Dawne światła - Algernon Blackwood - ebook

Dawne światła ebook

Algernon Blackwood

0,0

Opis

„Dawne światła” Algernona Blackwooda to klasyczne opowiadanie grozy o człowieku, który w pozornie zwykłym lesie odkrywa granicę między światem realnym a czymś starszym, dzikim i niepojętym. Urzędnik geodezyjny, badając teren pod wycinkę drzew, trafia do zagajnika, gdzie cisza, wiatr i światło zaczynają żyć własnym życiem. Z każdym krokiem traci orientację – i pewność, czy las naprawdę jest tylko lasem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 12

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Algernon Blackwood

Dawne światła

Tytuł oryginalny: Ancient Lights

Przekład: Maciej Niewiadomski

Redakcja: Maciej Niewiadomski

Korekta: Maciej Niewiadomski

Projekt okładki: Maciej Niewiadomski

Copyright © Algernon Blackwood– utwór w domenie publicznej

Copyright © 2026 Maciej Niewiadomski – prawa do tłumaczenia zastrzeżone

Lusina 2026

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-983015-9-6

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dawne światła

Z Southwater, gdzie wysiadł z pociągu, droga prowadziła prosto na zachód. To wiedział. W pozostałych sprawach zdał się na ślepy los. Należał bowiem do tych urodzonych piechurów, którzy szczerze nie znoszą pytać o drogę. Miał do tego instynkt i z reguły dobrze na nim wychodził. „Mniej więcej mila piaszczystą drogą prosto na zachód, aż po prawej stronie pojawi się przełaz. Potem przez łąki. Czerwony dom zobaczy Pan na wprost”. Raz jeszcze spojrzał na instrukcje na pocztówce i po raz kolejny próbował odcyfrować zamazane zdanie – znów bez skutku. Zostało tak starannie zamazane atramentem, że nie dało się odczytać ani jednego słowa. Zamazane zdania w listach zawsze kusiły. Zastanawiał się, cóż to trzeba było tak pieczołowicie wymazać.

Popołudnie było wietrzne, a wiatr głośno wył. Dął od samej strony morza, poprzez wrzosowiska i pola. Potężne chmury o zaokrąglonych, spiętrzonych krawędziach przemykały przez ziejące wyrwy błękitu. Daleko w tle pasmo wzgórz Downs ciągnęło się wzdłuż horyzontu niczym nadciągająca fala. Na ich grzbiecie wznosiła się kępa drzew Chanctonbury Ring. Wyglądała jak pędzący statek z kadłubem ukrytym za linią wiatru. Zdjął kapelusz i szedł raźno przed siebie. Z zachwytem i rosnącą przyjemnością wciągał w płuca wielkie łyki powietrza. Droga była pusta. Ani jeźdźców, ani rowerów, ani samochodów. Nie jechał nawet żaden wóz kupiecki, nie szedł ani jeden pieszy. Ale i tak o drogę by przecież nie zapytał. Wypatrując czujnie przełazu, szedł naprzód. W tym czasie wiatr smagał jego twarz połami peleryny i mącił błękitne kałuże na żółtym gościńcu. Drzewa odsłaniały spody liści, białe i lśniące. Paprocie i wysokie trawy ugięły się posłusznie w jedną stronę. W tym dniu tętniło potężne życie, wszędzie wznosił się radosny duch i powiew tańca. Dla urzędnika z biura geodezyjnego w Croydon, który dopiero co wyrwał się zza biurka, przypominało to wakacje nad morzem.

To był dzień stworzony do wielkich przygód, a jego serce rwało się naprzeciw tej pogodzie. Jego parasol ze srebrną obrączką powinien być mieczem. Jego brązowe buty powinny być cholewami z ostrogami na piętach. Gdzie krył się zaklęty zamek i księżniczka o włosach ze słonecznego złota? Gdzie jego koń...