Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Walancin Akudowicz urodził się w roku 1950. Białoruski filozof-postmodernista, poeta, krytyk literacki i publicysta. Kultowa postać białoruskiego życia literackiego drugiej połowy lat 90. XX wieku. jest autorem wielu publikacji o tematyce literackiej, kulturalnej i filozoficznej. Autor książek: Nie ma mnie. Rozmyślania na ruinach człowieka, Zburzyć Paryż i Kod nieobecności.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 195
Rok wydania: 2012
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Walancin Akudowicz
DIALOGI Z BOGIEM
Przekład Halina i Jan Maksymiukowie
Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego
Wrocław 2008
Seria „Biblioteka Białoruska” ukazuje się pod patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP
Logo serii oraz projekt okładki
Marek Stanielewicz
Redaktorzy serii
Andrej Chadanowicz, Jan Andrzej Dąbrowski
Redakcja i korekta
Magdalena Jankowska
Opracowanie typograficzne
Maciej Szłapka
Na okładce: Vasily Pochitsky, Styczeń
Copyright © Walancin Akudowicz, 2007
Copyright © for the Polish Edition by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, 2007
EPUB ISBN 978-83-7893-000-6
MOBI ISBN 978-83-7893-004-4
Projekt jest współfinansowany w ramach programu polskiej pomocy zagranicznej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP w 2007 r.
Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem MSZ
Wydanie publikacji zrealizowano
z dotacji Gminy Wrocław
www.wroclaw.pl
Przygotowanie do druku
Pracownia Składu Komputerowego TYPO-GRAF
Druk i oprawa
Wrocławska Drukarnia Naukowa PAN im. S. Kulczyńskiego Sp. z o. o.
Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego
pl. Biskupa Nankiera 17, 50-140 Wrocław
tel. 071 342 16 81, fax 071 718 19 56
e-mail: [email protected], www.kew.org.pl
Konwersja:
Trudno być głupszym od samego siebie, ale sąsiedzi mnie przekonali:
– Inaczej pisarza z ciebie nie będzie.
I rzeczywiście. Następne moje opowiadanie bez żadnych zastrzeżeń przyjęto do czasopisma i nawet pochwalono:
– No, nareszcie odnalazł pan siebie!
A sąsiedzi swoje:
– Głupich drukują za życia, a wariatów to i po śmierci.
Pożyczyłem bat i każdego rana wyganiam obłoki na pastwisko. Z batem na ramieniu pilnuję, żeby żadna chmurka nie wymknęła się za widnokrąg. A nocą, kiedy ludzie i obłoki zasypiają, zapalam lampę naftową i z motylem wyobraźni uczepionym gęsiego pióra zanurzam się w marzenia. Ale nawet szybując nad światem, nigdy nie zapominam o granicach wytyczonych ostatnimi postanowieniami rządu. Daleko przed granicami niebezpieczeństwa obrywam motylowi skrzydła, ponieważ dyrektor wydawnictwa musi być pewien, że od mego rozumu nie przybędzie mu niepotrzebnych kłopotów. Dlatego bardzo nie lubię, kiedy ten i ów we wsi mawia: „Widzicie, jaki mądrala z Wasylowego syna? My z papierem chodzimy za stodołę, a on z niego pieniądze robi...”.
Nie, nie myślcie, że jestem mądrzejszy od innych. Nikt nie wie, jak to się dalej potoczy, a ja chcę umrzeć śmiercią naturalną i w swojej ojczyźnie – a nie przedwcześnie wśród północnych przeciągów.
Co do reszty, to sprawy mają się ku lepszemu – więc po co miałbym mądrzeć? Wkrótce ukaże się moja pierwsza książka. Zatytułowałem ją Idiotyzm. Redaktor pracujący nad moim rękopisem odnosi się do mnie życzliwie, ale kategorycznie odrzuca tytuł. Nie przekonałem go nawet wtedy, gdy wspomniałem, że Fiodor Dostojewski napisał powieść Idiota.
– Tam idiota, a tu idiotyzm – może i słusznie oponuje redaktor.
Wiadomo, szkoda takiego fajnego tytułu, ale nie jestem na tyle głupi, żeby zbytnio się upierać. Wy też nie zwracajcie uwagi na okładkę. Bywa, że na płocie ktoś napisał słowo na cztery litery, a za płotem tak naprawdę leżą porąbane drwa...
Kradłem w życiu trzy razy. Pierwszy i trzeci raz nie nadają się do tej opowieści. Ale ten drugi, jak mi się wydaje, będzie w sam raz na początek rozmowy o książce, której nie musiało być...
Nie pamiętam dokładnie, kiedy nauczyłem się czytać, ale przyswoiwszy tę umiejętność, czytałem z takim pośpiechem, że zdarzało mi się biegać do biblioteki miejskiej dwa razy dziennie. Bibliotekarka nie wypożyczała więcej niż trzy książki na osobę, a potem łajała mnie, że przeglądam tylko rysunki i znowu biegnę do biblioteki, żeby napuścić chłodu.
Nie wystarczało mi oczywiście odwagi, żeby jej powiedzieć, że chociaż jestem jeszcze mały, to już czytam niektóre książki i bez obrazków, o czym może łatwo się przekonać, przeglądając chociażby te, które ma właśnie pod ręką... Kuliłem się tylko w poczuciu winy i myślałem, że kiedy dorosnę, to ożenię się nie z kobietą, a z biblioteką. Bo wtedy nie pragnąłem niczego innego niż czytać książki i samemu je pisać.
Jeśli w tamtych czasach zaproponowano by mi do wyboru – być Włodarzem Wszystkich Słońc i Światów albo marnym pisarzyną, którego utwór w najlepszym wypadku przeczyta jakiś przypadkowy człowiek – nie wahałbym się ani chwili, bo wtedy byłem pewien, że życie i ludzkość zostały stworzone tylko po to, aby było o czym pisać książki.
Co tu dużo mówić, korciło mnie strasznie, by jak najprędzej przystąpić do tej poważnej działalności. Ale przed oddaniem się pasji tworzenia należało rozwiązać jeden poważny problem: czym pisać? Niedorzeczna wydawała mi się myśl, że pisarze używają zwykłej obsadki ze stalówką, którą raz po raz należy zanurzać w szkolnym kałamarzu.
Wtedy ukradłem starszemu koledze długopis...
Ale książki wówczas nie napisałem, bo rodzice owego kolegi (przyjaciele moich rodziców) zauważyli u mnie ów skradziony przedmiot.
Wstyd był ogromny – i dla mnie, i dla moich rodziców. Zresztą gdyby nie ten piekielny wstyd, dziś już bym nie pamiętał, że swoją pierwszą książkę wydałem dopiero po czterdziestu latach od momentu, kiedy rozpocząłem jej pisanie.
* * *
...Była to książka zupełnie inna od tej, którą rozpocząłem w dzieciństwie. Chociaż tamten chłopczyna nie zniknął i wszystkie moje najlepsze rzeczy ciągle jeszcze są pisane jego niewprawną ręką.
Człowiek na ogół nigdy nie znika – znika gdzieś życie, którym żyje, i pojawia się inne (czasami ostatnie) z nową, wszechogarniającą troską. Kiedyś tak powiedziałem o tych zmianach:
Gdy pociąga cię kobieta – piszesz wiersze.
Gdy niepokoi cię człowiek – piszesz prozę.
Gdy drażni cię egzystencja – piszesz esej.
Jakoś tak samo wyszło, że zanim powstał zbiorek wierszy, człowiek jako taki zaczął pociągać mnie znacznie mocniej niż kobieta. Zapomniałem więc o wierszach, żeby całkowicie pogrążyć się w prozie. Ale podczas pisania książki prozą straciłem zainteresowanie człowiekiem zupełnie. (A co w nim ciekawego? Urodził się, rozmnożył, umarł – oto cały człowiek.) Możliwe jednak, że człowiek znalazł się poza moją uwagą nie z powodu swojej mierności, a z powodu mojego zdumienia nad bytem, który oczarował mnie swoją wielką tajemnicą i tym samym przesłonił wszystko inne.
Właśnie dlatego moja pierwsza książka składała się nie z wierszy i nawet nie z prozy, a z esejów, chociaż w Moskiewskim Instytucie Literatury uczyłem się „na prozaika” i jeszcze przez kilka lat po zakończeniu nauki wyobrażałem sobie przyszłość całkiem „prozaicznie”.
Kiedy wróciłem do Mińska, z rozmysłem zacząłem pracować jako stróż, żeby mieć dużo czasu na pisanie nowel i powieści. Ale pisanie nie szło mi za dobrze. Dopiero później, kiedy wciągnął mnie i porwał żywioł języka białoruskiego, zrozumiałem, dlaczego „nie pisało mi się” w stróżówkach.
* * *
Żywioł języka białoruskiego jest niczym lawina. Leży spokojnie i bez ruchu – ale tylko do momentu, dopóki jej nie zaczepisz...
Urodziłem się i dorastałem w miasteczku Swisłocz przy granicy z Polską. W czasach mojego dzieciństwa rozmawiało się tam białorusko-polsko-rosyjsko-żydowską trasianką, tzn. mieszaniną. Przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz. Ale w rzeczywistości w Swisłoczy mówiło się wtedy wyłącznie po białorusku. Bowiem język to nie słowa, język to przede wszystkim struktura mentalna, która po swojemu porządkuje i łączy wyrazy w niepowtarzalnej projekcji bytu... Krótko mówiąc, struktura języka, na której opierała się swisłoczańska trasianka, była całkowicie białoruska, chociaż agresywna rusyfikacja zaczynała już podgryzać ją niczym kornik – od rdzenia. Dlatego nawet nie zauważyłem, jak zacząłem rozmawiać po rosyjsku, kiedy rok po ukończeniu szkoły znalazłem się w Mińsku w fabryce silników. I do głowy mi nie przyszło, żeby pisać po białorusku ballady turystyczne i pierwsze szkice z wędrówek, które kilka razy wydrukowała (o, cóż to był za honor!) najbardziej wówczas popularna na Białorusi gazeta „Znamia junosti”.
Pięć lat w Moskwie dopełniło mojej rusyfikacji. Co prawda, kiedy byliśmy po kilku głębszych, moich rosyjskich przyjaciół dziwiły obce słowa raz po raz wyślizgujące się z głębin mojej podświadomości w szczeliny pijanej rozmowy. (Teraz, żeby było śmieszniej, jest na odwrót. Po kilku kieliszkach niczym diabełki z piekła rodem raz po raz wyskakują zepchnięte do podświadomości słowa rosyjskie.)
Jednocześnie rusyfikująca mnie Moskwa stworzyła przesłanki mojego przyszłego „nacjonalizmu”. Pod koniec nauki zdecydowałem, że kiedy wrócę do Mińska pilnować swojej samotności, to przeczytam wszystkie białoruskie książki (właśnie tak – wszystkie!). Teraz już nawet nie pamiętam, skąd mi to przyszło do głowy. Przypuszczam, że pewnego razu zrobiło mi się głupio, że chociaż dość dobrze przyswoiłem sobie nie tylko rosyjską, ale europejską i światową literaturę, to prawie wcale nie znam rodzimej. Wobec tego, czy mogłem być zawodowym literatem?
