Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Dawne światła” Algernona Blackwooda to klasyczne opowiadanie grozy o człowieku, który w pozornie zwykłym lesie odkrywa granicę między światem realnym a czymś starszym, dzikim i niepojętym. Urzędnik geodezyjny, badając teren pod wycinkę drzew, trafia do zagajnika, gdzie cisza, wiatr i światło zaczynają żyć własnym życiem. Z każdym krokiem traci orientację – i pewność, czy las naprawdę jest tylko lasem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 12
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Algernon Blackwood
Dawne światła
Tytuł oryginalny: Ancient Lights
Przekład: Maciej Niewiadomski
Redakcja: Maciej Niewiadomski
Korekta: Maciej Niewiadomski
Projekt okładki: Maciej Niewiadomski
Copyright © Algernon Blackwood– utwór w domenie publicznej
Copyright © 2026 Maciej Niewiadomski – prawa do tłumaczenia zastrzeżone
Lusina 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-983015-9-6
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dawne światła
Z Southwater, gdzie wysiadł z pociągu, droga prowadziła prosto na zachód. To wiedział. W pozostałych sprawach zdał się na ślepy los. Należał bowiem do tych urodzonych piechurów, którzy szczerze nie znoszą pytać o drogę. Miał do tego instynkt i z reguły dobrze na nim wychodził. „Mniej więcej mila piaszczystą drogą prosto na zachód, aż po prawej stronie pojawi się przełaz. Potem przez łąki. Czerwony dom zobaczy Pan na wprost”. Raz jeszcze spojrzał na instrukcje na pocztówce i po raz kolejny próbował odcyfrować zamazane zdanie – znów bez skutku. Zostało tak starannie zamazane atramentem, że nie dało się odczytać ani jednego słowa. Zamazane zdania w listach zawsze kusiły. Zastanawiał się, cóż to trzeba było tak pieczołowicie wymazać.
Popołudnie było wietrzne, a wiatr głośno wył. Dął od samej strony morza, poprzez wrzosowiska i pola. Potężne chmury o zaokrąglonych, spiętrzonych krawędziach przemykały przez ziejące wyrwy błękitu. Daleko w tle pasmo wzgórz Downs ciągnęło się wzdłuż horyzontu niczym nadciągająca fala. Na ich grzbiecie wznosiła się kępa drzew Chanctonbury Ring. Wyglądała jak pędzący statek z kadłubem ukrytym za linią wiatru. Zdjął kapelusz i szedł raźno przed siebie. Z zachwytem i rosnącą przyjemnością wciągał w płuca wielkie łyki powietrza. Droga była pusta. Ani jeźdźców, ani rowerów, ani samochodów. Nie jechał nawet żaden wóz kupiecki, nie szedł ani jeden pieszy. Ale i tak o drogę by przecież nie zapytał. Wypatrując czujnie przełazu, szedł naprzód. W tym czasie wiatr smagał jego twarz połami peleryny i mącił błękitne kałuże na żółtym gościńcu. Drzewa odsłaniały spody liści, białe i lśniące. Paprocie i wysokie trawy ugięły się posłusznie w jedną stronę. W tym dniu tętniło potężne życie, wszędzie wznosił się radosny duch i powiew tańca. Dla urzędnika z biura geodezyjnego w Croydon, który dopiero co wyrwał się zza biurka, przypominało to wakacje nad morzem.
To był dzień stworzony do wielkich przygód, a jego serce rwało się naprzeciw tej pogodzie. Jego parasol ze srebrną obrączką powinien być mieczem. Jego brązowe buty powinny być cholewami z ostrogami na piętach. Gdzie krył się zaklęty zamek i księżniczka o włosach ze słonecznego złota? Gdzie jego koń...
