Dama i uwodziciel - Annie Burrows - ebook
Opis

Lady Sarah Latymor dowiaduje się, że jej ukochani bracia zaginęli w bitwie niedaleko Waterloo. Zmartwiona, udaje się na poszukiwania z najwierniejszymi żołnierzami z ich oddziału. Wkrótce potwierdzają się jej najgorsze przeczucia. Młodszy brat zginął, a starszy odniósł bardzo poważne rany i został odwieziony do szpitala. W drodze powrotnej do domu lady Sarah ratuje ciężko rannego majora Bartletta. Wiedząc, że nie znajdzie mu miejsca w przepełnionych szpitalach, postanawia zająć się jego leczeniem i zaryzykować utratę reputacji. Major Bartlett uchodzi bowiem w towarzystwie za niepoprawnego uwodziciela…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Annie Burrows

Dama i uwodziciel

Tłumaczenie: Teresa Komłosz

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Niedziela 18 lipca 1815 roku

– Ruszać się, a żwawo! – Pułkownik Randall podjechał do majora Bartletta i wskazał za siebie. – Kierujemy się na tamto wzniesienie. Pamiętasz miejsce, które mijaliśmy wczoraj… jak ono się nazywało… Hougoumont. Francuzi gromadzą ciężką kawalerię między zamkiem a drogą na Charleroi. Zajmijcie pozycje między dwoma oddziałami piechoty. Czas nagli!

Major Bartlett zasalutował z kamiennym wyrazem twarzy. Pośpiech? Trudno o nim mówić, kiedy rozmokła ziemia przypomina grzęzawisko.

– No dobrze, chłopcy – zwrócił się do swoich ludzi. – Słyszeliście pułkownika. Podkręcić tempo!

Starali się jak najszybciej zawracać wozy z armatami i jechać przez pole we wskazanym kierunku. Jednak ich pośpiech brał się nie tyle z chęci wypełnienia rozkazu, co z konieczności ucieczki przed padającymi wokół pociskami wroga. Wiedzieli, że kiedy dotrą na wyżej położony teren, będą wreszcie mogli odpowiedzieć ogniem na zaciekły francuski ostrzał. Major Bartlett nie miał zastrzeżeń, jako że sam dość elastycznie podchodził do kwestii ślepego wojskowego posłuszeństwa. W każdej innej jednostce dość swobodne interpretowanie rozkazów przysporzyłoby mu kłopotów. Pułkownik Randall wyżej jednak cenił sobie umiejętność samodzielnego myślenia niż tępe wykonywanie poleceń i nawet go awansował.

Widząc, jak jego podwładni wyprzedzają ludzi majora Flinta w drodze na wyznaczone pozycje, poczuł dumę. Poruszali się szybko i zwinnie i

pierwsi doprowadzili armaty do gotowości bojowej. Flint zrobił to samo zaraz po nich, nawet awansowany zaledwie przed kilkoma dniami Rawlins sprawnie sobie poradził. Czas był najwyższy, bo francuscy kirasjerzy zbliżali się do nich kłusem.

Pierwsza salwa nie zburzyła szyku atakującego oddziału.

– Dobry Boże, wgniotą nas w ziemię!

Major Bartlett odwrócił się gwałtownie. Czyżby któryś z jego żołnierzy ośmielił się ulegać strachowi?

– Nie ma mowy, nie dadzą rady Zabijakom Randalla – rzucił przez zęby. – Pamiętajcie nasze motto: „zawsze zwycięzcy”! – Za wszelką cenę. Zwłaszcza za linią wroga, gdzie szczególnie mógł się wykazać talentem dowódczym, a jego ludzie sprawnością.

– Tak jest – ryknął Randall, unosząc w górę obnażoną szablę. – Semper Laurifer! Łotry, gotowi… Ognia!

Huknęły działa, konie z jeźdźcami padały na ziemię. Scenę bitwy zasnuwał dym, przesłaniał widok zabitych i rannych; wszędzie wokół rozlegały się krzyki i jęki.

Nagle Bartlett usłyszał radosną wrzawę. Niosła się od zgromadzonych za nimi oddziałów piechoty. Kawaleryjska szarża dobiegła końca. Przynajmniej ta pierwsza. Rozejrzał się po swoich ludziach. Pracowali bez wytchnienia, nabijając armaty, przygotowując je do odparcia kolejnego ataku. Nie marnowali czasu, nie trzeba ich było zawracać na pozycje.

Dostali rozkaz, by wykorzystać przerwę między szarżami kirasjerów na wycofanie się za pierwszą linię szyku utworzonego przez piechotę. Nie musiał jednak uświadamiać swoim ludziom, zaprawionym w wielu bitwach weteranom, że jeśli nie pozostaną na swoim dotychczasowym miejscu, przy następnym ataku szyk zostanie przerwany i rozproszony. Widzieli już takie sytuacje, choćby wcześniej tego dnia. Żołnierze piechoty, z niewielkim lub wręcz żadnym doświadczeniem bojowym, patrzyli z uznaniem na Zabijaków Randalla spokojnie wykonujących swoje zadania, jakby potężne konie Francuzów były kręglami, które należy zbić, celnie i skutecznie. Ta postawa prawdopodobnie stanowiła ostatnie źródło nadziei w ogólnie niewesołej sytuacji.

Nadzieja, dobre sobie, pomyślał major Bartlett. Już dawno go opuściła, tak jak i jego towarzyszy broni. Czuli się skazani na śmierć, tak czy inaczej. A skoro tak, chcieli zabrać ze sobą możliwie jak najwięcej wrogów. Broniąc swojego kraju, mogli przynajmniej umierać z godnością, a nie na stryczku.

– Uwaga, panowie, nacierają ponownie – rozległ się krzyk Randalla.

Znów ziemia zadrżała od tętentu ciężkich kopyt, huknęły armaty, rozpoczęła się rzeź. Z rozmiękłej ziemi poprzez dym wznosiły się śmiertelne jęki i wołania o pomoc.

Żołnierze Bartletta ładowali i strzelali. Niezmordowanie. A francuska szarża zdawała się nie mieć końca.

Następnego ranka

Lady Sarah Latymor przetarła oczy i podniosła wzrok na żłób, znajdujący się nad jej głową. Czyżby naprawdę widziała źdźbła siana sterczące przez pręty, czy tylko je sobie wyobrażała?

Słyszała, jak w sąsiednim boksie Kastor szura kopytami, zbierając najdrobniejsze resztki obroku zadanego przez Pietera. Wyciągnęła rękę i przyłożyła otwartą dłoń do desek przegrody między boksami. W nocy słyszała, jak jej koń, ostatni prezent od Gideona, krąży po niewielkiej wygrodzonej przestrzeni i ten odgłos pozwalał jej utrzymać na wodzy rozedrgane nerwy. Wyglądało, że najgorszą dobę w życiu ma za sobą. Zaczynało świtać, mogła już w rzedniejącym mroku dostrzec kontur swojej ręki. W Brukseli panował spokój. Madame Le Brun ostrzegała ją, że w nocy wrogie oddziały mogą zalać miasto, ale nic takiego nie nastąpiło. Oznaczało to z wielkim prawdopodobieństwem, że wojska sprzymierzone musiały wygrać. A ona mogła opuścić kryjówkę.

I kontynuować poszukiwania.

Odkryć, co stało się z Gideonem.

Nie mógł zginąć. Był jej bratem bliźniakiem. Gdyby jego dusza opuściła ziemię, z pewnością by to czuła. Żołądek zacisnął jej się w twardy węzeł, tak samo jak wtedy, gdy szwagier, lord Blanchards, przekazał jej wiadomość. Gussie, jej siostra, wybuchnęła szlochem, natomiast ona stała i kręciła głową. Coraz bardziej ją złościło, że oboje tak naturalnie przyjęli fakt do wiadomości.

Blanchards okazał wręcz zniecierpliwienie, gdy nie chciała uwierzyć, że pośpiesznie napisana notatka, którą trzymał w rękach, może zawierać wiadomość o tak wielkim znaczeniu. Dał jej do zrozumienia, że ma się oddalić do swojego pokoju i tam, na osobności, płakać do woli, żeby sam mógł się bez reszty skupić na pocieszaniu żony.

Nie płakała. Gniew jej na to nie pozwolił. Narastał w niej przez całą noc, aż w końcu w niedzielę rano wybrała się do Brukseli, bo tylko tam mogła znaleźć odpowiedź na pytanie o los Gideona. Przejechała około kilometra drogą do lasu Soignes, nim zawrócił ją oddział huzarów; twierdzili, że zostali pokonani w bitwie przez Francuzów i wroga pogoń dosłownie depcze im po piętach.

Huzarzy, parsknęła Sarah, odgarniając z twarzy potargane włosy. Co oni mogli wiedzieć?

Ben, pies, który towarzyszył jej w powrocie do domu śladem uciekających tchórzliwie huzarów, jakby na potwierdzenie jej wątpliwości przeciągnął się i ziewnął.

– Dobrze spałeś, Ben? – odezwała się do pupila, kiedy podszedł do niej i polizał ją po twarzy na powitanie. – Widzę, że tak. Wspaniałe z ciebie zwierzę – dodała, czochrając go po uszach. – Przez całą noc czułam, że leżysz u mych stóp, i wiedziałam, że gdyby jakiś Francuz odważył się zajrzeć do stajni, wbiłbyś w niego te swoje wielkie zębiska. – Pilnowana przez Bena czuła się bezpieczniejsza, niż gdyby trzymała w dłoni naładowany pistolet.

– Hau – potwierdził Ben z powagą, po czym przysiadł na ziemi i zaczął się energicznie drapać po karku.

– No cóż, ja wprawdzie nie zmrużyłam oka – powiedziała, odrzucając na bok koc – …ale bynajmniej nie zmarnowałam tych bezsennych godzin. Obmyśliłam plan. Znajdziemy Justina.

Sięgnęła po żakiet do konnej jazdy, który zrolowany posłużył jej za poduszkę. Szykownie skrojony element amazonki nie bardzo się nadawał na wyściełanie posłania, zwłaszcza rozłożonego w stajni. Strzepnęła z błękitnego aksamitu resztki siana i wsunęła ręce do rękawów.

Ben przestał się drapać i wbił w nią nieruchome spojrzenie.

– Nie próbuj mi radzić, że teraz, skoro bitwa dobiegła końca, powinnam się udać do dowództwa i spytać o szczegóły – oznajmiła spokojnie. – Bez wątpienia odesłaliby mnie do domu i kazali czekać na oficjalne powiadomienie. Które by wysłali do Blanchardsa.

Podeszła do juków przewieszonych przez drzwi prowadzące do boksu – zostawiła je tam na wypadek, gdyby musiała się zbierać w pośpiechu – i po omacku w jednej ze skórzanych toreb znalazła grzebień. Dotknąwszy włosów, stwierdziła, że, o dziwo, jej fryzura trzyma się całkiem dobrze i właściwie nie wymaga poprawiania. Wepchnęła więc grzebień z powrotem na poprzednie miejsce i ponownie zwróciła się do swego czworonożnego towarzysza.

– Poza tym, gdybym poszła do dowództwa sama, bez żadnej eskorty, od razu by się zainteresowali, co robię w Brukseli. Skąd by wiedzieli, że przyszłam sama? Och, Ben, przecież to oczywiste. Gdyby Blanchards przyjechał ze mną, to on by się zjawił w kwaterze dowództwa i zadawał pytania, rozumiesz?

Ben oblizał się i spojrzał jej w oczy z wyraźną nadzieją.

– Owszem, mam jeszcze kiełbasę – przyznała, ponownie sięgając do juków. – Mogę ci trochę dać. – Oderwała kawałek i rzuciła na słomę przed psem. Sama nie była w stanie nic przełknąć od czasu, gdy Blanchards powiadomił ją o śmierci Gideona. A uciekając z Antwerpii, zapakowała na drogę mnóstwo prowiantu, zakładając, że odnalezienie Gideona lub jego dowódcy pułkownika Benningtona Ffoga może jej zająć parę dni.

Zmarszczyła nos, widząc, że Ben pochłonął jedzenie jednym kłapnięciem szczęki. Dziwiła się, jak w ogóle mogła pomyśleć, choćby przelotnie, że Bennington Ffog może jej się do czegokolwiek przydać. Doszła do wniosku, że znacznie lepiej będzie odszukać swojego najstarszego brata Justina.

– Cóż, Justin może być na mnie zły – odezwała się na głos, wychodząc z boksu na korytarz biegnący środkiem stajni – ale przecież nie odeśle mnie z powrotem do Antwerpii, dopóki mi nie powie tego, co muszę wiedzieć. – Wyjrzała na zewnątrz budynku, żeby się upewnić, czy nikogo nie ma w pobliżu. – Może i jest najbardziej aroganckim i odpychającym człowiekiem, jakiego znam, a do tego pewnie na mnie nakrzyczy za to, że opuściłam bezpieczną Antwerpię wbrew jego wyraźnemu zakazowi, ale przynajmniej rozumie, ile Gideon dla mnie znaczy.

Sarah podeszła do pompy i szybko obmyła twarz i ręce zimną wodą. Ben nie odstępował jej na krok, ale wykorzystał okazję, żeby trochę powęszyć. Jednak gdy tylko skierowała się z powrotem do stajni, stawił się u jej boku.

– Dobry piesek – pochwaliła go i pogłaskała po kudłatym łbie. Wzięła następnie swój kapelusz do konnej jazdy z kołka przy drzwiach służącego za wieszak. Przytrzymując rondo jedną ręką, drugą starała się upchnąć do środka jak najwięcej włosów. – Jedyny problem polega na tym, że nie mam pojęcia, gdzie go szukać. – Umocowała kapelusz na głowie za pomocą spinki. – Ale Mary Endacott będzie wiedziała.

Ben przysiadł na ugiętych łapach i przekrzywił głowę na bok.

– Tak, wiem. Ona mnie nie lubi. I wcale jej się nie dziwię. Musisz jednak przyznać, że ponieważ mieszka w Brukseli od lat i zna tu wszystkich, musi wiedzieć, kogo należy spytać o miejsce jego pobytu, jeśli sama go nie zna. Co więcej – dodała, widząc, że nie udało jej się przekonać psa do swoich racji – będzie chciała znaleźć Justina równie mocno jak ja, ponieważ ta nieszczęśnica jest w nim beznadziejnie zakochana.

Sarah uniosła głowę, wyprostowała ramiona i ponownie wyszła do pompy. Tym razem zobaczyła zaspanego Pietera, który wlókł się przez podwórze, przecierając oczy.

– Bądź tak dobry i osiodłaj mi konia – poprosiła.

Zawahał się na moment, po czym naciągnął czapkę głębiej na czoło i skierował się do stajni, widząc, jak Ben dołącza do swojej pani, która tym razem napełniała wodą butelkę.

– Tak się cieszę, że cię wczoraj spotkałam – powiedziała do psa i schyliła się, żeby go pogłaskać. Ben chłeptał wodę rozpryskującą się na kamieniach. – Z początku uznałam znalezienie pułkowej maskotki za znak, że jestem we właściwym miejscu we właściwym czasie. Ale dzisiaj cieszę się, że jesteś ze mną, bo nie będę musiała stawiać czoła Mary w pojedynkę. – A nie zapowiadało się, że będzie łatwo. Mary nie miała powodu, by ją witać z otwartymi ramionami. Z drugiej strony, cóż mogła zrobić w najgorszym razie? Pokazać jej drzwi? Albo w ogóle nie wpuścić jej do środka? Jakież to miało znaczenie w porównaniu z tym, co już się stało? Jeśli Gideon naprawdę zginął…

Nie zamierzała w to wierzyć, dopóki ktoś jej nie przedstawi dowodu. Wsiadła na Kastora i z Benem biegnącym obok ruszyła na Rue Haute, gdzie znajdowała się szkoła Mary. W drodze zaczęły ją opadać wątpliwości. Jeśli Mary nie zechce z nią rozmawiać, do kogo innego mogłaby się zwrócić?

– Przynajmniej nie będę musiała się dobijać do frontowych drzwi i błagać o wpuszczenie do środka – stwierdziła na głos, ściągając wodze Kastora. Mary stała przed budynkiem i rozmawiała z grupą mężczyzn, którzy otaczali ją kołem, trzymając swoje konie za uzdy. Wszyscy byli w opłakanym stanie.

Sarah straciła rezon. Mary jak zawsze wyglądała elegancko i schludnie – niezależnie od pory i okoliczności. Tymczasem Sarah miała na sobie to samo ubranie, w którym spędziła cały dzień w siodle, przedzierając się przez tłum uciekających z miasta ludzi. Potem czołgała się po ziemi, ratując Bena, a na koniec spała w stajni.

Cóż, nie sposób dobrze się czuć w sukni noszonej od dwóch dni, zwłaszcza jeśli przeżyło się w niej takie rzeczy. Poza tym przy kobietach takich jak Mary, filigranowych, ślicznych, z zadartymi wdzięcznie noskami, Sarah zawsze czuła się jak niezgrabna tyczka.

Ben przyszedł jej z odsieczą, co najmniej drugi raz w ciągu ostatnich dwóch dni, wpadając w grupę obdartusów z radosnym poszczekiwaniem. Sarah, wpatrzona w Mary, zastanawiała się, jak ją przekonać, by zgodziła się pomóc. Dopiero w momencie, gdy pochylali się, bez śladu lęku, żeby przyjaźnie poczochrać Bena, zauważyła ich niebieskie kurtki świadczące o służbie w artylerii. Rozpoznała barwę mundurów oddziału swojego brata; wyłogi i dystynkcje ledwie dało się na nich zauważyć pod warstwą różnego rodzaju zabrudzeń.

Zabijaki Randalla? Tutaj? Co to oznacza?

Zapomniała o obawach przed oceną Mary i podjechała do nich szybko.

– Co się stało? – Zimny dreszcz strachu przebiegł jej po plecach. – Chodzi o Justina? – Mary odwróciła się i popatrzyła na Sarah, ściągając usta. Zaraz jednak twarz jej złagodniała.

– Tak naprawdę nie wiemy, co z nim się dzieje. Nikt go nie widział. Oni uważają, że… że… – Potrząsnęła głową. – Dasz wiarę, że przyszli tu go szukać?

Jak najbardziej. Szkoła Mary musiała im się wydawać całkowicie uzasadnionym miejscem poszukiwań.

– Postanowiliśmy więc, że lepiej będzie pójść poszukać go na polu bitwy, na wypadek…

Sarah widziała po minie i postawie Mary, że obawia się najgorszego. Nie dopuszczała do siebie myśli, że Mary mogłaby tak po prostu się poddać. Zresztą wydawało jej się niemożliwe, by miała stracić dwóch braci naraz.

– On nie zginął – powiedziała z mocą. – Jest niezniszczalny. – W każdym razie byłby niezniszczalny, gdyby miał przy sobie tę cholerną szablę dziadka. Tę, której nie mógł znaleźć, i oskarżył Mary, że ją ukradła.

Lodowaty strach zjeżył Sarah włosy na karku.

– Nie możesz tego wiedzieć – odezwała się jak zawsze praktyczna Mary.

– Ale wiem – upierała się Sarah wbrew wszelkiemu rozsądkowi. Mimo że Justin nie miał przy sobie szczęśliwej szabli Latymorów. – Po co los zaprowadziłby mnie do Bena, gdyby tak nie było? I nie przybylibyśmy tutaj akurat w momencie, kiedy wyruszacie na poszukiwania Justina?

Wyraz tłumionej rozpaczy zniknął z twarzy Mary, ustępując miejsca pogardzie. Wśród żołnierzy jednak nastało ożywienie.

– Ona ma rację – odezwał się jeden z nich. – Pies ma dobry węch. Pomoże w szukaniu pułkownika Randalla, skoro tu go nie ma.

– Tak! A że jeszcze rodzona siostra pułkownika zjawiła się akurat tu i teraz… to musi znaczyć, że szczęście go nie opuściło – zawtórował mu drugi.

Mary tylko pokręciła głową i na chwilę przymknęła oczy, jakby zbierała w sobie resztki cierpliwości.

– Sądzę, że będzie lepiej, jeśli wrócisz do Antwerpii – zwróciła się do Sarah. – W takim stanie nie możesz nam towarzyszyć.

– Szukałam Gideona i nie zamierzam teraz dać za wygraną – odparła Sarah, z trudem panując nad wzburzeniem. – Nie mogę wracać, zanim się nie dowiem, co z moimi braćmi.

Mary westchnęła ciężko z wyraźną niechęcią.

– No dobrze, w takim razie jedź z nami. Ale staraj się nie przeszkadzać – dodała szorstko, wspinając się na siodło.

No tak, oczywiście, Mary widziała w Sarah to, co wszyscy inni: rozpieszczoną, pustogłową pannicę z wyższych sfer. I tylko siebie Sarah mogła za to winić. Tak bardzo się starała uchodzić za ideał młodej damy, że zawsze spełniała oczekiwania rodziców i opiekunów; nigdy nie uchybiła żadnym, nawet najdrobniejszym wymogom etykiety. Podsłuchała nawet kiedyś, jak lord Blanchards wyrażał zdumienie, że cechująca się wyjątkową bystrością Gussie może być spokrewniona z dziewczyną tak mało wyrazistą jak Sarah.

– Proszę. – Mary wyjęła z kieszeni dużą wyperfumowaną chustkę, po czym wyjaśniła Sarah, dlaczego może jej być potrzebna.

– Dziękuję. – Sarah rozciągnęła usta w uprzejmym uśmiechu, który miał skryć to, co naprawdę czuła. Równie dobrze Mary mogła zasugerować, że powinna zasłaniać nos z własnego powodu. Cóż, rzeczywiście tego ranka nie zażyła kąpieli. Sądziła, że zapach wydzielany przez psa i konia zamaskuje wszystkie inne, w tym odór jej potu, ale może śliczny mały nosek Mary był bardziej czuły, niż można się było spodziewać?

Pewną pociechę stanowiło odkrycie, że Ben trzymał się blisko wierzchowca Sarah i nie odstępował jej nawet na chwilę. Zapewne powodem psiego zainteresowania była raczej kiełbasa w jukach niż sama amazonka, niemniej dla postronnych sytuacja wyglądała tak, jakby pies wolał jej towarzystwo.

Mimo wczesnej pory drogę od bramy Namur wypełniał tłum rannych żołnierzy i cywilów szukających swoich bliskich.

Im bardziej się zbliżali do miejsca, gdzie poprzedniego dnia rozegrała się bitwa, tym smutniejsze otaczały ich widoki. Nie mówiąc już o zapachach. Wszędzie czuć było cierpką woń prochu, przez którą przebijał się znacznie gorszy odór. To dlatego Mary zawczasu dobrze nasączyła chustki perfumami i jedną z nich wręczyła Sarah. Myśląc o zapobiegliwości Mary, tym wyraźniej sobie uświadamiała własną niedoskonałość.

– Spokojnie – powtarzała łagodnym tonem, poklepując Kastora po szyi, kiedy okrążali nieforemny stos z ciał martwych ludzi i koni. Starała się omijać wzrokiem to, co zalegało na poboczach drogi.

Nagle bezpański pies przebiegł im drogę; z pyska zwisało mu coś, co przypominało połączone ze sobą pęta kiełbasy. Sarah zacisnęła zęby, próbując powstrzymać falę mdłości. Kropelki potu zrosiły jej skórę nad górną wargą. Ben, który biegał ożywiony z jednej strony drogi na drugą, podniósł łeb i patrzył, jak pies oddala się, szybko unosząc ze sobą krwawy łup.

Sarah zamknęła oczy i oddychała głęboko, starając się opanować nagłą słabość. Nie wolno mi zemdleć, myślała gorączkowo. Nie mogę zemdleć.

– Dobrze się pani czuje, panienko? – Jeden z żołnierzy zauważył jej niewyraźną minę. Sarah zmusiła się do uniesienia powiek i zobaczyła, że reszta ich grupy dotarła już do rozwidlenia drogi i kierowała się w tę samą stronę, gdzie uciekł nieszczęsny kundel. Miała nadzieję, że nie będą musieli koło niego przejeżdżać, i jednocześnie dziękowała Bogu, że tego dnia nie zjadła śniadania, bo niechybnie by je zwróciła.

Czuła, że nie jest gotowa na ponowne oglądanie upiornej sceny.

– Nie, nie tędy! – zawołała, uniósłszy rękę. Wskazała na inną odnogę gościńca. – Musimy jechać tam. – Udało jej się zachować w miarę normalny ton, choć trzęsła się jak osika.

– Za pozwoleniem, panienko, ale pułkownik Randall powinien być raczej tam – odezwał się żołnierz, wyraźnie gotów jechać trasą, której tak się obawiała.

Mary odwróciła się w siodle i przybrała minę, jaką Sarah wiele razy oglądała na twarzach ludzi ze swojego otoczenia. Dawała Sarah do zrozumienia, że jest irytującą niedojdą.

– Sama mówiłaś – próbowała się bronić Sarah – że już go szukałaś tam, gdzie powinien być, i nie udało ci się go znaleźć.

W tym momencie Ben, który od dłuższej chwili biegał z nosem przy ziemi, wydał z siebie krótkie szczeknięcie, a potem ruszył wybraną przez Sarah trasą. Po kilku metrach przystanął i obejrzał się, jakby zdziwiony, dlaczego nie podążają za nim.

– Nawet Ben uważa, że powinniśmy jechać tamtędy – powiedziała Sarah.

Chociaż początkowo wcale nie chcieli jej słuchać, najwidoczniej zaufali psiemu węchowi, bo wszyscy co do jednego skierowali się na drogę wskazaną przez Bena. Nie pozostawili Mary wyboru, musiała do nich dołączyć.

Sarah znów poczuła ściskanie w żołądku, miała nie tylko wrażliwy nos Latymorów, ale też ich przeklętą dumę. A ona kazała jej raczej brnąć przed siebie bez względu na konsekwencje niż przyznać się do popełnienia błędu. Odrzuciła obawy, że przez nią nie znajdą Randalla. Zresztą niewiele zyskała na swoim wyborze, ponieważ nowy odcinek drogi niewiele się różnił od tego, który przemierzali wcześniej. Ziemię znaczyły barwne plamy mundurów, w miejscach, gdzie padli noszący je żołnierze. Leżeli teraz w śmiertelnym bezruchu, zabrudzeni błotem i krwią. Ich drodze towarzyszył przerażający jęk konających ludzi i rżenie koni w agonii. Sarah kręciło się w głowie, w sercu czuła coraz większy ciężar. W końcu zobaczyła, co naprawdę oznacza wojna. Żołnierze nie umierali od schludnych małych ran po kulach. Ich ciała zamieniały się w krwawą miazgę.

Boże, jeśli taki los spotkał Gideona, to nic dziwnego, że nie przysłali jego zwłok do Antwerpii. Justin bywał nieznośnie apodyktyczny, ale zawsze starał się chronić swoje siostry. Nie chciałby, żeby Sarah czy tym bardziej Gussie, w jej delikatnym stanie, były narażone na coś takiego…

Już zaczynało do niej docierać, że tragiczna wiadomość o jej bracie bliźniaku może być prawdziwa, gdy nagle usłyszała głośny krzyk jednego z towarzyszących im ludzi.

Podniosła wzrok i zobaczyła, jak Ben pędzi przez pole do walącej się szopy, wokół której zalegało jeszcze więcej ciał niż przy drodze.

– Znalazł go! Ten cholerny pies go wywęszył – krzyczał żołnierz.

Nie zwlekając ani chwili, całą grupą puścili się galopem w stronę widocznej w oddali ruiny.

Tytuł oryginału: A Mistress For Major Bartlett

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2015

Redaktor serii: Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne: Dominik Osuch

Korekta: Lilianna Mieszczańska

© 2015 by Annie Burrows

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3055-1

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.