Czternaście dni Honoraty - Elżbieta Wojnarowska - ebook + audiobook
BESTSELLER

Czternaście dni Honoraty ebook i audiobook

Wojnarowska Elżbieta

3,5

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Kryminalna przygoda nad Bałtykiem! Morza szum z ironią i groteską na horyzoncie…Honorata wyrusza w podróż. Chce uciec od dawno niewidzianego przyjaciela, który nagle pojawia się w jej życiu. Niestety, to ucieczka pozorna, gdyż mężczyzna wciąż jest obecny w jej myślach. Na domiar złego Honorata wplątuje się w historię rodem z Hitchcocka... Dotychczas żyła w stagnacji, bo inaczej nie chciała i nie potrafiła, ale dwa tygodnie spędzone w Jastrzębiej Górze powodują niespodziewany zwrot w jej życiu. Taka kryminalna przygoda nad Bałtykiem mogła przydarzyć się każdemu, ale w wykonaniu Honoraty, obdarzonej nadopiekuńczą córką i nadwagą, przeradza się w osobliwą, pełną humoru opowieść.

Ta historia pokazuje, że matki i córki tworzą najlepsze duety! A w małych miastach zdarzają się wielkie zbrodnie…

Autorka, Elżbieta Wojnarowska, to pisarka, poetka, piosenkarka i była aktorka Teatru STU, a do tego dr nauk przyrodniczych Instytutu Botaniki PAN – czyli istna mieszanka wybuchowa. Opowieść o Honoracie to w jej zamierzeniu antidotum na wszystkie bolączki tego świata. Bo cóż lepszego możemy robić, niż śmiać się?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 340

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 46 min

Lektor: Donata Cieślik

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Elżbieta Wojnarowska, 2020

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: © yupiramos, © oly5/123rf.com

Zdjęcie Elżbiety Wojnarowskiej: © Jacek Wrzesiński

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Joanna Fortuna

Korekta: Marta Kozłowska

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-39-7 (EPUB); 978-83-66503-40-3 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Honorata nie lubi policji. Nie lubi detektywów. Ani inspektorów. Ani aspirantów. Ani milicji obywatelskiej, którą pewnego dnia przemalowano na policję razem z samochodami, helikopterami i posterunkami. Honorata nie lubi posterunkowych ani drogówki. Ponieważ pracuje w policji.

Honorata nie jest policjantką, nigdy nie włożyła żadnego munduru. Jej legitymacja z nagłówkiem: „laboratorium kryminalistyczne” tkwi od lat w torebce. Nigdy nie była wyciągana, ponieważ każdy tu zna Honoratę, dlatego Honorata wchodzi na teren wojewódzkiej komendy policji bez kontroli.

Honorata jest specjalistką od badań i analiz mikroskopowych. Krew, włos, ślina, sperma. Wszystko można poddać analizie. A następnie przybić pieczątkę i złożyć podpis na formularzu. I nie wolno się pomylić. Bo można kogoś posłać na stryczek. A to byłoby nieprzyjemne, bardzo nieprzyjemne, szczególnie przy kolacji. Bo Honorata lubi jeść. Szczególnie wieczorem, gdy ogląda w telewizji filmy kryminalne, bo bardzo lubi filmy i seriale kryminalne, szczególnie Columbo, ale i te nowsze z dużą gorączką w akcji i przystojnymi amerykańskimi aktorami w rolach głównych. Lubi amerykańskie efekty specjalne, ale te w polskich filmach jakoś nie przypadają jej do gustu. Przez to wieczorne obżarstwo przy telewizji tyje, a potem się odchudza. Niestety wciąż jest gruba, bo co jakiś czas dręczy ją niepowstrzymany apetyt, w końcu macha na to ręką i znowu je. I popija. I to nie źródlaną wodę, ale czystą, z procentami. Oczywiście nie będąc, broń Boże, alkoholiczką.

Honorata nie lubi policji, ponieważ pewien inspektor wykorzystał swoją zależność zawodową, a niestety przystojny nie był. Odbyło się to w dobie panowania prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, gdy nie bardzo było wiadomo, kto komu podlega i do kogo ewentualnie się skarżyć, tak aby nie popełnić błędu.

Honorata nie poinformowała przyszłego tatusia, że nim zostanie, z obawy przed utratą pracy lub ewentualną propozycją małżeństwa, gdyż sama nie była pewna, co byłoby gorsze.

Córka za to zastąpiła jej małżonka od pierwszego dnia pojawienia się na świecie. Terroryzując matkę i w dzień, i w nocy, aż do swojej pełnoletności, kiedy to zażądała od Honoraty „rozwodu”, czyli kiedy to postanowiła wynieść się z domu. Co Honorata zaakceptowała bez mrugnięcia okiem, a nawet z ulgą. Rozumiała Frankę. Wszak pełna wolność w tym wieku to dobrodziejstwo nie do przecenienia. Franka kontrolowała jednak nadal matkę zaocznie, głównie przez telefon, którego Honorata nie śmiała nie odbierać, wiedząc, że ściągnie tym samym córkę do domu na inspekcję. A to byłoby gorsze niż wojenna zawierucha. Stąd grała rolę uległej matki najlepiej jak potrafiła, aby nie drażnić nadopiekuńczej latorośli.

I tak płynęło życie Honoraty, spokojnie i bez wstrząsów. Aż do tego dnia.

Bo właśnie tego dnia zaczęła się ta historia. I do tego absolutnie nieprzewidzianie. Jak to bywa w filmach, które Honorata tak lubiła, a czego tak nie lubiła w realnym życiu.

Dzień wcześniej, równie nieprzewidzianie, Honorata napatoczyła się na pewnego adwokata. Jej trasa z domu do pracy i z powrotem była ściśle ustalona od lat, jak u Fileasa Fogga. Drogi z ulicy Mogilskiej do Ronda Mogilskiego Honorata, broń Boże, nie przebywała na piechotę. Nie gardziła tramwajami, wręcz przeciwnie. Zbędny ruch nadwerężał jej solidną tuszę. Ten kawałek do przejścia z tramwaju do pracy i z powrotem do domu wystarczał jej aż nadto. Honorata nie miała zwyczaju zbaczać z raz obranej drogi. Adwokat nie był przewidziany na tej drodze. Ponieważ nigdy nie był tu widziany. Nigdy się na niego nie napatoczyła. Nie mogła więc przewidzieć, że coś takiego się stanie. I to tego dnia. Bo pewnie zostałaby w domu.

Niestety właśnie wychodziła do pracy.

To znaczy dopiero co wyszła ze swojej kamienicy.

Tak więc gdy ów ktoś raptem stanął na jej dotąd dobrze znanej drodze i przypatrując się z niedowierzaniem, bąknął: „Honorata?”, miała ochotę zawrócić i zwiać. Niestety tusza nie pozwalała jej na tak szybki unik. Zrezygnowana, mając świadomość swoich nieco już siwych i potarganych przez wiatr (a wiało mocno) kosmyków i wymalowanego na twarzy nocnego oglądania kryminałów, zakłopotała się, nie wiedząc, jak wybrnąć z tak trudnej, afektowanej sytuacji.

– To ja! Ziemek! Poznajesz mnie? – wykrzyknął pan, nie będąc chyba pewnym, czy Honorata go słyszy.

Przysunął twarz blisko jej twarzy. Może źle widział bez okularów i chciał się upewnić, czy aby nie robi pomyłki. Był podstarzałym chudzielcem, w za dużym prochowcu, kapelusz z trudem siedział na jego łysinie. Machał laską to w tę, to we w tę, Honorata czuła, że spóźni się do pracy.

– Mieszkasz tu? – Machnął laską w stronę jej kamienicy, aż ciarki przeszły Honoracie po plecach. – Już cię tu kiedyś widziałem, ale nie byłem pewny. – Jego oczy świdrowały ją na wylot. – No, Ziemek! Ziemowit! Nie poznajesz? – Znów wykrzyknął, aż spłoszone gołębie poderwały się do lotu.

– Owszem, mecenasie. – Honorata usiłowała zakończyć spotkanie. – Spieszę się do pracy.

– To co? – krzyknął ponownie, tym razem uradowany. – Do jutra? Musimy to oblać!

Honorata lubiła oblewać różne okazje: wygrane lub przegrane wybory właściwego lub niewłaściwego prezydenta, wizytę Papieża i sterty śmieci na Błoniach, odpowiednie i nieodpowiednie demonstracje, ciekawy lub nieciekawy film kryminalny w telewizji. Ale oblewała to wszystko sama ze sobą. Swoje towarzystwo lubiła najbardziej. Oblewanie z obcym, nawet jeśli kiedyś dobrze znanym mężczyzną, nie wchodziło w grę. Było faux pas. Na to Honorata nie wyraziłaby zgody. Czy jednak Ziemek, którego kiedyś znała, jako dzisiejszy Ziemek zaakceptowałby odmowę? Nie była pewna, więc przybrała wiele mówiący albo raczej nic nie mówiący wyraz twarzy, to znaczy mglisty uśmiech, choć wiedziała, że pokaże przy tym wszystkie swoje zmarszczki, co ją wkurzało.

– Pogadamy sobie! – krzyknął za nią mecenas, gdy go w końcu wyminęła, i nie była pewna, czy to, co wydobyło się z jego ust, nie zabrzmiało jak groźba.

Honorata nigdy nie spóźniała się do pracy. A tego feralnego dnia spóźniła się pięć minut. Szła dobrze sobie znanym korytarzem, a wszyscy, których mijała, przyglądali się jej bacznie i w zadziwieniu, tak to sobie przynajmniej tłumaczyła. Honorata spóźniona? No, no!

Kiedy wróciła do domu tramwajem i tymi samymi, wiele razy odmierzanymi krokami, czuła, że ma mętlik w głowie. Nie miała ochoty na żadne odwiedziny. Kiedyś ktoś uszczęśliwił ją psem rasy pies i było to bardzo niefortunne uszczęśliwienie. Zarówno dla niej, jak i dla psa. Pies nie chciał jeść ani prażonej kukurydzy, ani pizzy, którymi zajadała się Honorata, i trzeba mu było przynosić jakieś paskudne psie konserwy. I wciąż chciał gdzieś wychodzić, szczególnie wieczorami, gdy lało i wiało, albo właśnie w telewizji leciał jej ulubiony serial kryminalny. Pies zyskał więc nowego pana, a Honorata święty spokój. Nie na długo jednak, gdyż uszczęśliwiono ją znów, tym razem Franką, i tej niestety nie dało się już nikomu upchnąć.

A teraz był przeraźliwy czerwcowy upał i zbierało się na burzę. Od kiedy pies Honoraty, który przeraźliwie bał się burzy, nauczył ją bać się burzy, bała się burzy równie przeraźliwie jak kiedyś jej pies. Zamknęła więc na wszelki wypadek okno, choć po chwili duchota zaczęła ją dusić, ale wolała się dusić niż zginąć od pioruna, który mógłby wpaść do pokoju przez okno, jak to gdzieś wyczytała. Wiatr szarpał gałęziami rosnącego obok kamienicy drzewa, a ich stukot o szyby przypominał jej złowrogi stukot gałęzi z Wichrowych Wzgórz.

Honorata nie lubiła burzy ani stukotu gałęzi o okno.

Honorata lubiła święty spokój.

A tymczasem dotarło do niej, że jutro ten spokój zostanie brutalnie zakłócony.

Gdyby jutro miała się odbyć w mieście jakaś demonstracja, Honorata chętnie wybrałaby się na nią i czułaby się usprawiedliwiona chęcią uczestniczenia w zbiorowym proteście, a jej nieobecność w domu byłaby równie usprawiedliwiona.

Ale nie zapowiadano żadnej demonstracji. Ani żadnego protestu. Żadnego marszu. Na żadną okoliczność. Nic nie zapowiadało możliwości usprawiedliwienia jej nieobecności w domu. Za to zapowiedział się mecenas. Z wizytą. To było gorsze niż uderzenie pioruna. Temu należało się przeciwstawić. Honorata myślała gorączkowo, jak tego dokonać.

W końcu wpadła na pomysł, aby po prostu zwiać. O ile Franka pozwoli na wyjazd...

Zwiać! Od upału. Od nagłej i niespodziewanej wizyty. Od Franki, zanim ta zaprotestuje.

To był cud, ta myśl! Jak objawienie. Wyjechać. Rano. Daleko. Wziąć urlop. Wypoczynkowy. Choćby tylko na dzień czy dwa. Miejsce wypoczynku się znajdzie. Przez dzień czy dwa świat bez niej się nie zawali. Ani laboratorium. Nawet przez tydzień się nie zawali. Była coraz bardziej zdeterminowana. Rano zadzwoni do komendanta i coś mu powie, wymyśli jakiś powód, dla którego ona natychmiast musi wziąć urlop. Niech on już coś wykombinuje, żeby ona wzięła ten urlop. Niech coś nawinie w laboratorium. Jeśli zrobił jej dziecko, to niech teraz postara się wydobyć ją z kłopotów, skoro wtedy ją w kłopoty wpakował.

A o kłopotach ówczesnych poinformowała go niedawno jego własna córka. W jaki sposób Franka doszła do pełnoletności, mniej więcej wiadomo, ale jak doszła do prawdy, będąc dopiero co pełnoletnią, trudno powiedzieć. Pewnie drogą dedukcji. Szef przeraził się skandalu i reakcji ślubnej rodziny do tego stopnia, że nawet nie zamierzał zaprzeczać ojcostwa. Tym bardziej, że podobieństwo pannicy do niego było uderzające. Ten sam brak urody, za duży nos i zdecydowanie apodyktyczna natura. Od tej chwili płacił córce po kryjomu, co miesiąc, sensowną sumę i czuł się bezpiecznie.

Honorata, zadowolona z powziętej decyzji o wyjeździe, wywlekła z pawlacza wielką walizkę i wybebeszyła rzeczy z szafy na środek pokoju.

Bo należało się zastanowić, co ze sobą zabrać. Na wypadek, gdyby ucieczka miała się przeciągnąć. Połowa czerwca to trudna pora roku. Nieprzewidywalna. Sorry, jak cały nasz klimat. Może na przykład lać i lać przez dwa tygodnie. Mimo że Honorata zamierzała uciec z domu tylko na parę dni, to przecież takie ulewy mogły spowodować, że nie będzie miała jak wrócić. Przez takie ulewne deszcze będzie zmuszona siedzieć gdzieś ze dwa tygodnie.

Wrzuciła więc do walizki to, co według niej było absolutnie niezbędne. Niestety walizka nie zamierzała dać się dopiąć.

Rozrzucona po pokoju sterta ubrań przyprawiła Honoratę o napad melancholii. Miała wrażenie, że dokonuje czynu zabronionego, czyli ucieczki z miejsca przestępstwa. Okłamywanie nie tylko komendanta policji, ale też szefa laboratorium kryminalistycznego i zostawienie go z górą nie wykonanych na czas analiz laboratoryjnych było według niej przestępstwem. Miejsce przestępstwa nie do końca się zgadzało, bo Honorata nie uciekała z laboratorium, ale nie czepiajmy się szczegółów. To drobiazgi wobec wagi samego zagadnienia. Poczucie winy świadczyło, że była świadomym sprawcą czynu zabronionego, a to podlegało karze. Honorata nie miała jednak zamiaru poddawać się żadnej karze ani tym bardziej presji psychicznej, jaką według niej będą stosować szef oraz Franka, aby zmusić ją do pozostania w domu i pójścia jak zwykle do pracy.

Postanowiła wyjechać. I wyjedzie.

Pomimo burzy i ulewy. Pomimo stukotu w okno. Nie przestraszy się. Nie zrezygnuje.

Zadowolona nastawiła budzik na siódmą rano, aby zwiać tak, by nikt tego nie zauważył, a do szefa i Franki zamierzała zadzwonić z drogi. Żeby postawić ich przed faktem dokonanym. Następnie włączyła telewizor, aby obejrzeć ulubiony serial kryminalny.

Usłyszała dźwięk komórki.

To dzwoniła Franka. No i klops! Honorata zastygła z ręką nad telefonem. Odebrać czy nie? Jeśli nie odbierze, Franka zjawi się natychmiast na inspekcję i zobaczy to, czego zobaczyć nie powinna, czyli nie całkiem spakowaną walizkę, i wtrąci się, bo zawsze się wtrąca. Jeśli zaś Honorata telefon odbierze, to ta mała spryciara i tak się domyśli, o co chodzi, bo z Honoraty słaba krętaczka.

Oj, niezły problem.

Telefon zabrzęczał drugi raz, ponaglająco, i tego już Honorata nie mogła zignorować.

– Co jest, mam? – usłyszała w słuchawce. – Dzwonię i dzwonię.

– Oglądam serial – poinformowała ją Honorata zgodnie z prawdą. Wykrywacz kłamstw w umyśle córki działał jednak bez zarzutu.

– To czemu nie odbierasz? – spytała podejrzliwie.

– Przecież odebrałam – powiedziała Honorata i o mało nie zaklęła. Sama usłyszała w swoim głosie fałszywy ton. Co teraz będzie?

W słuchawce przez chwilę panowała cisza, jakby Franka się zastanawiała.

– Wszystko w porządku? – Córa upewniła się na wszelki wypadek i Honorata odetchnęła z ulgą. Chyba udało jej się wywieść Frankę w pole.

– Jes, jes... – Honorata przytaknęła zadowolona i wyłączyła komórkę.

Od zajścia w ciążę, Honorata żyła w nieustannym podporządkowaniu się dziecku. Zasadzie: dobro dziecka ponad swoje dobro. Ponieważ sama tego nie zaznała od swojej matki, oczywistym było dla niej, że jej relacje z dzieckiem będą zupełnie inne. To ona zdecydowała, że dziecko będzie rządzić jej życiem, jej wolą, decyzjami, wyborami. Planami i rezygnacjami z planów. Skrywanymi, nigdy nie realizowanymi marzeniami. Po to, by mogły być realizowane marzenia dziecka. Cokolwiek Honorata zrobiła dla siebie, wywoływało w niej nieustające poczucie winy. Szczególnie gdy przez to nie mogła czegoś zrobić dla Franki. Córka odmowy nie tolerowała i kary, jakie stosowała potem wobec matki, na przykład niejedzenie, nieuczenie się, stany depresyjne, niemożność spania w nocy i lęki, które wyrażała głośno w szkole i u psychologa, nauczyły Honoratę właściwej hierarchii w domu. Oduczyły ją buntu i samowoli wobec córki. Dlatego uchodziła za wzorową matkę, a i Franka mogła być z niej dumna. I była. Wszystkie koleżanki jej zazdrościły. Jedno słowo Franki i matka natychmiast spełniała jej prośbę. Franka nawet nie musiała już nalegać czy krzyczeć. Bo oczywiste było dla Honoraty, że skoro córka chce i grzecznie, oj, grzecznie prosi, to nie wolno, oj, nie wolno odmawiać. Bo córka może przez to nie być szczęśliwa, a powinnością Honoraty jako rodzica jest sprawiać na każdym kroku, aby dziecko było szczęśliwe. Żyło bez stresu i miało zaspokojone wszystkie, ale to wszystkie potrzeby. Dlatego życie Honoraty przebiegało płynnie od kredytu do kredytu na zaspokajanie potrzeb córki, aby ta z braku owego zaspokajania nie wpadła w złe towarzystwo, narkotyki albo, co gorsza, nie stała się jedną z galerianek. Lepiej żeby za to wszystko płaciła matka, a nie na przykład jakiś zwyrodnialec. Córka odpłacała jej wierną miłością i Honorata nigdy, ale to nigdy nie czuła się samotna. I choć samotność swoją bardzo lubiła, wolała jednak tę wiedzę o lubieniu swojej samotności zostawić dla siebie. Aby nie martwić troskliwej, bardzo troskliwej córki. Zaspokajana w ten sposób córka nie sprawiała żadnych trudności wychowawczych, uczyła się bardzo dobrze i Honorata również mogła być z niej dumna, podobnie jak z siebie.

Niestety po bardzo ciekawym serialu kryminalnym rozpoczął się kolejny i tak arcyciekawy film kryminalny, długi i wciągający, a jego akcja była tak powikłana i skomplikowana, że Honorata, mimo ciągłego stukotu gałęzi o szybę, nie wiedząc kiedy, zasnęła.

DZIEŃ 1

Obudził ją wrzask budzika.

Nagłe przebudzenie i nagłe przypomnienie o czekającej ją podróży wpędziło Honoratę w nerwowy popłoch.

Teraz przypomniała sobie, że nie ma pojęcia, gdzie trzyma swoje prawo jazdy. Rzadko jeździła autem, nawet nie pamięta, kiedy ostatnio, więc również rzadko potrzebne jej były dokumenty.

Ale prawo wymagało, aby kierujący pojazdem miał dowód tych umiejętności przy sobie i mógł się nim wylegitymować na żądanie przedstawicieli prawa. Oj, kłopot.

Wywróciła wszystkie szuflady do góry nogami. Właśnie ujrzała przed sobą upragniony dokument oraz kluczyki do wozu i wydała pisk rozkoszy, gdy odwracając się, zobaczyła przed sobą Frankę. I jej oczy, wybałuszone na matkę jak dwa reflektory.

– Co się tu dzieje? – Ton głosu Franki nie pozostawiał wątpliwości co do jej oceny sytuacji.

Honorata w panice szybko schowała prawo jazdy oraz kluczyki pod ciuchy w rozbebeszonej walizce. Na wszelki wypadek, gdyby córka pilnie potrzebowała właśnie w tej chwili jej samochodu.

Franka rozejrzała się po pokoju.

– Wyjeżdżasz? – Bardziej skonstatowała niż zapytała, a jej czoło przybrało marsowy wyraz.

– Skądże... – bąknęła Honorata, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć w tak doniosłej chwili. – To znaczy tak. Muszę się... odprężyć... Tylko na parę dni, przecież ja się nigdy nigdzie nie ruszam. Praca, dom. Tyję.

– Dlatego kupiłam ci pół roku temu karnet na aerobik – obraziła się córka. – Czemu z niego nie korzystasz? To odpręża. Tyjesz.

Honorata nie zamierzała spierać się teraz o swoją tuszę.

Patrzyła na chudą jak szczapa córkę i zazdrościła jej figury. Choć sama w jej wieku też była niczego sobie, na pewno chudsza niż teraz. Westchnęła. Co nie uszło uwadze córki.

– Mam, co ty wyprawiasz? Już wczoraj jak mnie tak zbyłaś przez telefon, wiedziałam że muszę tu przyjść rano, przed szkołą, i pogadać z tobą zdecydowanie. No i proszę, co tu zastaję? Wybierasz się w podróż? Ale z kim, gdzie i po co? I na jak długo?

Honorata, przytłoczona liczbą pytań, na które musiała udzielić szczegółowych odpowiedzi, zamilkła na chwilę, aby zebrać myśli.

A co najgorsze, sama nie znała odpowiedzi na te pytania. Należało je więc naprędce wymyślić. I żeby jeszcze były prawdziwe na tyle, aby ominąć wykrywacz kłamstw w umyśle Franki. Oj, kolejny kłopot...

– Jadę... do pani Irenki. – Zadowolona, wpadła wreszcie na właściwy trop.

To zadowolenie jednak wydało się France podejrzane.

– Do Jastrzębiej Góry? To kawał drogi. Pani Irenka o tym wie?

– O czym? – Honorata słodko udała, że nie rozumie pytania.

– O tym, że przyjeżdżasz.

– Zadzwonię do niej, oczywiście. – Honorata odwróciła się, aby nie patrzeć córce w oczy i usiłowała szybko zamknąć walizkę. Próba ta jednak okazała się bezskuteczna.

– Coś się stało, przecież widzę. – Córka nie dała za wygraną. – Chyba nie jesteś w ciąży?

– Nie, nie! – zaprzeczyła gwałtownie Honorata, zadowolona, że choć raz mogła powiedzieć prawdę.

– Może szkoda – zawyrokowała córka. – Miałabyś wreszcie jakieś sensowne zajęcie. A tak pijesz. Starzejesz się. I tyjesz.

– Spóźnisz się do szkoły. – Honorata poczuła, że coraz bardziej się spieszy.

Znów spróbowała domknąć walizkę. Po kolejnej nieudanej próbie poczuła też, że zaczyna się pocić. A to nie było przyjemne, zupełnie nie.

– Po co ci ten cały wyjazd? – nie ustępowała córcia. Widać było, jak bardzo troszczy się o matkę. – Czego ci brakuje w domu?

– Potrzebuję konia, nie gulaszu z konia – jęknęła Honorata, usiłując w popłochu przypomnieć sobie, czyj to aforyzm.

Ponieważ nikt nie przyszedł jej na myśl, doszła do wniosku, że chyba sama wymyśliła tę sentencję. A to znacznie poprawiło jej humor. Tym bardziej, że po tak wnikliwym stwierdzeniu Franka zamilkła na dłużej, prawdopodobnie usiłując znaleźć coś sensownego na takie dictum.

Honorata wyrzuciła parę rzeczy z walizki, na chybił trafił, i nareszcie udało się ją domknąć. Zasunęła zamek i wyprostowała się triumfalnie. Franka patrzyła na matkę jak urzeczona. Jej oczy zrobiły się wielkie jak złotówki.

Po raz pierwszy matka nie posłuchała perswazji Franki. Po raz pierwszy przeciwstawiła się córce. Po raz pierwszy zrobiła, co chciała. To było nie do pojęcia.

Franka wyglądała na bezradną i zagubioną.

Nie śmiała zagrodzić matce drogi. Ponieważ po raz pierwszy widać było, że to nic nie da.

Franka poprawiła palcem lenonki na swoim za dużym nosie.

Honorata objęła ją i potargała lekko rudą kitę, w jaką uczesane były włosy Franki. To nie był zwykły „koński ogon”, nie. Upstrzony kolorowymi sznureczkami radośnie dyndał na czubku jej głowy. Franka stała dziwnie rozkraczona w tych swoich podprutych dżinsach i mrugała oczami, jak w dzieciństwie, kiedy czegoś się bała lub nie mogła zasnąć w nocy bez światła.

Honorata nie musiała patrzeć, by wiedzieć, że córce drżą nadgarstki. Znała ją na wylot, lepiej niż siebie samą. Franka drżała, bo Honorata drżała, i to się jej udzielało. Odkąd Franka zorientowała się, że tak naprawdę ma tylko Honoratę, poczuła się za nią odpowiedzialna. W praktyce oznaczało to, że córka nie pozwalała matce decydować o niczym, ani o sobie, ani o niej. Na wszystko musiała być zgoda Franki. O wszystkim musiała wiedzieć, nad wszystkim czuwać, jak to ona określała. Bardziej niż matka za nią, to ona za matkę chciała być odpowiedzialna.

Może była mentalnie starsza od matki, czego Honorata nie lubiła, bardzo nie lubiła.

– Zrobić ci kanapki na drogę? – zapytała Franka i nie zrobiła ani jednego kroku w stronę kuchni.

Jakby bała się, że jeżeli wyjdzie stąd choćby na chwilę, matka zniknie, i kiedy ona wróci tu z tymi kanapkami, nie zastanie nikogo, tylko pusty pokój.

– Nie trzeba. Zjem coś po drodze. – Głos Honoraty zadrżał, czego nie dało się ukryć. Zadrżał gniewnym niepokojem.

Ona z kolei chyba bała się, że Franka siłą woli zatrzyma ją w miejscu. Że wzrok córki i własne wyrzuty sumienia nie pozwolą jej zrobić kroku. Dlatego nie patrzyła na Frankę. Klepnęła ją za to w ramię, choć drużynowe nie cierpią, gdy harcerki klepią je po ramieniu.

Franka odsunęła się. Nigdy nie pozwalała sobie przy matce na chwile słabości. Wolała robić wrażenie silnej i twardej, takiej, na której matka może się oprzeć.

Na to Honorata czekała. Ujęła walizkę za rączkę i ruszyła w stronę wyjścia, wymijając całkiem zręcznie córkę.

– Posprzątasz? – Wskazała ręką za siebie na bałagan, który zostawiła w pokoju. – I podlejesz kwiatki?

Bo Honorata miała w domu dwa kaktusy. Na które wymieniła swojego psa. Z kaktusami nie trzeba było wychodzić wieczorami. I można było spokojnie oglądać kryminalne seriale.

– Wporzo – Franka przytaknęła natychmiast, machinalnie. – Kwiatki też. – Znów poczuła się potrzebna. – Czym właściwie zamierzasz jechać? – zapytała nagle podejrzliwie.

– Autem. Oczywiście. – Honorata od tego dnia zaczęła uwielbiać mówić prawdę. – Jak to też? – nie zrozumiała.

– No, nie. – Franka zaprotestowała gwałtownie, niczego nie wyjaśniając i nie odpowiadając na pytanie Honoraty. – To czym ja pojadę do szkoły?

– Jeździsz moim autem? – zdumiała się Honorata. – Skąd masz kluczyki? I prawo jazdy?

– Prawko zrobiłam. Kluczyki dorobiłam. – Franka wzruszyła ramionami z politowaniem nad naiwnością matki.

– Czemu ja nic o tym nie wiem? – jęknęła Honorata.

– A co, miało tak stać? A akumulator by ci tak długo wytrzymał od nieużywania? A jakby ktoś ci autko zajebał? O pardon, zarąbał? Chyba lepiej, że się nim zajęłam. Do tego tyjesz. Nigdzie się nie ruszasz. I pijesz. A po pijaku się nie jeździ. A tak w ogóle to chuchnij! – Franka okazała bezwzględność. I nieugiętość. Jak zwykle.

Honorata na szczęście wczoraj przedwcześnie zasnęła, więc ulubiona szklaneczka pozostała prawie nietknięta. Jednak fakt faktem, Honorata nigdy nie upijała się w trupa. Z całą pewnością nie była alkoholiczką. Była tylko i wyłącznie amatorką degustacji. Co z tego, że jednej marki wina? Degustator to nie alkoholik. Pije dla przyjemności. Nie z przymusu. A Honorata lubiła wino. I degustację wina. Co trudno było jednak córce wytłumaczyć. Córka jej picie tłumaczyła sobie jednoznacznie. Bo dla niektórych ludzi picie znaczy zalewanie się, aż po zalanie słynnego robaka. Honorata jednak nie dopuściła do wyhodowania w sobie żadnego robaka. Więc nie musiała niczego w sobie zalewać.

– Pochodzisz do szkoły na piechotę – poradziła France. – Będziesz miała trochę ruchu za darmo i zaoszczędzisz na aerobiku. – A alkomatów się nie boję. Ostatecznie pracuję w policji. Swój swego nie ruszy.

– A wypadek? Jak spowodujesz? To co wtedy zrobisz? – spytała jeszcze Franka ponuro, wiedząc już, że matka nie ustąpi.

– Wtedy będzie się martwił twój tata. – Honorata postanowiła pójść na całość, czując, że wygrywa. Naprawdę pojedzie sobie, gdzie chce! – Gdzie zaparkowałaś?

– Pod domem – jęknęła Franka. – Nie poznaję cię.

– Tyle wiemy o innych, ile nam o sobie powiedzą. – Honorata wypuściła z siebie kolejną sentencję. Tym sposobem zadowolona opuściła oniemiałą Frankę i swoje jak dotąd bezpieczne mieszkanko. Franka podążyła za nią...

Dzięki temu, że córka zajęła się autkiem, było ono na chodzie, co Honorata stwierdziła z wyraźnym zadowoleniem. Ruszając, pomachała France, którą kątem oka widziała w lusterku, stojącą w bramie kamienicy osłupiałą.

Czerwony peugeocik co prawda był na chodzie, ale wyglądał leciwie. Franka raczej o niego nie dbała, a może sam już marzył o bliskim zezłomowaniu. I spokojnej emeryturze. Na pewno zaś nie o tak szalonej, wielogodzinnej podróży, która go teraz czekała... W jego wieku? Żeby tylko nie zaprotestował...

Honorata prowadziła bardzo nerwowo z powodu nieustającego przypominania sobie, jak się prowadzi auto. Narażało ją to na niewybredne gesty ze strony innych, wymijających ją kierowców. Gesty niekoniecznie miłe, z uniesionym środkowym palcem włącznie. Honorata jednak z chwili na chwilę wpadała w coraz większy trans i jazda powoli zaczynała sprawiać jej przyjemność.

Honorata lubiła lubić. Lubienie sprawiało jej największą przyjemność. Tyle że niewiele rzeczy dawało się lubić. I niewielu ludzi. A już polityków w szczególności. Honorata oczekiwała od polityków klasy, takiej, jaką miał onegdaj Zbigniew Brzeziński, doradca ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zawsze wzdychała na to wspomnienie. Polskich polityków nie lubiła, oj nie lubiła, za ich butę, arogancję, napastliwość. Za przyzwolenie na różne przyzwolenia, których bardzo, ale to bardzo nie lubiła.

„Wszystko tu można ukraść” – mawiała przy każdej okazji, mrugając znacząco oczami, co nie zawsze spotykało się z aprobatą słuchających. Szczególnie tych, którzy popierali aktualnie będących przy władzy. Właśnie w ten sposób Honorata nabawiła się melancholii.

„Życie jest jak skarbonka – mówiła więc do siebie w melancholijnym napadzie – puste lub pełne, zależy czy się wrzuca do niego, czy nie, i co się wrzuca”. I popijała swoje tyrady szklaneczką wina, gapiąc się w telewizor. Nigdy nie była pewna, co sama aktualnie ma w tej swojej skarbonce, oprócz Franki i ukończonych, a tak!, studiów.

Bo Honorata jest magistrem antropologii. Pracuje w laboratorium. Jako ekspert kryminalistyki. Bada, stwierdza i podpisuje. A sąd bierze to pod uwagę. Przy wydawaniu wyroków, rzecz jasna.

Dlatego Honorata lubi siebie. Bo jest ważna. I dlatego nie pije, a jedynie degustuje. Bo nie przebywa stale w czarnej rozpaczy, a jedynie od czasu do czasu w stanie melancholii.

Dlatego jedzie już całkiem spokojnie, mimo tego że Franka zainstalowała GPS-a bez jej wiedzy i zgody, na którym i tak się Honorata nie zna, i do tego radio, a w schowku wala się mnóstwo nie wiadomo czyich płyt CD.

Najważniejsze, że w bagażniku jest walizka Honoraty.

Dlatego to wciąż jej auto, a nie córki.

Honorata nie na próżno ucieka nad morze. Ma czterdzieści dwa lata. A wygląda na sześćdziesiąt. Na starą babę, nazwijmy rzecz po imieniu. Jak to się mogło stać? I kiedy? Na szczęście nad morzem można się opalić. Modnie ostrzyc. Pomalować paznokcie. Nawet włożyć szpilki. Które są w walizce, na wszelki wypadek. Od lat nieużywane, więc prawie nowe. Z jej tuszą chodzenie na szpilkach to wielkie ryzyko. Ale nad morzem można się też odchudzić.

Honorata westchnęła. Rezygnować z pizzy i chipsów? Dlatego, że Ziemowit ją napastuje i może się po jej powrocie znowu pojawić?

I co teraz?

Chyba trzeba będzie kupić jakiś ciuch... Honorata dawno nie zaglądała do sklepów. Co teraz się nosi? Co jest modne? Jakoś od wieków nie przyglądała się innym kobietom na ulicy. Na pierwszy rzut oka wydawały się jej szare i tak samo zaniedbane jak ona. Ale jeśli nie patrzyła uważnie? Jeśli to pozorna szarość, w tym sezonie na przykład modna? O w mordę jeża, zaklęła pod nosem. Tyle problemów przez jakiegoś Ziemka.

Tyle że to nie był jakiś tam Ziemek. To był Ziemowit Ziemlański, vel Ziemniak. Jej dawny przyjaciel. Bardzo dawny. Dawno zapomniany. Po kiego grzyba się odnalazł? Czego chce?

Honorata wyczuwa kłopoty na odległość. To słynne światełko w głowie pali się teraz i pali. I co teraz?

– I co teraz? – zapytał Ziemek i Honorata aż podskoczyła.

Z przerażeniem zauważyła, że jego chuda postać siedzi obok niej w samochodzie, na przednim fotelu.

– O w mordę! – wrzasnęła przerażona i natychmiast zjechała na pobocze, hamując z piskiem, co wymijający ją równie przerażeni kierowcy potraktowali głośnym wyciem klaksonów.

Ręce trzęsły się jej jakby była na potężnym kacu. A przecież od rana nie piła. Nie wypiła ani kropli. Tego była pewna. A może jednak? Może piła w jakimś amoku, tylko tego nie pamięta? To się zdarza. To się każdemu może zdarzyć. Jej też. Taki melancholijny amok...

– Wiem, że cię tu nie ma – wypowiedziała głośno i wyraźnie. I skóra jej ścierpła, gdy usłyszała, że Ziemek śmieje się z niej do rozpuku.

– Co jest, cholera? – zapytała samą siebie, dobrze wiedząc, że nikt jej na to pytanie nie odpowie. Nerwowo zapaliła papierosa. Ziemek przyglądał się jej z rozbawieniem.

– Ty mi lepiej powiedz, co jest z tobą. – Ziemek tym razem uśmiechnął się wyrozumiale. – Minęło tyle lat. Musiało się dużo wydarzyć.

– Wydarzyło się – przytaknęła, zerkając tylko nieco na Ziemka. Wydawał się jej jakiś młodszy i przystojniejszy niż wczoraj przed domem.

– Pogadamy sobie? – zaproponował, ale Honorata nie miała ochoty na pogawędki.

– Nie mogę tak tu wiecznie stać. Na tym poboczu, bo mnie gliny zwiną – warknęła niezbyt grzecznie.

– No, to ruszaj – zgodził się bez protestu. – Możemy gadać, jadąc.

Tego już było Honoracie za wiele. Jechać ze zwidą?

– Wysiadaj – zakomenderowała niczym Franka. – Już cię tu nie ma!

Ziemek zachichotał, aż ścierpła jej skóra.

Nie było rady. Honorata ruszyła i powoli włączyła się do ruchu na drodze.

– Brawo. – Usłyszała, choć niczego nie zamierzała usłyszeć.

– Czego chcesz właściwie? – Postanowiła przede wszystkim wyjaśnić sytuację. Żeby przedsięwziąć jakieś kroki. W sprawie usunięcia zjawy ze swojego samochodu.

– Mogę zapalić? – zapytał.

Ponieważ sama paliła i w samochodzie było niebiesko od dymu, trudno było odmówić. Skinęła więc głową, nie patrząc na niego.

– Poczęstujesz mnie? – zaproponował, wyciągając rękę po paczkę.

– A pal, do cholery – wkurzyła się, nie wiedząc czemu.

Znów się zaśmiał, wyjął z paczki papierosa i wolno zapalił, po czym się zaciągnął.

– Niedobre – mruknął pod nosem.

– Gorszy chłam paliliśmy, nie pamiętasz? – obruszyła się.

– Pamiętam przedszkole. – Wypuścił kilka kółek dymu.

To zdumiewające, ale nagle wydało się jej, że faktycznie są w tym żółtym, parterowym nowohuckim budyneczku.

– I pamiętam, jak zwiewałaś. Zwinna i chuda jak szczapa, zupełnie jak twoja córka... – To był chyba przytyk, bo spojrzał na jej obecną tuszę i Honorata poczuła, jak ogarnia ją wściekłość.

– Zwiewałam, bo nie miałam tam nic do roboty – wycedziła.

– Ta krowa, nasza wychowawczyni, kazała nam siadać po turecku i kolejno wyznaczała dzieci do zabawek. Ciebie wskazywała na końcu, jak już niczego do zabawy nie było.

– Za to ty byłeś jej pupilkiem, zawsze wstawałeś pierwszy i zawsze mogłeś wziąć rower.

– Bo mój ojciec był adwokatem.

– O tak, stary Ziemlański był hojny i dawał tej krowie drogie prezenty. Moja matka była biedna i nic nie dawała. Jeśli rodzice byli bogaci i dawali prezenty, to ich dzieci wybierały sobie najlepsze zabawki. Niezłe kurestwo...

– Więc skakałaś z tarasu na skarpę węgla, którym palacz palił w piecu, i zwiewałaś. Nie było cię nigdy w ogrodzie po obiedzie i nikt nic nie zauważył.

– Włóczyłam się po mieście – wymamrotała Honorata. – Do czego zmierzasz?

– Pewnego dnia spóźniłaś się na podwieczorek. Wróciłaś cała ubabrana węglem. Stara jędza zabrała ci ten podwieczorek, zwymyślała i kazała stać w kącie.

– A ty honorowo odstąpiłeś mi swoje ciasto, a potem dałeś rower do zabawy, aż zrobiła się z tego chryja i ta debilka nagadała twoim starym na ciebie niezłych bujd.

– I zabrali mnie z tego przedszkola, żebym się więcej z tobą nie zadawał.

– Do czego zmierzasz? – Honorata, zirytowana wspomnieniem, walnęła ręką w kierownicę, aż auto podskoczyło na równej drodze.

– Uważaj – ostrzegł ją Ziemek.

– Zjeżdżaj! – syknęła Honorata.

Ziemek zniknął.

„Mam delirkę? – przeraziła się teraz nie na żarty. – Przecież nie piję. Tylko degustuję... Jasna cholera!”.

– Niech pomyślę, o czym by tu myśleć, żeby nie zwariować – powiedziała do siebie na głos. – Bo już mówię sama do siebie – skonstatowała. – Pan Ziemek najwyraźniej cierpi na bilokację... No, niezła chryja mi się szykuje...

Skrzynia biegów zajęczała jak zwariowana, dopiero teraz to do Honoraty dotarło. Ale Honorata nie zna się na autach, a na swoim w szczególności. Co jest ze skrzynią? Może jakiś mechanik by wiedział, ale każdy jest zawsze taki pewny siebie, gdy oświadcza, co się stało i ile to będzie kosztowało, że Honorata z zasady im nie wierzy. Szczególnie gdy trzeba płacić, chociaż nie jest się w stanie sprawdzić, czy mają rację.

Honorata olewa wyjącą skrzynię biegów i jedzie dalej.

Najwyżej skrzynia oleje ją i auto stanie.

Tymczasem auto jedzie.

Do przodu, wciąż do przodu. Ciągnie ją naprzód. Przed siebie. Jakby w niej był wilczy pęd. Dziki, nieujarzmiony, zwierzęcy zew. Honorata nie wie, jak inni, ale ona z pewnością jest wynikiem ewolucji. Ze światem przyrody ma wiele wspólnego. Ma na przykład kaktusy w pokoju...

I głód. Dziki, zwierzęcy głód. I jak tu schudnąć?

W ferworze wyjazdu zapomniała (zapomniała?!) o śniadaniu. Nie wzięła też żadnych kanapek!

Od ilu to godzin jedzie „na głodniaka”? Nie do wiary!

Do tego pogoda zaczęła się psuć na dobre. A to już zakrawało na spisek. Z całą pewnością Ziemowit ma z tym wiele wspólnego. To znaczy ten gość, który pojawia się i znika.

Ojciec właściwego Ziemowita, mecenas Ziemlański, zmienił nazwisko, gdy urodził mu się syn. Przedtem nazywał się Ziemniak. Jednak stwierdził, że jego syn Ziemowit nie będzie się godnie prezentował jako mecenas Ziemniak. Bo że syn przejmie kancelarię po ojcu zostało z góry postanowione. Jednak syn, mimo iż został również adwokatem, wrócił do rodowego nazwiska Ziemniak w momencie życiowego buntu, czego ojciec nie mógł mu darować. A szczególnie jej. Bunt ten wiązał się bowiem z zaistnieniem Honoraty w życiu Ziemowita. A raczej z jej utratą, co zdarzyło się wkrótce po maturze.

Honorata zdawała sobie oczywiście sprawę z tego, że jej decyzja spowodowała nieprzyjemne perturbacje w życiu Ziemowita, ale niespecjalnie ją to wtedy obeszło. Dlatego teraz obawiała się, że Ziemowit zechce wyrównać rachunki. Dlatego jego pojawianie się i znikanie nie uznała za przypadkowe. Za to za niebezpieczne już tak. Mimo widma niebezpieczeństwa, wypadało zmierzyć się z nim, wyglądając godnie, stąd wypad rekreacyjny nad morze wydawał się sensownym rozwiązaniem. Przy tym odsuwał w czasie nieuchronną konfrontację.

Dopiero teraz spostrzegła, jak daleko zajechała. W jaki sposób minęła jej ta cała droga? Honorata czuła się tak, jakby się nagle ocknęła. Nie lubiła takich stanów pomrocznych. Dlatego się jej nie zdarzały. Lubiła panować nad sobą, co więc teraz się stało? Jak przejechała całą trasę, nie mając o tym pojęcia? Przecież nie spała podczas jazdy... Czuła, że ogarnia ją zniecierpliwienie i złość. Najwyraźniej jechała w głębokim zamyśleniu. A to przecież niebezpieczne, taki brak świadomej kontroli nad sobą i pojazdem! Za to należą się punkty karne, a może nawet odebranie prawa jazdy! Zgromiła się ostro w duchu. Trzeba będzie jechać przytomniej. Nie śnić, nie ulegać mrzonkom i fantasmagoriom. Żadnych zwidów i zjaw. Pełnia samokontroli.

Za oknem widać było szybko zmieniające się obrazy. Pojazdy małe i duże, stare budynki i równie stare wieżowce obok innych nowszych i całkiem nowych, ale równie brzydkich, drzewa luzem i hurtem, migające nachalnie wściekłymi kolorami bilbordy reklamowe... Tętniące życiem miasta i miasteczka. A pomiędzy nimi pola, łąki, wszystko jakieś swojsko monotonne i biedne.

Na przedmieściach w przydomowych ogródkach królowały tuje, w ilościach niepoliczalnych, trudno było rozpoznać, jakiego miasta są to obrzeża, bo zawsze i wszędzie widać było tuje. Jakby mieszkańcy przedmieść, obojętne których, lubowali się w sadzeniu obcych tutejszemu krajobrazowi roślin. Zmowa mieszkańców? Ale wobec czego? Moda? Ale dlaczego i na co?

Honorata zachodziła w głowę, czemu po przewrocie kraj obrósł w tuje. To jakaś manifestacja wolności? Że możemy teraz robić, co chcemy i sadzić sobie, co chcemy? No proszę, jak daleko została w tyle za trendami. Ona pozostała przy kaktusach! Trzeba to będzie po powrocie do domu wziąć pod uwagę, nadrobić i choć jedną tuję posadzić na balkonie.

W każdym razie dojeżdżała do Pucka. Tego akurat była pewna niepodważalnie.

Pogoda wciąż była pod psem, mimo to Honorata skręciła na swoje ulubione miejsce. Mały parking przy morzu. Z widokiem, oczywiście, na morze. A raczej na Zatokę Pucką. W oddali majaczył Półwysep Helski. Majaczył, tak, w drgawkach i świetlnych konwulsjach, dygotał jak ona z chłodu, w lepkiej mgle, nadciągającej z rosnącym w siłę wiatrem.

Honorata nie lubiła wiatru. Nie lubiła majaków. Nie znosiła marznąć.

Była zmęczona i głodna. Nie jadła od rana. Nie piła. Bo podczas jazdy się nie je. Ani nie pije. I ani kropli alkoholu.

Dopiero teraz poczuła okrucieństwo tego nakazu.

Na szczęście w budce obok nabyła bułkę z wędliną. Nie zamierzała sprawdzać, z jakiego typu wędliną, bojąc się ewentualnego braku chęci do przełknięcia zakupionego towaru w przypadku stwierdzenia organoleptycznie możliwości braku ewentualnej satysfakcji ze zjedzenia owego produktu.

Głód został nasycony, a puszka coli ujarzmiła pragnienie dopełnienia braku stosownych procentów.

Honorata nie potrzebowała mapy. Znała drogę.

Wiele razy tędy jeździła. Dawniej. Kiedy jeszcze nie miała Franki, za to miała wiele innych problemów. Z tymi problemami jeździła. Do Jastrzębiej Góry. Do Irenki. Bo Irenka była przyjaciółką. A przyjaciółki są od problemów. Żeby je nimi obarczać, to znaczy przyjaciółki tymi problemami, a potem słuchać ich rad, to znaczy przyjaciółek, i mieć na kogo zwalić niepowodzenia spowodowane zastosowaniem w praktyce tych rad, to znaczy na przyjaciółki, rady przyjaciółek. I żeby one mogły potem pocieszać, to znaczy te przyjaciółki, że następnym razem będzie inaczej. Rzecz jasna inaczej z twoim życiem, a nie ich, czyli przyjaciółek. A potem przyjechała raz z małą Franką, ale tak ją to zmęczyło, że zrezygnowała z wszelkich wspólnych wypoczynków z córką.

I nawet w tak skomplikowanym procesie myślenia Honorata nie pogubiła się ani na jotę, i ani na chwilę, jak to działo się podczas pierwszej fazy podróży. To ją ukoiło i uspokoiło nerwy, skołatane widmem ewentualnego powtórnego pojawienia się zjawy w jej samochodzie.

– A może to Franka rozpyla tu jakieś dopalacze? – warknęła nagle na cały głos, olśniona niespodziewanym domysłem. – Już ja się tym zajmę, jak wrócę!

Ale na razie, aby znów wpaść w spokojne zamyślenie, zaczęła popatrywać przez okno na mijany krajobraz. Wzdłuż morza biegła droga, wzdłuż drogi tory kolejowe, a wzdłuż torów niepokojąco żółte pola kwitnącego rzepaku. Mdląco słodki zapach wpadał do środka samochodu przez uchyloną szybę.

Ten widok i ten zapach zawsze przyprawiały ją o zawrót głowy. Upajały jak niezły absynt.

Honorata postanowiła więc jechać wzdłuż pól. Drogą Gdańską, następnie Swarzędzką, a wreszcie Chłapowską. To była najbardziej lubiana część jej podróży. Za nic nie zamierzała odbierać sobie tej przyjemności. Nie musi przecież pchać się do Jastrzębiej Góry przez Władysławowo. Owszem, tamtejsza droga, poniemiecka, brukowana, wzdłuż morza, też była świetna, malownicza nawet bardziej, bo z morzem w tle, ale Honorata nie znosiła korków. A we Władysławowie będzie się musiała pchać przez korki. I pewnie w nich stać, czego bardzo, ale to bardzo nie lubi. A nie lubi robić tego, czego nie lubi.

Dlatego właśnie ominie korki bokiem.

Na razie jedzie Drogą Gdańską, a wraz z kolorami mijanych pól przesuwają się przed jej oczami pojedyncze, ledwie uświadamiane wspomnienia, skojarzenia.

Tego też Honorata nie lubi. Bo ją rozpraszają. Boi się, że znowu straci kontrolę podczas jazdy.

– To wszystko było. Już było. Kiedyś – mruczy do siebie. – Minęło.

Ale czy faktycznie były to te obrazy? Czy zdarzyło się jej to, co teraz widzi? Czy tylko te migotania zdarzeń podsuwa jej rozbudzona widokami wyobraźnia? Czy są to jedynie jej projekcje na dawno zapomniane tematy dzieciństwa i młodości?

– Cholera... – zaklęła zła. – Co się dzisiaj ze mną dzieje? Tak to jest nie napić się o właściwej porze. Tego, co zwykle, rzecz jasna...

O, wyczuła dobrze. Nawet o tym nie wiedząc. Jeszcze nie miała pojęcia, że faktycznie coś właśnie zaczęło się dziać. Że to jeszcze nie ten moment, ale że już za chwilę się zacznie. Właściwa historia. Z trupem w tle... Kryminał rodem z dzieł Agathy Christie.

Na razie czuła niepokój. Mijany pejzaż był jej znany, ale nagle wydał jej się nawet zbyt znany. Przecież nie jechała tędy od wielu lat, a miała wrażenie, jakby jechała tędy zaledwie wczoraj.

Czuła się jak pianista, który tak długo ćwiczy utwór, aż w końcu gra go z pamięci, nawet nie myśląc o nutach. Utwór tak wrasta w pianistę, że staje się częścią jego umysłu, niemal nim samym. Gra nabiera emocji grającego, a jego interpretacja staje się jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. I choć wykonawca autorem utworu nie jest, to jednak w jakimś sensie tworzy go na nowo, poprzez siebie.

Czy Honorata tworzy na nowo swoje dzieciństwo i młodość? Na nowo je interpretuje? Kto wie, ale miała wrażenie, że jej umysł jest kompletnie zamulony zapachami idącymi z pól.

– Ona jednak coś tu musiała rozsypać... – wkurzyła się znowu na córkę.

Potem, jak już się to wszystko skończy, Franka, zaprzeczając jej podejrzeniom, będzie się dziwić i pytać: „Ale jak to? Dlaczego? Jak mogłaś się w to wplątać? Nie przeczuwałaś? Niczego nie przewidziałaś?”. „No, nie, właśnie nie” – odpowie jej Honorata zdumiona.

Nie. Nie miała pojęcia, w co się pakuje. I że w ogóle do czegokolwiek dojdzie.

Tymczasem jechała Drogą Swarzędzką. Autem, 60 km na godzinę. Zachmurzyło się porządnie. Honorata spojrzała parę razy z niechęcią na niskie, ciemne chmury, z których miało lada moment lunąć. I być może zacząć walić piorunami, bo już słychać było nadciągające głuche pomruki zbliżającej się burzy.

Honorata nienawidziła burzy. I bała się piorunów. Jak jej były pies. Pies zniknął, już wylądował w mrokach jej pamięci, a teraz znów się pojawił, jęcząc i wyjąc głośno ze strachu, przyprawiał Honoratę o gęsią skórę. Pociemniało na dobre. I rozpadało się na dobre. Rzęsiście. Światło reflektorów ślizgało się beznamiętnie po mokrym asfalcie. Droga nagle stała się nieprzyjemnie smętna i nużąca. A miało być tak pięknie – zirytowała się w duchu Honorata.

Wkrótce zjechała na Drogę Chłapowską. Ale musiała zwolnić. Fale, wręcz potoki wody, rozbryzgiwały się o przednią szybę, wprawiając Honoratę we wściekłość, z trudem tłumioną.

To ma być jej relaks? Przez jakiegoś Ziemka wpakowała się prosto w burzę, czego tak bardzo nie znosiła. Zupełnie jak jej były pies.

Włączyła wycieraczki. Rozjeżdżały wciąż zalewaną strugami przednią szybę. Ale nie na wiele to się zdało. Widoczność była kiepska.

Honorata jeszcze bardziej zwolniła, klnąc głośno. Jechała wolno, prawie się tocząc. Co chwilę mrok rozjaśniała seria błyskawic, niczym wystrzały z karabinu maszynowego.

Wyminął ją jadący szybciej samochód.

Było to nowe, czarne BMW. Po chwili zniknęło jej z pola widzenia i rozmazało się w deszczowym zmierzchu...

Honorata jechała jeszcze jakiś czas w koszmarnej ciemności. Straciła rachubę, ile to mogło trwać, parę minut, a może pół godziny? Gdzieś górą wciąż przetaczały się grzmoty. Wtem jej światła oświetliły wrak czarnego BMW rozbitego o drzewo. Zatrzymała swój samochód. Na poboczu obok rozbitego auta siedziało dwóch mężczyzn.

Honorata wyskoczyła z samochodu, narzuciła na głowę żakiet i brnąc w ulewnym deszczu, dobiegła do mężczyzn.

– Panowie są ranni? – Pochyliła się nad siedzącymi.

Byli najwyraźniej w szoku.

Jeden siedział nieruchomo, patrzył przed siebie niewidzącymi oczami, drugi trząsł się, miał rozbiegane oczy i rozedrgane dłonie. Ten pierwszy w końcu podniósł oczy na Honoratę.

– Nie – powiedział wolno i wyraźnie. – Nic nam nie jest.

– Dzwonili panowie po pomoc drogową i na policję? – Honorata dopytywała się nerwowo, nie widząc w ich rękach telefonu.

– Nie – poinformował ją znowu ten pierwszy.

Drugi miał tak przerażony wyraz twarzy, że nie mógł wykrztusić słowa.

Honorata, wciąż z mokrym żakietem na głowie, podeszła do rozbitego BMW i zajrzała do środka.

Na przednim siedzeniu, obok fotela kierowcy, leżała nieprzytomna kobieta z zakrwawioną głową. Wydawało się, że nie żyje. Honorata próbowała otworzyć drzwi samochodu, aby się do niej dostać, ale były zatrzaśnięte.

– Czy przyjedzie pogotowie? – zwróciła się do mężczyzn nerwowo.

Zdenerwował ją brak reakcji z ich strony. Ale w miarę jak rosło jej zdenerwowanie, rosła też w niej spokojna pewność, co należy zrobić.

– Wsiądą panowie do mojego auta? – zapytała ponownie.

I znów nikt nie udzielił jej odpowiedzi. Pobiegła więc do swojego samochodu, wyjęła z torebki komórkę i zadzwoniła, gdzie należało. Następnie zajrzała do bagażnika. Miała tam kiedyś swój stary koc, który leżał tam od lat, nie sądziła, aby Franka odważyła się go wyrzucić, i faktycznie leżał w kącie. Wyjęła go i okryła nim przemoczonych mężczyzn.

Honorata nie lubiła takich sytuacji. Bardzo nie lubiła. Nieprzewidzianych. Nagłych. Zakłócających normalny tok wydarzeń. A od wczoraj wciąż wydarzało jej się coś niespodziewanego. I ona musi reagować, chcąc nie chcąc.

Patrzyła, jak pierwszy z mężczyzn wyjmuje papierosa i usiłuje zapalić go pod kocem, a potem jak puszcza kłęby dymu szybko i zaciekle.

Honorata poukładała sobie jakoś to swoje życie, biegło ono monotonnym, ale znanym, ustalonym torem, i czuła się z tym dobrze. Nie musiała być za nikogo odpowiedzialna, nawet za siebie, tę funkcję od dawna przejęła Franka.

A teraz oto Honorata siedzi cała przemoczona w swoim, nie tylko swoim, bo już i Franki samochodzie, patrząc na siedzących obok na poboczu ludzi, nie mogąc jechać, dokąd zamierzała. Czuła się uwięziona przez sytuację, a tego bardzo, ale to bardzo nie lubiła.

Po chwili rozległy się syreny, nadjechała policja i pogotowie ratunkowe, a zaraz potem pomoc drogowa.

Honorata nie lubiła policji. Bardzo nawet nie lubiła. Ponieważ pracowała w policji.

Tymczasem sama musiała po nich zadzwonić. To wydało się jej kompletnie surrealistyczne. Jak przygłupi, złośliwy sen.

Niestety panowie Columbo w kilku wersjach i w wielu egzemplarzach, w dodatku w czasie nieznośnej burzy, pojawili się teraz w zasięgu jej wzroku. Nie był to sen, oj nie, z całą pewnością nie był.

Honorata zapragnęła nagle czegoś zupełnie irracjonalnego. Miała nieprzezwyciężoną ochotę na swój cowieczorny serial kryminalny i kieliszek czerwonego wina... Zamiast tego miała serial kryminalny na żywo i to bez dodatku choćby kropli alkoholu.

Czy da się z tym żyć?

Żyć w świecie, gdzie zamiast iluzji dominuje dotkliwa, uciążliwa realność? W świecie, gdzie pozbawiono ją wyboru? Wyboru sposobu, w jaki chce i zamierza spędzić wieczór? W świecie, w którym zabrano jej wolność? Wolność decydowania o sobie? Jedyną rzecz, która miała dla niej jakąkolwiek wartość? I gdzie pozostało jej jedynie zgrzytanie zębami, czego zresztą robić nie umiała?

Cóż, nie da się walczyć z koniecznością. Z tym, co nieuniknione.

Honorata spróbowała nieudolnie zazgrzytać zębami, następnie postanowiła na razie poddać się biegowi rzeczy, skoro nie może być inaczej. Potem się zobaczy.

Policjanci podeszli do mężczyzn. Honorata wysiadła z samochodu i słuchała tego, co mówili.

– Pani nas zawiadomiła? – zwrócił się do niej policjant.

Przytaknęła. Spisali jej personalia. Cud, że w tym nagłym wyjeździe z domu nie zapomniała wsadzić do torebki dowodu osobistego. Nigdy go przecież ze sobą nie nosiła. Bo po co? Do pracy? Tam ją wszyscy znają. Na zakupy? W sklepie żądają od niej co najwyżej trochę pieniędzy i tyle.

Wrzucając go do torebki, nie sprawdziła zresztą, czy wrzuca na pewno swój dowód. Leżał wprawdzie jakiś w szufladzie, ale równie dobrze mógł to być dowód Franki. Czemu nie? Była taką samą abnegatką jak matka. Albo mógł to być dowód Honoraty, ale na przykład nieaktualny? Nie pamiętała, jaką miał datę ważności, nie zwróciła uwagi. Do diabła z tym zresztą.

Jeden z lekarzy podszedł do mężczyzn i zaczął ich oglądać. W międzyczasie drzwi wraku zostały odblokowane. Lekarze zajęli się kobietą. Widocznie wyczuli tętno, bo podłączyli kroplówkę i wzięli ją na nosze. Normalna procedura.

– Jak się nazywa poszkodowana? – zapytał mężczyzn jeden z lekarzy.

– Maria Latałło. To moja żona – powiedział zwięźle ten palący papierosa. – Czy ona będzie żyć?

– Tego nie wiem. – Lekarz był ostrożny w rokowaniach. – Zobaczymy. Ma uraz głowy.

– Dokąd ją zabieracie?

– Do szpitala w Wejherowie.

Policja powróciła do swoich procedur, oględzin wraku i spisywania zeznań mężczyzn.

– Pojadę z nią do szpitala. – Honorata rzuciła szybko w stronę mężczyzn. – Lepiej, żeby nie była sama. Będę tam dopóki panowie nie przyjadą.

Nie doczekawszy się żadnej reakcji z ich strony, Honorata, przemoczona do suchej nitki i dygocząca od chłodu, wsiadła do swojego auta i ruszyła w ślad za karetką.

A na miejscu wypadku nadal robiono zdjęcia. Wszyscy uwijali się wokół rozbitego samochodu.

– Nie jestem elastyczna, izoluję się od ludzi, chowam za rytuałami codziennej rutyny. – Honorata wyliczyła sobie na głos własne grzechy, jadąc autem za ambulansem. – Więc teraz mam okazję wykazać się empatią i zrobić coś