Czterdzieści zasad miłości - Elif Shafak - ebook + książka

Czterdzieści zasad miłości ebook

Elif Shafak

4,2

Opis

Życie bez miłości w ogóle się nie liczy

Ella Rubinstein – Amerykanka, lat niespełna czterdzieści, trójka dorastających dzieci i małżeństwo w trakcie rozpadu. Każdy jej dzień wygląda tak samo: dba o dom oraz przygotowuje pełnowartościowe posiłki dla najbliższych. Do czasu, gdy zostaje zatrudniona jako recenzentka w jednej z agencji literackich.

Jej pierwsze zlecenie to maszynopis powieści o Rumim – trzynastowiecznym poecie nazywanym Szekspirem świata islamu. Ella, początkowo sceptyczna, wraz z lekturą odkrywa, że historia Rumiego w zdumiewający sposób odzwierciedla jej własną.

Od tego momentu jej życie diametralnie się zmienia.

 

Szkatułkowa powieść o złudnie przyjemnym życiu w schronie zbudowanym z nawyków i rytuałów oraz o tym, co się dzieje, kiedy ze schronu gwałtownie wyciągnie się kilka cegieł.

Olga Wróbel, Kurzojady

 

Skacząc na osi czasu między filozofią, emocjami, mistycyzmem a brutalną rzeczywistością, Elif Shafak tworzy niezwykły, a jednak wciąż znajomy świat, właściwy dla nas wszystkich. Piękna lektura!

Georgina Gryboś-Szczepanik, literackakavka.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 482

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (6 ocen)
3
1
2
0
0

Popularność




 

 

 

 

Copyright © 2010 by Elif Shafak

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2012

Wydanie pierwsze: Kraków 2012

 

Redaktorka prowadząca • Weronika Jacak

Marketing i promocja•Katarzyna Kończal

Redakcja• Weronika Kosińska

Korekta• Henryka Salawa, Ewa Kochanowicz, Anna Rudnicka, Małgorzata Wójcik

Korekta tego wydania • Anna Zientek

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Skład i łamanie • Barbara Adamczyk

Projekt okładki i stron tytułowych • Ula Pągowska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej • Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66839-77-9

 

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Zahira i Zeldy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdy byłem dzieckiem, widywałem Boga i aniołów;

oglądałem tajemnice wyższych i niższych światów.

Sądziłem, że wszyscy ludzie widzą to samo.

W końcu przekonałem się jednak, że jest inaczej.

Szams z Tebrizu

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

 

Beztrosko trzymaszw palcach kamień, po czym ciskaszgow nurt rzeki. Skutki tego nie muszą być dostrzegalne od razu.W miejscu,w którym kamieńzmąci taflę, woda tylko lekko się zmarszczyi rozlegnie się plusk, stłumiony przez szmer fal. To wszystko.

Wrzuć za to kamień do jeziora. Skutek będzie nie tylko widoczny, aleo wiele trwalszy. Kamień zaburzy nieruchome wody. Tam, gdzie uderzyw taflę, utworzy się krąg, od którego natychmiast rozejdzie się kolejny,a potem jeszcze jeden. Po chwilizmarszczki, wywołane jednym pluśnięciem kamienia, rozprzestrzenią się tak, że obejmą całe jezioro. Zatrzymają sięi stopniowo wygładzą dopiero wtedy, gdy dotrą do brzegu.

Jeśli kamień uderzyo powierzchnię rzeki, wywoła po prostu jednoz wielu zakłóceń jej burzliwego biegu. Nic szczególnego. Nic nieodwracalnego.

Jeśli jednak kamień uderzyw taflę jeziora, nigdy nie będzie ono już takie jak przedtem.

Przez czterdzieści lat życie Elli Rubinstein przypominało nieruchome wody, wypełniały je bowiem przewidywalne, powtarzające się czynnościi przyzwyczajenia.I choć pod wieloma względami było pospolitei monotonne, nie uważała go za męczące. Przez ostatnich dwadzieścia lat wszystkie jej życzenia, przyjaźnie, wszelkie podejmowane przez nią decyzje ograniczało jej małżeństwo. Mąż Elli, David, był cieszącym się wzięciem dentystą, który ciężko pracowałi sporozarabiał. Zawsze zdawała sobie sprawęz tego, że nie łączy ich żadne głębsze porozumienie duchowe, sądziła jednak, że dla małżonków— zwłaszczao tak długim stażu— więź emocjonalna nie musi być najważniejsza.W małżeństwie są przecież istotniejsze rzeczy niż namiętnośći miłość, na przykład wyrozumiałość, sympatia, współczucie oraz ów najbardziej boski akt, na jaki może się zdobyć istota ludzka: przebaczenie. Wobec każdejz tych spraw miłość schodziła na dalszy plan, chyba że żyło sięw jakiejś powieści albow romantycznym filmie,w którym przerysowani bohaterowie darzyli się wręcz legendarnym uczuciem.

Dla Elli najbardziejw życiu liczyły się dzieci. Mieliz mężem piękną córkę Jeannette, która studiowała, oraz nastoletnie bliźniętao imionach Orlyi Avi.I dwunastoletniego psa rasy golden retriever, który wabił się Duch— towarzyskiei wesołe zwierzę od początku przysparzało im radości, rano zaś dotrzymywało Elli kroku na spacerach. Teraz pies się zestarzał, był otyły, całkiem głuchyi niemal ślepy; na Ducha przyszedł już czas, lecz Ella wolała myśleć, że będzie żył wiecznie. Właśniew taki sposób podchodziła do większości spraw. Nigdy dotąd, nawet wówczas, kiedy fakty były nieuchronnei oczywiste, nie umiała zmierzyć sięz prawdąo tym, że coś umiera lub się kończy: obojętne, czy chodziłoo przyzwyczajenie, etap życia, czy małżeństwo.

Rubinsteinowie mieszkaliw Northamptonw stanie Massachusetts,w dużym wiktoriańskim domu, który wprawdzie wymagał częściowego remontu, ale nadal wzbudzał zachwyt. Miał pięć sypialńi trzy łazienki,a także lśniące parkietyz drogiego drewna, garaż na trzy auta, drzwi balkonowe i, co ważne, jacuzzi na świeżym powietrzu. Małżonkowie mieli polisę na życie, ubezpieczenie na samochód, regularnie płacili składki emerytalne, oszczędzali według ustalonego planu na studia swoich pociech, wspólne konta bankowe,a oprócz domu dysponowali jeszcze dwoma luksusowymi mieszkaniami: jednymw Bostonie,a drugim na Rhode Island. Ellai David ciężko na to wszystko pracowali. Wielki, rozbrzmiewający gwarem dzieci dom, pełen eleganckich meblii przesycony wonią domowego ciasta, może niektórym wydać się banałem, dla nich jednak stanowił obraz idealnego życia. Małżeństwo zbudowali na wspólnym wyobrażeniuo nimi w zasadzie urzeczywistnili większość swoich marzeń, jeśli nie wszystkie.

W ostatnie walentynki mąż ofiarował jej wysadzany brylantami wisiorekw kształcie serca, do którego dołączył bileciko następującej treści:

 

Dla mojej drogiej Elli,

kobietyo cichej naturze, wielkim sercui anielskiej cierpliwości. Dziękuję Ci za to, że akceptujesz mnie takiego, jaki jestem. Dziękuję Ci za to, że jesteś moją żoną.

Twój David

 

Ella nigdy nie przyznała się mężowi, że przy lekturze tej karteczki doznała wrażenia, jakby czytała nekrolog. „Dokładnie tako mnie napiszą, kiedy umrę” — pomyślała.A gdyby zdobyli się na szczerość, mogliby jeszcze dodać: „Budując cały swój świat wokół mężai dzieci, Ella nie przygotowała sobie żadnej strategii przeżycia, która pomogłaby jej samodzielnie pokonywać życiowe trudności. Nie należała do osób, które tracą rozsądek czy igrająz ogniem. Nawet zmiana gatunku kawy, jaką pijała codnia, kosztowała ją sporo wysiłku”.

Wszystko to nie pomoże nam wyjaśnić— Elli tym bardziej— co takiego sprawiło, że jesienią 2008 roku, po dwudziestu latach małżeństwa, wniosła pozewo rozwód.

 

 

Istniał jednak powód tej decyzji: miłość.

Nie mieszkaliw tym samym mieście. Ba, nawet nie na tym samym kontynencie. Dzieliły ich nie tylko kilometry, ale też ­diametralnie się od siebie różnili. Ich style życia były tak odmienne, że wydawało się niemożliwe, by mogli ze sobą wytrzymać, nie mówiąc jużo miłości.A jednak stało się—i do tego tak szybko, że Ella nie miała czasu sobie uprzytomnić, co się święci,i zachować czujność, jeśliw ogólew sprawach miłości można zachować czujność. Uczucie spadło na Ellę tak naglei bezceremonialnie, jakby ktoś cisnął kamieńw zaciszny staw jej dotychczasowego życia.

 

 

 

 

ELLA

 

NORTHAMPTON, 17 MAJA 2008

 

 

 

Błogi śpiew ptaków dobiegał przez kuchenne okno; był wiosenny, pogodny dzień. Później Ella odtwarzaław myślach tę scenę tak wiele razy, że już nie wydawała się jej odpryskiem przeszłości, lecz trwającą nadal chwilą, która wciąż rozgrywa się we wszechświecie.

I oto sobotnim popołudniem siedzieli wokół stołu, jedząc nieco spóźniony rodzinny obiad. Mąż napełniał talerz swoim ulubionym daniem: smażonymi udkami kurczaka. Avi bawił się nożemi widelcem, jakby to były pałeczki do perkusji,a jego bliźniaczka Orly usiłowała wyliczyć, ile kęsów danej potrawy może zjeść, by przypadkiem nie wykroczyć poza ustalony limit sześciuset pięćdziesięciu kalorii dziennie. Zatopionaw myślach Jeannette, studentka pierwszego roku pobliskiej uczelni Mount Holyoke, smarowała kremowym serkiem kolejną kromkę chleba. Przy stole zasiadała także ciocia Esther, która wprawdzie wpadła, by poczęstować krewnych jednym ze swoich słynnych ciast marmurkowych, ale została na obiad. Ellę czekało mnóstwo pracy, uznała jednak, że jeszcze nie nadszedł stosowny moment, by odejść od stołu. Ostatnio nie jedli wspólnie zbyt wielu posiłków, stwierdziła więc, że to świetna okazja, by odnowić więzi między członkami rodziny.

— Esther, czy Ella już ci się pochwaliła?— odezwał się nagle David.— Znalazła znakomitą pracę. Choć Ella ukończyła ang­listykę, specjalizując sięw literaturze angielskiej,i uwielbiała beletrystykę, po studiach niewiele zdziałaław tej dziedzinie, zdążyła jedynie zredagować garść krótkich tekstów dla kobiecych czasopism, uczęszczać przez jakiś czas na spotkania klubów czytelniczychi sporadycznie pisywać recenzje książek dla lokalnych gazet. To wszystko. Był taki czas, kiedy miała ambicje, by zostać wybitnym krytykiem literackim, lecz potem pogodziła sięz faktem, że życie przewidziało dla niej inny scenariusz, czyniącz niej skrzętną gospodynięi obarczoną niekończącymi się obowiązkami domowymi matkę trójki dzieci.

Nie żeby narzekała. Rozliczne role: matki, żony, osoby wyprowadzającej psai pani domu zapewniały jej dosyć zajęć. Na dodatek nie musiała zarabiać na rodzinę.I choć żadnaz jej feministycznie nastawionych przyjaciółek ze Smith College nie zaakceptowała jej wyboru, ona sama odczuwała zadowoleniez tego, że zostaław domu, by wychowywać dzieci, oraz wdzięczność, że obojez mężem mogli sobie na to pozwolić. Poza tym nigdy nie porzuciła zamiłowania do książeki nadal uważała się za gorliwą czytelniczkę.

Przed kilku laty zaczęło się to zmieniać. Dzieci dorastałyi jasno dawały matce do zrozumienia, że nie potrzebują jej już tak jak dawniej. Uzmysłowiwszy sobie, że posiada teraz nadmiar wolnego czasu, lecz brak jej kogoś,z kim mogłaby go spędzić, zaczęła zastanawiać się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby znalazła pracę. David zachęcał ją do poszukiwań, lecz choć ciągleo tym rozmawiali, rzadko korzystałaz nadarzających się okazji, kiedy zaś już się odważyła, potencjalni pracodawcy zawsze potrzebowali kogoś młodszego albo bardziej doświadczonego.W obawie przed kolejnym odrzuceniem Ella dała sobie spokój.

W maju 2008 roku jednak wszelkie przeszkody do znalezienia pracy, jakie dotychczas stały na jej drodze, nieoczekiwanie zniknęły. Na dwa tygodnie przez swymi czterdziestymi urodzinami Ellę zatrudniła agencja literackaz siedzibąw Bostonie. To mąż znalazł jej tę posadę dzięki jednejz pacjentek— czy też może kochanek.

— Och, to nic takiego— pospiesznie wyjaśniła Ella— pracuję na pół etatuw agencji literackiej jako wewnętrzna recenzentka nadsyłanych maszynopisów.

David jednak najwyraźniej nie chciał pozwolić na to, by żona umniejszała wartość swojej nowej pracy.

— No, powiedz, że to bardzo znana agencja— nalegał, lekko ją trącając,a kiedy nie posłuchała jego rady, sam sobie przytaknąłz zapałem.— To prestiżowa firma, Esther. Powinnaś zobaczyć innych asystentów! Chłopcyi dziewczyny świeżo po najlepszych uczelniach. Ella jest tam jedyną osobą, która wraca do pracy po wielu latach spędzonychw domu. Trzeba mieć odwagę, prawda?

Elli przemknęło przez głowę, że być możew głębi serca jej mąż czuje się winny, iż do tej pory odciągał ją od kariery zawodowej, albo że ją zdradza— tylko te dwa powody wydały się jej sensownym wytłumaczeniem, dlaczego tak się zagalopowałw pochwałach.

David zakończyłz niegasnącym uśmiechem:

— To się nazywa hart ducha. Wszyscy jesteśmy dumniz Elli.

— Tak, Ella to istny skarb. Zawsze nim była— rzekła ciocia Esther tak sentymentalnym tonem, że zabrzmiało to, jakby Ella już odeszła od stołui gdzieś przepadła.

Wszyscy wpatrywali sięw niąz czułością. Nawet Avi powstrzymał się od cynicznych uwag,a Orly choć raz wydawała się zaabsorbowana czymś innym niż swoim wyglądem. Ella zmusiła się, żeby docenić ten przyjazny gest, ale ogarnęło ją przemożne poczucie wyczerpania, jakiego dotąd nie znała.W duchu modliła się, żeby ktośw końcu zmienił temat.

Modlitwę tę musiała usłyszeć ich starsza córka Jeannette, bo wtrąciła znienacka:

— Ja też mam dobre wieści.

Wszystkie głowy skierowały sięw jej stronę,a na twarzach odmalowało się niecierpliwe oczekiwanie.

— Scotti ja postanowiliśmy się pobrać— oznajmiła Jeannette.— Och, wiem, co powiecie! Że jeszcze nie skończyliśmy studiówi tak dalej, ale zrozumcie, oboje czujemy się gotowi na kolejny ważny krok.

Przy kuchennym stole zapadło niezręczne milczenie, zupełnie jakby panujące tu jeszcze przed chwilą rodzinne ciepło gdzieś wyparowało. Orlyi Avi wymienili skonsternowane spojrzenia,a ciocia Esther zastygław bezruchu, zaciskając dłoń na szklance soku jabłkowego. David odłożył widelec, jakby stracił apetyt,i patrzył spod przymrużonych powiek na Jeannette;w kącikach jego jasnobrązowych oczu widać było głębokie zmarszczki powstałe od śmiechu. Teraz jednak daleko mu było do wesołości. Skrzywił lekko wargi, jakby wypił duszkiem ocet.

— Świetnie! Spodziewałam się, że będziecie się cieszyć moim szczęściem,a zamiast tego wylewacie mi na głowę kubeł zimnej wody— jęknęła Jeannette.

— Właśnie powiedziałaś, że wychodzisz za mąż— oświadczył David, jakby Jeannette tego nie wiedziałai musiał ją dopieroo tym poinformować.

— Tato, wiem, możecie myśleć, że to za wcześnie, ale parę dni temu Scott mi się oświadczyłi już się zgodziłam.

— Ale dlaczego?— spytała Ella.

Ze sposobu,w jaki popatrzyła na nią Jeannette, Ella wywnioskowała, że nie takiego pytania spodziewała się córka. Sądziła zapewne, że matka spyta: „Kiedy?” albo: „Jak to urządzicie?”, co oznaczałoby, że dziewczyna może zacząć szukać sukni ślubnej. Pytanie „Dlaczego?” miało całkiem inny wydźwięki zupełnie zbiło jąz tropu.

— Dlatego że go kocham.—W głosie Jeannette zabrzmiała protekcjonalna nuta.

— Słonko, chodzi mio ten pośpiech— nie ustępowała Ella.— Jesteśw ciąży czy co?

Ciocia Esther drgnęła na krześlei przybrała surowy wyraz twarzy, który nie zdołał ukryć jej udręki. Wyjęłaz kieszeni pastylkę na zgagęi zaczęła ją żuć.

— Będę wujciem— zachichotał Avi.

Ella ujęła dłoń Jeannettei delikatnie ją ścisnęła.

— Wiesz, zawsze nam możesz powiedzieć prawdę. Będziemy po twojej stronie, choćby nie wiem co.

— Mamo, możesz przestać?— warknęła Jeannettei wyrwała dłoń.— To nie ma nic wspólnegoz ciążą. Zawstydzasz mnie.

— Próbuję ci tylko pomóc— odparła spokojnie Ella, choć spokój był tym stanem, który ostatnimi czasy coraz trudniej jej było osiągnąć.

— Aha,i przy okazji mnie obrazić. Uważasz, że jedynym powodem mojego ślubu ze Scottem może być wpadka!A czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że mogłabym, po prostu mogłabym chcieć za niego wyjść dlatego, że go kocham? Chodzimy ze sobą już od ośmiu miesięcy.

To wywołało drwinę Elli.

— No jasne, przecież przez osiem miesięcy da się świetnie poznać czyjś charakter! Twój ojcieci ja jesteśmy po ślubie ponad dwadzieścia lati nawet my nie możemy twierdzić, że wiemyo sobie wszystko. Osiem miesięcy tow związku po prostu nic!

— Bóg potrzebował zaledwie sześciu dni, by stworzyć wszechświat— zauważył rozpromieniony Avi, ale lodowaty wzrok zgromadzonych przy stole osób nakazał mu milczenie.

David wyczuł rosnące napięcie, nie spuszczając więc oka ze starszej córkii marszczącw skupieniu brwi, dodał:

— Kochanie, mama chce przez to powiedzieć, że umawianie się na randki to jedno,a ślub to coś zupełnie innego.

— Ale tato, naprawdę myślałeś, że wiecznie będziemy się tylko umawiać?— spytała Jeannette.

Ella wciągnęła głęboko powietrzei odparła:

— Szczerze mówiąc, mieliśmy nadzieję, że znajdziesz sobie kogoś lepszego. Jesteś jeszcze za młoda, żeby się poważnie angażować.

— Wiesz co, mamo?— odpowiedziała Jeannette głosem tak bezbarwnym, jakby nie należał do niej.— Myślę, że przenosisz na mnie własne lęki. Ale to, że wyszłaś za mąż tak wcześniei w moim wieku miałaś już dziecko, nie oznacza, że popełnię ten sam błąd.

Ella oblała się purpurowym rumieńcem, jakby ktoś wymierzył jej policzek.Z głębokich pokładów pamięci przywołała trudny okres ciąży, która skończyła się przedwczesnymi narodzinami Jeannette. Pierwszy rok życia córki wyssałz niej całą energię, dlatego Ella czekała aż sześć lat, zanim ponownie zaszław ciążę.

— Kochanie, bardzo się cieszyliśmy, kiedy zaczęłaś chodzić ze Scottem— zaczął ostrożnie David, próbując innej strategii— bo to miły chłopak. Ale kto wie, jak będzie po studiach? Do tego czasu wszystko się może zmienić.

Jeannette kiwnęła lekko głową, co oznaczało tylko udawaną uległość. Powiedziała po chwili:

— Czy to dlatego że Scott nie jest Żydem?

Davidz niedowierzaniem wywrócił oczami. Zawsze szczycił się tym, że jest otwartymi kulturalnym ojcem, który wystrzega się negatywnych uwag na temat rasy, religii czy płci.

Jeannette jednak wydawała się nieugięta. Zwróciła się do matki:

— Czy możesz mi spojrzeć prostow oczyi powiedzieć, że miałabyś takie same zastrzeżenia, gdyby Scott był żydowskim młodzieńcemo imieniu Aaron?

Głos Jeannette przepełniała zaprawiona sarkazmem goryczi Ella obawiała się, żew duszy córki wzbierają całe fale złych emocji.

— Kochanie, będęz tobą zupełnie szczera, choć może ci się to wcale nie spodobać. Wiem, jakie to cudowne być młodymi zakochanym. Uwierz mi, naprawdę wiem. Ale poślubienie kogoś, kto wywodzi sięz innego środowiska, to wielkie ryzyko. Jako rodzice chcemy być pewni, że postępujesz właściwie.

— Skąd wiecie, że to, co jest właściwe dla was, jest właściwe dla mnie?

To pytanie nieco zdezorientowało Ellę. Westchnęłai rozmasowała sobie czoło, jakby chwytał ją atak migreny.

— Kocham go, mamo. Czy to dla ciebie coś znaczy?W ogóle pamiętasz takie słowo? Scott sprawia, że moje serce bije szybciej. Nie umiem bez niego żyć.

Ella usłyszała własny zduszony śmiech. Nie miała wprawdzie zamiaru wyszydzać uczuć córki, ale właśnie tak zabrzmiał stłumiony chichot: jak szyderstwo.Z jakiegoś powodu poczuła się okropnie zdenerwowana. Wcześniej kłóciła się jużz Jeannette, nawet setki razy, ale wyglądało na to, że dziś sprzeczają sięo coś innego, znacznie poważniejszego.

— Mamo, czy ty nigdy nie byłaś zakochana?— zripostowała Jeannette,w której głos wkradł się cień pogardy.

— Och, dajże spokój! Przestań bujaćw obłokachi zejdź na ziemię! Jesteś taką...— Ella spojrzaław okno, gorączkowo szukając jakiegoś efektownego słowa, ażw końcu je znalazła— ...romantyczką!

— A co jest złegow byciu romantyczką?— spytała Jeannette, najwyraźniej obrażona.

„Faktycznie, cow tym złego?”— zastanowiła się Ella.Od kiedy ją tak drażni romantyczność?I choć nie byław stanie odpowiedzieć na nękające ją pytania, mówiła dalej:

— Ależ kochanie,w jakiej ty żyjesz epoce? Wbij to sobie do głowy: kobiety nie poślubiają mężczyzn,w których się zakochują. Jak przyjdzie co do czego, to wybierają faceta, który będzie dobrym ojcemi porządnym mężem. Miłość to tylko słodkie uczucie, które nas nagle ogarnia, lecz równie szybko mija.

Kiedy Ella skończyła tę przemowę, zwróciła sięw stronę męża. David powoli, jakby poruszał sięw wodzie, splótł wyciągnięte przed siebie dłoniei patrzył na nią tak, jakby nigdy wcześniej jej nie widział.

— Wiem, dlaczego to robisz— rzekła Jeannette.— Jesteś zazdrosnao moje szczęściei młodość. Chcesz ze mnie zrobić nieszczęśliwą gospodynię domową. Chcesz, mamo, żebym była taka jak ty.

Ella poczuław żołądku dziwny ucisk, jakby ugniatał go olbrzymi głaz. Czy naprawdę jest nieszczęśliwą gospodynią domową? Matkąw średnim wieku, uwięzionąw pułapce przeżywającego kryzys małżeństwa? Czy tak widziały ją własne dzieci? Mąż też? Coz przyjaciółmii sąsiadami? Nagle doznała wrażenia, że skrycie współczuje jej całe otoczenie— to podejrzenie było tak bolesne, że prawie nie mogła złapać tchu.

— Powinnaś przeprosić mamę— stwierdził David, zwracając się do Jeannettez marsową miną.

— Wszystkow porządku. Nie oczekuję przeprosin— skomentowała ponuro Ella.

Jeannette zerknęła drwiąco na matkę.I tak po prostu odepchnęła krzesło, rzuciła na stół serwetkęi wymaszerowałaz kuchni. Po chwili Orlyi Aviw milczeniu poszliw jej ślady, czyniąc to albow niecodziennym dla nich akcie solidarności ze starszą siostrą, albo po prostu dlatego, że znudzili się gadaniną dorosłych. Następną osobą, która odeszła od stołu, była ciocia Esther, mamrocząca jakąś kiepską wymówkę; jednocześnie zawzięcie żuła ostatnią pastylkę na zgagę. Przy stole zostali tylko Davidz Ellą, między którymi zapadła niezręczna cisza. Ellę bolało, że muszą zmierzyć sięz pustką, niemającą—o czym oboje wiedzieli— nic wspólnegoz Jeannette ani żadnymz młodszych dzieci.

David chwycił widelec, który wcześniej odłożył,i przez chwilę uważnie go oglądał.

— Tak więc, jeśli dobrze zrozumiałem, nie poślubiłaś mężczyzny, którego kochasz?

— Och, proszę cię, nie to miałam na myśli.

— W takim razie co?— rzucił David, ciągle patrząc na widelec.— Kiedy się pobieraliśmy, myślałem, że jesteś we mnie zakochana.

— Bo byłam— przyznała Ella, ale nie umiała się pohamowaći dodała:— Wtedy jeszcze tak.

— To kiedy przestałaś mnie kochać?— spytał ze śmiertelną powagą David.

Ella popatrzyła na męża zdumiona, jak ktoś, kto nigdy nie widział własnego odbiciai teraz trzyma przed sobą lustro. Czy przestała go kochać? Było to pytanie, którego dotąd sobie nie zadawała. Chciała odpowiedzieć mężowi, lecz zabrakło jej nie tyle chęci, ile słów.W głębi serca wiedziała, że powinni się raczej zatroszczyćo siebie, nieo dzieci. Zamiast tego jednak zajmowali się tym, co najlepiej im wychodziło: pozwalali, by dni im umykały, coraz bardziej popadaliw rutynę,a życie biegło utartym torem, wpędzając ichw nieuchronne odrętwienie.

Zaczęła płakać, nie mogąc już dłużej dusić nieustającego smutku, który, choć nie zdawała sobiez tego sprawy, stał się częścią niej samej. David odwrócił zbolałą twarz. Oboje wiedzieli, że nie znosił patrzeć na jej łzy, podobnie jak ona nie znosiła przy nim płakać. Na szczęście zadzwonił telefon, wybawiając ichz kłopotliwej sytuacji.

Odebrał David.

— Halo... Tak, jest tutaj. Proszę poczekać.

Ella wzięła sięw garśći odezwała się, robiąc wszystko, żeby jej głos zabrzmiał pogodnie.

— Słucham? Tu Ella.

— Cześć, mówi Michelle. Przepraszam, że zawracam ci głowęw weekend— odezwał sięw słuchawce szczebiotliwy głos młodej kobiety.—A to wszystko dlatego, że wczoraj Steve chciał, żebym sprawdziła, jak ci idzie,a ja po prostu zapomniałam. Zaczęłaś już może pracę nad maszynopisem?

— Och— westchnęła Ella, dopiero teraz przypomniawszy sobie czekające ją zadanie.

Jej pierwszym zleceniem dla agencji literackiej było przeczytanie powieści jakiegoś nieznanego pisarzaz Europy. Miała potem napisać obszerną recenzję tej książki.

— Powiedz, żeby się nie martwił. Już zaczęłam czytać— skłamała Ella. Ambitnai uparta Michelle należała do osób, których nie chciała do siebie zrażać już przy pierwszym zleceniu.

— O, świetnie!I jak?

Ella milczała, zmieszana, nie miała bowiem pojęcia, co powiedzieć. O książce nie wiedziała kompletnie nic poza tym, że była to powieść historyczna osnuta wokół żywota słynnego poety— mistyka Rumiego, którego, jak się dowiedziała, zwano Szekspirem świata islamu.

— Jest bardzo... mistyczna— zachichotała Ellaz nadzieją, że zatuszuje niewiedzę żartem.

Michelle pozostała jednak służbistką.

— W porządku— odparła beznamiętnie— musisz się porządnie zabrać do dzieła. Pisanie recenzji tego typu powieści może potrwać dłużej, niż się spodziewasz...

Głos Michelle zaczął cichnąći w słuchawce rozległo się dobiegającez pewnej odległości mamrotanie. Ella wyobraziła sobie, że jej rozmówczyni zmaga sięz kilkoma czynnościami naraz— sprawdza e-maile, czyta recenzję na temat jednegoz pisarzy, odgryza kęs kanapkiz sałatkąz tuńczykai poleruje paznokcie—a wszystko to podczas rozmowy przez telefon.

— Jesteś tam jeszcze?— spytała chwilę później Michelle.

— Tak.

— To dobrze. Słuchaj, mam tu urwanie głowy. Muszę lecieć. Pamiętaj tylko, że termin mija za trzy tygodnie.

— Wiem— rzuciła zwięźle Ella, usiłując nadać głosowi bardziej zdecydowany ton.— Dotrzymam go.

Prawda zaś była taka, że Ella wcale nie była pewna, czy ma ochotę oceniać ten maszynopis.Z początku przepełniały ją zapałi pewność siebie. Ekscytował ją fakt, że jest pierwszą osobą, która ma przeczytać niepublikowaną powieść pióra mało znanego pisarza,a przez to odegrać jakąś, choćbyi nieznaczną, rolęw jego dalszych losach. Teraz jednak targała nią wątpliwość, czy jestw ogólew stanie skupić się na czymś tak oderwanym od jej własnego życia jak sufizmi na tak odległej epoce jak trzynasty wiek.

Michelle musiała wyczuć jej wahanie.

— Jakiś problem?— zapytała. Mimo że nie uzyskała odpowiedzi, nie dała za wygraną:— Mów śmiało.

Po chwili milczenia Ella postanowiła wyznać prawdę.

— Chodzio to, że nie jestem pewna, czy mój obecny stan umysłu pozwoli mi się skupić na powieści historycznej. To znaczy interesuje mnie Rumi, ale sama tematyka jest mi obca. Może dałabyś mi inną powieść, wiesz, taką,z którą łatwiej byłoby mi się utożsamić.

— Ależ to pokrętne rozumowanie— odparła Michelle. — Sądzisz, że lepiej się pracuje nad książkami,o których coś wiesz? Wcale nie! Nie możesz wymagać, że będziesz redagować powieści, których akcja rozgrywa sięw Massachusetts, tylko dlatego że akurat tam mieszkasz, prawda?

— Nie to miałam na myśli...— zaczęła Ellai uświadomiła sobie, że tego popołudnia stanowczo zbyt często wypowiada to zdanie. Zerknęła na męża, żeby sprawdzić, czy też to zauważył, ale twarz Davida przybrała trudny do rozszyfrowania wyraz.

— Przeważnie musimy czytać książki, które nie mają nic wspólnegoz naszym życiem. To część naszego zawodu. Tylkow tym tygodniu skończyłam pracę nad książką napisaną przez pewną Irankę, która niegdyś prowadziław Teheranie dom publicznyi musiała uciecz kraju. Czy powinnam była kazać jej posłać maszynopis do jakiejś irańskiej agencji?

— Nie, oczywiście, że nie— zamruczała Ellaw poczuciu winyi własnej głupoty.

— Czy jednąz zalet dobrej literatury nie jest przypadkiem łączenie odległych krajówi kultur?

— Jasne, że tak. Słuchaj, zapomnijo tym, co mówiłam. Recenzja trafi na twoje biurko jeszcze przed terminem— ustąpiła Ella, czując przypływ nienawiści do Michelle za to, że potraktowała ją jak najbardziej tępą osobę na ziemi,i do samej siebie, że na to pozwoliła.

— No to świetnie, tak trzymać!— zakończyła Michelle śpiewnym głosem.— Nie zrozum mnie źle, ale powinnaś mieć na uwadze, że dziesiątki ludzi marzą, żeby dostać twoją posadę. Większośćz nich jest niemalo połowę młodsza niż ty. To cię na pewno zmotywuje.

Kiedy odłożyła słuchawkę, odkryła, że David obserwuje jąz poważnymi powściągliwym wyrazem twarzy. Chyba czekał, aż podejmą urwany wątek. Ella straciła jednak chęć na dalsze roztrząsanie przyszłości córki, zakładając oczywiście, że to jej miała dotyczyć rozmowa.

 

 

Później, tego samego dnia, siedziała na gankuw swym ulubionym bujanym fotelu, spoglądając na pomarańczowo-czerwonawy zachód słońca nad Northampton. Odnosiła wrażenie, że niebo tak bardzo przybliża sięi otwiera, iż niemal można go dotknąć. Jej umysł— przytłoczony wieloma sprawami: płatnościami, wyciągiemz karty kredytowejw bieżącym miesiącu, fatalnymi nawykami żywieniowymi Orly, złymi ocenami Aviego, ciocią Estherz jej przygnębiającymi ciastami, podupadającym zdrowiem Ducha, planami małżeńskimi Jeannette, potajemnymi skokamiw bok męża, brakiem miłościw jej życiu...— uspokoił się. Zamykała jeden problem za drugimw małych szkatułkach.

Tak wyciszona, wyjęłaz paczki maszynopisi lekko podrzuciła na dłoni, jakby go ważyła. Na okładce wypisano atramentemw odcieniu indyga tytuł powieści: Słodkie bluźnierstwo[1].

Wcześniej powiedziano jej, że nikt nie wie zbyt wieleo autorze— jest nim niejaki A.Z. Zahara, który mieszkaw Holandii. Maszynopis przysłano do agencjiz Amsterdamu, wrazz włożoną do koperty pocztówką. Widniały na niej sfotografowane pola tulipanóww jaskrawych kolorach: różowych, żółtychi fioletowych,a na odwrocie ręka pisarza nakreśliła wykwintnym charakterem pisma następujący liścik:

 

Szanowna Pani/Szanowny Panie,

pozdrawiamz Amsterdamu. Opowieść, którą przesyłam, rozgrywa sięw ­trzynastowiecznej Konyiw Azji Mniejszej.

Jestem jednak głęboko przeświadczony, że spotykają się w niej, jak w kalejdoskopie, liczne krainy, kultury i stulecia.

Mam nadzieję, że znajdzie Pani/Pan czas na lekturę słodkiego bluźnierstwa, mistycznej powieścio nietuzinkowej więzi pomiędzy Rumim, najlepszym poetąi najbardziej czczonym przywódcą duchowymw historii islamu,a Szamsemz Tebrizu, nieznanymi ekscentrycznym derwiszem, zaskakującym niespodziankamii skandalami.

Niechaj zawsze otacza Panią/Pana miłość.

A.Z. Zahara

 

Ella podejrzewała, że to właśnie pocztówka wzbudziła ciekawość agenta literackiego. Ale Steve nie miał czasu na czytanie dzieł pisarzy amatorów. Przekazał więc przesyłkę swej asystentce Michelle, ona zaś powierzyła ją swojej nowej asystentce.W ten sposób Słodkie bluźnierstwotrafiło do rąk Elli.

Nie wiedziała jeszcze, że nie będzie to książka jak wiele innych, ale ta jedna książka, która odmieni jej życie, czy wręcz pokieruje nim na nowo.

Przewróciła kartkę. Na pierwszej stronie umieszczono notęo autorze.

„Kiedy A.Z. Zahara nie podróżuje po świecie, mieszkaw Amsterdamie wraz ze swymi książkami, kotamii żółwiami. Słodkie bluźnierstwojest jego pierwszą—i najprawdopodobniej ostatnią— powieścią. Nie ma zamiaru zostać powieściopisarzem, książkę tę napisał bowiemz czystego podziwui uwielbienia dla wielkiego filozofa, mistykai poety Rumiego oraz jego ukochanego słońca, Szamsaz Tebrizu”.

Przeniosła wzrok niżej, na kolejną linijkę. Tu wyczytała coś, co zabrzmiało dziwnie znajomo:

„Bowiem wbrew temu, co twierdzą niektórzy, miłość to nie tylko słodkie uczucie, które nas nagle ogarniai równie szybko mija”.

I aż ją zamurowało, bo uprzytomniła sobie, że jest to dokładne zaprzeczenie zdania, które dziś podczas obiadu wypowiedziała, zwracając się do córki. Przez chwilę siedziała nieruchomo, drżąc na myśl, że śledzi ją jakaś tajemnicza siła we wszechświecie— jeśli nie sam pisarz, kimkolwiek jest. Niewykluczone, że napisał książkę, wiedząc wcześniej, jakiego typu osoba będzie ją czytać jako pierwsza. Autor upatrzył sobie na czytelniczkę właśnie ją.Z jakichś niewiadomych przyczyn pomysł ten zaniepokoił Ellę, choć zarazem poczuła dreszczyk emocji.

„Dwudziesty pierwszy wiek pod wieloma względami wcale tak bardzo nie różni się od trzynastego. Oba stulecia przejdą do historii jako epoki bezprecedensowych starć na tle religijnym, nieporozumień kulturowych, ogólnego poczucia niepewności oraz lęku przed Innym.W takich właśnie czasach potrzeba miłości jest większa niż kiedykolwiek”. Wtem zerwał się chłodnyi silny wiatr, rozpędzając leżące na ganku liście. Piękne gasnące słońce przetaczało się po widnokręgu ku zachodowi,a powietrze poszarzałoi posmutniało.

„Albowiem to miłość jest samą esencjąi celem życia. Jak przypomina nam Rumi, spotyka ona każdego, również tych, którzy jej unikają— nawet tych, którzy używają słowa «romantyczny», by wyrazić dezaprobatę”.

Ella zdumiała się, jakby właśnie przeczytała: „Miłość spotyka każdego, nawet zamieszkałąw Northampton gospodynię domowąw średnim wieku, która nazywa się Ella Rubinstein”.

Coś jej podpowiadało, by odłożyć maszynopis na bok, wejść do domu, zadzwonić do Michellei poinformować, że absolutnie nie może napisać recenzji tej powieści. Zamiast tego wzięła głęboki oddech, odwróciła stronęi zaczęła czytać.

 

 

 

[1] W poemacie Rumiego Masnawi czytamy: „Twe słodkie bluźnierstwa są najprawdziwszym oddaniem”; Mojżesz i pasterz, w: Rumi, Tęsknota, przeł. M. Oziewicz, Wrocław 2004, s. 43 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

 

 

 

 

A.Z. ZAHARA

 

 

SŁODKIE BLUŹNIERSTWO

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mistycy sufizmu powiadają, że tajemnica Koranu

tkwiw surze Al-Fatiha[2]*,

tajemnica Al-Fatihy tkwi natomiast

w Bismillāhir rahmānir rahīm[3],

kwintesencją zaś bismilli jest litera ba, poniżej której stawia

się kropkę...

Kropka pod literą B ucieleśnia

cały Wszechświat...

ب

Masnawi[4] zaczyna się od B,

jak wszystkie rozdziały tej powieści...

 

 

 

 

[2] Al-Fatiha— otwierająca Koran sura, odpowiednik Modlitwy Pańskiej w chrześcijaństwie.

[3] „W imię Boga Miłosiernego, Litościwego!” Koran, sura I, werset 1, przeł. J. Bielawski, Warszawa 1986.

[4] Masnawi Ma’navi, czyli Poemat duchowy, najważniejsze dzieło Rumiego, złożona z sześćdziesięciu tysięcy wierszy summa wiedzy życiowej i mistycznej, której tylko niewielka część została przełożona na język polski.

 

 

 

 

SŁOWO WSTĘPNE

 

 

 

 

 

Barbarzyński wiek trzynasty zapisał sięw dziejach Anatolii starciami religijnymi, sporami politycznymi oraz nieustanną walkąo władzę. Ciągnącyz Zachodu na Jerozolimę krzyżowcy zajęlii splądrowali Konstantynopol, co doprowadziło do podziału cesarstwa bizantyjskiego. Na Wschodzie szybko rozrastały się niezwykle karne armie mongolskie, dowodzone przez geniusza sztuki wojennej Dżyngis-chana. Gdzieś pośrodku między nimi toczyły ze sobą boje rozmaite plemiona tureckie, Bizantyjczycy zaś usiłowali odzyskać utracone ziemie, bogactwai potęgę. Był to czas niespotykanego dotąd zamętu, kiedy każdy walczyłz każdym: chrześcijaniez chrześcijanami, chrześcijaniez muzułmanami, muzułmaniez muzułmanami. Panowały wrogość, cierpieniei dojmujący lęk przed tym, co może jeszcze nastąpić.

Wśród tego chaosu żył wybitny uczony islamu, znany jako Dżalaloddin[5] Rumi. Nosił nadany mu przez wielu przydomek Moulana, czyli Nasz Pan, miał tysiące uczniówi zwolennikóww całym regionie oraz poza jego granicami,a także był uważany za światło przewodnie dla wszystkich muzułmanów.

W 1244 roku Rumi spotkał Szamsa— wędrownego derwisza, który dał się poznaćz niekonwencjonalnych obyczajówi heretyc­kich wypowiedzi. To spotkanie odmieniło życie ich obui było zarazem początkiem trwałeji jedynejw swoim rodzaju przyjaźni, którą żyjącyw późniejszych stuleciach sufiowie porównywali do zjednoczenia się dwóch oceanów. Dzięki poznaniu tego wyjątkowego towarzysza Rumi przeistoczył sięz ortodoksyjnego duchownegow zagorzałego mistyka, żarliwego poetę, piewcę miłościi twórcę ekstatycznego tańca wirujących derwiszy, ośmieliwszy się złamać wszystkie obowiązujące zasadyi konwenanse.W epoce głęboko zakorzenionej bigoteriii rozłamów symbolizował uniwersalną duchowość, otwierając drzwi ludziomz różnych sferi środowisk. Zamiast skierowanego na zewnątrz dżihadu, określanego jako „wojna przeciw niewiernym”i prowadzonego wówczas (podobnie jak dzisiaj) przez całe rzesze ludzi, Rumi popierał dżihad skierowany do wewnątrz, który miał na celu walkę przeciw własnemu ego— nafs—i ostateczne nad nim zwycięstwo.

Nie wszyscy jednak przyklasnęli tym ideom, podobnie jak nie wszyscy otwierają swe serca na miłość. Potężna więź duchowa między Szamsema Rumim stała się obiektem plotek, oszczerstwi ataków. Byli opacznie rozumiani, otoczeni zawiścią, szkalowanii ostatecznie zostali zdradzeni przez najbliższych. Trzy lata po tym, jak się spotkali, tragicznie ich rozdzielono.

Ale na tym nie skończyła się opowieść.

Tak naprawdę jej koniec nie nastąpił nigdy. Niemal osiemset lat później duchy Szamsai Rumiego są nadal żywei wirują pośród nas...

 

 

 

[5] Taką pisownię przyjmuję za współczesnym polskim tłumaczem Rumiego, Markiem Smurzyńskim; patrz: Moulana Dżalaloddin Rumi, W mgnieniu słów, przeł. M. Smurzyński, Kraków 2008.

 

 

 

 

ZABÓJCA

 

ALEKSANDRIA, LISTOPAD 1252

 

 

 

Bezwładnie unosi się na ciemnych wodach studni, już martwy. Mimo to dokądkolwiek podążam, patrzą na mnie jego oczy, roziskrzonei błyszczące niczym dwie ciemne gwiazdy, które złowieszczo zawisły na wysokim niebie. Przybyłem do Aleksandriiw nadziei, że jeśli odbędę wystarczająco daleką podróż, ucieknę przed przejmującym mnie na wskroś wspomnieniemi uciszę jęk skargi, która wciąż odbija się echemw umyśle: ów ostatni krzyk, który wydałz siebie, zanimz twarzy odpłynęła mu krew, oczy wytrzeszczyły się,a gardło zwarłow nieudanej próbie zaczerpnięcia ostatniego tchu— oddalę od siebie pożegnanie zasztyletowanego człowieka, wycie złapanegow potrzask wilka.

Kiedy się kogoś zabija, cząstka tej osoby przechodzi na mordercę— westchnienie, zapach albo gest. Nazywam to klątwą ofiary. Potrafi przylgnąć do ciałai wsączyć się pod skórę, przeniknąć aż do sercai nadal żyć we wnętrzu zabójcy. Ludzie, którzy widzą mnie na ulicy, nie mająo tym pojęcia, ale noszęw sobie ślady wszystkich, których uśmierciłem. Dźwigam je wokół szyi niczym niewidzialne naszyjniki, wyczuwając ich obecność, uciski ciężar.I choć to niewygodne, przywykłem już do życiaz tym brzemieniemi zaakceptowałem je jako część pracy. Odkąd Kain zabił Abla,w każdym mordercy oddycha zabity przez niego człowiek, tyle wiem. Nie przeszkadza mi to. Już nie. Dlaczego więc tak bardzo mną wstrząsnął ostatni wypadek?

Tym razem wszystko było inaczej— od samego początku. Weźmy na przykład to, jak znalazłem tę robotę.A może powinienem powiedzieć, że to robota znalazła mnie? Na początku wiosny 1248 roku pracowałem dla właścicielki burdeluw Konyi, hermafrodyty słynącejz porywczości. Moje zadanie polegało na trzymaniuw ryzach nierządnici zastraszaniu klientów, którzy niewłaściwie się zachowywali.

Bardzo wyraźnie pamiętam tamten dzień. Ścigałem nierządnicę, która uciekłaz domu schadzekw poszukiwaniu Boga. Była piękną młodą kobietą, cow pewnym sensie było powodem mojej rozterki, bo zamierzałem zmasakrować jej twarz, tak by nie spojrzał już na nią żaden mężczyzna. Byłemo krok od schwytania tego głupiego stworzenia, gdy na progu odkryłem tajemniczy list. Nigdy nie nauczyłem się czytać, zabrałem go więc do madrasy, gdzie zapłaciłem studentowi, by mi odczytał jego treść.

List okazał się anonimem, podpisanym przez „kilku prawdziwych wyznawców”.

„Dowiedzieliśmy sięz wiarygodnego źródła, skąd pochodziszi kim naprawdę jesteś”. „Byłym członkiem asasynów! Wiemy też, że po śmierci Hasana ibn Sabbahai uwięzieniu waszych przywódców bractwo już nie jest tym co kiedyś. Przybyłeś do Konyi, by uniknąć prześladowań,i od tego czasu udajesz kogoś innego”.

List stwierdzał również, że pilnie potrzebne są moje usługiw pewnej sprawie wielkiej wagi. Zapewniał, że otrzymam zadowalającą zapłatę. Jeśli jestem zainteresowany, mam się stawićw znanej gospodzie tego wieczoru po zmroku. Kiedy już tam trafię, powinienem usiąść plecami do drzwi, pochylić głowęi utkwić wzrokw podłodze. Zostaną mi udzielone wszelkie potrzebne informacje. Ani wtedy gdy przybędą zleceniodawcy, ani gdy będą wychodzić, ani teżw żadnym momencie naszej rozmowy nie będzie mi wolno podnieść głowyi spojrzeć imw twarz.

Był to dziwny list.Z drugiej strony przywykłem już do przeróżnych zachcianek moich klientów. Przez wszystkie te lata wynajmowali mnie ludzie wszelkiego pokroju,a większośćz nich chciała zachować swoje imięw tajemnicy. Doświadczenie nauczyło mnie, że zazwyczaj im silniej klient pragnął ukryć tożsamość, tym bliższe więzi łączyły goz ofiarą, ale to już nie moja sprawa. Do mnie należało zabijanie,a nie dociekanie przyczyn, dla których dostałem zlecenie. Odkąd wiele lat temu opuściłem Alamut, tak właśnie wyglądało życie, jakie wybrałem.

Rzadko zadaję pytania. Czemu miałbym to robić? Większość znanych mi ludzi chciałaby się pozbyć przynajmniej jednej osoby. Sam fakt, że niczego nie robiąw tym kierunku, niekoniecznie oznacza, że są odporni na żądzę uśmiercania. Tak naprawdę każdy maw sobie coś takiego, co sprawia, że pewnego dnia może zabić. Ludzie nie rozumieją tego aż do momentu, kiedy im się to przytrafi. Uważają się za niezdolnych do morderstwa, ale to tylko kwestia zbiegu okoliczności. Czasem nawet drobny gest wystarczy, by zawrzaław nich krew. Rozmyślne wywołanie nieporozumienia, sprzeczkao błahostkę albo po prostu znalezienie sięw złym miejscuo złym czasie potrafi wydobyćz ludzi, którzy skądinąd są dobrzyi porządni, niszczycielskie skłonności. Każdy może zabić. Nie każdy jednak może zabićz zimną krwią nieznajomego.I właśnie wtedy na scenę wkraczam ja.

Wyręczam innychw brudnej robocie. Nawet Bóg, kiedy wyznaczał Azraela na kładącego kres życiu Archanioła Śmierci, dostrzegł, żew Jego świętym planie powinien mieścić się ktoś taki jak ja.W ten sposób ludzie lękali się, przeklinalii nienawidzili anioła, podczas gdy Jego ręce pozostały czyste,a imię Jego nieskalane. Nie było to zbyt sprawiedliwe wobec Azraela. Lecz cóż, świat nie słynie ze sprawiedliwości, prawda?

Gdy zapadła ciemność, poszedłem do gospody. Akurat stół przy oknie był zajęty przez jakiegoś mężczyznęz bliznami na twarzy, który zdawał się pogrążonyw głębokim śnie. Przyszło mi do głowy, żeby go obudzići poprosić, by się przesiadł, alez pijakami nigdy nic nie wiadomo,a ja musiałem postępować ostrożnie, by nie ściągnąć na siebie uwagi. Wybrałem więc najbliższy wolny stółi zwróciłem twarz do okna.

Nie minęło zbyt wiele czasu, gdyw gospodzie zjawiło się dwóch mężczyzn. Zajęli miejsca po obu moich stronach, tak by nie pokazać twarzy. Nie musiałem na nich patrzeć, żeby zorientować się, jak bardzo są młodzii nie przygotowani na krok, który mieli podjąć.

— Masz świetne rekomendacje— odezwał się jedenz nich tonem nie tyle ostrożnym, ile trwożliwym.— Powiedziano nam, że jesteś najlepszy.

Sposób,w jaki wymówił te słowa, wydał mi się zabawny, ale pospiesznie zgasiłem uśmiech. Spostrzegłem, że się mnie lękają, nie ukrywam, odpowiadało mi to. Jeśli wystarczająco się boją, nie ośmielą się zrobić mi niczego złego.

Odparłem zatem:

— Tak, jestem najlepszy. Dlatego zwą mnie Głową Szakala. Nigdy nie zawiodłem moich klientów, bez względu na trudność zadania.

— To dobrze— westchnął młodzieniec— ponieważ zadanie może nie być łatwe.

Teraz zabrał głos drugi.

— Widzisz, chodzio człowieka, który narobił sobie zbyt wielu wrogów. Odkąd przybył do miasta, sąz nim same kłopoty. Kilka razy go ostrzegaliśmy, ale on na nas nie zważa,a nawet jeszcze bardziej szuka zwady. Nie pozostawia nam innego wyboru.

Zawsze to samo. Za każdym razem, zanim jeszcze dobijęz klientami targu, usiłują się przede mną tłumaczyć, tak jakby moja aprobata mogła umniejszyć rangę tego, co zamierzają uczynić.

— Wiem,w czym rzecz. Powiedzcie, kim jest ta osoba?— spytałem.

Ociągali sięz podaniem imienia, racząc mniew zamian dość mglistymi opisami.

— Jest heretykiem, który nie ma nic wspólnegoz islamem. Krnąbrnym człowiekiem, miotającym bluźnierstwai znieważającym świętości. Derwiszem, który chodzi własnymi ścieżkami.

Gdy tylko usłyszałem ostatnie zdanie, poczułem gęsią skórkę. Głowę rozsadzał mi natłok myśli. Zabijałem już rozmaitych ludzi, młodychi starych, mężczyzni kobiety, ale nie było pośród nich żadnego derwisza, człowieka oddanego wierze. Byłem przesądnyi nie chciałem ściągnąć na siebie bożego gniewu, gdyż pomimo wszystko wierzyłemw Boga.

— Przykro mi, ale muszę odmówić. Nie bardzo mam ochotę na mordowanie derwisza. Znajdźcie kogoś innego.

Po tych słowach wstałem, zamierzając wyjść. Jedenz mężczyzn złapał mnie jednak za rękęi błagał:

— Proszę, zaczekaj. Dostaniesz godziwą zapłatę, współmierną do trudu. Jesteśmy gotowi podwoić każdą sumę, jakiej zażądasz.

— A może potroić?— spytałem, przekonany, że nie będąw stanie sprostać takim wymaganiom.

Jednak— ku mojemu zdumieniu— po krótkim wahaniu obaj się zgodzili. Usiadłemz powrotem, roztrzęsiony. Zarobiwszy tyle pieniędzy, mógłbymw końcu opłacić należność za pannę młodą, ożenić sięi dłużej nie zamartwiać, jak związać koniecz końcem. Derwisz nie derwisz— za taką sumę warto było zabić każdego.

Skąd mogłem wiedzieć, że właśniew tym momencie popełniam największą pomyłkęw swoim życiui że przez resztę moich dni będę jej żałować? Skąd mogłem wiedzieć, że tak trudno będzie zabić tego człowiekai jeszcze długo po tym, jak derwisz wyzionie ducha, wszędzie będzie mnie ścigać jego przeszywające niczym nóż spojrzenie?

Minęły już cztery lata od chwili,w której zasztyletowałem go na dziedzińcui zepchnąłem ciało do studni, na próżno czekając, aż rozlegnie się plusk. Nie było najmniejszego szmeru. Zupełnie jakby zamiast wpaść do wody, poleciałw górę, do nieba. Nadal co noc śnię koszmary,a jeśli dłużej niż kilka sekund spoglądam na jakąkolwiek wodę, całe moje ciało przejmuje zimny dreszcz przerażeniai wymiotuję.

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

ZIEMIA

 

 

 

RZECZY, KTÓRE SĄ STAŁE, NASYCONEI NIERUCHOME

 

 

 

 

SZAMS

 

GOSPODA NIEOPODAL SAMARKANDY, MARZEC 1242

 

 

 

Blat spękanego drewnianego stołu rozjaśniały migotliwe płomienie świec woskowych. Wizja, którą miałem tamtego wieczoru, była wyjątkowo klarowna.

Był to duży domz dziedzińcem pełnym rozkwitłych żółtych róż; pośrodku znajdowała się studniaz najzimniejszą wodą na świecie. Trwała pogodna, późnojesienna noc,a na niebie wisiał księżycw pełni.W oddali pohukiwałyi wyły nocne zwierzęta. Po chwiliz domu wyszedł jakiś mężczyznaw średnim wieku,o łagodnym obliczu, szerokich ramionachi głęboko osadzonych orzechowych oczach. Szukał mnie. Miał udręczony wyraz twarzyi niezmiernie smutne oczy.

— Szamsie, Szamsie, gdzie jesteś?!— wołał na prawoi lewo.

Wiał silny wiatri księżyc skrył się za chmurę, jakby nie chciał być świadkiem tego, co zaraz miało nastąpić. Sowy przestały pohukiwać, umilkł trzepot skrzydeł nietoperzy, nie trzaskał nawet ogieńw palenisku we wnętrzu domu. Nad światem zapadła absolutna cisza.

Mężczyzna wolno podszedł do studni, nachylił sięi spojrzałw dół.

— Szamsie, najdroższy— wyszeptał.— Jesteś tam?

Otworzyłem usta, by odpowiedzieć, lecz nie wydobył sięz nich żaden dźwięk.

Mężczyzna nachylił się jeszcze bardzieji ponownie popatrzyłw głąb studni.Z początku widział tylko ciemność. Po chwili jednak, bardzo głęboko, blisko dna, dostrzegł moją rękę, unoszącą się bezwładnie na pomarszczonej wodzie niczym tratwa na falach po wielkiej nawałnicy. Następnie rozpoznał parę oczu— dwa połyskliwe czarne kamienie, wpatrujące sięw pełnię księżyca, który właśnie wychodził zza ciężkich, ciemnych chmur. Utkwiłem oczyw księżycu, jakby oczekując od nieba wyjaśnienia.

Mężczyzna padł na kolana, płacząci bijąc sięw pierś.

— Zabili go! Zabili mojego Szamsa!— krzyczał.

Wtedy zza krzewu czmychnął ukradkiem jakiś cieńi wielkimi susami, niczym żbik, przeskoczył mur ogrodu. Ale mężczyzna nie zauważył zabójcy. Przeraźliwie krzyczałi krzyczałw napadzie przejmującego bólu, aż jego głos roztrzaskał się jak szkłoi rozsypałw czeluści nocy na ostre odłamki.

— Hej, ty tam! Przestań się wydzierać jak oszalały.

— ...

— Dosyć tego upiornego wrzasku, albo cię stąd wywalę!

— ...

— Powiedziałem: zamknij się! Słyszysz? Zamknij się! Słowa te wykrzykiwał jakiś męski głos, niepokojąco blisko mnie. Udawałem, że go nie słyszę, wolałem bowiem pozostaćw swoich przywidzeniach choć przez chwilę dłużej. Pragnąłem dowiedzieć się czegoś więcejo swojej śmierci. Chciałem też ujrzeć mężczyznęo smutnych oczach. Kim był? Jakie łączyły go ze mną więzii dlaczego tak rozpaczliwie mnie poszukiwałw ową jesienną noc?

Zanim jednak zdążyłem raz jeszcze zanurzyć sięw swojej wizji, ktośz innego wymiaru pochwycił mnie za ramię, potrząsnął tak mocno, że usłyszałem, jak szczękają mi zęby,i gwałtownie przywrócił mnie do rzeczywistości.

Wolnoi niechętnie otworzyłem oczy— ujrzałem wtedy postać stojącąu mojego boku. Był to wysoki, zażywny mężczyznaz posiwiałą brodąi gęstymi wąsamio zakręconych spiczastych końcach. Zorientowałem się, że to właściciel gospody. Niemal od razu spostrzegłem też dwie inne rzeczy: że jest to człowiek przywykły do zastraszania innych ostrymi słowamii przemocą.I w tej chwili jest rozwścieczony.

— Czego chcesz?— spytałem.— Dlaczego szarpiesz mnie za ramię?

— Czego ja chcę?!— ryknął rozzłoszczony karczmarz.— Na początek chcę, żebyś przestał się wydzierać,i tyle. Odstraszasz mi klientów.

— Naprawdę? Krzyczałem?— wymamrotałem, kiedy udało mi się wyszarpnąćz jego uścisku.

— No pewnie,i to jeszcze jak! Ryczałeś jak niedźwiedź, który wbił sobie drzazgęw łapę. Co ci się stało? Zdrzemnąłeś się przy jedzeniu? Śniłeś jakieś koszmary czy co?

Wiedziałem, że koszmary byłyby jedynym przekonującym wyjaśnieniem tej sytuacjii gdybym się trzymał tej wersji, zadowolony karczmarz zostawiłby mniew spokoju. Nie chciałem jednak kłamać.

— Nie, bracie, ani nie zasnąłem, ani nie miałem koszmarnych snów— rzekłem.— Tak naprawdę nigdy nie śnię.

— To jak wyjaśnisz ten straszny krzyk?— dopytywał karczmarz.

— Miałem wizję.A to co innego.

Obrzucił mnie oszołomionym spojrzeniemi przez chwilę ssał koniuszek wąsów.W końcu się odezwał:

— Wy, derwisze, jesteście tak obłąkani jak harcującew spiżarni myszy. Zwłaszcza wy, włóczykije. Pościcie cały dzień, modlicie sięi maszerujeciew palącym słońcu. Nic dziwnego, że majaczycie, mózg się wam usmażył!

Uśmiechnąłem się. Mógł mieć rację. Powiadają, że cienka granica dzieli zatracenie sięw Bogu od utraty zdrowych zmysłów.

Właśnie wtedy zjawiło się dwóch posługaczy, niosących olbrzymią tacę zastawioną półmiskami: świeżo upieczoną koźliną, suszoną soloną rybą, baraninąz przyprawami, pszennymi ciastkami, klopsikamiz ciecierzycąi zupąz soczewicyz tłuszczemz owczych ogonów. Krążyli po sali, roznosząc potrawy gościom,a powietrze wypełniło się woniami cebuli, czosnkui przypraw. Kiedy zatrzymali się przy końcu stołu, gdzie siedziałem, wziąłem miskę dymiącej zupyi trochę ciemnego chleba.

— Masz pieniądze, by zapłacić?— zapytał nieco protekcjonalnie karczmarz.

— Nie mam— odparłem.— Pozwól mi jednak zaproponować pewną wymianę. Za jedzeniei izdebkę wytłumaczę ci znaczenie snów.

W odpowiedzi wziął się pod bokii uśmiechnął szyderczo.

— Dopiero co mówiłeś, że nigdy nie miewasz snów.

— Zgadza się. Jestem tłumaczem snów, który sam nie śni.

— Powinienem cię wyrzucić. Jak już stwierdziłem, wy, derwisze, to istne czubki— powtórzył oberżysta, cedząc słowa.— Coś ci poradzę: nie wiem, ile masz lat, ale jestem pewien, że dosyć się już wymodliłeśi dla tego,i dla tamtego świata. Znajdź sobie jakąś porządną kobietęi się ustatkuj. Spłódź dzieci. To cię sprowadzi na ziemię. Po co włóczyć się po świecie, skoro wszędzie taka sama bieda? Uwierz mi. Nie ma tam nic nowego. Mam klientówz najdalszych zakątków świata. Kiedy wychylą parę kielichów, od wszystkich słyszę te same historie. Ludzie są wszędzie tacy sami. Ta sama strawa, ta sama woda, to samo dziadostwo.

— Nie szukam czegoś innego. Szukam Boga— wyjaśniłem.— To wędrówka za Bogiem.

— W takim razie szukasz Go niew tym miejscu, co trzeba— zawyrokował łamiącym się nagle głosem.— Bóg opuścił to miejsce!I nie wiadomo, kiedy wróci.

Na dźwięk tych słów serce zaczęło mi walić jak oszalałe.

— Kiedy ktoś mówi źleo Bogu, mówi źleo sobie— rzekłem.

Wargi karczmarza ułożyły sięw dziwny, krzywy uśmiech. Dostrzegłem na jego twarzy goryczi oburzenie,a także coś, co przypominało dziecięcą urazę.

— Czyż Bóg nie powiada: Jestem bliżej ciebie niż żyła na twej szyi?— spytałem.— Bóg nie przebywa gdzieś na górze,w niebie. Jest wewnątrz każdego człowieka. Dlatego też nigdy nas nie opuszcza. Jakżeby mógł opuścić samego siebie?

— A jednak opuszcza— zauważył karczmarz,a jego oczy patrzyły chłodnoi wyzywająco.— Jeśli Bóg tu jesti nawet nie kiwnie palcem, kiedy my, ginąc, cierpimy najgorsze katusze, jak too Nim świadczy?

— Oto pierwsza zasada, bracie— oznajmiłem.— „To, jak widzimy Boga, stanowi bezpośrednie odbicie tego, jak widzimy samych siebie. Jeśli myślo Bogu przywołujew naszych umysłach głównie lęki poczucie winy, znaczy to, żew naszym wnętrzu narasta właśnie za dużo lękui poczucia winy. Jeśli zaś widzimy Boga jako istotę pełną miłościi współczucia, sami tacy jesteśmy”.

Karczmarz momentalnie zaprzeczył, widać było jednak, że moje słowa go zaskoczyły.

— Czym się to różni od twierdzenia, że Bóg jest wytworem naszej wyobraźni? Nie rozumiem.

Moją odpowiedź przerwał jednak rozgardiasz, jaki zapanowałz tyłu sali. Kiedy odwróciliśmy sięw tamtą stronę, ujrzeliśmy dwóch wyglądających na opryszków mężczyzn, którzy wznosili bełkotliwe pijackie wrzaski. Bez żadnego skrępowania zastraszali innych gości gospody, zuchwale porywając im jedzeniez miseki pijącz ich pucharów,a gdy ktoś zaczynał protestować, drwili sobiez niegoi szydzili jak niegrzeczni chłopcyw maktabie.

— Nie uważasz, że ktoś się powinien zająć tymi łobuzami?— syknął karczmarz przez zaciśnięte zęby.— Patrz!

W sekundzie znalazł się przy końcu sali, silnym pchnięciem strąciłz ławy jednegoz pijanych klientówi walnął go pięściąw twarz. Mężczyzna najwyraźniej wcale się tego nie spodziewał, bo rozłożył się na podłodze jak pusty worek. Spomiędzy warg wydobyło się ledwo słyszalne westchnienie, po czym zapadła cisza.

Drugi okazał się silniejszyi zajadle się bronił, mimo to powalenie go na ziemię nie zajęło oberżyście zbyt wiele czasu. Wymierzył niesfornemu klientowi kopniakaw żebra, po czym nadepnął mu na dłoń, miażdżąc ją ciężkim butem. Usłyszeliśmy trzask łamanego palca, może nawet kilku.

— Przestań!— zawołałem.— Przecież go zabijesz. Chcesz tego?

Jako sufi, przysiągłem chronić życiei nie czynić nikomu krzywdy.W tym świecie złudzeń tak wielu ludzi było przecież gotowych do walki bez żadnej przyczyny,a do tego jeszcze tylu walczyło dla jakiejś sprawy. Sufi natomiast nigdy nie walczy, nawet gdyby miał ku temu powód. Bez względu na okoliczności nie mogłem uciec się do przemocy. Mogłem za to rzucić się między karczmarzaa pijakai niczym miękka derka ich rozdzielić.

— Lepiej się nie mieszaj, derwiszu, boi tobie wygarbuję skórę!— krzyknął oberżysta, choć obaj wiedzieliśmy, że tego nie zrobi.

Chwilę później, kiedy młodzi służący podnieśli obu gości, okazało się, że jedenz nich ma złamany palec, drugi złamany nos,a wszędzie dokoła jest krew.W całej izbie zapadła straszna cisza. Karczmarz, dumny ze wzbudzonej przez siebie trwogi, spojrzał na mniez ukosa. Kiedy ponownie się odezwał, zabrzmiało to tak, jakby zwracał się do wszystkich obecnychw gospodzie,a jego głos uniósł się ponad słuchaczami niczym dziki ptak rabuś, który się przechwala, szybującw przestworzach.

— Widzisz, derwiszu, nie zawsze tak było. Kiedyś przemoc nie była moim żywiołem tak jak teraz. Kiedy Bóg zapominao nas, żyjących na tym padole, to właśnie my, zwykli ludzie, musimy się zahartowaći sami przywracać sprawiedliwość. Następnym razem, kiedy będzieszz Nim rozmawiać, powiedz Mu: niech wie, że kiedy opuszcza swoje owieczki, nie będą potulnie czekać na rzeź. Zmienią sięw wilki.

Kiedy zmierzałemw stronę drzwi, wzruszyłem ramionami.

— Mylisz się.

— Mylę się, mówiąc, że kiedyśi ja byłem owieczką, ale zmieniłem sięw wilka?

— Nie, tu akurat masz rację.Widzę, że się zmieniłeś. Mylisz się natomiast, nazywając to, co czynisz, sprawiedliwością.

— Zaczekaj, jeszczez tobą nie skończyłem!— wrzasnął karcz­marz za moimi plecami.— Jesteś mi coś winien.W zamian za jedzeniei nocleg miałeś mi wytłumaczyć sny.

— Zrobię coś lepszego— zaproponowałem— powróżę ciz ręki.

Odwróciłem sięi podszedłem do niego, patrząc uważniew jego płonące oczy. Instynktownie się wzdrygnął, nieufny, kiedy jednak chwyciłem jego prawą dłońi obróciłem ją wnętrzem do góry, nie odepchnął mnie. Dokładnie obejrzałem linie, stwierdzając, że są głębokie, spękanei mają nierówny przebieg. Stopniowo odsłaniały mi się barwy aury karczmarza: rdzawy brązi błękit tak wyblak­ły, że niemal szary. Jego energia duchowa, wydrążona pośrodkui przetarta na brzegach, zdawała się wyczerpywać, jakby nie miał już sił się bronić przed zewnętrznym światem. Mężczyzna ten miałw sobie tyle życia, co więdnąca roślina. Utratę energii duchowej nadrabiał zdwojoną siłą fizyczną, której nadużywał. Moje serce biło coraz szybciej, zacząłem bowiem dostrzegać coś jeszcze. Na początku mgliście, jakby przez zasłonę,a potem coraz wyraźniej rysowała się przed moimi oczami taka oto scena:

Młoda kobietao kasztanowych włosachi bosych stopach ozdobionych czarnymi tatuażami,z haftowanym czerwonym szalem, spowijającym jej ramiona.

— Straciłeś kogoś kochanego— rzekłemi ująłem jego lewą dłoń.

Jej piersi nabrzmiałe od mleka,a brzuch tak duży, że wygląda, jakby miał pęknąć. Jest uwięziona wewnątrz palącej się chaty. Wokół domu czyha tłum wojowników na koniachz siodłamiz pozłacanego srebra. Unosi się gęsta woń płonącego sianai ludzkiego ciała. Jeźdźcy mongolscyo szerokich, płaskich nosach, krępych, krótkich szyjachi sercach tak twardych jak skała. Potężna armia Dżyngis-chana.

— Straciłeś dwie ukochane osoby— poprawiłem się.— Żona spodziewała się waszego pierwszego dziecka.

Karczmarz ściągnął brwi, utkwił oczyw skórzanych trzewikachi zacisnął mocno usta; jego twarz zmięła się niczym nieczytelna mapa. Wyglądał teraz nao wiele starszego, niż był naprawdę.

— Dobrze wiem, że marna to dla ciebie pociecha, myślę jednak, że powinieneśo czymś usłyszeć— dodałem.— To nie ogień czy dym ją zabiły, lecz drewniana belkaz sufitu, która oderwała sięi spadła jej na głowę. Umarła od razu, bezboleśnie. Zawsze uważałeś, że strasznie cierpiała, tak naprawdę jednak zostało jej to oszczędzone.

Oberżysta zmarszczył brwi, ugięty pod ciężarem, który znał tylko on. Spytał zachrypłym nagle głosem:

— Skąd to wszystko wiesz?

Zignorowałem jego pytanie.

— Obwiniałeś sięo to, że nie wyprawiłeś jej należnego pogrzebu. Wciąż widziszw snach, jak wyczołguje sięz dołu,w którym ją pochowano. Ale umysł płata ci figle.W rzeczywistości twoja żonai syn mają się dobrze, podróżując przez nieskończoność, wolni niczym cząstka światła.— Po czym dorzuciłem ostrożnie, ważąc każde słowo:— Znowu możesz się stać owieczką, bo nadal nosiszw sobie jej łagodność.

Słysząc to, karczmarz wyrwał dłoń, jakby dotknął rozgrzanego do czerwoności garnka.

— Nie podobasz mi się, derwiszu— powiedział.— Pozwolę ci dziś zostać. Ale pamiętaj, masz zniknąć jużz samego rana. Nie chcę znowu oglądać twojej twarzy.

Zawsze tak jest. Kiedy mówisz im prawdę, nienawidzą cię. Im więcej opowiadaszo miłości, tym bardziej cię nienawidzą.

 

 

 

 

ELLA

 

NORTHAMPTON, 18 MAJA 2008

 

 

 

Biedna Ella, znużona napięciem, które nastąpiło po kłótniz Davidemi Jeannette, poczuła się tak wyczerpana, że musiała na chwilę przerwać lekturę Słodkiego bluźnierstwa. Miała wrażenie, że ktoś uniósł na chwilę pokrywę wrzącego kotła,z którego buchnęła para,a wrazz nią wydobyły się zadawnione konfliktyi nowe urazy. Niestety, osobą, która uniosła tę pokrywę, była ona sama.A wywołała ową burzę, wykręcając numer Scottai prosząc, by nie poślubiał jej córki.

Po latach miała gorzko żałować każdego zdania, jakie wypowiedziała podczas tamtej rozmowy. Owego majowego dnia była jednak tak pewna siebie, że nawet nie przemknęła jej przez głowę myśl, jak zgubne konsekwencje może przynieść wtrącanie sięw tę sprawę.

— Cześć, Scott. Tu Ella, mama Jeannette— zaczęła, próbując wykrzesaćz siebie nutę wesołości, jakby telefon do chłopaka córki był czymś na porządku dziennym.— Masz chwilkę, żeby porozmawiać?

— Tak, oczywiście, słucham panią?— wyjąkał zaskoczony Scott, zachowując wyjątkową uprzejmość.

Ella nie mniej grzecznym tonem oznajmiła, że choć osobiście nie ma nic przeciwko niemu, uważa, że jest zbyt młodyi niedoświadczony, by poślubić jej córkę.I bez względu na to, dodała, jak bardzo może go zdenerwować ten telefon, kiedyś,w nieodległej przyszłości, na pewno to zrozumie,a nawet jej podziękuje, żew porę go ostrzegła. Na razie prosi go jednak, aby był tak miłyi porzucił myślo małżeństwie oraz zachował tę rozmowę tylko dla siebie.

Zapadła głucha cisza.

— Pani Rubinstein, sądzę, że pani nie rozumie— powiedział Scott, kiedyw końcu odzyskał mowę.— Jeannettei ja się kochamy.

Ciągle to samo! Jak ludzie mogą być tak naiwni, by uważać, że miłość otworzy im wszystkie drzwi? Traktują to uczucie jak czarodziejską różdżkę, której jedno cudowne dotknięcie naprawi wszystko.

Ale Ella nie podzieliła się ze Scottem żadnymz tych przemyśleń. Zamiast tego odparła tylko:

— Rozumiem wasze uczucia. Uwierz mi, naprawdę rozumiem. Ale jesteś za młody,a życie jest długie. Kto wie? Jutro możesz się zakochaćw kimś innym.

— Pani Rubinstein, nie chcę być niegrzeczny, ale czy nie uważa pani, że ta zasada dotyczy wszystkich, także pani? Kto wie? Jutro także pani może się zakochaćw kimś innym.

Ella zaśmiała się, głośnieji dłużej, niż zamierzała.

— Jestem mężatką. Podjęłam decyzję na całe życie. Mój mąż też. Właśnieo to chodzi. Małżeństwo to poważny krok, który należy bardzo starannie rozważyć.

— Czy chce mi pani powiedzieć, że mam się nie żenićz pani córką, którą kocham, ponieważ mogę pokochać kogoś tam kiedyś tam?— domagał się wyjaśnień Scott. Od tego momentu rozmowa potoczyła się fatalnie, pełna wzajemnych wyrzutówi tonu rozczarowania. Kiedy nareszcie rozłączyli się, Ella skierowała się do kuchni, by zająć się tym, co zawsze robiław chwilach emocjonalnego rozchwiania: gotowaniem.

 

 

Pół godziny później odebrała telefon od męża.

— Nie mogę uwierzyć, że dzwoniłaś do Scottaz prośbą, by nie żenił sięz naszą córką. Powiedz, że to nieprawda.

Ellaz trudem łapała powietrze.

— No wiesz, czasem się coś palnie. Słonko, zaraz ci wyjaśnię...

Ale David przerwał jej szorstko:

— Tu nie ma co wyjaśniać. Zrobiłaś straszne głupstwo. Scott opowiedziało tym Jeannette,a ona bardzo się zdenerwowała. Zatrzyma się na parę dniu przyjaciół. Na razie nie chce cię widzieć.— Zrobił krótką pauzę.—I wcale nie mam jej tego za złe.

Tego wieczoru Jeannette nie była jedyną osobą, która nie wróciła do domu. David wysłał Elli SMS-a o jakimś nagłym wypadku. Nie podał jednak żadnych szczegółów.

Było to do niego niepodobne, wręcz sprzecznez duchem ich małżeństwa. Co prawda mógł flirtowaćz różnymi kobietami, mógłz nimi nawet sypiaći wydawać na nie pieniądze, ale zawsze wracał do domui wieczorem zajmował miejsce przy stole. Obojętne, jak bardzo się pogłębiał rozłam między nimi, Ella zawsze gotowała,a David zawsze chętniei z wdzięcznością zjadał wszystko, co kładła mu na talerzu. Nigdy nie zapomniał jej podziękować pod koniec obiadu,a ona uznawała jego wylewne pochwały za rodzaj zaszyfrowanych przeprosin za niewierność. Wybaczała mu. Zawsze. Teraz jednak mąż po raz pierwszy zachował się tak bezwstydniei Ella zaczęła się obwiniać za tę odmianę. Ale przecież „wina” była jej drugim imieniem.

 

 

Kiedy Ella zasiadłaz bliźniakami do stołu, jej poczucie winy ustąpiło melancholii. Nie uległa prośbom Aviego, żeby zamówić pizzę, ani Orly, która próbowała nie zjeść ani kęsa; zamiast tego zmusiła ich, żeby pałaszowali dziki ryżz zielonym groszkiemi pieczoną wołowiną polaną sosem musztardowym.I choć na zewnątrz była tą samą co zawsze, zapobiegliwąi troskliwą matką, to przecież czuła, jak wzbieraw niej fala rozpaczy,a do ust napływa ostry smak, kwaśny niczym żółć.

Po obiedzie Ella zasiadła samotnie przy kuchennym stole, czując, że ciszai bezruch napełniają ją niepokojem. Nagle wszystkie przyrządzane godzinami potrawy, efekt ciężkiej jej pracy, wydały się nie tylko jałowei nudne, lecz także niekonieczne— można je było przecież zastąpić innymi. Elli zrobiło się żal samej siebie. To przykre, że mając niemal czterdzieści lat, nie potrafiław pełni korzystaćz życia. Miaław sobie tyle miłości, ale nie było nikogo, komu mogłaby ją ofiarować.

Wróciła myślami do Słodkiego bluźnierstwa. Intrygowała ją postać Szamsaz Tebrizu.

„Byłoby miło mieć kogoś takiego przy sobie”— zażartowaław duchu. „Z takim facetem nie sposób się nudzić!”I nie wiadomo dlaczegow jej wyobraźni pojawił się wysoki, mrocznyi tajemniczy mężczyznaw skórzanych spodniach, kurtce motocyklisty,o czarnych, spływających na ramiona włosach, który mknie błyszczącym czerwonym harleyem-davidsonemz przyczepionymi do kierownicy barwnymi frędzlami. Uśmiechnęła się do tej wizji. Przystojny, seksowny motocyklista sufi, pędzący po pustej autostradzie! Czyż nie byłoby przyjemnie podróżować autostopemi dać się mu gdzieś podwieźć?

Potem zaczęła się zastanawiać, co zobaczyłby Szams, gdyby to jej wróżyłz ręki. Czy wyjaśniłby, dlaczego jej umysł zmieniał się czasamiw