Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przed mikrofonem Jacek Laskowski!
Rozpoczynamy spotkanie, którego główną gwiazdą będzie głos znany w całej Polsce. Głos, który sprawia, że nawet najnudniejszy mecz staje się porywającym spektaklem. Na boisko wbiega Jacek Laskowski, by zaczarować czytelnika dryblingiem pełnym piłkarskich ciekawostek, gorących wspomnień ze swego pierwszego amerykańskiego mundialu z 1994 roku i przezabawnych anegdot z najnowszej historii futbolu.Już od pierwszych stron mistrzowsko rozgrywa słowa niczym Ronaldo ogrywający Messiego (lub odwrotnie). Wszyscy czekamy na jego celne komentarze, które asystują najwspanialszym golom, i zapierające dech w piersiach puenty, trafiające zawsze w światło bramki. Jednak chyba najbardziej kochamy językowe potknięcia i kiwki – wszak to one przechodzą do historii. Takie mistrzowskie zagrania słowne sprawiają,że „piłka nożna jest najpiękniejsza na świecie, kocha się ją od pierwszego wejrzenia i już do końca swych dni”!A to dopiero pierwsza połowa! Po przerwie czeka na państwa fascynujące sportowe widowisko łączące komentatorską finezję z wnikliwą – jak na absolwenta medycyny przystało – porcją wiedzy o piłce nożnej w każdej jej odsłonie. Gdy Laskowski pojawia się w grze, kibice marzą o dogrywce, a nawet o rzutach karnych!
Jacek Laskowski z wykształcenia lekarz, z zawodu mistrz polskiego dziennikarstwa sportowego, którego głos stał się nieodłącznym elementem największych wydarzeń sportowych w kraju i na świecie. W niepowtarzalnym stylu komentuje wiele dyscyplin sportu – od piłki nożnej, przez siatkówkę i hokej na lodzie, po snooker i piłkę ręczną. Przez lata związany z największymi stacjami telewizyjnymi w Polsce TVP i CANAL+. Od 2015 roku jest także wirtualnym głosem serii gier komputerowych FC (dawna nazwa: FIFA). Prywatnie miłośnik szaradziarstwa, literatury i teatru.
* * *
Redaktor Laskowski dowcipnie i z wielką swadą opisuje Amerykę z 1994 roku. To nie jest lektura dla fanów piłki, żądnych boiskowych niedyskrecji i sensacji. To szczery zapis wrażeń i wspomnień młodego dziennikarza, którego los rzucił na wielki, fascynujący kontynent.
Janusz Basałaj
Książka napisana świetnym językiem, przez co czyta się jednym tchem. Dzięki niej poznałem kolejny talent autora.
Wojciech Frączek
Zawsze, jak słuchałem jego komentarza w telewizji, myślałem sobie: „Przecież ten facet powinien pisać”, wychodzi więc na to, że spełnił moje życzenie. Nie spodziewałem się, że wyjdzie tak osobiście. Poznajcie państwo Jacka Laskowskiego – bez mikrofonu.
Michał Okoński
Niniejsza książka jest zarazem przypomnieniem pierwszego amerykańskiego mundialu i jego sportowych bohaterów, jak i fascynującą opowieścią o szalonej podróży po Stanach Zjednoczonych przed trzydziestu laty.
Leszek Orłowski
To nie kronika wyników. Jacek zabiera nas w podróż do Ameryki, która dla chłopaka z postkomunistycznej Polski była jak lądowanie na Księżycu.
Tomasz Włodarczyk
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 192
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o. Copyright © 2026 by Jacek Laskowski
Opieka redakcyjna: Magdalena Kędzierska-Zaporowska
Korekta: Katarzyna Machowska
Redakcja techniczna: Paweł Kremer
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
Zdjęcia na okładce: archiwum prywatne Jacka Laskowskiego
Wydanie I | Kraków 2026
ISBN ebook: 978-83-8404-164-2
Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków Dział sprzedaży: [email protected]
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Bilet do spełnionego marzenia. Fot. archiwum prywatne Jacka Laskowskiego
Czerwiec 1990 roku. Na włoskich boiskach trwają piłkarskie mistrzostwa świata. Nudne, nawet nie wiem, czy nienajnudniejsze w historii. To już ostatnie lata piłki nożnej, w której można było podawać piłkę do swojego bramkarza, a ten mógł takie podania łapać. Sam poziom gry nie był jednak dla mnie czymś rozczarowującym. Ja swoje emocje w sporcie zawsze znajdę, choćby na boisku naprawdę nic ciekawego się nie działo. To zawsze było, jest i będzie dla mnie sportowe święto. Całe swoje świadome życie odliczałem dni i godziny do rozpoczęcia każdej z wielkich sportowych imprez i podporządkowywałem wszystko temu, żeby je oglądać. Tak było i tamtym razem, choć włoski mundial nie był na pewno łatwy także dla telewizyjnych komentatorów. Pracowali wtedy w pojedynkę, źródła ciekawostek były bardzo ograniczone, a dłużyzny w grze nie sprzyjały wzrostowi napięcia komentarza. Wtedy jednak nikt jeszcze nie wiedział, jak w niedługim czasie zmieni się świat, więc pracę komentatora oceniało się tylko przez pryzmat przekazywanych przez niego informacji i emocji.
Pora obiadu, siadamy z Tatą, by obejrzeć razem kolejną transmisję. Za nic w świecie nie przypomnę sobie, jaki to był mecz i kto go komentował. Między jednym kęsem kotleta a następnym wymieniamy uwagi na temat gry i komentarza.
– Co on wygaduje?! – wyrywa mi się nagle po jednym ze stwierdzeń komentatora, które szczególnie nie przypadło mi do gustu. Moja reakcja jest na tyle ekspresyjna, że kątem oka zauważam, jak ręka Taty z widelcem zastyga w powietrzu.
– Cóż... Może następne mistrzostwa świata ty będziesz komentował?
Obaj chyba byliśmy zaskoczeni sytuacją, bo cisza, która zapadła po tych słowach, trwała kilka sekund. Potem uśmiechnęliśmy się do siebie i wróciliśmy do jedzenia oraz oglądania.
Jakie mój Tata miał podstawy, żeby wypalić z taką przepowiednią? Powiedzmy sobie uczciwie: żadne. Właśnie kończyłem piąty rok studiów lekarskich na Akademii Medycznej w Warszawie. Był sam środek sesji, a przede mną potężny, kilkuetapowy egzamin z interny, jeden z najtrudniejszych w całym cyklu kształcenia. Miałem ogromny problem z pogodzeniem transmisji z mundialu (a obejrzeć musiałem absolutnie wszystko!) i przygotowań do egzaminów. Przerabiałem to już z anatomią w 1986 roku – wtedy dodatkowym utrudnieniem były nocne mecze – i z farmakologią podczas Euro 88. Poza tym w czasie sesji nie zawieszałem swojej szpitalnej aktywności. Byłem wtedy mocno związany ze szpitalem klinicznym przy ul. Banacha w Warszawie. Regularnie dyżurowałem na sali pooperacyjnej i na ostrym dyżurze chirurgicznym, bo właśnie chirurgii postanowiłem poświęcić swoją medyczną karierę. Byłem tą specjalizacją zafascynowany i nie wyobrażałem sobie bez niej życia. Nie przewidywałem innego scenariusza, więc już w początkowej fazie studiów podpisałem umowę stypendialną z Wojewódzkim Szpitalem Zespolonym w Sieradzu. Odpowiadało mi to rozwiązanie z wielu powodów, a głównie z tego, że miałem zapewnione staż i pracę po studiach. Szpital dawał mi możliwość ukończenia specjalizacji i mieszkanie. Dodatkowym atutem było to, że w Sieradzu mam rodzinę i spędziłem tam dziewięć pierwszych lat swojego życia. Nie do pogardzenia było również samo stypendium – w połączeniu z innymi dochodami (praca w spółdzielni studenckiej, sędziowanie siatkówki, szpitalne dyżury) pozwalało mi na niezależność i spokojne utrzymanie się w trudnych przecież czasach transformacji. W dodatku kilka miesięcy po mundialu 1990 roku dowiedziałem się, że zostanę ojcem.
Jakim cudem w tym wszystkim mogła pojawić się telewizja? Do dziś nie mam zielonego pojęcia. A jednak się pojawiła.
Jedyną przesłanką dla słów, które padły podczas pamiętnego obiadu, była moja fascynacja sportem, którą Tata sam we mnie zaszczepił. Bardzo wcześnie nauczył mnie czytać, a „Przegląd Sportowy” był dla mnie od wczesnego dzieciństwa lekturą obowiązkową. Książki poświęcone sportowi chłonąłem jak gąbka. Publikację podsumowującą Igrzyska Olimpijskie w Monachium znałem na pamięć. Potrafiłem wyrecytować nazwiska zawodników, którzy zajęli osiem pierwszych pozycji we wszystkich konkurencjach, a obudzony w środku nocy byłem w stanie powiedzieć, ile medali i punktów zdobyło na tych igrzyskach każde z państw. W domu organizowałem alternatywne mundiale, igrzyska, mistrzostwa hokejowe i wiele innych imprez, które na bieżąco komentowałem i z których spisywałem relacje. Tak, to było szalone! Miałem jednak swoje sposoby, żeby skromne warunki, w jakich wówczas mieszkaliśmy, przekształcić w prawdziwe studia komentatorskie.
Poza tym oglądałem wszystko, co miało coś wspólnego ze sportem. Najgorszą karą był dla mnie zakaz obejrzenia jakiegoś meczu. Robiłem, co mogłem, żeby na taką karę nie zasłużyć.
Czy to wszystko ułatwiło mi rozpoczęcie pracy w zawodzie dziennikarza sportowego? Na pewno tak. Czy było wystarczającą podstawą, żeby myśleć o takim zajęciu w czerwcu 1990 roku? Na pewno nie.
Nastał jednak rok 1991. Rok trudnych i bolesnych przemian związanych z reformami ustroju, które chwyciły za gardło wiele dziedzin życia, także medycynę. Rok zwolnień, redukcji etatów, bezwzględnej walki o wszelkie oszczędności.
Skończyłem studia, zaliczyłem obowiązkowy (ostatni, jak się później okazało) obóz wojskowy w Twierdzy Modlin i… zostałem bez pracy. Szpital, który miał zapewnić mi zatrudnienie, rozwiązał ze mną umowę, a próby zdobycia etatu w placówce przy Banacha zakończyły się fiaskiem. Z wielkim trudem udało mi się załatwić zaledwie staż podyplomowy w szpitalu wojskowym przy ul. Szaserów. Ten sam problem dotknął wiele moich koleżanek i wielu kolegów z roku, większość z nas stanęła na rozdrożu. Możliwości były dwie – pozostać w medycynie na zasadach wolontariatu albo – to dotyczyło głównie tych, którzy już założyli rodziny – szukać pracy gdzieś indziej. Zmuszony byłem wybrać ten drugi wariant. I tak oto w pierwszych dniach października 1991 roku po raz pierwszy pojawiłem się w bloku F Telewizji Polskiej przy ul. J.P. Woronicza. Niecałe trzy lata później zostałem komentatorem TVP na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w USA.
Świeżo upieczony absolwent medycyny, który zamiast reperować chore serca postanowił towarzyszyć milionom Polaków, gdy wyczyny polskiej reprezentacji doprowadzają ich do zawału. Fot. archiwum prywatne Jacka Laskowskiego
Ten rok wydaje mi się już bardzo odległy, choć jeszcze niedawno dzielił moje życie równo na pół. Trzy lata po zakończeniu studiów byłem już w zasadzie pewien, że do medycyny nie wrócę. Zaliczony staż podyplomowy gwarantował mi prawo do wykonywania zawodu przez pięć lat, ale wiedziałem, że nie będzie to miało większego znaczenia. Co ciekawe, dokładnie pięć lat po nabyciu tych uprawnień zapukał do moich drzwi listonosz z przesyłką poleconą od Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. Pomyślałem sobie w pierwszej chwili, że ktoś jednak dokładnie pilnuje, żeby nikt nie leczył Polaków bez uprawnień. Nic bardziej mylnego. W kopercie znalazłem ponaglenie dotyczące spłaty zaległych składek i zaproszenie do aktywnego udziału w wyborach do władz izby. Szybko straciłem wiarę w to, że system kontrolny funkcjonuje jak szwajcarski zegarek. Dla mnie był to jednak przede wszystkim moment, w którym symbolicznie rozstałem się z medycyną już na zawsze.
W roku 1994 zdobyłem moje pierwsze własne mieszkanie. Trzypokojowe, ale o niewielkim metrażu, przy ulicy Zwierzynieckiej w Warszawie – to było pierwsze miejsce w moim życiu, w którym osiadłem na dłużej samodzielnie, tylko z żoną i córką, bez konieczności dzielenia przestrzeni z rodzicami, rodzeństwem lub teściami. Nie był to efekt jakichś gigantycznych zarobków w telewizji, choć i tak dzięki pracy w mediach miałem wówczas dużo większe dochody, niż oferowała mi medycyna. Szansa na pozyskanie własnego lokum wynikała z sytuacji własnościowo-lokalowej całej rodziny i możliwości wymiany za dopłatą małego mieszkanka na trochę większe. Dopiero wtedy wkroczyłem w pełni na drogę niezależności. A właściwie wjechałem dzięki zdanemu egzaminowi na prawo jazdy i nabyciu własnego malucha.
W roku 1994 znalazłem się w świecie, o którym jeszcze kilka lat wcześniej bałbym się marzyć, i nie chodzi tu tylko o mój własny, mały świat. Ten wielki też się zmieniał i to w zawrotnym tempie. Raptem kilka lat wcześniej zburzono mur berliński, upadł Związek Radziecki i rozsypał się cały blok państw komunistycznych. Powstawały nowe państwa. Miało to też ogromne znaczenie dla futbolu. Kraje bałtyckie wystartowały w eliminacjach do mundialu samodzielnie, w tabelkach po raz pierwszy pojawiła się Rosja, z powodu wojny z rozgrywek wycofano Jugosławię i zniknęło NRD. Tylko Czesi i Słowacy wciąż grali razem, ale też już szykowali się do podziału na dwie reprezentacje. Po raz pierwszy w eliminacjach zobaczyliśmy San Marino i Wyspy Owcze. Izrael, który wcześniej grał w strefie Oceanii, dołączył do Europy. W europejskiej strefie do gry o prawo występu na mistrzostwach świata przystąpiło ostatecznie 36 drużyn (obecnie w eliminacjach występują aż 54 europejskie zespoły, a więc o połowę więcej). Trzeba było wówczas narysować całkiem nowe mapy – i te polityczne, i te piłkarskie.
Od roku prezydentem Stanów Zjednoczonych był Bill Clinton, który zresztą w trakcie mistrzostw świata złożył wizytę w naszym kraju. Latem 1994 roku władzę na Białorusi przejął Aleksandr Łukaszenka. Wcześniej, podczas marcowej ceremonii wręczenia Oscarów brylowała Lista Schindlera, która rywalizowała wówczas głównie z Fortepianem Jane Campion. Dopiero po zakończeniu mistrzostw na ekrany kin trafiły kultowe filmy Forrest Gump i Pulp Fiction. We wrześniu 1994 roku w stacji NBC miała miejsce premiera pierwszego sezonu Przyjaciół. W Polsce posługiwaliśmy się jeszcze starymi pieniędzmi, denominacja nastąpiła dopiero 1 stycznia następnego roku. W telewizyjnej Dwójce w czerwcu wystartował teleturniej „Jeden z dziesięciu”, a jesienią ukazał się pierwszy odcinek „Familiady” Dopiero wtedy Polsat dostał koncesję na nadawanie w całym kraju, dzięki czemu mógł przełamać telewizyjny monopol TVP.
W sporcie też wydarzyła się mała rewolucja, bo po raz pierwszy od wieków zakłócono tradycyjny czteroletni cykl olimpijski. Zimowe Igrzyska w Lillehammer odbyły się dwa lata po Albertville i od tamtego czasu wymieniają się co dwa lata z igrzyskami letnimi. My wówczas cieszyliśmy się z dwóch wysokich miejsc (piąte i siódme), jakie wywalczył nasz panczenista Jaromir Radke, choć po cichu liczyliśmy na pierwszy od czasów Wojciecha Fortuny medal. Mieliśmy poczekać jeszcze osiem lat, bo w 1994 roku Adam Małysz dopiero zaczął startować w konkursach Pucharu Świata.
Reprezentację Polski w piłce nożnej prowadził wówczas Henryk Apostel. Eliminacje do Euro 96 były jednak nieudane, więc niebawem mu podziękowano. Cóż, Robert Lewandowski miał wówczas raptem sześć lat, a Piotr Zieliński, Arkadiusz Milik i Tomasz Kędziora dopiero co się urodzili.
Dynamika przemian była w tym czasie szalona pod każdym względem, ale to wciąż jeszcze był oldskulowy, analogowy świat.
Mały Jacek w dniu Pierwszej Komunii, kiedy nie śmiał nawet marzyć o tym, że zostanie komentatorem sportowym. Fot. archiwum prywatne Jacka Laskowskiego
Kto urodził się w 1967 roku i od dzieciństwa interesował się futbolem, swoją fascynację tym sportem oparł zapewne na dwóch meczach, które przez całą resztę życia będą mu przypominać, że piłka nożna to dyscyplina piękna, ale i niewdzięczna oraz niesprawiedliwa. Meczu na Wembley w eliminacjach do mistrzostw świata 1974 roku Anglicy nie mieli prawa z Polakami nie wygrać. I to nie tylko dlatego, że jak zawsze byli zadufani w sobie, pełni pogardy dla rywala i pewni zwycięstwa. Oni po prostu grali wówczas lepiej i stworzyli mnóstwo okazji do strzelenia bramki. W jednych sytuacjach stawał im na drodze Jan Tomaszewski, choć przecież na samym początku meczu doznał kontuzji dłoni, w drugich sami okrutnie partaczyli swoje strzały. Gdyby byli choć trochę skuteczniejsi, mielibyśmy do czynienia z pogromem. A jednak zremisowaliśmy.
Niecały rok później los się odwrócił. To Polacy wspięli się na najwyższy poziom futbolu, prezentując na niemieckich boiskach piłkę widowiskową, szybką i, co najważniejsze, skuteczną. I choć w drugiej fazie turnieju o bramki zawsze jest znacznie trudniej, to jednak do decydującego spotkania z Niemcami przystąpiliśmy z uzasadnionymi nadziejami na wygraną. Potworna ulewa we Frankfurcie pozbawiła biało-czerwonych ich podstawowego atutu – szybkiej gry, dokładnych podań i błyskawicznych ataków. Mimo tych obiektywnych trudności polska drużyna wypracowała liczne sytuacje do zdobycia bramek. Niestety, trafiła na genialnie dysponowanego bramkarza, w dodatku wybitnemu bramkarzowi Seppowi Maierowi w paru momentach pomogły kałuże. Przegraliśmy i straciliśmy być może jedyną w historii szansę gry w wielkim finale. Kto obejrzał i przeżył całym sobą te dwa mecze, rozumie, dlaczego w piłce nożnej nie wolno orzekać, kto powinien lub nie powinien wygrać. Kochając ten sport, trzeba akceptować go z całą jego niedoskonałością, z wszystkimi jego zaletami i wadami. Musimy godzić się z tym, że futbol nie należy do nauk ścisłych. Nawet współczesne, coraz doskonalsze metody statystyczne szukające określonych prawidłowości czy zasad powtarzalności są moim zdaniem w wypadku piłki nożnej kompletnie nieprzydatne. Czasem sprawdzają się w siatkówce, hokeju czy koszykówce. W futbolu zbyt często zaledwie jedno udane bądź nieudane zagranie decyduje o najważniejszych rozstrzygnięciach. Historia piłki nożnej została napisana takimi przypadkami.
Kiedy zaczynałem pracę w telewizji, futbol przechodził najważniejszą w swojej historii rewolucję. W latach dziewięćdziesiątych stał się zupełnie nową dyscypliną. Po mistrzostwach Europy w 1992 roku wprowadzono przepis o zakazie łapania piłki przez bramkarza po podaniu od kolegi z zespołu. To był między innymi efekt gry Duńczyków na tamtym turnieju. Wspominamy ich jako czarnego konia Euro, grupę facetów, jak mówiono, „zebranych z wakacji” (co zresztą nie było prawdą), którzy w ostatniej chwili zastąpili wycofaną z gry Jugosławię i prezentując niezwykle atrakcyjną piłkę, ograli wszystkich. Niby tak, ale… nie do końca. Duńczycy, uzyskawszy w meczu korzystny wynik, zanudzali podaniami do własnego bramkarza, by zyskać na czasie. Reakcja skostniałego zazwyczaj gremium decydującego o zmianach w przepisach tym razem była zaskakująco szybka. Od tego momentu piłka miała stać się jeszcze atrakcyjniejsza.
Drugim przełomowym momentem, który zmienił oblicze futbolu, była tak zwana sprawa Bosmana. Nieznany zupełnie belgijski piłkarz dzięki swojemu uporowi wywalczył w europejskich sądach możliwość swobodnego przepływu pracowników między krajami Unii Europejskiej, także tych, którzy zarabiali na życie kopaniem piłki. Uwolniony rynek doprowadził do gigantycznych zmian w sferze transferowej i w budowaniu klubowych kadr. Zniesienie ograniczeń dotyczących liczby zagranicznych piłkarzy mogących występować w danym klubie całkowicie zmieniło zasady gry. Do tej pory bez problemu można było wskazać w europejskich drużynach klubowych pojedyncze gwiazdy pochodzące z innych krajów, brylujące na tle licznych miejscowych piłkarzy. Sprawa Bosmana rozpoczęła w Europie epokę zespołów składających się głównie z zagranicznych gwiazd.
Kolejną wielką zmianą pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych było powstanie Ligi Mistrzów UEFA w miejsce dotychczasowych rozgrywek o Puchar Europy. Początkowo wydawało się, że to nie znowu taka wielka rewolucja. W końcu prawo startu w tych rozgrywkach mieli wciąż tylko mistrzowie swoich krajów i poprzedni triumfator. Prawdziwym wstrząsem okazało się dopiero dopuszczenie do Champions League większej liczby drużyn z najsilniejszych lig. Zespołom z lig słabszych i biedniejszych, mimo regularnego poszerzania grona uczestników rozgrywek, coraz trudniej było się dostać do elitarnego grona zwycięzców, a już kompletnie niemożliwe stało się sprawienie jakiejś niespodzianki przez zespół z mniej znaczącej ligi krajowej. Trzeba było się pogodzić z myślą, że Ligę Mistrzów może wygrać ktoś, kto w poprzednim sezonie zajął w swojej – co prawda mocnej i bogatej – lidze trzecie, a nawet czwarte miejsce. Długo nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Wychowałem się na oldskulowych europejskich pucharach, losowaniach od początku po każdej rundzie, braku rozstawień, możliwości trafienia na siebie potęg już na dość wczesnym etapie. To wszystko miało dla mnie swój urok. Niestety, piłka nożna w ciągu ostatnich trzydziestu lat stała się przede wszystkim niezwykle dochodowym interesem, a biznes, jak wszyscy wiemy, rządzi się swoimi prawami i narzuca je wszystkim. Także dlatego lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku okazały się dla futbolu dekadą przełomową, w której miłość do tego pięknego sportu stała się jeszcze trudniejsza.
Autor w czasach, gdy noce młodzieńcy zarywali, oglądając mecze na czarno-białych telewizorach, a nie rozgrywając je na konsoli. Fot. archiwum prywatne Jacka Laskowskiego
Mundial nie zawsze był mundialem. To określenie przylgnęło do mistrzostw świata dopiero w latach 1978–1986, kiedy to trzy kolejne turnieje odbyły się w strefie hiszpańskojęzycznej. Moje pierwsze mistrzostwa na pewno nie były tak nazywane. Gdy Orły Górskiego robiły furorę na niemieckich boiskach, jedynym alternatywnym określeniem imprezy był skrót WM 1974 (od niemieckiego Weltmeisterschaft – mistrzostwa świata).
Niemiecki turniej jako pierwszy zapisał się w mojej piłkarskiej świadomości. Mocno przeżywałem już same eliminacje do niego, zwieńczone „zwycięskim” remisem na Wembley (zwycięskim, bo dawał nam prawo startu w finałowych rozgrywkach). Do kibicowania naszej reprezentacji podszedłem wówczas nieskażony wieloma latami wcześniejszych niepowodzeń. W domu słuchałem, co prawda, o tym, jak wielkich piłkarzy miały Górnik i Legia i jak nie przekłada się to na grę narodowej drużyny. Zupełnie jednak nie podzielałem tych negatywnych opinii. Dla mnie ekipa, która w 1972 roku sięgnęła po olimpijskie złoto w Monachium – finałowy mecz tej imprezy jest pierwszym, jaki pamiętam – była po prostu najlepsza na świecie. W Polsce bowiem rywalizację na igrzyskach traktowano na równi z mistrzostwami, choć w tym okresie tylko państwa bloku socjalistycznego wysyłały po olimpijskie medale swoje najlepsze składy. Siła tej propagandy sprawiła, że w ogóle nie brałem pod uwagę porażek i wynik 0:2 z Walią na początku eliminacji do mistrzostw świata był dla mnie zupełnie niezrozumiały. Późniejszy awans Polski traktowałem już jako coś oczywistego. Pamiętam siebie jako siedmiolatka, z wypiekami na twarzy czekającego na rozpoczęcie WM 74. To wtedy po raz pierwszy zacząłem odliczać dni do wielkiej sportowej imprezy na długo przed jej rozpoczęciem. Przyznam, że ten zwyczaj pozostał mi do dziś… Całą rodziną oglądaliśmy pierwszą zrealizowaną z takim rozmachem uroczystość otwarcia – w tym wielkie piłki na boisku kryjące artystów reprezentujących poszczególne kraje uczestniczące w imprezie. Pierwszą dumę poczułem po porywającym występie Maryli Rodowicz, choć oczywiście najważniejszy był dla mnie futbol i to na niego najbardziej czekałem. Bezbramkowy remis w meczu otwarcia między Brazylią a Jugosławią okazał się pierwszym z kilku zawodów, jakie spotkały młodego człowieka debiutującego w roli mundialowego kibica. Byłem jednak przekonany, że to tylko wyjątek potwierdzający regułę i że już za dwa dni Polska pokaże, jak się strzela bramki. Bawiąc się z kolegami na podwórku, pilnowałem czasu, żeby absolutnie nie przegapić początku meczu. Ciekawe, że wtedy z całej naszej gromadki tylko mnie na tym zależało… Spirala zainteresowania mistrzostwami miała się dopiero nakręcać. Wpadłem do domu zziajany, szczęśliwy i pewny, że nie umknie mi wielki sukces biało-czerwonych. Pierwszą połowę oglądałem na stojąco, blisko dalekiego od technologii 4K czarno-białego ekranu, chłonąc każdy szczegół. Dwie bramki dla Polski po ośmiu minutach? Dla mnie żadna niespodzianka. Po prostu cieszyłem się tym meczem, jak i każdym następnym – każdą bramką, każdym zwycięstwem. Pamiętam okoliczności oglądania transmisji każdego z występów reprezentacji Polski. Wszystko było tak, jak być miało, aż do pamiętnego półfinału na wodzie, który rozegraliśmy we Frankfurcie z gospodarzami turnieju. Porażka i stracone szanse na finał mistrzostw świata wycisnęły z moich siedmioletnich oczu pierwsze łzy spowodowane futbolem. Płakałem nie tyle ze smutku, ile ze złości: na Niemców, na sędziego, na pogodę. Wembley i Frankfurt nauczyły mnie bolesnej prawdy o futbolu, o której już wspominałem – piłka jest nieprzewidywalna i niesprawiedliwa. Jeśli chcesz się nią pasjonować, musisz to wziąć pod uwagę. Musisz oswoić się z tym, że ktoś, komu kibicujesz, mimo że był zdecydowanie lepszy na boisku, zejdzie z niego jako przegrany. Jeśli tego nie akceptujesz, znajdź sobie inną pasję. Interesowanie się futbolem nie jest przecież obowiązkowe.
W finale oczywiście kibicowałem Holandii, która zaczęła od 1:0, ale mistrzem świata nie została. Ech, ci Niemcy… Choć trzeba przyznać, że nawet ówczesne przeklęte trzecie miejsce dziś bralibyśmy w ciemno.
Mistrzostwa w 1974 roku były dla mojej piłkarskiej pasji ważne także z innego powodu. Nie tylko cieszyłem się z gry naszej reprezentacji, nie tylko pasjonowałem się wszystkimi transmitowanymi meczami. Dzięki mojemu Tacie zacząłem też doceniać kunszt i klasę poszczególnych piłkarzy, zauważać ich umiejętności, wirtuozerię i wszystko to, co czyniło ich dużo lepszymi od reszty. Tata mówił na przykład:
– Popatrz na Cruyffa. Zobacz, jak podaje, jak drybluje, jaki ma przegląd sytuacji. Jak myśli szybciej niż przeciwnik.
Tata, choć nigdy nie uprawiał profesjonalnie futbolu, przybliżał mi jego arkana, nieustannie wzmacniając we mnie zainteresowanie tą dyscypliną sportu. Te nasze wspólne rozmowy o meczach były pierwszymi klockami domina, które, upadając jeden za drugim, ostatecznie pchnęły mnie ku miejscu, w którym dziś jestem.
Kolejnym z takich klocków był argentyński mundial z roku 1978, do którego znów z niecierpliwością odliczałem dni. Pamiętam doskonale dzień jego rozpoczęcia, bo właśnie wtedy obchodziłem swoje jedenaste urodziny. Na stole naszego mieszkania na warszawskim Targówku tort i ciasto z truskawkami, a na boisku – Polacy z Niemcami. Byłem pewien, że gwiazdy poprzednich mistrzostw wzmocnione tym razem zdrowym Lubańskim (na poprzedniej imprezie nie zagrał z powodu paskudnej kontuzji kolana) i młodym Bońkiem wrócą z Ameryki Południowej z tytułem. W meczu otwarcia mieliśmy nie tylko świetnie się zaprezentować i z sukcesem wejść w turniej, lecz także wziąć odwet na Niemcach za pamiętny Frankfurt. Niestety, po raz kolejny piłka pokazała mi swoje niezbyt przyjemne oblicze. Bezbramkowy remis poruszył kibicowskie serca mniej niż to, że nasi zawodnicy po raz pierwszy mieli na rękawkach symbol Centrum Zdrowia Dziecka. Przez pierwszą rundę mimo tego pierwszego nienajlepszego występu udało się przebrnąć i wyjść z grupy (co dziś uznano by za niebywały sukces), niestety, w drugiej polscy kibice musieli obserwować festiwal bramek w wykonaniu naszych przeciwników. Bolesna była nocna transmisja przegranego 2:0 meczu z Argentyną, w którym pod polską bramką dwukrotnie zabalował szalony Mario Kempes. Nieco lepiej poszło nam z Peru, ale ostatecznie moje nadzieje pogrzebali Brazylijczycy strzelający do nas jak do kaczek. W finale znów kibicować musiałem wspaniałym Holendrom, choć i tu nie udało mi się dobrze trafić, bo także Pomarańczowi musieli ulec Argentyńczykom. Przez cztery lata rosłem z naszą reprezentacją i razem ze mną rosły związane z nią oczekiwania. Zawód spowodowany porażką był zatem proporcjonalnie większy niż wcześniej. Wydawać by się mogło, że to w 1978 roku mieliśmy naprawdę najsilniejszą drużynę, wyniki niestety tego nie potwierdziły.
Argentyński mundial miał w sobie na szczęście również przyjemny akcent. W naszej reprezentacji grał wówczas Bohdan Masztaler, piłkarz dziś już zapomniany. Mój Tata w olsztyńskich czasach swojej młodości kumplował się z braćmi Masztalerami, Bohdan był z nich najmłodszy. W jakiś szczególny sposób odczuwałem dumę z tego, że ktoś mi bliski był kiedyś tak blisko kogoś, kto biega tam, w Argentynie, z orzełkiem na piersi. Ale nawet mimo tej świadomości zakończenie piątej klasy SP nr 114 w Warszawie radosne nie było…
Cztery lata później nadziei wielkich sobie już nie robiłem. Stan wojenny, brak meczów przed mistrzostwami – kto pamięta, ten wie, że możliwości naszej reprezentacji były zagadką. Dwa pierwsze mecze mundialu okazały się – jak na moje ówczesne oczekiwania – totalną katastrofą. Ani jednej bramki z Włochami i Kamerunem. Pierwsza połowa meczu z Peru zapowiadała kolejny marazm. W przerwie zapukał do nas mój kuzyn Wiesiek, który jeździł w długie trasy na ciężarówce. Miał wpaść do nas na transmisję, bo akurat przejeżdżał przez Warszawę. Coś go jednak opóźniło, dlatego na pierwszą połowę nie zdążył. Gdy Mama nalewała mu zupę, bez entuzjazmu relacjonowaliśmy mu z Tatą to, co działo się przed przerwą.
– Spokojnie, już jestem i oglądam z wami. Zaczną w końcu strzelać – rzucił z uśmiechem, a my spojrzeliśmy na niego z politowaniem.
Po meczu Wiesiek opuszczał nasz dom w glorii piłkarskiego znawcy. Od zwycięstwa 5:1 z Peru zaczęła się droga drużyny Antoniego Piechniczka po medale. Trzy mundiale na moich oczach – dwa na podium i jeden tuż za najlepszą czwórką. Musicie przyznać, że piętnastoletni kibic w 1982 roku był niemiłosiernie rozpieszczony…
Już mało kto pamięta, że potężnej fecie, jaką kibice zgotowali podczas powitania reprezentacji Polski na Okęciu, i śpiewom „Już za cztery lata Polska będzie mistrzem świata!” towarzyszyły transparenty z napisem „Kolumbia 1986”. Następny mundial miał się odbyć w tym kraju, dopiero tragiczne trzęsienie ziemi zmieniło planowaną lokalizację. Ostatecznie mistrzostwa zorganizowano w Meksyku.
Od tego mundialu los zaczął się kierować przekonaniem, że coraz starszy, dojrzalszy i mądrzejszy Jacuś lepiej będzie znosił niepowodzenia naszej reprezentacji. Jeszcze w Meksyku, będąc już na studiach, mógł sobie ją obejrzeć w finałach. Nocne transmisje z Ameryki Południowej i zbliżające się egzaminy, w tym ten najtrudniejszy – z anatomii – to nie było dla studenta medycyny zbyt fortunne połączenie. A przecież obejrzeć trzeba było wszystko – od meczu otwarcia po finał! Poradziłem sobie trochę lepiej od Biało-Czerwonych i sesję zaliczałem ze skutecznością odwrotnie proporcjonalną do naszych wyczynów na meksykańskim mundialu. Pozostało mi zachwycanie się Maradoną i innymi gwiazdami ówczesnej piłki.
I wreszcie nadszedł rok 1990 i mistrzostwa w Italii – pierwszy raz od dwudziestu lat bez Polaków. Tę historię już jednak znacie.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
PIERWSZY GWIZDEK
PAMIĘTNY ROK 1994
TRUDNA MIŁOŚĆ
MUNDIAL
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
