Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 660

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Deszczowa noc - Jodi Picoult

Wzruszająca powieść o granicach miłości i lojalności, odwagi i przebaczenia…

Co byś zrobił dla ukochanej osoby? Skłamał? Dopuścił się kradzieży? Zabójstwa? Takie dylematy muszą rozwiązać bohaterowie „Deszczowej nocy” Jodi Picoult – powieści, w której za sprawą potęgi miłości ścieżki losu kilku osób dramatycznie się rozchodzą.

Życiem Camerona MacDonalda rządzi poczucie obowiązku. Jest szefem policji w małej miejscowości w stanie Massachusetts, zamieszkiwanej od pokoleń przez członków szkockiego klanu, z którymi łączą go więzy krwi i honoru. Jednak, gdy jego kuzyn, Jamie, zjawia się w komisariacie i wyznaje, że zabił swoją śmiertelnie chorą żonę, Cam aresztuje go bez chwili wahania, nie bacząc na ich bliskie pokrewieństwo.

Żona Cama, Allie, choć bezgranicznie oddana mężowi, tym razem bierze stronę Jamiego, widząc w nim mężczyznę, który nie odmówi żadnej prośbie ukochanej kobiety.

Przesycona emocjami powieść „Deszczowa noc” dotyka wielu współczesnych dylematów etycznych. Kiedy i czy w ogóle wielkie uczucie upoważnia do przekroczenia ogólnie przyjętych granic ładu moralnego? Jak zdefiniować miłość i poświęcenie? Jeszcze długo po zakończeniu lektury czytelnik będzie zadawał sobie te pytania i weryfikował własne poglądy na temat miłości i lojalności.

W doskonałym literackim stylu Picoult snuje przed czytelnikiem fascynującą opowieść, kreśli sylwetki frapujących bohaterów, a jednocześnie porusza tak głębokie moralne dylematy, jak eutanazja i siła przebaczenia.

Opinie o ebooku Deszczowa noc - Jodi Picoult

Fragment ebooka Deszczowa noc - Jodi Picoult

JodiPicoult

DESZCZOWA NOC

Przełożyła Katarzyna Kasterka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Dla Hala i Bess Friend,

moich dziadków, z wyrazami miłości.

Mogłabym napisać tomy o tym,

jak wiele dla mnie znaczycie.

PODZIĘKOWANIA

Po raz kolejny jestem winna wdzięczność Inie Gravitz oraz doktorowi Jamesowi Umlasowi. Dziękuję również Fran Kaszubie, Christopherowi Gentile, Aaronowi Belzowi, Laurze Gross, Laurze Yorke, Jane Picoult, Jonowi Picoult oraz Paulowi Constantino – komendantowi policji w Sterling, Massachusetts. Chylę czoła przed Andreą Greene Goldman, prawniczym guru, która udzielała konsultacji nawet o północy i wielkodusznie zrezygnowała z honorarium. Na koniec – wyjątkowe podziękowania dla mojego męża, Tima van Leera, który uczył mnie łowienia na muchę na naszym, pozbawionym kropli wody trawniku, a przede wszystkim podarował mi czas potrzebny na pisanie tej powieści.

Czymże potęga miłości, jak nie przebaczeniem?

Innymi słowy, za jej sprawą można odczynić to,

co już dokonane.

Bez tego na co by się zdała?

William Carlos Williams,

Asphodel, That Greeny Flower

PROLOG

Kiedy wszystkie przedmioty świadczące, że kiedyś łączyło ich wspólne życie, zostały już zapakowane do kartonowych pudeł przyniesionych z monopolowego, dom nabrał cech czysto kobiecej przestrzeni.

Oparła ręce na biodrach, rozejrzała się dokoła i ze stoickim spokojem zaakceptowała brak mat na stół z logo Boston Celtics, brak sprzętu wędkarskiego, wiekowej tarczy do rzutków przywiezionej ze szkockiego pubu, skrzynki z narzędziami i zjazdowych nart czy też jedwabnych krawatów, które teraz tkwiły zwinięte w jednym z kartonów na podobieństwo kłębowiska węży. Bez tych przedmiotów nagle zaczęły się rzucać w oczy jasne koronkowe firany, wazon pełen ziewających krokusów, poduszka haftowana krzyżykami. Fakt, to miejsce przypominało teraz bardziej stronę z magazynu Marthy Stewart niż mieszkanie, ale ostatecznie tego należało się spodziewać.

Do pudeł powędrowały bliźniacze kufle ozdobione ich ręcznie wypisanymi imionami; kamera, którą kupili wspólnie na ostatnią rocznicę ślubu, oraz makatka wyszyta przez jedną z krewnych, upamiętniająca ich wesele.

Z determinacją rozkręciła potężną, mosiężną ramę łóżka i każdą jego część przeniosła do salonu, aż w końcu w sypialni pozostał jedynie gruby, milczący materac.

W duchu podziękowała Bogu oraz – awansem – wszelkim dobrym duchom wiosny za wyjątkowo ciepły dzień. Kiedy na początku stycznia temperatura wzrastała do 10°C, ludzie chętnie wylegali na ulicę, co oznaczało, że na garażowej wyprzedaży może się zjawić sporo osób. Wywlokła pudła na zewnątrz, wypakowała, odwróciła do góry dnem i na wierzchu poustawiała różne przedmioty. Rozciągnęła linkę między dwoma wiązami rosnącymi przed domem i na niej starannie rozwiesiła ubrania – łącznie z galowymi mundurami. Opróżniła szuflady sypialnianej komody, a to, co w nich znalazła, poukładała w mniejszych kartonach: skarpetki – dziesięć par za 50 centów; bluzy bawełniane – dwie sztuki za dolara. Żeby nie patrzeć na rozłożoną ramę łóżka, ustawiła ją za leżakiem, na którym sama się usadowiła.

Zaciekawieni sąsiedzi już zaczęli krążyć wokół trawnika, weszła więc do domu, aby po raz ostatni sprawdzić, czy nic nie umknęło jej uwagi. Ze ścian zniknęły pamiątki po szkockich przodkach męża. Teraz, gdy jego ulubiony skórzany fotel o wysokim oparciu stał przed rabatą z azaliami, salon zdawał się pusty. W istocie wnętrze domu zaczęło wyglądać jak mieszkanie, które wynajmowała osiem lat temu – zanim go poznała.

Tylko jedna jedyna rzecz przypominała jeszcze o ich związku – witrażowy panel przedstawiający żonkile na szafirowym tle, który mąż jej podarował zaledwie kilka miesięcy temu. Zatrzymała się w drzwiach sypialni. Promienie słońca prześwietlały barwne szkło, wypalając wzór witrażu i jego kolory na powierzchni materaca. Kiedy dostała ten szklany obraz, uniosła go do światła, a potem obracała na wszystkie strony, aż poczuła dłonie męża na swoich rękach.

– Ostrożnie – powiedział. – To bardzo delikatne. Widzisz, jak miękki jest ołów? Gnie się na prawo i lewo. Wszystko może się rozpaść.

Zastanawiające, czemu wówczas nie odebrała tych słów tak, jak odczytywała je teraz: dobiegające z oddali złowrogie ostrzeżenie. Dlaczego jedynie się uśmiechnęła i zapewniła, że wie; że rozumie.

*

Rozejrzała się wokół i szybko oszacowała, co zdołała sprzedać, a co jeszcze zostało na trawniku. W kasetce, którą trzymała na kolanach, znajdowało się ponad siedemset dolarów; zapewne co najmniej połowa miasteczka zjawiła się dzisiaj pod jej domem – nawet jeżeli nie dla dokonania zakupu, to przynajmniej by poprzebierać w towarze. Jako pierwszy poszedł sprzęt wędkarski łącznie z bambusową wędką, należącą ongiś do dziada jej męża. Wzięciem cieszyły się również koszule – nie została ani jedna. Dyrektorka przedszkola wzięła wszystkie mundury; stwierdziła, że czteroletni chłopcy uwielbiają się bawić w policjantów; a poza tym, czyż nie będą wyglądać przeuroczo w kąciku z różnymi kostiumami?

Nie udało się sprzedać jedynie bokserek – trzeba je będzie oddać jakiejś organizacji charytatywnej – oraz czasopism podróżniczych, których stos znalazła wciśnięty za piłę taśmową. W przypływie nagłego natchnienia chwyciła te czasopisma, po czym stanęła na końcu podjazdu. Wzięła pierwszy z góry egzemplarz – błękitny ocean, biała plaża, „200 Topowych Hoteli Karaibów” – i podała mężczyźnie prowadzącemu za rękę małą dziewczynkę.

– Dziękuję, że wpadliście – powiedziała, wręczając czasopismo takim gestem, jakby rozdawała programy w teatrze lub ofiarowała pożegnalny prezent.

Dziesięć po piątej z powrotem usiadła na swoim leżaku. Przypomniała sobie, co kiedyś przeczytała o dawnych zwyczajach pewnych indiańskich szczepów: kobieta miała tam tak silną pozycję, że gdy chciała się rozwieść z mężem, po prostu wystawiała przed tipi jego mokasyny.

Zacisnęła powieki, bo oślepiające promienie słońca przyprawiały ją o ból głowy.

Mąż podjechał pod dom dwadzieścia sześć po piątej.

– Hej – rzucił. – Udało mi się wrócić wcześniej, niż przypuszczałem.

Nie odpowiedziała.

On tymczasem powiódł wzrokiem po przewróconych do góry dnem kartonach, po stercie bokserek obok leżaka, pustej lince między drzewami, kasetce z pieniędzmi na kolanach żony.

– Pozbyłaś się z domu kilku niepotrzebnych gratów? Dobra pogoda na garażową wyprzedaż.

Nie patrzyła mu w oczy, gdy posłał jej dziwne spojrzenie i wszedł do domu. Liczyła, ile razy zdoła wciągnąć powietrze do płuc, zanim usłyszy ogłuszający tupot stóp zbiegających po schodach i ujrzy męża wypadającego przez drzwi domu. Kiedy przed nią stanął, był czerwony z gniewu; zasłonił sobą słońce stojące już nisko nad horyzontem, co sprawiło, że jego włosy i ramiona zdawały się płonąć żywym ogniem.

– Przykro mi – powiedziała chłodno. Podniosła się z leżaka i wdzięcznym gestem powiodła ręką wokół trawnika. – Ale praktycznie nic już nie zostało.

Wetknęła kasetkę pod pachę, przeszła przez podjazd i ruszyła przed siebie ulicą. Stawiała mechanicznie jedną stopę za drugą, kierując się w stronę centrum miasteczka.

I ani razu nie obejrzała się za siebie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Kto miłosierdzia innym nie okaże

Jak sam na miłosierdzie nadzieję mieć może?

Edmund Spencer, Królowa Wróżek

Człek w gwiazdy zapatrzony jest przysłowiowo

zdany na łaskę i niełaskę kałuż na swej drodze.

Alexander Smith, Men of Letters

Wraz z upływem czasu twój obraz zaczął się zacierać w mojej pamięci, jakby część pokuty polegała na oglądzie przeszłości przez filtr, który coraz bardziej matowieje. W pewien niedzielny poranek, gdy marzyłem o tobie, nie mogłem sobie przypomnieć kształtu twoich zębów i linii podbródka, który tak idealnie pasował do mojej dłoni.

Kiedyś zwykłem sobie wyobrażać, że siadamy w małej, rozjaśnionej słońcem kafejce – może jednej z tych, które ostatnio stały się tak modne, gdzie podają kawę na setki sposobów. Przysięgam, że wówczas wyraźnie czułem zapach świeżo mielonych ziaren i krochmalu ze sztywnych białych serwetek, a nawet mydła, którego używałaś wcześniej rano. Widziałem szeroki uśmiech zaskakująco rozjaśniający twoją twarz – uśmiech, ale nie zęby – i palce uderzające lekko o ścianki kubka. Nie próbowałem nawet wymyślać dla nas dialogowych kwestii – żadnego „Świetnie wyglądasz”, „Co się z tobą działo?” ani też „Żyłem w piekle”. Podobnie jak twoje zęby i linia podbródka, ta część była dla mnie zamazana i niejasna. Po prostu nie miałem pojęcia, jak się powinien zachować człowiek, gdy z ukrycia powraca jego druga połowa.

1

Położyła rękę na jego ramieniu.

– Bez względu na wszystko… – posłała mu znaczące spojrzenie – …nie wolno ci przerwać.

Odwrócił twarz.

– Nie jestem pewien, czy w ogóle zdołam zacząć.

Uniosła jego dłoń do ust, ucałowała każdy palec, po czym zadała proste pytanie:

– Jeżeli ty tego nie zrobisz, to kto?

Przez moment siedzieli obok siebie w milczeniu, spoglądając przez pokryte smugami okno na miasteczko, którego żadne z nich dobrze nie znało. W odbiciu szyby śledził jej oddech i zaczął usilnie walczyć o zwolnienie własnego tętna, by się dostosowało do rytmu jej serca. Panująca cisza stępiła jego zmysły i w końcu skoncentrował się całkowicie na zegarze stojącym obok łóżka. Obiecał sobie, że nie mrugnie powieką do czasu, aż następna minuta przetoczy się w ostatnią.

Z gwałtownością, która zdumiała jego samego, wtulił twarz w zagłębienie jej szyi, by na zawsze wryć w pamięć tę miękkość i zapach.

– Kocham cię.

Wygięła usta w tak dobrze mu znanym, niesymetrycznym uśmiechu.

– Myślisz, że o tym nie wiem? – zapytała.

Pod sam koniec walczyła. Zadrapania na skórze paliły jak piętno. Przytrzymał jednak poduszkę na jej twarzy; uspokajał, szepcząc do ucha:

– Moja jedyna… Dołączę do ciebie najszybciej, jak zdołam.

Jej ramiona luźno opadły. Było po wszystkim. Wtulił twarz w jej bluzkę; teraz dla niego się zaczął powolny proces umierania.

*

Po raz setny tego dnia Cameron MacDonald, komendant policji miasteczka Wheelock w stanie Massachusetts, zamknął oczy i w marzeniach ujrzał Zatokę Biskajską. Jeżeli się dobrze postara, to dzięki panującej na posterunku ciszy i promieniom popołudniowego słońca tańczącym na skraju biurka zdoła się przenieść w świat ułudy. Zapomni, że w bok wbija mu się smith & wesson; że za oknami się rozciąga górska przełęcz; do diabła, przy odrobinie szczęścia może uda mu się nawet zapomnieć, że jest Cameronem MacDonaldem.

Uruchomił wyobraźnię i całkowicie się zanurzył w liliowo-błękitną głębię.

A potem uchylił powieki w nadziei, że ujrzy linię brzegową, i że dobiegnie go zapach Doliny Loary; tymczasem miał przed oczami bladą, ziemistą twarz Hanny, policyjnej sekretarki.

– Oto akta – powiedziała. – Facet został postawiony w stan oskarżenia. – Już miała wyjść, ale jeszcze przystanęła w progu. – Jesteś pewien, że nie łapie cię jakaś grypa, szefie?

Cam pokręcił zdecydowanie głową; musiał się otrząsnąć z marzeń i jednocześnie przekonująco zaprzeczyć. By wzmocnić efekt, uśmiechnął się szeroko; gdyby tego nie zrobił, Hanna natychmiast zadzwoniłaby do Allie i nie minęłoby pół godziny, a żona by się tutaj zjawiła i przymusiła Camerona do wypicia naparu z maruny i korzenia pokrzywy.

Odłożył akta na bok, zerkając nostalgicznie na „Gall’s Buying Guide” – katalog wyposażenia policyjnego – w którym trzymał ukryty magazyn „Travel”. Poniekąd Hanna miała rację: rzeczywiście coś mu dolegało. To się powtarzało co roku od czasu, gdy musiał powrócić do Wheelock i objąć po zmarłym ojcu stanowisko komendanta policji. Boleśnie ciągnęło go w daleki świat, a ową tęsknotę pogłębiała świadomość, że jest uwiązany do tego miejsca z tak banalnego powodu jak nazwisko, które przyszło mu nosić.

*

Wheelock przypominało wyglądem większość miasteczek na zachodzie stanu Massachusetts: w rynku stał prosty biały kościół, obok biblioteka, następnie budynek mieszczący zarówno komisariat, jak i remizę strażacką, nieopodal zaś kafeteria, a wokół kamienne ławki, na których codziennie wysiadywali przygarbieni starcy obserwujący, jak chybotliwym, niepewnym krokiem przemija ich życie. Tym, co w istotny sposób odróżniało Wheelock od Hancock, Dalton czy Williamson, był fakt, że gdyby nie tragiczne zrządzenie losu, każda rodzina z tego miasteczka nadal mieszkałaby w Szkocji.

Na pierwszy rzut oka nie zauważało się niczego szczególnego. Ale po chwili trudno było nie spostrzec, że biała solidna zastawa w miejscowych lokalach jest zdobiona czteropłatkową różą Pięknego Księcia Charliego[1], ceremonie ślubne w kościele św. Małgorzaty kończą się nadal starodawną przysięgą krwi, a na wąskich, krętych uliczkach miasteczka nazwisko MACDONALD widnieje na alarmująco dużej liczbie skrzynek listowych.

A gdyby ktoś przypadkiem zawędrował na Wyżynę Szkocką, wówczas by odkrył, że niewielka osada Carrymuir, położona nad brzegiem Loch Leven, jest bliźniaczym odbiciem Wheelock w stanie Massachusetts.

Na początku XVIII w. klan MacDonaldów był najpotężniejszym i najliczniejszym klanem w Szkocji, zasiedlającym Archipelag Hebrydzki i całe Zachodnie Pogórze. Jedna z gałęzi tego rodu zamieszkiwała na północ od Glencoe w osadzie Carrymuir leżącej w wąskiej kotlinie otoczonej poszarpanymi, ostrymi graniami, tworzącymi naturalną fortecę obronną. Dzięki temu, pomimo nieustannych wojen klanowych, Carrymuir nigdy nie zostało podbite.

Clann w celtyckim języku gaelic oznacza „potomstwo”; klan był więc rozgałęzionym rodem dzielącym się na mniejsze plemiona zajmujące określone tereny. Wódz takiej grupy, czyli laird, był panem życia i śmierci swoich krewnych oraz dzierżawców, chociaż rządził nieco inaczej niż absolutni monarchowie. Ostatecznie gros jego poddanych stanowili bracia oraz kuzyni; oni darzyli go szacunkiem i zaufaniem, on zaś miał obowiązek ich chronić i otaczać opieką.

Cameron MacDonald z Wheelock w stanie Massachusetts nosił imię po swoim prapraprapraprapradziadzie, legendarnym wojowniku, który brał udział w bitwie pod Culloden, zakończonej zwycięstwem Anglików i krwawym pogromem szkockich górali. Cameron jeszcze jako mały chłopiec słyszał tę opowieść setki razy: gdy jego imiennik zdał sobie sprawę, że armia Pięknego Księcia Charliego, złożona w większości z górskich klanów, nie ma szans w starciu z Anglikami, postanowił uchronić pobratymców od śmierci. Za honorowe zwolnienie członków klanu z udziału w dalszej walce zaoferował Pretendentowi swoje nieprzeciętne zdolności bitewne i poprzysiągł walczyć z Anglikami aż do śmierci. Ku własnemu zdumieniu nie zginął jednak pod Culloden. I wówczas, gdy po przegranej bitwie Anglicy ruszyli przez Szkocję, gwałcąc, paląc i grabiąc wszystko, co napotkali na swojej drodze, Cameron MacDonald podjął kolejną próbę ocalenia własnego klanu przed zagładą.

Jako jakobita znalazł się w więzieniu, wcześniej udało mu się jednak wszystko tak zorganizować, by rodziny z Carrymuir pojedynczo wsiadały na statki pocztowe płynące do amerykańskich kolonii. Dzięki temu, podczas gdy większość Szkotów wywieszano lub sprzedano w charakterze niewolników plantatorom bawełny w Indiach Zachodnich, mała grupa MacDonaldów z Carrymuir zachowała życie oraz wolność i osiadła w dzikich ostępach Massachusetts.

Znaleźli miejsce, które przypominało rodzinną krainę – otoczone wzgórzami, położone nad małym jeziorkiem – i przekazali wieść do kraju: „Zamieszkaliśmy nad wee loch[2]”.

W końcu na amerykańską ziemię trafił sam laird wraz z najbliższą rodziną, pozostawiwszy na straży klanowych włości w Szkocji jedynie zaufanego stryja. Przybysze zamienili wygodne kilty na spodnie, dumnie wznieśli w górę Gwieździsty Sztandar i zaakceptowali zamerykanizowaną nazwę miasteczka. A żeby zadośćuczynić wodzowsko-opiekuńczej tradycji, głowa klanu MacDonaldów zwyczajowo obejmowała posadę szefa policji w Wheelock.

W 1995 roku to stanowisko należało do Camerona MacDonalda II. Wcześniej powinność komendanta wypełniał jego pradziad, dziad i ojciec – zgodnie z tą samą linią sukcesji, z jaką na męskiego potomka przechodził honorowy tytuł lairda. Cameron pierwszy przyznawał, że czasy uległy definitywnej zmianie. Z przyczyn oczywistych, mimo że był uważany za wodza klanu i jako taki został skrupulatnie odnotowany w szkockich księgach rodowych, nie odpowiadał już za poziom i sposób życia mieszkańców miasteczka, których przytłaczająca większość nigdy nie odwiedziła dawnych ziem w Szkocji, formalnie wciąż należących do MacDonaldów; nie wymawiała twardo głosek i nie znała więcej niż kilka słów w gaelic.

Z drugiej strony – stare przyzwyczajenia umierają ostatnie. Nie istniała srebrna misa pokryta dostojną patyną ani królewski edykt dowodzący, że Wheelock stanowi część włości klanowych, ale w rzeczywistości to miasteczko do nich należało tak samo, jak do ich przodków należała wąska przełęcz na Szkockim Pogórzu, ponieważ zasiedlali tę ziemię od stuleci.

W wieku trzydziestu pięciu lat Cameron MacDonald już wiedział, że pozostanie w Wheelock do końca życia, będzie komendantem policji aż do śmierci, a po nim to stanowisko obejmie jego pierworodny. Zdawał sobie sprawę, że w tej kwestii nie ma żadnego wyboru – podobnie jak w wypadku dławiącej powinności dzierżenia tytułu lairda. Niekiedy, w głębokiej nocnej ciszy, tłumaczył sobie, że ten honorowy tytuł w dzisiejszych czasach nie ma tego samego znaczenia jak przed dwustu pięćdziesięciu laty. Rozsądek podpowiadał, że mógłby wraz z żoną wybrać atrakcyjniejsze klimatycznie miejsce – przenieść się, powiedzmy, do Phoenix – i każdy zaakceptowałby tę decyzję bez mrugnięcia okiem.

Ale wówczas przypominał sobie, co czuł, gdy Darcy MacDonald – córka jego kuzynki trzeciego stopnia – potknęła się i przewróciła zaledwie o trzy kroki od niego. Prowadził wówczas pogawędkę z golibrodą. Założono jej siedemnaście szwów na kolano, dlatego że on się nie wykazał dostatecznym refleksem czy też nie było go w odpowiednim miejscu o właściwej porze. Prawdę powiedziawszy, w niektóre dni ogarniało Camerona przekonanie, że każde aresztowanie, każdy wyrok skazujący rzuca cień na niego osobiście jako przywódcę społeczności.

W takich chwilach przytulał się mocno do miękkiego, zwiniętego w kłębek ciała chrapiącej Allie, swojej żony, ponieważ było trwałą i namacalną kwintesencją prawdy. A potem próbował się zmusić do snu, ale wszystko, co widział pod powiekami, to ciężkie kajdany, które ogniwo po ogniwie rozciągały się przez cały Atlantyk.

*

W szkole średniej Allie Gordon nie należała do najpiękniejszych i najpopularniejszych dziewczyn w swoim roczniku. Nigdy nawet się nie zbliżyła do tego ideału. Palmę pierwszeństwa dzierżyła bez wątpienia Verona MacBean ze starannie wytuszowanymi rzęsami, masą jasnych, delikatnych jak cukrowa wata włosów, nosząca na co dzień różowy moherowy sweterek, który niby druga skóra opinał to, co chłopcy nazywali „Wzgórzami Hoosac”.

I właśnie dzisiaj, po piętnastu latach nieobecności, Verona MacBean ni stąd, ni zowąd weszła do kwiaciarni „Glory in the Flower”, po czym zamówiła trzy stroiki ze świeżych kwiatów, by zdobiły stoły podczas lunchu organizowanego w miejskiej bibliotece z okazji wydania jej najnowszej książki.

– Verona! – Allie natychmiast ją rozpoznała. Poczuła się nieswojo na widok dawnej gwiazdy szkolnej, która teraz ściągała włosy w niski kok, pokrywała zapadnięte policzki rozświetlającym podkładem, i była ubrana w beżowy, surowy w kroju kostium. – Co cię do nas sprowadza?

– Allie – odezwała się Verona cichym głosem z identycznym, pobudzającym męskie zmysły, przydechem jak w licealnych czasach. – Ty wciąż w tym miasteczku!

W tonie Verony nie było cienia wyższości czy pogardy, więc Allie jedynie wzruszyła ramionami.

– No cóż… – smakowała słowa na języku niczym francuski delikates – …skoro Cam tu pozostał… – z rozmysłem zawiesiła głos, zerkając na dawną koleżankę znad formularza zamówienia. – Bo chyba słyszałaś o mnie i Cameronie? – mówiąc to, już spojrzała Veronie prosto w oczy.

Verona podeszła do przeszklonej chłodni, jakby przeprowadzała inspekcję jakości kwiatów, które przed chwilą zamówiła.

– Owszem – odparła. – Coś mi się obiło o uszy.

Kilka minut później Verona opuściła kwiaciarnię, określiwszy przedtem co do minuty czas dostawy stroików – bo nie można przecież dopuścić, by na stole się pojawiły wiotczejące róże podczas lunchu wydawanego na cześć autorki, której kariera właśnie zaczynała w pełni rozkwitać.

Allie natomiast przeszła na zaplecze, gdzie składowała mech, gąbkę florystyczną, desykanty, rafię i drut. Stanęła naprzeciwko małego lusterka zawieszonego nad umywalką w toalecie i zaczęła studiować swoją cerę. A potem przekopała regał z książkami w poszukiwaniu albumu szkolnego, który trzymała w kwiaciarni tylko po to, by powiązać twarze przychodzących tu ludzi z ich nazwiskami. Otworzyła album na stronie poświęconej Veronie. Nietrudno było sobie wmówić, że ona, Allie, dojrzała i nabrała życiowej mądrości, podczas gdy Verona MacBean, uwieczniona na błyszczącej czarno-białej fotografii, utknęła w pętli czasu. Nie miało dla Allie większego znaczenia, że Verona studiowała na Harvardzie, a potem na Yale, i że jej pierwsza książka – rozważania filozoficzne – była najgorętszym tematem rozmów mieszkańców Wheelock. Dla Allie liczyło się tylko jedno: to ona poślubiła Camerona MacDonalda, dokonała wyczynu, którego nikt by się po niej nie spodziewał.

Nikt natomiast ani trochę się nie zdziwił, gdy jesienią 1977 Verona MacBean została dziewczyną Camerona MacDonalda, chociaż Cam rozpoczął wówczas naukę w maturalnej klasie, a Verona zaledwie w pierwszej. Nikt się nie zdziwił, ponieważ oboje byli nad wyraz urodziwi: Verona przypominała cenną lalkę z dziewiętnastowiecznej manufaktury, Cameron natomiast górował wzrostem nad wszystkimi w szkole, miał niesłychanie szerokie, muskularne ramiona i burzę włosów, które się odcinały od tła żywością koloru.

Allie najpierw się zakochała właśnie w tych włosach. Siadywała w szkolnej bibliotece nad cienkim tomikiem poezji Sylwii Plath i czekała, aż Cam wejdzie przez drzwi z podwójnego szkła, wygłuszające zgiełk korytarza. Przychodził codziennie o tej samej porze – gdy Allie, ku dozgonnej wdzięczności bibliotekarki, zajmowała się wypożyczalnią. Ledwo siadał za stołem, Allie zaczynała przestawiać książki na regale, który się znajdował tuż za plecami jej idola, i w wyobraźni przesuwała palcami po ognistych włosach, rozdzielając je na czerwone i złote pasma. A kiedy wychodził, szybko zabierała książki, które pozostawił na stole, i wstawiała na właściwe miejsca na półce, wmawiając sobie, że wyczuwa ciepło rąk Cama na plastikowych, ochronnych obwolutach.

Prawda wyglądała jednak tak, że – chociaż mieszkali w jednym mieście – Cameron MacDonald przez większość życia nie miał pojęcia o istnieniu Allie Gordon. Była zbyt cicha, zbyt niepozorna, żeby zwrócić jego uwagę. W latach szkolnych tylko jeden jedyny raz mieli ze sobą bezpośredni kontakt: podczas akcji oddawania krwi zajmowali sąsiednie leżanki, a kiedy Allie się poderwała, by sięgnąć po przydziałowe ciastka i sok, świat nagle zawirował jej przed oczami i zapadła w ciemność. Ocknęła się w ramionach Camerona, który rycersko doskoczył do niej, gdy upadła, wyrywając sobie przy okazji igłę z żyły; stąd gdy Allie wróciła do domu owego popołudnia, zauważyła krew Cama na tylnej części swojej bluzki.

Od lat usiłowała sobie wmówić, że się pobrali NIE TYLKO DLATEGO, iż należeli do nielicznej garstki ludzi, którzy po college’u ponownie wylądowali w Wheelock. Cam powrócił, ponieważ tego od niego oczekiwano; Allie – bo nie chciała mieszkać w żadnym innym miejscu.

Jeżeli stawała na niższej półce chłodni kwiatowej i odpowiednio wykręcała szyję, widziała przez okno policyjne biuro Cama, a nawet – przy odrobinie wysiłku – mogła dostrzec zarys jego sylwetki, gdy siedział pochylony nad biurkiem. To właśnie dlatego wybrała ten lokal, kiedy osiem lat temu zakładała kwiaciarnię.

Stosując swoją przemyślną sztuczkę, zauważyła, że mąż jest w komisariacie, nie na patrolu. A więc równie dobrze mogła właśnie w tej chwili zanieść mu cotygodniową kompozycję kwiatową i opowiedzieć o Veronie. Zeszła z półki, potarła dłonie o spodnie, żeby je ogrzać, po czym zasunęła szklane drzwi chłodni. W zamyśleniu powiodła palcami po czerwonych liściach berberysu i kasztanowca, które miały stanowić podstawę kompozycji dla Cama.

Allie znała wymowę kwiatów opartą na założeniu, że każdy kwietny gatunek symbolizuje inne uczucia i cechy natury ludzkiej. Bukiety wysyłane z jej kwiaciarni z okazji narodzin dziecka były więc pełne stokrotek wyrażających niewinność oraz mchu – symbolu matczynej miłości. W kompozycjach walentynkowych naturalnie królowały róże, a oprócz nich lilie oznaczające czystość, heliotrop – symbol przywiązania oraz niezapominajki obiecujące szczerą miłość. Chociaż Camowi język kwiatów był całkowicie obcy, Allie i tak tworzyła dla niego bukiety pełne ukrytych znaczeń. Obrzuciła krytycznym spojrzeniem swoją najnowszą kompozycję, złożoną głównie z tulipanów. W Persji mężczyzna dawał czerwony tulipan swojej wybrance, by barwą kwiatu wyznać, że płonie z miłości, a czernią środka – że jego serce się żarzy niczym węgiel.

Zapełniła wazon astrami nowobelgijskimi i chińskimi oraz kwiatami ognika szkarłatnego. Na koniec, jak zawsze w bukietach dla Cama, dołożyła całą masę liliowych kwiatów koniczyny łąkowej – tak dużo jak się tylko dało bez burzenia zarysu całej aranżacji. Kwiat koniczyny niósł bardzo proste przesłanie: „Myśl o mnie”.

A potem chwyciła zapełniony wazon i wyszła z kwiaciarni, żeby zanieść bukiet Cameronowi. Nie zadała sobie przy tym trudu zamykania drzwi, bo i któż by się odważył ograbić sklep należący do żony komendanta policji?

Gdy Allie przeszła przez próg posterunku, Hanna akurat rozmawiała przez telefon, ale machnęła ręką w stronę zamkniętych drzwi biura Cama, dając tym do zrozumienia, że nie jest w tej chwili zajęty. Po czym rzuciła do słuchawki zdecydowanym tonem:

– Nie. Nie zatrudniamy jasnowidzów. Niemniej dziękuję za kontakt.

Allie ustawiła wazon na środku wysokiego kontuaru, do którego doprowadzano zatrzymanych w celu pobrania odcisków palców, a potem zapukała cicho do drzwi męża i weszła, nie czekając na zaproszenie. Cameron spał przy swoim biurku, z głową opartą o złożone na blacie ramiona.

Z uśmiechem podkradła się do niego od tyłu i przesunęła palcami po włosach na karku Cama. Nachyliła się do ucha męża i wyszeptała: „Gdy sprawiedliwość śpi…”.

Cameron obudził się gwałtownie, podrywając tak szybko głowę, że wyrżnął Allie prosto w podbródek. Allie zatoczyła się w tył i pociemniało jej w oczach, na szczęście Cam złapał ją w porę i pociągnął na swoje kolana.

– Jezu, Allie! Diabelnie mnie przestraszyłaś.

Allie potarła mocno podbródek i niepewnie pokręciła szczęką. Cam tymczasem powiódł palcem po jej szyi.

– W porządku? – spytał.

– Przyniosłam ci kwiaty – odparła Allie z uśmiechem.

Cam przesunął dłonią po twarzy.

– Nie musisz tego robić.

– Ale chcę.

Cam prychnął cicho.

– To posterunek policji, nie hotelowe lobby – zauważył. – Zatrzymani nie zwracają uwagi na wystrój wnętrza. Nawet nie zauważają twoich wysiłków.

– Ale ty je zauważasz – upierała się Allie.

Cameron spojrzał w duże brązowe oczy żony, po czym przeniósł wzrok na jej kurczowo zaciśnięte dłonie.

– Oczywiście. Oczywiście, że zauważam.

Spojrzał przez otwarte drzwi na kontuar, na którym stało najnowsze dzieło Allie. Była artystką – często to powtarzał. Połączenie czerwieni i fioletów, ostrych i miękkich linii oraz wyrafinowanie aranżacji miało w sobie wiele swobody i lekkości, których brakowało samej Allie. Pewnego razu, gdy żona była w pracy, Cam zerknął do jej pamiętnika w nadziei, że odkryje jakieś pokłady osobowości, których Allie nie miała odwagi ujawnić. Nie znalazł jednak zapisów żadnych erotycznych snów czy śmiałych marzeń, ale proste sprawozdanie z wykonanych czynności oraz słów wypowiedzianych do Cama, a potem krótkie podsumowanie, co mogła lub powinna zrobić inaczej.

Niekiedy Cameron się budził w nocy zlany potem – przerażony, że po latach małżeństwa z Allie on także zacznie pisać sprawozdania na temat własnego życia, zamiast je przeżywać.

– Zgadnij, kto wpadł dzisiaj do kwiaciarni. – Allie zeszła z jego kolan i przysiadła na rogu biurka, wymachując nogą niczym sztubak.

– Mam wyrecytować listę wszystkich mieszkańców? – spytał Cam.

– Verona MacBean. – Allie zmarszczyła brwi. – To znaczy, nie wiem, czy nadal „MacBean”… w każdym razie zjechała do Wheelock. Jest teraz słynną autorką. Na jej cześć z wielką pompą wydają lunch w miejskiej bibliotece.

– No, no…Verona MacBean – mruknął Cam z łobuzerskim uśmiechem. – Stara, poczciwa Verona…

– Dość tego! – Allie delikatnie kopnęła go w nogę. – Jest teraz chuda i zasuszona, i nie ma już tak wielkich cycków jak w liceum.

– Może po prostu do nich dorosła.

Allie chwyciła z biurka jakiś katalog i trzepnęła męża po głowie. W tej samej chwili spomiędzy stron wypadł na blat magazyn podróżniczy. Okładka ukazywała pas białej plaży, a za nią czerwony, jednomasztowy jacht unoszący się na falach. Allie z ciekawością zaczęła kartkować czasopismo.

– Cóż, przynajmniej nie „Playboy” – mruknęła. Przebiegła wzrokiem przez listę kurortów oferujących pobyt all-inclusive, a potem uważniej się przyjrzała reklamie przedstawiającej apetyczną nudystkę.

Cam wyrwał magazyn z ręki żony. Policzki go paliły, kołnierz koszuli zdawał się zbyt ciasny. Nie chciał, żeby Allie wiedziała, o czym nieustannie marzy, do czego tęskni.

Allie uniosła brwi na widok czerwonych plam na policzkach Camerona.

– A niech mnie! – powiedziała. – Masz przede mną jakieś sekrety. – Nachyliła się w stronę męża. – Wiem, że to nie moja sprawa i w ogóle, ale osobiście wolałabym żagle niż narty. – Z wahaniem przesunęła się jeszcze kawałek i przytknęła usta do jego ust, nie spuszczając przy tym z męża wzroku.

Cam pozwolił, by jej oddech smagnął go po wargach, a potem cmoknął ją szybko i lekko odepchnął od siebie.

– Nie tutaj – mruknął.

– W takim razie gdzie? – wyszeptała Allie, zanim sobie uprzytomniła, co mówi.

Obojgu natychmiast się przypomniała ostatnia noc i odruchowo umknęli wzrokiem.

Wczorajszej nocy dłonie Allie powędrowały w poprzek łóżka, wsunęły się pod niebieski T-shirt Cama, zaczęły zataczać niewielkie, zapraszające kręgi. Cam odwrócił się w jej stronę, obrzucił chłodnym, zdystansowanym spojrzeniem, po czym chwycił mocno jej palce, by nie mogły wędrować dalej.

– Ach, tak – szepnęła rozczarowana i opuściła bezwładnie dłonie.

– To nie twoja wina – wyjaśnił Cam. – Po prostu jestem wykończony.

Allie niekiedy zachodziła w głowę, skąd się wziął mit głoszący, że mężczyźni mają o wiele większy apetyt na seks niż kobiety. Jej doświadczenia były dokładnie odwrotne. Nie cieszył jej fakt, że była zdecydowanie mniej atrakcyjna od męża, i że to ona zawsze musiała robić pierwszy krok. I że niekiedy Cam nawet nie próbował się wymawiać zmęczeniem. Po prostu udawał, że śpi.

Nurtowało ją, czy wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby była klasyczną pięknością o seksownym ciele. Czasami powtarzała sobie, że w końcu schudnie kilka kilogramów, ostrzyże modnie włosy i przemieni się w istotę, której nikt nie mógłby się oprzeć. A kiedy Cam wyciągnie po nią ręce, jedynie obojętnie się odwróci do niego plecami.

I może znajdzie sobie kogoś innego.

Na tym etapie rozważań zawsze wybuchała śmiechem, bo doskonale wiedziała, że nikomu nie pozwoliłaby się dotykać w sposób, w jaki jej dotykał Cameron MacDonald.

Niczym na zamówienie, Cam chwycił jej rękę i zaczął kciukiem gładzić nadgarstek. Nie miał pojęcia, co innego mógłby zrobić. Pewnych rzeczy nie był w stanie wyznać Allie, nawet po pięciu latach małżeństwa. Przychodziły takie chwile, że musiał pozostać sam na sam ze swoimi myślami – rozważyć, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby nie zbieg rozmaitych okoliczności – a najczęściej dochodziło do tego późną nocą, kiedy Allie miała wobec niego inne oczekiwania. Bez względu jednak na to, co myślała, kiedy się odwracał do niej plecami, Cameron nigdy nie kwestionował własnych uczuć. Miłość do Allie była niczym zajmowanie tego samego miejsca w podmiejskim pociągu – nie można sobie wyobrazić, jakby się czuło w innym rzędzie; żyło się w przeświadczeniu, że właśnie to krzesełko jest wymodelowane specjalnie dla ciebie; siadało się na nim co dzień z zadowoleniem i uczuciem ulgi, że nikt go wcześniej nie zajął.

Allie nie spuszczała z Camerona wzroku. Gdyby tylko nie patrzyła na niego w taki sposób – nie wychwytywała czujnie wszystkich kłamliwych wykrętów. Żałował, że nie jest w stanie uczynić jej szczęśliwą, a przynajmniej poświęcić tyle czasu na próby jej uszczęśliwienia, ile czasu ona poświęcała na uszczęśliwianie jego. Cam zatknął kciuki za ciężki pas z amunicją; kątem oka pochwycił zdjęcie na rozkładówce, przedstawiające Narodowy Park Acadia w Maine.

– Przykro mi – powiedział.

Nie, pomyślała Allie. To mnie jest przykro.

*

Kobieta stała w kwiaciarni za ladą, a jej dłonie fruwały nad kompozycją z liści palmowych, jaśminu, zielonych dzwonów irlandzkich, golterii, obiedki i trojeści. Ścinki łodyg zaściełały laminowany blat oraz czarno-białe płytki podłogi. Allie stanęła jak wryta w progu własnego sklepu i wbiła wzrok w nieznajomą wykonującą jej pracę. A potem przeniosła wzrok na kompozycję stojącą po prawej stronie kasy.

Była cudownie wyważona, w kształcie dzwonu, w delikatnych odcieniach wszystkich możliwych zieleni. Tylko w dwóch miejscach – pomiędzy ozdobnymi trawami – liście kaladium wykwitały szkarłatem, szokującym niczym plamy krwi.

Allie postąpiła krok do przodu; kobieta drgnęła i przycisnęła dłoń do szyi.

– Wtargnęła pani na moje miejsce.

Nieznajoma uśmiechnęła się niepewnie.

– Tak… przepraszam… już się usuwam. – Zaczęła gorączkowo zbierać narzędzia, które wynalazła na zapleczu, i w tym pośpiechu upuściła sekator na podłogę. – Przepraszam – mruknęła i zanurkowała pod kontuar. A potem wyszła zza lady i podała Allie sekator niczym gałązkę oliwną.

Allie jeszcze nigdy nie była świadkiem równie bezczelnego wyczynu – całkowicie nieznana jej osoba weszła do kwiaciarni i sama skomponowała sobie wiązankę! – a jednocześnie musiała przyznać, że ta kobieta nie miała w sobie ani odrobiny zuchwałości: zdawała się zlewać z tłem, rozpływać w cieniu i sprawiała takie wrażenie, jakby to, czego się dopuściła, zdarzyło się poza jej kontrolą, pod wpływem nieodpartego impulsu. Allie zerknęła na śliwkowy beret przykrywający włosy nieznajomej, jej ogryzione paznokcie, ciężki plecak oparty o prawą stopę. Była mniej więcej w wieku Allie i bez wątpienia nie pochodziła z okolic Wheelock. Bo Allie z pewnością by zauważyła i zapamiętała osobę o oczach koloru leśnych dzwonków.

Podeszła do lady i powiodła dłonią po delikatnej zieleni.

– Pomyślałam, że może przydałaby się pani asystentka – powiedziała tymczasem nieznajoma, po czym wyciągnęła przed siebie dłoń poznaczoną odciskami od drutu florystycznego. – Jestem Mia Townsend.

Allie nie mogła oderwać wzroku od bukietu Mii, przywodzącego na myśl rozległe prerie, stada rżących koni i ciężkie powietrze gorącego letniego popołudnia. I nie miało to nic wspólnego z roślinami wybranymi przez Mię, ale raczej z samą aranżacją, wplecionymi w nią emocjami.

Allie nie potrzebowała nikogo do pomocy; w miasteczku wielkości Wheelock udawało się jej utrzymać interes głównie dzięki współpracy z ogólnonarodową siecią Poczty Kwiatowej. Ale ostatecznie zbliżało się Boże Narodzenie, po którym wkrótce nadchodziły walentynki… no i Allie nigdy by sobie nie podarowała, gdyby pozwoliła odejść komuś o talencie Mii, nie nauczywszy się wcześniej tego i owego.

Jakby dostrzegając rozterki Allie, Mia raptownie sięgnęła po plecak, z którego wyjęła starannie otulony gazą pakiecik. Gdy ją rozwinęła, ukazało się drzewko bonzai o wymyślnym kształcie: powykręcane, miniaturowe, wiekowe.

– Istne cudo – westchnęła Allie.

Mia wzruszyła ramionami, ale w jej oczach pojawił się żywszy błysk.

– W tym właśnie się specjalizuję. Miniaturowe drzewka przypominają mi nowo narodzone dzieci z tym charakterystycznym dla nich wyrazem twarzy – jakby posiadły całą mądrość świata.

Cała mądrość świata… Allie uniosła wzrok i spojrzała Mii prosto w oczy.

– Myślę, że jakoś dojdziemy do porozumienia.

*

Hanna, mająca nadzwyczajny dar wyłapywania wszelkich okolicznych plotek, poinformowała Camerona, że Verona MacBean napisała książkę na temat istoty piekła.

– Jest ponoć czymś zupełnie innym niż w dawnych wyobrażeniach – oświadczyła, wodząc palcem po brzegu kubka. – No wiesz, nie ma żadnych płomieni piekielnych, siarki czy wrzącej smoły.

Cam parsknął śmiechem.

– Nie wspominaj o tym ojcu Gillivrayowi. Byłby bardzo rozczarowany.

Hanna odpowiedziała Cameronowi uśmiechem.

– Verona twierdzi, że piekło nie ma nic wspólnego z bólem fizycznym, tylko raczej z psychicznym cierpieniem. No wiesz, jak wtedy, gdy kobieta odkrywa, że wspaniały, wyśniony facet ożenił się z nią tylko dla kasy.

– Tobie z pewnością to nie grozi – odparł Cam. – Zbyt mało ci płacę.

Wykrzywiła usta.

– No dobra, powiedzmy, że aby się machnąć za jakiegoś wyjątkowego przystojniaka, baba porzuca faceta, który szczerze ją kocha. Ból, jaki odczuwa na myśl o tym, że poślubiła niewłaściwą osobę, jest właśnie tym piekłem. – Hanna zmarszczyła nos. – Chociaż prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, skąd Verona MacBean, królowa piękności Wheelock, mogłaby cokolwiek wiedzieć na temat prawdziwego piekła.

Zandy Monroe, sierżant Camerona, wysunął głowę z szatni.

– Zapominasz, Hanno, że Verona była kiedyś dziewczyną szefa.

Cam rzucił w niego plikiem jeszcze nieotworzonych listów.

– Nie masz nic lepszego do roboty?

– To zależy. – Zandy wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Zabierzesz mnie na lunch?

– Nie – odpowiedział Cam. – Zabiorę Allie. – Zdumiały go własne słowa. Gdy Allie była tu wcześniej, nie planowali wspólnego posiłku, ale Cameron dobrze wiedział, że żona będzie zachwycona perspektywą spędzenia całej godziny w jego towarzystwie. Wciągnął na siebie ciężką, policyjną kurtkę, zamknął na klucz drzwi biura i zwrócił się w stronę Hanny. – Gdyby miasto się znalazło w stanie oblężenia, wiesz, gdzie mnie szukać.

Idąc do leżącej nieopodal kwiaciarni, uśmiechał się pod nosem. Wejdzie do środka i zamówi bukiet z dalii i lilii w kolorach sierpniowego popołudnia. A potem powie, że te kwiaty są dla bardzo szczególnej osoby, i zażyczy sobie bileciku okolicznościowego, na którym napisze: „Co zamierzasz zrobić z resztą swojego życia?”.

Podśpiewując pod nosem, otworzył drzwi kwiaciarni i stanął oko w oko z kobietą, której nigdy wcześniej nie widział w Wheelock. Imię żony zamarło mu na ustach, a wzrok zaczął wędrować po burzy włosów sięgających ramion, po wygięciu jakby lekko nabrzmiałej dolnej wargi, po delikatnie pulsującej żyłce na szyi. Ta kobieta nie była jakąś wyjątkową pięknością, nie przywodziła na myśl nikogo znajomego, a jednak na jej widok zaparło mu dech w piersiach. Kiedy chwycił wyciągniętą na powitanie rękę, dotarło do niego, że nieznajoma ma oczy fiołkowoniebieskiej barwy – zupełnie takiej samej, jaką w jego marzeniach przybierała Zatoka Biskajska.

*

– A! – wykrzyknęła Allie, wychodząc z zaplecza. – Oto Mia.

I nic więcej nie zdążyła powiedzieć, bo w tej samej chwili Zandy Monroe wpadł do środka tak gwałtownie, że drzwi uderzyły o ścianę, a jedna z umieszczonych w nich szybek pękła na dwoje.

– Szefie! Jest pan potrzebny!

Wiedziony niezawodnym instynktem Cam bez zbędnych pytań wybiegł za swoim sierżantem, odruchowo kładąc dłoń na kaburze pistoletu. Zobaczył zebraną przed posterunkiem dużą grupę ludzi; kątem oka dojrzał Allie i Mię, również podążające w stronę zgromadzenia.

Napompowany adrenaliną, Cam przedarł się przez tłum otaczający – jak się okazało – czerwonego forda pikapa.

Tymczasem Zandy podszedł do okna od strony kierowcy.

– Okay, oto komendant policji. – Po czym wzruszył ramionami i mruknął do Camerona: – Nie chciał gadać z nikim prócz ciebie, szefie.

– Cameron MacDonald?

Głos mężczyzny był silny i donośny, a jednocześnie podszyty emocjami, jednak tak nieznacznie, że policjant mniej doświadczony od Cama mógłby w ogóle nie wychwycić cierpienia znaczącego każdą sylabę.

– Owszem. W czym mógłbym panu pomóc?

Mężczyzna wysiadł z samochodu. Nie mieszkał w okolicach Wheelock, ale Cam był niemal pewien, że widział go tutaj w ostatnim tygodniu. Może na poczcie, a może w restauracji przy hotelu Wheelock Inn. Nieznajomy był równie wysoki co Cameron, ale żylasty i wychudły, jakby zmęczony samą koniecznością istnienia.

– Nazywam się James MacDonald – powiedział mężczyzna tak głośno, żeby wszyscy wokół dobrze go usłyszeli. – Jestem twoim kuzynem. – Cofnął się w stronę pikapa i wskazał na siedzenie pasażera, na którym półleżała śpiąca kobieta. – Moja żona, Maggie, nie żyje. – Spojrzał w oczy Cameronowi. – I to ja ją zabiłem.

[1] Mowa o Karolu Edwardzie Stuarcie, „Młodym Pretendencie”, synu Jakuba III Stuarta i Klementyny Sobieskiej, który w 1745 roku podjął awanturniczą próbę odzyskania tronu Anglii i Szkocji dla swojego ojca, „Starego Pretendenta” (przyp. tłum.).

[2]Wee (szkoc.) – mały; loch (szkoc.) – jezioro (przyp. tłum.).

2

Po słowach Jamesa MacDonalda rozpętało się istne piekło – choć zupełnie nie takie, jak w wizji Verony MacBean.

Dwie kobiety zemdlały; jedna nieszczęśliwie uderzyła głową o chodnik i pod jej policzkiem zaczęła rosnąć plama krwi. W odruchu dziwnie pojętej rycerskości Art MacInnes, miejscowy golibroda, doskoczył do Jamesa i trzasnął go pięścią w nos. Dwójka dzieciaków na rowerach w jarzeniowych kolorach wpadła w sam środek tłumu otaczającego pikapa.

– Spokój! – wrzasnął Cam i gestem nakazał Zandy’emu przejść na drugą stronę samochodu. Niewykluczone, że ten facet to zwykły czubek; może kobieta w pikapie po prostu drzemała, zapadła w cukrzycową śpiączkę lub współdziałała z mężem w odgrywaniu jakiejś chorej farsy. Cam zwrócił się w stronę zgromadzonych. – Wracajcie do domu – zarządził. – Wystając tu, przeszkadzacie mi w pracy.

Nikt się nie ruszył.

Cam westchnął ciężko i z rozpostartymi ramionami podszedł do Jamesa MacDonalda. James stał lekko przygarbiony i przyciskał do twarzy dłonie, spod których wyciekała krew. Cameron wyciągnął chusteczkę z kieszeni. – Proszę – pomachał skrawkiem białego materiału przed oczami Jamesa w sposób, który przywodził na myśl akt poddania.

James MacDonald nie zachowywał się w sposób mogący sugerować, że stanowi bezpośrednie zagrożenie dla otoczenia. Nie było więc powodu zakuwać go w kajdanki. Cam wprowadzi Jamesa na posterunek, poczęstuje kawą, spróbuje nakłonić do rozmowy. W tej chwili jeszcze go nie aresztuje.

– Szefie, drzwi pasażera się zacięły.

Na dźwięk głosu sierżanta James MacDonald odwrócił się raptownie i zobaczył, że Zandy szarpie za samochodową klamkę. Ponieważ nie ustępowała, sierżant wsunął dwa palce przez lekko uchylone okno i próbował dosięgnąć szyi kobiety, aby zbadać puls.

Ze zwierzęcym krzykiem James MacDonald wyrwał się z uchwytu Camerona i rzucił w stronę półciężarówki. Odepchnął Zandy’ego od drzwi z ogromną mocą, którą wyjątkowo silni mężczyźni uczą się kontrolować od wczesnej młodości.

– Żebyś się nie ważył jej dotykać! – wykrzyknął w stronę sierżanta. Zaciskał mocno dłonie w pięści, a na tle pokrytej ciemnymi plamami twarzy jego zęby błyskały nieprzyzwoicie śnieżną bielą. Odwrócił się w stronę drzwi, po czym je otworzył i dopiero wtedy Cam zdał sobie sprawę, że wcale się nie zacięły, lecz były zablokowane, a James po prostu wyrwał je z zamka. Chwycił w ramiona osuwające się ciało żony, przycisnął policzek do jej policzka, po czym powtórzył szeptem: – Nie waż się jej dotykać.

Spojrzenia Cama i Zandy’ego skrzyżowały się ponad maską pikapa. Cameron ruszył w stronę Jamesa, Zandy też postąpił czujnie do przodu. Ale James się nie opierał, gdy Cam go odciągnął od szoferki półciężarówki.

– Panie MacDonald, zostaje pan aresztowany. – Cam zacisnął kajdanki na nadgarstkach mężczyzny. – Sierżancie… – skinął głową w stronę ciała kobiety. – Proszę się tym zająć…

James zaczął się opierać.

– Nie – wyszeptał do Cama. – Nie wolno ci tego robić.

Cam musiał się nachylić, żeby dosłyszeć jego słowa.

– Panie MacDonald, jestem zmuszony zabrać pana na posterunek.

– Proszę, nie zostawiaj jej sam na sam z tym człowiekiem.

Kątem oka Cam dostrzegł Allie wysuwającą się spośród tłumu. Drżała na całym ciele, gdy szła w ich stronę, i nie patrzyła mężowi w oczy.

– Jestem Allie MacDonald. Żona Cama. – Położyła dłoń na ramieniu Jamesa. – Zostanę z Maggie, jeżeli takie wyjście by panu odpowiadało.

James obrzucił ją uważnym spojrzeniem, po czym skinął głową. Cam westchnął przeciągle, a następnie dał Zandy’emu znak, żeby przypilnował aresztowanego, sam zaś odciągnął Allie od pikapa.

– To nie jest dobry pomysł – zawyrokował. – Kiedy sprawa trafi do sądu, możesz zostać wezwana na świadka.

– Daj spokój, Cam – wyszeptała Allie. – Chyba nie zamierzasz go zatrzymać w areszcie?

Cameron chwycił żonę mocno za ramiona.

– On zabił tę kobietę, Allie.

– Ale się oddał pod twoją opiekę.

Cam parsknął kpiąco.

– To trochę tak, jakby zamknął stajnię dopiero po ucieczce konia, nie sądzisz?

Allie wyprostowała się wojowniczo.

– Na twoim miejscu uważnie bym wysłuchała, co ma do powiedzenia. To oczywiste, że bardzo ją kochał.

Cam zwiesił głowę.

– Tym już nie przywróci jej życia.

*

James MacDonald po raz ostatni spojrzał na swoją piękną, znieruchomiałą żonę na wpół leżącą na przednim siedzeniu półciężarówki i w tym samym momencie przypomniał sobie dzień ślubu sprzed jedenastu lat – gdy wszystkie możliwe moce sprzysięgły się przeciwko nim.

Maggie chciała, żeby się pobrali w weekend, na który przypadał Memorial Day, bo miała nadzieję, że dzięki majowej aurze uroczystość zostanie odprawiona na świeżym powietrzu; tymczasem w ten ważny poranek – zamiast zapowiadanego słońca – lunął rzęsisty deszcz. Ponieważ oboje życzyli sobie skromnej, prywatnej ceremonii, postanowili, że ślubu udzieli im sędzia pokoju, kiedy się jednak stawili w umówionym miejscu i czasie, żona sędziego oznajmiła, że mąż leży złożony grypą żołądkową. Ruszyli więc z Cummington do sąsiedniego miasteczka, potem do następnego i jeszcze kolejnego w poszukiwaniu urzędnika, który nie wyjechał na świąteczny weekend i byłby gotów udzielić im ślubu.

Kiedy się wreszcie znaleźli w saloniku sędziego pokoju w Great Barrington, mankiety spodni Jamiego ociekały wodą, a fiołki w ślubnym bukieciku Maggie smętnie zwisały z jej dłoni. Z głębi domu dobiegały głośne śmiechy gości, zaproszonych przez sędziego na grilla – z racji pogody urządzanego w ciepłym, suchym garażu.

– Zebraliśmy się tu dzisiaj – zagaił sędzia – aby… A niech to szlag!

Maggie drgnęła gwałtownie i delikatnie pociągnęła Jamesa za rękę, w której ściskał jej dłoń.

Dopiero po chwili dotarło do niego, że Maggie czeka, by w jej imieniu zapytał, co się stało. Choć może było to szowinistyczne i staroświeckie myślenie, nic wyraziściej nie uprzytomniło Jamiemu, na czym polega rola męża. W niektórych sytuacjach będzie przemawiał w imieniu Maggie.

– Coś nie w porządku? – zapytał.

Sędzia pokoju zerknął ponad ramię Jamesa.

– Świadek – mruknął. – Potrzebujemy świadka. – Przyłożył dłonie do ust i zaczął ogłuszająco pohukiwać w stronę garażu, aż w końcu w drzwiach saloniku stanął spocony mężczyzna o nieprzytomnym spojrzeniu, trzymający w ręku puszkę coorsa.

– Jezu – jęknął. – Nie musisz się tak wydzierać. – Wcisnął sędziemu piwo w dłoń.

– Nie TERAZ, Tom – syknął sędzia.

Tom zmarszczył brwi.

– Wydawało mi się, że chciałeś piwa.

– Chciałem, żeby ktoś się tutaj zjawił.

– Przepraszam – wtrącił James. – Czy moglibyśmy już zacząć?

Tom miał na sobie podkoszulek na ramiączkach z logo Chicago Bulls i lycrowe bermudy, podkreślające wydatny brzuch. Jego wilgotne usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.

– Hej. – Obrzucił uważnym spojrzeniem Jamesa i Maggie. – Zamierzacie się chajtnąć?

Sędzia kazał mu usiąść w rogu, trzymać gębę na kłódkę i spokojnie poczekać do końca ceremonii – do czasu złożenia podpisów na akcie małżeństwa.

– Nie ma mowy – sprzeciwił się Tom. Szarpnął Maggie za rękę, przy okazji rozsypując fiołki, i odciągnął pannę młodą od Jamiego. – Ślub musi być jak się patrzy albo nie warto go odprawiać. – Gwałtownie przyciągnął kobietę do swojego boku. – Ja oddam twoją rękę przyszłemu mężowi, skarbie – zarządził. – Urządzimy prawdziwe, wielkie entrée.

Jamie nie tylko nie życzył sobie, żeby ten facet dotykał Maggie, ale nawet już nie chciał widzieć jego nazwiska na swoim akcie małżeństwa. Zanim jednak zdążył ostro zaprotestować, Maggie uśmiechnęła się promiennie.

– Cudowny pomysł – powiedziała do Toma, nie spuszczając przy tym oczu z Jamiego. Jej spojrzenie jasno wyrażało: Miejmy wreszcie problem z głowy, później będziemy mieli się z czego śmiać.

Jamiemu, niczym smuga dymu, przepłynęły przed oczami twarze kobiet, z którymi się spotykał w przeszłości. Niektóre snuły plany wymyślnych uroczystości weselnych już na drugiej lub trzeciej randce; jedna narysowała mu nawet na papierowej serwetce fason sukni ślubnej, którą zamówiła jakiś czas temu i trzymała w szafie – tak na wszelki wypadek. Żadna z kobiet, które znał wcześniej, nie przebrnęłaby przez podobne fiasko bez załamania nerwowego, z uśmiechem na ustach. Bo też żadna nie umywała się do Maggie.

Tak naprawdę nigdy nie poprosił jej o rękę. Po prostu oboje z góry założyli, że pewnego dnia się pobiorą.

Z garażu płynęły głośne dźwięki „Under the Broadwalk”, gdy Maggie, oparta na ramieniu Toma, szła przez niewielki salonik i obcasami rozgniatała rozsypane fiołki. Aromat jej perfum zagłuszały alkoholowe wyziewy otaczające gęstym obłokiem prowadzącego ją mężczyznę. Sędzia nerwowo wertował instrukcję, by przypomnieć sobie tekst odpowiedniej formuły.

Maggie doszła do Jamiego i chwyciła go pod rękę. Czuł, że drży, więc lekko poklepał ją po dłoni. Później przeprosi za tę katastrofę. Resztę życia poświęci na to, by jej wynagrodzić tak nieudaną ceremonię.

– Zebraliśmy się tu dzisiaj, aby… – zagaił ponownie sędzia pokoju.

– Na twój koszt nachlać się piwa i zaznać dobrej zabawy – dokończył Tom.

Maggie przytknęła rękę do ust i zaniosła się głośnym śmiechem. Odrzuciła przy tym głowę do tyłu i Jamie wyraźnie ujrzał długą, miękką linię jej szyi oraz rdzawe włosy rozsypujące się na ramionach. W jej oczach zabłysły łzy, co sprawiło, że się zaskrzyły niby drogocenne kamienie.

– Małżeństwo to poważna instytucja – oznajmił sędzia surowym głosem. – Nie należy go traktować lekko i rozpoczynać z bezmyślnym śmiechem na ustach.

– Przepraszam – wydusiła Maggie; desperacko próbowała się opanować. Zacisnęła palce na dłoni Jamiego, spuściła wzrok, raz jeszcze cicho parsknęła, po czym przygryzła mocno wargę.

Sędzia rozpoczął swoją przemowę, ale Jamie nie słyszał z niej ani słowa. Zapatrzył się w twarz Maggie. Za jej plecami nie było pozłocistej sali balowej ani witrażowego kościelnego okna, lecz wąż ludzi podskakujących w dziwacznym conga oraz grill wyrzucający w powietrze kłęby dymu.

A i tak Jamie w owej chwili nie chciałby się znajdować w żadnym innym miejscu na świecie.

Nagle zamarł. Maggie musiała to wyczuć, ponieważ przyłożyła dłoń do jego policzka i spytała szeptem:

– Co się stało?

Potrząsnął głową. On, który zawsze ze wszystkiego się zwierzał Maggie, nie miał pojęcia, jak wyrazić swoje emocje. Nagle zdał sobie sprawę, że osiągnął wszystko. Jego życie się ułożyło tak idealnie, że każda zmiana mogła być już tylko na gorsze.

I to go przeraziło.

Maggie zupełnie opacznie zrozumiała mowę jego ciała. Musnęła palcami usta Jamiego.

– Czuję się doskonale – zapewniła. – Wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Nerwowo skinął głową. Odepchnął od siebie mroczne myśli i skoncentrował się na nadziei, którą z własnej dłoni nakarmiła go żona.

*

Gdy Cam wprowadził Jamesa MacDonalda na posterunek, ludzie zebrani na ulicy od razu się rozeszli. Przy głównym kontuarze Cameron zdjął Jamiemu kajdanki i poprosił o opróżnienie kieszeni. Na laminacie pojawiła się garść drobniaków, paczka gumy do żucia oraz kilka luźnych nitek – nic inkryminującego, zdradzającego mordercę.

Hanna była na lunchu, więc w komisariacie panowała cisza, zakłócana jedynie elektrostatycznymi trzaskami policyjnego radia i przyciszonym głosem dyspozytora hrabstwa.

– Panie MacDonald – odezwał się w końcu Cam – przejdźmy dalej.

Zaprowadził Jamesa do izby zatrzymań i wskazał na krzesło. Sam też usiadł, po czym z szuflady wyjął formularz zatrzymania, który położył odwrotną stroną przed sobą na biurku. Najpierw wysłucha, co facet ma do powiedzenia, chociaż bez wahania by się założył o swojego smitha & wessona, że na końcu tej rozmowy dojdzie do postawienia zarzutów.

Uniósł wzrok i ujrzał uśmiech siedzącego naprzeciwko mężczyzny.

– Powiadają, że jesteś do niego podobny – rzekł Jamie.

– Do kogo?

– Camerona MacDonalda I. Tego sławnego.

Cam uczynił cały spektakl z przekładania na biurku długopisów i ołówków.

– Nic mi na ten temat nie wiadomo – odparł w końcu i zaczerpnął oddechu. – Proszę posłuchać, w tej chwili ja jestem oficerem policji, a pan obywatelem, który twierdzi, że dokonał zabójstwa. Podarujmy więc sobie te pieprzone dyrdymały.

– To niemożliwe. Przyjechałem do Wheelock właśnie dlatego, że to twoje miasto.

Cam popatrzył na Jamesa spod zmrużonych powiek.

– A właściwie jakie nas łączy pokrewieństwo?

– Nasi dziadkowie byli rodzonymi braćmi. Jeżeli nie wierzysz, zapytaj Angusa. Ile to on ma już lat? Osiemdziesiąt? Osiemdziesiąt dwa?

– Przede wszystkim ma demencję starczą – odparł Cam. Jego stryjeczny dziad Angus był strażnikiem Carrymuir w czasach, gdy Cameron i jego ojciec cieszyli się życiem w Wheelock. Po śmierci Iana MacDonalda Cam poleciał do Szkocji, przywiózł do Stanów Angusa, a Carrymuir przekazał w zarząd National Trust of Scotland.

– Panie MacDonald…

– Jamie. – James się pochylił nad blatem, jakby zamierzał powierzyć Camowi ważną tajemnicę. – Otrzymałem imię po twoim stryju. Tym, który zginął na wojnie.

Cameron rozdziawił usta ze zdumienia. W jego rodzinie nigdy się nie wspominało o stryju, bohaterze wojennym, ponieważ na dźwięk jego imienia babka natychmiast uderzała w płacz. Jamie był jej pierworodnym, który zostałby głową klanu, gdyby w 1944 nie zestrzelono go nad Pacyfikiem. To w wyniku jego tragicznej śmierci honorowy tytuł lairda przeszedł na ojca Cama, drugiego w kolejności.

– Cóż, Jamie – mruknął Cam, gdy wreszcie odzyskał głos. – Opowiedz mi wobec tego, co dokładnie cię sprowadziło do Wheelock.

James wahał się jedynie przez chwilę.

– Przyjechałem tutaj, żeby zabić żonę.

Cam spojrzał kuzynowi prosto w oczy – oczy niemal tego samego koloru, co jego własne: zielone, typowe dla MacDonaldów. Szukał w nich cienia gniewu, poczucia winy czy – co daj Boże, amen – szaleństwa. Ale nie dojrzał niczego podobnego.

– Cóż, Jamie – odezwał się po chwili, wkręcając formularz zatrzymania w wałek maszyny do pisania. – Masz prawo zachować milczenie.

*

Jamie MacDonald zbudował swoją profesjonalną karierę na kreowaniu alternatywnych światów. Umożliwiał młodym parom, planującym pierwszy wspólny dom, wycieczkę po jeszcze niewybudowanych wnętrzach; pozwalał paraplegikom ponownie chodzić o własnych nogach, a studentom medycyny prowadzić operacje na pacjentach, którzy nie krwawili i nie odczuwali bólu. Jako prezes i założyciel Techcellence, komputerowej pracowni konceptualno-projektowej specjalizującej się w generowaniu VR – wirtualnej rzeczywistości – znalazł się w awangardzie ruchu propagującego najnowocześniejsze technologie i stał się żywym symbolem całej gałęzi IT. Maggie, której umiejętności obsługi komputera ograniczały się do uruchomienia edytora tekstowego, określała pracę męża w o wiele prostszy sposób.

– Jesteś Czarodziejem z Oz – mawiała. – Spełnisz ludzkie marzenia.

Ta analogia spodobała się Jamiemu. Przede wszystkim dlatego, że była wyjątkowo trafna: ludzie przychodzili do Techcellence, gdy ich życzenia były niezwykłe i unikatowe, niemożliwe do spełnienia przez inne pracownie. Ponieważ Jamie się nie lękał wyzwań i tak długo wysilał umysł, póki jego wizja nie znalazła odzwierciedlenia na ekranie komputera, w jego firmie często powstawały prototypy, wykorzystywane później przez wielkie korporacje.

Jamie zainstalował rozbudowany system komputerowy w swoim domu w Cummington, miał tam też do kompletu skafander, rękawicę sensoryczną oraz HMD – czyli specjalny hełm – jednak większość projektów tworzył w pracowni zlokalizowanej w centrum, w której się znajdował naprawdę zaawansowany sprzęt o wielkiej mocy, generujący cyberprzestrzeń kontrolowaną w rzeczywistym czasie. Jamie zatrudniał na stałe dziesięciu ludzi, ale kiedy Techcellence wiązało się kontraktem z Nintendo, Departamentem Obrony czy którymś ze szpitali klinicznych, wówczas podpisywał umowy z dodatkową dwusetką – specjalistami od cyfrowej obróbki obrazu i dźwięku, plastykami, scenarzystami, producentami, reżyserami i sporą liczbą programistów. Pod wieloma względami praca Jamiego przypominała pracę mistrza kulinarnego – wynajdował kucharzy specjalizujących się w określonych potrawach, które potem tak zestawiał, że budowały synergię smaku i aromatu, chociaż on sam nie wyhodował żadnej z użytych ingrediencji.

Często pracował w weekendy, gdy w firmie panował idealny spokój. Wówczas zabierał ze sobą Maggie. Pewnej soboty, w kilka lat po ślubie, Jamie zmagał się z programem zamówionym przez indywidualnego klienta – swego czasu doskonałego tenisistę-milionera, całkowicie sparaliżowanego od szyi w dół na skutek wypadku podczas uprawiania heli-skiingu. Maggie, otwarcie przyznająca, że odczuwa lęk na widok tak wielkiej liczby komputerów, siedziała skulona z książką w wysokim fotelu kupionym od Armii Zbawienia, który był świadkiem niejednej burzy mózgów.

Jamie utknął w martwym punkcie. Naturalnie, problem nie polegał na samym wygenerowaniu animacji komputerowej – każdy w miarę sprawny haker mógł ściągnąć z Internetu odpowiednie do tego pliki. Chodziło o to, że jego klient miał bardzo szczególne życzenie – chciał ponownie zagrać w tenisa na korcie.

Gdyby Jamiemu zależało jedynie na wydojeniu z niego kasy, po prostu wykreowałby rzeczywistość wirtualną oferującą tetraplegikom standardową interakcję. Opaska założona na głowę mierzyłaby natężenie pola elektromagnetycznego wytwarzanego przez nerw wzrokowy, więc użytkownik programu mógłby poruszać kursorem – czy w tym wypadku rakietą tenisową – za pomocą ruchów gałki ocznej. Jamie był jednak perfekcjonistą i dlatego pragnął stworzyć coś o wiele ambitniejszego. Nie wystarczy, by klient ujrzał na ekranie komputera ruch rakiety, która się zderza z piłką, jak w tych archaicznych grach na Atari. Jamie chciał stworzyć system immersyjny – sprawić, by jego klient przeżył całkowite zanurzenie zmysłowe: uwierzył, że znowu stoi na korcie.

Normalnie nie stanowiło to większego problemu: dobry hełm precyzyjnie śledził wszelkie ruchy głowy, prezentował trójwymiarowe obrazy w polu widzenia o kącie 190° oraz odcinał od zewnętrznego świata. Przy włączeniu do układu skafandra, rękawicy sensorycznej i specjalnej platformy można było uzyskać trzy rodzaje wzajemnie skorelowanych sprzężeń zwrotnych. Symulatory dotyku wytwarzały wibracje w określonych partiach ciała, co – w połączeniu z efektami wizualnymi oraz słuchowymi – skłaniało mózg do określonych interpretacji. Aby zwiększyć intensywność strumienia bodźców, można było zastosować pewne dodatkowe subtelności – na przykład wykorzystać częstotliwości poddźwiękowe dla stworzenia efektu ruchu lub nieważkości. Natomiast odpowiednie operowanie siłą fizycznego nacisku na określone partie mięśni dodatkowo zwiększało rozmaite wrażenia: powiedzmy przeciążenia odczuwanego podczas wystrzelenia rakiety w kosmos.

Problem w tym, że generowanie bodźców dotykowych i kinestetycznych nie miało najmniejszego sensu w przypadku człowieka, który nie czuł niczego od szyi w dół.

Jamie zdjął hełm z głowy i w znużeniu przejechał dłońmi po twarzy. Nie zdawał sobie sprawy, że jęknął z frustracji, dopóki Maggie nie odłożyła książki i nie stanęła za jego plecami.

– Problemy w pracy? – Zaczęła masować mu ramiona.

– Kolosalne – przyznał Jamie. – Jak mam sprawić, żeby ktoś niezdolny do odczuwania jakiegokolwiek dotyku odbierał bodźce czuciowe?

Maggie zmarszczyła brwi.

– Nie bardzo pojmuję, o co chodzi.

– VR dla tetraplegika. – Podał jej HMD. – Facet sparaliżowany od szyi w dół chce grać w tenisa.

Uśmiech, który się pojawił poniżej linii hełmu, jasno wskazywał, że Maggie jest zachwycona wirtualnym odwzorowaniem centralnego kortu Flushing Meadows – białych linii boiska, pocących się tłumów, dymno-niebieskiego nieba. Obraz na komputerze świadczył, że Maggie poruszyła okiem: na skraju monitora pojawiła się rakieta tenisowa, która śmignęła naprzód w silnym forhendzie.

– Chce także, aby przyjaciele mogli się podłączyć do jego cyberprzestrzeni, a jednocześnie życzyłby sobie zainstalowania opcji „inteligentnego przeciwnika” – na wypadek gdyby akurat żaden inny tenisista z krwi i kości nie zalogował się do gry.

– A dlaczego właściwie utknąłeś?

Jamie wzruszył ramionami.

– Nie potrafię sprawić, by poczuł wilgoć potu na uchwycie rakiety czy zmęczenie w mięśniach nóg, wywołane nieustannym bieganiem.

– Trudno mieć o to do ciebie pretensje – zauważyła Maggie. – Czy nie możesz takich doznań zrekompensować w inny sposób? Na przykład za pomocą aromatu mleczka do opalania, dobiegającego od strony trybun, czy zapachu gumy, który uderza w nos, ilekroć się otwiera puszkę z piłkami do tenisa?

– Do odbioru tych doznań nie jest mu potrzebny program VR – zauważył Jamie. – Ten facet chce się znowu poruszać na własnych nogach.

Maggie przysiadła na kolanach męża. Ściągnęła hełm, przyłożyła dłoń do monitora i pokręciła głową.

– Zawsze mnie zdumiewa, o ile wspanialszy jest obraz, gdy się go ogląda z HMD.

– O to właśnie chodzi – zaśmiał się Jamie.

– Tylko sobie wyobraź – westchnęła Maggie. – Być tak niesamowicie sprawnym i aktywnym, a potem w jednej chwili wszystko utracić… Gdybym kiedykolwiek uległa wypadkowi i doznała całkowitego porażenia, masz mnie bez wahania zastrzelić.

Jamie odruchowo objął mocniej żonę.

– Nawet nie żartuj na ten temat. Poza tym, jestem pewien, że w gruncie rzeczy tak nie myślisz.

Maggie uniosła w zdumieniu brwi.

– A ty chciałbyś wieść żywot warzywa?

– W takiej sytuacji człowiek wcale nie jest warzywem. Umysł nadal działa równie sprawnie jak przedtem.

– A ty stajesz się jego więźniem – dodała Maggie. – Dziękuję uprzejmie.

– Wciąż funkcjonują wszystkie zmysły – upierał się Jamie. – Wzrok, słuch, węch, nawet dotyk w obrębie twarzy. No i smak.

– Smak to przereklamowany zmysł – rzuciła Maggie. – Wcale bym za nim nie tęskniła.

– Tęskniłabyś, gdybyś nagle została go pozbawiona – stwierdził Jamie.

– Tak czy owak, wolałabym być ślepa i głuchoniema niż sparaliżowana od szyi w dół.

Jak na gust Jamiego w pomieszczeniu zapanowała zbyt ponura cisza, pomimo szumu wydawanego przez komputery. Nie mógł się uwolnić od myśli, że dalsza rozmowa na poruszony temat będzie czystym kuszeniem losu.

– Mam nadzieję, że nigdy nie staniesz przed takim dylematem – mruknął.

Maggie przycisnęła dłoń do jego policzka.

– Z pewnością bez problemu pogodziłbyś się ze świadomością, że już nigdy nie poczujesz mojego dotyku na swojej twarzy. – Powiodła palcami po czole Jamiego, a potem po jego wargach. – Ale tutaj, lub tutaj? – Mówiąc to, wsunęła rękę pomiędzy jego uda. – Jestem przekonana, że wpadłbyś w rozpacz, gdybyś zapomniał, jakie to uczucie…

Jego penis urósł w dłoni żony. Z pewnością nigdy by nie zapomniał niesamowitych doznań, jakie go ogarniały, gdy dotykała go Maggie. Może właśnie na takich przesłankach powinien oprzeć założenia swojego programu: aktywować pamięć, która by rekompensowała ułomność ciała; wykorzystać zapachy i odgłosy dobiegające zawodnika na korcie, zamontować w hełmie maleńki wiatraczek, aby wywoływał złudzenie ruchu powietrza wywołanego aktywnością fizyczną. Jeżeli wygeneruje odpowiednio silny strumień bodźców, by przywołać wspomnienie biegu czy podania serwisowego, może zmusi mózg do przyjęcia złudzenia za stan faktyczny?

Maggie lekko zacisnęła dłoń.

Jamie szybko przełknął ślinę, gwałtownie napływającą do ust. Problem w tym, że ludzki umysł, który tak łatwo się poddawał iluzji, był jednocześnie cały czas zdolny do racjonalnego myślenia. Kuglarskie sztuczki nie omamią człowieka, który przez czterdzieści dwa lata z wyjątkową sprawnością poruszał się na własnych nogach. Mężczyzna, który dotykał swojej żony, zatapiał się w jej wnętrzu, czuł jej pot schnący na własnej skórze, nie zadowoli się jedynie wskrzeszeniem pamięci. A więc w ostateczności wszystko się sprowadzało do jednego: bez względu na to, jak dobry był Jamie w swoim fachu, świat wirtualny nigdy w pełni nie zrekompensuje utraty tego realnego.

Chwycił w dłonie piersi żony i delikatnie przejechał zębami po jej szyi.

– W tym punkcie muszę ci przyznać rację – wyszeptał.

*

– Jeżeli się nie boisz siedzieć sama z trupem, pójdę poszukać Hugona – powiedział Zandy Monroe.

Allie wzruszyła ramionami. Nie czuła strachu na myśl o pozostaniu sam na sam ze zmarłą Maggie MacDonald; poza tym Cam – chociaż nie wyraził tego jasno i wprost – niewątpliwie życzyłby sobie, aby upoważniona osoba jak najszybciej usunęła ciało z widoku publicznego.

– Nigdzie się stąd nie ruszymy – zapewniła z uśmiechem.

Już wcześniej wysłała Mię z powrotem do kwiaciarni z przykazaniem, by przygotowała tak wiele wiązanek pogrzebowych, jak tylko zdoła.

– Róże – zadysponowała. – Wykorzystaj wszystkie, które mamy.

Do róż poleciła dodać dzwonki – symbol czułości – oraz lewkonie, wyrażające siłę więzów miłości. Zerknęła na bladą, woskowatą twarz Maggie. Ruta – pomyślała. Zapomniałam o rucie, kwintesencji smutku.

Ledwo Zandy zniknął z zasięgu wzroku, Allie bliżej się przysunęła do zmarłej. Zerknęła na boki, po czym przytknęła dłoń do policzka Maggie. Był zimny i jędrny w dotyku. Allie szybko cofnęła rękę i wcisnęła do kieszeni.

Kilka minut później Zandy powrócił w towarzystwie Hugona Huntleya, miejscowego przedsiębiorcy pogrzebowego, który – jak wszyscy pracujący przy Main Street – również się znajdował pośród tłumu zgromadzonego wokół Jamesa MacDonalda.

– Allie. – Hugo skinął jej głową na powitanie. Spojrzał uważnie na zwłoki przez okulary o tak grubych soczewkach, że jego oczy zdawały się maleńkie jak szpilki i głęboko zatopione w twarzy.

– Nie żyje – oznajmił Zandy rzeczowym tonem.

– Dzięki, geniuszu. Właśnie widzę.

Zandy chwycił Maggie na ręce, by ją zanieść do „Domu Pogrzebowego Huntleya”, znajdującego się po drugiej stronie ulicy, i Allie w tym momencie doznała wstrząsu, ponieważ zobaczyła, że w furgonetce już się rozpoczął proces stężenia pośmiertnego: gdy sierżant trzymał zmarłą w ramionach, jej kolana – zamiast zwisnąć bezwładnie – wpiły mu się w brzuch.

Zandy położył zwłoki na boku na stole w preparatorni, po czym zwrócił się w stronę Allie:

– Pani Mac, już chyba może pani iść.

Allie stanowczo pokręciła głową.

– Złożyłam temu człowiekowi obietnicę. Jeżeli ty zostajesz, to ja też.

Oboje spojrzeli na Hugona, który tymczasem włożył biały laboratoryjny fartuch i przewrócił Maggie na plecy, tak że teraz jej kolana sterczały w stronę sufitu. Allie wstrząsnął nieprzyjemny dreszcz, bo na ten widok przypomniała sobie, jak wyglądały przygotowania do pogrzebu w dawnych czasach: zmarłego się kładło na solidnym, drewnianym stole, a potem silne ramiona łamały jego kości uwięzione przez mięśnie zdjęte rigor mortis, aż denat był na tyle wyprostowany, że mógł się zmieścić w trumnie. Szybko odwróciła głowę; słodko-mdły zapach płynu do balsamowania pomieszany z zapachem środka dezynfekcyjnego przyprawiał ją o mdłości.

– Myślę, że na razie nic nie powinieneś z nią robić – rzucił Zandy do Hugona. – Przynajmniej, póki Cam nie zarządzi inaczej.

Hugo pełnił również funkcję miejscowego koronera, chociaż jego doświadczenia w zakresie medycyny sądowej ograniczały się do wykonania jednej autopsji przed mniej więcej dziesięciu laty; ostatecznie zgon się okazał o wiele mniej tajemniczy, niż pierwotnie podejrzewano – delikwent nie został otruty, ale zszedł na prozaiczną marskość wątroby.

Hugo baczniej spojrzał na martwą kobietę.

– Zdejmę z niej tylko ubranie i strzelę kilka polaroidów. Bez względu na wszystko, zdjęcia i tak trzeba zrobić.

Allie tęsknie zerknęła w stronę drzwi, ale niemal natychmiast skrzyżowała ramiona i wzięła się w garść. Pozostanie przy tej kobiecie; będzie czuwać. Zandy oparł się o tacę z chirurgicznymi narzędziami i zaczął pilnie pocierać palcem mosiężny guzik ciężkiej kurtki, udając przy tym, że w ogóle nie patrzy w stronę Hugona, który bardzo się męczył, ściągając ubranie z zesztywniałego ciała. W końcu oboje – i Allie, i Zandy – odwrócili wzrok.

– Nie ma żadnych zadrapań – oznajmił radośnie Hugo. – Ani sińców na szyi. Nie widzę choćby najdrobniejszego zadraśnięcia. – Allie usłyszała trzask sztywnego prześcieradła rozkładanego i zaciąganego na zwłoki. – Na moje oko śmierć przez uduszenie spowodowane zatkaniem ust i nozdrzy.

Allie potrząsnęła głową – usiłowała wymazać z pamięci obraz Jamiego, rzucającego się w stronę pikapa, by uniemożliwić Zandy’emu dotknięcie żony.

– Czemu ktoś miałby zrobić coś podobnego ukochanej osobie? – wyszeptała.

Hugo delikatnie dotknął jej ramienia.

– Być może owa osoba go o to poprosiła. – Poprowadził Allie w stronę stołu do balsamowania, po czym wskazał na maleńkie kropki na policzkach Maggie, które wyglądały jak zrobione długopisem. – To ślady po radioterapii – wyjaśnił. A potem odchylił róg prześcieradła i odsłonił czerwony, kłujący w oczy zygzak zbliznowacenia, widniejący w miejscu, w którym Maggie MacDonald miała kiedyś pierś.

*

– Gotowy?

Jamie się odwrócił na dźwięk głosu Camerona. Już złożył podpis pod oświadczeniem, że został powiadomiony o prawie do zachowania milczenia oraz do obecności adwokata przy każdym przesłuchaniu, ale z niego rezygnuje i zamierza dobrowolnie złożyć zeznania. Wiedział, że słono zapłaci za tę decyzję, ale chciał mieć policyjne procedury jak najszybciej z głowy. Cam zdjął mu kajdanki ponad godzinę temu, gdy sekretarka przyniosła kawę. Jamie chwilę czekał, aż kuzyn przygotuje w izbie zatrzymań sprzęt nagrywający; teraz, gdy się odwrócił, jego wzrok padł na najpiękniejszą kompozycję z jesiennych kwiatów, jaką kiedykolwiek widział w życiu.

Mieniła się wieloma odcieniami czerwieni, gdzieniegdzie przełamanej fioletem i przygaszonymi żółcieniami. Rośliny spływały miękko w dół – ich linia przywodziła na myśl trajektorię lotu liści opadających z drzewa. Jamie nie mógł oderwać oczu od bukietu; w pierwszej chwili zachwycało bogactwo i ciepło barw, w następnej – zachwyt ustępował wrażeniu, że kielichy się uginają pod ciężarem własnego piękna.

– Jeszcze nigdy nie widziałem kwiatów na posterunku policyjnym – zauważył Jamie.

Cameron rzucił okiem na bukiet.