dni na głównym placu miasteczka serwowali nam pokazy woltyżerki – pogranicznicy na koniach wymachiwali szablami. Wszystko to było interesujące. Latem kąpali konie w Jeziorze Komarowskim, pomagaliśmy im.
Nie brakowało też dramatycznych wydarzeń. Pamiętam, że którejś zimy przygalopowali dowódcy, wszyscy mężczyźni musieli dołączyć do zasadzek – wyłapywać nielegalnie przekraczających granicę. Dniami i nocami lokalni chłopi siedzieli w krzakach, żeby wysłać sygnał, gdy kogoś zauważą. Pod koniec lat dwudziestych i na początku trzydziestych z Polski przechodziło na tę stronę sporo ludzi, głównie młodzieży, po głośnym rozgromieniu partii komunistycznej i Komsomołu. Chłopcy szli weseli, nawet z akordeonami, bo przecież właśnie wyrwali się spod pańskiego buta w nowy, wspaniały świat. Patrzyliśmy, jak rano prowadzono ich ze strażnicy na komendę, uśmiechali się. Widywaliśmy ich też, wracając ze szkoły, samochodami wieziono ich dalej, ręce mieli wykręcone do tyłu albo związane i już się nie uśmiechali. Pewnego razu na granicy ktoś zabił strażnika. Pogrzeb odbywał się na rynku w Kubliczach, cały rejon brał udział w ceremonii. Dziś rozumiem, że morderstwa wcale nie musieli dokonać Polacy ani osoby nielegalnie przekraczające granicę. Niewykluczone, że zrobili to swoi – z zamiarem prowokacji, to dla nich nie pierwszyzna. Wszystko to sprawiało, że dzieciństwo przybierało niekiedy dziwne, wynaturzone barwy, szczególnie gdy wziąć pod uwagę niektóre późniejsze zdarzenia…
Szkoła we wsi powstała na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych. Na początku urządzono podstawówkę w chłopskiej chacie. Ten dom stoi do dziś, po wojnie mieszkał w nim mój brat Mikoła. Wtedy gospodarze po prostu przenieśli się do przybudówki, a największą izbę oddali szkole. Władze wstawiły tam dwa długie stoły i zebrały z piętnaścioro wiejskich dzieci. Uczył Anton Wasiliewicz Aułasieńka ze wsi Doroszkiewicze. Na marginesie, jego córka mieszka teraz w Mińsku, poślubiła starszego Maszeraua[1]. Tak jakoś wyszło, że kolegowałem się z chłopcami starszymi ode mnie. Po otwarciu tej szkoły oni do niej poszli, a ja miałem dopiero sześć lat. Siedziałem sam w domu, a tymczasem w szkole działy się ciekawe rzeczy. Także chciałem spróbować. W końcu ojciec wziął mnie za rękę i zaprowadził do nauczyciela. Porozmawiał z nim, a pan Anton zdecydował: niech chodzi. Dał mi zeszyt i stalówkę, a z Wałodzią Haławaczem, tym od wyprawy nad jezioro, poszliśmy na zamarznięte bagno. Wałodzia ostrożnie zestrugał nożykiem gałązkę sitowia, obsadził na niej pióro. Tak zostałem uczniem.
Mniej więcej w tym czasie, a może trochę wcześniej, zaczęła się moja przygoda z literaturą. Kiedy jeszcze nie umiałem czytać, pierwsze opowiadanie przeczytał mi ojciec. To był wspaniały Goj Michasia Łyńkoua („I płakała Ryfka…”). Nauczyciel przyniósł do szkoły kilka dziecięcych książek, rozdał je do czytania – każdemu po jednej. Trafiła mi się cieniutka książeczka, Bajka o carewnie zaklętej w żabkę, a Wałodzia dostał Konika Garbuska. Przeżyłem wówczas pierwsze szkolne rozczarowanie – nie chciałem czytać o „żabce”, chciałem o Koniku Garbusku. Los jednak zdecydował inaczej.
Droga do szkoły, rysunek Wasila Bykaua
Uczniowie szkoły podstawowej, w środku nauczyciel Sciapan Trocki. Wasil Bykau w pierwszym rzędzie pierwszy z prawej, około 1934–1935
Do drugiej klasy poszedłem już w innej wsi – w Dworze-Słobodce. Miałem do tej szkoły dalej, ale była lepsza, w dawnym dworze. Przeznaczono na nią połowę budynku z werandą, piecem kaflowym i wielkimi oknami. Uczyli nas młody Sciapan Ryhorawicz Trocki i jego kolega Kracionak. Trocki dziś jest na emeryturze, długo pracował w Brasławiu. W naszej szkole spędził chyba tylko jeden semestr, ale zapamiętałem, że był wesoły, dobrotliwy, lubiliśmy go. Potem przyszedł inny, Siarhiej Sciapanawicz Nowikau z naszej wsi, całkowite przeciwieństwo pierwszego – surowy, partyjny, organizator kołchozów w okręgu. Zginął w walkach partyzanckich w trakcie „bohaterskiego przełomu”, słynnej operacji rozgromienia partyzantów na Witebszczyźnie. Miał swój partyjny system nauczania: akcentował przede wszystkim wiedzę o społeczeństwie i historię, mniejszą wagę przykładał do języka i arytmetyki. W sali jednocześnie uczyły się dwie klasy, każda w swoim rzędzie ławek. Kiedy w jednej klasie trwała lekcja ustna, druga odrabiała zadania pisemne i pracowała samodzielnie. Jeśli uporałem się z zadaniami, słuchałem, o czym mówią w starszej klasie. Parę razy się zdarzyło, że nikt nie potrafił odpowiedzieć na pytanie nauczyciela – pamiętam takie o Komunę Paryską – a wtedy podnosiłem rękę i pan Siarhiej wywoływał mnie. Zawstydzał starszych, że nie znali odpowiedzi. Po kilku przypadkach mojej aktywności stwierdził: nie masz co tam siedzieć, chodź do pierwszego rzędu. Tym sposobem w ciągu semestru przeniósł mnie do czwartej klasy. Nie wyszło mi to jednak na dobre. Miałem dziesięć lat i skończyłem cztery klasy. Co dalej? Szkoła średnia była w Kubliczach, trzy kilometry od domu. Ojciec stwierdził „Gdzie tobie, dziecko, chodzić tak daleko? Wracaj do Słobodki”. Znów trafiłem do czwartej klasy. Do trzeciej chodziłem więc pół roku, a w czwartej spędziłem dwa lata. Wreszcie poszedłem do szkoły średniej w Kubliczach, razem z chłopcami i dziewczętami z całego okręgu.
Kiedy błoto zamarzało, maszerowałem do szkoły najprostszą drogą – przez olszynkę, pagórek i dalej przez bagno. Trzeba było obejść kępkę olszyny z podmokłą turzycą, przeprawić się przez zarośniętą tatarakiem rzeczkę i wdrapać na strome zbocze przed Kubliczami. Niełatwa trasa, ale ciekawa: na bagnie trafiały się zające, czasem w turzycach płoszyły się kuropatwy. Kiedyś o zimowym zmierzchu napotkałem wilka. Przez pewien czas wędrowaliśmy razem w tym samym kierunku – ja po ścieżce, a on, utrzymując dystans, po trawie. Potem się rozeszliśmy, każdy w swoją stronę.
Na bagnie przed szkołą rozlewało się niewielkie jezioro, niedostępne latem, ale intrygujące jesienią, gdy przykrywała je cienka, przezroczysta warstwa lodu. Rano można było się poślizgać i prowadzić obserwacje płytkiego mulistego dna, na którym, ledwie poruszając płetwami, gdzieniegdzie drzemały jazie i szczupaki. Aby uczynić z ryby trzepocącą się zdobycz, należało cichutko wybić niewielki przerębel i wycelować oścień z grubego drutu. Zajmowali się tym niektórzy starsi chłopcy. Malcy mogli co najwyżej popatrzeć z bliska.
Lato, lato, kochane lato…
Czekaliśmy na nie, marzyliśmy o nim, śniliśmy, a ono się nie spieszyło, wiosna ciągnęła się w nieskończoność. Nie żeby wiosna była zła, no ale przecież szkoła! Co roku, po każdej klasie, zaliczenia i egzaminy, w dodatku ciągle brakowało chleba, musiały nam wystarczyć szczaw i pokrzywa, a od nich piecze w buzi.
Wreszcie szkoła się kończyła, podręczniki lądowały na półce. Las szumiał już w pełnej krasie, wszystko się zieleniło. Szkoły brakowało wyłącznie ze względu na książki – poza nią nie dało się ich zdobyć, a tak chciało się czytać! W zamian mieliśmy wolność i jezioro. Szykujemy wędki. Haczyki zdobyliśmy wcześniej, niektóre mają uszka. Haczyków z uszkiem nie uświadczysz w żadnym sklepie, zostały te z płaskimi końcówkami. Taki haczyk źle się trzyma na węzełku żyłki samoróbki splecionej z włosów wyrwanych z ogona białej kobyły. Niestety, w kołchozie jest tylko jedna biała kobyła i brygadzista Anton Stryżanok na nas pokrzykuje, chociaż to dobry człowiek i beszta nas bez złości.
Na ryby wstaję o świcie i od razu – nad jezioro! Jasne, że nad nasze, Bielakowskie. W Sawczonkach można było niechcący dostać w pysk od tamtejszych chłopaków, więc żeby ominąć niebezpieczną wieś, wchodziliśmy na górkę obok Górnych Sawczonok, a stamtąd ścieżką przez olszynę do jeziora. Na brzegu wykopywaliśmy robaki. Potem zaczyna się misterium – ja i spławik, jedyne istoty na świecie. O, bierze, pojawiają się kręgi na wodzie… Ale że bierze, to jeszcze nic nie znaczy. Ryby są ostrożne, płochliwe. Słońce wytacza się znad lasu, przygrzewa w plecy przez koszulę, a ja mam ledwie dwie płotki. Do obiadu wyciągnąłem cztery sztuki. Przesiadam się, próbuję tu i tam na brzegu. Rybnych miejsc nie ma tu zbyt wiele, wszędzie trzciny i grzybienie. Pilnuję, żeby haczyk się nie urwał, bo to wielkie nieszczęście, zwłaszcza jeśli jest ostatni.
Koło południa na brzegu pojawiają się ludzie z sąsiedniej wsi. Z daleka słyszę ich rozmowę: „A kto tam łowi?”. „Ano chłopak Ładzimira, z Byczków”. Czyli mnie znają. Ja ich nie znam – to dobrze czy źle? Może lepiej, żeby mnie nie znali, bo podobno łowienie ryb jest zabronione, łowić wolno wyłącznie państwowym rybakom, ja tu przesiaduję nieoficjalnie.
Spodnie zamokły mi powyżej kolan, wychodzę z wody, podwijam mokre nogawki. Jeść się chce. Mój połów: pięć płotek i mały okoń. Zaniosę mamie, żeby usmażyła.
Nad jeziorem jest tak dobrze… A jutro muszę na pastwisko. Przyszła moja kolej.
Spośród wszystkich obowiązków najbardziej nie znosiłem pasienia krów. Moja kolej wypadała raz na tydzień, bo w małej wsi krów było niewiele.
Obowiązek ten ciągnął się z roku na rok – od wiosny do późnej jesieni. Co prawda w roku szkolnym dotyczył nas tylko po szkole, za to latem przez okrągły dzień, od świtu do zmierzchu. Strasznie mi się nie chciało wstawać o świcie, mama budziła mnie po kilka razy. Wreszcie cały zaspany wyłaziłem z siana na stryszku i pędziłem naszą krówkę, pstrokatą, czarno-białą. Łatki wokół jej oczu kojarzyły się nam z okularami, dlatego nazwaliśmy ją Okularką. Karmiła naszą rodzinę jakieś dziesięć lat. Dokonała żywota podczas wojny, a może zarekwirowali ją partyzanci.
Ziemi na wypas nie było w ogóle, wszystko pod zasiewami. Zostawały chaszcze, rowy, zagajniki. Przez cały dzień ganiałem za krowami, żeby się nie rozbiegły. Trochę łatwiej było podczas koszenia i żniw, bo wtedy krowy pasły się na ścierniskach. Krowom wszystko jedno, ale moje nogi ucierpiały, całe pokłute i podrapane. O świcie (szczególnie jesienią) dawały się we znaki rosy – zimne, żrące. Potem na łydkach wychodziły rany i długo nie chciały się zagoić.
Latem w południe bydło szło na dojenie. Dla mnie znaczyło to około trzech godzin odpoczynku od upału. A potem – znowu w pole aż do zachodu słońca.
Rodzice pracowali w polu. Kosili, suszyli, zwozili siano, żęli. Do żniw szli przede wszystkim z sierpami, wokół roiło się od białych chustek kobiet. Żyto dosychało w kopach. Starszym chłopakom pozwalano zwozić siano – to było coś, szczególnie gdy siedziało się wysoko i z góry oglądało okolicę. Ale te drogi! Raz nawet trochę powoziłem. Przy wyjeździe z polnego traktu na wiejską ulicę ostro skręciłem konia i furmanka się wywróciła. Zamarłem ze strachu. Brygadzista oszczędził mi połajanki, ale więcej nie dał lejców do ręki.
Latem po piątej klasie pasłem konie. Właściwie paśliśmy we dwóch, z Iliuchą, moim bratem ciotecznym. My pilnowaliśmy ich w dzień, a jego ojciec, czyli mój wujek Sciapan – nocą. Znowu musiałem zrywać się o świcie. Pędziliśmy stado na dalekie pola, za Gaje albo do Mamon, gdzie nocami pasły się te kołchozowe. Konie są oczywiście spokojniejsze od krów i uwiązane, ale narowiste. Jak się rozbiegną, to szukaj wiatru w polu! Zdarza im się wpaść w zasiewy i narobić szkód. Szkoda to najgorsze nieszczęście, brygadzista grozi grzywną, którą nałożą na ojca. Koni trzeba strzec jak oka w głowie, ale kiedy przypiecze słońce, można posiedzieć w cieniu i poczytać książkę. Na podwieczorek jeździmy z Iliuchą po kolei wierzchem na jakimś młodym koniu. Rano po konie przychodzą kołchoźnicy – biorą je do pługa, do bron, do wozu z sianem. Szkapiny są chude, bo na jałowych pastwiskach nie najedzą się przez noc. Mężczyźni palą i przeklinają. Wujek Sciopa robi mi wyrzuty, że spóźniłem się na zmianę – zanim znalazłem go w zaroślach, słońce zawędrowało dość wysoko.
Latem po siódmej klasie pilnowałem sadu w Astrouszczynie. Po ziemiańskim folwarku została już wówczas zaledwie wieś złożona z sześciu domów (potem wszystkie je przewieziono do Byczków i Astrouszczyna zniknęła). Tamtejszy sad był duży, ze starymi gruszami, jabłoniami, wiśniami. Dali mi broń bez naboi, obchodziłem teren i pilnowałem. Wokół spokój, ani żywej duszy, więc przysiadałem w zacisznym kątku pod klonem i czytałem; zbudowałem sobie tam szałasik. W południe, kiedy kołchoźnicy szli na obiad, niektórzy zakradali się do sadu, żeby pożywić się jabłkami. Od tego byłem stróżem, żeby nic nie zerwali, ale jak im nie pozwolić? Raz poprosiłem: „Panie, nie zrywaj, bo powiadomię biuro”. A on mi na to: „No, skoro powiadomisz, to na pewno narwę”. I narwał. Co było robić? Jabłka i tak nie wyjdą z tego cało. Inny groził, że porządnie złoi mi tyłek pokrzywą. Pilnowanie sadu było paskudnym zajęciem, z trudem doczekałem końca lata.
U nas też był sad, a raczej sadzik, jak go nazywaliśmy. Lubiłem to miejsce – i wiosną, kiedy tonęło w pąkach, i jesienią, gdy dojrzewały jabłka i gruszki. Szczególnie zachwycały mnie gruszki, ogromne funtówki i spasówki (spasówki dojrzewały akurat na Spasa). Najpierw przyuważałem w koronie największą, niebieskawo błyszczała w słońcu, i wspinałem się po nią od razu, gdy dojrzała. Gruszki były przepyszne. Z jabłek najbardziej smakowały mi aporty (mieliśmy tylko jedną jabłoń tej odmiany), ale i one, i pozostałe odmiany dojrzewały późno. Najpóźniej owocowała samotna dzika jabłoń w rogu sadu. (Ponoć zasadził ją mój dziadek i chciał na niej zaszczepić jakąś szlachetną odmianę, ale przeszkodziła mu śmierć i płonka została bez zrazu). Co roku obsypywały ją malutkie kwaśne jabłuszka. Zrywaliśmy je późną jesienią i wysypywaliśmy na strychu. Zimą chwytał je mróz, a przemrożone dawały dużo soku. Po dodaniu sody powstawał wspaniały musujący napój, mama go uwielbiała. Ta jabłonka chyba do dziś samotnie stoi w miejscu dawnego sadziku – stareńka, skulona, pokiereszowana przez czas. Wciąż owocuje, daje garstkę tak dobrze mi znanych jabłuszek. Pozostałych drzew od dawna nie ma.
Bez gospodarzy sad nie żyje długo.
Którejś zimy w trakcie roku szkolnego zachorowałem. Przeziębiłem się, bo dziurawe buty stale przemakały, a samodziałowa świtka narzucona na koszulę nie trzymała ciepła. Zanim dobiegło się do Kublicz, można było przemarznąć na kość. W szkole też nie mieliśmy jak się zagrzać, w klasach ciągnęło chłodem.
Męczył mnie kaszel, szczególnie nocami. Ojciec się denerwował: „Mówiłem, nie łaź nigdzie, siedź w domu! Ale nie, zachciało się na lód, rzucać w chłopaków śnieżkami. To teraz sobie kaszlaj!”.
Choroba całkiem mnie rozłożyła, przez tydzień nie wstawałem z łóżka i ojciec przywiózł z Kublicz felczera Daszkiewicza. Ten osłuchał moją pierś stetoskopem, kazał leżeć i nie wychodzić z domu. Przeleżałem co najmniej miesiąc. Nic mnie nie bolało, ale kaszel był okropny, a w piersiach świszczało. Do tego zupełnie straciłem apetyt. Zresztą nie było prawie nic do jedzenia, bo akurat tej zimy nie starczyło zapasów, a krowa przestała dawać mleko. Ani mleka, ani mięsa, same ziemniaki i kapusta. Któregoś ranka podsłuchałem rozmowę ojca z matką: „Trzeba będzie chyba zarżnąć owieczkę, bo inaczej Wasia nie wydobrzeje, nic nie chce jeść”. Wystraszyłem się, bo lubiłem tę owieczkę (mieliśmy ich raptem dwie), i ubłagałem: „Proszę, nie zarzynajcie, przejdzie mi na pewno”.
Owieczka ocalała, ale Wasia niespiesznie wracał do zdrowia. Mama płakała, trzy lata wcześniej pochowała przecież starszą córkę. Antonina przeziębiła się tak jak ja i umarła. Pamiętam leżącą na stole szesnastoletnią dziewczynę w sukni ślubnej mamy i moje zdziwienie niecodziennym strojem. Wszyscy płakali, tylko ja nie, bo byłem mały i nie rozumiałem, co to śmierć.
W szkole zdarzyło się prawdziwe święto. Znienacka ogłoszono, że po trzeciej lekcji odbędzie się pokaz filmu dla wszystkich klas. Niestety tę atrakcję fundowano nam rzadko, najwyżej kilka razy na semestr. W takie dni jak mrówki, wesołe i psotliwe, wysypywaliśmy się na podwórko, ustawialiśmy się w szeregu i pod wodzą nauczyciela radośnie tuptaliśmy do Domu Kultury Socjalistycznej. Tam siadaliśmy na ławeczkach i niecierpliwie się wierciliśmy w oczekiwaniu, aż zaterkocze projektor. Tytuł filmu znaliśmy wcześniej, prawie zawsze wyświetlali coś o wojnie. W tamtym czasie dominowało kino nieme, mowę zastępowały liczne napisy, a że zmieniały się szybko, łowienie tekstu i jednoczesne podążanie za akcją wymagało nie lada refleksu. Podobały się nam wszystkie filmy, „słabych” wtedy nie było. W drodze powrotnej dyskutowaliśmy na temat akcji, spieraliśmy się. Nocą śniły mi się niektóre sceny, film trwał we śnie.
Gdy pokazywali Czapajewa, akurat chorowałem. Przez wiele lat żałowałem tej straty – była to chyba największa krzywda, jaka mnie spotkała w czasach szkolnych.
O ile mnie pamięć nie myli, jeszcze przed nastaniem kołchozów pokazy organizowano we wsi, w czyjejś chacie, choć z rzadka. Na jednej ze ścian zawieszano biały koc, na środku chaty stawiano ławki. Za nimi stał projektor z dwoma kołami, a obok ostatniej ławki montowano dynamo; po kolei kręcili nim młodzi chłopcy. Dzieci siadały wprost przed ekranem i wlepiały w niego spojrzenia. Taśma często się rwała. Operatorzy gmerali w projektorze, wycinali fragmenty taśmy, potem je sklejali, a nieprzydatne kawałki rzucali na podłogę. Dzieciarnia je rozchwytywała. Długo wpatrywaliśmy się w te skrawki pod światło i było to równie ciekawe jak film.
W piątej klasie, późną jesienią, pojechałem do Uszacza na zlot najlepszych uczniów. Jechaliśmy we czterech, wozem – oprócz mnie dwóch chłopaków, pod opieką nauczyciela Żyrnowa. Było zimno, cały się trząsłem w swojej świtce (i pewnie dlatego się rozchorowałem). Nauczyciel patrzył na mnie ze współczuciem, pocieszał: „I ja kiedyś jechałem do miasta w takiej kapocie”. W Uszaczach wręczyli nam nagrody: Meir Swierdłow dostał aparat fotograficzny, a ja i ten drugi chłopak – kolorowe ołówki w ładnym piórniku.
To była moja pierwsza wyprawa poza granice naszej wsi i Kublicz. Na drugą przyszedł czas latem: obóz pionierów w Stajkach (pod Leplem). Kwaterował w wiejskiej szkole. Jeszcze wiosną się dowiedziałem, że na niego pojadę, i przez cały miesiąc niecierpliwie czekałem. Ze szkoły w Kubliczach na obóz wysłali sześciu uczniów, wśród nich mojego kolegę ze starszej klasy, Meira Swierdłowa. Do Uszacza jechaliśmy furmanką, a stamtąd do Lepla ciężarówką na pace. Droga była przepiękna – las, jeziora. Ciepły wiatr owiewał twarz.
Obóz niezbyt mi się spodobał, zniechęciła mnie surowa dyscyplina: ciągłe apele, gimnastyka. Książek mieli tam pod dostatkiem, ale przy tak szczelnie wypełnionym programie nie zostawało ani chwili na czytanie. Za to jedzenie świetne. My, wyposzczone wiejskie dzieciaki, nawet kaszę jedliśmy z chlebem, a „miastowi” mieli z nas ubaw. Wstydziłem się.
Z jakiegoś powodu nie uchowało się w mojej głowie ani jedno radosne wspomnienie z obozu, o którym tak marzyłem. Tylko droga w tamtą stronę – bo powrotnej nie pamiętam.
Rodziców (ale i nas, dzieci) nieustannie nurtował poważny problem – ubrania i buty. Zwłaszcza buty. Zimą niekiedy o świcie słyszałem przez sen, jak ojciec próbuje naprawić moje obuwie – zaszywa, podbija, łata… Gdy trzewiki nie nadawały się już do naprawy, nakładałem drewniane klocki albo owijałem stopy podartymi onucami, ku wielkiemu wstydowi ojca. Nic innego nie było. Podobnie z ubraniem. Uszycie koszuli albo spodni nie wchodziło w grę, bo w sklepach brakowało materiału, a własnego płótna domowej roboty nie mieliśmy z czego utkać – cały len zabierało państwo. Pamiętam, że kiedyś wczesną jesienią mama uszyła mi wierzchnią koszulę z dwóch białych (w cętki) kobiecych chustek obszytych frędzelkami. Frędzle odcięła, ale w jednym miejscu został paseczek i wyłaził spod szwu, co ciągle wpędzało mnie w męki zakłopotania.
W siódmej klasie mama sprawiła mi marynarkę. Uszyła ją mamy koleżanka z Kublicz, Rywa (Rywoczka). Najpierw ostrzygliśmy owce, rozczesaliśmy sierść (czesaliśmy razem z mamą w Kubliczach, kręciłem maszyną do czesania). Potem mama przędła, farbowała nici, tkała sukno – mieliśmy krosna, długo stały nieużywane. W tej marynarce chodziłem do szkoły przez dwa lata, w niej też zrobiłem zdjęcie paszportowe. Przestałem ją nosić dopiero wtedy, gdy całkiem się wytarła, przede wszystkim na łokciach.
Uczeń siódmej klasy
Naszą klasę przyjęli do pionierów, dostaliśmy przydziałowe czerwone krawaty z pięknymi metalowymi spinkami. Ozdoby bardzo nam się podobały, bardziej niż krawaty, ale baby we wsi z nas się śmiały, a niektóre i dogryzały, mówiły: bezbożnicy. Przed Kubliczami zatem chowaliśmy krawaty po kieszeniach i zakładaliśmy dopiero na zakręcie przy szkole. Po lekcjach ściągaliśmy je w tym samym miejscu.
W Kubliczach, jak w każdym białoruskim miasteczku, było wówczas dużo żydowskich dzieci, uczyliśmy się z nimi i przyjaźniliśmy. Nasza klasa w połowie składała się z Żydów. Przyjaźniłem się z braćmi Swierdłowami – Meirem i Lejbą. Meir był starszy, uczył się dwie klasy wyżej, a z Lejbą chodziłem do jednej klasy. Zginął mój Lejba Lew w czterdziestym pierwszym roku, rozstrzelany w Uszaczu wraz ze wszystkimi Żydami z Kublicz. Meir wyjechał do Moskwy, pracował w jakimś okienku pocztowym. Czasem odwiedzał Mińsk i jeździliśmy razem do miasteczka naszego dzieciństwa, choć po domu Swierdłowów nie został ślad. Z Kublicz w ogóle mało co zostało – wszystko rozniosły bomby, pożary, zniszczenia wojenne… Niegdyś było to słynne historyczne miasteczko, widniało na szesnastowiecznych mapach. W tamtejszej cerkwi prawosławnej, pierwotnie unickiej, zostałem ochrzczony i przyjąłem pierwszą komunię. W Kubliczach urodził się Weryha-Darewski[2], znany pisarz, uczestnik powstania Kastusia Kalinouskiego. Były synagoga, szkoła, a nawet straż pożarna koło cerkwi, apteka i kuźnia. W centralnym punkcie miasteczka, przy rynku, pysznił się budynek komendy straży granicznej, z czerwonej cegły. Początkowo przylegał do placu, ale później ogrodzono go wysokim płotem z desek. Na rogu wyrosła okrągła obrotowa wieża z przytwierdzonym do niej ręcznym karabinem maszynowym. W latach trzydziestych wzniesiono nową, solidną szkołę. Z cerkiewnych kopuł zdarto krzyże, by nie zobaczył ich wróg zza granicy, mogłyby przecież posłużyć jako punkt orientacyjny dla „światowej burżuazji”, która nic, tylko czyha, żeby roznieść Kublicze w proch i pył.
W oczekiwaniu na jej nadejście własnymi rękami zaczęliśmy niszczyć miasteczko. Wojujący ateiści, a do tego miana aspirowali wszyscy pionierzy, komsomolcy, bolszewicy, nauczyciele i działacze, skonfiskowali albo po prostu rozwłóczyli cały cerkiewny majątek. My, pionierzy aktywiści, także wyciągaliśmy z cerkwi i darliśmy na strzępy zabytkowe księgi, z cerkiewnych pergaminowych rękopisów kleiliśmy latawce i puszczaliśmy je w wietrzne dni. Z cerkiewnych szat rejonowa szwalnia uszyła czapeczki, nasi chłopcy przechodzili w nich niejedno lato. W pierwszym roku wojny okupanci wygnali wszystkich żydowskich mieszkańców do Uszacza i rozstrzelali na cmentarzu. Przed wyzwoleniem zostawili Kublicze doszczętnie zbombardowane i spalone. Dzisiaj to smętna wieś, z kilkoma murowanymi budynkami.
Religijno-chrześcijańskie obyczaje upadały, cerkwie i kościoły zamykano, kapłani trafiali do więzień. Wciąż pociągały nas jednak najstarsze tradycje – kolędowanie, dziady, noc Kupały. Szczególnie ta ostatnia. Nocą z szóstego na siódmego lipca wiejska młodzież, wówczas o niebo liczniejsza niż dzisiaj, wieszała na wysokiej żerdzi, na pagórku za domem Haławaczów, koło posmarowane smołą albo więcierz oblany dziegciem i zapalała. Wszyscy się rozbiegali, każdy w swoją stronę, a z Kublicz już galopował konny oddział pograniczników, zrzucali i gasili tę konstrukcję, a potem nas sztorcowali: zabrania się palić ogień w noc Kupały! Dlaczego? Dlatego! – brzmiała lakoniczna odpowiedź.
Za lasem i zaroślami leżało kolejne miasteczko, Sieliszcze. To było już katolickie centrum regionu – z ogromnym kościołem i klasztorem, krytym błyszczącą białą blachą, która jaśniała z daleka, widzieliśmy ją z naszego pola. Przez okrągły rok na tamtejszym katolickim cmentarzu zieleniały sosny, rzucały cień na ładne marmurowe pomniki z napisami łacinką. W środku cmentarza górowała nad sosenkami biała marmurowa rzeźba anioła-dziewczyny na grobie zmarłej. Bardzo się baliśmy tego pomnika, nie wiem dlaczego. Obecnie Sieliszcze to również podupadła wieś, ze zrujnowanym kościołem i zarośniętym cmentarzem.
Kublicze przed wojną były miasteczkiem gminnym, a Uszacz – powiatowym. Tak wówczas wyobrażałem sobie miasto z prawdziwego zdarzenia, dalekie i pociągające – z klubem, jadłodajniami, a nawet księgarnią. W księgarni wisiała piękna reprodukcja Czapajewa na koniu Zajcewa – bohater w pelerynie, z opuszczoną lśniącą szablą. Zachwycałem się naturalnym kolorem nieba – wtedy jeszcze malarze tak potrafili – z fantastycznymi obłokami. Rzadko bywałem w Uszaczu, ale za każdym razem zachodziłem do księgarni, żeby popatrzeć na Czapajewa.
Wróćmy do Kublicz. Wspomniałem już o nowej szkole, drewnianej, z jasnymi klasami i specjalnym placem do gimnastyki. Zatrudniono oczywiście nowych nauczycieli. Język rosyjski i literaturę rosyjską wykładała młodziutka Klaudia Jakowlewna Patuta, świeżo po technikum pedagogicznym w Połocku. To wystarczyło, żebyśmy ją polubili, ale była też niezłą nauczycielką. Białoruskim dzieciom nauka rosyjskiego przychodziła z trudem, szczególnie dyktanda i wszelkiego rodzaju wypracowania. Ponieważ w tym czasie zaczęły mnie pasjonować książki – wszystko jedno jakie, rosyjskie czy białoruskie – lekcje rosyjskiego nie sprawiały mi szczególnych problemów. Języka białoruskiego uczył Andrej Dziemianowicz Kurczanka – chmurny, surowy, ale świetny w swojej dziedzinie, a ponieważ dużo wymagał, wszyscy musieli pilnie uczyć się białoruskiego. Mnie nauka przychodziła łatwo, może też dzięki temu, że trochę się tego nauczyciela bałem, chociaż rzadko wywoływał mnie do odpowiedzi i zawsze mi przerywał. Ledwie zacząłem odpowiadać, a on już mówił: siadaj! – i stawiał piątkę (albo „bardzo dobry”, nie pamiętam już, jaką skalą ocen wtedy się posługiwano; nasz system edukacji ciągle się zmienia). Białoruską gramatykę opanowałem na długo – oczywiście narkamaukę[3] – może dopiero teraz powoli zaczynam ją zapominać. Również inni nauczyciele: fizyk Krasincau, historyk i geograf Żyrnou, zostawili po sobie jak najlepsze wspomnienia.
Już wtedy miałem zadatki na mola książkowego. Skąd brałem lektury? Oczywiście ze szkolnej biblioteki. Nie była specjalnie zasobna, ale nie brakowało w niej klasyki białoruskiej i rosyjskiej, trafiło się nawet co nieco ze światowej. W pierwszej kolejności rzuciłem się na książki przygodowe – od Jules’a Verne’a po naszego Jankę Maura, przypadł mi do gustu. Rekordy popularności biła wtedy książka Jak hartowała się stal, czytała ją po kolei cała szkoła. Kiedyś zachorowałem, przez dłuższy czas nie chodziłem do szkoły i pochłonąłem wszystko z zasobów w Słobodce, głównie rosyjską klasykę: przebrnąłem przez Wojnę i pokój, trzy tomy Cichego Donu, sporo z Gonczarowa, Turgieniewa, a także Zareckiego, Hartnego, Haławacza[4]. W podręczniku do gramatyki była mowa o Trzęsawisku Jakuba Kołasa[5], ale nigdzie nie mogłem zdobyć książki. Upatrzyłem ją, gdy pojawiła się w Sieliszczach, w sklepie wielobranżowym. Tylko skąd wziąć pieniądze? Latem zwykle dzieci zdzierały łyko kruszyny, suszyły je na słońcu i oddawały do punktów skupu. Po zaniesieniu kolejnego naręcza łyka do Huszczynskiej Słobodki wystarczyło na Trzęsawisko. Gdy wszystko już przeczytałem, zacząłem polowanie na książki u przyjaciół i znajomych. Jeśli się dowiedziałem, że ktoś ma nieznane mi lektury, prosiłem o pożyczenie. Na dwa dni, na jedną noc. W naszej szkole uczył się Babrouski, chyba ze wsi Czamiaryczyna. Jego ojciec czy dziadek był nauczycielem jeszcze w carskich czasach, został po nim kufer z książkami. Prawdziwy skarb! Babrouski przynosił mi książki do szkoły, biegałem do niego też latem. Czytałem głównie wydania dziewiętnastowieczne: Mamina-Sybiriaka, Korolenkę, Staniukowicza, Pomiałowskiego, kilka powieści Scellera-Michajłowa i innych. Znalazłem u niego rzadki w tym czasie egzemplarz Z Ziemi na Księżyc Jules’a Verne’a. Zachwyciła mnie ta powieść, a gdy się dowiedziałem, że nie ma wydania po białorusku, przetłumaczyłem ją z rosyjskiego i wysłałem do Mińska na adres gazety „Pijaner Biełarusi”, żeby ją wydrukowali i żeby białoruskie dzieci mogły ją przeczytać. Oczywiście dowodzi to mojej naiwności, ale świat książek już wtedy na co dzień przeżywałem równie mocno jak realny. W dzieciństwie kształtuje się nasz wymiar duchowy, może nawet ważniejszy niż oddziaływanie rzeczywistości…
Poezja, w tym klasyczna rosyjska, nie robiła na mnie większego wrażenia. Trochę później, w młodości, polubiłem Lermontowa. Dlaczego akurat jego, zrozumiałem już po wojnie, kiedy przeczytałem opinię Bunina. On też pierwszeństwo w rosyjskiej poezji przyznał Lermontowowi, a nie Puszkinowi.
Przez parę lat siedziałem w ławce z Szurką Andrejczykiem. Był to cichy, zamyślony chłopiec, dobry z matematyki. Radził sobie z tym przedmiotem lepiej ode mnie. Mnie za to lepiej szły dyktanda i wypracowania. Założyliśmy więc swego rodzaju kooperatywę i pomagaliśmy sobie nawzajem: on mnie w matematyce, a ja jemu w nauce języków. Z czasem zrobiłem się bezczelny i na lekcjach matematyki czytałem książki pod ławką. Trwało to, dopóki dyrektor Slimborski – i zarazem szkolny matematyk – nie złapał mnie na gorącym uczynku. Postawił dwóję i musiałem się poprawić. Wstyd był tym większy, że z innych przedmiotów miałem same piątki.
W szkole odkryłem też drugą pasję – malowanie. Malować zacząłem wcześnie, w trzeciej albo czwartej klasie, zwykle ołówkiem lub akwarelami, do gazetki ściennej i różne szkolne pomoce – mapy, schematy, diagramy. Tylko jak rozwijać talent malarski na wsi? O dziwo, znalazło się wszystko, co potrzebne. W sąsiedniej wsi Astrouszczyna mieszkał chłop Bobryk, biedak – może najbiedniejszy ze wszystkich. W czasie wojny domowej był służącym u jakiegoś zamożnego szlachcica na Syberii, ponoć gubernatora. Ze służby przywiózł kilka obrazów olejnych, takich malutkich wprawek, oraz kilka roczników czasopism „Niwa” i „Ogoniok”. „Ogoniok” skompletował od początku wieku aż do 1916 roku. Było w nich wiele reprodukcji, zarówno czarno-białych, jak i kolorowych. Brałem od niego te opasłe roczniki, czytałem, oglądałem prace ówczesnych artystów i oczywiście malowałem. Posyłałem swoje prace na różne konkursy, korespondowałem z mińskim albo witebskim domem pionierów. Z tamtejszego gabinetu metodycznego przysyłali mi zadania.
Czytaniu sprzyjało zaledwie jedno lato, gdy pilnowałem kołchozowego sadu. Czasu miałem pod dostatkiem, w przeciwieństwie do książek. Pamiętam, że z braku laku byłem skazany na Sałtykowa-Szczedrina i zupełnie nie przypadł mi do gustu. Chyba po prostu zbyt wcześnie do niego się wziąłem. Książki też przecież mają swoją porę i warto jej pilnować. Teraz żałuję, że najważniejsze książki przeczytałem w tak młodym wieku, gdyż jako dziecko wyciągnąłem z nich o wiele za mało. A może się mylę? Może właśnie tak wczesna lektura dotknęła czułej struny, potem byłoby już za późno? Potem to życie odciskało na mnie piętno, nie literatura.
W szkole pojawił się nowy drużynowy pionierów, Wiktar Kandracki, jeszcze młodziak. Ożenił się naszą panią Klaudią. Pracował niedługo i szybko zniknął. Okazało się, że zaczął naukę w Witebskiej Szkole Sztuk Pięknych. Kiedyś latem spotkałem go w Kubliczach, opowiedział mi o szkole, pokazał swoje studenckie prace. Zapewniali internat i nawet wypłacali stypendium – całe sześćdziesiąt rubli. Zachęcony przez niego, poszedłem do dyrektora po swój dzienniczek. Dyrektor na początku nie chciał mnie puścić, w końcu byłem jednym z najlepszych uczniów, ale dzienniczek musiał wydać.
Do tej pory moje opowiadanie krążyło wokół świata dziecięcego. Wybierałem z pamięci głównie te lepsze, ewentualnie neutralne wspomnienia. Życie mnie jednak nie rozpieszczało i wykrzywiony świat dorosłych często dawał o sobie znać.
Było to chyba w trzydziestym drugim roku, na wiosnę. Przez kraj przetaczała się kolektywizacja, a w istocie przymusowa likwidacja chłopstwa jako klasy. W całkowicie chłopskim kraju likwidowano klasę chłopską – mowa zatem o klasycznym ludobójstwie, tyle że z powodu przynależności klasowej. Chłopów agitowano, zapewniano, że w kołchozie będzie im lepiej, a oni, „idioci”, nie wierzyli i przez to wzniecali konflikt z państwem. Jak sfera polityki przekładała się na zwykłe życie? Byłem mały, ale pamiętam zebrania we wsi – przez kilka dni z rzędu chłopom z uporem wbijano do głowy, że mają wstąpić do kołchozu. Oni stawiali opór – sądzili, że cokolwiek tu od nich zależy. Daremnie. Kiedyś obudziłem się bardzo wcześnie, wystraszony płaczem matki. W dzieciństwie silnie wyczuwałem jej nastrój i zwykle reagowałem odpowiednio do niego. Nigdy nie widziałem, żeby mama płakała, a tu lamentuje, jakby ktoś umarł. Obok w kącie, ze spuszczoną głową, siedzi ojciec. Podskoczyłem do matki, pytam, co się dzieje. Ojciec odpowiada: „Nie ruszaj jej. Kołchoz organizują”. Aha, no to niech organizują, ale dlaczego matka płacze? Okazuje, się że o świcie przyjechała brygada i wyczyściła wszystkie zapasy, z kubłów, worków i sąsieków, do cna. Weź teraz i nakarm dzieci! Dlatego matka płacze. Ojciec milczy, bo co może powiedzieć?
Od tamtej pory się zaczęło. Jak było w kołchozach, wiadomo: głód, praca przymusowa, represje… Rozkułaczanie ruszyło pełną parą. Rozkułaczyli chłopa, który miał krowę i jałówkę. Bo wszyscy mają po jednej krowie, a ten na dodatek jałówkę. Inny podpadł za to, że latem siostrzenica pomagała mu przy żniwach. Siła najemna. Jeszcze inny jakoby uprawiał sabotaż. Nie chciał wstępować do kołchozu, upierał się przy swoim. Wywozili całymi rodzinami. Pamiętam chłopaka z mojej klasy. Rozkułaczano się jesienią, choć nie jestem pewny, czy przed organizacją kołchozu czy już po niej. Kolega nie przyszedł do szkoły, więc pobiegłem go odwiedzić. Patrzę, a tam już ładują rzeczy na furmanki, on się przechwala: „A my pojedziemy pociągiem, ha!”. Poczułem ukłucie zazdrości. Dlaczego mojego ojca nie rozkułaczyli, też bym chciał pojechać pociągiem! A tak to nawet pociągu nie widziałem…
Zorganizowano kołchoz, przyszła wiosna, zjedliśmy resztki ziemniaków ze wspólnych zapasów i wszelką inną żywność. Ratowaliśmy się plewami z trawą, pokrzywami, i tak przez wiele lat, bo z kołchozów nie dostawaliśmy nic. Co roku powtarzał się nieurodzaj, a wszystko, co wyrosło, szło albo na państwowy skup zboża, albo na zasiew. Mam przed oczami takie migawki… Ojciec idzie jesienią na podsumowanie rocznego planu i przynosi roczny zarobek: pół torby żyta. Tyle zarobiliśmy przez rok, całą rodziną pracując w kołchozie. Do tego musieliśmy zapewnić dostawy mięsa, wełny, jaj, mleka i masła, zapłacić podatek, ubezpieczenie, ratę pożyczki i inne zobowiązania, bez końca. Skąd wziąć pieniądze? Co sprzedać, żeby się wypłacić? O zakupie czegokolwiek, choćby spodni dla chłopców, żeby mieli w czym chodzić do szkoły, mogliśmy najwyżej pomarzyć. W czasach prywatnego gospodarstwa sprawę ratował len – można go było zasiać, przerobić i się ubrać. Po kolektywizacji sprawy z lnem się skomplikowały, bo jego uprawę obłożono podatkiem. Straszne upokorzenie.
Z tamtego czasu zapamiętałem także niezwykłą ponurość ojca. Zwykle przychodził z pracy w kołchozie, w milczeniu siorbał z miski, a potem siadał na pniu przed drewutnią. Palił bez słowa. Matka wtedy dawała mu spokój, my także milczeliśmy. Wydawało mi się, że ojciec jest o coś zły – może na mnie? Też się trochę na niego obrażałem, jak ten dureń. O wiele później zrozumiałem przyczynę – on po prostu, jak i inni mieszkańcy wsi, nie miał już życia.
Jeszcze przed powstaniem kołchozu ojciec wieczorami rozwijał końskie powrozy, rozkręcał postronki, żeby zdać je za len. Aktywiści z rady wiejskiej przeprowadzali rewizje, szukali poukrywanej kądzieli. Nie odpuścili nikomu w naszej wsi, przyszli i do nas. Mieliśmy stary drewniany spichlerzyk, z dziurą w dachu, z grubsza zatkaną słomą. Szukali, szukali, niczego nie znaleźli, w końcu pytają mnie: „Mały, gdzie ojciec chowa len?”. „W spichlerzyku” – burknąłem. „Iwanou, dawaj tam!” Dlaczego tam ich skierowałem? Może z niechęci do intruzów. Zapytali, to powiedziałem, z myślą o tej zamaskowanej dziurze w dachu. Ten Iwanou faktycznie w nią wpadł, zaczął kląć, a ja uciekłem do parowu pod domem. Potem ojciec zmył mi głowę: „Gdzież ty tam len widziałeś? Len schowaliśmy w innym miejscu, i przez sto lat go nie znajdą…”.
Len to jedno, ale trzeba było zdać również zboże. Chodziło o to, by ludzie nie mielili go na mąkę samodzielnie, tylko zawieźli do młyna. Tam już można je było podzielić na pół, zarekwirować albo bez ceregieli ukraść. Prawie każdy chłop miał jednak w sieni albo spichlerzyku niesamowity przyrząd z dwóch płaskich kamieni – żarna, własny młyn. Nie potrzebowali nigdzie wozić tych paru worków żyta. Ojciec też mielił w domu. Aż pewnego razu przyszli z kombiedu[6], aktywiści z rady wiejskiej, i zabrali górny kamień. Na rogu z podmurówki wystawał głaz, wzięli tę część żaren, stuknęli o niego i rozbili ją na trzy części. Żyliśmy więc ze zbożem, ale bez chleba. Nachodzili nas regularnie i sprawdzali, czy w pokrzywach leżą odłamki. Pewnej nocy ojciec złożył je w całość i spiął drewnianą obręczą. Wyrównał, osadził i jakoś po cichu mielił. Robił to po nocach, przed świtem zdejmował obręcz i znów rzucał te kamienie w pokrzywy, jak gdyby leżały tam zawsze.
Później, już w kołchozowych czasach, żadnego zboża nie było, więc nie potrzebowaliśmy żaren. Nastał głód. Od wiosny nie mieliśmy co jeść. Czekaliśmy na ziemniaki, a ziemniaki… Teraz są wczesne odmiany ziemniaka, dzięki rozwojowi badań nad uprawami. W tamtych czasach znano jeden gatunek ziemniaków, dojrzewały dopiero jesienią.
Całe lato chodziliśmy więc na wpół głodni. Pierwsze ziemniaki, co to była za radość! Kopanie zaczynaliśmy po święcie Spasa, w ostatnich dniach sierpnia. W moją pamięć wrył się jeden z takich dni. Mama wcześniej przyuważyła bruzdę, w której ziemniaki powinny być najdorodniejsze. Poznała po naci, miała do tego oko. Mama niesie kosz, ja łopatę. Wykopuję z ziemi pierwszy krzak – na korzeniach widzę z dziesięć niezbyt dużych, ale i niemałych różowawych bulw. Mama ostrożnie układa je w koszu, ponownie odwracam łopatą luźną ziemię, szperam w niej palcami i znajduję jeszcze pięć kartofelków. Tak samo gruntownie sprawdzam następny krzak, ziemniaków pod nim jednak niewiele. Chcę kopać dalej, ale mama protestuje: „Niech podrosną, na razie nam wystarczy”. Wróciliśmy, moja siostra Wala od razu na podwórku wzięła się do skrobania. Delikatnie przyciskała nożyk, żeby nie zmarnować ani kawałeczka. Sześcioletni Mikołka pomagał przygotować ognisko, przyniósł chrust i parę polan. Rozpaliliśmy je na trawie koło płotu, tam była czystsza niż przy chlewie. Chrust i polana ułożyliśmy na trzech płaskich kamieniach, we dwóch z Mikołką zaczęliśmy rozdmuchiwać płomień. Gdy polana już się zajęły i sczerniały, mama postawiła na ogniu garnuszek pełen ziemniaków, nakryła. Niech się gotują!
Mikołka od czasu do czasu dokładał suche szczapki. Raz podszedł trochę za blisko i o mały włos nie przewrócił garnuszka. Mama się wystraszyła: „Nie ruszaj, sama dopilnuję!”.
Siedzieliśmy i czekaliśmy, aż zawrze. Wreszcie w garnuszku zabulgotało, woda wykipiała, zasyczała na drzewnych węgielkach. Teraz już można było dorzucać mniej.
Mikołka kręcił się zniecierpliwiony, w kółko dopytywał: „Czy już się ugotowały?”. Mama tłumaczyła, że świeże ziemniaki, dopiero co wykopane, długo się gotują na ognisku – to przecież nie piec! Faktycznie długo to trwało, a kiedy wreszcie zmiękły, mama nie spieszyła się ze ściąganiem ich z ognia, czekała na ojca. Był w polu, powinien za chwilę wrócić na kolację. Oprócz ziemniaków mieliśmy dzbanek zsiadłego mleka. Tylko chleba brakowało, ale przecież po to są ziemniaki, żeby go zastąpić.
– Tato idzie! – radośnie krzyknęła Wala.
Ojciec był bardzo zmęczony, niewesoły. Na widok ogniska i rodziny wokół niego smutno się uśmiechnął: „Patrzcie no! Mamy ziemniaki! Umyję ręce i już do was lecę”. Ziemniaki pachniały, a nam ciekła ślinka.
Wreszcie ojciec siadł na stołeczku przy ognisku.
– No, skoro już są ziemniaki, to teraz nie zginiemy – skomentował.
I westchnął ciężko.
Oczywiście ratowało nas mleko, ale młodzieży i mężczyznom chciało się chleba. Wiecznie kłopotaliśmy się o ubrania i buty. Po błocie, po śniegu, codziennie ponad trzy kilometry do szkoły. Trzy w jedną stronę, trzy w drugą. W sklepach pustki, zresztą nawet gdyby był towar, za co go kupić? Pamiętam, jak do sklepu spółdzielczego przywozili tekstylia, tłum o nie się zabijał. Naftę wydawano po litrze albo po pół litra na miesiąc, i był to przydział ściśle reglamentowany. Wracałem zimą ze szkoły, w domu ciemno, obok pieca paliło się łuczywo. To musiało wystarczyć do odrabiania lekcji.
W całej tej nędzy zdarzały się i jasne chwile. Jesienią wezwał mnie dyrektor, popatrzył na moje rozdeptane w błocie trzewiki i mówi: „Idź do wiejskiego sklepu, przymierz buty. Powiedz, że dyrektor cię przysłał”. Poszedłem, przymierzyłem, a potem dyrektor mi je kupił. Byłem wzorowym uczniem i to chyba coś znaczyło. Z całego serca dbałem później o te buty.
W tym samym czasie ojciec wziął się do budowy nowego domu. Stary przegnił, nie nadawał się już do mieszkania. Zimą ojciec chodził do rady wiejskiej, żeby dostać pozwolenie na ścięcie paru sosen, potem je przewoził. Kiedy się ociepliło, kładł podmurówkę i stawiał zrąb. Wszystko robił sam, pracując jednocześnie na kołchozowym polu. Bywało, że przyjdzie w południe i szybciutko na zrąb – siekierą łup, łup. I tak do jesieni. Jesienią przeprowadziliśmy się do nowego, jeszcze niedokończonego domu, bez podłogi. Ściany pięknie pachniały, ale brakowało pieca. Stawialiśmy go już w czasie pierwszych przymrozków. Nieźle się przy tym namarzliśmy.
Kolegowałem się przeważnie ze starszymi chłopakami ze wsi. Tylko Wasil Parszonak był o rok czy dwa młodszy ode mnie. Co człowiek, to charakter: niektórzy mili i uczynni, inni – nieszczególnie. Wałodzia Haławacz, choć trzy lata ode mnie starszy, nie dawał mi odczuć różnicy wieku, był dobrym kolegą, pomagał w potrzebie. Nic dziwnego zresztą, miał to po matce, cudownej kobiecie. Wspierała moją matkę, kiedy w naszym domu zabrakło ojca – leżał w Uszaczu chory na tyfus. Wałodzia pomagał mi ciąć drzewo. Dobrze wspominam też Kolę z sąsiedniego domu, syna represjonowanego. Po wojnie Kola nie wrócił do kraju, urządził się na Łotwie. Mniej przyjaźniłem się z jego bratem, Miszą Zmitrakowem; wtedy mówiło się o nim, że zadziera nosa. Po wojnie odbudował szkołę w Kubliczach i został jej dyrektorem. Z Wasilem Parszonkiem, przyszłym technikiem kinowym, jeździliśmy zimą na nartach; lepiej ode mnie szusował z najbardziej stromych pagórków. Inny kolega, mój stryjeczny brat Mikoła, nie wrócił z wojny – komendant batalionu Nieustrojeu twierdził, że ten żołnierz zginął w trakcie zdobywania Reichstagu. Jego młodszy brat Ilja, były partyzant, pojeździł trochę po świecie, a na starość wrócił do kraju i spoczywa na ojczystym cmentarzu.
Dom, w którym się wychowałem, rysunek Wasila Bykaua
Dzieci są okrutne, w jakimś sensie po zwierzęcemu bezlitosne. Wiele naturalnie zależy od pochodzenia, wychowania; podobnie zresztą rzecz się ma z dorosłymi. Dorosłemu jednak przysługuje jakieś prawo do godności, choćby osobistej, a maluchowi? Nie ma żadnych praw ani choćby wyobrażenia o nich. Tkwi w przekonaniu, że o wszystkim decyduje siła – władzy, dorosłych, starszych kolegów… I zawsze znajdzie się ktoś starszy lub większy, a bywa, że z sadystycznymi skłonnościami, kto dyktuje swoje prawa. Mniejszy często nie rozumie, że to niewłaściwe, że powinno być inaczej. Nie poskarży się, bo wie, że nikt go nie obroni. Wie także, że nie należy się skarżyć – dawno temu wbili mu to do głowy zarówno rodzice, jak i otoczenie, w tym nauczyciele.
Wyrosłem w miarę wysoki, ale chudy i słaby, dlatego nie miałem szans w różnych potyczkach. Przewagę zyskiwali więksi, ale przede wszystkim bardziej chamscy. Chamskie odzywki nie były moją mocną stroną. Wspomniałem już, że po matce odziedziczyłem łagodny charakter, często mi szkodził. W dzieciństwie mocno przeżywałem swoje i cudze nieszczęścia. Szczególnie gdy zaczęły się represje i stalinowska łapanka dotarła na wieś, przyjaźniłem się z chłopakami, którzy zostali bez ojców. Inni odwracali się od nich z obrzydzeniem albo przezywali ich wrogami narodu! Nasza wieś składała się wtedy z dwunastu gospodarstw, później przesiedlono do niej mieszkańców chutorów. Z tych dwunastu gospodarzy zabrali sześciu, ciemnych kołchoźników, byłych biedniaków. Wzięli też Bobryka, chyba „Niwa” z portretami carów i hrabinami wyszła mu bokiem. Był jeszcze Dziamian Aziewicz, inwalida I wojny światowej, z bezwładną, sparaliżowaną ręką, jej dłoń zawsze chował w czarnej rękawiczce. Zarabiał na chleb naprawą zegarków, ludzie przynosili je z całego okręgu. Naprawiał wszystkie – ścienne, kieszonkowe, budziki itd. Robił nawet więcej – wstawiał do nich szybki. Skąd brał szkło? Kupował żarówki i z wypukłej części wycinał końcówkę. Jako uczeń przez parę lat przynosiłem mu zegarki z miasteczka, przeważnie od nauczycieli. Wkładałem je do pudełka po zapałkach. Gdy wstawił szkiełko, odnosiłem, a po powrocie ze szkoły przekazywałem mu rubla za robotę. Zawsze dawał mi z tej kwoty dwadzieścia kopiejek. Wzięli i tego inwalidę. Jego syn, także Dziomka, służył wtedy na Dalekim Wschodzie. Potem, podczas wojny, został partyzantem i walczył aż do zwycięstwa. Walczył za władzę radziecką, która wykończyła jego ojca. Nie obraził się, więc w oczach bolszewików zasłużył na pochwałę, wiadomo: „Zuch, nie chowa urazy!”. Jakby coś takiego mogło nie doprowadzić do szału.
Latem kobiety na łące nad rzeką zgarniały siano. Pod wieczór koło mostka zatrzymał się gazik emka z komitetu rejonowego. Wysiadł z niej jakiś osobnik pod krawatem i nakazał brygadziście Antonowi, żeby zebrał wszystkie kobiety. Ludzie szybko zgromadzili się na łagodnym wzgórku, zmęczeni opierali się na grabiach. Przybysz z komitetu rejonowego rozłożył gazetę i zaczął czytać na głos: „W Armii Czerwonej działała grupa szkodników i szpiegów na czele z marszałkiem Tuchaczewskim. Dywersanci dosypywali do jedzenia czerwonoarmistów truciznę i pokruszone szkło, zdradzali obcokrajowcom tajemnice wojskowe. Kolegium Trybunału Wojskowego skazało ich wszystkich na karę śmierci przez rozstrzelanie, wyrok został wykonany w dniu wczorajszym. Dzielni radzieccy czekiści nie zawiedli i tym razem!”.
Kobiety płakały: jak to dobrze, co za bydlaki! „Dobrze, że ich wykryli, mój młodszy syn jesienią idzie do wojska, otruliby go, ach, mój biedny syneczek!” – radowała się przez łzy kobieta ze Słobodki. „Aha, aha – przytakiwała jej druga – tym gadom nie żal naszych chłopców!”
Brygadzista Anton uporczywie milczał. Kto wie, o czym myślał. Był mądrym facetem i cieszył się naszym – dzieci – szacunkiem. Tylko wtedy nie mieliśmy szansy się dowiedzieć, o czym myśli.
Naszą wieś zamieszkiwali głównie prawosławni, ale po przesiedleniu z chutorów osiadło wśród nas kilku katolików: Lewicki, Błażewicz, Korsak. Ich wzięli w pierwszej kolejności. Zabrali też naszego sąsiada Borysa. Po nieszczęśników przychodził zwykle rejonowy funkcjonariusz NKWD Pieraciaćkin (przyjeżdżał także po wojnie, chyba go ciągnęło na miejsce zbrodni). Pogranicznicy również dawali z siebie wszystko – gorliwiej niż strzeżeniem granic zajmowali się wyłapywaniem apatycznych chłopów po tej stronie linii demarkacyjnej. Byli wprawdzie obrońcami granic, lecz działali w ramach jednego systemu – NKWD. Żaden z represjonowanych nie wrócił, choć wszystkich zrehabilitowano. Wywieźli też wtedy kilku nauczycieli, w tym naszego dyrektora Karczeuskiego, który kupił mi buty. Aresztowania nie ominęły i pograniczników, dowódców, na przykład za kraty trafił kapitan Akudow, mąż naszej nauczycielki. Co ciekawe, w charakterze tajnych współpracowników, donosicieli, wykorzystywano starszych uczniów. W procesie naszego dyrektora jedna z uczennic występowała przeciwko niemu jako świadek. Skończyła ledwie piętnaście lat. Może tak było wszędzie, a może to ze względu na bliskość granicy?
W każdej wsi władza miała tajniaków, raz lepszych, raz gorszych, bardziej lub mniej aktywnych. Nam pod tym względem się nie poszczęściło. Do wiejskiej wspólnoty przeniknął obcy człowiek, z zewnątrz – po wojnie domowej zamieszkał z miejscową kobietą. Nie wiem, skąd pochodził, ale pozostawał w ścisłym kontakcie z NKWD. Specjalnie z tym się nie krył, jeszcze się przechwalał, że pomaga czekistom. Jakoś w latach pięćdziesiątych, kiedy przyjeżdżałem do ojca, zaglądał do nas i przy kieliszku opowiadał, że chciał ojca posadzić, miał powód, ale pożałował człowieka. I że ojciec był mu wdzięczny. Nie wiem, co miał na myśli, może „przemytniczy” rajd mamy?
Warto pokrótce opowiedzieć o tym „kryminalno-politycznym” występku. Mama, jak wspomniałem, pochodziła z drugiej strony granicy i przez te wszystkie lata nie miała kontaktu z bratem. Nie wiedziała nawet, czy on żyje. W trzydziestym dziewiątym roku, po zjednoczeniu, pojawiła się nadzieja, że uda się czegoś dowiedzieć. Nową granicę przesunięto za Białystok, ale nie likwidowano starej. Strzeżono jej tak samo pilnie jak wcześniej, aby mysz się nie prześlizgnęła. Czekaliśmy zatem. W końcu w głodnym czasie matka zebrała się na odwagę i poszła – przez las, bagno, obok jeziora. Drogę doskonale znała z dzieciństwa. Udało się, wróciła. Przyniosła głodnym poczęstunek – trochę mąki w woreczku i udziec barani. Okazało się, że bratu pod uciskiem panów żyje się lepiej niż kołchoźnicy – w jej domu już dawno zabrakło chleba. Mama się bała, że ktoś doniesie, a ona skończy w więzieniu. Ponieważ jej nie posadzili, myśleliśmy, że sprawa nie wyszła na jaw. Okazuje się, że niektórzy wiedzieli.
[1] Prawdopodobnie mowa o Pawle Maszerau, starszym bracie Piotra Maszeraua (1918–1980), pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Białorusi w latach 1965–1980. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumaczki).
[2] Artemiusz Weryha-Darewski (1816–1884) – poeta, dramaturg, publicysta, folklorysta. Autor przekładu Konrada Wallenroda Adama Mickiewicza na język białoruski. Jeden z przywódców powstania styczniowego na Witebszczyźnie. W 1865 roku zesłany na Syberię, tam zmarł.
[3] Narkamauka – potoczna nazwa oficjalnego wariantu języka białoruskiego, akronim od „narodnyj komissariat” (ludowy komisariat) – ministerstwa w ZSRR. W 1933 roku Rada Komisarzy Ludowych dokonała reformy językowej.
[4] Michaś Zarecki (1901–1937), Ciszka Hartny (właśc. Zmicier Żyłunowicz, 1887–1937), Płaton Haławacz (1903–1937) – pisarze białoruscy, popularni w latach dwudziestych i trzydziestych. Wszyscy trzej ponieśli przedwczesną śmierć wskutek stalinowskich represji.
[5] Jakub Kołas (właśc. Kanstancin Mickiewicz, 1882–1956) – pisarz białoruski; współzałożyciel uniwersytetu białoruskiego w Mińsku oraz Akademii Nauk Białoruskiej SRR (jej członek od 1928 roku). Tytuł przytaczam za polskim wydaniem z 1950 roku (przeł. Zofia Rysińska), w oryginale brzmi Dryhwa.
[6] Kombied, komitet biedoty – organizacja biedoty wiejskiej. Jej zadaniem była walka z kułakami, między innymi rekwirowanie ziarna.
