Opis

Człowiek z Palermo” wpisuje się w ten nurt  literatury, który daje diagnozę rzeczywistości, ale nie lekceważy potrzeb czytelnika. Onichimowski buduje świat pełen napięcia i grozy, fascynującej maskarady, świat łatwych podziałów na dobro i zło, ale niełatwych wyborów. Zasadniczo akcja toczy się współcześnie w Olsztynie, ale jej dramatyzm rodzi się przede wszystkim ze zderzenia tego, co swojskie, i tego, co światowe. Tego, co przaśne, niewydarzone i wulgarne, z tym, co wytęsknione i święte.
Bohater powieści czyni niestandardowy użytek ze swojej inteligencji, której – ku jego frustracji – nikt nie potrzebuje. Poznając rzeczywistość od najciemniejszej strony, owe Sodomy i Gomory naszych wieków, gdzie zbrodnia była i jest takim samym sposobem na życie, jak sprzedawanie samochodów, uczenie w szkole czy projektowanie wnętrz, dochodzi do przekonania, że tylko najlepsi w każdym fachu zgarniają główne nagrody. Zdobywa się więc na wynalazczość dostosowaną do rozpoznanej natury świata i stwarza poczucie przynależności sporej grupie odrzuconych. Okrutne? Okrutne! Ale czy nieprawdziwe?
Onichimowski to muzyk, który potrąca różne emocjonalne struny. Jakby terminował w szkole Bernarda Shaw – świetnie wie, jak ważne w sztuce jest jej zakorzenienie w tym, co przyjemne, i w tym, co nieprzyjemne, w tym, co daje nadzieję i łagodzi ból istnienia, i w tym, co wywołuje wstręt, przeraża. Słowo w powieści prowadzi czytelnika w obie te przestrzenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Filip Onichimowski

Człowiek z Palermo

Copyright © Filip Onichimowski 2010

Projekt okładki

Anna M. Koźbiel

Redakcja

Jan Koźbiel

Korekta

Jan Wiśniewski

Łamanie

Pracownia DTP Aneta Osipiak-Wypiór

ISBN 978-83-62247-04-2

Wydanie I

Pruszków 2010

Wydawca

JanKa

ul. Majowa 11/17

05-800 Pruszków

tel. 694 536 051

[email protected]

www.jankawydawnictwo.pl

Konwersja:

My nie jesteśmy źli. To świat jest parszywym miejscem, a my po prostu najlepiej się do niego przystosowaliśmy.

Jan Kowalski

Ta opowieść jest literacką fikcją. Wszelkie podobieństwa nazwisk, osób i zdarzeń są zupełnie przypadkowe i nie znajdują swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości, która nie jest tak różowa.

Rozdział 1 Z krainy miłości w uliczki Palermo

Młody, samotny mężczyzna siedzi na ławce przed olsztyńskim ratuszem. Okolice ratusza w tym mieście to zwykłe miejsce spotkań ludzi, którzy umawiają się tu na pogaduszki, randki czy gromadne spożywanie alkoholu w jednej z pobliskich knajp. W tym jednak wypadku jest wątpliwe, by mężczyznę przywiódł tutaj któryś z tych celów. Jest bardzo wcześnie rano, słońce dopiero wynurza się zza horyzontu ograniczonego betonowym murem okolicznych budynków. W ostrym świetle widać wyraźnie jego zmęczenie, którego przyczyną nie jest jednak wielogodzinna impreza. Mężczyzna po prostu nie mógł zasnąć przez całą noc i dopiero teraz mruży podkrążone oczy w promieniach słońca. Wokół niego miasto powoli budzi się do życia. Mijają go pierwsi przechodnie i pojedyncze samochody. Po chłodnej nocy robi się przyjemnie ciepło, ale na jego twarzy nie widać zadowolenia. Raczej niepokój, który mężczyzna najwyraźniej próbuje tłumić palonymi jeden za drugim papierosami. Dopiero widok znajomej postaci wywołuje u niego cień uśmiechu.

Mężczyzna podnosi się z ławki, na plecy zarzuca wypchany i ciężki plecak. Nim ruszy w stronę przybyłego i potem razem z nim dalej, zadrze jeszcze do góry głowę i popatrzy ostatni raz na wieżę ratusza i zdobiący ją zegar. Jakby przeczuwał długie rozstanie – jego ręka niechętnie puszcza oparcie ławki, stopy z ociąganiem wykonają ten pierwszy, magiczny krok, od którego zaczynają się nawet najdłuższe podróże. Nikt jednak tego wszystkiego nie zauważa, a jego samego za chwilę już tu nie będzie. Pozostaną budynki, samochody i ludzie składający się na to budzące się po kolejnej nocy do życia miasto, a on zniknie. Zniknie tak nieznacząco, jakby go tu nigdy nie było.

Zdezelowany brudnokremowy transit ciął po autostradzie jak bolid formuły jeden. Za oknami migały senne krajobrazy Reichu, które po kilku setkach kilometrów zlały się Pawłowi w jeden monotonny obraz. Marek spał od południa z gębą przyklejoną do szyby i cicho świstał przez nos. A on? On robił wszystko, żeby nie rozmawiać z towarzyszkami podróży. W samochodzie jedenaście miejsc. Jedno dla kierowcy, burkliwego buraka. On i Marek to kolejne dwa, czyli razem trzy. Pozostałe osiem dla kobiet od zrywania jabłek. Czterech normalnych – matek w średnim wieku, które wygnane ze swoich wiosek biedą i bezrobociem, jechały, pełne lęku, na nieznane wygnanie – i czterech nienormalnych.

– Boże, co za głupie kurwiszcza… – wyszeptał mu na ucho Marek, ledwie je zobaczył.

Trzy były młode. Pulchna czarna Magda i dwie Anie. Jedna wysoka, ruda i piegowata jak indycze jajo. Druga niższa, szczupła blondyneczka z niedużymi sterczącymi piersiami i zadartym noskiem. Czwarta im szefowała i miała na imię Krystyna. Miała baba pod czterdziestkę, motyla wytatuowanego na ramieniu i mordę robiącą za zawodową wizytówkę, jasną dla każdego. Całej czwórce gęby się nie zamykały. Piszczały, krzyczały, chichotały i kłóciły się bez przerwy. Zagadywały po chamsku wystraszone i skulone w sobie jak kurczaki pozostałe cztery kobiety i podrywały kierowcę, opowiadając dowcipy, od których wrażliwszym ludziom groził ciężki uwiąd uszu. No i były głupie. Bezdennie głupie. Tak durne, jak tylko można sobie wyobrazić. A dla Marka kobiety głupie były zupełnie nie do przyjęcia.

– Słuchaj, Paweł, ja mogę przespać się z brzydką. Nieważne… Niech ma nawet zeza, krzywe nogi i tyłek wielki jak stodoła, ale niech ona nie będzie głupia. Głupie baby są aseksualne, stary. Nie ma nic gorszego niż głupia kobieta. Przy takiej to mi nawet, stary, nie staje. Raz spróbowałem i czułem się, jakbym to z owcą robił. Jak jakiś pieprzony zoofil, co kozę obraca. Rozum, stary! To nas odróżnia od zwierząt! Głupiej baby nie tknę, choćby wyglądała jak z rozkładówki „Playboya”. Takie mam zasady i już. Żadnych głupich bab!

Dlatego koło południa Marek zasnął. Nie mogąc ścierpieć tego nieznośnego szczebiotu, zastosował metodę na przespanie i najwyraźniej znowu był szczęśliwy. Paweł też spróbował. Nawet mu się udało, ale ile można spać, do cholery. Obudził się jakiś czas temu i mimo usilnych starań nie dał rady zasnąć ponownie. Męczył się okropnie. Nie był ortodoksem i może nie miałby nic przeciwko małemu fiki-miki z jedną z tych młodszych, zwłaszcza z mniejszą Anią, ale słuchać ich już nie mógł.

A za oknami niemiecka nuda nie wiadomo kiedy zamieniła się w nudę francuską. La nuda, la monotonia, la refąfęfafa. Wszędzie wkoło kraj la żab i la ślimaków, a w środku oni – słowiańska enklawa upchnięta w zdezelowanym brudnokremowym transicie.

Pod wieczór dojechali na miejsce. W pierwszej chwili trudno im było w to uwierzyć, ale nieznoszący sprzeciwu głos kierowcy nie pozostawiał wątpliwości:

– No już. Wysiadać!

– No co pan? Jaja pan sobie robi? Toż to jakiś francuski wygwizdów!

– Panie! Nie mędrkuj pan, wiem, co mówię! A zresztą popatrzcie, już do was jedzie szefostwo.

Wysiedli.

Wietrzna Normandia. Wkoło pola i sady jak okiem sięgnąć. Jedna wąska niteczka asfaltu aż po horyzont i nowy dom na najbliższe dwa miesiące. Czworaki dla niewolników. Slavi – Słowianin – niewolnik z wyboru. Parterowy długi barak. Małe cele upchane wzdłuż długiego wąskiego korytarza. Każdy z mikropokoików dodatkowo połączony drzwiami z dwiema sąsiadującymi z nim identycznymi klitkami. Na więziennych wyrach pluskwy, pchły, wszy i malaria. Jest i kuchnia. Dwupalnikowa elektryczna kucheneczka na dziesięć osób. Zapchany kibel na dziesięć osób. Zapchany zlew i kran z zimną wodą dla słowiańskiego bydła, na dziesięć sztuk. Mała zapleśniała lodówka – dla każdego niecała jedna trzecia półki.

– Mówi pani po angielsku? Do you speak english? No? Gdzie tu jest jakaś najbliższa miejscowość? Where is the nearest village? How to get there? This way? Yes? How far? Sześć kilometrów? Dziesięć? Kurwa, jak daleko. Fuck! That’s really far, madame… Potrzebujemy kupić chleb. We need to buy some bread. Bread! Do you understand me? Bread! Pieczywo do jedzenia! Nie rozumie pani? BAGIETTE!!! Aaaa, teraz jasne. Podrzuci nas pani swoim range roverem? No? No time? Szkoda… that a shame, madame. Dobrze, pójdziemy sami. Pewnie, że jesteśmy młodzi. Very nice young boys from Poland… oui, oui, viva la Pologne! Viva la France!

Paweł z Markiem poszli po chleb. Krysia, Madzia i dwie Anie po klientów. Oni wrócili pieszo, one w dwie renówki, ale polowanko nie za bardzo im się udało. Gdy Pierre (hi, hi, hi) i Pascal (o la la!) zobaczyli ten cały syf, zwiali, aż się za nimi kurzyło.

– Kurwa, co za palanty! No nie idźcie! No zostańcie! Chcecie seks? Nie? No to zostawcie chociaż wino! Dawaj te butelki fiucie! Palancie! Pieprzone francuskie obkurwieńce! Jak tak, to won, kurwa wasza mać! Wypierdalać! Fuck off! Ty też fuck off!

Jabłka należy zrywać ostrożnie, tak by nie uszkodzić gałęzi i samego owocu. Niedopuszczalne jest, by przy zrywaniu został urwany ogonek, gdyż może spowodować to zepsucie się owocu w transporcie. Podobnie rzecz się ma z układaniem jabłek w skrzynkach. Nie w pełni jeszcze dojrzałe po zerwaniu należy układać delikatnie jedno obok drugiego, tak by nie spowodować uszkodzenia skórki ani obicia jabłka. Wrzucanie jabłek do skrzynki z jakiejkolwiek wysokości jest czynnością niedopuszczalną i może spowodować w wypadku przyłapania na tym obcięcie należnej pensji lub w skrajnym wypadku wyrzucenie z pracy. Jakość dostarczanych owoców przekłada się bowiem bezpośrednio na ich cenę rynkową, a co za tym idzie zysk plantatora. Dodatkowym aspektem, którego nie można nie doceniać, jest dobra opinia o plantatorze u jego stałych odbiorców.1

Świat nabrał kształtu jabłka. Świat smakował jabłkiem, pachniał jabłkiem, dręczył bólem krzyża i suchością w ustach. Świat wysuszał skórę normandzkim wiatrem i słońcem – wielkim, gorącym jabłkiem na nieboskłonie. Wszystko było jabłkiem. Cały dzień, od rana do wieczora sad, drzewka, chybotliwe drabinki i wyściełane skrzynki, w których trzeba było delikatnie układać jabłka. Kobiety rwały. Oni pomagali ładować do skrzyń, a gdy już się napełniły, nosili je do zacienionej stodoły, skąd odbierali je właściciele plantacji. Pot, znój, beznadzieja. Łagier, ale za kasę. Za konkretną kasę, za tłuste eura mile szeleszczące i dźwięczące w myślach. Niech tam! Olać dumę, olać niewygody, olać wszystko. Kasa się liczy. Po to się jedzie, a nie szukać szacunku i zrozumienia. Polacy to dobrzy pracownicy. Dobrze robią. Żaden Francuz tak nie będzie tyrał za takie pieniądze. Żaden Niemiec. W dupach się im tam wszystkim od tego dobrobytu poprzewracało. Robić się nie chce. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te głupie pindy. Wszystko okej, gdyby nie te cztery ździry.

Łup! Łup! Jebut! Pizdut! – tłuką jabłuszka o siebie jak bilardowe kule. Obijajcie się normandzkie jabłka, tłuczcie! Żebyście w gardle stanęły żabojadom, co was będą konsumować! Żeby ta stara krowa, właścicielka tego syfu, osiwiała! Żeby was tu wszystkich szlag trafił, posrańce, jak te jabłka, co nie dojadą piękne i zdrowe tam, gdzie mają dotrzeć. O, znowu francuska szmata przyjechała i się czepia…

– Bonjour, girls!

– Bonjour, ty stara kurwo!

– Everything okay, ladies?

– Okej, okej, kurwo pierdolona!

I szeroki uśmiech na twarz wszystkie cztery.

Francuzi są głupi. I ta stara też głupia. My jej od kurew, a ona się cieszy. Tak sobie myślą cipska durne, ale czy na tym kontynencie jest jeszcze człowiek, który nie wie, co polskie kurwa znaczy? Są jeszcze tacy frajerzy?

No i miłość. Wszak Francja to jej kraina, ojczyzna światowa. Tutaj się tworzy jej standardy, nowe odmiany. Cała love na świat się spod tej zakichanej wieży paryskiej rozłazi. Nie udało się Krysi, Madzi i obu Aniom Francuzów poderwać pierwszego dnia, to drugiego przyjechały w dwa dżipy z Turkami. Kurduple w kurtkach skórzanych, mordy ogorzałe, ślepka kaprawe. Jedyne, co potrafią w ludzkim języku powiedzieć, to „seks”, a i to z tureckim jakimś akcentem. Medzia sex! Ana sex! Kristina SEX! SEEEEEX!!!

Łup! Łup! Czokolok! Czokolok! Łup! Łup! Czokolok! Czokolok!

Wali tureckie dysko na cały regulator z odtwarzacza w dżipie. Dzień w dzień, wieczór w wieczór.

Łup! Łup! Czokolok! Czokolok! Łup! Łup! Czokolok! Czokolok!

Walą Turki polskie niewiasty gdzie i w co popadnie. Płyną potem słowiańskie ciała złączone w uścisku z ciałami odwiecznych wrogów Lechistanu. Usta w usta. Język w język. Kutas w cipie. Palec w cipie. Palec w dupie. Kutas w dupie i do dzioba. Jan III Sobieski w grobie się przewraca. Zdrada! Zdrada narodowa się dzieje za obopólną akceptacją i przyjemnością! Zgroza!

Łup! Łup! Czokolok! Czokolok! Łup! Łup! Czokolok! Czokolok!

Skrzynki wina idą jak woda. Turcy jurni jak króliki. Już im Krysia, Madzia i dwie Anie nie wystarczają. Za mało SEKS! Za mało! Więcej SEKS! Więcej! Na wyrze. Na trawie. Na skrzynkach do jabłek. Na masce dżipa i w dżipie. Na podłodze. W stodole i znowu na wyrze. Wpada kurdupel do pokoju jednej z kobiecin, co tutaj tylko na jabłka przyjechała. Gacie w dół i drze ryja w pijackim amoku:

– Mariasex!

Łup! Łup! Czokolok! Czokolok! Łup! Łup! Czokolok! Czokolok!

– Nie! Ratunku! Wynoś się! – krzyczy przerażona kobieta i próbuje amanta wystawić za drzwi. Ale to nie tak łatwo. Turek co prawda mały i nawalony jak stodoła, ale zapiera się, próbuje całować, a w dodatku gacie spuszczone do kostek utrudniają przesunięcie kochanka. Potrzebna pomoc. Czas, by ktoś wykazał się bohaterstwem.

Łup! Łup! Czokolok! Czokolok! Łup! Łup! Czokolok! Czokolok!

– Wypierdalaj gościu!

Ech, masz kobieto szczęście, że Marek i Paweł są na posterunku. Masz szczęście, bobyś do końca życia wietrzną Normandię zapamiętała. Polscy rycerze nie dadzą bisurmanowi porządnej kobiety niewolić i bez „dzień dobry” nawet chędożyć. Już go złapali za manele, podnieśli jak lalkę do góry i za drzwi Romea. Jeszcze kopa na pożegnanie w goły zadek. Mocno, lecz pieszczotliwie, bo po co później kosę spod żebra wyciągać.

– Mariano sex! Kapujesz, czokoloku?Kristina sex, Medzia sex i Ana sex, ale Maria no sex! Kapujesz stary?

– Ajajaj! Ajajaj! Maria no sex! No sex!

– No! Widzisz, jaki bystry jesteś. Bardzo dobrze! NO SEX!

Łup! Łup! Czokolok! Czokolok! Łup! Łup! Czokolok! Czokolok!

Marek poszedł do miasta po chleb. Paweł leży na łóżku. Źle postawił nogę, gdy złaził z drabiny, i teraz kostka pulsuje uciążliwym bólem. Na szczęście wygląda to tylko na jakieś drobne nadwerężenie. Za dwa dni wszystko powinno być w porządku. Za ścianą niedawno ucichły jęki i skowyty towarzyszące codziennemu grzmoceniu. Dzisiaj Turcy szybciej się pochlali i teraz śpią, chrapiąc głośno.

– Cześć Paweł! Mogę wejść?

Mniejsza Ania. Ech, jaka ona by była fajna, gdyby nie dziwka i nie taka głupia.

– Czego chcesz?

– Pieprzyć się. Za friko. Chcę chłopaka z Polski.

– Wyjdź stąd.

– Nie podobam ci się? O co chodzi?

Ech, te sterczące cycuszki, gdyby jeszcze nie były takie posiniaczone.

– O nic. Po prostu zamknij drzwi z drugiej strony.

– Przestań się stawiać! Kiedy ostatnio spałeś z kobietą? Miesiąc temu? Co? Konia sobie będziesz walił? Tak cię zerżnę, jak nigdy w życiu nie miałeś, panie ładny!

– Wynoś się, cipo jedna! I następnym razem, jak wchodzisz do mnie do pokoju, to przynajmniej zetrzyj tę turecką spermę z twarzy, bo cię mogę obrzygać!

– Dupek! Głupi pieprzony dupek! Nie chcesz, to wal sobie sam, frajerze!

Łup! Łup! Czokolok! Czokolok! Łup! Łup! Czokolok! Czokolok!

Dwa dni później przyszła umyta i z makijażem. Nie wytrzymał.

Łup! Łup! Czokolok! Czokolok! Łup! Łup! Czokolok! Czokolok!

– Popieprzyło cię, stary? Szanować się trzeba! Rozumiesz? Szacunek! Jak nie dla siebie, to chociaż dla swojego fiuta! Chcesz jakąś turecką francę załapać? Adidasa? Kurwa, nie wierzę… Pojebało cię?!

– Odwal się! Przecież założyłem gumę, co się czepiasz?

– Gumę. Gumę! A jakby pękła? A jakby spadła? Ty jesteś chory, człowieku! I ja cię chciałem w Polsce swojej siostrze swatać… Teraz mi się, kurwa, nie waż do niej zbliżyć, bo ci jaja urwę! Kapujesz? Debil! Debil!!!

– Ani nie pękła, ani nie spadła! Jak ci żal, to już twój problem!

Łup! Łup! Czokolok! Czokolok! Łup! Łup! Czokolok! Czokolok!

Każdy potrzebuje miłości. Niech to będzie nawet namiastka, ale każdy. A poza tym skończyły się wreszcie jabłka w wietrznej Normandii. Polskie ręce zerwały je wszystkie, do ostatniego. Przyszła pora rozliczeń i wyborów.

– Słuchaj, Paweł, pojedziemy na Sycylię. Dzwoniłem do Stacha Runca parę dni temu, będzie dla nas robota. Niech sobie ten cały burdel na kółkach wraca do kraju, a my się na Sycylii pobawimy w budowlańców. Nie znasz Stacha? Nie znasz się na budowlance? Nie szkodzi. Nie martw się, bo to uczciwy gość i ma u mnie dług. Wisi mi człowiek poważną przysługę, a on jest z tych, co nie zapominają. Ani dobrego, ani złego. Kiedyś już robiłem dla niego i mówię ci, że to dobra sprawa.

Jeden autostop tu, jeden tam. Pół dnia stania na drodze, czasem pięć minut. Słońce, deszcz, śnieg na szczytach Alp. Serpentyny przyklejone do stromych ścian Brenneru. Małe zameczki na szczytach gór, wzniesione nie wiadomo kiedy i przez kogo. Dolomity. Winnice. Jak okiem sięgnąć winnice. Podniszczone budynki, jakże inne od tych wylizanych do obrzygania austriackich chatek dla krasnali. No i asfalt też gorszy. Włochy, krótko mówiąc. Tu papież, tu Garibaldi, tu Romeo i Julia. Włochy.

– U Stacha, Paweł, robota pewna, ale szykuj się na taki zapieprz, że te normandzkie zgniłki to przy tym mały pikuś, stary. Stach to silny człowiek. Mocny gość, bo mocne ma znajomości. Nigdy nie pytaj, u kogo masz robić, nie węsz, nie interesuj się, a wszystko będzie dobrze. Nie dowiaduj się, bo lepiej nie wiedzieć. Sycylia jest biedna, ale nam płacić będą dobrze, bo Stach organizuje ludzi do pracy u takich, dla których waliza zielonych to pierdnięcie. Kapujesz? Mocni ludzie. I jak ci każą coś robić, to rób to najlepiej jak się da. Choćby ci krew z rąk strumieniem leciała, choćbyś na ryj ze zmęczenia padał. Nie odwalaj fuszerki, bo nawet ja ci nie pomogę, jak cię na lewiznie ktoś przyłapie. Pożałujesz stary, żeś się w ogóle urodził, i mówię ci to serio. I pamiętaj, że jak ty nawalisz, to i ja dostanę po dupie, bo to ja cię polecam i odpowiadam za ciebie. Pamiętaj o tym.

Słoneczne Palermo. Słoneczna Sycylia. Słoneczni Sycylijczycy. Piękna wyspa pięknych ludzi przyczepiona jak gówno do włoskiego buta, który tak też ją traktuje. Zapytaj mediolańczyka o Sycylijczyków, zapytaj florentczyka, zapytaj makaroniarza z Rzymu, a co ci powiedzą? Oni nie powiedzą. Oni prychną: Porca Miseria, Sycylijczycy? Prostaczki i złodzieje. Śmieciarze!

Ale to nie jest nienawiść. To odwieczna pogarda bogatych dla biednych. Zwykła, codzienna drwina z tych, którzy mają mniej. I odwieczny strach. Irracjonalny, chowany pod maską wyniosłości i lekceważenia. Taka sama pogarda, taka sama drwina, taki sam strach jak wszędzie, na całym bożym świecie. Jak w każdym innym kraju – nie tylko we Włoszech. Ale każdy Sycylijczyk jest dumny ze swojej słonecznej wyspy i jeśli wydasz mu się w porządku, ugości cię serdecznie. Z uśmiechem, z otwartymi ramionami – nie tak, jak na północy. Tutaj ludzie są cieplejsi. No, chyba że Sycylijczyk uzna cię za bogatego turystę nie wiadomo skąd. Wtedy z takim samym uśmiechem sprzeda ci pomarańcze cztery razy drożej niż normalnie i równie szeroko rozkładając ramiona, okantuje przy wydawaniu reszty. Tutaj to taki sport. Gra, do której trzeba się przyzwyczaić i jak najszybciej opanować jej zasady. Opieszałość bywa kosztowna. Nieznajomość zwyczajów szkodzi.

– Wiesz, Paweł, raz mój wujas, co jeździł na tirach, miał taką przygodę. Zajechał do Neapolu. To nie Sycylia, ale też południowcy i cwaniaki jak sama cholera. Tira zostawił do rozładowania u odbiorcy, a sam się bujnął na miasto, po sklepach i rynkach popatrzeć, bo w tym zasranym Peerelu już nic wtedy nie można było normalnie kupić. Trafił w takie miejsce gdzieś niedaleko dworca kolejowego, że strach opowiadać. Ryneczek jakiś szemrany, kurew więcej niż straganów, ale patrzy, siedzi gość i dwa magnetowidy ma tanio na sprzedaż. Porządna firma, Panasonic, to je wujas ogląda i widzi, że normalnie nówki. W pudełkach oryginalnych, kable i papiery wszystkie w środku, to pyta się starego, czemu tak tanio. Stary na to mruga mu okiem i mówi cicho, że tanio, bo lewe. Na to wujas też mu okiem mruga i gada, że jego nie obchodzi, czy to kradzione, czy nie, i że bierze. Potargował się jeszcze chwilę, żeby bardziej zbić cenę, wziął te magnetowidy, szczęśliwy jak debil, i pojechał do Polski. W domu wszyscy się prawie posrali, jak ten magnetowid na stół postawił. Buzi wujasowi dali, że wrócił, i dawaj go, Tadziu, podłączaj! No to go wujas podłącza. Wcisnął wszystkie kable i wtyczki gdzie trzeba, guzik przyciska i nic. Nic nie działa, nic nie warczy, nic nawet nie mrygnie. Drapie się wujas po głowie, kombinuje, kable przełącza, wreszcie drugi magnetowid wyciąga, podłącza, a tutaj to samo. Ani drgnie cholerstwo. Zdenerwował się wreszcie poważnie, wziął je oba pod pachę i leci do znajomego elektronika do warsztatu. Ten je obejrzał, posprawdzał, wreszcie złapał za śrubokręt i zaczął rozkręcać. Ledwie zdjął tę obudowę, walnął w brecht taki, że aż na ziemi się zaczął z radości tarzać. „O ja pierniczę! – woła. – Ja pierniczę, aleś, Tadziu, interes zrobił, niech cię chuj strzeli!”. Wujas w to wideo zajrzał i zbladł jak ściana. W środku zamiast elektroniki była cegła czerwona, fachowo podopychana gazetami, żeby nie latała. Ot, zrobił z neapolitańczykami interes życia!

– He he, ale kto się mógł spodziewać? Cegła w środku? No kto by pomyślał, że to taki numer?

– Pomyślał, nie pomyślał, ten stary, co mu je sprzedał, ostrzegał, że lewe. Chciwość i pośpiech tutaj nie popłacają. Trzeba słuchać ludzi i czytać między wierszami, ważyć słowa. Tutaj to bardzo ważne.

Słoneczne Palermo. Dziwne to miasto, ta stolica Sycylii. Ani wielkie, ani małe. Brud na ulicach, śmieci na tonących w promieniach słońca placach i trotuarach przystrojonych soczystą śródziemnomorską zielenią. Na ulicach tłok i zgiełk trudny do opisania. Smród spalin, klaksony samochodów, motocykli i całych ławic skuterów, wciskających się w najdrobniejszą szparę między innymi pojazdami. Co i rusz ktoś tu coś pokrzykuje, do kogoś macha ręką… Ciężko znaleźć samochód bez powgniatanych boków czy stłuczonej w ulicznej przepychance z innym autem lampy. Czuć inny temperament i krew gorącą, oj czuć! Tyle że ciężko się przyzwyczaić Polakowi do tego brudu i zgiełku. To nie Polska. Znać inną kulturę, inną duszę rogatą… Och, jakże ty męczysz Polaka, słoneczne Palermo. Nie dajesz się łatwo polubić. Nie dajesz się zrozumieć za szybko.

Stachu Runc wyglądał dokładnie tak, jak go Marek opisał. Niewysoki, krępy, żylasty jak matros z węglowca. Opalony jak każdy Sycylijczyk. Niełatwo byłoby rozpoznać, że to obcy, Polak, który właśnie tutaj znalazł swój dom. Chyba że po zachowaniu. Był zimny, oschły i zdawkowy. Parę krótkich, chrapliwych zdań. Oszczędny, ale ciepły uścisk z Markiem. Ledwie widoczny, krótki jak mgnienie oka cień uśmiechu i już zwrot w stronę Pawła. Miażdżący uścisk dłoni o krótkich, niezgrabnych palcach i badawcze spojrzenie. Spodziewał się go, ale nie był mimo wszystko na nie przygotowany. Runc przewiercił go swoimi głębokimi oczami na wylot, obnażył, rozebrał na elementy pierwsze. Jednym krótkim spojrzeniem rozbił jego ciało na pojedyncze atomy, obnażając duszę. Wydawało się Pawłowi, że w jednej chwili dowiedział się o nim wszystkiego. Wydarł najgłębiej schowane, najbardziej wstydliwe tajemnice. Paweł nie wytrzymał tego. Choć bardzo chciał, nie wytrzymał i spuścił wzrok do samej ziemi. Gdy podniósł go z powrotem, Runc wciąż patrzył i kiwał głową.

– A więc to ty jesteś Paolo. Dobrze. Nie znam cię, ale jeśli Marco mówi, że jesteś okej, to ja mu wierzę. Zasady zna? – zapytał, odwracając się do Marka.

– Zna.

– To dobrze. Dzisiaj jeszcze możecie odpocząć. Pokażę wam, gdzie macie spanie. Pobudka o piątej i do roboty. Jutro mam dla was cały dzień szpachlowania i malowania. To tak na rozgrzewkę, żebyście wskoczyli w odpowiedni rytm.

– On mi się nie podoba, Marek. Pierwszy raz w życiu coś takiego mnie spotkało. On naprawdę jest w porządku?

Marek w półmroku powoli odwrócił się na swoim wyrku. Westchnął i pokiwał głową.

– Słuchaj, Paweł. Dopóki ty jesteś okej wobec niego, on będzie okej wobec ciebie. Może tego po nim nie widać, ale ludzi, którzy są z Polski i dobrze robią, ceni i czasami pomoże im, nawet jeśli nawalili. Rzadko to się dzieje, ale jednak.

– A niby jak?

– Wiesz… Parę lat temu była taka sytuacja. Dwóch łebków robiło jednemu typowi z mafii łazienkę. Kładli nową elektrykę, potem glazury, takie tam pierdoły. Po tej robocie mieli jechać z powrotem do Polski. Jak tak, to sobie pomyśleli, że pracę sobie ułatwią. Zabrakło im trochę kabla na ściany, to zamiast dokupić i zrobić elektrykę jak należy, puścili drut skosami, żeby było szybciej. Przykryli wszystko glazurą i myśleli, że wszystko będzie okej. Facet zapłacił Runcowi ile trzeba i jeszcze im coś ekstra dorzucił, tak mu się ta łazienka spodobała. Wszyscy byli szczęśliwi, ale jeszcze tego samego dnia mafioso sobie wymyślił, że zdjęcie swojej żony tam sobie na ścianie dowiesi. Sam wziął wiertarkę, po gniazdkach popatrzył, żeby zwarcia nie zrobić i wierci. Jak go prąd pierdolnął, to aż na dupie usiadł. Smród poszedł na całą łazienkę, a ten już z pianą na pysku leci po swoich goryli i każe im tę glazurę skuwać. Jak zobaczył te kable pod spodem, złapał za telefon i dzwoni do Runca. Nawciskał mu przez słuchawkę od ichnich skurwieli i kazał przyjechać. Runc przyjechał, zobaczył, i za głowę się złapał, a ten mafioso pyta, gdzie są te kutasy, co mu to zrobiły, bo on wie, że to nie jego wina i on jest okej, ale im nie daruje. Wiesz, co się wtedy stało? Wiesz? Runc padł przed nim na kolana i ze łzami w oczach błagał go, żeby to jemu pozwolił załatwić tę sprawę. Płaszczył się przed nim i płakał. Wyobrażasz to sobie? Tak polubił tych durni, że szmatę z siebie przed typem zrobił. Włocha to ruszyło. Kiedy Runc obiecał mu za darmo zrobić tę łazienkę od nowa, a nawet oddać kasę za robotę i jeszcze odszkodowanie zapłacić, machnął ręką i się zgodził.

– I co dalej? Upiekło im się?

– Taaaak… generalnie im się upiekło… Runc wziął czterech chłopaków. Dorwali ich na dworcu i wywieźli za miasto. Powiedzieli za co i zabrali im całą kasę, którą tutaj zarobili przez rok, na odszkodowanie dla mafiosa. Potem stalowym prętem Runc im sam połamał ręce i nogi. Darli się, płakali, a on płakał razem z nimi i łamał dalej, aż skończył. Potem załadowali ich w bagażnik i wyrzucili pod dworcem.

– Jezus Maria, Marek… To przecież… to przecież bandyta…

– Bandyta?! Co ty chrzanisz stary?! Bandyta?! On im uratował życie, kretynie! Uratował ich głupie dupska, sam narażając swoje. Wiesz, jakie miał po tym jeszcze kłopoty? Nie znasz tutaj układów, stary. Za coś takiego Sycylijczycy odkrawaliby z nich małe kawałki i kazali im się zżerać nawzajem, aż by się udusili własnym mięsem. On ich ocalił.

Rozdział 2Stiletto

Szpachlowanie, malowanie, murowanie i ścianki z rigipsu. Kładzenie dachów, montowanie okien, kładzenie podłóg i parkietów, glazur, terakot, gresów zwykłych i szlifowanych. Wreszcie robienie ogródków. Rycie w ziemi. Łopata za łopatą. Całe tony kamienistej sycylijskiej ziemi. Kamienie, oczka wodne, baseny i zasrane skalne ogródki. Dzień w dzień. Od świtu do nocy. Czasami do północy i dłużej.

– Marek, ja nie dam rady tak dłużej. Marek! Ja, kurwa, nie wyrabiam! Jak chcesz, to zostań, ale ja wracam do Polski. Nie daję rady!

– Odbiło ci, stary? Gdzie indziej tak człowieku zarobisz?

– Popatrz na moje ręce, stary!

– Nie mazgaj się Paweł! Stwardnieją. Wygoją się. U mnie było tak samo za pierwszym razem. Też chciałem po dwóch tygodniach uciekać. A wiesz, co zrobił Runc? Jak się zacząłem na niego drzeć, dał mi po ryju i powiedział: „Zostaniesz, będziesz robił, a potem mi podziękujesz”. To powiedział. I miał rację. Też chcesz po ryju, żebyś zrozumiał?

– Nie. Dobrze. Zostanę jeszcze przez dwa tygodnie. Ale jeśli nie zmienię zdania po tym czasie i będę chciał wracać, nie będziesz mnie zatrzymywał. Dobrze?

– Zmienisz zdanie, Paweł. Znam cię i gwarantuję, że zmienisz.

Został. Skóra na rękach najpierw zamieniła się w pęcherze. Potem pęcherze w głębokie rany, które tak trudno się goją i pieką nie do wytrzymania. Drzazgi pod paznokciami, drzazgi w dłoniach i kolanach. I ta skóra na rękach, która w końcu przeistoczyła się w wymarzoną twardą skorupę nie do zdarcia. Niemodną na salonach, budzącą drwinę na twarzy wymuskanych japiszonów, ale tutaj niezbędną do życia. Bez tej skorupy nie ma czego szukać polski wyrzutek na obczyźnie. Bez niej jest kaleką, a tym nikt się nie przejmuje. Kto nie pracuje, ten zdycha z głodu, bo każdy ma co innego na głowie niż wspomaganie leniwego, nielegalnego Polaczka, któremu nie chce się robić. Taki świat i jeśli komuś się nie podoba, to jego problem.

Minął miesiąc, minął i drugi, i trzeci. Harówka. Czasem dzień, czasem parę dni wolnego. Widząc, ile się przez ten czas nauczył, Paweł nie mógł wyjść z podziwu. Na budowie czuł się już jak jakiś człowiek orkiestra. Złota rączka od wszystkiego. To umie, tamto umie, to już sam zrobi i z tym da sobie radę. Ech, pojętna bestia z takiej istoty ludzkiej. Kiedy musi, to uczy się kolejnych umiejętności szybciej niż towarzyszącego im słownika. Gdyby od jutra kazali mu zacząć pilotować samolot, też by się zgodził. Gdyby Runc przyszedł i powiedział: Od jutra mnie wozisz helikopterem – powiedziałby: Spoko. Nieważne co wolant, co orczyk, co przepustnica – damy radę.

Palermo wciągnęło go jak bagno. Najmniejszy jego szept nie uchodził już jego uwadze. Uczył się pilnie, a Stachu Runc był doskonałym nauczycielem. Długo trwało, nim po raz pierwszy odezwał się do niego jak do człowieka, a nie do robola, ale w końcu się stało. Odliczył działkę za skończoną robotę, poklepał po plecach i wymruczał z ledwie widocznym uśmiechem:

– Będą z ciebie ludzie, Paolo. Dobrze robisz i niegłupi jesteś, ale wiesz, co mi się w tobie najbardziej podoba? Nie wiesz? To, że wiesz, co to są zasady, Paolo. To jest najważniejsze. Na Sycylii zasady to ważna rzecz, a w Palermo szczególnie ważna. Tylko wtedy Sycylijczyk cię będzie naprawdę szanował. I wiesz co? Ty też szanujesz ludzi, Paolo. To też jest dobre. Czasami są tacy, dla których szacunek to zbyt wielka łaska, ale ludzi generalnie trzeba szanować, bo szacunek należy się człowiekowi jak psu micha. Rób tak dalej, a będą z ciebie ludzie.

Gdy Runc poszedł, on wciąż stał z głupią mordą i nie mógł zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Dopiero gdy wyszczerzony Marek huknął go w plery, otrząsnął się.

– No widzisz Paweł? Runc cię polubił. Od razu wiedziałem, że tak będzie. Ciesz się, stary, bo to dobra rzecz. Nie zmarnuj tego. Wiesz co? Trzeba to opić! Jutro wolne, to dzisiaj możemy się schlać jakimś tutejszym specyfikiem. Chodź! Ja stawiam!

Paweł nigdy nie lubił wina. Polskie gardło, wychowane na piwku i wódzi, ciężko przyzwyczaja się do tego szlachetnego napitku. Pił więc, bo nie wypadało odmówić, ale im bardziej był pijany, tym mocniej zdawał sobie sprawę, że czeka go ciężki dzień. Słoneczne chianti, choć lekkie, nie wchodziło lekko, a nad ranem wychodziło jeszcze gorzej. Zgaga prawie go zabiła, a rzygał jak kot z rozwaloną wątrobą.

– Błeeee… błeeee… – dyszał ciężko nad kiblem, gdy nie miał już czym spawać.

– I co? Lepiej ci trochę? Przyzwyczaisz się, stary. Mówię ci, jeszcze pokochasz to winko – pocieszał go Marek, który wyglądał tak rześko i rumiano, jakby dopiero wczoraj się urodził.

– Akurat… nigdy w życiu… błeeee… błeeee…

– Nigdy nie mów nigdy. Może śniadanko? Po śniadaniu zrobi ci się lepiej.

– Odwal się… Błeee!!!

Polubił słoneczne chianti. Polak do wszystkiego się przyzwyczai, a do nowych alkoholi zwłaszcza. Marek znowu miał rację.

– Słuchaj no Paolo, ty wiesz, dlaczego mafia tutaj tak się trzyma? Wiesz, dlaczego nigdy jej nie rozbiją? Bo to jest mafia z zasadami, Paolo. To nie jest banda zakichanych zbirów, którym się nie chciało robić i zaczęli kroić ludzi. Tutaj to jest tradycja. Dziesiątki rodzin, Paolo, od dwóch wieków rządzą tutaj według starych praw. – Runc przysiadł na murku i pokiwał głową. – Ty wiesz, jak sycylijska mafia powstała? Kiedyś to nie była taka organizacja jak dzisiaj. W dziewiętnastym wieku hulało po Sycylii obce żołdactwo. Robili z ludźmi, co chcieli, więc Sycylijczycy zaczęli się bronić. Nie mieli armii, wojska, to założyli tajną organizację. Mafię. Mafia broniła prostego człowieka przed obcymi skurwielami w mundurach i pilnowała prawa. Jeśli jakiś drań gnębił ludzi, ci z mafii podrzynali mu gardło, gdy spał. To była taka ich Armia Krajowa, rozumiesz? Próbowali ją rozbić, ale się nie udało. Wiesz, dlaczego? Wiesz, co to omerta, Paolo? Nie? Omerta, Paolo, to inaczej zmowa milczenia. O mafii się nie mówi, do mafii się nie przyznaje, mafii się nie sypie. Nikt nic nie wie. Ani jej członkowie, ani ci, co jej płacą. Za długie języki mafia obcina razem z głową i jajami. Po pierwsze omerta, a po drugie vendetta, Paolo. Krwawa zemsta. Za zdradę mafii śmierć, za oszukiwanie mafii śmierć, za zabicie czy obrazę jej członka śmierć. Choćby to był najmniejszy pikuś w mafii, choćby to był jej najmniejszy płatnik, to i tak zawsze wiedział, że w razie czego mafia go pomści. Nie daruje wyrządzonej krzywdy. Dlatego mafii nie dało się ruszyć. Ludzie bali się jej, ale i szanowali. Machiavelli w swoim „Księciu” klarował władcom, że to najlepsza sytuacja, gdy się ciebie boją i szanują. Mafia ma łeb, Paolo. Mafia wie, co dobre, tak jak to wiedział Machiavelli.

– No ale teraz przecież już nie ma żadnych obcych wojsk na Sycylii, Runc. Jest państwo, jest prawo, a mafia to przestępcy.

– Czasy się zmieniły, Paolo, ale zasady nie. Zabrakło okupantów, to mafia zaczęła robić interesy. Dawali ludziom to, czego państwo zabraniało albo dać nie chciało. Tak przetrwali. A potem weszli w wielki biznes. Kontrolują banki, przetargi publiczne, wielkie firmy. Mafia tutaj jest wszędzie. Jej ręce sięgają daleko. Nie uciekniesz przed nimi. Dorwą cię nawet u diabła w dupie. Trochę to może brutalne, ale teraz większość Donów odsunęła się od drobnych ludzi. Niewielu zostało dobrych Padre, którzy się troszczą o zwykłego szaraka, który im się opłaca. Ale powiem ci, że w ciężkich czasach, jeśli takie dla mafii nadejdą, właśnie ci dobrzy przetrwają. Zostaną ci, których boisz się, ale i kochasz, bo nigdy nie zapomnieli, skąd wyszli. Zostaną ci, którzy mają szacunek zwykłego człowieka. Tak będzie, Paolo. Teraz jednak Donowie są tak potężni, że nie potrzebują szacunku. Wystarczy im strach. Omerta i vendetta działają nadal. Nikt nic nie wie i nikt nic nie powie. Ich szacunek jest dla większych. Dla tych, z którymi robi się interesy i których się chroni.

– Dla takich jak ty? – wyrwało się Pawłowi.

Runc przeszył go chłodnym spojrzeniem. Nieznośne milczenie trwało kilka długich sekund. W końcu Stachu Runc odwrócił się. Przez chwilę jeszcze, mrużąc oczy, wpatrywał się w zachodzące słońce, aż w końcu odezwał się bardzo cicho:

– Nie pieprz głupot, Paolo, bardzo cię proszę. Już mi się wydawało, że łapiesz, a ty nagle walisz takiego bąka. Ja tu jestem myszą, młody. Bo wiesz, Paolo, ja tutaj się tylko zajmuję budowami. Jestem drobnym przedsiębiorcą organizującym profesjonalne ekipy do remontów, ogródków i innych takich i lepiej, żebyś nigdy o tym nie zapominał.

Gdy skończył, wstał, otrzepał spodnie i niespiesznie poszedł w dół wzgórza. Paweł czuł, jak żołądek w nerwach zwija mu się w supeł. Dopiero po paru dniach, gdy zobaczył, że nic się nie zmieniło, dotarło do niego, że zachowanie Runca nie było ostrzeżeniem. To była po prostu kolejna lekcja: Nie pytać za wiele. Nie wścibiać nosa. Czekać. Wszystko ma swój czas. Kiedy on nadchodzi, to już decyzja i łaska większych od ciebie. Kto tego nie zrozumie, nie doczeka się nigdy. Albo gorzej – doczeka i będzie żałował swojej niecierpliwości.

W mroku wieczora cztery zamaskowane sylwetki zacieśniały krąg wokół samotnego człowieka. Ten stał spokojnie. Nie rzucał się. Nie dygotał ze strachu. Nie błagał o litość. Nóż w jego ręce połyskiwał zimnym światłem i czekał na swoją kolej. Ale czujne cienie nie kwapiły się do szybkiego ataku. Krążyły nerwowo, jakby szukając dogodnego momentu, słabego punktu, który pozwoli im odnieść natychmiastowe zwycięstwo nad nieugiętym przeciwnikiem. Cztery pary nerwowych nóg przeciwko jednej parze zapartej pewnie w ziemię. Cztery pary drżących rąk przeciwko dwóm spokojnym jak u chirurga dłoniom. Cztery noże przeciwko jednemu połyskującemu zimno srebrnymi okuciami. Cztery wiejskie kundle przeciwko pojedynczemu wilkowi osaczonemu w lesie, który jest dla niego domem, a dla nich nieznaną ziemią.

– Zajebiemy cię, Runc! Rozumiesz skurwielu? – wycharczał nienawistnie jeden z czterech.

– Spróbujcie. – Głos Stacha był zimny jak lód.

– Za tę kasę, co nam ją, chuju, obciąłeś. Kapujesz? Zdechniesz tutaj jak pies, gnido!

– Już jesteś sztywny. Wszyscy czterej jesteście trupy – parsknął Runc pogardliwie.

– Gówno, Runc. Zanim ktoś cię tutaj znajdzie, nas już nie będzie na Sycylii! Żadna mafia ci nie pomoże! Kapujesz?

– Chodźcie, śmierdziele!

Runc zaatakował pierwszy. Z szybkością, której nie można by się po nim spodziewać, ruszył do przodu. Nim któryś z czterech zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, już był przy nich. Cios nożem jak strumień światła. Zimny błysk, szybki jak uderzenie skorpiona, zakończony skowytem ludzkim rozpruwającym duszną ciszę wąskiej uliczki. Fontanna czarnej w ciemnościach nocy krwi z rozerżniętej po skosie na pół twarzy, powoli opadająca ku ziemi. Nim jej pierwsze krople dotkną bruku, Runc jak anioł zagłady pojawi się przy kolejnym i zaatakuje znowu. Ale oni już się otrząsnęli z początkowego zaskoczenia. Tym razem cios nie dochodzi celu. Tak samo drugi. Sprężynowiec ze świstem tnie powietrze, ścigając cofającego się przeciwnika. Dwaj kolejni atakują z boków. Bardzo ostrożnie. Tym razem to Runc musi się bronić i opędzać przed ich ostrzami. Trafia jednego w rękę, ale sam też obrywa w przedramię. Widok jego krwi tylko ich ośmiela. Atakują coraz zacieklej. Noże śmigają w powietrzu jak srebrzyste, rozwścieczone szerszenie. Rwane oddechy i ciche przekleństwa zlewają się w jedną melodię nienawiści. W hymn niewyrażalnej zaciekłości, towarzyszącej tylko prawdziwej walce na śmierć i życie. A Runc powoli słabnie. Jego ruchy robią się coraz wolniejsze. Oni to doskonale czują. Jak psy. Czują, i nacierają z triumfem w oczach, by zniszczyć go w tym ostatnim ataku. Nim jednak odgłosy walki przerwie ich zwycięskie wycie, na arenę wpada nowy gracz. Pojedynczy cień wypryskuje z wielką szybkością z bocznej uliczki i dopada do walczących.

– Trzymaj się Stachu!

Okrzyk wyprzedza tylko o ułamek sekundy głuche uderzenie metalową rurą w plecy jednego z napastników.

– Spierdalamy! – ryczy ten z rozerżniętą twarzą.

Triumf przechodzi w klęskę. Zaciekłość w przerażenie. Wściekły atak w paniczną ucieczkę. Brocząc z ran, cała czwórka umyka w mrok. Na ulicy zostają tylko dwie dyszące ze zmęczenia i emocji postacie.

– Nic ci nie jest, Runc? Jezu, przecież ty krwawisz!

– Gówno tam, Paolo! Dlaczego nie biłeś w głowę?

– Tak jakoś… Nie wiem… Myślałem, że w plecy wystarczy…

– Głupi jesteś! Trzeba było tłuc w łeb! Ale co tam. Będę miał kiedyś trochę czasu, to cię poduczę, jak sobie radzić w bijatyce – warczał Runc, wybijając numer na komórce.

– Ricardo? Zbieraj chłopaków! Natychmiast! Obstawcie dworzec, port, wszystko! Tak, ten skurwysyn Stelmach i jego kolesie! Jednemu rozciąłem ryj, więc szpitale też! Nie! Mają być żywi! Sam się z nimi policzę. Ciao!

– Runc… Runc?… Runc!

– Co, Paolo?

– Co z nimi zrobisz, jak ich dorwiesz?

– A jak myślisz, Paolo? No jak myślisz?

– Nieważne… Dlaczego oni cię napadli? Dlaczego to zrobili?

– Bo byli głupi, Paolo. Bo dali dupy i nie potrafili ponieść konsekwencji. Bo nie przestrzegali zasad! Rozumiesz? A ja też byłem głupi, bo dałem im się dorwać tak pijany, że nie mogłem sobie poradzić z nimi bez pomocy, rozumiesz? Tak!? To spieprzaj, bo teraz to już nie twoja brocha! Jutro do roboty!

Paweł odwrócił się i w milczeniu ruszył przed siebie. Po paru krokach w miejscu osadził go cichy okrzyk Runca:

– Paolo!

– Tak?

– Wziąłbym cię na akcję, ale za wcześnie jeszcze dla ciebie. Może kiedyś. Tak czy siak, dzięki, Paolo. Nie zapomnę ci tego, możesz mi wierzyć. I wiesz co? Wypieprz to żelastwo, bo jak cię przyuważą carabinieri, to będziesz miał kłopoty.

Paweł dopiero teraz zauważył, że w spoconych rękach wciąż kurczowo zaciska lekko wygiętą rurę. W konsternacji przetarł czoło.

– Okej… dzięki, Runc… – mruknął i wypuścił ją z rąk.

Uważaj na Polaków za granicą, Paolo. Nigdy im nie ufaj. Tutaj akurat dobrze trafiłeś. Do mnie. Ja cię nie oszwabię, młody, bo ja jestem porządny człowiek, ale inni to gnoje. Będą z tobą rozmawiać, będą się uśmiechać, będą z tobą ciężko pracować, a ostatniego dnia dostaniesz w tył głowy i okradną cię z wszystkiego, co zarobiłeś. Zostawią cię z rozwalonym łbem w rowie i nawet się nie skrzywią. Jedziesz gdzieś pociągiem, wsiadaj do przedziału bez Polaków. Wsadzają cię do celi z nielegalnymi, proś, żeby posadzili z kimkolwiek, byle nie z Polakami. Lepiej już siedzieć z Arabami niż z nimi. Kapujesz? Polak cię okradnie, Polak cię zakapuje, Polak cię oszuka. To taki nasz sport narodowy, Paolo. Robienie wała ze swoich. Głupi sport. Śmieją się tutaj z Polaków. Z głupich Polaczków. Kto się nie trzyma razem, ten ginie albo gówno ma. Czarni się trzymają razem. Żółci się trzymają razem. Albańczycy się trzymają razem i Turcy, i Arabowie, i dobrze na tym wychodzą. A Polacy gryzą się po kostkach jak kundle i są tacy malutcy. Jak ten paluszek, kapujesz? Frajerstwo pierwsza klasa. Dlatego trzymaj się od nich z daleka. Strzeż się Polaków, Paolo.

Znajomości Stacha zadziwiały. Nawet Marek momentami wydawał się zaskoczony. Robili w wielkich willach i pałacach ludzi, których bogactwo wydawało się im wręcz niezmierzone. Ogromne cieniste ogrody, baseny i stawy ze złotymi rybami, które wgapiały się w nich swoimi wytrzeszczonymi ślepiami. W środku złoto, marmury i egzotyczne gatunki drewna, których nazw czasami nie mogli spamiętać. Samochody wielkości krążowników, sportowe ścigacze Ferrari w krwistoczerwonej barwie, terenówki kapiące chromem. Wszędzie stada ponurych goryli, z którymi nigdy nie zamieniali ani słowa. Oni pracowali, a ochroniarze niczym złowieszcze zjawy bezgłośnie przemierzali przepastne wnętrza jasnych rezydencji, strasząc znaczącymi wypukłościami marynarek i uważnie patrząc im na ręce. Właścicieli tych domów nie widzieli nigdy. Z nimi rozmawiał tylko Runc. Raz tylko się zdarzyło, gdy babrali się w ogrodowym stawie i czyścili jego dno, że z czarnej limuzyny, która bezszelestnie podjechała pod dom, wysiadł w asyście kilku goryli starszy jegomość w gustownym garniturze. Siwe włosy, spokojna, rumiana i uśmiechnięta twarz zadowolonego z życia bankiera. Niewielki błyszczący sygnet na palcu i skórzana teczuszka. Żadnych kapeluszy i płaszczy. Żadnego wąsika pod nosem. Zwyczajny biznesmen, na którego widok jednak warta przy drzwiach przyklęknęła z szacunkiem. Niedbale podana ręka i ten sygnet całowany z czcią i pokorą. Scenka ta miała w sobie coś hipnotyzującego. Nie potrafili oderwać od niej oczu.

– A wy na co się gapicie? Skończyliście już robotę, czy tak po prostu się opierdalacie?

Runc pojawił się za nimi, jakby wyrósł spod ziemi. Obaj aż podskoczyli.

– Sorry, Stachu, ale widok taki, że trudno oderwać wzrok – zażartował niepewnie Marek.

– Lepiej oderwij, zanim ktoś ci co innego oderwie – warknął Runc i z szacunkiem kiwnął głową w stronę właściciela posiadłości. Gdy tamten zniknął w drzwiach, znowu odwrócił się do nich. – Wiecie, kto to był? Nie? No pewnie, że nie, bo skąd niby mielibyście wiedzieć… To Don Pietro. Jeden z największych mafioso na tej wyspie. Jeden z ostatnich dobrych Padre. A wiecie, co to oznacza? Nie? To oznacza, żebyście się wzięli, kurwa, do roboty, bo jak się ładnie i dobrze uwiniecie, to dostaniecie coś ekstra! Kapewu? No to tempo, tempo chłopaki! Raz, dwa, raz, dwa!

– Mafia lubi zdobywać serca ludzkie, Paolo. Serca i dusze. Gdy raz cię złapie, to wyrywa ci je ze środka i nigdy nie zwraca. Bo mafia jest zaborcza, Paolo, jak żadna kobieta na świecie. Odebrać jej coś, to skazać się na śmierć. Gdy raz jej powiesz tak, to jesteś już jej do usranego końca. Bo ona nie zna słowa odejście czy emerytura. Cyrograf podpisuje się dożywotnio. Takie są zasady. Mafia lubi zbierać pieniądze, Paolo, ale najbardziej lubi kolekcjonować ludzi. A wiesz, dlaczego? Bo ludzie to pieniądze. Każdy ma swoją wartość i swoją cenę, Paolo. Dlatego mafia kupuje ludzi. Gdy raz weźmiesz od nich pieniądze, jesteś już ich. Gdy raz pożyczysz od nich pieniądze, będziesz się im spłacał i odwdzięczał do końca życia. A wielu to pasuje, bo mafia dobrze płaci i najmarniejszemu nawet śmieciowi i szumowinie oferuje awans, jakiego nikt inny nie da. Mafia podnosi cię z najgłębszego rynsztoka, Paolo. Podnosi, ale i wrzuca w drugi, jeszcze głębszy i bardziej mroczny. Tylko najsilniejsi w nim wytrzymują, bo choć luksusowy, jest to rynsztok zabójczy. Nie każdy w nim sobie poradzi.

– Ale przecież nie wszystkich można kupić, Runc. Zawsze może się znaleźć ktoś, kto powie nie.

– Wszystkich można kupić, Paolo. To tylko kwestia ceny. A jeśli trafia się jakiś oporny, to mafia go łamie. Złamać, Paolo, można każdego. Na każdego można znaleźć haka. Trzeba tylko poszukać. Czasami nie jest to łatwe, ale zawsze coś znajdziesz. No wiesz… jakaś kochanka na boku, lewe interesy, lewa kasa, lewe układy, inna orientacja seksualna – wszystko może się nadać. Gdy mafia znajdzie taki słaby punkt, jesteś już ich. A jeśli z hakiem są problemy, to zawsze zostaje groźba. Delikwentowi co i rusz zdarzają się niemiłe przygody. Co tydzień śmieciarka wali w jego nowy samochód, ktoś wybija mu szyby w domu, podpala altankę w ogródku, podrzuca zdechłego kota do piwnicy i tak dalej, i tak dalej. Głuche telefony… Albo wręcz przeciwnie: telefony, w których miły głos mówi, o której godzinie w danym dniu tygodnia twoje dzieci wychodzą ze szkoły albo pyta cię o zdrowie twojej matki. Rozumiesz? No co byś czuł, gdyby dzień w dzień ktoś wystawał pod twoim domem albo jeździł za tobą samochodem? Co byś zrobił, gdyby za tobą i twoją rodziną ciągle ktoś łaził? Po ulicy, po parku, po sklepie – wszędzie! I nie robiłby nic innego. Nic, za co mógłbyś mu dać w dziób albo wezwać policję. Tylko by chodził i patrzył. Tylko to. No co byś zrobił? W takich sytuacjach niby nie ma groźby, a trzęsiesz się ze strachu, Paolo. Czujesz się bezsilny jak nigdy w życiu. A z drugiej strony groźbie zawsze towarzyszy obietnica. Obietnica spokoju, obietnica normalnego życia, obietnica kasy. Nikt tego nie wytrzymuje, Paolo. Każdy ulega. Tylko furiat, który nie ma nic do stracenia, mówi nie, ale wtedy mafia zamienia jego życie w śmietnik i piekło. Niszczy go. Przycina przy samej ziemi. Na nią nie ma mocnych, Paolo, bo najmocniejsi już są w niej. Każdego można przekupić albo złamać. Na każdego jest hak, zapamiętaj to sobie dobrze. Nie ma nietykalnych. Przekonali się o tym tutaj i ambitni prokuratorzy, i sędziowie, i najwyżsi urzędnicy. Nietykalni to mrzonka.